środa, 24 stycznia 2018

Hunter II: Bloodlust ~Sin Rozdział XXXV: Grawitacja i inne… -Sprzymierzeńcy- ~Walk z Rządem ciąg dalszy…

***
-Ej; o co chodziło Horse' owi?- Spytał Michael z zastanowieniem; chrupiąc czipsy.
-Mistrz ci nie mówił?- Spytałam trochę zaskoczona.
-Chyba uznał tę lekcję za niepotrzebną; skoro na tym terenie likantropy wyginęły- stwierdził rozsądnie.
-Racja- przyznałam po małej chwili.- Hmmm. Podstawową i jedyną rzeczą; która łączy pijawy i likantropy to wzajemna wrogość.. Niewielu z nich można ufać...
-A ci Pretorianie?- Zapytał przyglądając mi się.
-To potoczna nazwa. Naprawdę nazywają się "Lupus Carceris"...- zaczęłam.
-Zaraz... Gdzieś już słyszałem tę nazwę...- zamarł z przekąską w połowie drogi do ust.- Lupus Carceris... Hmmmm- Siedząc ma biurku zapatrzył się w pejzaż za oknem, pogrążony w myślach. Zapadło między nami milczenie.
-No; pewnie!.- Rzucił w pewnej chwili.- W mojej  poprzedniej szkole była taka grupka chłopaków...
-Właściwie, co ma piernik do wiatraka?- Zdziwiłam się.
-Większość budy bała się ich. Jeden miał takie dziwne spojrzenie... Jakieś takie...- zawiesił głos, nie do końca wiedząc, jak to określić.
-Lunatyczne..?- Podsunęłam.
-Dokładnie...- Przytaknął wolno.- Czasem mnie dziwiło, jak w ogóle potrafili dogadywać się bez bójki... Tę nazwę usłyszałem mimochodem, mijając tych kolesi podczas ich rozmowy. Gadali o tym tak; jakby to byli jacyś celebryci, czy coś takiego- zauważył zamyślony. Znów zaczął chrupać paprykowe czipsy.- Najdziwniejsze było to że; gdy w kalendarzu wypadała pełnia, cała grupa tajemniczo znikała..
-Młodsze likantropy tracą kontrolę podczas pełni; dlatego niektóre trzymają się w "swoim kregu": najczęściej spotykane formowanie się sfory Mokrych Psów.-Wyjaśniłam.- Lepiej, że trzymają się swoich; chyba, że trafi się jakaś wilczyca...  Wtedy dostają świra- uśmiechnęłam się ironicznie.
-Ja też mam świra. Na punkcie wampira- zachichotał przytulając się mocno; musnął ustami pieczęć na mojej szyi.
Zimno i...
Gorąco..
Boli.!

Stłumiłam jęk bólu; drżąc.
-Cally... Co się dzieje?- Zapytał zaniepokojony.
-N-nic...- Odparłam cicho. Moje oczy odbijające się w szybie szafki, błysnęły czernią.
-Chce ci się pić...- powiedział sięgając do lodówki. Wyciągnął kilka torebek. Nie zauważyłam niebieskiego paska papieru; o który nigdy nie miałam odwagi zapytać; a do którego zdążyłam się przyzwyczaić.
-D-dawno tak nie bolało...- szepnęłam z trudem; rozrywając zębami zatrzask opakowania. Zaczęłam pić; udając, że nie dostrzegam jego zatroskanego, choć trochę dziwnego spojrzenia.
-Michael... Jest coś, o czym mi nie powiedziałeś, prawda...?- Zapytałam nagle ostrożnie.
-Co masz na myśli?- Odpowiedział pytaniem. To już samo w sobie było podejrzane.
-Przestałam odrzucać krew. Czuję się nawet lepiej. Szczęście?- Zapytałam świdrując go spojrzeniem.- Jakoś w to nie wierzę- zauważyłam nie spuszczając z niego uważnego wzroku.
-To chyba dobrze; nie?- Zapytał powoli.- Na twoim miejscu zamiast szukać dziury w całym, cieszyłbym się- stwierdził.
Definitywnie coś przede mną ukrywał...
-Miała być między nami szczerość; Michael...- Zauważyłam.
-Używasz moich własnych słów przeciwko mnie?- Zapytał niechętnie, stając za mną i przytulając mnie.
-Chcę tylko znać prawdę- zaprzeczyłam; wiedząc, że moje poprzednie słowa były trochę nie fair wobec niego.
-Callisto...- westchnął nieco niecierpliwie.
-Powiedz mi, Michael..- odparłam niemal szeptem; obejmując dłońmi jego ręce, oplatające moje ramiona.
Niebieski pasek papieru...- czemu ta drobnostka tak bardzo mnie zastanawia?
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Przez ostatnie dni bałem się; że to w końcu się wyda... Nie chciałem, żebyśmy z tak błahego powodu się pokłócili; ale Callisto miała rację.. Nie powinienem jej okłamywać..
-Kochanie...- przytuliłem ją mocniej do siebie.- Jest taka malutka rzecz; o której ci nie powiedziałem; ale... Przepraszam- wyznałem wreszcie smutno.
-To ma związek ze mną?- Zapytała powoli.
-Chciałem cię tylko chronić...- zacząłem szeptem.
-Chcę wiedzieć..- jej głos zadrżał.
-Tak... To ma związek z tobą- odparłem po dłuższym milczeniu.
-Rozumiem..- powiedziała w końcu cicho.- Nie, nie rozumiem, po co tyle dla mnie robisz. Dlaczego się nie poddajesz; skoro mój stan jest tak... Strasznie beznadziejny. Ryzykujesz dla zwyczajnego potwora; którym się staję..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Przestań...- Powiedział prosząco.- Nie jesteś potworem i nie mów tak o sobie...- dodał zły.
-Taka jest prawda, spróbuj mnie zrozumieć- odparłam cierpliwie.
-To ty spróbuj zrozumieć; że jesteś dla mnie... Zrozum, że cię potrzebuję, do jasnej cholery!.- Wyrzucił z siebie szybko.
Westchnęłam ciężko, ale milczałam. Nie miałam pojęcia, co mówić, w mojej głowie szalało tornado myśli.
-Podaj mi, choć jeden powód; dla którego tak mówisz..- powiedziałam cicho.
-Jakbyś nie wiedziała, co czuję-... odezwał się niezadowolony.
-Wiem; ale czemu akurat kochasz coś tak... Hmm.- Nie bardzo wiedziałam; jak to uściślić.- Kim ja, właściwie, dla ciebie jestem; co?- Zapytałam prosto z mostu, obracając głowę by nań spojrzeć.
Zza szkieł zielone oczy płonęły, jak dwie jasne gwiazdy. Jego serce i oddech lekko przyspieszyły. Na twarzy malowała się cała paleta uczuć: od zdziwienia; po zakłopotanie.
Nic nie mówił; rozmyślając, w jaki sposób może uporządkować myśli i emocje, które towarzyszyły mu w tej chwili...


Zanim Michael zdążył cokolwiek powiedzieć; Jason wpadł bez pukania.
-Był u nas jeden z tych likantropów. Pijawy urządziły sobie balangę.. Przewodniczący..
-Idziemy- rzucił Michael.
W zbrojowni panował chaos. Łowcy zabierali różnoraką broń. Michael chwycił jeszcze jeden miecz i kilka sztyletów, sama wzięłam dwa półtoraki.
Angello przemknął w pobliżu zwijając w przelocie dwie zakładane na plecy pochwy z mieczami. Hunter,  Morgenstern i Sword brali, co popadło.. Wszyscy zgodnie przeklinali wampiry w żywy kamień.
***
Vincent Rodriguez; kapitan szkolnej drużyny koszykówki, licealista drugiego roku.
Siedzieliśmy z Tori przy jakimś filmie; gdy ciszę przerwał dźwięk SMS-a.
Miecio:
Fèu ruszył. Idziemy za nim.

-Kto nam przeszkadza?- Rzuciła z niezadowoleniem.
-To tylko chłopaki. Zameldowali się.- odparłem, całując ją lekko.
-Naprawdę chcesz zrezygnować?- Zapytała przyglądając mi się.
-Sam nie wiem...- odpowiedziałem powoli.
Tori odwróciła wzrok od telewizora i spojrzała na mnie z ukosa.
-Szczerze mówiąc mnie to nie zawadza. Zrobisz, co będziesz chciał. To twój wybór- powiedziała spokojnie.
-Teraz muszę myśleć o was- odparłem z uśmiechem.
-O nas- poprawiła poszturchując mnie.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Wszystkie pary i małżeństwa rozmawiały cicho między sobą;  wszyscy życzyli sobie też  powodzenia.
-Signo victoriam Tenebris- Przetoczył się chóralny pomruk.
Morgenstern i Hunter szli w milczeniu; nawet na siebie nie patrząc- widać było, że oboje intensywnie nad czymś rozmyślają. Gołębiowłosa po chwili rzuciła szybkie spojrzenie na jednookiego; przez jej twarz przemknęło coś na kształt troskliwego uśmiechu.
-Cally...
-Aha?- Rzuciła zachęcająco.
-Nic takiego..- rzuciłem dając jej lekkiego całusa.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Przed kościołem Świętej Trójcy, spotkaliśmy watahę, a Stowarzyszenie podzieliło się na dziewięć mniejszych grup- na każdą przypadał jeden Zmokły Pies. Angello i przywódca stada dobrali się razem. Naszej grupie trafił się Shawn.
***
-Idziemy od północy- rzucił Shawn.
-Jak ja nienawidzę tych pieprzonych Kundli...- Jason beknął przeciągle. Przeprosił i kontynuował.- Cholerne Rządowe Sępy...
-Przestań narzekać; Nox..- Prychnął Romanow paląc papierosa.- Lepiej, że coś się ruszyło. Im szybciej, tym prędzej będziemy mieć ich z głowy.
-Chciałbyś poleniuchować; nie, Moon?- Jacob za przykładem Vładimira wsiadł na blondyna.
-Spadaj; arcyleniu- odszczeknął się Jason.
-Och; zamknijcie wreszcie jadaczki... Przynudzacie- rzuciła Caroline ziewając ostentacyjnie.- Bierzmy się za robotę; potem możecie pieprzyć, ile chcecie- skwitowała z sarkazmem; a Shawn parsknął śmiechem.
-Serio możemy?- Spytał Jason z zaciekawieniem.
-Mów za siebie- wtrącił Jacob.
-Za wysokie progi na twe krzywe nogi; złotko- prychnęła ironicznie moja kuzynka.
-Latasz nisko; więc cię złapię- przekomarzał się Jason, co Shawn obserwował z wyraźną ciekawoscią.
-Uważaj nielocie; bo Nocą wylądujesz na płocie- odparowała.- Jesteś tak  przystojny, że normalnie ratuj się, kto może...
-Zupełnie, jak zombie w nocy.
Spierdalałabym, aż by się za mną asfalt zwijał..- skomentowała Amber.
-Dzieci i ryby głosu nie mają; kotku- rzucił lekceważąco Moon.
-Gdzieś już to słyszałam.. Zmień płytę; bo chyba się już zdarła, ko-tku- uśmiechnęła się tryumfalnie, na widok zgłupiałych min Jasona i Vładimira.
-Przepraszam za nich. To czubki- wzruszyłam ramionami.
-To nic takiego. W sumie dobrze rozładować atmosferę przed nawalanką- odparł Shawn lekko.
-Wydajesz się mniej zadowolony niż reszta stada- Stwierdził Michael wolno.
-To nic takiego. Po prostu słucham Alfy, jak wszyscy- Shawn wzruszył ramionami.
-Nie zrozum mnie źle; ale to tak; jakby was do czegoś zmuszał- zauważył Michael ostrożnie.
Spojrzałam na likantropa; który przez chwilę przyglądał się Michaelowi pełnym zastanowienia spojrzeniem.
-,,Najważniejszy wilk w stadzie to nie ten, który używa przemocy, lecz ten który może, ale tego nie robi.''- Zacytował Shawn spokojnym tonem.- Damon taki właśnie jest; nigdy nie szedł drogą Pretorian.- wzruszył ramionami.
-Ochroniarz!- Syknęłam zauważając znikający w bocznej uliczce cień. Klepnęłam wymownie Michaela w ramię i ruszyłam w pościg za pijawą.
***
-De
Moniczny łowca Kruczego rodu we własnej osobie- odezwał się wampir mściwie.
-Do kogo dołączysz w piekle?- Spytałam ironicznie wyciągając oba miecze.
-To ciebie tam poślę- warknął.
-Spróbuj; może szczęście się do ciebie uśmiechnie- odparłam pogardliwie; ruszając do walki.
Trudno przewidzieć następny atak- pomyślałam krzyżując broń i blokując kolejny cios Krwawego Ostrza.
-Jeszcze ta przeklęta policja na karku..- mruknęłam do swych myśli.
Odsunęłam się szybko i sparowałam następny atak. Wyskoczyłam w powietrze i zjawiłam się za nim, lecz nim zdążyłam puścić broń w ruch- musiałam wykonać szybki unik. Kucnęłam i w mgnieniu oka podcięłam mu nogi; a gdy wylądował na ziemi poczęstowałam go kopniakiem w twarz. Przydepnęłam do podłoża rękę, w której trzymał broń, rzucając:
-Może jakieś ostatnie słowa?- Spytałam drwiąco. Chwycił garść piachu i dostałam po oczach.
-Niech cię wszyscy diabli; śmieciu..- Syknęłam oślepiona cofając się chwiejnie.- Sam tego chciałeś; wampirze..- warknęłam groźnie.
Po serii moich zawrotnej prędkości uników, jego szkarłatne oczy rozszerzyło zdumienie. Krwawe ostrze minęło moje gardło o milimetry; odbiłam jego broń i kopniakiem posłałam wampira w kontener na śmieci.
-Nie masz dość, pijawko?- Rzuciłam z kpiną, okładając go po mordzie.
-Nie pierdol się z nim; Kruk!- Rzucił nagląco Romanow, sprzątając innego.- Mamy sporo roboty, a kilku naszych oberwało!
-Spoko, zaraz jestem! I tak już mi się znudził!- rzuciłam w jego stronę pozbywając się Ochroniarza. Ruszyłam biegiem za Vładimiem, by dołączyć do naszej grupy.
***
Wylądowałam tuż obok Michaela i od razu zaczęłam walczyć z najbliższą pijawką. Likantropy również siały w szeregach wampirów spustoszenie. Czarny z białą łatą na ślepiu odrzucony przez wampira poziomu C, skomląc przeleciał po ziemi. Podniósł się chrapiąc i zawył głośno nacierając z rozpędu na przeciwnika. Z kolei wilk z naszej ekipy- James- rozerwał innego na strzępy.
Usłyszeliśmy syreny policyjnych radiowozów.
-Ktoś życzliwy na nas doniósł!- Rzucił Porter; pomachał do mnie w przelocie.
-Spedzimy cudowne dwadzieścia cztery godziny w Lipnym Hotelu! Bilety darmowe!- Rzucił Angello; a łowcy zarechotali zgodnie.- Leż, Rządowe Ścierwo!- położył przeciwnika. Rozejrzał się szybko.- Zwiewamy!
-Odciagnę ich!- usłyszałam głos jednego z likantropów.
-Zgoda- rzucił Damon.
-Angello!! Jeden. z wilków idzie na przynetę!- Rzuciłam tuż za nim.
-Kruk; do czarta...- syknął, ale zaraz potem rzucił.- Na pijawy, chłopaki.!
-Coś mnie ominęło?- Granatowooki brunet położył trzech od razu i musnął delikatnie palcami mój policzek.
-Od pół godziny czekamy na ciebie; jak na zbawienie; Kulawy Aniołku, witaj w burdelu- rzucił z ulgą Angello.
-Tato!!- Usłyszałam przerażony okrzyk Michaela. Biegł w stronę ojca unikając broni i umykając przed pijawami. Opornych z marszu likwidował.
-Za tobą!!- Odparł Armand Tyler, ostrzegając syna.
-Jestem przy tobie; biegnij!- Rzuciłam mocując się z poziomem B. Odepchnęłam go i ruszyłam śladem Michaela.
***
-Wszystko gra?- Zapytał z troską ojca.
-To tylko draśnięcie; James- wydyszał jego ojciec pogrążony w bójce.
***
Formacje stale się zmieniały; zapanował zupełny chaos. Z pozoru zwykła potyczka zmieniła się w regularną bitwę. Wilkołaki również to dostrzegły; jednak były dosłownie wszędzie...
Policyjne syreny cichły w oddali...
Kilka godzin po opisanych wydarzeniach..
-Jestem głodny; jak wilk...- wymamrotał Porter.- O, sorki..- rzucił spoglądając na Damona.
-Nie ma sprawy- odparł Alfa niezbyt przytomnie; jakby myślami był gdzie indziej.
-Padam z nóg... Jeśli Angello zażąda papierologii to ja odpadam- jęknął Jason Moon.
-"Praca domowa" zbędna; Nox..- Rzucił za nim przewodniczący.
Kilku chłopaków niosło na noszach rannych. Hunter oberwała dość mocno; Morgenstern średnio; kilku innych miało tylko powierzchowne obrażenia.
-Potrzebuję żarcia...- rzucił z rozmarzeniem Porter.
-Ten zawsze myśli tylko o jedzeniu..- jęknął Michael znudzonym tonem.
-Od kiedy to jednogłośnie spóźniacie się na kolację? O, psiu!- Jedna z kobiet wbiła maślany wzrok w Damona.
-Zwierzęcy magnetyzm, co?- Rzucił jeden ze sfory w stronę Alfy.
-Na razie nie wdaję się w kolejny związek- odparł niechętnie Damon.
-Chyba zjecie z nami; Damonie- zagadnął uprzejmie przewodniczący.
-Jeśli to nie kłopot..- zaczął z wahaniem przywódca wilkołaków.
-Skądże- zaprzeczył Angello uprzejmie, gestem zapraszając watahę do jadalni.- Chcielibyśmy wam jakoś podziękować za pomoc i w ogóle..
-To drobiazg..- Odparł Damon spokojnie.- Jeśli pan pozwoli, chcieliśmy się trochę ogarnąć..- Zasugerował taktownie.
-Oczywiście; proszę za mną- rzucił niebieskooki prowadząc grupę na górę.
-Bardzo dziękujemy- rzucił Damon, zarzucając plecak na ramię.
***
Kolacja przebiegała w miłej i pełnej humoru atmosferze. Wszystkich cieszyło wyjątkowo udane polowanie. Toczyły się rozmowy; przez stoły frunęły niewybredne żarty i śmiechy.
Angello zastukał lekko w szklankę, a rozmowy ucichły. Wszyscy byli ciekawi, co przewodniczący chce powiedzieć.
-Daliście dzisiaj czadu, moi drodzy; ale nie udałoby się nam to bez wiedzy naszych nowych przyjaciół. Wznieśmy toast...- wszyscy równocześnie wstaliśmy.- Za Sforę.- Rzucił podnosząc szklankę z sokiem.
-Za Sforę- rzucili łowcy, unosząc naczynia.
-Dziękujemy- powiedział  uprzejmie Damon.
Po kolacji wataha pożegnała się i ruszyła na stancję.
-Współczuję im mieszkać pod jednym dachem z tą starą wiedźmą Wayland- rzucił Jason.
-Wcale nie jest taka zła; tylko troszkę zwariowana, ale pomocna- Odpowiedział Horse ze śmiechem.
-Fakt, to twoja sąsiadka- rzucił dziwnym tonem blondyn.
-Coś insynuujesz?- Jacob spojrzał nań z ukosa.
-Nie; skądże... Ja też nie jestem taki zły Dosłownie na ranę przyłóż..
-Gangrena pewna; Nox- Zarechotała Amber.
-Popieram- Rzuciliśmy równocześnie z Michaelem; dusząc się ze śmiechu.
***
Poranek następnego dnia przywitał nas żarem z nieba; wczorajszej nocy było burzowo, ale burza w Stowarzyszeniu miała się dopiero rozpętać; za sprawą głównego przewodniczącego naszego Zrzeszenia i pewnego artykułu w jakimś szmatławcu...
-Co tam?- Spytałam Michaela pogrążonego w lekturze gazety. Upił łyk Fanty nadal czytając i omal się nie udławił.
-Czuję kłopoty; sama zobacz- odparł z namysłem, podając mi pismo. Zaczęłam czytać.
-O, jasny szlag... Jeśli główna władza Stowarzyszenia się o tym dowie, będziemy mieli ciepło...  Chodźmy na śniadanie- rzuciłam narzucając na siebie bluzkę.
-Przepraszam- Michael powoli odsunął się od siwego staruszka, na którego wpadł.
-Proszę- rzucił krótko mężczyzna.- Raven..- Jego piwne oczy zwęziły się w szparki.- Może wiesz; gdzie mogę znaleźć Angello?
-Sądzę, że jest w swoim gabinecie; panie Salvator- odparłam.
-Dziękuję- rzucił mijając mnie, ruszył na piętro.
-Co za typ..- Skomentował Michael.- Tak właściwie, kto to jest?
-Przewodniczący Związku Stowarzyszenia Łowców; Christian Salvator. Co się stało, że pojawił się tu osobiście...(?)- Rzuciłam z zastanowieniem.
-Szycha z góry, co?- Jęknął Michael z równą, co ja, niechęcią.
W jadalni wszyscy dyskutowali o Salvatore' u. Padały niepochlebne komentarze i złośliwe uwagi, niektórzy przeklinali też na bezimiennego dziennikarza gazety.
-Węszą, jak wściekłe psy...- burknął Felix Moon ze złością.- Teraz przez tych cholernych pismaków i nam się oberwie.- Rzucił do starego Romanowa.
-Postąpiliśmy słusznie, a góra niech spada na drzewo- Odparł Rosjanin wzruszając ramionami.
-Zresztą za bardzo ufają pijawom- zauważył ojciec Michaela niechętnie.- Poza tym Mika wie, co robi.
-Nie twierdzę, że Mika jest nieogarnięty; ale... Po prostu nie podoba mi się obecność Salvatore'a tutaj.
-Daj mu pretekst, a znajdzie wszystko. Nawet to; co nie istnieje- rzucił Nicholas Grey.
-Chyba nikt nie przepada za tym facetem- odezwał się Michael.
-To on po Kryształowej Nocy namówił wszystkie kwatery główne do podpisania Traktatu. Wszyscy do dziś uważają to za błąd, nawet łowcy pochodzenia nierodowego.- Odparłam.
-Też go nie lubię. Od pierwszego wejrzenia- przyznał niechętnie, jedząc.
Wychodząc z jadalni usłyszeliśmy podniesione głosy i przekleństwa.
-Wszyscy przysięgaliśmy do jasnej cholery!- Warknął lodowato Angello.- Przysięgaliśmy chronić ludzi przed tymi przeklętymi krwiopijcami; więc, jak śmiesz mówić mi, co powinienem robić; skoro postępuję słusznie?!- Angello musiał być naprawdę wściekły.
-Zaczynasz wojnę; której możesz nie doprowadzić do końca, zrozum! Lepiej być z nimi w pokojowych...- zaczął Salvatore.
-To oni zaczęli tę wojnę, nie ja. Chyba się zapominasz; Christian- Przerwał przewodniczący chłodno.- Nie będzie pokoju między ludźmi i tymi bestiami; więc przestań stroić sobie ze mnie żarty! Pozwól; że pójdę swoją drogą, a ty swoją, ale ostrzegam... Ufaj wampirom, a prędzej; czy później znajdziesz się dwa metry pod ziemią..
-Widzę, że nie dojdziemy do porozumienia; Michaelu; jednak to; co robisz wygląda, jak jawny bunt.. Miej to na uwadze.
-Skoro tak ma wyglądać praca Stowarzyszenia; to lepiej, żebyśmy się rozstali. Bez żalu z mojej strony.- Oznajmił Angello zdumiewająco spokojnie.
-Do widzenia; Michaelu.- rzucił niechętnie Salvator.
-Trzymaj się...- odparł Angello, a gdy zamknęły się drzwi dodał.- ...tonącej łajby, bo to, że toniesz razem z nią jest pewne.- Westchnął ciężko z niechęcią.
-Angello chyba porządnie się wkurwił- zauważył idący za nami Porter.
-Dziwisz mu się?- Zapytał Felix Moon.
-Niespecjalnie, skoro znów czepiają się wszystkiego. I tak źle i tak niedobrze, psia mać!
Rozmowy ucichły; gdy na horyzoncie pojawił się Salvator.
Ojciec Jasona miał dziwną minę; zupełnie, jakby mijał wielkiego, tłustego i wyjatkowo obrzydliwego  szczura. Reszta łowców również patrzyła z wyraźną niechęcią na przewodniczącego Związku. Od górnego korytarza dostrzegłam idącą Hunter, którą asekurował mistrz. Byli ze sobą bardzo blisko...
-Wiesz, co? Wsadź sobie te dobre rady- prychnęła z ironicznym uśmiechem.- Rzygam już tym łóżkiem; muszę się przejść, bo chyba oszaleję- zniecierpliwiła się.
-Powinnaś o siebie dbać; ten wampir porządnie cię poharatał...- Zauważył Morgenstern powoli.
-Co cię tak nagle ugryzło; Tyler?- Zdziwiła się Hunter, przystając obejrzała się przez ramię na Niemca.
-Mieliśmy dokończyć naszą ostatnią rozmowę- przypomniał sobie Michael nagle.
-A pamiętasz na czym skończyliśmy?- Spytałam całując go delikatnie.
-Spytałaś, czym dla mnie jesteś- odparł odrywając na chwilę usta od moich.
-No,więc?- Spytałam, uśmiechnęłam się z ustami przy jego.
-Mam sporo porównań- odpowiedział z zagadkowym uśmieszkiem.
-No; to dawaj- rzuciłam lekko. Zielonooki zamyślił się. Długą chwilę taksował mnie uważnym spojrzeniem.
-Może to zabrzmi trochę głupio; ale pierwsze, co przyszło mi na myśl to grawitacja...- stwierdził nieśmiało.
-Grawitacja?- Zdziwiłam się.
-Tak... Ty mnie po prostu przyciągasz- obrócił się obejmując mnie, a sekundę potem stałam oparta o zamknięte drzwi. Uśmiechnął się ciepło.- Nie chodzi o to, że jesteś strasznie seksowna...- nagle spuścił oczy, jakby zawstydzony.- Jesteś: moim słońcem; wszystkim.. Sensem życia- popatrzył na mnie nieśmiało.- Chyba powinni znaleźć dobrego psychiatrę, bo cholernie za toba szaleję... To się chyba nazywa "obsesja" czy coś takiego...- był tak zdenerwowany; że zaczynał gadać głupoty.- To nie są żadne głupoty; naprawdę mówię serio- obruszył się, a ja znów się przyłapałam, że myślę na głos.
-Oj, przepraszam...- zamruczałam, bawiąc się zamkiem na kieszeni jego koszulki.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
W ciągu kilku ostatnich dni nie działo się nic dziwnego, a tym bardziej niezwykłego, co więcej działalność Rządu Wampirów nagle zanikła. Z wczorajszej Rady o akcji Szczurów wiadomo tyle, że zginęło dwóch Rządowych wampirów.
-Ten ich nagły bezruch jest podejrzanie niepokojący- zauważył mój ojciec do Armanda Tylera znad partyjki szachów.
-Mnie też się to nie podoba...- przyznał ojciec Michaela cicho.- Kto wie, może Salvator też w tym siedzi...- odparł powoli.
-Coś w tym musi być..- odezwał się Cristopher Raven w zamyśleniu kołysząc palcem figurę hetmana.- I jeszcze ta kobieta...- dodał z ciemną nutą w głosie. Przesunął jedną z figur po planszy- Twój ruch. Ciekawi mnie, jak na to wszystko zareagują inne kwatery główne..
-Szczerze mówiąc: nie wiem, ale to może być bardzo zaskakujące- rzucił Armand spoglądając na Cristophera z diabelskim uśmieszkiem.
-Wchodzę w to, twoja kolej- odparł granatowoki tajemniczo. Rzucił ledwo dostrzegalne spojrzenie na nas.- Są trochę bliżej, niż ostatnio; nie?
-Zaraz zaczną nas obgadywać- rzuciłam przepychając lekko Michaela.
-To od jakiegoś czasu ich ulubiony sport - odparł z lekkim uśmiechem, trzymając moją dłoń w swojej, zachichotał cicho.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz