środa, 24 stycznia 2018

Hunter II: Bloodlust ~Sin Rozdział XXXIII: Posiadłość Cross -Dziennik Linka- Pierwsze starcie z Rządem

Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Celowo trzymałam się trochę z tyłu podczas kolejnej nocnej wycieczki grupy łowczej. Chłopcy byli zbyt zagadani, żeby zwracać na mnie uwagę, z kolei Michael był na treningu- mimo, iż egzamin miał już za sobą trenował nadal.
Ten ciągle powtarzający się  sen jest taki realistyczny... Link zawsze wygląda tak samo, jak tamtej nocy- ten rozbryzg krwi na lewej stronie jego twarzy i świecące w mroku szare, jak u wilka oczy.
Postanowiłam urwać się na chwilę- chciałam sprawdzić, czy to wszystko ma jakiś sens; czy jest tylko zwykłymi figlami mojego umysłu.
-Ociągasz się; Kruk- Rzucił przez ramię Jason.
-Zaraz dołączę, Nox- uspokoiłam znad wiązanej sznurówki.
Grupa zniknęła za załomem budynku. Nie tracąc czasu pobiegłam w przeciwnym kierunku. Zamierzałam przebiec blisko letniej rezydencji Rodu i kierując się na drugi brzeg jeziora za polaną, skręcić w prawo.
***
Wsunęłam miecz w pochwę na plecach i rozejrzałam się. Księżyc w pełni dobrze oświetlał ścieżkę- byłam w połowie drogi do mojego celu i bałam się, że jednak trumna mogła już stamtąd zniknąć..
-Tam przecież nikt nie chodzi... Głupiutka Callisto..- zaśmiałam się z własnej głupoty; przeskoczyłam powalone przez ostatnią wichurę drzewo i pośliznąwszy się przeleciałam po mchu i walnęłam plecami w drugi powalony pień.
Powoli podniosłam się na nogi, by zobaczyć przez co straciłam równowagę. Księżyc wychynął zza chmur; a ja cofnęłam się gwałtownie tłumiąc jęk.
Mężczyzna koło czterdziestki leżał w kałuży krwi, naszpikowany kilkoma sztyletami. Otwarte brązowe oczy i usta ułożone w niemym krzyku przerażenia. Obok niego leżała broń palna, na oko myśliwska. Nie znałam go nawet z widzenia, więc musiał być nietutejszy.
-Przeklęte Psy Rządu..- Syknęłam wyciągając telefon. Wybrałam numer do Undertaker'a. W takim wypadku nie mogłam zadzwonić na policję. Noc, trup i ja tutaj, zupełnie sama- łatwo dołożyć do tego wiarygodny dla policji scenariusz.
-Tu piekielnie gorąca linia; operatorka Rachel..- Rzucił uwodzicielsko Undertaker.
-W lesie, przed polaną, trzy  kilometry na zachód od domu Kruka jest trup. Powiedz policji, że dostałeś anonimową informację- rzuciłam krótko.
-Rozumiem; znikaj stamtąd- Odpowiedział cicho i zakończył rozmowę.
Oczywiście natychmiast go posłuchałam i pobiegłam w stronę rozwalającego się mostu. W sprinterskim tempie znalazłam się na drugim brzegu i wbiegłam głębiej w las. Skierowałam się w prawe rozwidlenie. Teraz; gdy jestem tak blisko nie mogę sobie odpuścić.. Jeśli policja będzie szukać- obszar poszukiwań obejmie nie tylko gospodarstwo starego Wolfa, ale i zrujnowaną posiadłość rodziny Cross, bliżej znane jako Nawiedzona Farma i Dom Strachu; gdyż wielokrotnie licealiści zakładali się kto przeżyje noc, w którymś z tych miejsc.. Żaden śmiałek nie wytrzymał tam dłużej, niż dwie godziny.
***
Przeskoczyłam ogrodzenie i znalazłam się na terenie farmy.
Wszędzie ciemność i cisza, przeplatana tylko odległym  pohukiwaniem sów i cykaniem świerszczy, a jednak poczułam dziwny niepokój, jakby ktoś  obserwował mnie z ukrycia.
-Wyłaź; gdziekolwiek się chowasz...- mruknęłam rozglądając się spode łba.
Oparłam się plecami o jeden z budynków gospodarczych, chyba oborę, albo stajnię i dostrzegłam wylewające się zza uchylonych wrót nikłe  światło lampy naftowej, oraz usłyszałam strzęp rozmowy.
-Niech to szlag.. Mówiłem, żeby tam nie łazić..- zaczął jeden półgłosem.
-Ciszej, Night.! Ten śmieć Caius spóźnia się z forsą, a Grayson nadal nie wrócił...- odwarknął cicho ochrypły szept.
-Co, w takim razie robimy?- Pyta cicho kobieta.- Nadal czekamy, czy...?- Zawiesiła na chwilę głos.
-Nie możemy zwinąć interesu. Ten skurczybyk... Caius.. On cholernie mi się nie podoba, pieprzony Rusek, niech go..- zaklął ochrypły głos.
-Od początku mówiłem, że on nie jest człowiekiem..- Zaczął Knight.
-Och; nie pierdol mi tu bzdur!.- Zarechotał tamten.- Nie człowiek; to kto? Może wilkołak; hę?
Wtedy ktoś zaszedłszy mnie z tyłu, chwycił za pochwę z mieczem na moich plecach. Walnęłam go łokciem w żebra.
-Ty mała...- facet splunął krwią i znowu zaatakował. Zrobiłam unik i wyciągnęłam miecz.
-Ani kroku dalej, bo..- zasyczałam z groźbą.
Przeciwnik wybuchnął kaszlącym śmiechem.
-Nie potrafisz zabić, złotko- oznajmił z ironią, obracając w palcach gazrurkę.
-Och; doprawdy?- Zapytałam odsłaniając zęby w drwiącym uśmiechu. Ukrywając broń w pochwie dodałam- I bez niego będziesz trupem; jeśli mi się zachce przyłożyć- rzuciłam z kpiną.
-Zobaczymy- warknął ruszając na mnie.
Odbiłam się od ziemi i lądując tuż za nim trzasnęłam nim o mur. Zrobiłam szybki unik, zanim zdążyłby się odwrócić i wykorzystać rurkę.
Uciekałam z zasięgu jego ciosów wprost do uchylonych wrót. Zaatakował; chwyciłam się metalu w górze i podciągnąwszy się uniknęłam ciosu. Facet pod wpływem rozpędu wpadł do środka, skąd  rozległy się ciche przekleństwa i pytania.
Puściłam metal i wylądowałam twardo na nogach. Wchodząc do stajni rzuciłam:
-Caius Woroszyłow prędzej was zabije, niż zapłaci- oznajmiłam przeciągając się.
Pięć luf było wycelowanych w moje serce.
-Kim jesteś? On cię przysłał?- Warknął nieufnie ochrypły głos. Niski, łysy przyglądał mi się podejrzliwie.
Splunęłam z pogardą; mówiąc:
-Nikt mnie nie przysłał; po prostu znam tego śmiecia. W lesie był naszpikowany sztyletami trup. Dla ścisłości facet. Nie uwierzysz; jaki znak był na broni- wzruszyłam ramionami, jeden z nich cofnął się na widok moich oczu. Rozglądałam się po belkach w górze uważnie.
-Nie powiedziane, że to był ktoś z moich..- Łysy nie opuścił spluwy.
-Być może..- Odpowiedziałam leniwie.- Dziwnie tu cuchnie.. Chyba kogoś za wami wysłał...- sięgnęłam za bluzę po broń.- Wyłaź; pijawo!- Rzuciłam w przestrzeń, budząc zaskoczenie całej szajki oprychów.
Odpowiedziała mi cisza.
-Wyłaź; gnido! I tak nie wyjdziesz stąd żywy- Powtórzyłam obojętnie.
Ledwie słyszalny stuk zwrócił uwagę ludzi.
-Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk: potomkini demonicznej szlachty; cóż za miłe spotkanie po latach- rzucił głęboki głos.- W dodatku płoszysz mi kolację..
-Jeśli chcesz zemsty, ustaw się w kolejce i grzecznie poczekaj; Venture- Rzuciłam z drwiącym uśmiechem.- Co do kolacji; chyba pójdziesz spać głodny; albo...- odbezpieczyłam broń mierząc do czerwonookiego bruneta.
Zniknął. Uniknęłam pazurów tuż przed swoją twarzą i zapodałam mu kopa sięgając po miecz.
-Ty marny poziomie D!- Warknął ostro, nastawiając sobie złamany nos. Kostki chrupnęły upiornie.
-Widzę, że cieszy cię mój widok; Psie Rządu- odparowałam na zaczepkę. Na oczach ludzi zaczęliśmy walczyć.
***
Rzucił we mnie cegłą- uchyliłam się; druga w zetknięciu z moją pięścią rozsypała się na mniejsze odłamki. Usłyszałam tylko zdumiony jęk kobiety. Krwawe Ostrze o włos minęło moje gardło- odbiłam rękę z mieczem.
-Ostatni z klanu Venture; z rodu sługusów Rządu. Najgorszy rodzaj wampira, jaki znam- rzuciłam szyderczo; odbijając ciosy. Miecze zwarły się- jesteś nawet gorszy; niż poziomy D: oni przynajmniej, czasami budzą we mnie litość.- Odrąbałam kolczaste pnącza, przykuwające broń do jego dłoni i przykładając mu sztych do piersi, kopnęłam broń z daleka od niego.
-Nie tylko sługus, ale też zdrajca i morderca- Dodałam, patrząc mu w oczy przycisnęłam mocniej sztych do jego piersi.- Jak to było...? Stary Wadera przygarnął pod swoj dach pewne biedne dziecko; małą pijawę!.- Podcięłam mu nogi i kopnęłam go mocno w twarz.- Choć wiedział, czym dzieciak jest ukrywał go z dala od Stowarzyszenia i traktował; jak drugiego syna!.- Znów go kopnęłam, podniosłam go za szmaty i trzasnęłam nim o mur.- To małe ścierwo uciekło pewnej nocy i nakablowało Rządowi o planach Rady; podpisując wyrok na swoich dobrodziei. To ścierwo, to ty; cuchnący wampirze.!- Powiedziałam patrząc mu w oczy zimno.- Pozdrów swój ród w piekle, Venture- I przecięłam mieczem jego serce na pół.
-Obyś zdechła; Kruk..- Sapnął. Jego truchło runęło na posadzkę, stając się popiołem. Wyciągnęłam spośród niego przypinkę Rządu i rodowy wisior.
-Kiedyś na pewno umrę; ale predzej diabli wezmą wasz Rząd- mruknęłam z ironią, opuszczając broń. Przechodząc między zdziwioną grupką podbiłam pistolet butem i zabezpieczając go  wsunęłam w kaburę pod bluzą.- Jeden z was nie żyje, zostańcie w mieście dłużej; a Caius wszystkich was pozabija.- Mijając łysego przystanęłam i spojrzałam mu w oczy.- Czego właściwie chciał Rząd? Od was. Zwykłych złodziei.
Łysy powoli opuścił rewolwer, reszta również przestała do mnie celować.
Bez słowa podał mi zdjęcie...
Grace Ann..

Grace Ann...
-Znikajcie z miasta jeśli chcecie jeszcze trochę pożyć- minęłam ich i szłam ku wyjściu ze stajni, umieszczając miecz w pochwie na plecach.
Kobieta zacisnęła palce na moim ramieniu.
-Zaczekaj..- w tej samej chwili zachwiała się niebezpiecznie. Młody chłopak zabrał ją ode mnie, przyglądając mi się nieprzychylnie.
-Lucy... Lucy...?- Leciała mu przez ręce zaczął nią potrząsać.
-Połóż ją na podłodze i się cofnij!.- Nakazałam zimno. Tamten otworzył usta, żeby coś powiedzieć.- Rób, co mówię i nie pyskuj- powiedziałam, nie pozwalając mu dojść do słowa, przyklęknęłam przy niej i obróciłam jej głowę. Obejrzałam ją uważnie.  Natychmiast odwróciłam wzrok krzywiąc się z obrzydzeniem. Dotknęłam jej dłoni- mimo ciepłej pory, były wręcz lodowate.
-Panna K..ruk..- powiedziała słabo.
-Raven, nie musisz nazywać mnie klejnotem rodowym- odparłam obojętnie.
-Ja nie... Nie chcę..- Jakimś cudem wiedziała, że się zmienia. Nie do końca rozumiała; co się z nią dzieje, lecz zdawała sobie sprawę; że to nie jest nic dobrego.
-Co jej jest?!.- Warknął młodzieniec chcąc złapać mnie za ramię. Zamknęłam jego nadgarstek w swojej dłoni i wykręciwszy go uderzyłam chłopakiem o mur.
-Odrobinę ciszej..- warknęłam przez zaciśnięte zęby, puściłam go i podwinęłam rękawy bluzy kobiety.
Jej przedramiona, po wewnętrznej stronie rąk pokrywały różnego rodzaju blizny. Oglądałam ślady z rozchylonymi w głębokim zdumieniu ustami. Jedne z nich były, jakby odciskiem ostrza topora.
-J..jak...? Skąd ona to ma...?- Zdumiałam się.- Skąd to masz??- Potrząsnęłam nią mocno.
Chwyciła mnie za wisiorek i przyciągnęła mocno.
-Ostatni Seraf- Szepnęła patrząc mi w oczy.- Cienie dusz...
-Skąd wiesz o Serafie?- Za późno. Odrzuciła krew i umarła.
-Dlaczego jej nie pomogłaś?? Dlaczego??- Chłopak chwycił mnie za szmaty i uderzył mną o belkę podtrzymującą strop.
-Nie mogłabym jej pomóc.. Nie zrozumiesz tego..- Odparłam cicho.- Skąd wiedziała o "Ostatnim Serafie"...?- wyciągnęłam zza bluzy butelkę z krwią i zaczęłam powoli pić.
-"Ostatnim czym"?- Zapytał łysy z zaskoczeniem.
-Nieważne..- odparłam z niechęcią.- Znikajcie stąd..- Wyszłam ze stajni i ruszyłam biegiem ku starym ruinom w oddali.
***
Blisko pozapadanych schodów usłyszałam śmiechy i rozmowę. Licealiści urzadzili sobie kolejny "wieczór z dreszczykiem".
-Szafirku...- usłyszałam szept. Był bardzo blisko mnie, niemal tuż przy moim uchu.
-Nie żartuj sobie; Marius- prychnęłam cicho, z lekką irytacją.
Dawno temu chodziliśmy tu razem w poszukiwaniu mocnych wrażeń- właściwie częściej straszyliśmy się wzajemnie (bardziej on mnie) i łapaliśmy jaszczurki; albo graliśmy sobie jakąś psią czachą w piłkę.
-Apsik. Ktoś chyba chodzi po dole- zauważyła jakaś dziewczyna.
-Taa; a ja jestem papieżem- rzucił z ironicznym śmiechem jakiś chłopak.
-Też to słyszałem; Malcolm- szepnął inny chłopak.- Idź zobaczyć..
-Sam idź- syknął Malcolm.- Taki z ciebie cienias?- Zaczął kaszleć; zaklął szpetnie.
-Nie pal tyle; bo nie urośniesz- zakpiła jakaś dziewczyna śmiejąc się.
-Och; odwal się, Meredith- sapnął chłopak.- Jeśli mam was uspokoić, to idę. Niech wam będzie...- Dosłyszałam trzask zapalniczki i kroki.
Przecięłam korytarz i ukryłam się za drzwiami sali balowej. Rozejrzałam się szybko- trumna Linka stała tam; gdzie ostatnio. Była zamknięta i opleciona grubymi łańcuchami spiętymi kłódką.
W tej chwili padło na nią światło latarki. Z ust Malcolma wyszło zdumione westchnienie i cichy śmiech.
-Ale jazda...- skomentował; podchodząc ostrożnie do mahoniowego pudła na zwłoki.
Przesunął palcami po wieku. Obejrzał dokładnie kłódkę.
-Nie ma zamka- prychnął z rezygnacją i ruszył spowrotem ku zniszczonym schodom na górę zaciągając się dymem.
-Tam nikogo nie ma; cieniasy- rzucił z drwiną.
Przeszłam przez salę ku trumnie..
Ostatnie miejsce.. W mojej trumnie... Odpowiedzi..- Zastygam w bezruchu słysząc głos Linka.
-Przymknij się... Rany..- syknęłam, przykładając dłoń z sygnetem do skroni. Palcami prawej dłoni odwróciłam kłódkę i przyjrzałam się maleńkim rytom.- Język wampirów, czy ki czort...?
Zaczęłam powoli analizować poszczególne znaki. Nagły hałas sprawił, że instynktownie wskoczyłam w wąską szczelinę za trumną, gdzie się ukryłam.
-Nie zostanę tu ani chwili dłużej!.- Warknęła jedna z dziewczyn.- Nie podoba mi się..
-Ej, nie pękaj; lala!- Zarechotał Malcolm.- Nie widziałaś jeszcze najciekawszej atrakcji wieczoru- rzucił.
-Po co żeście się tu przypałętali... Jezu..- jęknęłam znudzona.
Szli w stronę sali, gdzie byłam.
-Malcolm; co to za atrakcja?- Zapytała z zaciekawieniem. Poznałam głos- to córka burmistrza; Meredith Bell.
-Łał; ale czad..!- Wyszeptał drugi z chłopaków.
-To mi się nie podoba...- zaczęła ostrożnie nieznana mi dziewczyna.
Uśmiechając się zapukałam lekko w drewnianą skrzynię.
-Słyszeliście?- Zapytał zaciekawiony Malcolm.
-Spadajmy stąd...
Zaczęłam cicho chichotać, akustyka sali była zdumiewająca- cichy śmiech był tak zwielokrotniony, jakby śmiech wychodził nie z konkretnego miejsca; lecz ze wszystkich stron naraz- grupa nastolatków poruszyła się niespokojnie.
-Ej; wyłaź z tej rozjebanej szafy.. To był żart. Tu nie ma żadnych duchów; Kruk!- Usłyszawszy znajomy, choć odległy głos zamarłam.- Szafirku, daj spokój!- Rzucił prosząco. Ku grupie potoczyła się psia czacha.
-To są jakieś jaja! Kto tam jest?- Malcolm zaniepokoił się.
Obróciłam się na brzuch, robiąc trochę hałasu i spojrzałam na podwyższenie- dawną scenę dla orkiestry.
Tuż przy schodku stał wysoki czarnooki blondyn o kręconych włosach i anielskiej wręcz urodzie...
-Wadera..- Szepnęłam bezgłośnie, sparaliżowana ze zdumienia.
-O, Boże...- wyszeptała Meredith.
-Co jest, u...- zaczął drugi z chłopaków zdumiony.- Hannah, wracaj.. Dokąd ona idzie..?- Zaczął z przerażeniem.
-Wadera..- jęknęłam sparaliżowana ze zdumienia.
-Szafirku..- jego głos się zmienił. Stał się przerażonym szeptem.- Cienie dusz... Cienie.. Dusz..- Zaczął powtarzać wpatrując się w coś za grupką licealistów.- Sza..fir..ku..!- Ten okropny krzyk.
Zjawa zniknęła; gdzieś z hukiem zatrzasnęły się drzwi.
Hannah zatrzymała się tuż przed trumną z kawałkiem szkła w palcach jednej dłoni, nad drugą ręką wyciągniętą płasko nad zamknięciem trumny. Z jej ust wydobył się przerażony pisk.
Wyskoczyłam zza "pudła" i zamknęłam jej usta dłonią.
-Och, zawrzyj pysk; idiotko!- Syknęłam, unieruchamiając ją w mocnym uścisku.
Z oddali dało się słyszeć dzwony kościoła Świętej Trójcy. Obejrzałam się na jedno ze strzelistych okien. Syknęłam z bólu i puściłam ją.
-Ty, przebrzydła..- warknęłam ze złością. Meredith wpatrywała się we mnie blada, jak trup. W jej oczach odbiły się moje, w kolorze szkarłatu. -Niech cię diabli; Link...- westchnęłam kopiąc w trumnę z gniewem.
-Nie ładnie niszczyć rzeczy swojego pana; niewychowana suko demonicznego rodu Kruka..- Rzucił cichy, kobiecy głos. Usłyszałam jęki licealistów.
Zwróciłam się w kierunku postaci, mówiąc:
-Wybacz, ale nie powitam cię należycie; Silvio Edge.. Sępie Rządu.. Zdrajco łowczej krwi- Uśmiechnęłam się pogardliwie; wyciągając zza pleców broń.
-Małe wampirze utrapienie, jak zawsze pyskate- zaśmiała się. Zawtórował jej śmiech wampirów Klasztoru Rady.
-Możesz ich zabić, nie zależy mi na tym- wzruszyłam obojętnie ramionami.
-Z jednej strony odegrali już  swoją rolę..- zgodziła się, machnęła dłonią lekceważąco. Wampiry ani drgnęły.- Chociaż on jest taki słodziutki..- przycisnęła sztylet do gardła Malcolma i spojrzała na mnie ironicznie.
-Zwykle się nie wahasz, widziałam "to" w lesie.- Stwierdziłam spokojnie.- Nie sprzątasz po sobie; Rapier.
-Stul ten podły pysk; Kruk- warknęła pogardliwie.- Żałuję, że wcześniej nie pozbyliśmy się całego waszego piekielnego Rodu!- Dodała z nienawiścią.
-Jesteś ślepa- odparłam obojętnie, obracając miecz w palcach lewej dłoni.- Jesteś tu tylko pionkiem; dlatego jeszcze żyjesz.. Trzymają cię przy życiu, bo mają z tego nie tylko korzyść... Bardziej mają ubaw- odpowiedziałam ze śmiechem.- Służyć pijawom.. Och, doprawdy żałosne; zupełnie, jak ty, Silvio..- westchnęłam z udawanym żalem.- Nie mogę patrzeć na ciebie inaczej, niż z litością.. Jesteś nie tylko bezdennie  głupia i chciwa, ale prędzej, czy później los się od ciebie odwróci i popełnisz błąd. Być może ostatni w swoim krótkim, niemniej jednak żałosnym życiu.
-Zamilcz!!- Warknęła rozgniewana, przyciskając mocniej ostrze do gardła chłopaka. Na jego szyi pojawiła się kropla krwi.
-Poznajcie Silvię Rosario Edge, herbu Rapier: nieślubną córkę prostytutki i szlachcica; wychowywaną przez zakonnice w hiszpańskim klasztorze. Póki ojciec sobie o niej nie przypomniał, była nikim. Omal nie skończyła identycznie, jak matka: jako zwykła tania zdzira- Uśmiechnęłam się szerzej, patrząc jej pogardliwie w oczy.- Ciekawe, czy cię uznał; czy może jednak nadal jesteś bękartem..
-ZAMKNIJ SIĘ!!- Silvia z furią odepchnęła chłopaka w kierunku jednego z wampirów i rzuciła się na mnie z obnażonym mieczem.
-Uważaj; Silvio: złość piękności szkodzi- kolejny raz z rzędu zwarłam z nią miecz i zbliżyłam twarz do jej twarzy.
-Zamknij się, ty...- odepchnęła mnie, podskoczyłam i wylądowałam na zamkniętej trumnie. Rzuciła we mnie sztyletem, odbiłam broń; która zmieniając tor lotu wbiła się w serce wampira, raniąc Hannah w ramię. Zeskoczyłam z wieka.
Dziewczyna ukryła się za mną. Wampiry rzuciły się do walki.
Odepchnęłam krótkowłosą brunetkę i przyjrzałam się Silvii.
-Tym razem też uciekniesz, tchórzliwa zdrajczyni?- Spytałam lekko, wyciągając pistolet. Mieczem i klamką zaczęłam pozbywać się wampirów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz