środa, 24 stycznia 2018

Hunter III: Curse Rozdział III: Omega. ~Bal Haloween.

Tego samego dnia, popołudnie.
-Ale pizga- rzucił z niezadowoleniem Vincent Rodriguez, zarzucając plecak na ramię. Założył kaptur dwurzędowego płaszcza i rozejrzał się spode łba.
-Cholerna ulewa- zgodził się Paul, celując pilotem w swoje auto; wcisnął guzik. Zamrugały kierunkowskazy.- A to kto, u...?- Zdziwiony wbił brązowe oczy w postać idącą chodnikiem po drugiej stronie równoległej ulicy.
-Też go nie kojarzę- Stwierdziłam przyglądając się ciemnowłosemu mężczyźnie w średnim wieku, który szedł paląc papierosa. Zauważyłam kilka blizn na dłoniach.
W pobliżu zagrzmiało, Stacia z przyjaciółmi przemknęła obok nas z parasolem nad głową. W tej samej chwili zatrzymała się raptownie- parasol wyleciał jej z palców i wzbił się w powietrze; a ona gapiąc się w plecy nieznajomego z trudem powstrzymała się od odsłonięcia kłów, jednak przez jej oczy przeszedł czerwony błysk.
-Stacia, w porządku?- Spytała z niepokojem Hannah, z kolei Malcolm pobiegł i złapał odlatujący coraz dalej parasol.
-Tak, okej...- odparła Forbes nadal obserwując faceta.
-Naprawdę się o ciebie martwię..- powiedziała Hannah niepewnie.
-Nic mi nie jest- Stacia odwróciła wzrok i ruszyła w stronę samochodu Malcolma.
Wsiedliśmy do Mazdy.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Stacia siedziała na frontowych schodach budynku Stowarzyszenia i sunęła palcem po jednym z ornamentów stopnia z zamyślonym wyrazem twarzy, popijając transfuzyjną.
Nadal lało, jak z cebra. Wiatr nieco się uspokoił; ale chwilami dało się słyszeć stukanie gałęzi o szyby.
Rząd na jakiś czas się przyczaił i nikt z nas nie wiedział, co stanie się w ciągu następnych godzin, albo; czy coś się w ogóle wydarzy.
-Ciekawe, kim jest ten facet- zauważył z zastanowieniem Michael.
-Taa. Mam nadzieję, że jego obecność w mieście nie sprawi nam kłopotów- przytaknęłam powoli, studiując dokumenty na kolejną Radę; która miała odbyć się za dwa dni.
Zza okna dało się słyszeć wilcze wycie- ostatnio zdążyliśmy się przyzwyczaić do bliskości watahy, zresztą Damon powiadamiał nas na bieżąco o tym, co dzieje się na mieście.
Jednak ten skowyt był bardzo odmienny od standardowych sygnałów sfory, więc powoli podniosłam głowę znad papierów i skierowałam wzrok na okno.
-Co się stało?- Spytał zielonooki, zarzucając mi ręce na ramiona splótł palce.
-Coś mi tu nie pasuje..- odpowiedziałam z namysłem.
-To znaczy?- Zamruczał całując mnie lekko za uchem.
-On wyje inaczej- odparłam zaniepokojona.
-Wydaje ci się- powiedział, uspokajając mnie musnął ustami pieczęć na mojej szyi.
Znów poczułam ten okropny chłód...
-Michael... Nie- powiedziałam cicho drżąc w jego uścisku.
-Dlaczego..?- Szepnął smutny, że kolejny raz chcę mu odmówić.
-Nie panuję nad tym tak, jakbym chciała..- Odpowiedziałam z trudem. Mój oddech stawał się cięższy i kłujący, jakby ktoś sypał mi do płuc coraz więcej ostrych kamieni.
-Ty po prostu nie chcesz.. Jakbym już ci nie smakował- powiedział obrażony.
Wręcz przeciwnie: jego krew była dla mnie, jako tej bestii; czymś więcej, niż tylko "jedzeniem". Ta relacja między nami: mną- wampirem, a nim- nie łowcą, ale człowiekiem była czymś w rodzaju kajdanek. Jakbyśmy od pierwszego naszego spotkania byli do siebie przykuci- jakby to on przykuł mnie do siebie. Jego krew dziwnie na mnie działała- tak jakbym upijała się nią.
-To nie tak, że twoja krew przestała być dobra..- oznajmiłam niechętnie.
-To o co, w takim razie, chodzi?- Zapytał zmartwiony.
Boże, dlaczego ten zapach doprowadza mnie do szału...? Czemu za każdym razem, gdy staram się mu odmówić, czuję się winna i- z jakiejś przyczyny- nie mogę przestać wdychać tej pysznej woni, która mnie oszałamia..?
-Nie chodzi o ciebie, tylko o mnie..- odpowiedziałam po dłuższej chwili trochę niepewna, jak Michael to odbierze.
-Znów myślisz o sobie, jak o bestii- powiedział niezadowolony, przyglądając mi się.
-Nie rozumiesz; Michael...- westchnęłam głęboko, ściskając delikatnie jego splecione dłonie. Spodziewałam się, że odbierze to w ten sposób. Patrzył na mnie w milczeniu przez jakiś czas, czekając aż mu wytłumaczę...
-Chodzi o to, że ostatnio ja.. Że twoja krew działa na mnie inaczej...- zaczęłam ostrożnie.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytał wolno, patrząc na mnie z troską.
-To nie jest tak, że mi nie smakuje- odpowiedziałam przesuwając ustami po jego tętnicy. Zadrżałam czując uderzenia jego serca i powoli odsunęłam wargi. Nadal patrząc na deszczowy krajobraz za szybą dodałam:
-Ja po prostu... No..- Zupełnie nie miałam pojęcia, jak to ująć. Przytuliłam się do niego mocniej.
-Wyduś to z siebie; Callisto- szepnął zniecierpliwiony.
-Ta krew... Ona... To jakieś szaleństwo...- Powiedziałam z zakłopotaniem, trzymając jego splecione dłonie w swojej.- Jakbyś sam był..- pociągnęłam nosem z lubością wciągając ten pyszny zapach.
-Był czym?- Zapytał jednocześnie niepewny i zaciekawiony.
-To zabrzmi głupio...- odpowiedziałam po krótkim milczeniu.
-No, powiedz- wymruczał mi do ucha.
-Moim słońcem...- wyznałam wreszcie.
-Wampiry nie lubią słońca- stwierdził zaskoczony.
-Mówiłam, że będzie debilnie...- wzruszyłam ramionami i oboje, jak na komendę roześmialiśmy się.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
W ciągu dnia nie wydarzyło się nic ciekawego; ani niepokojącego- właściwie wszystko biegło swoim rytmem. Damon wraz z watahą mieli niedługo wrócić z rundki po lasach, więc obiecali wpaść na kolację. Mistrz miał przyjechać pojutrze; a mnie zostało na głowie uczenie Stacii szermierki.
-Dawaj, dawaj- rzuciłam odbijając jej ciosy.- Garda, laska! Garda..- Zepchnęła mnie mocno w tył.- O, żesz ty... Nieźle- pochwaliłam ze śmiechem.
-Serio?- Spytała odbijając mój atak. Zwarłyśmy miecze ze szczękiem.
-Nieźle; jak na pijawę- zarechotałam próbując  odeprzeć jej cios.
-I vice versa; Raven- odparła zapodając mi kopa. Przeleciałam kilka metrów i wylądowałam w kolczastych krzakach.
-Jezu...! Nic ci nie jest?- Stacia pojawiła się tuż obok i wyciągnęła mnie z krzewu tarniny.
-W porządku; Forbes- odpowiedziałam z ironią, wbijając ostrze w ziemię.- Jak tam lekcje ze Starym Diabłem?- Zaczęłam zębami wyciągać kolce z dłoni.
-Ech; szkoda gadać...- westchnęła ciężko.- Nic mi nie wychodzi z tego wszystkiego.. W sumie to jest do bani..
-Féu tak powiedział?- Spytał Michael z zaciekawieniem.
-On? Rzadko kiedy się odzywa.. Czasem zastanawiam się czy potrafi powiedzieć coś poza "wyobraź sobie, że chronisz kogoś drogiego"... Kurwa mać: to jest jakieś popierdolone po prostu...- poskarżyła się z niezadowoleniem.- Zresztą... Ech...- westchnęła pełna  rezygnacji.
Blondynka wyraźnie posmutniała. Wbiła wzrok w ponurą ścianę lasu.
-Co jest grane?- Spytał ostrożnie Michael, przyglądając się jej.
-Nic takiego..- odparła lekceważąco, wyciągając miecz z trawy.
-Przecież widać, że jesteś jakaś przybita...- zauważyłam powoli.
-A ty nie byłabyś przybita, jak nic ci nie wychodzi; a koleś, w którym się bujasz chodzi z twoją najlepszą kumpelą?- Wybuchnęła z niechęcią.
Michael szybko zamknął dłonią opadającą przez zdumienie szczękę.
-Zaraz... Ty mówisz o Malcolmie?- Zaczął zdziwiony zielonooki.
-No, tak... Facet...- Stacia westchnęła zirytowana i wzniosła oczy ku niebu.- Nie chodzi o Malcolma; tylko o Thomasa.
-Chłopak Hannah..- wywnioskowałam zamyślona.
-No, właśnie. Jej chłopak- powiedziała z naciskiem.
-Dziewczyny są strasznie pokręcone...- Stwierdził Michael, leżąc na trawie patrzył na sunące po niebie obłoki.- Chociaż; gdybym był dziewczyną... Powiedziałbym, że przystojniak to z niego jest- rzucił z zastanowieniem.
-Zalatuje pedalstwem- rzuciła Anastasia i obie parsknęłyśmy śmiechem.
Z głębi lasu usłyszeliśmy rozmowy i śmiechy; którym towarzyszyła naszpikowana sporą ilością przekleństw przyśpiewka.
-Za wcześnie na watahę- zauważył Michael.
Po chwili usłyszeliśmy wrzask przestrachu.
-Ale jazda- skomentowała dziewczyna.
-Bardzo śmieszne! Zdejmijcie mnie! Pomocy!- Zawył chłopak.- Ja mam, kurwa, lęk wysokości.!
-Ktoś się złapał w jedną z naszych pułapek na pijawy- Michael zerwał się z ziemi.
Pobiegliśmy w tamtą stronę.
-Nie szarp się!- Zawołałam w stronę wiszącego w sieci chłopaka.
-Zdejmijcie mnie stąd!- Warknął z przerażeniem wysoki chłopak.
-Nie gwarantuję miękkiego lądowania- odparłam biorąc miecz w zęby.
-Nie szarp, bo uruchomisz mechanizm z bronią!- Ostrzegła Stacia.
-Z bronią...?- Hannah oparła się słabo o Malcolma.
Wdrapałam się na drzewo z ostrzem w zębach i siadając okrakiem na gałęzi, gdzie wisiał schwytany Thomas, wyciągnęłam broń z ust i zamachnęłam się mocno.
-Linie lotnicze Kruk dziękują za miły lot i życzą miękkiego lądowania- rzuciłam odcinając sznur sieci.- Leci! Łapcie go!
-Nasza kolej; Stacia- rzucił Michael.
Zeskoczyłam na niższą gałąź i zeslizgując się z niej poleciałam w dół.
-Nisko latający Kruk w akcji! Raven ląduje awaryjnie- zarechotał idący w naszą stronę Jacob Horse. Porter z Romanowem i Devon dusili się ze śmiechu.
-Bardzo zabawne; Podkowa- prychnęłam. Lecąc zaklęłam soczyście. Porter podbiegł i złapał mnie zanim wbiłam się w grunt.
-Dzięki; Jasper- rzuciłam; łapiąc miecz w locie.
-Szkoda; że tak szybko go zdjęliście... Byłby niezły ubaw- zauważył Romanow kpiąco.
-Sam sobie tam zawiśnij, dla rozrywki- odburknął Thomas wściekły. Z pomocą Michaela i Devona wyplątał się z sieci.- Co to ma być w ogóle..?
-Który idiota założył to blisko domu... Rany...- jęknęłam z irytacją.- Połowa Stowarzyszenia to kretyni...
-No; właśnie: Kretynie- Rzucił Devon do Horse'a.
-Wal się, to nie był mój pomysł- prychnął bliznowaty chłopak.
-Nie ja zjebałem sprawę- Rzucił Vładimir zapalając papierosa.
-Rzuć wreszcie to cholerstwo; Romanow. Kopcisz jak lokomotywa...- Jęknął Devon niechętnie.
-Nie marudź- odparował lekceważąco Vładimir.- Wódkę piję; papierosy palę i takie życie chwalę.
-Taaa, i jazda za Anioła- odparował Devon.
Hannah i Malcolm przyglądali się nam z zaciekawieniem.
Doszły nas radosne warkoty i poszczekiwania.
-Wracają psinki- rzucił Horse.
-Zamknij jadaczkę; jeśli nie chcesz w nią dostać. Oni mają dobry słuch- syknął Vładimir.
-Zmokły pies jebnął w bez, no i kurwa leży. Znów go ujebała wesz; zmiażdżył gniazdo jeży- zanucił Shawn.
-Ja pierdolę, co za pech; znowu w dupie kolce. Idę na leże; no i nie wierzę; że tyle igieł wjebały mi jeże- Donucił Damon.
-Nie do rymu, nie do taktu; wsadźcie kufy do kontaktu. Gdzieś wystawią zdjęcie pyska i wystraszą się ludziska- Rzuciła Michelle, a my rąbnęliśmy śmiechem.
-Racja, trzeba to dopracować- rzucił Damon.- Kto odpalił Kotkę?- Spytał zdziwiony.
-On- rzucił Devon ruchem głowy wskazując wysokiego; który przyglądając się mężczyźnie rzucił pytająco:
-Wujek Damon?
-Thomas?- Odparł zdziwiony Miller.
Wpadli sobie w ramiona i uściskali się serdecznie; a my gapiliśmy się na nich, jak sroka w gnat; nic z tego nie rozumiejąc.
-To wy się znacie?- Zdziwiła się Stacia.
-To brat mojej matki, a mój wujek- Thomas wzruszył ramionami.
Z daleka naszych uszu doszło  wycie. Shawn skinął głową do Damona i pobiegł w przeciwną stronę. Chwilę potem między  drzewami mignęło mi wilcze cielsko.
-Myślisz, że to on?- Rzuciła mu do ucha Michelle.
-Jestem prawie pewien- odrzekł Damon patrząc w dal.
Shawn wrócił dwadzieścia minut później i wszyscy skierowaliśmy się na kolację do budynku stowarzyszenia. Stacia została jeszcze z przyjaciółmi.
-Rządowe śmiecie...- mruknął kwadrans później przewodniczący; gdy Damon zdał relację o tym, co w mieście piszczy.- Trzeba coś z tym elementem zrobić...
-Jak wycieczka, to ja bardzo chętnie- skomentował Michael.
-Wszyscy aż się palą, co?- Rzucił z ironią Felix Moon do Angello
-A domu pilnować nie ma kto.. Gacuś, kici kici...- rzucił do przechodzącego obok kota; który od śmierci Jasona, nocami przeraźliwie miałczał i nie chciał żreć lub spał na kartonie z ubraniami Jasona na strychu. Angello przyklęknął i zamachał mu woreczkiem kociego żarcia przed nosem. Ten prychnął wrogo i stawiając ogon na sztorc odszedł dumnie.
-Co z tym sierściuchem jest nie tak?- Zapytał z zastanowieniem Angello, wstając.
-Pieprzyć kota, chodźmy na kolację- odparł Moon machnąwszy ręką z lekceważeniem.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Tydzień później, obława na wampiry w centrum miasta...
-Jezu... Dlaczego oni łażą; kurwa; stadami?- Jeknęła Stacia.
-Normalnie, jak na spędzie...- zgodziła się zmęczona Amber; ssąc lizaka.- Żeby cię szlag...!- Zaklęła odbijając niespodziewany cios Krwawego Ostrza.- Skąd was tu tylu...?
-Wampiry... Brudne... Cuchnące krwią... Bestie- Mój ojciec przeszedł między nami, każdym zamachem rąk z mieczami likwidując kilku.- Jak ja nienawidzę Rządowych...
-Rządowe kurestwo- warknął z prawej Michael kopniakiem posyłając wampira w mur, zaczął kląć po hiszpańsku.- ..niech was piekło pochłonie..- zasyczał rozdrażniony.
-Podkowa przestań się z nimi pierdolić... Chryste Panie; przejąłeś to od Jaspera, czy co?- Jęknął nasz rusznikarz, Dorian Falcon.
-Sam się z nimi nie pierdol; Jastrząb- odwarknął Horse unikając broni wampira.- Nawet na poziomy D nie mają czasu...
-Likwidują stoczonych od ręki. "Historia Klanów Łowczych" tom szósty, nie czytałeś?- Spytał Michael ironicznie, mocując się z innym.
-Nie cierpię książek- skwitował Jacob; sprzątając kolejnych dwóch.
-Złaź ze mnie; Falcon! Przeklęte pijawy...- Cały Jasper! Nieważne; gdzie by był ale na swój temat usłyszy nawet w największym hałasie.
Wampiry wykonały kolejny ruch na całej tej szachownicy. Rząd przestał się już kryć ze swoimi zamiarami. Przez ostatni tydzień były trzy zamachy na członków Rady Łowczych (był też drugi już zamach na Angello); a poza tym znowu sprzątaliśmy na nocną zmianę.
Nazajutrz; dwudziesty września. Liceum.
Od wczoraj nie słyszało się na korytarzach o niczym innym, niż mającym się niedługo odbyć "balu haloween".
-Jak co roku pół szkoły przebierze się za wampiry- zauważyłam niechętnie.
-Ty nie musisz się przebierać- odparł Michael z humorem.
-Taa; uważaj jak wyjdę tak na ulicę- odparłam z drwiącym uśmiechem.
-Ej! Co jest?- Zaprotestowała zza węgła Anastasia. Moich uszu doszedł dźwięk przypominający odklejanie przepychacza do kibli.- Nagrzany jesteś; czy co...?
-Wcale nie...- odpowiedział zmieszany chłopak odsuwając się lekko.
-Masz dziewczynę; Thomas; więc się ogarnij, człowieku...- Jeknęła Stacia niecierpliwie.
-Tak... Masz rację.. Przepraszam..- Thomas oparł się o przeciwległą ścianę i wbił oczy w podłogę.- Przepraszam cię, naprawdę...- pokręcił głową odchodząc.
-Co mu się stało?- Spytała Hannah, pojawiając się na horyzoncie z Malcolmem.
-Nie wiem...- westchnęła blondynka, patrząc za Thomasem.- On ostatnio dziwnie się zachowuje... Chodźmy, bo Shark nas udusi.
-Myślisz o tym samym; co ja?- Spytał Michael z tym seksownym półuśmiechem na ustach.
-Nie chcę uprzedzać faktów; ale coś jest na rzeczy- odpowiedziałam tajemniczo.
Mieliśmy się dowiedzieć szybciej; niż sądziliśmy...
-----------------------------------
Noc tego samego dnia była spokojna i bezwietrzna.
Siedzieliśmy w piątkę w mojej sypialni i gadaliśmy od niechcenia. Tori była bardzo ciekawa zarówno życia szkoły; jak i całej sytuacji łowców w mieście.
-Najgorzej; jeśli któregoś dnia będziemy sprzątać pijawy i skądś znajdzie się psiarnia- Zauważył Michael.
-Ciekawe; czy by was zwinęli; czy uznaliby to za jakieś niewytłumaczalne- powiedział Paul z ironicznym uśmiechem.
-Też mnie to ciekawi- przyznałam rechotając wraz z resztą grupy.- Lepiej opowiadajcie; co u was- szturchnęłam mocno Vincenta.- Ostatnio niewiele gadasz; koleś..
-U nas dobrze; ale jest pewna sprawa- Vincent i Tori spojrzeli na siebie; szatynka skinęła głową; więc ciągnął dalej.- Chcielibyśmy was prosić; żebyście zostali chrzestnymi dla małego.
Michael sięgał właśnie po cukierki stojące na szafce nocnej i z hukiem zleciał z łóżka.
-Co; przepraszam...?- Przewrócił się na plecy i spojrzał na nich zaskoczony.
-Że my..??- Zawtórowałam omal nie wylewając na siebie transfuzyjnej.
Paul uśmiechnął się dziwacznie; Michael rzucił w niego cukierkiem sycząc z lekkim uśmiechem:
-Wiedziałeś; ty mendo..- rzucił wstając, zebrał słodycze i wrzucił je do koszyczka.
-A żebyś wiedział, że wiedziałem- podał Tori cukierka.
-Zabieraj ode mnie te słodkości- prychnęła z udawaną złością; biorąc owinięty papierkiem prostokącik.
-Jak chcecie się zastanowić; to spoko- zauważył Rodriguez.
-Po prostu.. No.. Nie spodziewaliśmy się...- powiedziałam z zakłopotaniem.
-Powaga- dodał mój narzeczony takim tonem, jakby nadal nie mógł się oswoić z tą sytuacją. Spojrzał na mnie, a ja na niego.
-W sumie...- zaczął z namysłem.
-Dziecku się nie odmawia, nie?- dokończyłam spokojnie.
-Czyli postanowione- Tori zaśmiała się wesoło.
Kolacja w jadalni stowarzyszenia przebiegała w gadatliwej atmosferze.
-Pyszności- rzuciła z rozmarzeniem Tori rozglądając się po ułożonych na stole półmiskach. Siedzący naprzeciwko niej Damon rzucił coś cicho do Shawna; który zrobił zdziwiony wyraz twarzy.
-Jasnoszary; więc chyba on- odpowiedział Shawn powoli.- Nie wiem na sto procent, bo zdążył mnie zgubić..- Zauważył wolno.
-Któryś łazi za nami od migracji- powiedział Damon niechętnie.- Nie chcę martwić Michelle; ale jesli to on, mogą być problemy..
-Apsik! Kto mnie obgaduje?- Spytała z humorem wspomniana, zajmując miejsce obok Damona.
-Zastanawiałem się po prostu, kiedy wreszcie przestaniesz gubić futro- odpowiedział Shawn przymilnie.
-Zajmij się swoją zapchloną sierścią, kundlu- odcięła się z uśmiechem rzucając mu winogrono. Młodzian złapał je lekko w usta, wyginając wargi w uśmiech. Nawet nie zauważyłam kiedy zniknął z jadalni.
-Niezły tatuaż- rzuciła Tori podziwiając lewe przedramię Michelle.
-Chyba cię kojarzę- rzuciła z zastanowieniem "Wilczyca".
-Być może; matka jest krawcową- odpowiedziała Tori uprzejmie.
-Ej, Michelle; czy to nie ta krawcowa, która szyła ci ten seksowny gorsecik?- Rzucił James szturchając ją. Michelle ruchem stopy wywróciła go razem z krzesłem, przypinając czarną kokardkę.
-To ty jesteś Tori Miles- stwierdziła Michelle nagle.
-Aha- przytaknęła szatynka uprzejmie.
Nagły warkot przeplatany skamleniem; ujadaniem i szuraniem wytrącił wszystkich z równowagi. Zapadła cisza, a wszyscy przysłuchiwali się hałasom z zewnątrz.
-Co tam się znów dzieje?- Jęknął Damon zrywając się z miejsca. W tym samym momencie jeden z likantropów warknął przez zęby. Angello po chwili dołączył do Damona.
-Cuchnie nieznajomym zmokłym psem- zauważyłam wolno.
-Callisto Anabelle- Rzucił Angello
Ruszyłam do drzwi wejściowych.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Ciemnoszary wilk wbijał ślepia w jaśniejszego basiora warcząc wrogo.
-Spokojnie, Shawn, on nic nam nie zrobi- powiedział cicho Angello.
Shawn w wilczej postaci kłapnął pyskiem, wydobywając z siebie krótkie szczeknięcie.
-To ostrzeżenie; Angello- przetłumaczyłam.- Shawn chce, żebyś stanął za nim, tamten jest...
Jaśniejszy spojrzał wprost na mnie i w mgnieniu oka pokonał dzielący go od nas dystans. Shawn zareagował błyskawicznie i rzucił się na mniejszego z wilków rozwierając paszczę.
-Shawn!- Damon pojawił się tuż za mną. Wilk nadal wyżywał się na o połowę mniejszym likantropie.- Shawn; puść go! Nie zmuszaj mnie, żebym...- Wielki samiec drugi raz zignorował rozkaz.
Chwilę później w miejscu Damona stał kruczy wilkołak z białą łatą na oku. Zawarczał groźnie, a jego ślepia na sekundę zapłonęły księżycowym blaskiem. Gdy Damon zawył; Shawn zesztywniał na ułamek sekundy. Popiskując przewrócił się na grzbiet i kuląc się stulił uszy.
Angello obserwując to spojrzał na mnie pytająco.
-Nie chciał, żebyśmy musieli na to patrzeć- powtórzyłam myśl Damona.
Kształt wilkołaka rozmył się, a na jego miejscu stanął Shawn. Młodzian milczał nadal patrząc nieprzychylnie na obcego, nawet nie komentując zachowania przywódcy stada; jak gdyby wiedział, kiedy przegiął.
-Przybrałbyś normalny wygląd, śmieciu..- warknął pogardliwie.
Obcy zawarczał i wyrwał się do przodu- czarny Alfa chwycił zębiskami za kłąb tamtego i odciągnąwszy zdzielił go mocno łapą; jakby go odpychał; mówiąc: "nie jesteś tu mile widziany; więc: albo się zmień, albo odejdź, póki grzecznie proszę.."
Damon powoli się cofnął i ułożył się tak, jak pies kładzie się przy nodze właściciela patrząc spokojnie, lecz czujnie na obcego.
Zaczęłam tłumaczyć ich rozmowę:
Damon: Jeśli się nie zmienisz, wróć lepiej do swoich..
Obcy: Dobrze wiesz, że nie przybiorę ludzkiej postaci. Nawet ty nie możesz mnie zmusić.
D (z opanowaniem): Nie mogę, to prawda. Po prostu uprzejmie cię proszę, żebyś okazał szacunek osobom, które tu mieszkają i rządzą miejskim podziemiem
O (drwiąco): Temu siwemu mięśniakowi z wampirem przy boku? Chybaś się tygodniowej padliny nażarł; pretoriańska gnido.
D (równie spokojnie, jak wcześniej; ale chłodno, ignorując obelgę): Skoro skończyliśmy rozmowę, możesz się wynosić. Nie tylko Shawn zechce cię stąd przegonić..
O (wyjątkowo obojętnie, jakby mu nie zależało): Twoja wataha mało mnie obchodzi; nawet się cieszę, że odszedłem ze stada.
-Zostałeś z niego wyjebany; mylisz pojęcia- oznajmił głośno Shawn.
Jasnoszary warknął wrogo, robiąc krok do przodu.
D (z groźbą odsłaniając rząd ostrych kłów): Lepiej się cofnij, bo nie będę taki miły...
O (robiąc ostrożny krok w tył): Chcę tylko wiedzieć, jak traktujesz Michelle..
D (lodowatym tonem): Już dosyć ją skrzywdziłeś. Mów, co cię tu przywiało.
Jasny zaczął miarowo poszczekiwać. Śmiał się ironicznie.
Obok Damona przemknął likantrop o błyszczącym czekoladowym umaszczeniu. Warcząc wyskoczył do obcego i turlając się z nim po ziemi usiłował rzucić mu się do gardła.
-Michelle; odpuść! Zostaw go!- Shawn starał się przekonać wilczycę.
Nieznajomy zdołał odeprzeć jej atak i odrzucić ją mocno od siebie. W głowie słyszałam tylko wściekłe wrzaski Michelle- głównie obelgi. Wadera wylądowała na łapach i zaatakowała ponownie- Angello w milczeniu obserwował walkę obojga likantropów. Widząc; że wilczyca przegrywa starcie, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni przeładowany rewolwer i mierząc do kotłujących się w bójce wilków, czekał chwilę, po czym strzelił w tyłek jasnoszarego, który skowycząc odsunął się szybko.
-Nie jesteś u siebie, żeby obrażać kogokolwiek marna, pozbawiona honoru imitacjo wilka- zwrócił się do intruza przewodniczący. Jego niebieskie oczy ciskały błyskawice.
Michelle z pochylonym łbem i kufą przy ziemi przeszła pomiędzy Damonem i Shawnem.
-Spuść ze smyczy swojego tresowanego krwiopijcę- przetłumaczyłam znudzonym tonem. Drgnęłam szybko.- Och, doprawdy? To było do mnie?- Spytałam kpiąco.
Angello strzelił w stronę przednich łap wilka.
-Kruk, czy mogę uprzejmie "spuścić cię ze smyczy"?- Zapytał przewodniczący z lekkim uśmiechem, skłaniając  głowę.
-Proszę wieżę o pozwolenie na start samolotu "Kruk C5P"- rzuciłam z ironią.
-"Kruk C5P" kołuj na pas numer jeden- odparł ciągnąc ten żart. Shawn i Damon przyglądali się nam zdziwieni.
-Raz, dwa, trzy: srebro w dupie masz dziś ty- zarechotał z okna na piętrze syn przewodniczącego, rzucając mi elektryzujący bat ze srebrnym oplotem.
Złapałam, rzucając:
-Uczulonym radzę się zwijać- trzasnęłam batem w powietrzu.
Damon powoli cofnął się na schody. Shawn również.
-No; chodź, Zmokły Psie- skinęłam dłonią z sygnetem na jasnoszarego wypłosza z wyzywającym uśmieszkiem.
Likantrop ujadając ruszył do ataku. Trzasnęłam batem w jego stronę. Zrobił unik i zaszarżował na mnie. Odbijając się od ziemi, w ostatniej chwili zdążyłam go przeskoczyć i kolejny raz użyć bata.
-Zwrotny jest...- mruknęłam ze zdziwieniem, obracając się w miejscu zaatakowałam go, puszczając bat w ruch.
***
Oplotłam broń na kłębie i pociągnęłam go do siebie. Zaparł się skamląc z bólu; a z jego ślepi wyjrzała ogromna nienawiść. Zarzucił łbem z nadal wczepionymi w grunt pazurami. Sznur bata rozluźnił się, a ja pofrunęłam w powietrzu i lądując twardo na boku przekoziołkowałam po ziemi, by zatrzymać się tuż pod krzakami.
Shawn ruszył z miejsca; Damon już w ludzkiej formie wyciągnął rękę zatrzymując go.
-Tak trzeba; Shawn. Przykro mi- powiedział cicho.
-No? Nie masz już ochoty się bawić; krwiopijco?- Zapytał drwiącym, telepatycznym szeptem.
-Jak dla mnie, to dopiero rozgrzewka; Zmokła Psinko- w odpowiedzi odsłoniłam wydłużone kły. Natarłam nań i trzaskając batem spychałam go w tył. Trafiłam go- broń owinęła się na tylniej łapie, pociągnęłam i powalając go na ziemię rzuciłam kpiąco:
-Leżeć; piesku..- zachichotałam odskakując przed rozwścieczonym likantropem.
Docisnął moje frunące w górę nogi- nieudane salto skończyłam na ziemi. Oparł ciężko przednie łapy na mojej klatce piersiowej. Jego rozwarty pysk, zza którego błyskał szereg ostrych zębisk, który był ledwie kilka centymetrów od mojej twarzy.
-Co? Boisz się..?- Spytał, a z jego pyska rozległo się miarowe poszczekiwanie.
-Ciebie, psie? Właściciel powinien cię wykąpać... Strasznie cuchniesz- skrzywiłam się z obrzydzeniem. Podkulając nogi z trudem zaparłam je na cielsku i pchnęłam mocno. Wilk wzbił się w powietrze i  walnął w pień dębu. Podniósł się chwiejnie potrząsając łbem i warcząc znowu zaatakował.
Tym razem koniec bata uderzył go w przednią łapę. Zaskowyczał cofając się gwałtownie.
-Masz dosyć, piesku?- Zapytałam obojętnie, zwijając bat nie spuszczałam z niego wzroku.
-To jeszcze nie koniec; krwiopijco.. Nie znasz dnia, ani godziny, ale mnie popamiętasz..- Warknął cofając się w las. Chwilę później zniknął między drzewami.
Moje kły powoli stały się normalne. Oddychając ciężko ruszyłam do budynku.
-Wszystko gra; Kruk?- Zapytał Angello kładąc mi dłoń na ramieniu.
-W porządku..- odparłam słabo.
Potem ciemność...
***
-Hej.. Budzimy się.. Rybka..- Rzucił pieszczotliwie męski głos.
-Marco...- Wychrypiałam słabo; otwierając jedno oko. Moją głowę przeszył ostry ból, syknęłam i zamknęłam je szybko.- Moja bania...- Jęknęłam boleśnie.
Ktoś poruszył moją ręką. Zawyłam z bólu przez zaciśnięte zęby otwierając oczy.
-Callisto...- Shawn chwycił Michaela za ramiona i odciągnął go do tyłu.
-Kundel widocznie był bardzo jadowity.. Pewnie miał wściekliznę- stwierdziłam słabo, lecz żartobliwie.
-Co cię podkusiło, żeby z nim walczyć...- Usłyszałam cichy i smutny głos Michelle.- Żadne z nas nigdy nie dało rady w starciu z Evanem..
-Więc go znacie..- odezwał się wściekły Michael; odpychając Shawna.
-Evan został wyrzucony z watahy jednogłośną decyzją wszystkich wilków- powiedział Damon cicho i spokojnie.- Wilk taki; jak on jest traktowany przez wszystkich; jak wyrzutek.
-Omega nigdy nie znajdzie stada, chyba że stworzy nowe- odezwała się Michelle niechętnie. Zaczęła zajmować się moimi zranieniami.
-Omega?- Spytał zaskoczony Michael.
-W hierarchii: wilk wyrzucony z watahy. Każde stado albo przegoni Omegę; albo wilki go rozszarpią. Pretoriańskie prawa są czasem okrutne.- Wyjaśnił Damon ponuro.- Zresztą Evan też nie jest święty..
Michelle w milczeniu mnie opatrywała, a Shawn westchnął ciężko.
-Stąd wiem, że zemsta do niczego nie prowadzi- powiedział zamyślony Damon.
Dean położył głowę na jego ramieniu; kawowooki objął go delikatnie; ale jakby ojcowskim gestem.
-Właściwie czemu Pretoria chciałaby; żebyś wrócił?- Zapytałam powoli, podnosząc się usiadłam.
-W Straży byłem Tropicielem, więc pewnie dlatego.- Damon wzruszył obojętnie ramionami.- Zresztą Lupus Carceris to już dla mnie zamknięty rozdział. Jestem kimś innym i niech tak zostanie- dorzucił z wyraźną ulgą.
Usłyszeliśmy z oddali wilcze wycie.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-Przeklęta potańcówka- warknęłam niechętnie.
Wraz ze Stacią byłyśmy na mieście w sklepie odzieżowym i szukałyśmy przebrań na szkolny bal.
-No, pokaż się- rzuciła Stacia.
-No, chyba cię pogięło... Nie włożę tego... W życiu!.- Zaprotestowałam; gdy wcisnęła mi czarną pelerynę.
-Czemu? To tylko głupi bal..-Zauważyła.
-Mam uraz do czarnych peleryn- znów przed oczami stanęła mi tamta noc i Link w stroju Rządowych. Otrząsnęłam się szybko z tych okropnych wspomnień; ściskając w palcach materiał.
-Chociaż może jest w tym jakiś sens; Stacia..- stwierdziłam powoli.
-Masz plan; Raven?- Spytała, gdy wiązałam pod szyją pelerynę. Po chwili wyszłam z przebieralni, rzucając:
-Jak wyglądam...?- Spytałam kpiąco.
-Piorunująco- a ciszej dorzuciła- Zwyczajnie. Jak Rządowy sługus- wzruszyła ramionami. Lucian akurat wrócił z innymi moimi zakupami i jęknął:
-Co to; na Świętego Anioła ma być; panienko??- Zdumiał się; a jego ręce opadły jakby się załamał.
-Wygladam; jakbym zmieniła orientację polityczną- Stwierdziłam z sarkazmem- Biorę- rzuciłam do sprzedawcy; pokazując Lucianowi gestem, że wyjaśnię mu to później.- No, czas na ciebie, Forbes.
-Nienawidzę dyrektora i ogólnie całej tej zapchlonej szkoły. Jeszcze do tego.. Żesz ty w mordę...!- Szybciej wyskoczyła z kabiny, zanim do niej weszła; gdy zabrzmiało kocie prychanie i syczenie.
-Kici, kici; skurwysynu- mruknęłam dusząc się ze śmiechu.
-Gacuś mnie ostatnio użarł; wystarczy..- prychnęła i poczęstowała kota butem.
Zwierzę miałcząc wypadło z przebieralni i nie wyrabiając zakrętu z rozpędu przywaliło w pierwszy stopień schodów do mieszkania właściciela.
-Od śmierci Jasona ten kot zachowuje się wrogo wobec wszystkich.. Mnie też niedawno podrapał- Zauważyłam niechętnie.- Za słabo mu zdzieliłaś, bo żyje- rzuciłam ciszej.
-Właściciel by mnie chyba zajebał..- Zakpiła.- Dobra, wychodzę...
-A niech cię Anioł w dupę kopnie..- Jęknął z podziwem Lucian Mikaelis; wpatrując się w przebraną.
-To nie wszystko; proszę pana- uśmiechnął się sprzedawca pomagając założyć Stacii czarne skrzydła.
Czarnooki pobladł gapiąc się na Anastasię z rozdziawionymi ustami.
-Magnificent...- wymamrotał w głębokim zaskoczeniu Lucian obchodząc blondynę dookoła. Zdawał się zdziwiony; jakby była odbiciem kogoś z jego anielskich znajomych; rzecz jasna- w swojej prawdziwej postaci.
-Chyba go piorun strzelił...- Zauważyłam obserwując Luciana.- Mega..- dorzuciłam lekko.
-To uważaj; jak zobaczysz...- w tym momencie Michael wyszedł z kolejnej przebieralni w wybranym przez siebie stroju.- I cały misterny plan też w pi..du..- rzuciła zawiedziona.
Michael przebrał się za psychopatycznego arystokratę.
-Jakbym cię nie znała powiedziałabym; że przeciętne- stwierdziłam ze śmiechem.
-Reszta to niespodzianka- Odparł lekko.- Mikaelis; pobudka..- rzucił do nieruchomego ze zdziwienia Luciana z humorem.
-Nie śpię- skwitował przystojny czarnooki młodzieniec potrząsając lekko głową, nadal z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.
***
-Co to miało znaczyć; panienko..?- Lucian patrzył na mnie wyczekująco.
-Anastasia podsunęła mi całkiem niezły pomysł- odparłam powoli.
-Niby jaki pomysł?- Jęknął zniecierpliwionym tonem.- Co by pomyślał twój ojciec; gdyby zobaczył cię w "tym"...?- Dokończył z nagłym obrzydzeniem.
-Czyżby mój własny Anioł zaczynał mnie wychowywać?- Spytałam przyglądając mu się z ukosa, uśmiechnęłam się ironicznie.
-To nie jest zabawne; Callisto Anabelle...- powiedział cicho, zły.- Twój ojciec dosyć wycierpiał po stracie pani... Chcesz go ukarać? Dobić jeszcze bardziej?- Zapytał opierając mi ręce na ramionach.
Zabolało mnie to. Zrobił mi straszną przykrość; przypominając mi nie tylko śmierć matki, ale i wiele innych sytuacji, w których cholernie nawaliłam.
-Jakoś mnie nikt nigdy nie zapytał; jak się z tym wszystkim czuję!- Krzyknęłam mu prosto w twarz.- Nikogo nie obchodzi; ani to, że bardzo tęskniłam za kimś, kto mnie okłamał; ani to że ciągle tracę osoby, na których mi zależy...- Jego wzrok prosił wyraźnie bym nie kończyła zdania; ale ja miałam już dosyć i musiałam to z siebie wyrzucić.- ...a wszystko tylko dlatego, że jestem tym przeklętym potworem: pieprzoną pijawą!- odsunęłam się i wbijając oczy w puchaty błękitny dywanik skrzywiłam się.
Wcale nie poczułam się lepiej; było mi nawet bardziej smutno, niż podczas "pogrzebu rodziców". Przepełniał mnie jeszcze większy ból; niż wtedy, gdy okazało się; że mój ojciec nadal żyje, a co więcej ma brata bliźniaka; o którym nic nie wiedziałam i, któremu raz po raz wpadałam w ramiona traktując go, jak ojca.
I jeszcze moja matka... Ten widok krwi wylewającej się z jej poderżniętego gardła... Pełne łez turkusowe oczy wpatrujące się we mnie błagalnie i usta składane w słowa: "Uciekaj, córeczko.. Uciekaj stąd, Callisto.." Czasem śniła mi się w fioletowej sukni (uwielbiała suknie i spódnice) i patrzyła na mnie iskrzącymi oczami grając na harfie... Często odpoczywając od przędzenia grała na instrumencie- bo; jak większość osób z rodu Holy była utalentowana muzykalnie.
-Mnie obchodzi; przecież wiesz...- powiedział cicho; przytulając mnie. Otarł mi łzy z oczu.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Nie mogłam zasnąć. Michael spał; jak suseł, a ja wstałam z łóżka i usiadłam na parapecie. Patrzyłam przez okno na rozgwieżdżone niebo; gdy moją uwagę zwróciła wychodząca z budynku sylwetka mężczyzny.
Odczekałam aż zniknie między drzewami i ubierając się otworzyłam szerzej okiennicę; po czym wyskoczyłam.
Wylądowałam na ziemi i ruszyłam za nim.
Śledziłam go przez całe miasto; gdy skręcił zaczęłam się zastanawiać; z jakiego powodu kieruje się w stronę cmentarnej bramy.
Ukryłam się za kaplicą i obserwowałam, sierp księżyca wychynął zza chmury i dostrzegłam granatowe tęczówki rozglądające się po nekropolii; oraz maleńki bukiecik fiołków w dłoni ojca.
Przemknęłam chyłkiem i wdrapałam się na pobliski klon. -Moja Valerie.. Tak bardzo mi cię brakuje..- szepnął smutno, sięgając do medalionu z herbem rodu Holy przysiadł na grobie i przesuwając palcami po literach imienia mojej matki położył kwiaty i otworzył medalion. Patrząc na nasze zdjęcie w środku srebrnego owalu, westchnął z żalem.- Powinienem leżeć tu z tobą i nie martwić naszej Cally... Może nie powinienem w ogóle tu wracać...- dodał z poczuciem winy.- Luca chyba nadal niechętnie ze mną rozmawia.. Chyba tylko ty mnie rozumiałaś; kochana.. Spoczywaj spokojnie i żegnaj..- wstał i powoli odszedł.
Nawet nie przypuszczałam, że tak strasznie tęsknił za mamą, by co kilka dni przychodzić tutaj dokładnie o jedenastej wieczorem- w godzinę, kiedy Link wtargnął do naszego domu, by nas zlikwidować.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Budzę się i nie otwierając oczu macam dłonią po drugiej stronie łóżka. Czuję tylko małą poduszkę w jej ulubionym kolorze.
Kim była ta piękna kobieta z jej snu...?
Powoli otwieram oczy i przez długą chwilę wbijam wzrok w sufit, rozmyślam czekając aż przyjdzie Callisto.
Nie muszę się o nią martwić; bo wiem, że do mnie wróci. Zresztą Callisto jest; jak kot- chodzi własnymi ścieżkami i nie potrzebuje "anioła stróża". Jednak czasami, gdy długo nie wraca bardzo się o nią niepokoję..
Jeszcze do tego ta zaskakująca prośba Vincenta; żebyśmy zostali chrzestnymi dla ich dziecka. Myślałem, że Rodriguez zbytnio za mną nie przepada, ale chyba jeszcze wiele nie wiem o tym kolesiu.. Jakby nie dawał się nikomu dokładnie poznać. Sprawiał wrażenie poważnego chłopaka; ale czasem potrafił też świrować. Paul był jego zdecydowanym przeciwieństwem i dziwiło mnie, jak tak różne osoby się dogadują.
Znów przed oczami staje mi postać kobiety o morskich oczach ubranej w fioletową suknię. Grała na harfie niezwykle piękną, choć melancholijną melodię.
-Nie śpisz?- Zwróciłem głowę w stronę jej głosu i uśmiechnąłem się do niej. Nawet nie zauważyłem kiedy weszła.
-Czekałem na ciebie- odparłem, przyciągając ją lekko.- Co się stało, że jesteś taka smutna?- Zapytałem zaglądając jej w oczy.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Martwię się o ojca...- zwierzyłam mu się.
-To znaczy?- Spytał bawiąc się moimi włosami.
-Bardzo się zmienił... Trzyma się na dystans i...- zaczęłam cicho.
-Boisz się, że znowu go stracisz..- dokończył przytulając mnie mocniej.
-Tak- westchnęłam ciężko.- On naprawdę nie jest złym człowiekiem; Michael; po prostu się pogubił..- powiedziałam smutno.
-Zostawił cię- odparł niechętnie.
-Żeby mnie chronić...- odpowiedziałam smutno.- Był dziś na grobie mamy i.. Michael; on o mnie nie zapomniał; nie porzucił.- Zaprotestowałam smutno.- Poszedł tam akurat o jedenastej; o tej samej porze ponad rok temu Link zjawił się w naszym domu... Chyba nie może się pogodzić z tym wszystkim. Na pewno jest mu ciężko,więc go nie osądzaj..
-Nie osądzam. Nie chcę, żebyś znów przez niego cierpiała; Callisto...- Odparł cicho, całując mnie lekko.- Staram się cię ochronić, zrozum..
-Nie możesz mnie chronić przed wszystkim- westchnęłam patrząc na nasze splecione ręce.
-Ale chciałbym..- przyznał patrząc na mnie z uporem.
-Wiem- ścisnęłam lekko jego palce.
***
Sobotni poranek był chłodny i mglisty. Lucian siedział na swoim ulubionym drzewie i paląc papierosa patrzył w dal...
Z tabliczki przy drzwiach kuchni:
Sobota; 12. października:
M. Tyler, J. Sword, D. Raven, A. Middford; C. Raven
-Żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce- Amber ziewnęła przeciągle, pchnąwszy drzwi kuchni. Nagle zaczęła strasznie piszczeć i wskoczyła na jakiś stół.
-Co jest..?- Devon uniósł brwi zdziwiony, przytrzymał szybko drzwi.
-T-tu j-jest m-m-mysz!- Pisnęła z przerażeniem Amber, obserwując coś białego na podłodze.
-Tu się schowałaś, Vicky!- Ucieszył się Devon.
-V-Vicky??- Zdumieliśmy się. Amber to aż szczęka opadła. Devon wziął skądś kawałek sera i kucnął wyciągając dłoń z jedzeniem w stronę gryzonia; który stanął na tylnich łapkach i węszył, po czym potruchtał w stronę właściciela. Wciągnął żarcie i wlazł na dłoń Devona.
-Bać się takiego malucha... Zobacz, jaka fajna- przysunął mysz do blondynki.
-Z-zabierz j-ją ode mnie...- odparła ze złością odsuwając się gwałtownie.
Myszka zapiszczała i ulokowała się na ramieniu orzechowookiego.
-Spokojnie; malutka- rzucił pieszczotliwie Devon głaszcząc białe futerko.- Wezmę ją do pokoju...
Kroiłam kapustę na surówki; Amber robiła kanapki; a Michael przygotowywał jajecznicę na mleku. Jim tarł marchew; a Devon pomagał Michaelowi.
Siódma rano.
-Co? Wydajemy, nie?- Rzucił Sword z humorem.
-Chłopaki, wydajemy!- Rzuciła Amber do Jaspera i Jake'a.
-Lekko- rzucił Porter biorąc wózek; Horse zaczął układać na blatach dania. Devon i Amber przygotowywali napoje.
Dzbanki z kawą, herbatą i wodą z cytryną pojawiły się na stołach dokładnie o ósmej, gdy wszyscy już się schodzili.
-Co za zapachy- Wymruczał młodszy brat Vładimira; Dimitrij z zamkniętymi oczami kierując się w stronę jadalni.
W weekend niezwykle trudno było wyciągnąć go z łóżka o tak wczesnej porze. Dziwiło też, że potrafił płynnie chodzić po budynku z zamkniętymi oczami.
-Kurde... Jak on to robi..?- Zdumiała się Amber; obserwując nastolatka, który w ostatniej chwili przemknął między Dorianem Falconem, a przewodniczącym i zajął miejsce przy stole.
-Co jest...?- Spytał nieco nieprzytomnie Dimitrij otwierając prawe oko.- Spasi Hospody ale wyżerka...
-Widzisz, młody. Kto rano wstaje...- zaczął Vładimir.
-Ten jest niewyspany, braciszku- wpadł mu w zdanie czternastolatek; otworzył wreszcie oczy i zajmując miejsce przeciągnął się z szerokim uśmiechem na widok miny starszego brata.
-Smacznego- Rzucił Angello.
-Nawzajem- przetoczył się pomruk głosów.
-Kto robił tą jajecznicę?- Spytał z zaciekawieniem Angello.
-Michael; a co?- Spytałam spoglądając na niego z ukosa.
-Pyszna- skwitował niebieskooki z rozmarzeniem.
Trudno było trafić w gust przewodniczącego Angello. Był bardzo wybredny, jeśli chodzi o jedzenie- nawet jego żona musiała się czasem nakombinować; żeby przygotować dobry obiad; a teraz pałaszował danie aż mu się uszy trzęsły.
-Michael, co dodałeś do tej jajecznicy?- Spytałam siadając na schodach, oparłam się o kolumnę.
-Czemu pytasz?- Spojrzał na mnie z boku poprawiając okulary.
-A, tak... Nawet najbardziej wybrednym smakowała- odpowiedziałam ze śmiechem.
-Zwykła jajecznica na mleku z przepisu ojca- wzruszył ramionami chichotając.
-Twój ojciec umie gotować?- Zdziwiona uniosłam brwi.
-I to jak...- przytaknął wesoło.- Gdy mama żyła zawsze gotowali razem..- uśmiechnął się do wspomnień.
-Mój ojciec trzymał się z dala od garów. Mówił że to królestwo mamy- westchnęłam z ironią.
-Jaka była twoja mama?- Zapytał przytulając mnie, oparłam mu policzek na ramieniu i przymknęłam na chwilę oczy.
-Była cudowną kobietą...- westchnęłam z tęsknotą.- Robiła dywany i ubrania... Grała na harfie.. Była..
-Ósmym cudem świata- odezwał się głos mojego ojca.
Michael spojrzał ze zdziwieniem na mojego ojca.
-Cudem świata?- Spytał.
Granatowe oczy patrzyły w błękitne niebo.
-Tak- westchnął Cristopher Raven.- Valerie była mądrą i piękną kobietą..- wyciągnął z kieszeni medalion i otworzył go podając Michaelowi.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Z fotografii patrzyła na mnie kobieta ze snu Callisto. Te turkusowe oczy i fioletowa suknia..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Naprawdę piękna..- szepnął Michael patrząc na zdjęcie.
Ojciec patrzył na las rozmyślając, Michael oddał mu wisior; pytając:
-Bardzo ją pan kochał?- Zapytał ostrożnie.
Granatowooki bardzo powoli odwrócił wzrok od drzew i patrząc wprost w intensywnie zielone oczy odparł:
-Tak jak ty kochasz moją córkę- zszedł schodami i pozostawiając zaskoczonego Michaela ruszył drogą z dłońmi w kieszeniach płaszcza; a ja zastanawiałam się; ile, tak naprawdę, o nas wie.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-No, chodźcie głupie pijawki..- mruknął Michael, ziewając obracał w palcach miecz.
-Ale tu dzisiaj nudno- jęknęła Amber znudzonym tonem.
-Stypa normalnie- przytaknął z ironią Jacob Horse.
-Jestem głodna..- stwierdziła Caroline z irytacją.
-Wszamaj i przestań już narzekać- Devon wręczył jej paczkę ciastek.
-Wiesz, że jestem na diecie?.- Burknęła ze złością.
-No; już nie chrzań, że takim wielorybem jesteś; Raven- Rzucił Vładimir Romanow uśmiechając się drwiąco.
-Nie dolewaj oliwy do ognia...- Amber przepchnęła przyjaźnie  Vładimira.- Jezu, z czego ty się chcesz odchudzać; Caro...?- Rzuciła Amber zniecierpliwiona, taksując Caroline wzrokiem.
Z moich ust wydobyło się przeciągłe beknięcie, przypominające krakanie wrony. Michael tłumiąc uśmiech spojrzał na mnie z podziwem.
-Nieźle; Raven- skomplementował Jasper.
-To było świeeeetne- W tym momencie Stacia całkiem niezamierzenie dała swój popisowy bek. Wszyscy buchnęli rechotem, a Romanow omal nie potknął się o własne nogi ze śmiechu.
-Aż się popłakałam...- Amber nadal chichotając otarła łzy z oczu.
-Tylko nie płacz; gdy będziesz umierać- Rzucił w tej samej chwili atakujący ją wampir.
-Chciałbyś- odparła z sykiem; odbijając Krwawe Ostrze.
Podczas walki jakimś cudem rozdzieliliśmy się. Michael został ze mną i walczyliśmy ramię przy ramieniu.
Sprzątnęłam szóstego wampira. Zaniepokojona nigdzie nie dostrzegłam Michaela.
Przecież był tuż obok mnie...
-Demoniczna Kruk- Zasyczał wampir; z którym walczyłam.
-Co sprzedałeś za bycie tym potworem; Cash?- Spytałam parodią uprzejmości. Odbijając rękę z bronią; kopnęłam go mocno w żebra.
-Chciałem sprzedać ciebie; ale nie dogadaliśmy się z ceną- odciął się z obrzydliwym uśmieszkiem.
-Mojej wartości nie da się przeliczyć na forsę- odparłam z lekkością odbijając jego ciosy.
-Każdy ma jakąś cenę- odszczeknął się.- Ile dałabyś za niego?- Zapytał ruchem głowy wskazując Michaela. Zanim zdążyłabym go zlikwidować odskoczył i zgrabnie wylądował tuż przy wyrywającym się zielonookim.
-Ty chciwe, nędzne ścierwo- warknęłam z gniewem, odsłaniając kły.
***
Nie wiedziałam, co mam robić. Z każdą chwilą szanse na wyciągnięcie Michaela z tej kaszany mocno malały.
-Jest wart więcej, niż twoje marne życie, gadzino- warknęłam przez zaciśnięte zęby. Zacisnęłam je tak mocno, że kły zawibrowały bólem.
-Puść go- Stacia wylądowała tuż za mną, zeskakując z dachu jakiegoś magazynu.
-Kim jesteś, żeby mi rozkazywać; moja piękności?- Zapytał Cash udając szarmancję.
Stacia uśmiechając się obnażyła kły.
-Nie prowokuj mnie, bo jestem dziś bardziej niecierpliwa, niż zwykle- oznajmiła z groźbą.
Wampir wybuchnął śmiechem, pozostali Rządowi zawtórowali mu z równą wesołością.
Przez oczy Anastasii przemknął szkarłatny płomień.
-Jakie słodkie oczęta- zamruczał Cash- uważaj, bo się przestraszę- dokończył z kpiną.
-Zawsze mogę cię zmusić, żebyś był na moje zawołanie; słodziaczku- Stacia zaśmiała się uwodzicielsko.
-Co ty kombinujesz?- Syknęłam ze złością.
-Zaufaj mi- rzuciła półgębkiem.
-Na twoje zawołanie?- Spytał lekko.- Coś ci się chyba popierdoliło w móżdżku; małolatko- po czym zwrócił się do wampirów trzymających Michaela.- Zabijcie to łowcze ścierwo..
-Nie tak szybko; sługusie- Zakpiła Stacia; a wampir trzymający miecz przy gardle Michaela zdrętwiał z palcami zaciśniętymi kurczowo na rękojeści. Kilka sekund potem miecz z trzaskiem upadł na asfalt; a wampir warknął próbując się ruszyć. Z rękawa zielonookiego wysunął się czubek sztyletu. Chłopak zacisnął dłoń na rękojmi i zadał szybki cios. Odskakując zamknął oczy przed rozwiewającym się piachem pozostałym z wampira poziomu B.
-Łapcie go..!- Rozkazał wściekły Cash, próbując się poruszyć zaczął trzeszczącym głosem.- C-co je-je-zzz-ddtt; ku-uuu-rww-a...?
-Teraz zatańczysz, jak ja ci zagram; Cash- Stacia uśmiechnęła się pogardliwie.
Pozabijajcie się, pijawy- usłyszałam telepatyczny głos Stacii.
Ku mojemu zdziwieniu Wampiry zwróciły broń przeciwko sobie i zrobiły to, co kazała Forbes. Zdumiony Cash rozglądając się po leżących wokół niego prochach, w których tonął Krwawy Oręż, jęknął słabo.
-Kim ty jesteś...?- Wyszeptał z przerażeniem, cofając się gwałtownie, potknął się o wystającą płytę studzienki kanalizacyjnej i wylądował na glebie.
-Twoim koszmarem; pierdolony śmieciu- Stacia podchodząc uśmiechnęła się mściwie. Przyklęknęła przy nim i szybkim ciosem docisnęła go do asfaltu.- Już nie jestem tą malutką przerażoną dziewczynką; która bezsilnie patrzyła na śmierć własnej rodziny; Brandon- szepnęła patrząc mu prosto w oczy.
Cash mrugał oczami w głębokim zdziwieniu; nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc.
-Skąd wiesz, jak mam na imię?- Zaczął ostrożnie.
-No, tak.. Już nie pamiętasz?- Spytała przekrzywiając głowę, spojrzała nań pod innym kątem.- Trzynaście lat temu, Vincent i Jane Forbes..-z jego ust wyszedł tylko stłumiony jęk.- Co? Przypomniało ci się, śmieciu?- Zapytała uśmiechając się zimno i okrutnie.
-Nie mam z tym nic wspólnego..- zaczął z przerażeniem.
Stacia przywaliła mu z pięści w twarz.
-Cuchniesz kłamstwem na kilometr; cwaniaczku- rzuciła pogardliwie.- Sprzedałbyś nawet własną matkę; gdybyś miał być przez to bogaty; szmatławcu- przyłożyła mu drugi raz.- Powiedz; co Rząd ci obiecał za trzymanie z nimi...? Szmal? Lepsze życie?- Udała, że się zastanawia.- Aha, już wiem! Zapewnili, że będziesz rządził całym przemysłem dragów; ścierwo!- Zaczęła go bić gołymi rękami z zamiarem zatłuczenia go na śmierć.
-O czym ona bredzi?- Spytał zaskoczonym szeptem Michael.
-Sama chciałabym wiedzieć..- odszepnęłam z namysłem.
-Żałosna płotka wśród ławicy grubych ryb, co?- Spytał cichy głos kobiety.
Stacia powoli podniosła głowę i wbiła zdziwiony wzrok w nieznajomą, my także zwróciliśmy na nią oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz