poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter:Shadow of Life: Rozdział II: Tajemniczy Nowy

Cholerne bachory… Padam z nóg. Wlokąc się do pokoju czuje się jak ciągnięte za samochodem zwłoki.
Jedyna moja myśl to wygodne łóżko…
***
Spadam.. Gdzieś w dół..
-Callisto… Nie odchodź… Nie zostawiaj mnie tu!- czyiś szept na skraju snu. Czyjaś twarz i dłoń, której nie jestem w stanie dłużej utrzymać. Chcę go ratować. Z całych sił chcę złapać go po raz drugi; ale nic z tego. Znika w powietrznym wirze..

Wtedy się budzę i nie pamiętam tego snu…
-O mój Boże…- wymsknął się z moich ust cichy i niezwykle ochrypły jęk.
Budzik na nocnym stoliku obwieszcza mi godzinę piątą trzydzieści.
-Chociaż raz się nie spóźnię…- szepnęłam z nadzieją na jakąś pozytywną odmianę swojego nędznego życia. Wylazłam z ciepłej pościeli i; dla pewności; sprawdziłam godzinę na nadgarstku prawej dłoni, z której znów nie zdjęłam zegarka.
-Suupeer…- ziewnęłam przeciagle, szukając czarnych ciuchów.
Słońce wlewające się zza okna trochę mnie przytępiało i przyprawiało o ból głowy- wampirze dolegliwości związane ze zmianą rytmu dnia (wampiry wolą ciemność nocy, ale ja jestem chyba z tych wampirzych wyrzutków) nie były zbyt przyjemne. Dobrze, że przynajmniej ta głupia błyskotka trzyma mnie przy życiu- pomyślałam spoglądając na sygnet z wykutym w kamieniu lazurytu herbem rodu.
Ubrałam się i zeszłam na dół.
Na śniadanie paczka transfuzyjnej. Mrożonej. (Kto, na miłość boską grzebie przy pokrętle temperatury..?!) Dobra. Jakoś to przeżyję… Czego się nie robi dla przyszłej zemsty..- wbiłam rurkę w plastikowe opakowanie i ruszyłam na górę, by spakować się do szkoły.
Pocieszona śniadaniem, ruszyłam w stronę łazienki, aby doprowadzić się do porządku.
-Nigdy ci tego nie zapomnę…- Powiedziałam cicho.- Kiedy cię dopadnę, zapytam cię o jedno: jaki miałaś powód..- mruknęłam do swojego odbicia.
Upięłam włosy i spojrzałam na powoli powracające do turkusowej barwy tęczówki moich oczu.
Chyba już nie może być gorzej, niż jest, prawda?- Pomyślałam dziarsko, biorąc torbę.
Rzadko miałam tak dobry humor, przez co starałam się utrzymać ten stan rzeczy jak najdłużej.
Zawsze jednak znalazła się jakaś suka; która potrafiła mi popsuć te plany.
***
Rzygam.
Tą.
Szurniętą.
Matmą.
-Za jakie grzechy…?- Jęknęła za mną Janett Bell.
-Módlmy się, żeby coś zeżarło te testy..- Odezwał się Vincent Rodriguez.
-Taa. Też o tym marzę..- rzuciłam cierpko.- Dobrze, że za to nie karają…
…bo gdyby tak było, byłabym już dawno w piekle…
…choć na ziemi wcale lepiej nie jest.
-Idzie!- rzucił ktoś ostrzegawczo.
Wszyscy zaczęliśmy gadać o byle czym, byle nie wspominać ostatniego testu.
Za nauczycielem szedł chłopak: chudy, niewysoki okularnik; przeciętny nastolatek i kolejna małpka w tym cholernym cyrku…
Ziewnęłam przeciągle.
-Jak spać to w domu; panno Raven- rzucił uszczypliwie profesor Shark.
-Przepraszam…- rzuciłam uśmiechając się przymilnie do nauczyciela.
Taki z ciebie profesor; jak ze mnie zawodowa łowczyni..- pomyślałam jednocześnie pod jego adresem.
Jednak naprawdę nie potrafię być jędzowata…
Jestem tylko odrobinę bardziej złośliwa, niż zwykle…
-Przypadło mi przedstawienie wam nowego ucznia. Z braku miejsc w równoległych klasach przydzielono go do was… Powiedz coś o sobie klasie, młody człowieku…- rzucił nauczyciel.
„[...]przydzielono go do was…bando pawianów”
Zamiast „młody człowieku”; powinno być: „nasza kolejna odmóżdżona małpiatko”
Co ci, koleś, odbiło; żeby przeprowadzić się na to podłe zadupie?- Pomyślałam z przekorą.

Nazywał się Michael Tyler. Zza szkieł patrzyły na świat jasne oczy w kolorze zielonym. Lubił czekoladki i książki. Interesował się rusznikarstwem.
Za.
Wysokie.
Progi.
Złotko.
Zamknij się…- mruknęłam w myślach do mojej ludzkiej- tej nieśmiałej- strony osobowości.- Chcę posłuchać, co on tam jeszcze gada.!
-Usiądź tam. Raven zdejmij łaskawie torbę z krzesła- rzucił Shark.
-Cóż za zaszczyt..- mruknęłam ironicznie kładąc plecak przy nodze ławki.
-Hej, ty pewnie jesteś Callisto- odezwał się szeptem.
-Skąd wiesz; jak mam na imię…?- Spytałam również szeptem.
-Najładniejsza laska w tej szkole? O to zapytałem dziś rano. Odpowiedź? Callisto Raven.
-Ty już mi tak nie słódź, bo zaczyna mnie mdlić- odcięłam się z przyjaznym uśmiechem.
Kolejny, przed którym udajesz normalne uczucia?
Zapomnij…
***
-Odprowadzę cię, Callisto…- zaczął. Chyba mnie polubił.
-Dziękuję, ale się spieszę..- rzuciłam. W biegu pomachałam mu na pożegnanie.
Wiem, głupio zrobiłam; ale nie mogę sobie pozwolić na chwilę zapomnienia, jaką jest miłość.
Żyję zemstą. I dla zemsty poświęcę nawet swoje marne życie.
Nie przestawałam biec, póki zapach Michaela nie zniknął zupełnie z mojej świadomości.
Zapach jego krwi prawie wyłączył we mnie trzeźwe myślenie; na którego miejscu chciał zagościć wampirzy instynkt.
Omal go nie zabiłaś…- zaczął z pretensjami głos w mojej głowie.
-Zamknij się…- warknęłam do swoich myśli.
Chcesz zniszczyć to, co z wielkim trudem budowałaś przez pół roku?- czasem mój wewnętrzny głos łowcy nie dawał mi żyć.
-Nie chce… Ucisz się…- wymamrotałam.
Byłam roztrzęsiona, przez moje żyły szedł płomień bólu. Oparłam się o płot przed domem, musiałam odpocząć…
-Callisto, dobrze się czujesz?- mój ojciec chrzestny wybiegł z domu.
Spojrzałam nań niezbyt przytomnie.
-To… nic. Zaraz mi przejdzie..- zaczęłam ochrypłym głosem; krzywiąc się z bólu.
***
Zaniósł mnie na rękach do mojego pokoju i ułożył na łóżku. Jednym szarpnięciem zaciągnął zasłony.
-Co się stało Cally?- Zapytał z troską.
-Muszę się… Uspokoić…- Zaczęłam słabo.
Płomień bólu powoli doszedł do gardła.
-Pogadamy później, Callisto..- cicho zamknęły się drzwi, zostałam sama z przenośną lodówką pełną krwi transfuzyjnej i tornadem własnych myśli.
Gdybym tylko mogła się zbliżyć… Zaufać…
Jedyna osoba, którą kochałam całym sercem wbiła mi nóż w plecy. Zdradziła mnie i zrobiła ze mnie tego potwora…
-Ile bym teraz dała, żebyście byli tu ze mną…- szepnęłam przesuwając dłonią po szkle ramki, zza którego patrzyli na mnie rodzice na starej fotografii.
Ból w żyłach powoli mijał, zastąpiło go jednak o wiele gorsze cierpienie. Ból straty i uczucie rozbicia na miliony szklanych odłamków…
Powoli…
Bardzo powoli…
Dłoń zaciska się…
Na broni…
Otwierają się drzwi. Ktoś odbiera mi pistolet. Moją ostatnią nadzieję na…
…uwolnienie się od wspomnień i bólu…
Nieśmiało otwieram oczy. Spodziewam się zobaczyć twarz mojego ojca chrzestnego i usłyszeć cichy pełen bólu głos, który przeciąłby moje uszy i mózg, jak rozgrzane do czerwoności noże…
Jednak to, co widzę sprawia, że pochylam głowę; jakbym miała zaraz się rozpłakać.
Broń z cichym metalicznym trzaskiem ląduje na szafce nocnej.
-Nie przywitasz mnie; młoda?- Zapytał pieszczotliwie męski głos.
Milczę długą chwilę; myśląc jak ubrać w słowa to, co czuję. Rzuciłam mu się na szyję zwalając go na podłogę. Objął mnie mocno.
Ufałam mu, jak nikomu innemu. Był dla mnie częścią rodziny. To on pomógł mi przetrwać pierwsze tygodnie przemiany i wszystko, co było później. Cierpliwie znosił moje wybuchy i słowa, które mówiłam w gniewie.
-Przepraszam, mistrzu…- zaczęłam zakłopotana schodząc z niego. Wstałam i wyciągnęłam rękę.
Chwycił ją, a ja pociągnęłam go w górę.
-Coś cię dręczy; Callisto- zauważył wpatrując się we mnie jedynym okiem, które mu pozostało.
Nazywał się on Tyler Morgenstern i był, podobnie jak cała moja rodzina, łowcą wampirów; do których żywił wyjątkową nienawiść. Poza tym to on od najmłodszych lat uczył mnie zawodu łowcy i traktował mnie; jak wlasną, rodzoną córkę.
-Nic takiego…- odpowiedziałam cicho po chwili.
-Nadal dręczą cię koszmary…?- Zapytał mnie z troską.
-Nie o to chodzi…- zaczęłam słysząc stukanie kołatki przy drzwiach wejściowych…
Czując zapach, jęknęłam boleśnie opierając się o ścianę.
Michael.
Znalazł mnie.
Chciał rozmowy ze mną…
-Callisto…- mistrz potrząsnął mną mocno.
Kły zaczęły wibrować bólem. Zacisnęłam zęby, które zgrzytnęły. Kły… Nie… Proszę, nie… Nie! Nie! Nie!
-Spław go… Nie chcę… żeby…- wydyszałam z trudem.
Nie chce, żeby widział mnie w tym stanie…
Nie chcę go zabić…
Niech on stąd idzie!
Szybkie kroki dwóch par stóp na schodach..
Boli.
Zdenerwowany głos Michaela… Żąda wyjaśnień..
Płonę.
Cichy głos mojej kuzynki Ginevry..
Z.
Nie pozwala mu otworzyć drzwi..
Bólu.
-Nie pozwól mu wejść…- wyszeptałam z trudem trzymając dłoń przy gardle; które paliło żywym ogniem.- Niech na to nie patrzy… Na to, czym jestem…- runęłam na kolana, chcąc przytrzymać się biurka zrzuciłam z blatu wszystko, co stało w zasięgu mojej ręki.
-Callisto… Moje dziecko…- mistrz przyklęknął przy mnie i chwycił mnie za ramię.
Patrzyłam w podłogę; oddychając ciężko z dłonią przy gardle.
Michael odepchnął Ginevrę (starszą ode mnie kilka lat kuzynkę) i stanął jak wryty w progu.
-Co wy jej robicie…??!!- Zaczął zszokowany, widząc, jak mistrz ciągnie mnie z daleka od Michaela. Chyba zobaczył broń…
-Wyjdź. Poczekaj na zewnątrz…- Powiedział ostro mistrz, podnosząc mnie na nogi.- Ginevra, zabierz go na dół i wezwij do mnie ojca; proszę.
-Oczywiście, mistrzu- rzuciła z powagą ciemnowłosa.- Chodź… Musisz zejść ze mną na dół…- Pchnęła go lekko w stronę schodow.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz