środa, 24 stycznia 2018

Hunter II: Bloodlust ~Sin Rozdział XXXVIII: Medium? -Paul Tanner-

Callisto Raven postrach ogólniaka.
Kwadrans później; dom Paula.
-Rzeczywiście.. Dałaś radę- stwierdził Michael, gdy postawiłam go na ziemi.
-Mierzysz czas? Pijawce?- Spytałam z ironicznym uśmieszkiem.- No, nie rób sobie jaj..- szturchając go lekko ruszyłam w stronę białej piętrówki z fioletowym dachem. Zanim jednak sięgnęłam do dzwonka otworzyły się drzwi. Blada, jak ściana Tori w milczeniu wpuściła nas do środka.
-Co ty pierdolisz, Vincent? Ja naprawdę nic nie pamiętam. Chyba się skimnąłem..- odparł niecierpliwie Paul.
-To nie jest śmieszne, więc przestań ze mnie żartować- odparł poważnie Rodriguez.
-Ale... Ale ja nie żartuję; przysięgam ci; człowieku...- zaczął cicho Paul.- Serio, nie wiem; o czym gadasz w ogóle...
-Trochę mi się to nie podoba- zauważył Michael ostrożnie.
-Nawet nie mów... Na żywo było sto razy bardziej przerażająco..- Oznajmiła Tori przeczesując dłonią długie włosy.- Myślałam.. Nieważne, co myślałam; chodźcie- rzuciła prowadząc nas wgłąb domu.
-Co jest grane?- Spytałam powoli przyglądając się Paulowi.
-Weź mu powiedz, bo mnie za cholerę nie chce wierzyć..- odpowiedział Vincent z porażką.
-Okej. Więc; tak... Vincent zadzwonił piętnaście minut temu, że dzieje się z tobą coś dziwnego..- zaczęłam.
-Ze mną?- Paul zamrugał szybko ze zdziwienia.
-Może tego nie pamiętasz; ale nawijałeś po łacinie..- zignorowałam, że mi przerwał.
-Przecież nie znam łaciny, chyba; że chodzi ci o "łacinę podwórkową"- po mojej minie wywnioskował; że niekoniecznie chodziło mi o przekleństwa.
-Spisałam to i zrobiłam przekład.- odpowiedziałam powoli wyciągając z kieszeni kartkę. Rozłożyłam ją siadając obok Paula.- To brzmi bardziej, jak zaklęcie; albo przepowiednia..
Paul powoli wziął kartkę i zaczął czytać:
*Duces caecorum colligantur; Qui tollis lamia infernum. Cum plene «Merari Suriel sabbato '; dum mutatur inimicum amicum; ostendit quodam loco in umbra defunctorum(a)*
*Demoniczna szlachta się zbiera; wampiry bierze cholera. Podczas pełni w "Sabat Suriela"; gdy wróg w przyjaciela się zmienia; gdzieś zjawią się Dusze Cieni(a)*
-Że niby ja to powiedziałem.?
Nie.. Niemożliwe..- Paul powoli odłożył świstek kręcąc z niedowierzaniem głową.- Właściwie; kim jest ta "demoniczna szlachta"?- Zapytał powoli nie zwracając uwagi na zatroskane spojrzenia Tori i Vincenta.
-Zaraz; gdzieś już słyszałam ten zwrot..- stwierdziła Tori; przyglądając mi się.
-Nazywano tak tylko dwa rody łowcze: Kruka i nieistniejący już ród mający w herbie Wilczycę- wyjaśniłam z namysłem.
-Z jakiego powodu..?- Zapytał z wahaniem Paul.
-Moja rodzina od początku swego istnienia zajmuje się zabijaniem wampirów. W dawnych czasach oba rody namiętnie i niekiedy okrutnie zabijały pijawy..- westchnęłam ciężko.- Historia klanów łowczych to nie tylko dumne dzieje. Czarne karty też istnieją; ale rzadziej się o nich mówi- wzruszyłam ramionami.
-A ten, no... Sabat czegoś-tam?- Spytał zdziwiony Vincent.
-To jedno ze świąt łowców. Trwa trzy dni; ale nigdy nie było wtedy pełni..- wyjaśniłam zamyślona.- Przydałby się kalendarz z fazami księżyca..- zauważyłam.
-Paniczu..- Wszyscy spojrzeliśmy na okno.
Siedziała tam Jane z jakimś  kartonikiem w palcach.
-Cześć; Jane- Michael wcale nie był zmieszany.
-Ósmy września...- Jane przesunęła palcem w dół.- Pełny księżyc na niebie pojawi się za.. Dwa dni; w ostatnią noc Sabatu- oznajmiła Jane powoli.- W sumie pierwszy raz się zdarza; żeby w ważniejsze święto łowczych na nieboskłonie widniał miesiąc- powiedziała zaniepokojona.
Tori; Vincent i Paul spoglądali na siebie nie rozumiejąc.
-W starej mowie termin "miesiąc" odnosi się do księżyca w pełni- wyjaśniła Jane.- Czego teraz w tych szkołach uczą...- westchnęła przewracając oczami.
-Głównie łaciny podwórkowej; oraz; jak skutecznie obronić się przed osiedlowymi dresami: lekcja pierwsza.- Zakpiła Tori.
-I tego, co nam się nie przyda do niczego. Na przykład; chemia: "jak wysadzić w powietrze swoje stanowisko doświadczeń i przeżyć- lekcja druga"- stwierdził Paul z ironią.
-Nauczycielem tej lekcji: Michael Tyler- dorzucił złośliwie Vincent i dostał od zielonookiego poduszką.
Nazajutrz. Dziewiąty dzień września..
Lekcja czwarta, chemia..
-Do tego doświadczenia potrzebujemy trzech składników; kto powie, jakich?- Zapytał Nick-Rozpuszczalnik.
W sali zapadła cisza. Wszyscy zastanawiali się, co Grey chce otrzymać z trzech rzeczy.
-Odsyłam was do pana Tylera- stwierdził chemik po dłuższej chwili.
-Siarka; saletra potasowa i węgiel drzewny. W odpowiednich proporcjach...- zaczął Michael.
-Padnij!- Rzucił Fox; a cała grupa buchnęła śmiechem.
-Fox; jak cudownie, że zgłosił się pan na ochotnika..- zasyczał Grey parodią uprzejmości.- W takim razie co otrzymamy z siarki; saletry potasowej i węgla drzewnego?- Szybkim ruchem zabrał chłopakowi podręcznik chemii.
Fox popatrzył nań z respektem.
-No... Eee..- Blondyn rozglądał się w poszukiwaniu pomocy; ale wszyscy milczeli.
-Odpowiedź, Fox- rzucił nauczyciel znudzonym tonem. Fox pokręcił głową, że nie wie.- Ktoś, poza Tylerem, wie?- Rozejrzał się, ale wszyscy patrzyli nań bez entuzjazmu; zupełnie jak śnięte ryby.- Tyler, proszę.
-Ze wspomnianych otrzymamy proch strzelniczy- oznajmił Michael.
-Do czego jest wykorzystywany i kto go wynalazł?- Ciągnął Grey.
-Wymyślili go Chińczycy, w IX- tym wieku. Wykorzystywany kiedyś w przemyśle rusznikarskim jako mieszanina miotająca naboje. Jako przykład: broń odprzodowa. Wyparty potem przez naboje kapiszonowe- odpowiedź okularnika zaskoczyła całą grupę.
-Mów dalej; Tyler- rzucił Grey.
-Średniowieczny pistolet skałkowy. Odciągało się kurek do pozycji pośredniej i podsypywało czarny proch. Kulę wkładało się w lufę i  ubijało stemplem. Naciśnięcie spustu powodowało zapłon prochu, który wyrzucał kulę; dlatego nazywa się go "mieszaniną miotającą"- kontynuował Michael.
-A jeśli broń nie wystrzeliła?- Zapytała jedna z dziewczyn zaniepokojona.
Grey z równym zaciekawieniem; co wszyscy czekał, w jaki sposób Michael wybrnie z tej sytuacji.
-Ponownie odciągałaś kurek,  podsypywałaś proch i oddawałaś strzał- odparł.
-A; jak znowu nie wypalił?.- Zaczął jakiś chłopak.
Michael westchnął z irytacją.
-To znaczy; że proch był mokry- powiedział w końcu niechętnie.
-Widać zna się pan na rzeczy- zauważył chemik.
-Już od jakiegoś czasu interesuję się rusznikarstwem- powiedział Michael.
-Czym??- Zdumiało się pół grupy.
-Otaczają nas kapuściane głąby..- mruknął z kpiną.
-Rusznikarz zajmuje się produkcją; naprawą i konserwacją broni palnej- wytłumaczył tymczasem Grey.- Ostatnie pytanie na dziś: w jakich warunkach może wystąpić samozapłon prochu?- Zabrzmiał dźwięk dzwonka kończącego lekcję.- Wypracowanie na ten temat przyjmuję do poniedziałku- rzucił Grey.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Popołudnie spędziłam w bibliotece Stowarzyszenia; poszukując wzmianek na temat "Dusz Cienia". Zdjęłam z półki przy oknie kolejne dwie książki.
-"Demonologia: tom VI", przyda się.. "Dzieje Łowców- podania i legendy": w ostateczności.- Mruknęłam przeglądając dalej tomy na regale. Wzięłam kolejne trzy.- Hmmm.. "Ród Anioła- dzienniki", może się nada; "Historia Klanów Łowczych: tom I"; w razie czego. "Łowcy wampirów dawniej i dziś".. Okej; chyba wystarczy...- westchnęłam idąc do stolika.
-Serio aż tak cię to niepokoi; Callisto?- Zapytał Michael powoli.
-Nie tyle niepokoi; co zwyczajnie ciekawi- odparłam z namysłem, otwierając jedną z książek.
-Faktycznie; Paul ostatnio zachowuje się dziwnie, ale to jeszcze o niczym nie świadczy- zauważył powoli.
-Może; ale przezorny zawsze ubezpieczony; Michael- odpowiedziałam czytając.
Dwie godziny później. Stół zawalony był książkami otwartymi na fragmentach, które wydawały mi się interesujące.
-Czego właściwie szukasz?- Zapytał Michael.
-Czegoś o "Duszach Cienia"- odparłam przepisując na kartkę fragmenty.
W oczy rzuciło mi się zdanie z szóstej księgi "Demonologii" dotyczące podziemnych Linii Mocy:
"W starych miastach; w których przez wieki przechodziły wojenne zawieruchy i żyły dawne cywilizacje powstają pewne linie, które tworzą sieci. Im jest ich więcej; tym bardziej miasto narażone jest na istoty cienia.."
-Czy "istoty.." i "dusze cienia" mogą być tym samym?- Mruknęłam zamyślona, zerkając na ilustrację w tomie.
Michael wertował "Dzieje łowców: podania i legendy"
-Mnie się zdaje, że "istoty cienia" bardziej pasują do wampirów- odezwał się z namysłem.
Zastanowiłam się; z wahaniem przytaknęłam. Michael mógł mieć rację. Przewrócił kartę i wciągnął powietrze ze świstem.
-Co jest grane?- Spytałam. Odrywając się na moment od lektury spojrzałam na zielonookiego.
W milczeniu przesunął ku mnie opasłą księgę otwartą na jednej z legend.
Z wewnętrznej kieszeni wyciągnęłam kartkę ze słowami wypowiedzianymi przez Paula. Zaczęłam porównywać oba teksty.
-Są identyczne...- wymamrotałam zdumiona.
W tej samej chwili zadzwonił telefon. Oboje podnieśliśmy wzrok znad tomów i spojrzeliśmy sobie w oczy.
-Znów coś się dzieje..- powiedział Michael odbierając telefon od Tori.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Dowiedzieliśmy się; że dziwnie zachowujący się Paul wyszedł z domu. Tori wraz z Vincentem szli za nim; zastanawiając się równocześnie dokąd chłopak idzie. W tle naszej rozmowy słychać było głos Paula, mruczący coś po łacinie- ciągle powtarzał ten sam wers.
Dwadzieścia minut później, cmentarz.
-Co on robi; do...?- Zapytał szept Vincenta.
-Nie wiem, ale to mi się nie podoba..- odparłam powoli rozglądając się po ziemi.
-Czemu zamiast "zwariowanego Paula" ciekawi cię ziemia; Raven?- Zaczęła niska szatynka.
-Idzie po najjaśniejszej.. Ta prowadzi do.. Kaplica.!- Syknęłam nie słysząc, że Tori coś mówiła.- Po, co on idzie do kaplicy..?
-Skąd wiesz; że idzie do kaplicy? Ktoś mi wyjaśni; o co tu biega?- Zapytała Tori wystraszona.
-Linie Mocy- odparł szepczący głos za nią.
-Jezu; człowieku..- pisnęła szatynka wtulając się szybko w Rodrigueza.
-Cześć; Undertaker- rzuciliśmy równo z Michaelem.
-Cześć- ubrany w czerń odwzajemnił powitanie.
-Skąd ty tutaj?- Spytała  zadziwiająco spokojnie Tori.
-Pomagałem kamieniarzom; których gdzieś nagle... Wcięło- odparł z namysłem.
-Jak ludzie mogą od tak sobie zniknąć w środku dnia; Roberts?- Zdziwił się Vincent.
Sebastian rozglądając się westchnął, mówiąc:
-Sam chciałbym to wiedzieć, skoro jeszcze przed chwilą tu byli.. Wszystko zostawili: wóz, sprzęt. Nawet nagrobka nie poskładali..
-Rzeczywiście dziwne..- Stanęłam na linii; po której szedł Paul.
Nieznana siła uniosła mnie w powietrze i rzuciła o jesion.
-Callisto..!.- Michael pomógł mi wstać, splunęłam liśćmi.
-Ten ktoś chyba nie lubi pijawek..- Mruknęłam z namysłem.
-Dziwnie się zachowujesz; Raven- powiedziała z niepokojem Tori.
Paul mocował się z ciężkimi drzwiami. W milczeniu obserwowaliśmy; jak powoli wchodzi do kaplicy.
-Grób Corvinusa.!- Podskoczyłam; jak oparzona biegnąc śladem Paula.
Reszta ruszyła za mną, pytając; o co chodzi.
-Nie ma czasu tłumaczyć..- odpowiedziałam biegnąc ku kaplicy.
Paul spacerował wzdłuż ław rozglądając się. Nagle odwrócił się w moją stronę; ale patrzył tak, jakby mnie tam nie było. Ten wzrok płonących w półmroku kaplicy...
Demonicznie czerwonych oczu.
W mojej głowie rozległ się szum przepełnionych gniewem szeptów.
-Cicho...- szepnęłam z irytacją. Zasłaniając dłońmi uszy starałam się nie patrzeć w oczy czegoś, co zawładnęło Paulem.- Zamknijcie się...
-Callisto; co...- Michael przyklęknął przy mnie; ale po chwili zwrócił wzrok na Paula, z ust którego popłynęły pierwsze słowa; które brzmiały przerażająco. Nie był to żaden język, który znałam- co gorsza ani trochę nie przypominało to ludzkiej mowy.. Undertaker spokojnie  ruszył w stronę Paula. Dostrzegłam połyskujący na jego szyi medalik z wizerunkiem świętego Michała Archanioła. Tamto coś o postaci Paula sycząc zaczęło się cofać.
-Zabierz ją na zewnątrz- zwrócił się Sebastian do Vincenta.
-Nigdzie się stąd nie ruszę- odparła Tori rozzłoszczona.
Undertaker przystanął pośrodku kaplicy i spojrzał na szatynkę przez ramię.
-Pomyśl o dziecku; Miles- odparł wwierając się w nią spokojnym spojrzeniem.
-Co cię to obchodzi?.- Warknęła niemal.
Z ciemnego kąta rozległ się przerażający dziewczęcy chichot.
-No; no; no.. Miło, że jeszcze mnie pamiętasz; Sebastianie- zauważyła drwiącym tonem niebieskooka o długich czarnych włosach.
-Tak naprawdę, szczerze chciałbym zapomnieć- odpowiedział chłodno.
-Tori.! Co się dzieje..?- Zapytał z niepokojem śniadolicy, chwytając upadającą szatynkę.
-Kim ona jest; Undertaker?- Zapytałam ostrożnie, wstając.
Tori jęknęła słabo; Vincent szybko wziął ją na ręce i wyniósł na powietrze.
Wtedy rozległ się huk i trzask tłuczonego szkła. Od lewej w stronę dziewczyny nadleciał pocisk. Dziewczyna spojrzała w tamtą stronę; a jej usta wykrzywił grymas pogardy.
-Pudło, chłopczyku- Zachichotała złośliwie, cofając się z dala od dziennego światła.
-Kim jesteś?- Zapytałam chłodno.
-Dawne, miłe czasy; prawda kochanie?- Zapytała lekko chłopaka, całkowicie mnie ignorując.
Zniknęła; a gdy Undertaker się odwrócił pojawiła się tuż za nim. Obejmujące go ręce wśliznęły się pod jego koszulkę.
-Dla kogo były one dobre; dla tego były- Sebastian nawet nie drgnął; puszczając mimo uszu  słowo "kochanie".- Mam nadzieję; że dostarczyłem ci sporej rozrywki; ale coś ci powiem..- Z jego oczu bił potworny chłód.
-Co takiego, kochanie?- Zapytała pieszczotliwie.
-Tak naprawdę nie byłaś dla mnie "tą jedyną". Byłaś nic nie znaczącym pionkiem: tym, czym teraz jesteś dla Shian'a- odpowiedział obojętnie.- Czym będziesz dla każdego faceta, podła zdziro.
-Ostry jesteś; Sebastianie, ale się mylisz..- Dziewczyna zachichotała.- Shian popełnił błąd ufając Lucianowi. Chciał się zmienić: dobrze.. ale dla takiego śmiecia; jak Mikaelis?- Tuż koło jej głowy świsnął kolejny nabój; który trafił ją w bark. Dziewczyna puściła Undertaker'a i spojrzała w stronę rozbitego witraża za nią. Jej oczy na ułamek sekundy błysnęły czerwonym płomieniem; gdy warknęła coś w nieznanym mi języku.
Odpowiedział jej cichy męski głos należący do Bergmanna i padł kolejny strzał.
***
-Powinieneś nam to wszystko wyjaśnić; Roberts- zauważył Rodriguez powoli.
Staliśmy obok karawanu; w którego wnętrzu Undertaker grzebał szukając czegoś.
-Masz rację; wszystko zaszło trochę za daleko- odpowiedział chłopak o ciemnoniebieskich oczach, cały czas grzebiąc w schowku.- No, znalazł się..- odkręcił słoiczek i wysypał na drugą dłoń tabletkę. Biorąc ją pociągnął spory łyk wody. Powoli przełknął lekarstwo.- Co chcecie wiedzieć?- Zapytał opierając się ciężko o samochód.
Pół godziny później; kawiarnia Margherita.
Zajęliśmy ostatni wolny stolik, Undertaker podszedł do baru coś zamówić.
-..i jeden drink bezalkoholowy- dodał szafirowooki i wrócił do nas.
-Ktoś mi wreszcie wyjaśni, o co tu biega?- Zapytała z poirytowana Tori.
Vincent objął ją mocniej spoglądając na Sebastiana wyczekująco.
-Od czego by tu zacząć; Raven?- Spytał patrząc na mnie.
-Może od samego początku; czyli od Linii Mocy i dziwnych wydarzeń..- odparłam z namysłem.
Szafirowooki wyciągnął z kieszeni spodni gruby notes w granatowo- czerwoną kratę i powoli go otworzył.
-Zaczęło się w marcu zeszłego roku w okolicach ruin katedry. To największy styk Linii w całym mieście. W tamtym czasie policja poprosiła mnie o pomoc w poszukiwaniu zaginionej grupy chłopaków, a ja dobrze znam te tereny, więc ich pokierowałem.. Najgorsze było na miejscu... Siedmiu martwych, jeden ocalały.. Koleś był totalnie przerażony; Rosjanin. Policjanci uznali go za świra; ale postanowiłem z nim pogadać. Powiedział, że napadli ich jacyś ludzie ubrani na czarno.
-Wampiry..- powiedziałam grobowo.
-Właśnie. Wracając do linii mocy pod miastem.. Dawniej na tych ziemiach mieszkali Wikingowie. Prawdopodobnie do pojawienia się tu armii w czternastym wieku nie było w tym miejscu nikogo.- Zauważył Undertaker.- Nikogo, poza wampirami. Pierwsza udokumentowana wojna była w roku..
-Tysiac trzysta trzydziestym trzecim.- wpadłam mu w słowo.- Również wówczas mieli swój początek łowcy wampirów. Jak powstali nie wiadomo: nawet w legendach nie ma o tym mowy. Po wojnie, przywódca rycerzy: James Corvinus wraz z wojskiem i ewakuowaną z innego miasta szlachtą postanowili się tu osiedlić.- dodałam.- Początki miasta datuje się na przełom sierpnia i września tysiąc trzysta trzydziestego czwartego.
-Wtedy też ludzi zaczęły prześladować dziwne wydarzenia.- Ciągnął Sebastian.- W XX- stym wieku odkryto ślady osady Wikingów, ale nigdzie nie było żadnego cmentarzyska, lub czegoś podobnego. Wikingowie tu żyli; ale nie wiadomo; dlaczego uciekli pozostawiając wszystko, co mieli. Wyjaśniło się to dopiero po pierwszej wojnie światowej; gdy grupa ludzi natrafiła na ruiny w parku za farą.. Wszyscy omijają to miejsce nie bez powodu..- zauważył.
-A ta dziewczyna to..?- Zapytała powoli Tori.
Undertaker upił kolejny łyk mocnej kawy.
-To moja eks; ale to strasznie pogmatwana historia. Nazywa się Angelica; a jedyne, co powinniście o niej wiedzieć to, żeby pod żadnym pozorem jej nie ufać- Szafirowe tęczówki patrzyły w tarczę do gry w rzutki; a przez twarz Sebastiana przemknął dziwny grymas.
-Skąd zna Shian'a?- Spytał ostrożnie Michael; przyglądając się chłopakowi; który zacisnął palce na naczyniu przed sobą.
Trzask. Undertaker podbił kluczyki butem i złapał je nadal wpatrując się w tarczę.
-Angelica robiła w konia nas obu. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że tylko ja dałem się nabrać i wyszedłem na tym najgorzej- roześmiał się ponuro.- Świetny dowcip; bo teraz obojgu nie można ufać.
-Raczej paskudny- odparła cicho Tori, a szafirowooki odwrócił wzrok i spojrzał jej prosto w oczy.- Ta wywłoka się wami zabawiła i...
Sebastian patrzył jej w oczy długą chwilę milcząc.
-Nie nami. Mną- powiedział po dłuższym milczeniu.- Jedyny pozytyw jest taki; że już wiem, komu nie wierzyć na słowo- powoli spojrzał na zegarek i wstał.- Ja znikam. Na razie- dodał odchodząc. Zauważyłam, że niechętnie wracał do tego tematu; jakby chciał odciąć się od wspomnień- zamknąć za sobą drzwi do tamtego życia.
Nagle rozległy się pierwsze tony Bacha. Undertaker idąc ku wyjściu odebrał połączenie.
-Rozumiem, już jadę. Po prostu go obserwuj..- odparł niemal wybiegając z kawiarni. Chwilę później odezwał się silnik Chryslera i Undertaker ruszył z piskiem opon.
W pewnej chwili odezwał się telefon Vincenta. Śniadolicy wydobył go z czeluści swojej przepastnej kieszeni spodni i spojrzał na wyświetlacz marszcząc czoło w zdziwieniu.
-Dzień dobry, panie Tanner- rzucił krótko. Słuchał chwilę odpowiedzi ojca Paula.- Nic mi o tym nie wiadomo.. Jak to..??- Wyrwało mu się w zdumieniu.- Spokojnie.. Niech się pan uspokoi. Znajdę Paula, proszę się nie martwić.- Odsunął telefon i spojrzał na nas pytających, co się stało.
-Paul zniknął- powiedział grobowcym tonem.
-Idziemy- Zawyrokowałam wstając dopiłam drinka.
W pośpiechu wyszliśmy z Margherity.
Postanowiliśmy najpierw wpaść do kilku miejsc; gdzie Paul często bywał. Kiedy ten plan spalił na panewce zaczęliśmy szukać go po całym miasteczku.
***
Późne popołudnie. Przeszukiwaliśmy okolice osiedla; gdzie mieszkał Jacob Horse; pokazując zdjęcie Paula pytaliśmy ludzi. Powoli zaczynałam tracić wiarę, że ktoś w ogóle go widział. Byłam również ciekawa; co się stało, że Undertaker tak bardzo się spieszył; mając równocześnie nadzieję, że w żaden sposób nie ma to związku z Paulem; do którego nie mogliśmy się dodzwonić. Nawet Caroline nie miała pojęcia, gdzie on jest.
-Może Wayland go widziała?- Spytała Tori z ciężkim westchnieniem.
-Nic więcej nam nie pozostało..- odparł Michael.
Ruszyliśmy w stronę zgniłozielonego domku.

-Co tak jedzie?- Zapytała Tori z obrzydzeniem.
-Szałwia- odparłam pociągając nosem.
-To na wampiry?- Spytała z troską.
-Na szczęście nie- odparłam z uśmiechem, pukając do drzwi.
-Chwileczkę!- Rzucił ostry kobiecy głos; któremu zawtórował odgłos kroków.
Uchyliły się drzwi. Wayland powoli otworzyła je szerzej i podsunęła stopą klin.
-O co chodzi; młodzieży?- Zapytała po uprzednim powitaniu, przyglądając mi się badawczo.
-Szukamy naszego kolegi- odpowiedział Michael pokazując zdjęcie Paula.
Na chwilę wzrok kobiety się zmienił; zaczęła coś mamrotać; gestem ręki zapraszając nas do środka. Zrobiłam ostrożny krok; zatrzymała mnie bariera.
-Raven..?- Zapytała odrobinę  zdziwiona Tori.- Michael; mamy mały problem..- rzuciła w przestrzeń.
-Przepraszam. Zapomniałam, że wampir musi zostać zaproszony- odparła z przyjaznym uśmiechem Wayland.- Wejdź, proszę- zwróciła się do mnie.
-Nie rozumiem..- Zauważyła Tori, skakając oczami to na kobietę, to na mnie.
-Do miejsca; gdzie mieszkają, jedzą i śpią ludzie; wampiry nie mogą wejść bez zaproszenia; kruszynko- wyjaśniła Wayland; gdy przekroczyłam próg.
Poprowadziła nas w kierunku kuchni. Na gazie stał kociołek z bulgotającą zawartością; wokół nas były słoiki o różnych nalepkach. Vincent wziął jeden z nich i przyjrzał się czarnemu proszkowi z dziwną miną.
-Ten chłoptaś był u mnie kilka dni temu..- Zamieszała w naczyniu i dolała czegoś różowego. Huknęło i kuchnia na chwilę pogrążyła się w dymie. Wayland prychnęła i szybko otworzyła okno.- Coś wyraźnie go martwiło- trzask. Z kotła wyfrunął różowy obłoczek.
-Martwiło?- Spytał Michael ostrożnie.
Kobieta mrucząc coś pod nosem zamieszała w naczyniu raz w prawo i trzykrotnie w lewo. Nadal mieszając odparła: -Wydawał się zagubiony, a potem szybko wyszedł. Chyba wystraszyła go Hekate.
Zadzwoniło szkło i rozległo się przeciągłe "miau".- Hekate, złaź ze stołu.- rzuciła do dumnie napuszonego czarnego zwierzęcia.
W przeciwieństwie do rozmarzonej Tori, odruchowo odsłoniłam kły patrząc nieprzychylnie na drepczącego do innego pomieszczenia persa.
-Na pewno nic nie martwi waszego przyjaciela?- Zapytała uprzejmie. Tori zajrzała do kotła i pisnęła odskakując.- Nie wpadło pani coś do kociołka?- Spytała nieśmiało.
-Mówisz o tych maleńkich kosteczkach; kruszynko?- Uśmiechnęła się staruszka.- To pokruszony wapień- dodała widząc dziwne spojrzenie Tori.
-A już myślałem, że to jakiś szczur, czy coś w tym guście- wymruczał cicho Vincent do Michaela.
-Ciekawe; co to za zupa- odparł Michael.- O żesz ty..!- Rzucił ze zdumieniem.
Podążyłam za jego wzrokiem.
-Co jest; koleś?- Spytał przyjaźnie chłopak.
Usłyszeliśmy kroki na schodach. Kilka chwil potem o framugę drzwi kuchni oparł się Damon.
-Dzień dobry; wszystkim- rzucił uprzejmie.
Chłopak przytulający się do Tori zwrócił wzrok na kawowookiego.
-Wszystko w porządku; Dean- powiedział cicho Damon. Dwunastolatek był bardzo podobny do Damona. Ten sam wzrok, uroda.. Sposób poruszania się. Tylko  jasnoniebieskie oczy chłopca były inne. Mężczyzna odwrócił na chwilę oczy i wbił pełne bólu spojrzenie w okno. Dean patrzył na niego z troską. Powoli odsunął się od Tori i zmierzył ją pełnym zastanowienia wzrokiem.
-Będzie miała pani ślicznego chłopca- powiedział uśmiechając się lekko.
-Skąd..- Zaczęła zaskoczona szatynka, a Vincent przyglądał się chłopcu nieufnie.
-Pewnie szukacie tego kolesia..
-Wiesz, gdzie jest Paul?- Zapytałam powoli.
Trzasnęły drzwi wejściowe. Wszedł jeden z watahy przeklinając soczyście. Na rękach niósł bladego, jak duch..
-Paul..!- Tori opadła szczęka na widok przystojnego młodzieńca o jasnobrązowych tęczówkach.
Tori po chwili zamknęła usta.
-Co z nim?- Wszyscy ruszyliśmy za Wayland do pokoju, który okazał się przestronnym salonem z masą książek na półkach poustawianych przy jednej ze ścian regałów.
-Gdzie go znalazłeś; James?- Spytał tymczasem Damon.
Blondyn położył Paula na kanapie mówiąc:
-W parku za kościołem farnym, tuż przy katedrze. Prawdę mówiąc minęliśmy się na mieście; ale coś mi się nie spodobało i poszedłem za nim.
-Co chcesz powiedzieć przez "coś się nie spodobało"?- Zapytał powoli Vincent.
James spojrzał nań z namysłem.
-Po prostu zachowywał się dziwacznie.. Przez chwilę myślałem; że jest nagazowany. Tylko, że szedł prosto. Spojrzenie miał takie jakieś..- James wzruszył ramionami, nie wiedząc do końca, jak to sformułować.
-Coś takiego?- Vincent przybrał niepokojący mnie  wyraz twarzy.
-Właśnie taki- przytaknął blondyn powoli.
-Biedaczek... Trochę się posiniaczył.- Wayland obejrzała obrażenia Paula i ruszyła do kuchni, skąd przyniosła jakieś ziołowe kompresy i różne takie. Mamrotając coś zabrała się do pracy.
Damon siedział na parapecie okna i patrzył w dal. Powoli zapadał zmierzch.
-Chłopcy długo nie wracają; James- Zauważył odwracając wzrok od szyby.
W tej samej chwili rozległy się piski i wesołe poszczekiwanie, oraz powarkiwanie.
-Wesoła gromadka jest blisko- obaj wymienili spojrzenia i uśmiechy.
W tej samej chwili zadzwonił telefon Vincenta.
-Ojciec Paula- rzucił spoglądając na wyświetlacz.
Skinęłam ręka, że z nim pogadam. Powoli odebrałam, rzucając:
-Dobry wieczór; panie Tanner.
-Dobry wieczór; Raven. Są jakieś wiadomości o Paulu?- Zapytał napiętym głosem.
-Tak; znalazł się, proszę pana- odparłam chodząc po salonie.- Mam do pana kilka pytań.
-Pytań?- Zdziwił się ojciec Paula. Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.- W porządku...
-Dobrze.. Porozmawiamy za jakąś godzinę; do zobaczenia, panie Tanner.
-Do widzenia- odparł kończąc połączenie. Oddałam Vincentowi komórkę. 
Paul obudził się.
-Gdzie jestem..?- Zapytał rozglądając się nieprzytomnie po saloniku.
-Wszystko z tobą okej?- Zapytał powoli Damon, przyglądając się chłopakowi.
-Tak.. Nie. Nie wiem, cholera..- Odparł niepewnie Paul.
-Pamiętasz coś z dzisiaj?- Zapytała z troską Tori.
Paul spoglądał po nas z namysłem.
-Nic.. Czarna dziura- westchnął zrezygnowany.
-Często ci się to zdarza?- Zapytał zamyślony Damon.
-Ostatnio zbyt często- odpowiedział Paul z niechęcią.- To wszystko jest jakieś cholernie popieprzone!.- Stwierdził z nagłym rozdrażnieniem. Powoli usiadł i złapał zsuwający się z twarzy kompres. Przyłożył go spowrotem do podrapanego policzka.
Wayland podała nam herbatę i ciastka, przeszła przez salon i zaczęła szukać czegoś po szufladach, po drodze zdjęła z półki jedną z książek. Z komody wyciągnęła średniej wielkości szkatułkę.
-Co pani robi?- Zapytał ostrożnie; lecz z zaciekawieniem Michael.
Wayland wróciła z książką i szkatułką.
-Wydaje mi się, że w mieście znów dzieją się dziwne rzeczy- zauważyła zamyślonym tonem.- Mam coś, co może ochronić waszego przyjaciela.
-O-ochronić...?- Zająknęła się Tori.
-Nie bez powodu nazywają mnie "starą wiedźmą"- Odparła spokojnie; a Vincent szybko odwrócił wzrok.
Zapadła niezręczna cisza, w której wszyscy zastanawialiśmy się; skąd kobieta zna plotki na swój temat.
Czarny pers z rozpędu wskoczył na ławę.
-Hekate.!- Syknęła Wayland przeganiając kota. Spojrzała bystro na Paula.- Urodzony w drugiej połowie października.. Zodiakalna waga.. Kolor oczu niebieski..- Zaczęła grzebać w drewnianym pudełku.- Żywioł powietrza..- Wyciągnęła sznureczek z nawleczonymi nań trzema fioletowymi kamieniami- Kamień: ametyst..
-Skąd pani wie, że jestem z października?- Zdziwił się.
-To widać. Wagi są uprzejme, rozważne i posiadają wyczucie piękna- brunetka uśmiechnęła się tajemniczo; a Paul gapił się na nią jak urzeczony; zupełnie jakby wiedziała o nim więcej niż my. Wayland zapaliła niebieską świeczkę i biorąc bransoletkę w palce lewej dłoni zaczęła czytać coś z książki przed sobą. Ametyst w bransoletce na moment zapłonął fioletowym blaskiem.
-To talizman opatrzony zaklęciem ochronnym.- Wytłumaczyła widząc nasze niepewne spojrzenia. Zawiązała bransoletkę na lewym przegubie chłopaka z dobrodusznym uśmiechem.- Spokojnie; jestem białą wiedźmą..- dodała widząc minę Michaela.
-Ja nic nie mówię...- odparł speszony zielonooki.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-Ciekawi mnie, czy Wayland wie tyle o wszystkich, a nie tylko o Paulu- Zauważył Michael, gdy jechaliśmy w stronę domu Tannerów.
-Chyba wie zdecydowanie więcej o tym, co się tu dzieje- powiedziała z namysłem Tori.
-Być może, ale nie to mnie niepokoi- Zauważył Vincent.
-Damon- rzuciliśmy równo z Michaelem.- Ten mały jest do niego podobny.- Zauważył zielonooki.
-Może to jego syn..?- Spytała Tori ostrożnie.
-Może..- odparł Michael powoli.
Vincent niespodziewanie zahamował ostro. Z ust wymsknęło mu się kilka obcojęzycznych przekleństw.
Samochód stanął tuż przed stojącym na drodze wampirem; który obejrzał się na nas puszczając zwłoki policjanta.
Szybko wysiadłam. Michael za mną. Michael szybko osłonił się wyciągniętym zza rękawa mieczem przed Krwawym ostrzem wampira, który odepchnął broń Michaela i zaatakował. Z ust Tori wyrwał się pisk, pchnęłam dłoń z kindżałem do przodu i sparowałam cios.
-Mała suka z rodu Kruka- warknął wampir atakując mnie zawzięcie.
-Jak mi słodzisz, Rządowy śmieciu- odparłam; odsłaniając kły w pogardliwym uśmiechu odbiłam kolejną serię ciosów i kopniakiem posłałam go w ścianę jakiegoś magazynu. Sekundę później zapodałam pijawie porządnego kopniaka, po czym uderzyłam go rękojeścią kindżału w skroń; a gdy wylądował na asfalcie zaczęłam go okładać. Michael kopem wytrącił z ręki pokonanego Krwawiące Ostrze przykładając swój miecz do gardła wampira.
-Chyba zabłądziłeś, pijawo- syknął zielonooki.
-Synalek Armanda. Mały Ognik.- Oczy wampira zapłonęły kpiną.
Michael zamierzył się i zadał cios. Z ust wampira wyrwał się wrzask bólu i kilka obelg.
-Co mówisz, bo chyba niedosłyszałem?- Zapytał Michael udając uprzejmość.
Wampir powtórzył wcześniejsze wyzwiska z jeszcze większą wściekłością.
-Rodriguez mógłbyś mi to przetłumaczyć?- Rzucił w stronę opierającego się o samochód śniadolicego.
-Chcesz wersję z cenzurą, czy dosadną?- Spytał Vincent.
-Tę dosadną- rzucił lekko zielonooki.
Vincent odetchnął.
-Nazwał cię pierdolonym skurwielem, któremu Płomień spalił resztkę mózgu. Powiedział też, żebyś szybko zdechł- Oznajmił spokojnie.
-Miód. Na. Moje. Uszy.- Po każdym słowie następował mocny kopniak. Michael z przyjemnością pastwił się nad wampirem.- Gadaj, co cię tu przywiało; Rządowy Kundlu.! Kto i po co cię przysłał?- Zaczynała się moja ulubiona część polowania, zwana przez większość łowców "wywiadem ze sławną pijawką".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz