wtorek, 23 stycznia 2018

Hunter II: Bloodlust ~Sin Rozdział: XXVIII: Groza „Kryształowej Nocy”

₪₪₪
-Lucian powiedział, że mnie szukasz. Co się stało?- Zapytał pół godziny później Cristopher Raven.
-Musimy porozmawiać- oznajmiłem powoli; ignorując wzrok; przechodzącego obok  Luciana.
-Rozumiem- rzucił ojciec Callisto poważnie.
Poszliśmy do pokoju Callisto. Granatowooki zmierzył mnie badawczym spojrzeniem.
-O czym chcesz porozmawiać?- Zapytał nieco ostrożnie.
-O Grace Ann- oznajmiłem krótko.
-Z tego, co wiem Grace nie żyje- odparł zbity z tropu.
-Czyli Callisto nie powiedziała panu o tym, że Grace...- nie wiedziałem; jak zacząć tę rozmowę.
-Że Grace, co?- Zapytał nagle ostro.
Postanowiłem ująć to najprościej, jak tylko potrafiłem.
-Grace współpracowała z Linkiem tamtej nocy... Chyba nawet czuła do niego coś.. Coś więcej.. Była też w starej posiadłości Crossów; gdy Cally...- byłem tak zdenerwowany, że mówiłem trochę nieskładnie. Bałem się, że jej ojciec nie uwierzy w to wszystko.- Pojawiła się również dzisiaj...
-Nie wierzę; że Grace mogłaby zrobić coś tak podłego...- zauważył Cristopher Raven wolno.- Nie mogę uwierzyć...
-Ja też niewiele z tego rozumiem.. Bo skoro ona nienawidzi Cally; to z jakiego powodu uratowała jej życie...?- Ciągnąłem po długiej chwili.
-Nienawidzi? Przecież moje córki były niemalże nierozłączne.. Callisto zawsze była dla Grace wzorem do naśladowania. Wszędzie chodziły razem, wszystko robiły razem... Grace była przy Cally zawsze, jakby była jej drugim cieniem.
-Mówi pan o niej; jak o własnej córce- zauważyłem ostrożnie.
-W końcu wychowywałem ją przez pięć lat. Od czasu tej masakry...- zapatrzył się na pejzaż za oknem.
-Masakry?- Zamrugałem zdziwiony.
-Widocznie Callisto nie tylko mnie czegoś nie powiedziała- stwierdził z namysłem Cristopher Raven.
-Chyba Callisto taka już jest...- westchnąłem ciężko.
-W dokumentacji Stowarzyszenia napisano; że Kryształowa Noc miała miejsce niemal cztery lata temu. Dokładnie zaczęła się okrągłe pięć, za granicą...- Rozpoczął swą opowieść Cristopher John Raven.- Dokładna data nie jest znana właściwie nikomu. Prawdziwy ojciec Grace Ann; Mark Bennett również był jednym z nas; ale ukrywał tę informację przed rodziną. Nie chciał, by córki poszły w jego ślady; ale i jego nie ominęła zemsta Rządu Wampirów. Zresztą wielu z nas straciło wówczas rodziny.
-Ojciec zawsze się wścieka; gdy tylko wspomnę tę nazwę..- wtrąciłem smutno.
Granatowooki uśmiechnął się smutno.
-Ten temat u wielu łowców budzi skrajne uczucia... Zresztą Lily była dla twojego ojca kimś więcej, niż tylko żoną i matką jego synów. Była jego bratnią duszą. Jako małżeństwo dopełniali się wzajemnie. Była z nich wyjątkowo dobrana para.
-Dziwne; bo ojciec zawsze twierdzi; że jestem uparty; jak matka- zauważyłem zamyślony.
-Tsaaa, z Armanda też było w szkole niezłe ziółko. Jeśli mam być szczery to był mistrzem szkolnych bójek i podrywu.
-Podrywu??- Zapytałem z zaskoczeniem.
Co; jak co, ale Raven robi sobie ze mnie jakieś...
-Nie, no... To są jakieś jaja- przerwałem mu z powątpiewaniem.
-Armand Tyler: najmłodszy kapitan szkolnej drużyny piłki nożnej, za jego kadencji drużyna trzykrotnie wygrała  pucharowe mistrzostwa szkół średnich. Pięć razy z rzędu Mister Studentów; prymus i przewodniczący klasy. Podkochiwały się w nim wszystkie. W każde walentynki biegały za nim dziewczyny. Kilka razy nawet się o niego biły- oznajmił tonem spikera radiowego, zapowiadającego gwiazdę wieczoru.
-Dawno i nieprawda. Szczerze mówiąc miałem czasem tego serdecznie dosyć; Cristopher- zauważył głos mojego ojca od drzwi.- O czym gadacie, bo nie sądzę, że temat mojej osoby jest aż tak ciekawy- zauważył mierząc nas wzrokiem.
-Chyba jest już na tyle dorosły; by mu o tym opowiedzieć...- Zastanowił się na głos ojciec Callisto.
Mój ojciec westchnął ciężko.
-Skoro już musimy z przez to przechodzić...- ustąpił niechętnie.- Właściwie to masz rację; choć nie lubię o tym mówić.. Zresztą jak wszyscy..
***
Zaczęło się siedemnaście lat temu; tuż po zlikwidowaniu ówczesnego przewodniczącego Rady Wampirów; Vincenta Salvatore przez Claude'a Mariusa Wolf; herbu Wadera. Pierwsza z serii rzezi zwiastujących zemstę miała miejsce we Francji. Policja badająca sprawę morderstwa w rodowej posiadłości państwa Winter zobaczyła makabryczny widok...
Salon wyglądał jakby przeszło przez niego tornado: porozrzucane książki; zniszczone meble; wszędzie pełno szkła... ale nie to było najgorsze... Ściany były czerwone od rozbryzgów krwi; liczne ślady wskazywały na walkę toczoną przez mieszkańców domostwa, a na dodatek, każdy z dziesięciu trupów leżących w kałużach krwii ściskał w palcach jakąś broń. Na stoliku- jedynym ocalałym sprzęcie w tej makabrycznej scenerii- leżała opatrzona woskową pieczęcią koperta z napisanym na niej pochyłą kaligrafią adresem.
Policjant przebiegł wzrokiem po adresie z zaskoczeniem.
-Co za tępak chciałby wysyłać list aż do Londynu i jeszcze "do rąk własnych" jakiegoś kutafona?- Mruknął do siebie w zamyśleniu.- Ktoś przeżył?- Zwrócił się do jednego z pracujacych w domu ludzi.
-Nikt. Z tego; co powiedzieli sąsiedzi to cała rodzina.- oznajmił barczysty blondyn w mundurze.- Nikt nic nie widział, ani nie słyszał. To robota jakiegoś psychopaty; komisarzu.
-Trzeba będzie poczekać na sekcje... Zebrać dowody i przesłuchać sąsiadów; choć szczerze wątpię; że coś wiedzą...- Zastanowił się na głos komisarz rozglądając się.- Uporządkujcie ten burdel... Może coś więcej znajdziemy. Co tam robi ten szczeniak??- Wybiegł z cuchnącego krwią domu i ruszył w pościg za nastoletnim blondynem z kręconymi włosami.
-Szybki; skurczybyk..- Komisarz przystanął i wymierzył służbową broń w chłopaka.- Stój; bo zastrzelę!- Krzyknął ostrzegawczo.
Nastolatek przystanął i unosząc ręce w geście poddania powoli zwrócił się twarzą do funkcjonariusza. Nieznany komisarzowi dzieciak miał jakieś czternaście lat. Nastolatek; jakich wielu, lecz ten był zupełnie inny niż większość dzieci w jego wieku. Nie uśmiechał się, ale nie tylko to wyróżniało go spośród innych dzieciaków- było coś jeszcze; czego komisarz nie był w stanie pojąć...
Dlaczego on nie uciekł? Przecież wiedział, że go nie zastrzelę; u cholery??!- Zastanowił się policjant podchodząc ostrożnie do dzieciaka.
Niepokój komisarza wzmagał się z każdym krokiem w stronę chłopca. Czuł coś dziwnego w tym wyglądającym, jak nocny  anioł dziecku... Kiedy podszedł bliżej zrozumiał; co takiego napawało go strachem.
Czarne jak noc oczy chłopca były pozbawione prostych, dziecięcych uczuć, a zamiast tego widniała w nich tylko rozpacz... Sam chłopiec był wysoki, olśniewająco przystojny i wysportowany; choć blady, jakby nigdy nie widział słońca. Poza tym nie ulegało wątpliwości, że to obcokrajowiec.
-Długo zamierzasz mi się tak przyglądać, facet?- Zapytał wyzywająco.- Nie jestem jakimś rzadkim okazem; żeby się na mnie lampić- powiedział perfekcyjnym francuskim.
I był również niesamowicie bezczelny...
Komisarz bez namysłu skuł chłopca i poprowadził przed sobą.
-Jak się nazywasz i gdzie twoi rodzice?- Zapytał komisarz zimno.
-Moi rodzice są na cmentarzu; a moje nazwisko i tak nic ci nie powie; więc: wal się, psinko- odparł dzieciak.
-Niech tylko dorwę twojego ojca, a powiem mu kilka słów...- burknął komisarz.
-Ile razy mam to jeszcze powtórzyć; palancie?- Zapytał z irytacją dzieciak.- Jestem sierotą, ty bezpański kundelku z  obrożą komisarza. Hau, hau.- Zaszczekał prześmiewczo nastolatek.
-Obrażasz policjanta na służbie...- zaczął komisarz.
-Możesz mi nagwizdać- przerwał mu pewnym siebie tonem dzieciak.
-Zobaczymy; czy będziesz taki odważny na komendzie- warknął mężczyzna.
-Przekonamy się- przytaknął kpiąco blondas.
°°°
Kwadrans później na komendzie  dzieciak został przeszukany. Znaleziono przy nim: paczkę cukierków; dwie puszki napoju kastet, paszport i tajemniczą saszetkę z jakimś suszem.
-Nazywasz się Claude Marius Wolf... Świetnie, że masz dokumenty, a to co..?- Wyciągnął z portfela chłopca zdjęcie i odwrócił je. Czytajac coś na odwrocie zbladł, i szybko  oddał właścicielowi portfel. Przeszedł do reszty znalezisk.
-Co my tu mamy? Zielsko?- Zapytał po chwili machając saszetką przed nosem dzieciaka.
Twarz chłopca pozostała niewzruszona.
-To nazywa się verbena officinalis, taki kwiat ozdobny- oznajmił obojętnie czternastolatek.- Szczególnie nie lubią go czarne pelerynki... Buuu!- Policjant odskoczył od stolika a chłopiec wybuchnął drwiącym śmiechem.
-Kim są te "czarne pelerynki"? Brałeś coś...?
-Skądże. Ja nawet nie palę- przesłuchiwany wzruszył ramionami.
-Wiesz, co się stało w tym domu?- przesunął w torebce list znaleziony na miejscu dzisiejszej masakry.- A może znasz ten adres...?
-Znałem starego Wintera, nic poza tym...- Chłopak spojrzał na charakter pisma i zacisnął zęby. Na jego twarzy pojawiła się nienawiść.- Nie znam tego adresu- powiedział z niespodziewanym gniewem przez zaciśnięte zęby.
-Ty coś wiesz, chłopcze...- oznajmił podejrzliwym tonem policjant.
Ktoś wszedł do środka.
-Wadera; gdzie ty się włóczysz, do diaska?- komisarz zastanawiał się do kogo nieznajomy intruz się zwraca.
-Chodzę gdzie chcę i z kim chcę; a tobie nic do tego; Kruk- odburknął młody Wolf.
-A w pysk byś, przypadkiem, nie chciał? Może to by cię nauczyło szacunku do starszych; ha?- Zapytał granatowooki z ironicznym grymasem.
-Kim pan jest, z łaski swojej? Właśnie przerywa pan przesłuchanie- Komisarz wstał i podszedł trochę zbyt blisko nieznajomego.
-Podejdź krok bliżej; a zamiast zębów bedziesz mieć sztuczną szufladę; Bordeaux- warknął granatowooki zaciskając wymownie dłoń z masywnym sygnetem z motywem lecącego kruka z kluczem w szponach.
Komisarz Bordeaux odsunął się lekko; pytając ze zdziwieniem:
-Skąd pan mnie zna?
-Mówi coś panu Devon Marcus Raven?- Zapytał zagadkowo nieznajomy.
-To mój bezpośredni przełożony; zresztą skąd pan go zna?- Bordeaux zmierzył granatowookiego podejrzliwym wzrokiem.
-Stąd; że jestem jego bratankiem i jeśli szepnę mu kilka słów możesz wylecieć z tej roboty- powiedział spokojnie mężczyzna.
-To groźba?- Zapytał zimno komisarz.
-To tylko ostrzeżenie. Wadera; nic tu po nas, wieczorem wyjeżdżamy z miasta- zwrócił się do chłopca, ruchem głowy wskazując mu drzwi.
Chłopiec zabrał swoje rzeczy i wychodząc pokazał komisarzowi "pa pa".- Do nie zobaczenia- rzucił wychodząc za chłopcem.
-Zwykle wyciągałem tego szczyla z kłopotów, w które się ładował... Ale był dobry nie tylko w sprzątaniu wampirów; potrafił też zbierać informacje. Rozejrzał się po domu Winterów i zwinął prawdziwy list zostawiając kopię- ciągnał opowieść Cristopher Raven.- Marius zawsze był na miejscu tuż przed policją. Od kiedy załatwił poprzedniego przewodniczącego Rządu Wampirów w stowarzyszeniu nazywano go nie inaczej; jak Ryzykant.
-Czasami ryzykował aż za bardzo..- przytaknął mój ojciec.- Nikt do końca nie wiedział; do czego Wadera był zdolny; ten dzieciak potrafił zadziwić każdego... Cristopher, pamiętasz "piekną Niemkę"?- Zapytał nagle ze śmiechem.
-Jakby to było wczoraj. Zresztą mam dożywotni zakaz wjazdu na terytorium Niemiec- przytaknął trzydziestotrzylatek ze śmiechem.
Obserwowałem ich z rozszerzonymi ze zdumienia oczami.
Dwa miesiące po opisanych wydarzeniach; Berlin...
-Cristopher; pamiętaj że jesteś już żonaty-  oznajmiła kobieta tuż przy nim.
-Przepraszam; kochanie- rzucił wśród śmiechów reszty mężczyzn granatowooki odwracając wzrok od tyłka pewnej młodej kobiety.
-Dlatego nie zabieram ze sobą swojej- rzucił złośliwie wysoki za nimi.
-Bo wpadliście- zarechotał Cristopher Raven w odpowiedzi.
-Uważaj na siebie; Kruk- rzucił uprzejmie czternastolatek.
-Dzieci i ryby głosu nie mają; Wolf- odciął się z uśmiechem dwudziestoparoletni wówczas Cristopher Raven. Z kolei jego świeżo upieczona żona nagle pogrążyła się w rozmyślaniach.
-Co się stało; Valerie?- Zapytał szeptem granatowooki.
-Nic takiego..- odparła turkusowooka uśmiechając się nieśmiało.- Gdzie Marius?- Spytała nagle rozglądając się.
Cała pięcioosobowa grupa przystanęła rozglądając się.
-Gdzie on znowu zniknął?- Zapytał Moon powoli.
-Co za dzieciak...- burknął pod nosem Armand Tyler.
Chwilę później usłyszeli syreny jadącej policji.
-A ci skąd się wzięli?- Prychnął Alec Raven.
Nagły atak wampirów wytrącił wszystkich z równowagi. Armand szybko wyszarpnął zza rękawa kurtki miecz...
-Właściwie, czemu "Piękna Niemka"?- Zapytałem powoli.
-To trochę zabawna sytuacja...- Przyznał mój ojciec.- Zgubiłem wtedy zegarek i...
-Co ma do tego zegarek...?- Zdziwiłem się.
-Bo ta cała "piekna Niemka" to  była twoja matka; a ja...- Mój ojciec skrzywił się lekko.
-A on wyszedł na idiotę- Cristopher zaczął tarzać się po łóżku ze śmiechu.
-A pamiętasz, jak ją nazwałeś?- Spytał nadal rechotając.
-To wcale nie było tak..- Prychnął ojciec urażony.
Wszyscy przystanęli na ulicy i zaczęli się gapić na piątkę młodych ludzi; walczących z hordą ubranych w czarne peleryny ludzi.
-Marne łachmyty- Sapnęła turkusowooka kobieta uderzając rękojeścią sztyletu przeciwnika. Zapodała mu kopniaka w klejnoty.
-Auć...- Mruknął z sykiem Moon.- Nie zadzieraj z panną Holy...
-Dla przypomnienia od pół roku noszę nazwisko męża; Nox- odpowiedziała waląc innego po gębie.
-Tyler; co się tak grzebiesz?!- Cristopher lecąc w powietrzu pomachał w kierunku widowni; wykonał salto i zgrabnie wylądował w przyklęku wywracając jednego z Czarnych przeciwników na chodnik. Wbił nóż; a oczom gapiów ukazał się popiół pozostały z chłopaka w czarnej pelerynie. Kobieta użerała się już z innym.
-Ej, no weź...- jęknął Moon lądując obok zielonookiego dryblasa.- O, żesz ty w mordę...!
Tyler zaklął zdzierając chustę zakrywającą twarz ubranej w czerń postaci.
-Ty... Donnerwetter...!- Zasyczał dryblas.
-Nie pamiętam; żeby ktoś nazwał mnie tak... Uprzejmie- obróciła miecz i szybkim pchnięciem położyła wampira za sobą.
-Jesteś jedną z nas??- Zdumiał się Armand Tyler waląc z pięści innego wampira.
-Ktoś taki; jak ty jest łowcą, hahaha- zaśmiała się drwiąco, likwidując kolejnego.- Temu Angello całkiem się w głowie poprzewracało.. Zabawne- Śmiejąc się, jednym cięciem broni zabiła następnych trzech.
-Policaje, chodu!- Rzucił ostrzegawczo Moon.
-Niestety ja i Armand nie zdążyliśmy zwiać i spędziliśmy miłą noc w niemieckim areszcie. Właściwie Armandowi to zwisało, bo był "zestrzelony"- rzucił Raven z ironią.
-Dokumenty; panowie- Nakazał Niemiec.
Obaj mężczyźni niechętnie podali mu swoje paszporty.
-Co mają mi panowie do powiedzenia: Raven i Tyler- policjant odczytał nazwiska z dokumentów.
Mężczyźni spojrzeli na siebie i rzucili w swą stronę kilka słów.
-Po niemiecku- zażądał funkcjonariusz.
-Ale o co panu chodzi?- Zapytał uprzejmie niższy zielonooki.
-Mamy kilku świadków zdarzenia sprzed zaledwie kilku sekund; więc proszę nie przeciągać struny; panie...?- Niebieskooki zawiesił głos, zapominając nazwiska delikwenta.
-Armand Dean Tyler- odparł z maślanym wzrokiem utkwionym w ciemny wylot wąskiej uliczki zielonooki.
-Przepraszam za mojego kolegę; on chyba zawisł...- Raven pomachał niższemu od siebie ręką przed nosem.
-Czy pański znajomy coś brał?- Zapytał ostrożnie mundurowy.
-Taa; brałem trochę leków przeciwbólowych i widzę przed sobą czerwoną pijacką gębę jakiegoś szwabskiego policjanta- Zakpił zielonooki.
-Zamknij się, czubku- Granatowooki szturchnął mocno chłopaka.- Mój kolega jest trochę wczorajszy i bredzi, niech go pan zignoruje..- zwrócił się uprzejmie do policjanta.
-Pojadą panowie z nami.. Oba paszporty są nieważne..
-O; job tvoju mat'! Wiedziałem, że o czymś zapomniałem- Zaklął Raven nagle.
Nagle jego przyjaciel spojrzał ze zdziwieniem na swój lewy nadgarstek.
-Ktoś mi zajebał zegarek- zauważył powoli po francusku.
-Uuu; bracie... Mają nas przymknąć a ty się zegarkiem martwisz?- Zakpił Raven.
-To był rodowy zegarek; Raven. Zabytek przekazywany w rodzinie od pokoleń- Prychnął Tyler.
-Zaraz dostaniemy parę bransoletek, więc nie płacz- rzucił z ironią granatowooki.
-Wal się; Raven...
-Za co możnaby was przymknąć... Niech pomyślę...- Mruknął policjant.- Nielegalny wjazd na teren kraju; posiadanie broni.. Obraza policjanta, wiem.. Zabojstwo..
-Na to ostatnie nie masz dowodów; zapchlony kundelku- odciął się burkliwie Raven patrząc prosto w oczy policjanta.
-Równie dobrze możecie posiedzieć za bójkę w miejscu publicznym; Raven- oznajmił mundurowy chłodno.
-Zawsze jakaś rekreacja; tylko hotel lipny- Odparł Cristopher z rozbrajającym uśmiechem.- I tak jutro nas wypuścisz i niepotrzebnie zdenerwujesz moją żonę- wzruszył ramionami obojętnie.
Przesłuchanie nie przyniosło efektów; a mężczyźni niechętnie weszli do celi...
Nazajutrz rano...
-Gdzie jest; do jasnej cholery; mój mąż.? Masz natychmiast go wypuścić z tej paki pochrzaniony kutafonie; albo będziesz miał tu zaraz swojego przełożonego na łbie!- Oznajmił chłodny głos.
-O, matko... To już rano?- Jeknął zielonooki.- Co za baba się tam drze....? Boże...
-Nazwisko szanownej pani; zaraz sprawdzimy; czy mamy tu pani męża..
-Moja ukochana żona jest dziś w kiepskim humorze; dlatego radziłbym jej nie denerwować; bo będzie buba; panie władzo- zarechotał Cristopher z celi.
Kobieta odwróciła się słysząc głos i opadła jej szczęka.
-Co to, na Kulawe Aniołki, jest?- wychrypiała. Przymknęła oczy opierając się ciężko o ścianę.- Ja się nie mogę denerwować... Mam teraz ważniejsze rzeczy na głowie i nie mogę się denerwować.. Nie mogę się denerwować...- wymruczała do siebie z przymkniętymi oczami.
-Co tu się dzieje; na wszystkich świętych??- Z przyległego pokoju wynurzył się komendant.- Dzień dobry pani... Stein; kto i za co  przymknął tych dwóch?
-Eee, niech no sprawdzę... Zimermann. Za bójkę i nieważne paszporty; komendancie..- oznajmił oficer dyżurny.
-Wypuścić; to nie nasza działka- komendant machnął dłonią w kierunku celi.- A Zimermann ma do mnie przyjść po patrolu..
-Wszystko z panią w porządku...?- Zapytał uprzejmie komendant. Nagle złapał kobietę i posadził ją na najbliższym krześle.
Christopher podbiegł do żony i zaczął pytać o coś. Valerie powoli podniosła głowę odbierając od komendanta kubek wody; podziękowała krótko; po czym spojrzała na swojego męża ostrożnie.
-Jestem w ciąży..- wyznała po dłuższej chwili.
-Ze mną??- Wypalił zbaraniały granatowooki.
-Przecież nie z tchórzofretką- odwarknęła z nagłą irytacją.
-O; brachu... A tak się naśmiewałeś z Felixa- rzucił ze śmiechem zielonooki.
-Przepraszam uprzejmie. Znalazłam zegarek...- odezwała się kobieta ubrana w czerń pokazując przedmiot.
-Uuu; bracie: to chyba twoja zguba- zarechotał Cristopher. Nagle jednak pogrążył się w myślach.
-Faktycznie..- jeknął zielonooki przyglądając się przedmiotowi w dłoni kobiety.- Zaraz... Czy...?
Zbladł. Była to ta sama babka; która wczoraj się z niego nabijała..
-Ojejku; kogo ja widzę?- Zapytała przyglądając się zielonookiemu z ukosa.- Ahm... Już wiem! Pan "Żółwie Tempo"- rzuciła drwiąco.
-Daruj sobie; kobieto- burknął ze złością Armand Tyler odbierając jej zegarek.
-Oj; nie obrażaj się; pan- rzuciła wesoło; wyciągnęła rękę w jego stronę w powitalnym geście.- Lily.
-Armand- zielonooki ucałował z galanterią jej dłoń.
-Nieźle trzymasz szablę- rzuciła; gdy wychodzili z budynku.
-Ty też walczysz niczego sobie- odparł z lekkim uśmiechem.
-Okej. To wy sobie idźcie na kawę; czy coś; a my spadamy. Ave- rzucił Cristopher i wraz z żoną ruszyli chodnikiem rozmawiając.
Dwa dni później grupa wraz z Lily była już w drodze do kwatery głównej stowarzyszenia.
-To nagłe wezwanie jest niepokojące...- Zauważył Cristopher z namysłem.
-Mika powiedział coś więcej, Armand?- Rzuciła z zaciekawieniem Valerie.
-Wiem tyle; że Mika zbiera wszystkich z zagranicznych zleceń. Prawdopodobnie zwoła Radę. Nie powiedział zbyt wiele; chyba nawet był czymś zajęty...
₪₪₪
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Budzę się; lecz nie otwieram oczu.
Grace Ann...
Kolejne nasze spotkanie obudziło we mnie tyle bolesnych uczuć i wspomnień.
Te szare oczy były identyczne; jak tęczówki Linka tamtej nocy...
Czy naprawdę aż tak bardzo mnie znienawidziłaś; Grace Ann? Dlaczego... Z jakiego powodu pokochałaś tego potwora; Ethana Link? W czym on był lepszy ode mnie? Czym sobie na to wszystko  zasłużyłam?
-Ulubiona córeczka Cristophera! Zawsze szybsza; silniejsza i zdolniejsza we wszystkim! Bardziej kochali ciebie!- Ten głos pełen jadu i wściekłości.- Mistrz... Mistrz był z nich wszystkich najgorszy.. To on powiedział; że się nie nadaję! Powinnaś zapomnieć, że byłam twoim cieniem! Że w ogóle istniałam!
-Zresztą... Już jesteś tym, czego tak bardzo nienawidziłaś.. Obrzydliwe wampiry drugiej kategorii; to żałosne, że gdy czują krew stwórcy od razu zaczynają wariować...
Nie taką cię kochałam... Nie taką podziwiałam i nienawidziłam! Nie o taką ciebie byłam zazdrosna. Już dawno jesteś tym czymś.. Nędznym wrakiem... wampirem poziomu D..

I głos Linka tamtego wieczora...
To ja zrobiłem z niej to; co widzisz...- To dziwnie smutne spojrzenie utkwionych we mnie szarych oczu; którego nie rozumiałam.- Musisz być mi posłuszna; Kochanie..
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
***
-Po wydarzeniach osiemnastego listopada zwołano ostatnią Radę. Wybuchła kłótnia; wielu łowców porzuciło zawód; a Stowarzyszenie się podzieliło...- Zakończył opowiadanie Christopher.
-Większości nie spodobało się; że wszystko zostało po staremu.. Każdy po cichu wieszał psy na Głównej Władzy Zrzeszenia i na mnie- dodał Angello wzruszając ramionami.
-Ty też straciłeś kogoś z rodziny, Mika- powiedział cicho mój ojciec.
-Wiesz; że to niczego nie zmienia, Armandzie- przerwał cicho Angello.
-Z drugiej jednak strony...- ojciec znów próbował przerwać przewodniczącemu.
-Nie ma czegoś takiego, jak "druga strona"; przyjacielu- westchnął Angello; jakby same wspomnienia były bardzo męczące.
-Jest- odparłem w zamyśleniu. Ostrzelany spojrzeniami trzech mężczyzn kontynuowałem.- Kryształowa Noc była może bolesną; ale i pouczającą lekcją.
-Tak samo bezczelnie inteligentny; jak jego matka- Angello spojrzał na mojego ojca wymownie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz