Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Angello i Grey siedzieli naprzeciwko siebie przy węższych bokach stołu, które zajmowali członkowie Rad Łowczych obu organizacji.
Zauważyłem, że nasze trzy czarne owce również pojawiły się na Radzie.
Nie sądziłem, że są oni aż tak głupi, by pchać się prosto w przysłowiową paszczę lwa, byłem jednak ciekaw; jak to wszystko się teraz potoczy i chciałem zobaczyć miny całej tej zdradzieckiej trójcy; gdy ta cała ich gra wyjdzie na jaw..
Horse siedział dwa krzesła dalej, między Moon'em; a Midfordem i obojętnie obserwował wydarzenia mające właśnie miejsce. Widać było, że intensywnie nad czymś rozmyśla. Co układa w tym swoim małym móżdżku? Na co się zdecyduje? Czyją weźmie stronę: opowie się przy despotycznym ojcu; czy pozostanie wierny Stowarzyszeniu? Czy jest na tyle tchórzliwy, by mimo wyboru, który podejmie postąpić zupełnie odwrotnie z powodu strachu przed ojcem? A może on sam również jest zamieszany w tę swoistą grę pozorów i zamierza to w odpowiednim momencie ujawnić?
Horse'a trudno było czasami rozgryźć. Niekiedy potrafił zaleźć człowiekowi za skórę; by zaraz potem, w najmniej oczekiwanej chwili odpuścić sobie kłótnie. W szkole raz mijał nas bez żadnego słowa; by zaraz na następnej przerwie zacząć działać nam na nerwy. Czasem zdawał się chodzącą sprzecznością; bo jeśli już kogoś nienawidzić to całkowicie, a nie "na raty"- tak, jak miało to niekiedy miejsce w jego przypadku.
Jedyne, co na chwilę obecną mógłbym powiedzieć o Jacobie Thomasie Horse; herbu Podkowa to dwa słowa: nieprzewidywalny i zdecydowany postawić wszystko na jedną kartę. W jakiś sposób był świadom tego, że będzie musiał wybrać między rodziną i zdradą; a wiernością wobec Stowarzyszenia i honorem łowcy wampirów. Wiedział, że to niełatwa decyzja, ale zdawał sobie sprawę, że musi dokonać wyboru- bo im dłużej się wahał; tym bardziej mógł popełnić fatalny w skutkach błąd i zaprzepaścić wszystko, o co tak ciężko walczył.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Angello przechylił się lekko w moją stronę; rzucając szeptem:
-Teraz trzeba być bardzo ostrożnym...- zauważył spoglądając na mnie.- Co planujesz; Raven?
-W trakcie rozmowy przeproś uprzejmie Greya, wymawiając się pilną sprawą, o której zapomniałeś, a która dotyczy nas wszystkich.
-Poprosisz Luciana, by zdjął pieczęć z dokumentów i przyniósł je tutaj?- Upewniał się.
-Oczywiście; Angello- Odparłam, gestem ręki wzywając Luciana. Oparł dłonie na krześle i pochylił się przy mnie.
-Chciałbym was przeprosić; Nicholasie: na śmierć zapomniałem o pewnej bardzo pilnej dla nas wszystkich rzeczy- oznajmił Angello sprytnie udając roztargnionego.
Kątem oka zauważyłam, że Rada Stowarzyszenia, włącznie z wtajemniczonymi w plan osobami, wymienia zdziwione spojrzenia. Silvia Edge zapytała o coś siedzącego tuż obok niej starego Romanowa; który pokręcił głową odmownie.
-Oczywiście; panienko- oznajmił Lucian prostując się. Skłonił się lekko i ruszył na korytarz.
-Dokąd go wysłałaś; Raven?- Zapytał jeden z mężczyzn z naprzeciwległej Rady.
-Poprosiłam Luciana o przyniesienie dokumentów; których z roztargnienia zapomniał Angello- oznajmiłam.- Gdybym sama zdecydowała się po nie iść, zapewne uznalibyście to za nieuprzejme; a nie chciałabym was obrazić- powiedziałam uprzejmie.
Tylko my wiedzieliśmy, że Lucian szedł po kopię dokumentów, która wcale nie była przezeń opieczętowana; a którą celowo Angello zostawił na biurku w swoim gabinecie.
Moon przeglądał teczki. Nagle buchnął śmiechem.
-Jesteś chyba zbyt zdenerwowany; Angello. Wysłałeś Luciana po szczęście..- powiedział lekko pokazując przewodniczącemu brązową teczkę.
Cała sala spojrzała na tajemniczy przedmiot. Silvia Edge zacisnęła usta patrząc na rzecz z udawaną ciekawością, a stary Horse wyglądał; jakby niemal szlag go trafił. Z kolei Law pozostał obojętny: jego twarz nawet nie drgnęła.
Trzask drzwi zwrócił uwagę zebranych. Angello i Grey na widok czarnookiego zerwali się na nogi.
-Panie Angello, kopia zniknęła- oznajmił Lucian.
Atmosfera zgęstniała, wszyscy zebrani spoglądali po sobie zaskoczeni; a szepty stały się głośniejsze- ich dźwięk przypominał teraz rój rozwścieczonych pszczół. Wychwyciłam spojrzenie Horse'a. Skinął krótko głową w moją stronę i wstał z krzesła. W tej samej chwili zapadła cisza.
Angello i Grey siedzieli naprzeciwko siebie przy węższych bokach stołu, które zajmowali członkowie Rad Łowczych obu organizacji.
Zauważyłem, że nasze trzy czarne owce również pojawiły się na Radzie.
Nie sądziłem, że są oni aż tak głupi, by pchać się prosto w przysłowiową paszczę lwa, byłem jednak ciekaw; jak to wszystko się teraz potoczy i chciałem zobaczyć miny całej tej zdradzieckiej trójcy; gdy ta cała ich gra wyjdzie na jaw..
Horse siedział dwa krzesła dalej, między Moon'em; a Midfordem i obojętnie obserwował wydarzenia mające właśnie miejsce. Widać było, że intensywnie nad czymś rozmyśla. Co układa w tym swoim małym móżdżku? Na co się zdecyduje? Czyją weźmie stronę: opowie się przy despotycznym ojcu; czy pozostanie wierny Stowarzyszeniu? Czy jest na tyle tchórzliwy, by mimo wyboru, który podejmie postąpić zupełnie odwrotnie z powodu strachu przed ojcem? A może on sam również jest zamieszany w tę swoistą grę pozorów i zamierza to w odpowiednim momencie ujawnić?
Horse'a trudno było czasami rozgryźć. Niekiedy potrafił zaleźć człowiekowi za skórę; by zaraz potem, w najmniej oczekiwanej chwili odpuścić sobie kłótnie. W szkole raz mijał nas bez żadnego słowa; by zaraz na następnej przerwie zacząć działać nam na nerwy. Czasem zdawał się chodzącą sprzecznością; bo jeśli już kogoś nienawidzić to całkowicie, a nie "na raty"- tak, jak miało to niekiedy miejsce w jego przypadku.
Jedyne, co na chwilę obecną mógłbym powiedzieć o Jacobie Thomasie Horse; herbu Podkowa to dwa słowa: nieprzewidywalny i zdecydowany postawić wszystko na jedną kartę. W jakiś sposób był świadom tego, że będzie musiał wybrać między rodziną i zdradą; a wiernością wobec Stowarzyszenia i honorem łowcy wampirów. Wiedział, że to niełatwa decyzja, ale zdawał sobie sprawę, że musi dokonać wyboru- bo im dłużej się wahał; tym bardziej mógł popełnić fatalny w skutkach błąd i zaprzepaścić wszystko, o co tak ciężko walczył.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Angello przechylił się lekko w moją stronę; rzucając szeptem:
-Teraz trzeba być bardzo ostrożnym...- zauważył spoglądając na mnie.- Co planujesz; Raven?
-W trakcie rozmowy przeproś uprzejmie Greya, wymawiając się pilną sprawą, o której zapomniałeś, a która dotyczy nas wszystkich.
-Poprosisz Luciana, by zdjął pieczęć z dokumentów i przyniósł je tutaj?- Upewniał się.
-Oczywiście; Angello- Odparłam, gestem ręki wzywając Luciana. Oparł dłonie na krześle i pochylił się przy mnie.
-Chciałbym was przeprosić; Nicholasie: na śmierć zapomniałem o pewnej bardzo pilnej dla nas wszystkich rzeczy- oznajmił Angello sprytnie udając roztargnionego.
Kątem oka zauważyłam, że Rada Stowarzyszenia, włącznie z wtajemniczonymi w plan osobami, wymienia zdziwione spojrzenia. Silvia Edge zapytała o coś siedzącego tuż obok niej starego Romanowa; który pokręcił głową odmownie.
-Oczywiście; panienko- oznajmił Lucian prostując się. Skłonił się lekko i ruszył na korytarz.
-Dokąd go wysłałaś; Raven?- Zapytał jeden z mężczyzn z naprzeciwległej Rady.
-Poprosiłam Luciana o przyniesienie dokumentów; których z roztargnienia zapomniał Angello- oznajmiłam.- Gdybym sama zdecydowała się po nie iść, zapewne uznalibyście to za nieuprzejme; a nie chciałabym was obrazić- powiedziałam uprzejmie.
Tylko my wiedzieliśmy, że Lucian szedł po kopię dokumentów, która wcale nie była przezeń opieczętowana; a którą celowo Angello zostawił na biurku w swoim gabinecie.
Moon przeglądał teczki. Nagle buchnął śmiechem.
-Jesteś chyba zbyt zdenerwowany; Angello. Wysłałeś Luciana po szczęście..- powiedział lekko pokazując przewodniczącemu brązową teczkę.
Cała sala spojrzała na tajemniczy przedmiot. Silvia Edge zacisnęła usta patrząc na rzecz z udawaną ciekawością, a stary Horse wyglądał; jakby niemal szlag go trafił. Z kolei Law pozostał obojętny: jego twarz nawet nie drgnęła.
Trzask drzwi zwrócił uwagę zebranych. Angello i Grey na widok czarnookiego zerwali się na nogi.
-Panie Angello, kopia zniknęła- oznajmił Lucian.
Atmosfera zgęstniała, wszyscy zebrani spoglądali po sobie zaskoczeni; a szepty stały się głośniejsze- ich dźwięk przypominał teraz rój rozwścieczonych pszczół. Wychwyciłam spojrzenie Horse'a. Skinął krótko głową w moją stronę i wstał z krzesła. W tej samej chwili zapadła cisza.
Młody Podkowa powiódł spokojnym wzrokiem po sali pełnej łowców.
-Panowie: Angello; Grey.. Jeśli mogę chciałbym coś powiedzieć- oznajmił stojąc pod ostrzałem spojrzeń zebranych.
-Śmiało, panie Horse- oznajmili obaj mężczyźni spokojnie.
Jego ojciec zbladł, jak ściana, ale nie odezwał się ni słowem.
-Dziękuję uprzejmie- rzucił bliznowaty chłopak.- Otóż: chcę odejść ze Stowarzyszenia; ponieważ po tym, czego zaraz się dowiemy chcę oszczędzić sobie hańby i miana zdrajcy łowczej krwii- spojrzał na swego ojca, który wpatrywał się w niego z wściekłością.- Sądzę; że wiesz, o czym mówię...- zwrócił się do ojca. Zwinnym ruchem wyciągnął spod rękawa pochwę z mieczem i złożył ją na blacie stołu; obok położył wyciągnięty z kieszeni wisiorek-talizman ze znakiem Stowarzyszenia i jeszcze kilka przedmiotów. Powoli zdjął z palca wskazującego prawej dłoni rodową pieczęć i przechodząc przez salę rzucił ją na blat tuż przed swoim ojcem; mówiąc zimno:
-Nie waż się więcej nazywać się moim ojcem, ścierwo- powiedział z pogardą wychodząc z sali, a łowcy obserwowali go zaskoczeni. Rozległy się pytania i komentarze.
Trzasnęły cicho drzwi. Stary Horse był trupioblady. Z wyraźnym trudem panował nad swoimi emocjami. Próbował również zapanować nad drżeniem dłoni złożonych na blacie stołu. W sali słychać było już tylko wściekłe szepty łowców.
-Panowie: Angello; Grey.. Jeśli mogę chciałbym coś powiedzieć- oznajmił stojąc pod ostrzałem spojrzeń zebranych.
-Śmiało, panie Horse- oznajmili obaj mężczyźni spokojnie.
Jego ojciec zbladł, jak ściana, ale nie odezwał się ni słowem.
-Dziękuję uprzejmie- rzucił bliznowaty chłopak.- Otóż: chcę odejść ze Stowarzyszenia; ponieważ po tym, czego zaraz się dowiemy chcę oszczędzić sobie hańby i miana zdrajcy łowczej krwii- spojrzał na swego ojca, który wpatrywał się w niego z wściekłością.- Sądzę; że wiesz, o czym mówię...- zwrócił się do ojca. Zwinnym ruchem wyciągnął spod rękawa pochwę z mieczem i złożył ją na blacie stołu; obok położył wyciągnięty z kieszeni wisiorek-talizman ze znakiem Stowarzyszenia i jeszcze kilka przedmiotów. Powoli zdjął z palca wskazującego prawej dłoni rodową pieczęć i przechodząc przez salę rzucił ją na blat tuż przed swoim ojcem; mówiąc zimno:
-Nie waż się więcej nazywać się moim ojcem, ścierwo- powiedział z pogardą wychodząc z sali, a łowcy obserwowali go zaskoczeni. Rozległy się pytania i komentarze.
Trzasnęły cicho drzwi. Stary Horse był trupioblady. Z wyraźnym trudem panował nad swoimi emocjami. Próbował również zapanować nad drżeniem dłoni złożonych na blacie stołu. W sali słychać było już tylko wściekłe szepty łowców.
Przewodniczący nie stracił głowy i postanowił odczytać raport Vincenta, by skonfrontować trójkę zdrajców z oskarżeniami i dowodami.
Horse wpatrywał się w leżący tuż przed nim gruby pierścień ze znakiem heraldycznym- podkową, którą oplatało dzikie wino i wpisaną nad nią ozdobną gotycką literą H. Okrąg tarczy, gdzie umieszczono herb zwieńczono misternie wyrzeźbionym w srebrze bluszczem. Wydawałoby się, że nic już go nie obchodzi.
Silvia Edge powoli sięgnęła pod stół. Nagle zerwała się z miejsca i trzasnęła batem w stronę pozostawionego przez Jacoba miecza, szarpnęła i broń pofrunęła w powietrzu wprost ku jej wciągniętej dłoni. Kilku łowców sięgnęło po swoją broń.
Michael rzucił mi swój miecz. Zdjęłam pochwę i zasalutowałam przed Radą "Kundli Archanioła".
W ułamku sekundy zdążyłam ochronić Angello przed ciosem i zewrzeć klingę z przeciwniczką.
-Małe, wampirze utrapienie o imieniu Raven!- Warknęła atakując z zaciekłością.
Horse nawet nie drgnął; za to Law uzbrojony rzucił się na przewodniczącego; ale trafił na szpadę Mistrza, który zgrabnie odbił atak.
Horse wpatrywał się w leżący tuż przed nim gruby pierścień ze znakiem heraldycznym- podkową, którą oplatało dzikie wino i wpisaną nad nią ozdobną gotycką literą H. Okrąg tarczy, gdzie umieszczono herb zwieńczono misternie wyrzeźbionym w srebrze bluszczem. Wydawałoby się, że nic już go nie obchodzi.
Silvia Edge powoli sięgnęła pod stół. Nagle zerwała się z miejsca i trzasnęła batem w stronę pozostawionego przez Jacoba miecza, szarpnęła i broń pofrunęła w powietrzu wprost ku jej wciągniętej dłoni. Kilku łowców sięgnęło po swoją broń.
Michael rzucił mi swój miecz. Zdjęłam pochwę i zasalutowałam przed Radą "Kundli Archanioła".
W ułamku sekundy zdążyłam ochronić Angello przed ciosem i zewrzeć klingę z przeciwniczką.
-Małe, wampirze utrapienie o imieniu Raven!- Warknęła atakując z zaciekłością.
Horse nawet nie drgnął; za to Law uzbrojony rzucił się na przewodniczącego; ale trafił na szpadę Mistrza, który zgrabnie odbił atak.
Oboje uparcie starali się przedrzeć do Angello. Rzuciłam okiem na Horse'a- mężczyzna szybkim ruchem dłoni zrzucił ze stołu sygnet syna i obnażył miecz rzucając się do walki. Nie dbał o to, kogo zabije; widziałam, że za wszelką cenę chce dojść do Angello; ale nie chodziło już o to, co przedtem. Horse nie robił tego dla Rady Wampirów. Kierowały nim tylko gniew i nienawiść, którymi był zaślepiony. Wszyscy wiedzieli, że Alexander Horse od dawna żywił uraz do przewodniczącego Stowarzyszenia.
W sali zapanował chaos.
-Zabierzcie stąd delegację!- Warknął Moon.
Wtedy usłyszałam trzask tłuczonych szyb i zobaczyłam wpadające do środka czarne peleryny. Michael; Porter i kilku innych chłopaków wyprowadziło bezbronną delegację "KA".
W sali zapanował chaos.
-Zabierzcie stąd delegację!- Warknął Moon.
Wtedy usłyszałam trzask tłuczonych szyb i zobaczyłam wpadające do środka czarne peleryny. Michael; Porter i kilku innych chłopaków wyprowadziło bezbronną delegację "KA".
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Za mną!- Rzuciłem biegnąc schodami w górę.
Grey i reszta zadawali pytania. Byli zdezorientowani tym; co się stało. Żądali sensownych wyjaśnień.
-Sam chciałbym wiedzieć; do jasnej kurwy- odwarknąłem ostro uciszając wszelkie wątpliwości.- Na razie wiem tyle; że mamy pijawy na karku; niech to szlag...
-Za mną!- Rzuciłem biegnąc schodami w górę.
Grey i reszta zadawali pytania. Byli zdezorientowani tym; co się stało. Żądali sensownych wyjaśnień.
-Sam chciałbym wiedzieć; do jasnej kurwy- odwarknąłem ostro uciszając wszelkie wątpliwości.- Na razie wiem tyle; że mamy pijawy na karku; niech to szlag...
Pełno pijaw wokół, a wy sobie, ot tak, przychodzicie bez broni.! No, naprawdę szczere gratulacje głupoty; psia wasza mać!- dodałem w myślach.
***
Nie wpadaj w panikę... Nie wpadaj; kurwa; w panikę...- powtarzałem sobie chodząc szybkim krokiem po bibliotece. Przeciąłem trzymanym w dłoni mieczem powietrze ze świstem.
Leżał porzucony na korytarzu i miał nieznaną mi rodową pieczęć i... Zastanawiałem się, czyja to własność...
***
Nie wpadaj w panikę... Nie wpadaj; kurwa; w panikę...- powtarzałem sobie chodząc szybkim krokiem po bibliotece. Przeciąłem trzymanym w dłoni mieczem powietrze ze świstem.
Leżał porzucony na korytarzu i miał nieznaną mi rodową pieczęć i... Zastanawiałem się, czyja to własność...
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Nagle otworzyły się drzwi. Jacob szedł tyłem do nas, ze sztychem przy gardle. Chwycił pierwszy przedmiot który miał pod ręką i uderzył nim wampira. Na równi zdziwiony i przerażony zrozumiał, że tak może tylko rozwścieczyć wampira..
Wśród szczęku stali nagle rozbrzmiał huk strzelby. Wampir tuż przed bliznowatym chłopakiem rozsypał się w pył.
-Czasem powinniście oglądać się w tył; pijawy- burknął Middford rzucając nastolatkowi broń. Bliznowaty złapał długie sztylety ze zdumiono-przerażonym wyrazem twarzy; lecz zaraz potem opanował się i podjął walkę.
Nagle otworzyły się drzwi. Jacob szedł tyłem do nas, ze sztychem przy gardle. Chwycił pierwszy przedmiot który miał pod ręką i uderzył nim wampira. Na równi zdziwiony i przerażony zrozumiał, że tak może tylko rozwścieczyć wampira..
Wśród szczęku stali nagle rozbrzmiał huk strzelby. Wampir tuż przed bliznowatym chłopakiem rozsypał się w pył.
-Czasem powinniście oglądać się w tył; pijawy- burknął Middford rzucając nastolatkowi broń. Bliznowaty złapał długie sztylety ze zdumiono-przerażonym wyrazem twarzy; lecz zaraz potem opanował się i podjął walkę.
Zauważył, jak i ja, że w osłonie Angello jest luka. Dostrzegł ją również jeden z wampirów. Reszta łowców będąca tuż obok przewodniczącego była zbyt pochłonięta walką przed sobą by to zauważyć.
Horse podskoczył chwytając się zawieszonego na belce białego materiału; który zerwał lądując w przerwie między Armandem Tylerem; a Dorianem Falconem.
-Witamy spowrotem- rzucili obaj poważnie.
-Przepraszam; ale podjąłem już decyzję- odparł odbijając atak. Miecz jego przeciwnika ześlizgnął się po głowni broni Jacoba i przebił ciało chłopaka...
Angello złapał młodego Horse'a, zanim ten opadłby na podłogę i zrobiłby sobie jeszcze większą krzywdę.
W tej samej chwili Alexander Horse dał wampirom znak do odwrotu.
-Tak; uciekaj zakłamane ścierwo...- wyszeptał z trudem Jacob.
Rana była bardzo poważna. Krwawił i coraz ciężej oddychał.
-Nie mów- oznajmił Angello rozkazująco.- Trzeba go zabrać do szpitala- zwrócił się do kogoś.
|₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪|
Horse podskoczył chwytając się zawieszonego na belce białego materiału; który zerwał lądując w przerwie między Armandem Tylerem; a Dorianem Falconem.
-Witamy spowrotem- rzucili obaj poważnie.
-Przepraszam; ale podjąłem już decyzję- odparł odbijając atak. Miecz jego przeciwnika ześlizgnął się po głowni broni Jacoba i przebił ciało chłopaka...
Angello złapał młodego Horse'a, zanim ten opadłby na podłogę i zrobiłby sobie jeszcze większą krzywdę.
W tej samej chwili Alexander Horse dał wampirom znak do odwrotu.
-Tak; uciekaj zakłamane ścierwo...- wyszeptał z trudem Jacob.
Rana była bardzo poważna. Krwawił i coraz ciężej oddychał.
-Nie mów- oznajmił Angello rozkazująco.- Trzeba go zabrać do szpitala- zwrócił się do kogoś.
|₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪|
-Michael; szybciej..
-Psia mać; znowu jesteśmy spóźnieni- Zaklął mój narzeczony w biegu zaciągając krawat.
Szybko przypięłam spinką swój. W tym momencie na naszej drodze woźny z jednym z nauczycieli szli niosąc jakiś stolik.
-Ślizgiem; Michael!- Rzuciłam ostrzegawczo. Ciężki plecak dodatkowo zapewniał lepszy lot po podłodze korytarza. Podniosłam się szybko łapiąc Michaela i pobiegliśmy prosto w stronę sali matematycznej...
-Psia mać; znowu jesteśmy spóźnieni- Zaklął mój narzeczony w biegu zaciągając krawat.
Szybko przypięłam spinką swój. W tym momencie na naszej drodze woźny z jednym z nauczycieli szli niosąc jakiś stolik.
-Ślizgiem; Michael!- Rzuciłam ostrzegawczo. Ciężki plecak dodatkowo zapewniał lepszy lot po podłodze korytarza. Podniosłam się szybko łapiąc Michaela i pobiegliśmy prosto w stronę sali matematycznej...
-Raven; Tyler powód waszego spóźnienia: słucham- Shark był dzisiaj wyjątkowo nie w sosie.
-Zaspaliśmy- odpowiedział Michael poprawiając okulary na nosie.
-Oboje? - Zapytał z dziwnym zaciekawieniem.
Wymieniliśmy szybkie spojrzenie. Z wahaniem potaknęliśmy. Nasza grupa również patrzyła na nas w ten sposób.
-Nie rozumiem- powiedziałam uprzejmie, nie łapiąc aluzji. Przyłożyłam dłoń do tatuażu na szyi i zamyśliłam się na długą chwilę. Wtedy syknęłam czując coś na szyi.
-Ach.. O to panu chodzi- uśmiechnęłam się blado poprawiając krawat.- Cóż...
-To raczej nasza prywatna sprawa; profesorze- odparł Michael nieco zakłopotany; a klasa zawyła z podziwem.
-Ciszej- warknął Shark w stronę klasy.- Wasz wygląd przynosi ujmę tej szkole; siadajcie- burknął Shark chłodno.
-Zaspaliśmy- odpowiedział Michael poprawiając okulary na nosie.
-Oboje? - Zapytał z dziwnym zaciekawieniem.
Wymieniliśmy szybkie spojrzenie. Z wahaniem potaknęliśmy. Nasza grupa również patrzyła na nas w ten sposób.
-Nie rozumiem- powiedziałam uprzejmie, nie łapiąc aluzji. Przyłożyłam dłoń do tatuażu na szyi i zamyśliłam się na długą chwilę. Wtedy syknęłam czując coś na szyi.
-Ach.. O to panu chodzi- uśmiechnęłam się blado poprawiając krawat.- Cóż...
-To raczej nasza prywatna sprawa; profesorze- odparł Michael nieco zakłopotany; a klasa zawyła z podziwem.
-Ciszej- warknął Shark w stronę klasy.- Wasz wygląd przynosi ujmę tej szkole; siadajcie- burknął Shark chłodno.
Pierwszą przerwę spędziliśmy w szkolnych toaletach.
-Nieźle- skomentowała Tori oglądając wyłaniający się zza kołnierza koszuli, tuż przy tatuażu ślad.
Wiążąc na szyi krawat odparłam:
-Muszę to jakoś zakryć; bo następny nauczyciel dostanie palpitacji..- powiedziałam niechętnie wychodząc z łazienki.
-Spokojna głowa... Nikt nie zauważy..- Nagle chwyciła moją prawą dłoń.- Jaki cudny...- jeknęła z podziwem oglądając złoty pierścionek z ciemnobłękitnym oczkiem.
W tym momencie Michael wyszedł z męskiego klopa.
-Cóż; pani Tyler?- Spytał dołączając do nas.
-Pani Tyler?- Zdumieli się Tori Vincent i Paul.
-Och, panie Tyler- rzuciłam żartobliwie, dając mu buziaka.
-Nie powiedziałaś im?- Szepnął z uśmiechem.
-Jakoś nie było okazji..- odparłam lekko.
-Kto, czego nie powiedział?- Spytała Tori zdziwiona.
Usiedliśmy na ławce przed szkołą. Michael wciągnął mnie na kolana i oparł podbródek o moje ramię.
-Za rok mamy zamiar się pobrać- oznajmił Michael obejmując mnie lekko.
Vincentowi z wrażenia opadła szczęka. Paul mrugał oczami, a z ust Tori wyszedł szept:
-Cudownie... Jejku.!- Jeknęła z uciechą przytulając nas oboje.
-Gratulacje..- Rzucił Paul; gdy odzyskał głos.
-Dołączam się- rzucił Vincent.
-Wszystko gra; Rodriguez?- Zapytał Michael przyglądając się ciemnookiemu.
-Taa, nic mi nie jest- Vincent wpatrywał się w dal zamyślony.
-Przecież widzimy; że coś jest nie tak- odezwał się Paul; kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela.
-Nic wielkiego; pokłóciłem się z ojcem- odpowiedział niechętnie, obejmując Tori.
-W razie czego...- Zaczął Paul ostrożnie.
-Dzięki- odparł Vincent z westchnieniem.
-Nieźle- skomentowała Tori oglądając wyłaniający się zza kołnierza koszuli, tuż przy tatuażu ślad.
Wiążąc na szyi krawat odparłam:
-Muszę to jakoś zakryć; bo następny nauczyciel dostanie palpitacji..- powiedziałam niechętnie wychodząc z łazienki.
-Spokojna głowa... Nikt nie zauważy..- Nagle chwyciła moją prawą dłoń.- Jaki cudny...- jeknęła z podziwem oglądając złoty pierścionek z ciemnobłękitnym oczkiem.
W tym momencie Michael wyszedł z męskiego klopa.
-Cóż; pani Tyler?- Spytał dołączając do nas.
-Pani Tyler?- Zdumieli się Tori Vincent i Paul.
-Och, panie Tyler- rzuciłam żartobliwie, dając mu buziaka.
-Nie powiedziałaś im?- Szepnął z uśmiechem.
-Jakoś nie było okazji..- odparłam lekko.
-Kto, czego nie powiedział?- Spytała Tori zdziwiona.
Usiedliśmy na ławce przed szkołą. Michael wciągnął mnie na kolana i oparł podbródek o moje ramię.
-Za rok mamy zamiar się pobrać- oznajmił Michael obejmując mnie lekko.
Vincentowi z wrażenia opadła szczęka. Paul mrugał oczami, a z ust Tori wyszedł szept:
-Cudownie... Jejku.!- Jeknęła z uciechą przytulając nas oboje.
-Gratulacje..- Rzucił Paul; gdy odzyskał głos.
-Dołączam się- rzucił Vincent.
-Wszystko gra; Rodriguez?- Zapytał Michael przyglądając się ciemnookiemu.
-Taa, nic mi nie jest- Vincent wpatrywał się w dal zamyślony.
-Przecież widzimy; że coś jest nie tak- odezwał się Paul; kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela.
-Nic wielkiego; pokłóciłem się z ojcem- odpowiedział niechętnie, obejmując Tori.
-W razie czego...- Zaczął Paul ostrożnie.
-Dzięki- odparł Vincent z westchnieniem.
Historia...
Kolejna klasówka nie nastrajała nas optymistycznie. Bergmann po rozdaniu testów siadł przy biurku i pogrążył się w lekturze książki.
-Fox; widzę..- oznajmił nauczyciel unosząc oczy znad grubego tomu.
-O, rany...- mruknęłam gapiąc się w kartę z pytaniami. Kompletnie nie wiedziałam; co pisać- jak; nigdy miałam w głowie tylko pustkę. W końcu poddałam się i zaczęłam pisać byle co. Mogłam się pożegnać z piątką z historii na świadectwie..
-Ech..- Westchnęłam ciężko, wypełniając dalej sprawdzian. W kieszeni żakietu zawibrował mi telefon.
Rany.. Kto się tam; u diabła; dobija?? Oddzwonię na przerwie, no!
Kolejna klasówka nie nastrajała nas optymistycznie. Bergmann po rozdaniu testów siadł przy biurku i pogrążył się w lekturze książki.
-Fox; widzę..- oznajmił nauczyciel unosząc oczy znad grubego tomu.
-O, rany...- mruknęłam gapiąc się w kartę z pytaniami. Kompletnie nie wiedziałam; co pisać- jak; nigdy miałam w głowie tylko pustkę. W końcu poddałam się i zaczęłam pisać byle co. Mogłam się pożegnać z piątką z historii na świadectwie..
-Ech..- Westchnęłam ciężko, wypełniając dalej sprawdzian. W kieszeni żakietu zawibrował mi telefon.
Rany.. Kto się tam; u diabła; dobija?? Oddzwonię na przerwie, no!
Na długiej przerwie, po niemieckim, wyciągnęłam z kieszeni telefon i niespiesznie zaczęłam w nim grzebać; sprawdzając ostatnie połączenia.
Angello. Natychmiast do niego oddzwoniłam.
Jeden sygnał... Drugi..
-Dzień dobry; Angello. Dzwoniłeś- rzuciłam; gdy odebrał.
-Tak; Raven.. Chciałem powiadomić cię o Radzie- oznajmił krótko.
-Kiedy?- Zapytałam.
-Dziś o dziesiątej. Jak pewnie wiesz; sytuacja zmusza nas do wybrania nowej Rady- zauważył.- Poza tym mamy też trochę spraw do omówienia.
-Kogoś masz do trójki pozostałych członków?- Zapytałam z namysłem. Idąc poprawiłam torbę na ramieniu. -Zastanawiam się nad kimś z...- zauważył ostrożnie.
-Czyżbyś chciał pytać mnie o zdanie?- Spytałam z ironią.
-W końcu jesteś moim zastępcą; więc chyba mogę ci się poradzić w takiej sprawie?- Odpowiedział pytaniem.
-W sumie nie miałabym nic przeciwko. Skoro Stowarzyszenie znów jest w całości to stwórzmy sobie dodatkowych dłużników; hmm?- Rzuciłam powoli.- Jeśli chcą przy nas grać to niech grają na naszych zasadach..
-Tak też myślałem, dzięki Raven- rzucił uprzejmie.
-Do usług; Angello- w tym momencie na kogoś wpadłam.-Przepraszam- rzuciłam z przyzwyczajenia.
Dziewczyna gapiła się na mnie z otwartymi ustami. Pomachałam jej dłonią przed nosem.
-Co jest? Hej, dobrze się czujesz?- Zaczęłam z lekkim niepokojem.
Ruda i niewysoka szarooka zmierzyła mnie długim, dziwnym spojrzeniem.
-Spoko- odparła po dłuższej chwili uśmiechając się sztucznie. Odeszła swoją drogą, a mnie ogarnęło niepokojące przeczucie...
Angello. Natychmiast do niego oddzwoniłam.
Jeden sygnał... Drugi..
-Dzień dobry; Angello. Dzwoniłeś- rzuciłam; gdy odebrał.
-Tak; Raven.. Chciałem powiadomić cię o Radzie- oznajmił krótko.
-Kiedy?- Zapytałam.
-Dziś o dziesiątej. Jak pewnie wiesz; sytuacja zmusza nas do wybrania nowej Rady- zauważył.- Poza tym mamy też trochę spraw do omówienia.
-Kogoś masz do trójki pozostałych członków?- Zapytałam z namysłem. Idąc poprawiłam torbę na ramieniu. -Zastanawiam się nad kimś z...- zauważył ostrożnie.
-Czyżbyś chciał pytać mnie o zdanie?- Spytałam z ironią.
-W końcu jesteś moim zastępcą; więc chyba mogę ci się poradzić w takiej sprawie?- Odpowiedział pytaniem.
-W sumie nie miałabym nic przeciwko. Skoro Stowarzyszenie znów jest w całości to stwórzmy sobie dodatkowych dłużników; hmm?- Rzuciłam powoli.- Jeśli chcą przy nas grać to niech grają na naszych zasadach..
-Tak też myślałem, dzięki Raven- rzucił uprzejmie.
-Do usług; Angello- w tym momencie na kogoś wpadłam.-Przepraszam- rzuciłam z przyzwyczajenia.
Dziewczyna gapiła się na mnie z otwartymi ustami. Pomachałam jej dłonią przed nosem.
-Co jest? Hej, dobrze się czujesz?- Zaczęłam z lekkim niepokojem.
Ruda i niewysoka szarooka zmierzyła mnie długim, dziwnym spojrzeniem.
-Spoko- odparła po dłuższej chwili uśmiechając się sztucznie. Odeszła swoją drogą, a mnie ogarnęło niepokojące przeczucie...
Była zbyt ładna; jak na człowieka; lecz poza kolczykami z ciemnobłękitnym kamieniem nie zauważyłam żadnej innej bizuterii. Zresztą równie dobrze ten kamień nie musiał być lazurytem. Mógłby być to jedynie szafir; jednak ta dziewczyna...
Te szare oczy...
Były mi dziwnie znajome, jakbym już kiedyś w nie patrzyła...
I ten słodki zapach...
Te szare oczy...
Były mi dziwnie znajome, jakbym już kiedyś w nie patrzyła...
I ten słodki zapach...
Zatoczyłam się nagle i w ostatniej chwili wczepiłam się palcami w parapet okna. Fala kłującego bólu sprawiła, że uklęknęłam trzymając się kurczowo parapetu. Poczułam również nagły atak pragnienia, a obraz przed oczami zlewał się w pozbawioną konturów wielobarwną plamę.
-Raven...!- Nawet głosy kłuły w uszy. Dwie dziewczyny pomogły mi wstać.- Weźmy ją do pielęgniarki; Cora..
-Nie...- zaprotestowałam słabo.- To nic... Zaraz mi przejdzie..- Opadłam na ławkę przy sali rosyjskiego i przymknęłam na chwilę oczy; rozluźniając krawat. Rozpięłam pierwsze trzy guziki koszuli oddychając ciężko.
-Na pewno wszystko gra?- Zapytała z troską Julie.
-Callisto..- Zaczął z niepokojem Michael. Usłyszałam trzask wylatujących mu z rąk książek. Podszedł i pierwsze, co zrobił to obejrzał moją twarz i pieczęć na szyi.
-Naprawdę nie powinnyśmy iść po pielęgniarkę?- Zapytała nieśmiało Cora.
-Nie; poradzę sobie; dzięki- odparł Michael. Zebrał rzeczy i położył je na ławce.
Dotknął dłonią mojej twarzy i jeszcze raz dokładnie mnie obejrzał. Dziewczyny odeszły rozmawiając cicho między sobą.
-Raven...!- Nawet głosy kłuły w uszy. Dwie dziewczyny pomogły mi wstać.- Weźmy ją do pielęgniarki; Cora..
-Nie...- zaprotestowałam słabo.- To nic... Zaraz mi przejdzie..- Opadłam na ławkę przy sali rosyjskiego i przymknęłam na chwilę oczy; rozluźniając krawat. Rozpięłam pierwsze trzy guziki koszuli oddychając ciężko.
-Na pewno wszystko gra?- Zapytała z troską Julie.
-Callisto..- Zaczął z niepokojem Michael. Usłyszałam trzask wylatujących mu z rąk książek. Podszedł i pierwsze, co zrobił to obejrzał moją twarz i pieczęć na szyi.
-Naprawdę nie powinnyśmy iść po pielęgniarkę?- Zapytała nieśmiało Cora.
-Nie; poradzę sobie; dzięki- odparł Michael. Zebrał rzeczy i położył je na ławce.
Dotknął dłonią mojej twarzy i jeszcze raz dokładnie mnie obejrzał. Dziewczyny odeszły rozmawiając cicho między sobą.
Jego dotyk jest taki uspokajający i przyjemny..
-Kolejny atak?- Zapytał po dłuższej chwili.
-To nic wielkiego..- Zaczęłam unikając jego wzroku.
Szybko upchnął książki w torbie i pociągnął mnie za sobą. Przypuszczałam dokąd chce mnie zabrać.
-To nic wielkiego..- Zaczęłam unikając jego wzroku.
Szybko upchnął książki w torbie i pociągnął mnie za sobą. Przypuszczałam dokąd chce mnie zabrać.
Trzasnęły cicho drzwi szkolnego magazynku sprzątaczek. Michael szybko przekręcił klucz w zamku i rozluźniając krawat, drugą dłonią rozpiął lekko koszulę.
-Michael... Nie...- odmówiłam oddychając z trudem.
-Nic nie mów; tylko bierz- przerwał mi szeptem. Pokręciłam głową krzywiąc się.- Jeśli nie weźmiesz sama, zmuszę cię; a wiesz, że tego nie chcę...- powiedział z prośbą.
-Michael... Nie...- odmówiłam oddychając z trudem.
-Nic nie mów; tylko bierz- przerwał mi szeptem. Pokręciłam głową krzywiąc się.- Jeśli nie weźmiesz sama, zmuszę cię; a wiesz, że tego nie chcę...- powiedział z prośbą.
Wówczas to wspomnienie:
-Nie zbliżysz się do Callisto! Nie pozwolę ci na to- warknął mój ojciec odbijając ciosy Linka; cofnął się przeskakując niski stolik do kawy, równocześnie krzycząc do żony by uciekała.
-Nie zostawię cię tu samego; Cristopher!- Odparła moja matka.
-Chroń Callisto Anabelle.. Błagam, Valerie..- Powiedział ostro; a jednocześnie z uczuciem mój ojciec.
-Nie zostawię cię; ojcze- powiedziałam z uporem.
-Idź z matką... Posłuchajcie mnie.. Chcę was obie chronić- ojciec zrobił unik przed Krwawiącym Ostrzem- mieczem, który dzierżył Link. Ojciec zasłonił się. Broń wampira wystrzeliła do przodu i wytrąciła z dłoni ojca miecz. Mocny kopniak posłał granatowookiego mężczyznę w regał, który pod wpływem ciężaru pękł. Książki spadły na mężczyznę. Link ruszył w stronę półprzytomnego Cristophera Raven; lecz musiał odskoczyć, ponieważ niemalże tuż przed nim świsnęła szabla.
-Suka...!- Warknął wampir przykładając dłoń do rozciętego policzka. Oboje zaczęli walczyć-trzydziestoletnia Valerie nie ustępowała pola przeciwnikowi; raz unikając ataków, raz sama atakując.
-Jesteś ładna- odbił jej kolejny cios z tym zimnym uśmiechem na ustach.- Może cię zmienię...?- Zastanowił się na głos.
-Idź do diabła wampirze!- Odwarknęła z nienawiścią w oczach moja matka.
-Mnie się do piekła nie spieszy, łowczyni- na moich oczach Krwawe Ostrze poderznęło mojej matce gardło. Kobieta upadła ciężko na podłogę patrząc na mnie ze łzami w oczach.. Próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła. Sekundę potem turkusowe oczy były już nieruchome- moja matka była już martwa.
Wpatrywałam się rozszerzonymi z przerażenia oczami w martwą twarz kobiety z poderżnietym gardłem, nadal nie wierząc w to, co się działo...
Wtedy usłyszałam krzyk ojca...Szok...
Muszę walczyć.
Moi rodzice... Martwi...
Zabiję cię, bydlaku.
Przerażona córeczka tatusia...
Nie pozwolę ci uciec.Rzuciłam się po miecz ojca, chcąc go dosięgnąć. Kopniak wampira posłał mnie pod stolik. Podjęłam kolejną próbę. Zacisnęłam mocno palce na rękojeści broni, lecz nie zdążyłam uciec.
Był zbyt szybki. Jednym ruchem podniósł mnie za bluzę i ciosem dłoni pozbawił mnie broni.
-Córka nieszczęsnego Rodu Kruka...- Szepnął.- Przyłącz się do mnie; Kochanie...
-Powiem ci to samo; co moja matka...- wydyszałam z nienawiścią.
-Szkoda.. Przeżyjesz, ale znienawidzisz nie tylko mnie; Kochanie- Ostry ból..
Zamglone bólem spojrzenie widzi tylko...
Szarość jego oczu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz