czwartek, 25 stycznia 2018

Hunter III Curse Rozdział XV: "Zakochany kundel" -Likantrop-

Paul Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki, licealista drugiego roku.
Światła sceny oświetliły Max'a.
-Posłuchajcie ścieżki z nowego krążka; który wyjdzie na początku czerwca: - oznajmił cicho, wśród lekkich tonów wiolonczeli.- "Crying Rose"
-Moja droga, byłaś miła... Nim kokaina w sidła cię spowiła..- ten jękliwy riff w tle śpiewu Maxa nie dawał mi żyć.
Ciągle miałem przed oczami osuwającą się po pniu drzewa Caroline. Te kłamstwa; których nienawidziłem, a które głęboko ją zraniły...

Może wygląda na silną; ale tak naprawdę jest jak szkło.. 

Czemu nie pasuję do jej świata...?

-Wizja pełna ran..- Max naprawdę miał niezły głos.
-Kocham cię- Szepnął Matt z trudem, grając swoją partię.
-Czemu, nie wiem sam..- Szept Maxa wybił się ponad perkusję.
-Tak było zawsze..- Szepnęła Diana grając na swojej granatowej gitarze.
Melodia zmieniła się. Obie gitary swym brzmieniem wzajemnie się zagłuszały; jakby między instrumentami trwała burzliwa kłotnia.
Wszyscy uczestnicy kolejnego koncertu trasy "The other side of the hell gate" stali zasłuchani w melodię.. Fani. Anty-fani. Nawet ci, którzy przyszli ze zwykłej ciekawości. Jakaś dziewczyna wtuliła się mocno w swojego chłopaka. Płakała.
Sam miałem ochotę w tym momencie płakać, albo strzelić sobie w łeb- spieprzyłem wszystko i to na własne życzenie.
Ciągle nosiłem w kieszeni orzechowe puzderko z czekoladową wstążką; w którym spoczywał pierścionek z oczkiem- w jej ulubionym- ciemnym fiolecie...
A jednak. Mimo wszystko się bałem- nie tego, że wybuchnie śmiechem, lecz tego; że byłem tylko bzdurnym epizodem w jej życiu: osobą, którą można zastąpić. I to kimś o wiele lepszym.
Sięgnąłem do kieszeni i zacisnąłem na nim palce.

Dlaczego; choć pragnę chronić Caroline- chcę ją przy sobie mieć..? Z jakiego powodu usiłuję ją przy sobie zatrzymać?
-Miłość nie potrzebuje powodów- mruknąłem do swoich myśli.
Muzyka nagle ucichła. Po chwili ciszy scena pogrążyła się w ciemności, skąd odezwały się skrzypce grające "toccatę i fugę d-minor".
Podniosłem głowę i wbiłem wzrok w scenę. Max na koniec piosenki zagrał na instrumencie, a fanki zaczęły piszczeć i wrzeszczeć.
Scena pogrążyła się w ciemności, a z głośników popłynęła jedna z instrumentalnych wariacji zespołu- skrzyżowanie muzyki poważnej z gitarowym brzmieniem i perkusją. Cholernie pasowała do mojego obecnego nastroju.
Poczułem na sobie czyiś wzrok i obejrzałem się w tamtą stronę.
Caroline!. Zamrugałem szybko myśląc, że to zwidy; ale dziewczyna stała tam naprawdę. Zaczęła się przepychać przez tłum.

Potknęła się o jakiś śmieć. W sekundzie jakiś chłopak podtrzymał ją w pionie.
-Uważaj na siebie; Caro- rzucił ciepłym tonem. Nasze spojrzenia się zetknęły; orzechowe oczy patrzyły na mnie z wściekłością.
Devon mocno przytulił siostrę.
-Odpuść go sobie, on nie jest tego wart- powiedział cicho.
-Ty nic nie rozumiesz; Devon- odburknęła rozzłoszczona.
-Oczywiście, że nie rozumiem, siostra. Tylko przez niego cierpisz- warknął potrząsając nią lekko.- Martwię się o ciebie, Caro..- powiedział spokojniej obejmując ją mocno.
***
-Zaopiekujcie się nią, mam z kimś do pogadania- rzucił chłopak.
-Tylko nie zrób mu z pyska galarety- odparł głos barczystego chłopaka z papierosem w ustach.
-Spokojnie, nie mam ochoty użerać się z ochroną- odparł orzechowooki wstając z ławki.

Dogonił mnie gdy spacerowałem po parku, popijając piwo.
-Ty! Mam z tobą do pogadania- oznajmił chłodno odwracając mnie szybkim ruchem.
-Nie słyszałem, żeby cię o to poprosiła-  bardzo starałem się być obojętny.
-To nie twoja sprawa- odparł orzechowooki podrzucając pustą puszkę.- Dobrze ci radzę, zniknij z jej życia, bo rozwalę ci łeb- powiedział lodowato.
-Nie rób za jej adwokata, bo słabo ci to wychodzi. Poza tym między nami wszystko skończone, więc daj mi spokój, koleś- Kłamstwo szło mi tak dobrze, że aż sam się zdziwiłem. Ruszyłem wąską dróżką idąc do nowego mieszkania.

Otworzyłem drzwi i idąc  rzuciłem bluzę na szafkę w przedpokoju. W sypialni padłem na łóżko w butach wtulając twarz w poduszkę.
Słysząc pukanie do drzwi podniosłem głowę i otwierając oczy wstałem.
-Nawet nie można odpocząć po ciężkim dniu...- wymamrotałem wlokąc się spowrotem. Otworzyłem drzwi i na widok Silvera opadła mi szczęka.
-Co ty tu robisz?- Spytałem zdziwiony, wpuszczając go.
-Zostawiłeś wczoraj książkę w parku- odparł stawiając na szafce ośmiopak piwa, wyciągnął z plecaka mój fioletowy notes.
-Dzięki- rzuciłem z wdzięcznością, prowadząc go wgłąb mieszkania.
Rozmawialiśmy popijając piwo i jedząc czipsy.
-Widziałem Caro na koncercie, była z jakimś kolesiem. Taki wysoki, wysportowany, przypakowany..
-To jej brat; zresztą nie chcę o tym gadać- odparłem niechętnie.
Zapanowało między nami dłuższe milczenie.
-Przecież widzę, że jesteś przybity- zauważył wolno. Upił łyk piwa.- Wydawało mi się, że na serio ją lubisz.
-A może zrobiłem to dla jaj?- Zapytałem z ironią.
-Nie zrobiłeś, za dobrze cię znam; Paul- odparł.- Poza tym, gdyby tak było nie chciałbyś przyjebać Jimowi- dodał z namysłem.
Westchnąłem ciężko. Smerfuś miał rację. Może rzadko się odzywał, ale obserwować potrafił nieźle.
Chyba kiepsko kłamię- przemknęło mi przez myśl.
-Po prostu już od jakiegoś czasu mam ochotę komuś zajebać- wzruszyłem ramionami.
-W sumie, czemu wyprowadziłeś się z domu?- Zapytał powoli.
-Dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy. Na przykład tego że Marcus nie jest moim ojcem- odparłem starając się by mój głos był obojętny.
-Jak to?- Zdziwił się Dominic.
-Jedyne, co wiem, to; że mój prawdziwy ojciec ma na imię Ian. Nic poza tym- westchnąłem.
-Chciałbyś poznać ojca?- Zapytał po chwili.
Otworzyłem oczy i zmierzyłem kumpla wzrokiem.
-Wiesz, że sam nie mam pojęcia?- Spytałem zamyślony.- Właściwie zastanawiam się, jaki on jest..

Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Co tu robią Pretorianie?- Zastanowiłam się na głos, widząc faceta w grubej czarnej bluzie z podwiniętymi rękawami, na jego lewym przedramieniu widniał znajomy tatuaż- znak rozpoznawczy Pretorii.
Wtedy zobaczyłam jego twarz i opadła mi szczęka. Wyglądał, jak wiele starszy Paul.
-Hej, uważaj; jak chodzisz- prychnęła jakaś dziewczyna wpadając na mnie.
-Sama uważaj- odparłam pogardliwie.
-Masz jeszcze jakiś problem?- Warknęła ostro, przyciskając mnie do słupa.
-Jeden. Ciebie, Zmokła Psinko- odpowiedziałam kpiąco.
-Carmen, co ty odstawiasz?- Facet szybkim ruchem odciągnął dziewczynę.
-Przepraszam za moją znajomą- zwrócił się do mnie uprzejmie.
-Nie ma sprawy. Pewnie nowy nabytek Pretorii. Wyjątkowo długowłosy ten owczarek.
-Raczej wkurzający ratlerek; łowczyni- odparł mężczyzna obojętnie.
-Mogę jakoś pomóc?- Zapytałam spokojnie.
-Może wie pani, gdzie mieszka Damon Miller?- Zapytał.
-Pójdzie pan prosto, potem pierwsza uliczka w prawo za sklepem wędkarskim. Zgniłozielony domek, z numerem sześćdziesiąt cztery- odparłam.
-Dzięki- rzucił odchodząc.
-Proszę pana; jeszcze jedna sprawa!- Zawołałam za nim, odwrócił się patrząc pytająco.- Niech pan uważa na kotkę właścicielki.
-Zapamiętam- odparł ze śmiechem, a jego towarzyszka natychmiast zapytała, o co mi chodziło.
Natomiast ja przez całą drogę do budynku stowarzyszenia zastanawiałam się, czy to z jego powodu Paul wyprowadził się z domu.
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki, licealista drugiego roku.
Czarna kotka wskoczyła na parapet i przykleiła nos do szyby. Damon powoli uniósł wzrok znad książki.
-Co jest grane?- Zapytał ochrypłym głosem Klaus.
-Pretorianie idą- odparł kawowooki, odkładając lekturę na niski stolik. Wstał powoli.
-Nie... Tylko nie znowu...- Jęknął Shawn zbolałym tonem.- Ledwo po ostatniej ich wizycie nastawiłem sobie szczękę, już zjawiają się ponownie.
-To już trzeci raz w tym miesiącu..- Zawtórował niechętnie James.
-Przywilej jedynej watahy w mieście; hm?- Rzucił z humorem Damon. Dzwonek.
-Już idę- rzucił ostry głos Wayland. Kot wyleciał jak strzała z pokoju i potruchtał do właścicielki.
Otworzyły się drzwi.
-Dzień dobry; mieszka tu pan Damon Miller?- Zapytał znajomy mi skądś męski głos.
Cała wataha wymieniła zaskoczone spojrzenia. Klaus z wrażenia zakrztusił się lemoniadą z puszki. Michelle zdzieliła go mocno w plecy.
Damon wyszedł z domu, by pogadać ze znajomym.

-Ian Smith. Kopę lat; koński łbie- Rzucił na przywitanie schodząc po schodkach.
-Damon Miller, grzeczny piesek- Odparł tamten  wesoło na zaczepkę.
Odeszli kawałek dalej i zaczęli rozmawiać.
-Powiedziałeś mu?- Zapytał Ian.
-Nie. To ty powinieneś to zrobić- odparł Damon spokojnie.- W ogóle źle to rozegraliście z Marcusem; nie powinien się dowiedzieć w taki sposób.
-Wyszło, jak wyszło. Czasu już nie cofnę, ale masz rację- odparł Ian niechętnie.- Początki zawsze są trudne.
-On zauważa, że coś się z nim dzieje. Kilka dni temu pytał, czy jest jednym z nas- Oznajmił Damon z niepokojem.
-Chyba mu nie powiedziałeś..- zaczął Ian
-Liczę, że sam powiesz chłopakowi prawdę. Przez chwilę miałem zamiar cię nie posłuchać; ale... Nie powiedziałem mu tylko dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi...- Odparł Damon z westchnieniem.
-Wiesz, co by było; gdyby Pretoria się dowiedziała- odparł ostro Ian.- Julie mogłaby zginąć; a mały.. Nawet nie chcę o tym myśleć. Musiałem zniknąć, zanim coś bym jej zrobił.
-Więc wiedziałeś; że była w ciąży...?- Zapytał zaskoczony kawowooki.
-Wiedziałem. Była moją narzeczoną; ale dobrze że na mnie nie czekała. Mam u Marcusa dług, którego nie spłacę do końca życia. Mimo, że wiedział; że wszystko kiedyś się wyda; był dla Paula kimś, kim ja nigdy nie będę. Ojcem, na którego mógł liczyć. Normalną rodzinę, bo jego rodzony ojciec to przerośnięty pies.
-Uspokój się, Ian!- Damon oparł faceta o ścianę domku i spojrzał mu w oczy.- Chłopak nie jest ani trochę do ciebie podobny z charakteru.. Stara się być spokojny; choć...
-Choć mój powrót trochę namieszał; wiem...- Ian westchnął ciężko.
-Przynajmniej dowiedziałem się prawdy- Z całkiem bliska przysłuchiwałem się ich rozmowie. Właściwie wyszedłem, kiedy zrozumiałem że obaj rozmawiają o mnie.
Damon powoli puścił Ian'a i cofając się o krok przyglądał mi się z boku uważnie.
-Co jest? Nie macie mi nic do powiedzenia?- Zapytałem patrząc Damonowi w oczy; przerzuciłem wzrok na Ian'a.
-Po prostu, nie do końca wiem; od czego zacząć- przyznał w końcu mężczyzna.
-Może od tego, czemu zostawiłeś mamę samą..- Z trudem zachowałem spokój. Nie chciałem oceniać go zbyt pochopnie; więc wziąłem głęboki wdech, żeby się uspokoić.
-Zostawię was samych- Damon pchnął drzwi i wszedł do domu.

-To nie tak, że chciałem odejść od Julie- zaczął cicho i smutno.- Kiedy byliśmy razem; zacząłem się dziwnie zachowywać. Wybuchałem wściekłością zupełnie bez powodu i z biegiem czasu zrozumiałem; że coraz trudniej jest mi to kontrolować... Zacząłem się bać- Przemyślał przez chwilę własne słowa i roześmiał się ponuro.- To brzmi cholernie dziwnie. Jak bajka o potworach..- odezwał się po krótkim milczeniu patrząc w błękitne niebo.
-I tak trafiłeś do Pretorii..?- Zapytałem ostrożnie.
-Nie. Zanim dołączyłem do Straży; zdążyłem porządnie narozrabiać- zaprzeczył powoli.- W końcu zmieniłem się w wilka po raz pierwszy. Trochę przerażające uczucie, kiedy zamiast swojego normalnego odbicia widzisz coś, czego sam jeszcze nie jesteś w stanie zrozumieć...- przez jego twarz przemknął słaby uśmiech.- Sam myślałem, że jestem jakiś... Walnięty, że mam zwidy..
-Chyba trochę to rozumiem...- powiedziałem z zastanowieniem. Dostrzegłem jego zaskoczone spojrzenie.- Jeszcze niedawno wszystko było takie.. Poukładane.
-Zrozumiem; jeśli nie będziesz chciał mnie znać..- stwierdził ostrożnie Ian.
-Nie o to chodzi..- Westchnąłem cicho.- Prawie zaatakowałem dziewczynę..
-Masz dziewczynę?
-Mam.. Miałem.. Sam nie wiem, to nieźle poplątana sprawa..- odparłem z zastanowieniem.
-Czy to nie ta dziewczyna pod drzewem?- Zapytał patrząc na opierającą się o drzewo.. Caroline. Rozmawiała z kimś przez telefon. Była wkurzona.
-No, chyba cię już do reszty pogrzało; braciszku!- Warknęła z irytacją.- W życiu ani mi się śni.. Ty się lepiej zajmij swoją dziewczyną; a nie...- Nagle telefon wypadł z jej palców. Szybko podbiła go butem i złapała.- Muszę kończyć- i szybko się rozłączyła.
-Mam ochotę stać się niewidzialny..- mruknąłem do siebie wbijając wzrok w ogródek Wayland.- Najlepiej od zaraz..
Caroline zdecydowała się wreszcie podejść. Spodziewałem się najgorszego- zastanawiałem się między dostanę w dziób, a nie dostanę.
Pchnęła mnie lekko, ale zdecydowanie i opierając o drzwi dała mi całusa, zupełnie nie zwracając uwagi na Ian'a.
Nawet nie wiem, kiedy zacząłem odwzajemniać gest.

Caroline powoli się odsunęła. Zakłopotana badała wzrokiem fakturę desek altanki.
-Przepraszam..- powiedziała cicho, odwracając się do odejścia.
Odruchowo złapałem ją za rękę i przyciągnąłem delikatnie.
-To ja przepraszam...- zacząłem cicho.
Ian uśmiechnął się na pożegnanie i odszedł.
-C-Co?- Spojrzała na mnie szeroko otwartymi orzechowymi oczami.
Cholera... Miałem ochotę znowu ją pocałować... Liczył się tylko buziak..
-C-Co ty...?- Zaczęła zaskoczona. Potem chyba już poważnie zbiłem ją z tropu.

Z trudem oderwałem się od niej.
-Nic z tego nie rozumiem, Paul...- powiedziała cicho, gdy odzyskała głos.
-Ja.. Skłamałem...- było mi wstyd, jak dziecku, które..- Porządnie nabroiłem..- Chciałem jej wynagrodzić dni, gdy starałem się jej unikać; pokazać; ile znaczy.- Jestem totalnym idiotą..
-Masz gorączkę?- Zapytała zmartwiona przesuwając dłonią po mojej twarzy.- Co ci jest..?- Zaczęła oglądając mnie badawczo.
-Poza tym, że nie mogę przestać za tobą szaleć? Nic..- To musiało zabrzmieć cholernie głupio.
Caroline bardzo powoli cofnęła się mały kroczek do tyłu.
-On jest po prostu nagrzany...- powiedziała jakby do siebie.
-Caro... Auuuu!- Wtedy stało się.
Pyk i wilk.
Damon i reszta watahy wypadli z domu. Wszyscy stanęli, jak sparaliżowani. Klaus i Michelle z otwartymi ustami.
-Może mi ktoś wyjaśnić, o co tu chodzi...?- Zaczęła Caroline gapiąc się na mnie. W jej oczach odbijał się wielki biały wilk.
Czyli jednak jestem...
-Damon; twoja kolej- Shawn szturchnął lekko Alfę.
-Chyba nie mam wyjścia..- Stwierdził brązowowłosy.
Też chętnie posłucham- pomyślałem patrząc nań.

-Zaraz.. Chcesz powiedzieć, że Paul odziedziczył to po ojcu?- Caroline gapiła się na niego zaskoczona.- Niemożliwe. W tej rodzinie nie było likantropów.
-Widzisz... Marcus nie jest ojcem Paula.. Yyy.. Jest, ale nie do końca..- Damon złapał zawiechę.
-W sensie, że Paul nie jest biologicznym synem starego Tannera?- Zapytała powoli.
-Właśnie- przytaknął Damon.
-A ten Pretorianin..?- Zaczęła.
Damon spojrzał na mnie pytająco, skinąłem ciężkim wilczym łbem.
-To był ojciec Paula. Ten prawdziwy.- Zacząłem się rozglądać szybko. Na widok rudego dachowca zupełnie mi odbiło i zacząłem go gonić. Mimo, że byłem coraz dalej słyszałem wyraźnie ich rozmowę.
James z trudem powstrzymał śmiech.
-Przyzwyczai się- zarechotał Shawn.
-Nie przypomnę kto po pierwszym razie gonił własny ogon- zakpił Klaus.
-Jak pies je, to nie szczeka- odciął się Shawn.

Biegnę. To dziwne, ale czuję się inaczej; jakbym miał to w sobie od zawsze.
Kot zwiał na drzewo i zasyczał na mnie z góry. Okrążyłem dąb i zaciekawiony spojrzałem w kałużę. Z odbicia patrzył na mnie...
Wielki.
Biały.
Wilk.
Jedyne, co było w nim znajomego to kolor ślepi. Poza tym wyglądałem, jak wilk. Potężne łapy z pazurami, puszysty ogon zakończony szarym pędzelkiem. Gęste futro. Szeroki kłąb, stojące uszy i.. Zupełnie normalny wilczy pysk.
-Już się tak nie przeglądaj, przystojniaku- usłyszałem w myślach żartobliwy głos Shawn'a.
-Daj mu się nacieszyć swą zajebistością- odpowiedziała Michelle.
-Jakim cudem...?- Zacząłem.
-Wilcza telepatia; cecha wszystkich wilków- Oznajmił Damon.
Wróciłem pod domek Wayland. Caroline jakby nie wiedząc, czego się spodziewać bardzo powoli wsunęła ręce w moje futro. Popatrzyłem na nią. W jej oczach moje odbicie szczerzyło szereg ostrych kłów.
-Spokojnie, to uśmiech; tylko trochę wilczy- wyjaśnił Damon, chcąc uspokoić Caroline.
-Kuzynka wampira... Dziewczyna wilka.. Może jeszcze krasnoludki spotkam, hm?- Zakpiła, a ja zacząłem dziwnie poszczekiwać.
Wilczy śmiech, hmmm?
××××××××××××
-Tanner. O, przypomniał pan sobie drogę do szkoły... Po tygodniu- Collins patrzyła na mnie krzywo.
-Ma pani rację; zwolnienie warunkowe nie trwa wiecznie- odparłem uprzejmie, a cała grupa buchnęła rechotem.- To miłe, że pani tęskniła- dodałem z uśmiechem.
-Niespecjalnie- skwitowała krótko.
Szkolny dzień mijał, jak zwykle. Jednak kilka rzeczy odbiegło trochę od normy. Dziewczyny gapiły się na mnie (jedna wylądowała przez to u pielęgniarki) jakbym był jakąś gwiazdą; a faceci posyłali mi zazdrosno-nienawistne spojrzenia.
Jedna z pierwszoklasistek biegnąca od sali hiszpańskiego, zagapiła się i wpadła na jakieś drzwi.
-Zwierzak na horyzoncie- rzuciła jakaś dziewczyna do przyjaciółek. Zaskoczony odwróciłem wzrok od automatu z napojami i popatrzyłem w tamtą stronę- brunetka zrobiła się czerwona, jak burak i zaczęła szeptać coś szybko.
-Cholerne kółka różańcowe- rzucił Dominic Silver.- Dlaczego one zawsze łażą stadami?- Jęknął zirytowany.- Ej, Tanner; idziesz w piątek na imprezę...?
-Jaką imprezę?- Zapytałem trochę nieprzytomnie.
-Dean ma urodziny. Nie mów, że zapomniałeś- zauważył szturchając mnie mocno.
-Wyleciało mi z głowy- przyznałem otwierając puszkę.- Nie wiem, może wpadnę..- dodałem z zastanowieniem.- Co jest z tymi babami?- wspomniane "kółko" szeptało coś do siebie strzelając na mnie oczami.
-Masz wzięcie- zauważył.
-Mam dziewczynę- odparłem wzruszając ramionami.
-Pogodziliście się. Super- Powiedział wesoło.
-Taa- odpowiedziałem nieco zamyślony popijając z puszki.
-Nie wyglądasz na specjalnie ucieszonego- odezwał się po chwili.
-Co?- Straciłem wątek.- Och, nie chodzi o Caroline... Mam jeszcze parę innych spraw na głowie.
-To chyba jedna z nich...- zauważył wpatrując się w korytarz.
Devon Raven.
-Chyba wyraziłem się dość jasno- warknął patrząc na mnie spode łba. Szybko odbiłem jego rękę.- Miałeś się trzymać z daleka od mojej siostry, jeszcze nie dotarło?.
-Ej, wyluzuj- zaczął ugodowo Dominic.
-Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy- syknął nań Devon.
-A ty w nieswoje; Devonie Cristopherze Victorze Raven, herbu Kruk- odezwał się głos Caroline zza jego ramienia.
Orzechowooki powoli się odwrócił.
-I co? Mam się przyglądać, jak rozpierdala ci życie; siostrzyczko?- Zapytał ostro.
-Co się tu dzieje, młodzieży?- No, cudownie. Krausse przylazł.
-Nic, profesorze. Kończymy pogawędkę ze znajomym..- rzuciłem przymilnie.
-To nie wyglądało na pogawędkę; Tanner- nauczyciel niemieckiego przyglądał mi się uważnie, po czym zerknął na Devona.- Raven, weź się w garść. Ledwo przychodzisz na zajęcia, już prowokujesz kogoś do bójki..
-Ja nikogo nie prowokuję do żadnej bójki- Devon wzruszył ramionami.
-Niech pani pilnuje swojego brata; panno Raven- Krausse uśmiechnął się delikatnie do Caroline.
-Oczywiście, panie profesorze. Ich werde versuchen, mich um den Balg zu kümmern (postaram się pilnować Bachora)- dodała po niemiecku.
Nauczyciel odszedł, kilka kroków później zza zamkniętych drzwi klasy usłyszałem jego cichy śmiech.
Devon prychnął ze złością i poszedł w cholerę. Caroline westchnęła ciężko.
-Z czego "Herr general" się brechtał?- Zdziwił się Silver.
-To taki żarcik- wyjaśniła Caro.
-Aha.. No, to spotkamy się u Czarownicy, Paul. Cześć Caroline- rzucił odchodząc.
-Narka- odparła zaskoczona.- Co z nim?- Spytała.
-Nie wiem- wzruszyłem ramionami. 
-Powinnam cię przeprosić... No wiesz, za Devona- zauważyła opierając się o automat.
-Spoko. W sumie to go rozumiem..- odparłem cicho i smutno.- Boi się o ciebie..
-On jest gorszy niż Cally...- burknęła z irytacją.
-Poprawka: to wredniejsza wersja Cally- poprawiłem i oboje parsknęliśmy śmiechem.
-Co z Cally?- Michael wylazł wreszcie z sali hiszpańskiego, przywitał się z Caro.
-Eee gadamy o Devonie..- odparła Caroline.- Jest nie do zniesienia..
-Aaa, wredniejsza kopia mojej narzeczonej- Zielonooki załapał i strzelił szeroki uśmiech.- Jak zborsuczony jamnik..
Pogadaliśmy trochę i rozeszliśmy się na lekcje.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka, łowca wampirów...
-Wreszcie wszystko wraca do normy; nie?- Zagadnąłem
-No, prawie wszystko- odparł powoli.
-Co znaczy "prawie"?- Zapytałem zaskoczony.
Tanner spojrzał na mnie z boku w zamyśleniu.
-Jakby ci to powiedzieć... Jestem likantropem- przyznał wolno.
Nie zauważyłem zakrętu i idąc dalej prosto przywaliłem w ścianę.
-Ty...? Likantropem..?- Szybko ściszyłem głos i rozejrzałem się.- Poważnie?
-Taaa, ten facet; który gadał wtedy z Marcusem... On jest moim ojcem i Pretorianinem.
-Zaraz.. Pretorianinem?- Uniosłem brwi zaskoczony.
-No, też się zdziwiłem- potwierdził z namysłem.- To trochę dziwne, ale chyba się przyzwyczaję... Cally pewnie mi dożre, że cuchnę Zmokłym Psem- zażartował.
-Tylko nie próbuj jej pożreć- zarechotałem.
-Dzięki, chcę jeszcze trochę pożyć- odpowiedział wesoło.

Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Knajpa Margherita.
-Czuć zmokłym psem- stwierdziłam witając Michaela buziakiem.
-Przepraszam- rzucił Paul i obaj parsknęli śmiechem.
Nie zajarzyłam aluzji, więc spoglądałam na nich pytająco.
-Masz likantropa pod samym nosem- rzucił z ironią Tanner.
Przyglądałam mu się przez chwilę.
-Ty, zmokła psinko- szturchnęłam go mocno.- Au.. Co tam masz?- Spytałam nieco podejrzliwie.
-Nic- odparł zbyt szybko. Prześwidrowałam go wzrokiem.- Eee, no...- Kelnerka przyniosła nasze zamówienia, Paul poczekał aż odejdzie i wyciągnął z kieszeni małe orzechowe pudełeczko przyozdobione ciemnobrązową wstążką i otworzył je powoli.
-O, w mordę..- rzucił zaskoczony zielonooki.
-Ani słowa Caroline- rzucił mrugając porozumiewawczo i ukrył przedmiot w płaszczu.
-Ani słowa o czym?- Zapytała wesoło wspomniana przysiadając się do nas.
Wszyscy zrobiliśmy głupie miny i zupełnie odruchowo odparliśmy:
-Jak ci powiem nie będzie niespodzianki.
-Niespodzianka, mówicie..- udała podejrzliwość, ale zaraz uśmiechnęła się.- Spoko, nie było pytania- dodała wesoło.
Widać było, że odzyskała humor po ostatniej rozmowie z Paulem; zresztą nie chciałabym znów widzieć jej takiej zdołowanej. Najważniejsze, że wyjaśnili sobie wszystko.
Gadaliśmy od niechcenia, gdy odezwał się telefon Paula. Chłopak wyciągnął go z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz.
-Nie mam ochoty z tobą gadać- burknął odrzucając połączenie.
-Twój...- zaczęłam.
-Przybrany ojciec, taa- potwierdził niechętnie.
-Może powinniście pogadać..- zasugerował rozsądnie Michael.
-Na razie muszę to sobie poukładać..- westchnął ciężko.- Sam nie wiem, jak mamy rozmawiać po tym wszystkim..
-Ciężka sprawa- przytaknęłam z westchnieniem.
-Wiem, że w końcu będę musiał z nim porozmawiać, ale muszę ochłonąć. Dosyć wrażeń na następnych kilka lat..- odparł cicho.- Jak z Vincentem?
-Nadal bez zmian- odparłam ponuro.- Tori ciągle przy nim siedzi z małym..
-Cholera...
Vincent Rodriguez; kapitan szkolnej drużyny koszykówki, licealista drugiego roku.
-Vincent, skarbie..- usłyszałem jej szept.
Wokoł ciemność. Stoję w mroku, wśród pustki. Chciałbym jej teraz tyle powiedzieć, ale nie mogę się odezwać..
Śpię, ale wszystko słyszę. Twój głos, płacz małego; hiszpański ojca..
Poczułem obok siebie kręcącego się malucha. Chciałem go wziąć.. chociaż objąć, ale moje ciało było tak strasznie ciężkie i nieruchome..
Z trudem próbowałem zmusić zdrętwiałe palce do ruchu, ale...
Tori Miles, Królowa Ogólniaka.
Patrzyłam na niego, pilnując równocześnie małego. Wtedy...
-Siostro.. Mój narzeczony, niech pani zobaczy...- zaczęłam.
Vincent poruszył palcem!.
-Przywidziało się pani.. Z przemęczenia..- stwierdziła pielęgniarka, jednak obserwowała przez chwilę.
-Ale...- zaczęłam przygaszona, biorąc dziecko na ręce.
-Doktorze...- pielęgniarka śmignęła przez salę.
Chwila rozmowy w kanciapie lekarzy.
-Muszę sam to zobaczyć..- zauważył lekarz.
Wtedy poczułam dłoń na swojej. Słabe stukanie w wierzch mojej dłoni.
-Też cię kocham; skarbie...- odparłam cicho.
Lekarz zaczął się gapić na palec stukający w moją dłoń.
-Dwunasty marca, skarbie- odparłam na nieme pytanie.
Facet gapił się na mnie zdziwiony. Poprosił mnie do gabinetu.
-Zaraz do ciebie wrócę- pocałowałam go lekko i poszłam za lekarzem.

-Pani Miles... Co to było?- Zapytał zaskoczony.
-Może to wygląda dziwnie; ale rozmawialiśmy z Vincentem.
-Chodzi pani o to.. Stukanie?- Zapytał ostrożnie.
-To nasz sposób ze szkoły.. Wie pan, żeby nikt nie wiedział, o czym gadamy..- wyjaśniłam.
-Doktorze, pacjent się wybudził- oddziałowa przerwała naszą rozmowę.
Wyszłam szybko.
-Mi cora..zòn?- na dźwięk głosu podskoczyłam, jak oparzona.
-Jestem tu- zaczęłam cicho.
Otworzył oczy i rozejrzał się nieprzytomnie.
-Szpital... Miałem wypadek...- Uświadomił sobie wszystko.
-Pamięta pan, co się stało?- Zapytał go lekarz.
Vincent spojrzał na mężczyznę zamyślony.
-Pamiętam, że przywaliłem w coś autem...- odparł raźniejszym głosem Vincent. Na widok synka wyciągnął do mnie rękę. Chłopczyk uderzył w płacz, patrząc na ojca.
-Daj mi go..- poprosił kawowooki.
Podałam mu dziecko, dostając przy tym całusa, usiadłam obok.
-Najpierw..
-Później. Najpierw rodzina; potem przyjemności- uciął Vincent z ironią. Malec, jakby pod wpływem jego głosu nagle się uspokoił.
-Nie uznałbym serii badań za przyjemności- stwierdził lekarz i oboje wrócili do zajęć.
Ciche kroki.
-Łapiduch zniknął?- Rzucił konspiracyjnie mój przyszły teść.- Vincent...- dodał kilka słów po swojemu. Chłopak odpowiedział w rodowitym języku.
Octavio odetchnął z ulgą.
-Mam nadzieję, że szybko stąd wyjdę..- stwierdził Vincent, kołysząc małego.
-Musisz wyzdrowieć- odparłam z naciskiem.
-Kotku; ja jestem nie do zajebania- uśmiechnął się i zanim zaczęłam protestować dał mi mocnego całusa.
-Vin..- kolejny buziak- Powinieneś o siebie dbać- kolejny pocałunek.
-Przecież wiesz, że będę- zapewnił trzymając mnie za rękę. Zabawiał synka.
***
-Doktorze, co z moim synem?- Zapytał Octavio z niepokojem.
-Chłopak miał sporo szczęścia. Poza złamaną  ręką, nie odniósł poważnych obrażeń. Głowa i żebra w porządku.
-Hmmm- mój przyszły teść zamyślił się na dłuższą chwilę.- Istnieje możliwość wypuszczenia go na jeden dzień?
-Pan chyba nie mówi poważnie..- zaczął ostrożnie lekarz.
-O, cholera...- jęknęłam zdumiona.- Całkiem zapomniałam przez to wszystko...
-O czym?- Facet zdawał się zaskoczony.
-Za trzy dni ma być nasz ślub...- odparłam niezbyt przytomnie.
-Zobaczę, co da się zrobić- zauważył lekarz.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Przeglądałam dokumenty na kolejną Radę, gdy na biurku rozdzwonił się telefon.
Widząc zdjęcie Tori szybko odebrałam.
-Coś się zmieniło?- Rzuciłam do słuchawki.
-Vincent się obudził.. Nareszcie- westchnęła Tori.
-To świetnie! Jak z nim?- Odparłam szybko.
-Jest trochę poobijany, ale ma tylko złamaną rękę, poza tym wszystko gra. Mają go przenosić na inny oddział. Już kombinuje, jak by tu wyjść- cichy chichot.
-Cały Rodriguez- skwitowałam.- Pilnuj go; Miles: to nieobliczalny świr- zachichotałam lekko.- Muszę kończyć; życz mu zdrowia od nas.
-Będę, paaa- odparła i rozmowa się zakończyła.
-Jezuuu, Marco.. Nic mi nie jest- jęknęłam odkładając telefon.
-Sprawdzić nie zaszkodzi- oznajmił spokojnie zapraszając mnie gestem na łóżko.
Standardowy wywiad wykazał to, co już wiedziałam; czyli: jak tak dalej będę żreć, to w końcu nie wmieszczę się w drzwi.

-Maleństwo bardzo szybko rośnie, jak na półwampira- zauważył mój kuzyn.- Co się dzieje?- Zapytał widząc mój zbolały wyraz twarzy.
-Nic takiego... To tylko pora żarcia- odparłam słabo; spoglądając na zegarek, który wskazywał siódmą wieczorem.
-Ostatnio coraz więcej jesz- stwierdził z zastanowieniem, przeglądając wyniki badań z zeszłego miesiąca.
-Lepiej się więcej nie odzywaj na temat mojej wagi- odburknęłam obrażona.
-Twoja obecna waga jest, jak najbardziej, prawidłowa. Nie zapominaj, że ta piłka to..- Zaczął.
-Zaczynasz nawijać, jak Michael... On też każe mi tylko odpoczywać i żreć. A ja nie jestem chora, a poza tym cholernie się nudzę...- wbiłam słomkę w plastikowe opakowanie i zaczęłam pić.- Ile można leżeć i się obżerać? Wiem, że się o mnie troszczycie i w ogóle; ale ruszać też się muszę, bo w końcu się zastoję..
Trzy dni później..
Vincent dumnie prowadził niską szatynkę w sukni ślubnej przez główną nawę kościoła ku czekającemu na nich księdzu. Na ceremonii zgromadziła się rodzina państwa młodych i reszta gości. Ojciec pana młodego pilnował małego Vincenta Octavio. Mężczyzna obok szturchnął go dyskretnie i rzucił szeptem kilka słów, Octavio spojrzał nań, jakby mówił: no, co zrobić; mój chłopak się żeni..
***
Piękna kobieta przytuliła pana młodego i ocierając mu łezkę rzuciła wesoło:
-Nie maż się, mały- uśmiechnęła się.- Szczęścia młodej parze.
-Wszystkiego najlepszego- Michael szturchnął lekko śniadego dryblasa i objęli się przyjacielsko.- Tori, pilnuj tego wariata- pocałował ją lekko w policzek.
Wraz z Paulem i Caroline złożyliśmy życzenia i widząc idących ich rodziców szybko się zwinęliśmy.

Cała sala odśpiewała sto lat. Kieliszki pary pofrunęły w tył roztrzaskując się w akompaniamencie "gorzko, gorzko".
-Mogę prosić do tańca?- Zapytał głos z hiszpańskim akcentem. Szybko spojrzał na Michaela.- Chyba pan pozwoli..- zwrócił się doń.
-Proszę bardzo- zielonooki zauważył na palcu chłopaka obrączkę, więc był spokojny.
-Może przejdźmy na " ty"; Vittorio- przedstawił się.
-Callisto, a to Michael- odparłam uprzejmie.

Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-No, tylko my zostaliśmy wolni- zachichotał z boku Paul.
-Taaa; wolni- szturchnąłem go lekko.- Już niedługo- dodałem ze śmiechem.
-Racja- Paul nalał kolejny kieliszek.- Zdrowie naszych dziewczyn- rzucił wesoło.
-Naprawdę zamierzasz się oświadczyć?- Spytałem, rozglądając się, czy w pobliżu nie ma Caroline.
-Pewnie Devon się wścieknie; ale tak. Zamierzam- odpowiedział z szerokim uśmiechem.
-Nie łam się, przejdzie mu- odparłem pocieszająco.
-Mam nadzieję- stwierdził.
-O czym gadacie?- Caroline dołączyła do nas.
-O wszystkim i niczym- odparł Paul wymijająco.
Vittorio odprowadził Cally spowrotem do stolika.
•••
-Prosimy serdecznie wszystkie panny i kawalerów.
-Będzie ciekawie...- Zachichotała turkusowooka.- Paul, czas na nas- dodała.
-Taaa- i oboje odeszli na chwilę w stronę państwa młodych, gdy ja i Caroline poszliśmy na parkiet.

Grupka dziewczyn stojących  na parkiecie czekała aż Tori rzuci welonem.
W tej samej chwili kątem oka zaobserwowałem, że coś leci w moją stronę. Złapałem i zdziwiony zobaczyłem muszkę.
-Mamy szczęściarza- rzucił wesoło Vincent.- Kto złapał welon?
Callisto pomachała dłonią, a Vincent zakładając mi muchę, rzucił wesoło:
-No, szczęściarzu. Dajesz- szturchnął mnie wymownie.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Odwiózł nas pan Rodriguez. Zauważyłam, że Paul jest nad czymś zamyślony.
Stojąc przed budynkiem stowarzyszenia zastanawiał się jeszcze przez chwilę. Weszliśmy do środka.
Devon widząc go zamarł, wuj Alec oparł dłoń na ramieniu syna, powstrzymując go od rzucenia się na Paula, który nagle przystanął.
-Co jest grane?- Zdziwiła się Caroline wieszając płaszcz.
Paul rozejrzał się nieco zdenerwowany.- Paul...?
Chłopak obudził się z zamyślenia i otwierając małe pudełeczko przyklęknął.
-Caroline Glory Amando Raven; herbu Kruk, czy... Czy wyjdziesz za mnie?- Zapytał, jakby sam nie wierzył, że się na to odważył.
Devon opuścił ręce i rozdziawił gębę gapiąc się na Paula; zresztą Alec Raven był równie zdumiony całym zajściem- poruszał ustami, jak ryba wyciągnięta z wody, w głębokim zaskoczeniu.
Caroline długą chwilę rozglądała się zdziwiona.
-Pytasz poważnie?- Zaczęła oszołomiona.
-Jak najbardziej poważnie- potwierdził Paul patrząc jej w oczy.
Caroline spojrzała niepewnie na ojca i brata, którzy zdecydowali się wreszcie podejść do nas. Alec rzucił coś szeptem do córki.
-Pewnie, że tak...- odpowiedziała w końcu zaskoczona Caroline, a Paul wsunął pierścionek na jej palec i wstał. Devon chyba  był w niezłym szoku.
-Niemożliwe... To się nie dzieje naprawdę..- wyszeptał zaskoczony orzechowooki.
Paul wziął Caroline na ręce i zrobił pirueta.
-Naprawdę- zaczął cicho.- Ja.. Tak cholernie się cieszę..- oznajmił przytulając ją.
-No, ładnie...- stwierdził ojciec Caroline, gdy już ochłonął z chwilowego szoku.

Następnego ranka.
-Hej, poczekaj. Mamy do pogadania- słysząc sławny tekst Devona przystanęłam za węgłem.
-Chcesz mi przywalić? Spoko, zasłużyłem- stwierdził poważnie Paul.
-Przwalę ci. Jeśli jeszcze raz skrzywdzisz moją siostrę, wylądujesz w szpitalu. Przysięgam na mój herb- oznajmił Devon.
-Nie ufasz mi i to rozumiem; ale nigdy więcej nie doprowadzę jej do płaczu. Obiecuję ci to- wyszłam zza węgła, gdy Paul nagle doleciał do okna i wyjrzał przez nie zaaferowany.
-Coś się dzieje- powiedział po długiej chwili.- Wataha Damona ruszyła- i zniknął za oknem, a po chwili usłyszeliśmy wilcze wycie.

Łowcy wybiegli na plac. Wielki biały likantrop stał przed bramą warcząc wrogo.
-Kruk..- Zaczął Angello.
-Ktoś się zbliża- oznajmiłam krótko.
Biały wilk spojrzał na mnie pytająco, pokazałam jeden z naszych znaków- likantrop wydał krótki pomruk i cofając się stanął obok.
-Granatowi. Idą po tego małego brudasa- przewróciłam oczami do Angello.
-Owszem, ten "brudas" zdradził Panią- warknął znajomy głos.
-Znów przysyła swoich sługusów?- Rzuciłam tłumacząc Paula, który zaczął warczeć.
-Pani nie mogła pojawić się osobiście. Nagłe wezwanie Senatu- wyjaśnił spokojnie szatyn odrzucając kaptur granatowej peleryny.
-Livia nie pojawiła się osobiście?- Rzucił usypiający głos z najbliższego drzewa ze śmiechem.- Pewnie znów siedzi samotnie w jakiejś spelunie i rozmyśla, kogo jeszcze się pozbyć- zauważył wolno.
-Kim jesteś, żeby obrażać moją Panią?!.- Warknął szatyn wściekle.
Paul zaczął się śmiać na swój wilczy sposób; a wampir sfrunął z konaru.
Obaj granatowi cofnęli się w lekkim ukłonie. Féu dał wampirowi w pysk.
-Nie pyskuj; ludzka padlino- prychnął Féu z irytacją.
Biały wilk nagle wyrwał się do przodu i popędził w las, ujadając. Devon patrzył za nim zamyślony.
-Thunder kopie pod nami dołek; Jean- oznajmił kobiecy głos. Ku nam szła pani klanu Vain.
Biały wilk wrócił. Spoglądał na Czystokrwistych z zastanowieniem.
-Paul pyta; czy Senat coś kombinuje- przetłumaczyłam.
-To niewykluczone- odpowiedziała z namysłem Vain.- Większość Senatu po cichu planuje pozbyć się  wampirów współpracujących z łowcami.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz