środa, 24 stycznia 2018

Hunter II: Bloodlust ~Sin Rozdział XXXIV: Wataha

Pchnęłam drzwi budynku Zrzeszenia i żegnając się z chłopakami ruszyłam schodami w górę.
Przeszłam próg pokoju i skierowałam się w stronę stojącej na szafce przenośnej lodówki, skąd  wyciągnęłam dwa woreczki transfuzyjnej. W tym momencie oplotły mnie ciepłe ramiona. Oparłam się o Michaela, z przyjemnością wciągając zapach jego krwi.
-Weź trochę ode mnie..- szepnął muskając wargami moją szyję.
-Nie.. To zbyt niebezpieczne; Michael..- zaczęłam cicho. Zaczynało kręcić mi się w głowie; a w palących bólem  żyłach odbijały się uderzenia jego serca.
-Callisto..- Zaczął z prośbą.
Plastikowe woreczki wypadając mi z rąk pacnęły o podłogę. Położyłam dłonie na jego i odchyliłam głowę, by na niego spojrzeć.
Był w samych czarnych jeansach, bez koszulki. Rozczochrane ciemne włosy, przekrzywione okulary i te usta ułożone w zawadiacki uśmieszek wyglądały tak słodko i seksownie.
Przymknęłam na chwilę oczy, stojąc przytulona do niego. Kły zaczęły wibrować bólem; ale ja nie potrafiłam już  dłużej mu się opierać.
-Weź jeszcze..- Szepnął z zamkniętymi oczami.
-Nie potrzebuję aż tyle...- Przesunęłam delikatnie ustami po jego szyi, nie pozwalając mu się odsunąć.
Jesteś po prostu uzależniona..
Uzależniona... Chyba od naszego pierwszego spotkania w jakiś sposób pociągała mnie woń jego krwi. Ten potwór ukryty we mnie zawsze słuchał tylko głosu Michaela, mimo, że istniała we mnie ta pokusa- jakby jakiś mały diabełek siedzący mi na ramieniu; potwór wewnątrz mnie słuchał wyłącznie Michaela i niczego innego...
Nawet nie zauważyłam kiedy "ja" zmieniło się w "my"...
Kolacja we wspólnej jadalni przebiegała wśród gwaru wesołych rozmów, wzajemnych małych złośliwości i śmiechów. Wyciągnęłam widelec w stronę Michaela, który otworzył usta.
-Ale Kruk go sobie owinęła wokół palca- zachichotał Jason do Jacoba.- Już je jej z ręki..
-Jeśli tylko na tym poprzestanie, to pantofel mu nie grozi- odparł Jacob przewracając oczami.
-Moja pani miałaby mnie wcisnąć pod kapeć? W życiu!.- Zarechotał Michael, znów odebrał kęs sałatki z makaronem, przeżuł i pocałował mnie lekko.- Prędzej bym ją poparzył- zażartował lekko.
-Uważaj, żebyś nie spłonął w ogniu miłości; Płomień- Rzuciła ze śmiechem Caroline.
-Spokojna twoja rozczochrana; Caro. Płomień to nie tylko rodowy klejnot, to też opis Michaela w łóżku- powiedziałam teatralnym szeptem.
-To cię podsumowała, koleś- Stwierdził Jason z humorem.
-Nie sądziłem; że jestem aż tak perfekcyjny- bąknął zielonooki czerwieniąc się, jak piwonia.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Przyglądałam się z boku śpiącemu Michaelowi. Nie mogłam zasnąć- przed oczami ciągle miałam postać Mariusa w sali balowej posiadłości Cross.
Nazywał mnie pieszczotliwie szafirkiem i, choć był moim zupełnym przeciwieństwem to byliśmy zgranymi partnerami łowczymi. Nawet; jeśli często się kłóciliśmy- walka z wampirami ramię w ramię często pomagała nam się pogodzić. Ciekawe, czy, gdyby żył bylibyśmy...
-To głupie..- Mruknęłam do swoich myśli.
Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, nie poznałabym przecież Michaela.. Jednak czasami nadal tęskniłam za tym "aroganckim blond  szaleńcem"- jak zwałam niegdyś młodego Wolfa.
Dziennik Linka leżał w szufladzie biurka, mającej  podwójne dno. Większość mebli w Stowarzyszeniu posiadało podobne skrytki- sam przewodniczący miał w meblach w swoim gabinecie aż dziesięć nie rzucających się w oczy schowków. W razie nalotu policji- a parę już takich było- wszelkie dokumenty organizacji tajemniczo znikały, zastąpione przez akta fikcyjnego "stowarzyszenia miłośników szermierki". Nieraz się zdarzało, że ktoś życzliwy na nas doniósł, ale my od zawsze byliśmy cwani i wszystko rozchodziło się po kościach.
***
Poranek przywitał nas deszczową pogodą. Michael przeciągnął się, ziewając głośno.
-Jak się spało?- Spytałam ciepło, wciągając na stopy buty.
Objął mnie siedząc za mną.
-Z kimś zawsze sypia się lepiej..- Wymruczał mi do ucha.
-Z kimś... To brzmi trochę podejrzanie...- Odparłam nie kryjąc ironicznego uśmiechu.
-Moja ty zadrośnico..-  Zachichotał wesoło.
Idąc na śniadanie rozmawialiśmy o wszystkim i niczym.
-Michael James, mój słodziutki bratanek..- zaszczebiotała pieszczotliwie kobieta.
Zielonooki przystanął gapiąc się na kobietę.
-C-Ciocia Mary..?- Zająknął się, jakby chciał powiedzieć: "o, Jezu..".
-Nie wspominałeś, że twój ojciec ma siostrę- rzuciłam  cicho.
-Nie pytałaś- Skwitował z ledwie zauważalnym uśmiechem.
Przywitał ciotkę i zaczęli rozmawiać. Trzymał mnie za rękę.
-A to, ciociu, jest moja przyszła żona; Callisto Anabelle- przedstawił mnie.
-Łowczyni słynnego rodu Kruka; miło mi poznać- Rzuciła uprzejmie.
-To mnie miło; proszę pani- odpowiedziałam z niemałym  zakłopotaniem.
-Skoro niedługo mamy być w rodzinie, mów mi "ciociu"- odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
-Mary Ann, dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś?. Przyjechałbym po ciebie na stację- Rzucił Armand Tyler idąc schodami.
-Nie chciałam ci sprawiać kłopotu; braciszku- odparła ciemnowłosa z rozbrajającym uśmiechem, ściskając brata.
-To żaden kłopot- zaprzeczył ciepło, biorąc jej walizkę.- Do zobaczenia na śniadaniu- rzucił.
-O, Mój Boże..- Angello z wrażenia nie trafił w stopień i szybko chwycił się poręczy, by utrzymać równowagę.- Z roku na rok jesteś coraz piękniejsza; Mary.
-Za to ty coraz bardziej złośliwy; Michaelu Angello. Miło cię widzieć, Cherubinku- Przepchnęła go przyjaźnie.
-I vice versa; Płomyczku- Przewodniczący przewrócił oczami, a my wymieniliśmy zdziwione spojrzenia.
Do budynku weszła kobieta w widocznej ciąży. Miała zbolałą minę.
-Kochanie, wszystko w porządku?- Angello w trzech susach znalazł się przy swej żonie.
-Miałam tylko ciężką noc... O, rany boskie..- Angello zdążył pochwycić żonę.
-Jedziemy do szpitala- powiedział nieznoszącym sprzeciwu tonem.
-Ale mnie nic nie jest... Daj spokój; Michael.. Ja naprawdę..- Zaczęła obronnym tonem.
-Nie dyskutuj, maleńka- Angello szybko wziął ją na ręce, Michael otworzył mężczyźnie drzwi. Przewodniczący podziękował skinieniem głowy. Chwilę później srebrna Honda odjechała.
***
W ciągu dnia nie działo się nic niezwykłego. Devon siedział na schodach. Oparty o jedną z kolumn w ciszy wpatrywał się w ścianę lasu, obracając w palcach jakieś pudełeczko. Powoli wsunął przedmiot za pazuchę i rozsiadając się wygodniej, przymknął na chwilę orzechowe oczy.
-Wszystko w porządku, panienko?- Zapytał cichy głos Luciana.
-Nic mi nie jest, to tylko zmęczenie; Lucian..- westchnęłam ciężko.- Coś nowego na mieście?- Spytałam myśląc zupełnie o czymś innym.
-Na chwilę obecną nic- odpowiedział, czarnooki stojąc za mną.
-Rozumiem..
-Coś cię martwi; panienko- zauważył powoli, przyglądając mi się.
Istotnie. Martwiło mnie dziwne zachowanie Luciana, oraz to, że znów zaczął mnie unikać. Nie chodzi tu o to, że czasem nie ma go trochę dłużej, niż zwykle; lecz... Hmm. Lucian jest czasem jakby nieobecny- siedzimy i rozmawiamy zupełnie normalnie, a za chwilę czarnooki milknie, jakby myślami był gdzie indziej.
-Martwię się o ciebie; Lucian- przyznałam po dłuższej chwili.
-Nie ma potrzeby byś...- Zaczął niezwykle spokojnie, ale jakby niechętnie.
-Jest..- Zaprzeczam cicho, rzucając mu się na szyję. Objął mnie zaskoczony.- Nie chcę, żebyś się ode mnie  oddalał.. Cały czas jesteś dla mnie... No.. Jesteś kimś- powiedziałam cicho przytulona doń mocno.
-Wiem; Callisto Anabelle..- Odpowiedział po prostu.
Gabriel Mikaelis, Anioł Rodu Kruka.
Gdybym tylko potrafił cię wtedy ochronić; moja najdroższa panienko..
Nadal czułem się winny tego, co wydarzyło się tamtej nocy. Często, jak jakiś śmiertelnik, zastanawiałem się; co takiego zrobiła, że tyle okropnych rzeczy ją spotkało.. Obarczając się winą, nie dostrzegałem; jak bardzo ją tym ranię...
-Ostatnio coraz częściej jesteś gdzieś "pomiędzy"- usłyszałem w pewnej chwili głos Undertaker'a.
Dlaczego nie mogłem jej chronić?...
Przytuliłem ją mocniej i oparłem czoło na jej szczupłym ramieniu.
To nieprawda; że była tylko jedną z wielu osób; z którymi wiązała mnie przysięga- z Callisto Anabelle łączyło mnie coś więcej, niż wspomniany obowiązek- ta dziewczyna w jakiś sposób stała się częścią mnie, a sama służba przy niej okazywała się przyjemnością.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Lucian powoli wypuścił mnie z objęć.
-Nie martw się o mnie; wszystko w porządku- powiedział nie patrząc mi w oczy.
-Więc, z jakiego powodu mnie unikasz, Lucian?- Zapytałam cicho.
Powoli podniósł głowę i wbił we mnie spojrzenie czarnych tęczówek.
-Nie unikam cię, panienko..- odparł cicho.- Jestem przy tobie cały czas..
-Ale czasami; jakby gdzie indziej- odpowiedziałam powoli.- Co się dzieje? Czemu jesteś taki smutny..?- Zapytałam biorąc jego twarz w dłonie. Zajrzałam mu głęboko w oczy.
Kolejny raz odwrócił wzrok w inną stronę, westchnęłam cicho opuszczając ręce.
Może powinnam cierpliwie czekać aż zaczniesz mi się znowu zwierzać..?
Naprawdę brakuje mi jego cudownego uśmiechu.. Chciałabym; żeby nie musiał być przykuty do mnie jedynie łańcuchem obietnicy; którą złożył, lecz żeby był z tego powodu także szczęśliwy. Nie chcę; by służąc mi, w głębi serca cierpiał..
-Co się stało, panienko?- Poczułam jego dłoń ocierającą łzę na moim policzku.- Nie.. Nie płacz..- powiedział cicho, smutno.
-Lucian...- odetchnęłam głęboko, nieco zdenerwowana.- Chcę cię o coś zapytać; ale obiecaj; że będziesz ze mną szczery..- zaczęłam po dłuższej chwili niepewnie.
-Przecież wiesz, że choćbym nawet chciał, nie mogę cię okłamać- oznajmił usłużnie patrząc mi w oczy.
Zawahałam się. Zaczęłam się bać; że to, z pozoru niewinne pytanie; może go bardzo urazić.
-Lucian... Czy naprawdę sądzisz; że twoje miejsce jest przy mnie?- Pytam nieśmiało, wbijając oczy w puszysty turkusowy dywanik na podłodze.
Czarnooki długo wpatrywał się we mnie bez słowa.
-Co masz na myśli..?- Zapytał w końcu zaskoczony.
-Nie wiem, dlaczego; ale odnoszę wrażenie, że nie jesteś... Szczęśliwy..- odzywam się z wahaniem.
Wysoki i olśniewająco przystojny młodzieniec patrzył na mnie oniemiały ze zdumienia. Nagle ciszę zmącił jego śmiech.
-Cóż za bzdura; panienko.!- Powiedział czarnooki z przekonaniem.- Ja? Miałbym być przy tobie nieszczęśliwy?. Nic z tych rzeczy- zapewnił spokojnie, klękając z dłonią przy sercu.- Prawda jest jedyna i niezmienna; panienko..- powiedział z oczami utkwionymi w moich tęczówkach.
-Prawda?- Zapytałam z lekkim zaskoczeniem.- Jaka prawda?
Wziął w palce moją lewą dłoń, na której połyskiwał lazurytowy sygnet z herbem rodu i przesunął po nim palcem patrząc na mnie tym delikatnym, urzekającym spojrzeniem.- Moja przysięga to tylko ulotne słowa..- Powiedział szeptem.- Prawdziwa istota służby leży tutaj- wstał i wziąwszy moją rękę położył ją na swojej piersi. Poczułam lekkie uderzenia jego serca. Nawet jako anioł; na ziemi musiał się trzymać określonych zasad- musiał być bardziej "ludzki"; niż zwyczajny człowiek.
×××××××××××××××××××××××××××

Tego samego dnia: siedemnasty sierpnia, wieczorem...
Kolejnej z rzędu nocy na mieście, towarzyszyło mi dziwne uczucie; że nasza grupa jest przez kogoś obserwowana.
-Nox; nie wydaje ci się, że ktoś za nami łazi?- Zapytałam z namysłem.
-Czyżbyś wyczuwała smród Psów Rządu na odległość?- Odpowiedział parskając śmiechem.
-Nie o to chodzi; Moon- żachnęłam się nieco poirytowana.- Mam przeczucie, że ktoś nas, jakby... Otacza..?- Rzuciłam nagle z nutą pytania.
-To mi wyglada na jakąś psychopatyczną teorię spiskową- stwierdziła z ironicznym grymasem przydzielona do naszej grupy  blondynka; o imieniu Amber.
-Dzieci i ryby głosu nie mają; mała- rzucił krótko Vładimir Romanow.- Kruk ma rację, od kościoła Michała Archanioła  mamy kogoś na ogonie- Po raz ostatni zaciągnął się dymem i wrzucił niedopałek w kałużę.
Michael nie odzywał się zbytnio- jak reszta nie był zbyt ucieszony naszym nowym- i niezwykle pyskatym- nabytkiem.
-Cuchnie mokrym psem..- odezwał się Horse z nagłym  obrzydzeniem.
-To bardziej smród padliny.. Jeśli to pies; nie chcę wiedzieć, co niedawno żarł- Michael splunął na drogę.
-Coś mi tu nie pasuje...- Zauważył Jason, w zamyśleniu obracał w dłoni miecz.- One migrują pod koniec grudnia, a  mamy dopiero drugą połowę sierpnia..
-Przecież na tym terenie wilki wyginęły; Nox- Stwierdzili równocześnie Michael i Jacob.
-Może jakieś stado zboczyło z trasy..- Zastanowił się Devon.
-Nie sadzę; Alfa ma doskonały zmysł orientacji w terenie- zauważył Romanow.- To pewnie zwykły bezdomny kundel; albo radar Raven padł- stwierdził takim tonem, jakby jednak chciał się mylić.
-Raven zwykle się nie myli- Zauważył Jason rozglądając się uważnie.- Jeśli to rzeczywiście likantropy, pojawiły się tu w określonym celu...
Amber przysłuchiwała się naszej wymianie zdań z zaciekawieniem.
-Nawet; gdyby tak było, spłoszą nam zwierzynę- skomentował Vładimir.- Może lepiej na razie to zignorować?- Zapytał powoli.
-Taa; skupmy się na krwiopijcach- zgodziliśmy się.
***
Zza chmur wyłoniła się srebrna tarcza. Minęliśmy kilku mężczyzn; przeklinali, pogrążeni w cichej rozmowie. Nie wyglądali specjalnie podejrzanie; ale wydawało mi się, że nie patrzą na nas- zwłaszcza na mnie- zbyt przychylnie.
-Ani drgnij, Matt- Syknął najstarszy z grupy młodzieńców brązowowłosy, widząc; że blondyn z modną  fryzurą poruszył się niespokojnie.
-Co robimy, Kruk?- Zapytał szeptem Jason.
-Pijawy na pewno wyczuły ten smród, więc nie liczyłabym na dobre polowanie; Nox- stwierdziłam powoli.- Może by tak z nimi pogadać..?
-Z potencjalnymi likantropami??- Zdumiał się.
Michael objął mnie w żebrach i szepnął mi do ucha:
-Pogaduchy ze zmokłymi psami?- Spytał.
-Nie obrażaj ich. Mają nawet  bardziej wyczulony słuch, niż pijawy- odparłam lekko.
Księżyc na moment zniknął za chmurami pogrążając w mroku  nieoświetloną ulicę, gdy znów ukazał się na niebie, przy brązowowłosym mężczyźnie stało ośmioro wielkich wilków. Powoli, nie wiedząc; czego się spodziewać podeszliśmy ku niemu. Ciemnoszary stojący po prawej stronie faceta schylił łeb i zaczął powarkiwać.
-Spokojnie; Shawn- zwrócił się do wilka.
Mężczyzna wyglądał na dobiegającego czterdziestki, wysoki na jakieś metr osiemdziesiąt parę, o bystrym i przenikliwym spojrzeniu kawowych oczu.
-Dawno nie spotkałam tak licznej grupy likantropów- rzuciłam uprzejmie zwracając się do mężczyzny.
-Cześć, Wampirku- z wilczych pysków rozległo się szczekanie, które wzięłam za śmiech.
-Mnie też miło przerośnięty wilczku..- odparłam uśmiechając się uprzejmie. Rudy wilk po lewej wyszczerzył rząd zębów warcząc.
-James; spokój- rzucił z opanowaniem brązowowłosy, spoglądając z boku na towarzysza.- Pewnie chcesz wiedzieć; co nas tu sprowadza...
-Odrobinę mnie to ciekawi- przytaknęłam.
Prawdopodobnie przywódca sfory przeciągnął się z lubością.
-Mieliśmy iść według planu na północ; ale na granicy miasta spotkały nas pewne nieprzyjemności...- W tym momencie trzymający się niedaleko biały likantrop szczeknął krótko; piaskowy wilk palnął go łapą.
-Co chcesz powiedzieć przez "nieprzyjemności"?- Spytałam.
-Rządowi uczepili się niewiadomo czego. Poza tym słyszałem kilka plotek o całej sytuacji..- Zapatrzył się na idącą ulicą kobietę.
W pewnej chwili; jakby coś przeczuwając; zmienił się. Michael nieufnie odsunął się ze mną.
Czarny wilk z białą łatą na lewym ślepiu ruszył z miejsca. Wataha za nim.
-Co mu się stało?- Zapytał podejrzliwie Jason.
Sekundę później czarny wilk przeskakując kobietę rzucił się na kogoś. Stał przednimi łapami na żebrach leżącego  napastnika warcząc wrogo. Inne wilki ochraniające kobietę pochyliły łby tuląc uszy. Biały pozwolił dziewczynie przytulić się do futra.
-Odeskortujcie ją do domu- usłyszałam w swojej głowie głos mojego wcześniejszego rozmówcy.- Rządowy śmieć..
-Nie jesteś na swoim terenie; przerośnięty Kundlu- odparł obojętnie wampir.- Mogę polować; gdzie chcę.
Z wilczego pyska rozległa się seria miarowych szczeknięć- wilkołak zwyczajnie się śmiał na swój wilczy sposób.
-Lepiej uważaj; krwiopijco...- warknął telepatycznie Alfa.- Za chwilę mogę nie być miły...- likantrop wyszczerzył rząd ostrych zębisk wpatrując się w wampira. Po chwili wbił ślepia w wylot ulicy; gdzie zniknęła jego wataha- trwał długą chwilę; jakby coś go zaskoczyło.
W wylocie uliczki stał potężny siwy wilkołak.
Oba basiory patrzyły na siebie w milczeniu przez jakiś czas.
Czarny z białą łatą na ślepiu odsunął się od wampira, którego przejęli Jason i Vładimir. Schylił lekko łeb; jakby się kłaniając. Obejmujący mnie Michael obserwował to z niemałym zaciekawieniem.
Większy wilk powoli odwzajemnił ukłon, jego bursztynowe tęczówki błysnęły. Obaj przybrali ludzką postać. Siwy okazał się starszym, barczystym mężczyzną. Jego lewe  przedramię zdobił jakiś  tatuaż.
-Co się stało, że wysłano za nami aż Pretorianina? Czyżby moja wesoła gromadka narozrabiała?- Zapytał siląc się na uprzejmość kawowooki.
-Przyszedłem do ciebie; nie do watahy; Damonie- odparł chłodno staruszek, podchodząc.
-Po co?- Zapytał Damon krótko; lecz takim tonem, jakby kompletnie go to nie obchodziło.
-Mam dla ciebie ciekawą propozycję- zaczął uprzejmie starszy.
-Jeśli nie dotyczy ona watahy, muszę odmówić- oznajmił Damon z opanowaniem.
-Nie chcesz wrócić do rodziny..?- Zanim słowa przebrzmiały, Damon wybuchnął szczekliwym śmiechem.
-Przestań żartować!. Rodzina nie nazywa bez powodu swoich braci zdrajcami; Maksym- odparł Damon zimno.- Wracaj już do swojej ro-dzi-ny- powiedział przeciągając jadowicie ostatnie słowo.
-Jesteś nie tylko uparty; ale także bezczelny- zauważył niechętnie Maksym.
-Co on tu robi?- zapytał wrogo jeden z towarzyszy Damona, patrząc na przybysza spode łba zmrużonymi oczami. Inni mieli podobną niechęć wypisaną na twarzach.
-Już sobie idzie; James.- odparł obojętnie Damon.- Skończyliśmy rozmowę; więc odejdź; proszę- zwrócił się do Maksyma.
-Wrócisz do Pretorii prędzej, czy później; Damonie- oznajmił spokojnie Maksym odchodząc.
-Śnij sobie dalej- rzucił kawowooki kpiąco, z dłońmi w kieszeniach spodni, gdy  staruszek zniknął w ciemności.- Wrócić do Pretorii. Dobre sobie.!- Prychnął nie kryjąc pogardy i splunął na chodnik.- Wracając do rozmowy..- zwrócił się do mnie nagle.- Chyba mogę liczyć na to; że łowcy będą nas tolerować. Zamierzam zostać tu jakiś czas; jeśli nie sprawi to kłopotu.
-W porządku; ale nie polujcie w mieście mieś-Co się stało, że wysłano za nami aż Pretorianina? Czyżby moja wesoła gromadka narozrabiała?- Zapytał siląc się na uprzejmość kawowooki.
-Przyszedłem do ciebie; nie do watahy; Damonie- odparł chłodno staruszek, podchodząc.
-Po co?- Zapytał Damon krótko; lecz takim tonem, jakby kompletnie go to nie obchodziło.
-Mam dla ciebie ciekawą propozycję- zaczął uprzejmie starszy.
-Jeśli nie dotyczy ona watahy, muszę odmówić- oznajmił Damon z opanowaniem.
-Nie chcesz wrócić do rodziny..?- Zanim słowa przebrzmiały, Damon wybuchnął szczekliwym śmiechem.
-Przestań żartować!. Rodzina nie nazywa bez powodu swoich braci zdrajcami; Maksym- odparł Damon zimno.- Wracaj już do swojej ro-dzi-ny- powiedział przeciągając jadowicie ostatnie słowo.
-Jesteś nie tylko uparty; ale także bezczelny- zauważył niechętnie Maksym.
-Co on tu robi?- zapytał wrogo jeden z towarzyszy Damona, patrząc na przybysza spode łba zmrużonymi oczami. Inni mieli podobną niechęć wypisaną na twarzach.
-Już sobie idzie; James.- odparł obojętnie Damon.- Skończyliśmy rozmowę; więc odejdź; proszę- zwrócił się do Maksyma.
-Wrócisz do Pretorii prędzej, czy później; Damonie- oznajmił spokojnie Maksym odchodząc.
-Śnij sobie dalej- rzucił kawowooki kpiąco, z dłońmi w kieszeniach spodni, gdy  staruszek zniknął w ciemności.- Wrócić do Pretorii. Dobre sobie.- Prychnął nie kryjąc pogardy i  splunął na chodnik.- Wracając do rozmowy..- zwrócił się do mnie nagle.- Chyba mogę liczyć na to; że łowcy będą nas tolerować. Zamierzam zostać tu jakiś czas; jeśli nie sprawi to kłopotu.
-W porządku; ale nie polujcie na mieście Zmokła Psinko- z uśmiechem wyciągnęłam do niego dłoń.
-Oczywiście; Jaśnie Wielmożna Pijawko.- odparł żartobliwie. Przybiliśmy i rozeszliśmy się.
***
-Naprawdę sądzisz, że można im zaufać; Kruk?- Zapytał nieufnie Vładimir.
-Możemy spróbować współpracy; a skoro Alfa był niegdyś Pretorianinem na pewno można mu wierzyć.- odparłam zamyślona.- Zresztą lepiej, żeby nam pomagali, niż mieliby nieumyślnie zawadzać.
-Lepiej żeby mieli pomagać nam, niż wampirom- zauważyła Amber.
-Niedouczona- skwitował z wymownym uśmiechem Horse; a my buchnęliśmy rechotem.
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz