Ojcze…
Dlaczego zostawiłeś mnie samą..?
Dlaczego zostawiłeś mnie samą..?
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Ojcze..- słyszę jej ochrypły szept.
Mówi przez sen; jak zwykle- wiele razy byłem tego świadkiem. Wiele razy byłem przy niej; gdy cierpiała.
Tak bardzo chciałbym uchronić ją od tego wszystkiego…
-Ojcze..- słyszę jej ochrypły szept.
Mówi przez sen; jak zwykle- wiele razy byłem tego świadkiem. Wiele razy byłem przy niej; gdy cierpiała.
Tak bardzo chciałbym uchronić ją od tego wszystkiego…
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Nikomu nie ufać
Do nikogo się nie przywiązywać
To przynosi tylko niepotrzebne cierpienie…
-Dlaczego; ojcze…?- Wyrywa się z moich ust.
Nikomu nie ufać
Do nikogo się nie przywiązywać
To przynosi tylko niepotrzebne cierpienie…
-Dlaczego; ojcze…?- Wyrywa się z moich ust.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Dlaczego; ojcze…?- Ten przepełniony rozpaczą szept: tak; jakby mówiła…
-Dlaczego; ojcze…?- Ten przepełniony rozpaczą szept: tak; jakby mówiła…
Wryj ból mojego nędznego życia w moją duszę.
Tori śpi przykryta kocem w bujanym fotelu przy oknie..
-Czy ona… Umrze?- Pyta nieoczekiwanie Paul Tanner.
-Zawrzyj pysk..- burknął pod nosem Vincent Rodriguez; patrząc na kumpla ze złością. Nadal trzymam jej lewą rękę w swoich dłoniach. Milczę. Przez zaciśnięte usta nie może wydostać się choćby słowo- choć w tej chwili z całych sił pragnąłem tylko wykrzyczeć cały ból; który czułem- nie mogłem.
-Czy ona… Umrze?- Pyta nieoczekiwanie Paul Tanner.
-Zawrzyj pysk..- burknął pod nosem Vincent Rodriguez; patrząc na kumpla ze złością. Nadal trzymam jej lewą rękę w swoich dłoniach. Milczę. Przez zaciśnięte usta nie może wydostać się choćby słowo- choć w tej chwili z całych sił pragnąłem tylko wykrzyczeć cały ból; który czułem- nie mogłem.
Mogłem jedynie cierpieć tak; jak ona: bez skarg i w zupełnej ciszy.
-Powinieneś się przespać- odzywa się Vincent po długiej chwili.
-Nie jestem zmęczony- odparłem nie patrząc nań. Nadal ściskałem lekko palce Callisto. Nie mogłem jej teraz zostawić samej- nie dlatego, że ona mnie potrzebowała, teraz to ja potrzebowałem Jej.
Przeciągnąłem ostrze po nadgarstku.
Jeśli tylko tego potrzebujesz- dam ci tyle, ile będzie trzeba..
-Nie jestem zmęczony- odparłem nie patrząc nań. Nadal ściskałem lekko palce Callisto. Nie mogłem jej teraz zostawić samej- nie dlatego, że ona mnie potrzebowała, teraz to ja potrzebowałem Jej.
Przeciągnąłem ostrze po nadgarstku.
Jeśli tylko tego potrzebujesz- dam ci tyle, ile będzie trzeba..
Nie budząc się szybkim ruchem odtrąca mój nadgarstek.
Choć czuje pragnienie, nadal się powstrzymuje. Uparcie odmawiając mojej krwi, robi sobie krzywdę..
Jestem równie uparty; ponieważ podejmuję drugą próbę. Chcąc; żeby napiła się mojej krwi nie zwracam uwagi na to, że zadaję ból jedynej osobie; która jest ze mną od samego początku; której- mimo wszystko- na mnie zależy.
-Przepraszam; tato…- szeptam z żalem.
-Przepraszam; tato…- szeptam z żalem.
Callisto zawsze chciała; bym przestał kłócić się z ojcem- sama straciła rodziców w masakrze; którą Link urządził w ich posiadłości.
Teraz jej ojciec; o którym myślała, że nie żyje powrócił z zaświatów; a przez niego znów goniła ją tamta straszna; naznaczona bliznami przeszłość.
Teraz jej ojciec; o którym myślała, że nie żyje powrócił z zaświatów; a przez niego znów goniła ją tamta straszna; naznaczona bliznami przeszłość.
Jak wiele bym dał; by przejąć choć część twoich cierpień, Callisto…
-Jak wiele byśmy dali- poprawia mnie cichy głos od drzwi.
Vincent odwraca się na pięcie i patrzy w tamtą stronę.
Luca Raven wchodzi powoli do środka patrząc na śpiącą bratanicę.
-Wiedział pan..?- Zacząłem z nutą pytania.
-Nie miałem pojęcia; że mój starszy brat żyje- wyjaśnił cicho. Piwne oczy przesunęły się na rozorany nadgarstek.- Nadal chcesz ją ocalić…?- Pyta z wahaniem; rzucając mi paczkę z opatrunkiem. Nie patrząc nań zaciskam palce łapiąc przedmiot.
-Więc Callisto jednak umrze..- zaczął Paul z bezsilną złością.
-Nie umrze…- odparł gorzko Luca Raven.- Jeśli przestanie się kontrolować…- Załamał mu się głos. Zdenerwowany wbijał wzrok w podłogę- …mamy rozkaz ją zabić.- Cały czas próbował zapanować nad swoimi uczuciami; jednak nie potrafił.
-Mówi pan to tak… Spokojnie..??- Vincent zbladł jak kreda.
-Kto wydał to polecenie?- Zapytałem beznamiętnie wpatrzony w ścianę.
-Angello- oznajmił krótko.
-Spodziewałem się tego po nim..- powiedziałem wstając. Podszedłem do Tori i poprawiłem koc, którym była okryta; a potem wyszedłem.
Zszedłem po schodach. Coś wpadło na mnie z impetem.
-Zrobisz sobie krzywdę; Clarissa- powiedziałem chcąc ominąć dziewczynkę i ruszyć z miejsca.
Wstrzymały mnie jej ręce oplecione na moim pasie. Młodsza kuzynka Callisto przytuliła się mocno.
-Uczycie zabijać nawet własne dzieci- mruknąłem z goryczą; widząc zawiązaną na jej nadgarstku plecioną bransoletkę; po której rozpoznałem przynależność do Niebieskich- elity uczniów bardziej uzdolnionych niż reszta.
-Michael; kochasz Cally bardzo mocno; prawda?- Zapytała tym swoim słodkim głosikiem.
-Dlaczego o to pytasz?- Spojrzałem ze zdziwieniem na dziecko.
-Bo wujek Cristopher też ją kochał. Tak bardzo, bardzo.!- Zaśmiała się wesoło; a mnie przeszły ciarki.
-A Lucian? On też ją kochał?- Właściwie nie wiem, czemu zadałem to pytanie.
Clarissa odsunęła się lekko i spojrzała na mnie z dołu zdziwiona.
-Mama nie lubiła Luciana- powiedziała obrażonym tonem; przyglądając mi się.- Zawsze mówiła; że on jest bardzo… Że to zły chłopiec..
Przykucnąłem przy małej i popatrzyłem w jej ciemnoszare oczy.
-Dlaczego zły chłopiec?- Zacząłem zdziwiony.
Zastanowiło mnie to. W przeszłości Lucian opiekował się również braćmi ojca Callisto, więc z jakiego powodu żona najmłodszego z nich była wobec niego tak źle i nieufnie nastawiona?
-Jeśli chcesz porozmawiać o Lucianie, to zrób to z kimś; kto dobrze zna ten temat- oznajmił za mną kobiecy głos.
Za mną stała Sussan Raven; Jej ciotka.
-Wracaj na trening; kochanie- zwróciła się pieszczotliwie do córki, przechodząc pogłaskała ją lekko po policzku. Wymownym ruchem głowy wskazała podwójne drzwi prowadzące do szerokiego przedsionka budynku Stowarzyszenia. Ruszyłem za nią.
Usiadła ze zmęczeniem na schodach prowadzących na górę do wspólnych sypialni mieszkających na miejscu łowców i oparła się o ścianę przymykając oczy.
-Na pewno ci powiedziała; kim jest Lucian- widząc moje spojrzenie dodała.- Tak; wiem, że on żyje i, że to przez niego Callisto jest tym; czym jest- odezwała się powoli.
Uniosła powieki i spojrzała na jeden kryształowych żyrandoli smutno.
-Co Callisto pani takiego zrobiła, że tak jej pani nienawidzi?- Zapytałem nawet nie myśląc nad tym, co właśnie mówię.
Odetchnęła głęboko obracając w palcach złoty sygnet z herbem Ravenów i literami: C. J.
-To nie tak, że jej nienawidzę..- powiedziała cicho i smutno wpatrując się w przedmiot.- To by niczego nie zmieniło. Wręcz przeciwnie: Callisto jest dla mnie, jak rodzona córka. Jest jego córką…- dodała z uczuciem.
Nie zrozumiałem.
Ciotka Callisto zawsze była wobec dziewczyny nie tylko podła i okropna- była również wobec Cally wrogo nastawiona.
Nie wiedziałem; dlaczego ostatnie zdanie, które wypowiedziała Sussan Raven brzmiało w ten sposób:
Jest Jego córką.
Wtedy przypomniałem sobie słowa Callisto, które kierowała do swojego chrzestnego; a których kiedyś byłem świadkiem:
-…bo kochałeś moją matkę, a nie tę… Wywłokę Sussan..!
-A Luca..?- Rozejrzałem się czy nikt nie podsłuchuje. Nagle z góry dało się słyszeć kroki i głos:
-Oboje dobrze wiemy; że to małżeństwo było błędem. Nie musisz już tego ukrywać; Sussan- Luca Raven schodził właśnie z górnych pięter. Na jego twarzy nie malowało się nic, prócz zmęczenia.
-Czyli oboje myśleliśmy tak samo; Luca- wzięła jego dłoń w swoją i spojrzała mu w oczy smutno.
-Oboje kochaliśmy ich- podniósł ją na nogi i wyciągnąwszy z jej ręki sygnet włożył go jej na palec. Jego słowa również zabrzmiały w ten dziwny sposób, w jaki ciotka Callisto wyrażała się o jej ojcu.
Nigdy nie było między nimi widać żadnego uczucia prócz wzajemnej przyjaźni i zrozumienia.- Ty kochałaś Cristophera; a ja…- objął delikatnie kobietę- ..a ja Valerie, ale los sobie z nas zażartował, co..?- Próbował się uśmiechnąć, obrócić to w żart; ale cholernie mu to nie wyszło.
-Myśleliśmy; że nam się uda.. Przepraszam..- powoli się odsunęła i uśmiechnęła się, z trudem panując nad emocjami.
„Bo kochałeś moją matkę…
KOCHAŁEŚ moją matkę
MOJĄ
MATKĘ.. ”
Matka Callisto miała na imię..
Luca Raven wspomniał..
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Zbudziłam się i rozejrzałam po pokoju. Rozpoznałam jedną z sypialni w budynku Stowarzyszenia urządzoną identycznie jak mój własny pokój. Tori spała przykryta kocem w bujanym fotelu przy oknie; Vincent Rodriguez zasnął na podłodze, na siedząco. Z kolei Paul Tanner chrapał w pobliżu na jakimś materacu. Jednak nigdzie nie widziałam Michaela.
Moją uwagę zwróciło wieczne pióro, obok którego na szafce nocnej zobaczyłam dwa arkusze raportów i dokumenty tożsamości, na nazwiska:
···Marcus Jade- wampir, którego traktowałam gorzej, niż najgorszego śmiecia.
···Gabriel J. Young- drugi z tych bestii- ten, który zranił Tori.
-Nadal jesteś przygotowany; że zawsze załatwię jakąś pijawkę, prawda Angello?- wymruczałam cicho.
Biorąc papiery i pióro wyskoczyłam z łóżka. Powoli podeszłam i zasiadłam przy biurku.
Leżał na nim stos raportów.- ostatnia kopia dowodu tożsamości była na nazwisko: Vanessy Porter; młodszej siostry naszej stowarzyszeniowej „zakały”.
-Co tam bazgrolisz, Raven..?- Odezwał się szept z bujanego fotela.
-Obudziłam cię..- zaczęłam przepraszająco.
Okryła Vincenta kocem i podłożyła mu pod głowę poduszkę, odpowiadając ze wzruszeniem ramion:
-Już nie spałam- pocałowała delikatnie śniadolicego, wstając.
Stanęła za mną i zajrzała mi przez ramię.- Raport dla Angello…
-Skąd wiesz?- spojrzałam na nią przez ramię ze zdziwieniem.
-Bo Michael pisząc to..- ruchem dłoni wskazała równą stertę papierów- ..przeklinał „przewodniczącego” w żywy kamień..- uśmiechnęła się ironicznie.
-Jak myślisz; ona jest przyjacielem, czy wrogiem?- pytam ostrożnie, nie przestając pisać w raporcie.
-Naprawdę chcesz wiedzieć?- Spytała z wahaniem, kiwnęłam głową twierdząco; więc kontynuowała- Mnie się zdaje; że ona jest taka sama jak… Jak Link..- W tym momenciw zerwałam się z miejsca i pobiegłam w stronę najbliższej łazienki.
-Hej, co z tobą??- Zaczęła z niepokojem.
Ledwie zdążyłam do umywalki. Zaczęłam wymiotować krwią.
-Callisto…
-Znów odrzucasz krew?- Zapytał za nią głos Mistrza.
Przepłukałam usta. Splunęłam czerwoną wodą, oddychajac ciężko oparłam dłoń na ścianie.
-Czemu mnie jeszcze nie zabiłeś; skoro wiesz, że nie będzie lepiej; tylko gorzej?- Odparłam niechętnie.- Dlaczego, skoro wiesz; że to tylko kwestia czasu i zacznę zabijać, tak jak oni?
Tori zbladła, jak kreda. Mistrz wymierzył we mnie przeładowaną strzelbę i spojrzał na mnie jedynym okiem, jakie mu pozostało smutno.
-Naprawdę chcesz właśnie tak skończyć; Callisto Anabelle Raven? Chcesz zostawić go samego?- Zapytał, w porę kryjąc uczucia za maską obojętności.
-Jak pan może??- Zapytała Tori nagle wściekła.
-Michaelowi będzie lepiej beze mnie..- odparłam opierając się o ścianę.
-Nie mówię o Michaelu- żachnął się, podnosząc broń.- Najgorzej z nas wszystkich twoją śmierć; poza Michaelem; zniesie Luca.
Osunęłam się na podłogę; gdzie usiadłam ukrywając twarz w dłoniach. Zaczęłam potrząsać głową z niedowierzaniem.
-Luca… Luca mnie nienawidzi; bo jestem Jej córką..- zaczęłam lodowato.
Mistrz wcisnął Tori w ręce strzelbę i podszedł do mnie. Podniósł mnie na nogi i uderzył mną mocno o ścianę.
Okręcił mnie w kierunku lustra i nie pozwalając mi się odwrócić warknął:
-Spójrz na siebie, nędzny Poziomie D; bo teraz już nie przypominasz mi mojej ukochanej uczennicy; którą traktowałem; jak własną córkę!- odsunął się obojętnie.- Już dawno.. Dawno jesteś tym czymś. Wampirem poziomu D; którego tak bardzo nienawidziłaś.!- Idąc odebrał mojej przyjaciółce broń. Usłyszałam tylko jego szybkie kroki.
Jego słowa były, jak siarczysty policzek. Potrafiłam gapić się tępo w to cholerne lustro. Nie wiedziałam; że tak ostro zareaguje na tę sytuację. Zawsze uważałam Mistrza za niemożliwie cierpliwego i spokojnego faceta- a przed zaledwie chwilą ujrzałam w jego oczach coś, czego wolałabym nigdy nie widzieć: uczucie. Ból.
-Niech to wszystko szlag!- Zaklęłam wściekła uderzając pieścią w taflę szkła przed sobą.
-Narażasz przewodniczącego na straty; Raven- rzucił z ironią Porter, przechodząc.
-Lepiej się przymknij, wstała lewą nogą- poradziła Tori wolno.
-Ty jeszcze nie widziałaś; co robi; gdy wstaje (jak mówisz) lewą nogą- Porter uśmiechnął się do niej ciepło.- Zresztą bez Raven ten cyrk byłby zwyczajnie nudny, jak brazylijska telenowela- dał mi porządnego szturchańca w żebra, odsłoniłam kły z sykiem.- Ładny uśmiech; pijawko- poklepał mnie po ramieniu i zniknął w korytarzu.
-A tobie co odbiło?- Mruknęłam za nim zamyślona.
-Wszyscy trzymają za ciebie kciuki- stwierdziła niska szatynka.
-Porter nawet mnie nie trawi, więc to tym bardziej dziwne- potaknęłam z ironią, oglądając rozciętą dłoń.- Wszystkim nieźle tu ostatnio odpierdala..- mruknęłam podejrzliwie, rzucając ostatnie spojrzenie na rozbite lustro. Powoli wyszłam z łazienki. Tori skierowała się za mną. Nagle zaburczało jej w brzuchu.
-O w mordę…- jęknęła zbolałym głosem.- Ej; Cally: gotują tu jakieś żarcie? Jestem głodna, jak wilk…
Nagle rozległ się huk spadających garnków i kilka przekleństw. Spojrzałam na tabliczkę przy drzwiach jadalni; na której napisano:
Czwartek: M. Holy; C. James; A. Tyler; J. Raven.
-Dziś żarcie będzie dobre- rzuciłam z przekonaniem.
-Czemu tak twierdzisz?- Spytała zaciekawiona.
-Bo nikt nie gotuje lepiej, niż mój kuzyn- odparłam z kaszlacym śmiechem.- Psiakrew…- Syknęłam cicho, w porę odsunęłam Tori od drzwi kuchennych.
-Komuś tu zaburczało; hm?- Rzucił wychodzący z kuchni młodzieniec.
Tori wciągnęła zapach i zwróciła twarz w stronę kuchni. Pojawiło się na niej rozmarzenie.
Znowu ten dźwięk burczenia, po którym Tori zrobiła się nieco czerwona.
-Wydało się; kto tu jest głodny- rzucił ciepło; spoglądając na dziewczynę.
-Holy uważaj, bo weźmie sobie ciebie na przystawkę- zagroziłam żartobliwie.
-Nie bądź taka oficjalna; Rybcia- rzucił poszturchując mnie.
-R-rybcia..?- Zająknęła się Tori budząc się z otępienia.
-Kiedyś cię uduszę, mój ulubiony wścibski…- zasyczałam udając groźbę.
-Dzięki za uznanie, kuzynko- rzucił z ironią. Wyciągnął rękę do Tori rzucając- Marco.
-Tori- podała mu dłoń, mój kuzyn szarmancko pocałował ją w rękę (przez co zrobiła się nieco bardziej czerwona).- Miło mi…
Nadepnęłam go dyskretnie, ale dość mocno na stopę.
-Mnie również; ale czas się zabrać do roboty- rzucił ze śmiechem, pomachał nam odchodząc.
-To naprawdę twój kuzyn…?- Spytała zaskoczona, patrząc za nim; jak kot polujący na mysz.
-Ze strony matki; ale nie ostrz pazurków. Niedługo się żeni- odparłam z ironią.
-Szkoda… Przystojny jest..- rzuciła wymownie.- Sama przyznasz; hmmm?
-Nie wiem; nigdy nie patrzyłam na niego pod tym kątem- odparłam powoli.
-No tak… Sorry- odparła zawstydzona.
Ruszyłyśmy z miejsca. Idąc na dół minęliśmy kilku łowców rozmawiających o czymś z zainteresowaniem; tuż przed schodami usłyszałam szczęk stali.
Oparłam się na balustradzie i wychyliłam się lekko. Mój ojciec chrzestny i Morgenstern pojedynkowali się na miecze. Obaj z jakiegoś powodu byli wściekli i warczeli do siebie. Mistrz widząc mnie odpowiedział na zaczepkę po hiszpańsku; Luca rzucił tylko krótkie przekleństwo i kilka słów.
Zbiegłam po schodach pytając głośno:
-Co się tu u diabła wyprawia??!- Zapytałam ostro.
Michael odciągnął mnie, mówiąc:
-Nie przeszkadzaj im..- powiedział takim tonem; jakby jednak chciał bym zrobiła coś odwrotnego.
-Puszczaj…- warknęłam wyrywając mu się.- Puść mnie..- Nagle wyprostowałam się w jego ramionach. Wspomniałam rozmowę, która miała miejsce ledwie kilka sekund temu…
-To prawda…?- Zaczęłam domagając się odpowiedzi.
Luca Raven cofnął się i zasalutował mieczem przed Mistrzem. Obaj zwrócili się w naszą stronę.
Mój ojciec chrzestny patrząc na mnie odparł:
-Tak; to prawda: ja i Sussan się rozwodzimy- oznajmił spokojnie.
Długą chwilę trawiłam tę informację, próbując zachować spokój, ale nie wytrzymałam i odpychając Michaela wyciągnęłam z jego rękawa miecz. Rzuciłam się z nim na młodszego brata mego ojca.
-Jesteś kompletnym durniem..!- Warknęłam atakując go zacięcie. Odbił miecz i zrobił unik przed moim ostrzem.- Cofam to… Jesteś durniem do sześcianu!- Wiedząc, że nie ma już ze mną żartów zepchnął mnie w tył i zaatakował.- Ona cię kocha.. Co z twoimi dziećmi?? Jak one to zniosą, jeśli się rozwiedziecie??!! Zastanowiłeś się nad tym??!- Uparcie atakowałam dalej; próbując wytrącić mu broń z rąk. Miecze zwarły się ze szczękiem, a ich czubki zazgrzytały o kamień podłogi.
-Oboje podjęliśmy tę decyzje..- odparł spokojnie odpychając mój miecz; z trudem zachowałam równowagę podpierając się prawą dłonią wyprostowałam się i odskoczyłam.- Oboje wiedzieliśmy od samego początku, że to był błąd…
-To tak; jakbyś mówił, że Clarissa i Jason też są błędem i ich nie kochasz- znowu mnie odepchnął, uderzyłam plecami w ścianę.- Sama straciłam rodziców; ale nie pozwól im kogoś stracić…!
-To nie tak.. My…- Piwnooki zwątpił i powoli opuścił broń. Pochylił głowę.- Miałaś rację: kochałem twoją matkę; a Cristophera nienawidziłem… A, skoro żyje- nienawidzę go do dziś…- Odbił cios miecza; który ześlizgnął się po ostrzu katany i ciął go w ramię.- Taka jest prawda; Callisto; nie kochałem Sussan, ani ona nie kochała mnie; ale brnęliśmy w to licząc, że będzie inaczej..
Cofnęłam się powoli wypuszczając z ręki miecz. Broń z brzękiem wylądowała na podłodze. Potrafiłam tylko patrzeć na niego oczami wielkimi jak talerze wstrząśnięta; nie umiejąc wypowiedzieć ani słowa.
-Ty chyba… Wy oboje zwariowaliście…- wydukałam wreszcie w głębokim oszołomieniu.- Chcesz tak po prostu to wszystko zniszczyć…?
Nagły tupot dwóch par stóp zatrzymał się za mną. Jason chwycił mnie za rekaw, pytając co się dzieje..
Przykucnęłam przy nim i mocno go objęłam.
-Co się stało; Cally…? Czemu płaczesz?- Zdziwiony Jason patrzył na mnie.
Przyciągnęłam do siebie jego siostrę i objęłam ją mocno.
-Wasi rodzice to totalni kretyni…- powiedziałam cicho, Clarissa otarła mi łzy i zaczęła nucić cicho kołysankę; którą nuciła kiedyś moja matka, a jej ciotka. Mimo wszystkich dobrych i złych wspomnień w domu ojca chrzestnego uwielbiałam moje niesforne młodsze kuzynostwo; które (dla rozrywki) rzucało we mnie czym popadło i na różne sposoby uprzykrzało mi życie; byłam z nimi szczęśliwa. I nigdy nie pozwoliłabym ich skrzywdzić, czy zranić.
-Dzięki, Clarissa..- szepnęłam z wdzięcznością; wstając wypuściłam dzieci z objęcia i spojrzałam na piwnookiego.- Jeśli chcesz potem żałować; rozwiąż to w ten sposób: twoja wola- powiedziałam obojętnie ignorując zdumione spojrzenia Michaela; Tori i mistrza.- Tylko później nie mów; że znów miałam rację- wolnym krokiem ruszyłam w stronę podwójnych frontowych drzwi.
Vincent odwraca się na pięcie i patrzy w tamtą stronę.
Luca Raven wchodzi powoli do środka patrząc na śpiącą bratanicę.
-Wiedział pan..?- Zacząłem z nutą pytania.
-Nie miałem pojęcia; że mój starszy brat żyje- wyjaśnił cicho. Piwne oczy przesunęły się na rozorany nadgarstek.- Nadal chcesz ją ocalić…?- Pyta z wahaniem; rzucając mi paczkę z opatrunkiem. Nie patrząc nań zaciskam palce łapiąc przedmiot.
-Więc Callisto jednak umrze..- zaczął Paul z bezsilną złością.
-Nie umrze…- odparł gorzko Luca Raven.- Jeśli przestanie się kontrolować…- Załamał mu się głos. Zdenerwowany wbijał wzrok w podłogę- …mamy rozkaz ją zabić.- Cały czas próbował zapanować nad swoimi uczuciami; jednak nie potrafił.
-Mówi pan to tak… Spokojnie..??- Vincent zbladł jak kreda.
-Kto wydał to polecenie?- Zapytałem beznamiętnie wpatrzony w ścianę.
-Angello- oznajmił krótko.
-Spodziewałem się tego po nim..- powiedziałem wstając. Podszedłem do Tori i poprawiłem koc, którym była okryta; a potem wyszedłem.
Zszedłem po schodach. Coś wpadło na mnie z impetem.
-Zrobisz sobie krzywdę; Clarissa- powiedziałem chcąc ominąć dziewczynkę i ruszyć z miejsca.
Wstrzymały mnie jej ręce oplecione na moim pasie. Młodsza kuzynka Callisto przytuliła się mocno.
-Uczycie zabijać nawet własne dzieci- mruknąłem z goryczą; widząc zawiązaną na jej nadgarstku plecioną bransoletkę; po której rozpoznałem przynależność do Niebieskich- elity uczniów bardziej uzdolnionych niż reszta.
-Michael; kochasz Cally bardzo mocno; prawda?- Zapytała tym swoim słodkim głosikiem.
-Dlaczego o to pytasz?- Spojrzałem ze zdziwieniem na dziecko.
-Bo wujek Cristopher też ją kochał. Tak bardzo, bardzo.!- Zaśmiała się wesoło; a mnie przeszły ciarki.
-A Lucian? On też ją kochał?- Właściwie nie wiem, czemu zadałem to pytanie.
Clarissa odsunęła się lekko i spojrzała na mnie z dołu zdziwiona.
-Mama nie lubiła Luciana- powiedziała obrażonym tonem; przyglądając mi się.- Zawsze mówiła; że on jest bardzo… Że to zły chłopiec..
Przykucnąłem przy małej i popatrzyłem w jej ciemnoszare oczy.
-Dlaczego zły chłopiec?- Zacząłem zdziwiony.
Zastanowiło mnie to. W przeszłości Lucian opiekował się również braćmi ojca Callisto, więc z jakiego powodu żona najmłodszego z nich była wobec niego tak źle i nieufnie nastawiona?
-Jeśli chcesz porozmawiać o Lucianie, to zrób to z kimś; kto dobrze zna ten temat- oznajmił za mną kobiecy głos.
Za mną stała Sussan Raven; Jej ciotka.
-Wracaj na trening; kochanie- zwróciła się pieszczotliwie do córki, przechodząc pogłaskała ją lekko po policzku. Wymownym ruchem głowy wskazała podwójne drzwi prowadzące do szerokiego przedsionka budynku Stowarzyszenia. Ruszyłem za nią.
Usiadła ze zmęczeniem na schodach prowadzących na górę do wspólnych sypialni mieszkających na miejscu łowców i oparła się o ścianę przymykając oczy.
-Na pewno ci powiedziała; kim jest Lucian- widząc moje spojrzenie dodała.- Tak; wiem, że on żyje i, że to przez niego Callisto jest tym; czym jest- odezwała się powoli.
Uniosła powieki i spojrzała na jeden kryształowych żyrandoli smutno.
-Co Callisto pani takiego zrobiła, że tak jej pani nienawidzi?- Zapytałem nawet nie myśląc nad tym, co właśnie mówię.
Odetchnęła głęboko obracając w palcach złoty sygnet z herbem Ravenów i literami: C. J.
-To nie tak, że jej nienawidzę..- powiedziała cicho i smutno wpatrując się w przedmiot.- To by niczego nie zmieniło. Wręcz przeciwnie: Callisto jest dla mnie, jak rodzona córka. Jest jego córką…- dodała z uczuciem.
Nie zrozumiałem.
Ciotka Callisto zawsze była wobec dziewczyny nie tylko podła i okropna- była również wobec Cally wrogo nastawiona.
Nie wiedziałem; dlaczego ostatnie zdanie, które wypowiedziała Sussan Raven brzmiało w ten sposób:
Jest Jego córką.
Wtedy przypomniałem sobie słowa Callisto, które kierowała do swojego chrzestnego; a których kiedyś byłem świadkiem:
-…bo kochałeś moją matkę, a nie tę… Wywłokę Sussan..!
-A Luca..?- Rozejrzałem się czy nikt nie podsłuchuje. Nagle z góry dało się słyszeć kroki i głos:
-Oboje dobrze wiemy; że to małżeństwo było błędem. Nie musisz już tego ukrywać; Sussan- Luca Raven schodził właśnie z górnych pięter. Na jego twarzy nie malowało się nic, prócz zmęczenia.
-Czyli oboje myśleliśmy tak samo; Luca- wzięła jego dłoń w swoją i spojrzała mu w oczy smutno.
-Oboje kochaliśmy ich- podniósł ją na nogi i wyciągnąwszy z jej ręki sygnet włożył go jej na palec. Jego słowa również zabrzmiały w ten dziwny sposób, w jaki ciotka Callisto wyrażała się o jej ojcu.
Nigdy nie było między nimi widać żadnego uczucia prócz wzajemnej przyjaźni i zrozumienia.- Ty kochałaś Cristophera; a ja…- objął delikatnie kobietę- ..a ja Valerie, ale los sobie z nas zażartował, co..?- Próbował się uśmiechnąć, obrócić to w żart; ale cholernie mu to nie wyszło.
-Myśleliśmy; że nam się uda.. Przepraszam..- powoli się odsunęła i uśmiechnęła się, z trudem panując nad emocjami.
„Bo kochałeś moją matkę…
KOCHAŁEŚ moją matkę
MOJĄ
MATKĘ.. ”
Matka Callisto miała na imię..
Luca Raven wspomniał..
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Zbudziłam się i rozejrzałam po pokoju. Rozpoznałam jedną z sypialni w budynku Stowarzyszenia urządzoną identycznie jak mój własny pokój. Tori spała przykryta kocem w bujanym fotelu przy oknie; Vincent Rodriguez zasnął na podłodze, na siedząco. Z kolei Paul Tanner chrapał w pobliżu na jakimś materacu. Jednak nigdzie nie widziałam Michaela.
Moją uwagę zwróciło wieczne pióro, obok którego na szafce nocnej zobaczyłam dwa arkusze raportów i dokumenty tożsamości, na nazwiska:
···Marcus Jade- wampir, którego traktowałam gorzej, niż najgorszego śmiecia.
···Gabriel J. Young- drugi z tych bestii- ten, który zranił Tori.
-Nadal jesteś przygotowany; że zawsze załatwię jakąś pijawkę, prawda Angello?- wymruczałam cicho.
Biorąc papiery i pióro wyskoczyłam z łóżka. Powoli podeszłam i zasiadłam przy biurku.
Leżał na nim stos raportów.- ostatnia kopia dowodu tożsamości była na nazwisko: Vanessy Porter; młodszej siostry naszej stowarzyszeniowej „zakały”.
-Co tam bazgrolisz, Raven..?- Odezwał się szept z bujanego fotela.
-Obudziłam cię..- zaczęłam przepraszająco.
Okryła Vincenta kocem i podłożyła mu pod głowę poduszkę, odpowiadając ze wzruszeniem ramion:
-Już nie spałam- pocałowała delikatnie śniadolicego, wstając.
Stanęła za mną i zajrzała mi przez ramię.- Raport dla Angello…
-Skąd wiesz?- spojrzałam na nią przez ramię ze zdziwieniem.
-Bo Michael pisząc to..- ruchem dłoni wskazała równą stertę papierów- ..przeklinał „przewodniczącego” w żywy kamień..- uśmiechnęła się ironicznie.
-Jak myślisz; ona jest przyjacielem, czy wrogiem?- pytam ostrożnie, nie przestając pisać w raporcie.
-Naprawdę chcesz wiedzieć?- Spytała z wahaniem, kiwnęłam głową twierdząco; więc kontynuowała- Mnie się zdaje; że ona jest taka sama jak… Jak Link..- W tym momenciw zerwałam się z miejsca i pobiegłam w stronę najbliższej łazienki.
-Hej, co z tobą??- Zaczęła z niepokojem.
Ledwie zdążyłam do umywalki. Zaczęłam wymiotować krwią.
-Callisto…
-Znów odrzucasz krew?- Zapytał za nią głos Mistrza.
Przepłukałam usta. Splunęłam czerwoną wodą, oddychajac ciężko oparłam dłoń na ścianie.
-Czemu mnie jeszcze nie zabiłeś; skoro wiesz, że nie będzie lepiej; tylko gorzej?- Odparłam niechętnie.- Dlaczego, skoro wiesz; że to tylko kwestia czasu i zacznę zabijać, tak jak oni?
Tori zbladła, jak kreda. Mistrz wymierzył we mnie przeładowaną strzelbę i spojrzał na mnie jedynym okiem, jakie mu pozostało smutno.
-Naprawdę chcesz właśnie tak skończyć; Callisto Anabelle Raven? Chcesz zostawić go samego?- Zapytał, w porę kryjąc uczucia za maską obojętności.
-Jak pan może??- Zapytała Tori nagle wściekła.
-Michaelowi będzie lepiej beze mnie..- odparłam opierając się o ścianę.
-Nie mówię o Michaelu- żachnął się, podnosząc broń.- Najgorzej z nas wszystkich twoją śmierć; poza Michaelem; zniesie Luca.
Osunęłam się na podłogę; gdzie usiadłam ukrywając twarz w dłoniach. Zaczęłam potrząsać głową z niedowierzaniem.
-Luca… Luca mnie nienawidzi; bo jestem Jej córką..- zaczęłam lodowato.
Mistrz wcisnął Tori w ręce strzelbę i podszedł do mnie. Podniósł mnie na nogi i uderzył mną mocno o ścianę.
Okręcił mnie w kierunku lustra i nie pozwalając mi się odwrócić warknął:
-Spójrz na siebie, nędzny Poziomie D; bo teraz już nie przypominasz mi mojej ukochanej uczennicy; którą traktowałem; jak własną córkę!- odsunął się obojętnie.- Już dawno.. Dawno jesteś tym czymś. Wampirem poziomu D; którego tak bardzo nienawidziłaś.!- Idąc odebrał mojej przyjaciółce broń. Usłyszałam tylko jego szybkie kroki.
Jego słowa były, jak siarczysty policzek. Potrafiłam gapić się tępo w to cholerne lustro. Nie wiedziałam; że tak ostro zareaguje na tę sytuację. Zawsze uważałam Mistrza za niemożliwie cierpliwego i spokojnego faceta- a przed zaledwie chwilą ujrzałam w jego oczach coś, czego wolałabym nigdy nie widzieć: uczucie. Ból.
-Niech to wszystko szlag!- Zaklęłam wściekła uderzając pieścią w taflę szkła przed sobą.
-Narażasz przewodniczącego na straty; Raven- rzucił z ironią Porter, przechodząc.
-Lepiej się przymknij, wstała lewą nogą- poradziła Tori wolno.
-Ty jeszcze nie widziałaś; co robi; gdy wstaje (jak mówisz) lewą nogą- Porter uśmiechnął się do niej ciepło.- Zresztą bez Raven ten cyrk byłby zwyczajnie nudny, jak brazylijska telenowela- dał mi porządnego szturchańca w żebra, odsłoniłam kły z sykiem.- Ładny uśmiech; pijawko- poklepał mnie po ramieniu i zniknął w korytarzu.
-A tobie co odbiło?- Mruknęłam za nim zamyślona.
-Wszyscy trzymają za ciebie kciuki- stwierdziła niska szatynka.
-Porter nawet mnie nie trawi, więc to tym bardziej dziwne- potaknęłam z ironią, oglądając rozciętą dłoń.- Wszystkim nieźle tu ostatnio odpierdala..- mruknęłam podejrzliwie, rzucając ostatnie spojrzenie na rozbite lustro. Powoli wyszłam z łazienki. Tori skierowała się za mną. Nagle zaburczało jej w brzuchu.
-O w mordę…- jęknęła zbolałym głosem.- Ej; Cally: gotują tu jakieś żarcie? Jestem głodna, jak wilk…
Nagle rozległ się huk spadających garnków i kilka przekleństw. Spojrzałam na tabliczkę przy drzwiach jadalni; na której napisano:
Czwartek: M. Holy; C. James; A. Tyler; J. Raven.
-Dziś żarcie będzie dobre- rzuciłam z przekonaniem.
-Czemu tak twierdzisz?- Spytała zaciekawiona.
-Bo nikt nie gotuje lepiej, niż mój kuzyn- odparłam z kaszlacym śmiechem.- Psiakrew…- Syknęłam cicho, w porę odsunęłam Tori od drzwi kuchennych.
-Komuś tu zaburczało; hm?- Rzucił wychodzący z kuchni młodzieniec.
Tori wciągnęła zapach i zwróciła twarz w stronę kuchni. Pojawiło się na niej rozmarzenie.
Znowu ten dźwięk burczenia, po którym Tori zrobiła się nieco czerwona.
-Wydało się; kto tu jest głodny- rzucił ciepło; spoglądając na dziewczynę.
-Holy uważaj, bo weźmie sobie ciebie na przystawkę- zagroziłam żartobliwie.
-Nie bądź taka oficjalna; Rybcia- rzucił poszturchując mnie.
-R-rybcia..?- Zająknęła się Tori budząc się z otępienia.
-Kiedyś cię uduszę, mój ulubiony wścibski…- zasyczałam udając groźbę.
-Dzięki za uznanie, kuzynko- rzucił z ironią. Wyciągnął rękę do Tori rzucając- Marco.
-Tori- podała mu dłoń, mój kuzyn szarmancko pocałował ją w rękę (przez co zrobiła się nieco bardziej czerwona).- Miło mi…
Nadepnęłam go dyskretnie, ale dość mocno na stopę.
-Mnie również; ale czas się zabrać do roboty- rzucił ze śmiechem, pomachał nam odchodząc.
-To naprawdę twój kuzyn…?- Spytała zaskoczona, patrząc za nim; jak kot polujący na mysz.
-Ze strony matki; ale nie ostrz pazurków. Niedługo się żeni- odparłam z ironią.
-Szkoda… Przystojny jest..- rzuciła wymownie.- Sama przyznasz; hmmm?
-Nie wiem; nigdy nie patrzyłam na niego pod tym kątem- odparłam powoli.
-No tak… Sorry- odparła zawstydzona.
Ruszyłyśmy z miejsca. Idąc na dół minęliśmy kilku łowców rozmawiających o czymś z zainteresowaniem; tuż przed schodami usłyszałam szczęk stali.
Oparłam się na balustradzie i wychyliłam się lekko. Mój ojciec chrzestny i Morgenstern pojedynkowali się na miecze. Obaj z jakiegoś powodu byli wściekli i warczeli do siebie. Mistrz widząc mnie odpowiedział na zaczepkę po hiszpańsku; Luca rzucił tylko krótkie przekleństwo i kilka słów.
Zbiegłam po schodach pytając głośno:
-Co się tu u diabła wyprawia??!- Zapytałam ostro.
Michael odciągnął mnie, mówiąc:
-Nie przeszkadzaj im..- powiedział takim tonem; jakby jednak chciał bym zrobiła coś odwrotnego.
-Puszczaj…- warknęłam wyrywając mu się.- Puść mnie..- Nagle wyprostowałam się w jego ramionach. Wspomniałam rozmowę, która miała miejsce ledwie kilka sekund temu…
-To prawda…?- Zaczęłam domagając się odpowiedzi.
Luca Raven cofnął się i zasalutował mieczem przed Mistrzem. Obaj zwrócili się w naszą stronę.
Mój ojciec chrzestny patrząc na mnie odparł:
-Tak; to prawda: ja i Sussan się rozwodzimy- oznajmił spokojnie.
Długą chwilę trawiłam tę informację, próbując zachować spokój, ale nie wytrzymałam i odpychając Michaela wyciągnęłam z jego rękawa miecz. Rzuciłam się z nim na młodszego brata mego ojca.
-Jesteś kompletnym durniem..!- Warknęłam atakując go zacięcie. Odbił miecz i zrobił unik przed moim ostrzem.- Cofam to… Jesteś durniem do sześcianu!- Wiedząc, że nie ma już ze mną żartów zepchnął mnie w tył i zaatakował.- Ona cię kocha.. Co z twoimi dziećmi?? Jak one to zniosą, jeśli się rozwiedziecie??!! Zastanowiłeś się nad tym??!- Uparcie atakowałam dalej; próbując wytrącić mu broń z rąk. Miecze zwarły się ze szczękiem, a ich czubki zazgrzytały o kamień podłogi.
-Oboje podjęliśmy tę decyzje..- odparł spokojnie odpychając mój miecz; z trudem zachowałam równowagę podpierając się prawą dłonią wyprostowałam się i odskoczyłam.- Oboje wiedzieliśmy od samego początku, że to był błąd…
-To tak; jakbyś mówił, że Clarissa i Jason też są błędem i ich nie kochasz- znowu mnie odepchnął, uderzyłam plecami w ścianę.- Sama straciłam rodziców; ale nie pozwól im kogoś stracić…!
-To nie tak.. My…- Piwnooki zwątpił i powoli opuścił broń. Pochylił głowę.- Miałaś rację: kochałem twoją matkę; a Cristophera nienawidziłem… A, skoro żyje- nienawidzę go do dziś…- Odbił cios miecza; który ześlizgnął się po ostrzu katany i ciął go w ramię.- Taka jest prawda; Callisto; nie kochałem Sussan, ani ona nie kochała mnie; ale brnęliśmy w to licząc, że będzie inaczej..
Cofnęłam się powoli wypuszczając z ręki miecz. Broń z brzękiem wylądowała na podłodze. Potrafiłam tylko patrzeć na niego oczami wielkimi jak talerze wstrząśnięta; nie umiejąc wypowiedzieć ani słowa.
-Ty chyba… Wy oboje zwariowaliście…- wydukałam wreszcie w głębokim oszołomieniu.- Chcesz tak po prostu to wszystko zniszczyć…?
Nagły tupot dwóch par stóp zatrzymał się za mną. Jason chwycił mnie za rekaw, pytając co się dzieje..
Przykucnęłam przy nim i mocno go objęłam.
-Co się stało; Cally…? Czemu płaczesz?- Zdziwiony Jason patrzył na mnie.
Przyciągnęłam do siebie jego siostrę i objęłam ją mocno.
-Wasi rodzice to totalni kretyni…- powiedziałam cicho, Clarissa otarła mi łzy i zaczęła nucić cicho kołysankę; którą nuciła kiedyś moja matka, a jej ciotka. Mimo wszystkich dobrych i złych wspomnień w domu ojca chrzestnego uwielbiałam moje niesforne młodsze kuzynostwo; które (dla rozrywki) rzucało we mnie czym popadło i na różne sposoby uprzykrzało mi życie; byłam z nimi szczęśliwa. I nigdy nie pozwoliłabym ich skrzywdzić, czy zranić.
-Dzięki, Clarissa..- szepnęłam z wdzięcznością; wstając wypuściłam dzieci z objęcia i spojrzałam na piwnookiego.- Jeśli chcesz potem żałować; rozwiąż to w ten sposób: twoja wola- powiedziałam obojętnie ignorując zdumione spojrzenia Michaela; Tori i mistrza.- Tylko później nie mów; że znów miałam rację- wolnym krokiem ruszyłam w stronę podwójnych frontowych drzwi.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Drzwi trzasnęły cicho. Tori wpatrywała się w nie z nieodgadnionym wyrazem twarzy: jakby naprawdę wiedziała, co Callisto miała na myśli. Jakby sama kiedyś przez to przeszła.
Drzwi trzasnęły cicho. Tori wpatrywała się w nie z nieodgadnionym wyrazem twarzy: jakby naprawdę wiedziała, co Callisto miała na myśli. Jakby sama kiedyś przez to przeszła.
Podczas obiadu w jadalni również nie zmieniła wyrazu twarzy. Nadal wpatrzona w drzwi rozmyślała nad czymś głęboko. Vincent wziął ją za rękę, ale była tak mocno zamyślona, że nawet nań nie spojrzała.
-Co jej się stało?- Zapytał Paul szeptem.
-Nie mam pojęcia- odparłem wpychając w siebie kolejny kawałek kotleta i surówkę.
-Ta twoja dziewczyna jest naprawdę najmądrzejszą laską; jaką znam…- odezwała się nagle Tori.
Omal nie udławiłem się tłuczonymi ziemniakami z sosem. Patrząc na nią, z wielkim zdumieniem zapytałem:
-O co ci chodzi; Miles?
Upiła łyk soku i odparła:
-Też nie chciałabym; żeby oni się rozwiedli- powiedziała cicho.- Nie chciałabym; żeby te dzieciaki… Żeby przechodziły przez to samo, co ja..- wyznała wpatrując się smutno w talerz.
Patrzyłem na dziewczynę nic z tego nie rozumiejąc. Nie potrafiłem kojarzyć tak szybko, jak Callisto, więc odparłem:
-Tego, co ty…? Nie rozumiem..- zacząłem ostrożnie, żeby jej nie urazić.
Tori uśmiechnęła się krzywo.
-Przeżyłam śmierć starszej siostry i rozwód rodziców; jak myślisz: co było gorsze?- Zapytała patrząc na mnie uważnie.
-To pierwsze- odparłem ostrożnie.
Tori parsknęła ironicznym śmiechem. Bardzo zdziwiła mnie jej reakcja, więc milczałem, czekając aż to ona odezwie się pierwsza. Aż wyjaśni mi tę swoją dziwną grę; która z każdym jej słowem coraz bardziej przestawała mi się podobać.
-W którym momencie skłamałam?- Zapytała nagle obojętnie, jedząc surówkę.
-Do czego prowadzi ta rozmowa; Miles..?- Spytałem nieufnie.
-Po prostu odpowiedz; Michael- wzruszyła ramionami.
Upiłem kolejny łyk soku, kończąc jeść kotleta.
-Nie wiem- przyznałem szczerze.
-To strzelaj- odpowiedziała natychmiast.
Zastanowiłem się przez chwilę.
-Nie miałaś siostry?- Zapytałem powoli. Mówiąc to, czułem się jak idiota.
-Bingo- rzuciła tryumfalnie, przerwałem jej, pytając:
-W co ty, do cholery, sobie pogrywasz; Tori..?- Zapytałem zniecierpliwiony, gdy głos za mną wtrącił:
-Jesteś tak samo niecierpliwy; jak twój ojciec, Michael- rzucił za mną Jonathan Raven. Sprzątając ze stołu, pchał wózek z jedzeniem.
-Deserek?- Rzucił z ironią Marco Holy stawiając przed Paulem pucharek z poukładnymi naprzemian biszkoptami, kremem czekoladowym i śmietaną. Kilkuwarstwowy deser udekorowany był wiśniami i wbitymi w środek waflowymi rurkami z kremem; oraz pachniał alkoholem.
-Można po tym jechać?- Zapytał ostrożnie Paul.
-Aż tak spieszysz się do mamusi?- Zakpił przechodzący obok Porter.
-Stul pysk; Porter- burknął chłodno Jonathan Raven.- Nie zwracaj uwagi na niego..- Zwrócił się znów do Paula.- Nie radzę już wsiadać dzisiaj do auta; chłopcze.
Paul skinął głową dziękując uprzejmie mężczyźnie.
-Czyli do szkoły pojedziemy stąd; smacznego- rzucił, lecz ja nadal wpatrywałem się w zamyśloną Tori.
-W co pogrywam… W nic, Michael. Po prostu nikomu nie życzę tego samego piekła; które sama przeszłam; gdy moi rodzice podczas rozwodu żarli się, jak wściekłe psy..
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka…
Obudziłam się i wbiłam wzrok w okno.
Znów dopadły mnie tamte okropne wspomnienia i sytuacje, w których czułam się nie tylko bezbronna i zagubiona; ale i tak strasznie nieszczęśliwa…
Chyłkiem wyszłam z pokoju i ruszyłam na nocne zwiedzanie. Z lampą naftową w rece szłam przed siebie bez jakiegokolwiek celu.
-Co jej się stało?- Zapytał Paul szeptem.
-Nie mam pojęcia- odparłem wpychając w siebie kolejny kawałek kotleta i surówkę.
-Ta twoja dziewczyna jest naprawdę najmądrzejszą laską; jaką znam…- odezwała się nagle Tori.
Omal nie udławiłem się tłuczonymi ziemniakami z sosem. Patrząc na nią, z wielkim zdumieniem zapytałem:
-O co ci chodzi; Miles?
Upiła łyk soku i odparła:
-Też nie chciałabym; żeby oni się rozwiedli- powiedziała cicho.- Nie chciałabym; żeby te dzieciaki… Żeby przechodziły przez to samo, co ja..- wyznała wpatrując się smutno w talerz.
Patrzyłem na dziewczynę nic z tego nie rozumiejąc. Nie potrafiłem kojarzyć tak szybko, jak Callisto, więc odparłem:
-Tego, co ty…? Nie rozumiem..- zacząłem ostrożnie, żeby jej nie urazić.
Tori uśmiechnęła się krzywo.
-Przeżyłam śmierć starszej siostry i rozwód rodziców; jak myślisz: co było gorsze?- Zapytała patrząc na mnie uważnie.
-To pierwsze- odparłem ostrożnie.
Tori parsknęła ironicznym śmiechem. Bardzo zdziwiła mnie jej reakcja, więc milczałem, czekając aż to ona odezwie się pierwsza. Aż wyjaśni mi tę swoją dziwną grę; która z każdym jej słowem coraz bardziej przestawała mi się podobać.
-W którym momencie skłamałam?- Zapytała nagle obojętnie, jedząc surówkę.
-Do czego prowadzi ta rozmowa; Miles..?- Spytałem nieufnie.
-Po prostu odpowiedz; Michael- wzruszyła ramionami.
Upiłem kolejny łyk soku, kończąc jeść kotleta.
-Nie wiem- przyznałem szczerze.
-To strzelaj- odpowiedziała natychmiast.
Zastanowiłem się przez chwilę.
-Nie miałaś siostry?- Zapytałem powoli. Mówiąc to, czułem się jak idiota.
-Bingo- rzuciła tryumfalnie, przerwałem jej, pytając:
-W co ty, do cholery, sobie pogrywasz; Tori..?- Zapytałem zniecierpliwiony, gdy głos za mną wtrącił:
-Jesteś tak samo niecierpliwy; jak twój ojciec, Michael- rzucił za mną Jonathan Raven. Sprzątając ze stołu, pchał wózek z jedzeniem.
-Deserek?- Rzucił z ironią Marco Holy stawiając przed Paulem pucharek z poukładnymi naprzemian biszkoptami, kremem czekoladowym i śmietaną. Kilkuwarstwowy deser udekorowany był wiśniami i wbitymi w środek waflowymi rurkami z kremem; oraz pachniał alkoholem.
-Można po tym jechać?- Zapytał ostrożnie Paul.
-Aż tak spieszysz się do mamusi?- Zakpił przechodzący obok Porter.
-Stul pysk; Porter- burknął chłodno Jonathan Raven.- Nie zwracaj uwagi na niego..- Zwrócił się znów do Paula.- Nie radzę już wsiadać dzisiaj do auta; chłopcze.
Paul skinął głową dziękując uprzejmie mężczyźnie.
-Czyli do szkoły pojedziemy stąd; smacznego- rzucił, lecz ja nadal wpatrywałem się w zamyśloną Tori.
-W co pogrywam… W nic, Michael. Po prostu nikomu nie życzę tego samego piekła; które sama przeszłam; gdy moi rodzice podczas rozwodu żarli się, jak wściekłe psy..
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka…
Obudziłam się i wbiłam wzrok w okno.
Znów dopadły mnie tamte okropne wspomnienia i sytuacje, w których czułam się nie tylko bezbronna i zagubiona; ale i tak strasznie nieszczęśliwa…
Chyłkiem wyszłam z pokoju i ruszyłam na nocne zwiedzanie. Z lampą naftową w rece szłam przed siebie bez jakiegokolwiek celu.
Ona cię kocha.. Co z twoimi dziećmi?? Jak one to zniosą, jeśli się rozwiedziecie??!! Zastanowiłeś się nad tym??!!
Słowa Cally tak bardzo opisywały ból i strach przed przyszłością- moje uczucia, które czułam; gdy moi rodzice…
Słowa Cally tak bardzo opisywały ból i strach przed przyszłością- moje uczucia, które czułam; gdy moi rodzice…
Jak można rozpaczać z powodu takiego żałosnego ścierwa? Wolał kochankę(?)- jego problem.
Och; gdyby wtedy to było takie proste…
-James; kim ona jest?- Kobieta wyszła z łazienki owinięta tylko w ręcznik i z drugim recznikiem na głowie.
-Co tutaj robi ta wywłoka??- Zapytałam podniesionym głosem, patrząc na wychodzącego z salonu ojca.
-Nie podnoś głosu; Tori..- oznajmił chłodno ojciec.
Uśmiechnęłam się drwiąco; choć czułam; jakby moje „szklane serce” właśnie „upadało” na podłogę „tłukąc się” na miliony szklanych odłamków…
Mimo bólu odpowiedziałam lodowato:
-Albo wyrzucisz stąd tę wywłokę; albo wracam do domu najbliższym pociągiem- powiedziałam z zimną furią w głosie.
-Nie strój fochów; Tori. Dobrze wiesz, że nie wrócę do twojej matki: jesteś już na tyle duża, aby to zrozumieć- oznajmił ojciec patrząc mi w oczy.
-Więc to tak… Wolałeś tę dziwkę; niż swoją żonę- odparłam jadowicie.- Albo ona; albo ja: wybieraj!
-Nie odzywaj się do mnie w ten sposób, pannico- oznajmił surowo mój ojciec, ale mnie już to zwisało: było mi obojętne, że jest moim ojcem; że coś do niego czuję, że on czuje coś do mnie. Było mi wszystko jedno..- Zresztą i tak wybierzesz ją i pozbędziesz się problemu? W końcu, w gruncie rzeczy: to ja jestem tym ‚problemem’; czyż nie?- Wiedziałam; że go ranię, ale już mnie to nie obchodziło.
Z dniem; gdy zobaczyłam go całującego tę wywłokę na ulicy- on przestał być dla mnie jakimkolwiek autorytetem.
Stał się dla mnie nikim.
Mógł już dla mnie nie żyć.
Nie istnieć.
-Dobrze wiesz; że…- ojciec przez chwilę się zawahał.
-No; powiedz to, pierdolony tchórzu! Przyznaj, że wybierzesz tę sukę, zamiast własnej córki: podły bydlaku!- Wybuchnęłam wymuszonym, drwiacym śmiechem; choć w tamtej chwili chciałam tylko płakać. Rzuciłam w niego kluczami, mówiąc pogardliwie.- Gratuluję! Oby zabawiła się z tobą tak samo; jak ty z moją matką! Żegnaj..- trzasnęłam mocno drzwiami.
-Co tutaj robi ta wywłoka??- Zapytałam podniesionym głosem, patrząc na wychodzącego z salonu ojca.
-Nie podnoś głosu; Tori..- oznajmił chłodno ojciec.
Uśmiechnęłam się drwiąco; choć czułam; jakby moje „szklane serce” właśnie „upadało” na podłogę „tłukąc się” na miliony szklanych odłamków…
Mimo bólu odpowiedziałam lodowato:
-Albo wyrzucisz stąd tę wywłokę; albo wracam do domu najbliższym pociągiem- powiedziałam z zimną furią w głosie.
-Nie strój fochów; Tori. Dobrze wiesz, że nie wrócę do twojej matki: jesteś już na tyle duża, aby to zrozumieć- oznajmił ojciec patrząc mi w oczy.
-Więc to tak… Wolałeś tę dziwkę; niż swoją żonę- odparłam jadowicie.- Albo ona; albo ja: wybieraj!
-Nie odzywaj się do mnie w ten sposób, pannico- oznajmił surowo mój ojciec, ale mnie już to zwisało: było mi obojętne, że jest moim ojcem; że coś do niego czuję, że on czuje coś do mnie. Było mi wszystko jedno..- Zresztą i tak wybierzesz ją i pozbędziesz się problemu? W końcu, w gruncie rzeczy: to ja jestem tym ‚problemem’; czyż nie?- Wiedziałam; że go ranię, ale już mnie to nie obchodziło.
Z dniem; gdy zobaczyłam go całującego tę wywłokę na ulicy- on przestał być dla mnie jakimkolwiek autorytetem.
Stał się dla mnie nikim.
Mógł już dla mnie nie żyć.
Nie istnieć.
-Dobrze wiesz; że…- ojciec przez chwilę się zawahał.
-No; powiedz to, pierdolony tchórzu! Przyznaj, że wybierzesz tę sukę, zamiast własnej córki: podły bydlaku!- Wybuchnęłam wymuszonym, drwiacym śmiechem; choć w tamtej chwili chciałam tylko płakać. Rzuciłam w niego kluczami, mówiąc pogardliwie.- Gratuluję! Oby zabawiła się z tobą tak samo; jak ty z moją matką! Żegnaj..- trzasnęłam mocno drzwiami.
Tamtą noc spędziłam na stacji kolejowej.. Przełykając łzy i gorzki smak porażki.
Miałam tylko czternaście lat..
Trzy lata później moje słowa stały się prawdą. Wykorzystała go i zniszczyła- zrobiła mu to samo; co on mojej matce.
Jego- wydawałoby się- poukładane życie i szczęście, legły w gruzach…
Stracił wszystko. Został sam. Nawet jego własna córka nie chciała go znać.
Próbował odbudować więź między nami, pisał listy: nawet ich nie otwierałam tylko, od razu rzucałam je w ogień i patrzyłam, jak płoną. Nawet nie odbierałam; gdy dzwonił. Odrzucałam połączenia; gdy dzwonił do matki, gdy była pijana.
Zaczął chlać.
Rok później zapił się na śmierć.
Tydzień przed śmiercią skomlał; jak pies o wybaczenie- ale moja litość wobec niego już się skończyła- on, jako mój ojciec, był już dawno martwy.
W przeddzień jego pogrzebu poszłam na imprezę i po pierwszym eksperymencie z alkoholem- matka znalazła mnie rano, śpiącą pod drzwiami z niedopitą butelką czystej, w zaciśniętej kurczowo dłoni trzymałam klucze do domu. Byłam nawalona do nieprzytomnotości i niezwykle dumna z siebie. Nawet nie byłam na jego pogrzebie.
Jego- wydawałoby się- poukładane życie i szczęście, legły w gruzach…
Stracił wszystko. Został sam. Nawet jego własna córka nie chciała go znać.
Próbował odbudować więź między nami, pisał listy: nawet ich nie otwierałam tylko, od razu rzucałam je w ogień i patrzyłam, jak płoną. Nawet nie odbierałam; gdy dzwonił. Odrzucałam połączenia; gdy dzwonił do matki, gdy była pijana.
Zaczął chlać.
Rok później zapił się na śmierć.
Tydzień przed śmiercią skomlał; jak pies o wybaczenie- ale moja litość wobec niego już się skończyła- on, jako mój ojciec, był już dawno martwy.
W przeddzień jego pogrzebu poszłam na imprezę i po pierwszym eksperymencie z alkoholem- matka znalazła mnie rano, śpiącą pod drzwiami z niedopitą butelką czystej, w zaciśniętej kurczowo dłoni trzymałam klucze do domu. Byłam nawalona do nieprzytomnotości i niezwykle dumna z siebie. Nawet nie byłam na jego pogrzebie.
-Zgotowała ci takie samo piekło; jakie ty zgotowałeś nam..- powiedziałam cicho do swych myśli, zapinając kurtkę. Ruszyłam korytarzem prosto i skierowałam się po schodach na dół- zrezygnowałam ze zwiedzania: kompletnie nie miałam na to nastroju..
Wyszłam na dwór. Świeże nocne powietrze uderzyło mnie w płuca, zadając mi ból. Otarłam załzawione oczy i uśmiechnęłam się krzywo.
-Chłodna noc; co?- Zapytał cichy głos. Zwróciłam spojrzenie w stronę drugiej lampy naftowej- na schodach siedział Angello i paląc papierosa rozmyślał.
-Bardzo.. Cally już wróciła?- Spytałam ostrożnie.
-Jeszcze nie i to mnie właśnie martwi- Angello wpatrywał się w noc.- ale Callisto w gruncie rzeczy jest mądrą dziewczyną… Mądrym łowcą- poprawił się nagle mężczyzna.
-Cally jest najmądrzejszą laską; jaką znam- przytaknęłam poważnie.
-Nie chcesz zostać jedną z nas; dlaczego?- Zapytał wprost Angello, wisiorek z kulą na jego szyi odbił blask księżyca. Opierał się o jedną z kolumn i przyglądał mi się.
-Sądzę, że… Nie nadawałabym się do tego- widząc że chce mi przerwać powiedziałam.- Co z tego; że znalazłam te kołki i je wzięłam: może to był tylko przypadek?
Wyszłam na dwór. Świeże nocne powietrze uderzyło mnie w płuca, zadając mi ból. Otarłam załzawione oczy i uśmiechnęłam się krzywo.
-Chłodna noc; co?- Zapytał cichy głos. Zwróciłam spojrzenie w stronę drugiej lampy naftowej- na schodach siedział Angello i paląc papierosa rozmyślał.
-Bardzo.. Cally już wróciła?- Spytałam ostrożnie.
-Jeszcze nie i to mnie właśnie martwi- Angello wpatrywał się w noc.- ale Callisto w gruncie rzeczy jest mądrą dziewczyną… Mądrym łowcą- poprawił się nagle mężczyzna.
-Cally jest najmądrzejszą laską; jaką znam- przytaknęłam poważnie.
-Nie chcesz zostać jedną z nas; dlaczego?- Zapytał wprost Angello, wisiorek z kulą na jego szyi odbił blask księżyca. Opierał się o jedną z kolumn i przyglądał mi się.
-Sądzę, że… Nie nadawałabym się do tego- widząc że chce mi przerwać powiedziałam.- Co z tego; że znalazłam te kołki i je wzięłam: może to był tylko przypadek?
Nie był i dobrze o tym wiedziałam. Gdy rodzice byli jeszcze szczęśliwym małżeństwem ojciec pozwalał wchodzić mi wszędzie- wyjątek stanowiła tylko jego pracownia. Nie pozwalał mi dotykać niczego; nawet skrzyń; które potem tajemniczo znikały z jego pracowni. Pamiętam; że pachniało tam drewnem…
Był to ostatni zapach dzieciństwa, zanim musiałam się zderzyć z okrutną rzeczywistością- widywać ojca na mieście z inną kobietą i patrzeć na cierpienie matki..
Był to ostatni zapach dzieciństwa, zanim musiałam się zderzyć z okrutną rzeczywistością- widywać ojca na mieście z inną kobietą i patrzeć na cierpienie matki..
-Nazywasz się Tori Miles i jesteś córką Mary i Jamesa; prawda?- Zapytał uprzejmie.
-Ten człowiek przestał być moim ojcem z chwilą; gdy zaczął prowadzać się z tamtą wywłoką- oznajmiłam pozbawionym emocji tonem.
-Jak się miewa twoja matka?- Zapytał.
-Od jakiegoś czasu znów chleje; powtórka z rozrywki, mówiąc krótko- wyruszyłam ramionami obojętnie. Wyciągnęłam z kieszeni papierosa (podkradałam je czasem matce) i powoli zapaliłam. Zaciągnęłam się dymem.- Zresztą mój ojciec sobie na to zasłużył; a ona.. Zapije się tak samo; jak i on- Otarłam ze złością łzy z oczu.
Zawsze, gdy o nim myślałam zbierało mi się na płacz- z całego serca go nienawidziłam; a równocześnie kochałam i tęskniłam za nim.
-Zresztą skąd znał pan moich rodziców?- Zapytałam ostrożnie. Wtedy zauważyłam w jego palcach jeden z kołków, które znalazłam.
-Z pewnością było miejsce; gdzie James zabraniał ci wchodzić..
-Stolarnia, zresztą skąd pan o tym wie?- Ta rozmowa była trochę dziwna. Wtedy pożałowałam, że tak szybko mu zaufałam i odpowiedziałam na poprzednie pytanie.
-James pracował dla Stowarzyszenia i produkował broń przeciw wampirom..- oznajmił Angello cicho.
-On? Przecież zawsze był pacyfistą. Nigdy nie tknął broni; a co dopiero…- byłam tak zdenerwowana, że nawet nie panowałam nad głosem.- On nigdy by… Nigdy…
Angello wpatrywał się w przestrzeń.
-Te kołki były jednym z wielu jego pomysłów, które były bardzo przydatne w naszej pracy- odezwał się wreszcie nadal na mnie nie patrząc.- Jednak, mimo wszystko, odmówił; gdy złożyłem mu propozycję zostania łowcą. Uzasadnił to tym, że jest właśnie pacyfistą. Powiedział; że może produkować tyle broni, ile zamówimy; ale sam nigdy nie użyje jej do zabijania.. Byłaś wtedy bardzo mała.
Zastanowiłam się przez chwilę, z trudem próbując się uspokoić. Starałam się nie wspominać ojca. Nie dlatego; że czułam wobec niego wściekłość i nienawiść- czas zaleczył już część ran, ale nie wszystkie.. Wciąż każde wspomnienie z nim zdawało mi ból..
-Ten człowiek przestał być moim ojcem z chwilą; gdy zaczął prowadzać się z tamtą wywłoką- oznajmiłam pozbawionym emocji tonem.
-Jak się miewa twoja matka?- Zapytał.
-Od jakiegoś czasu znów chleje; powtórka z rozrywki, mówiąc krótko- wyruszyłam ramionami obojętnie. Wyciągnęłam z kieszeni papierosa (podkradałam je czasem matce) i powoli zapaliłam. Zaciągnęłam się dymem.- Zresztą mój ojciec sobie na to zasłużył; a ona.. Zapije się tak samo; jak i on- Otarłam ze złością łzy z oczu.
Zawsze, gdy o nim myślałam zbierało mi się na płacz- z całego serca go nienawidziłam; a równocześnie kochałam i tęskniłam za nim.
-Zresztą skąd znał pan moich rodziców?- Zapytałam ostrożnie. Wtedy zauważyłam w jego palcach jeden z kołków, które znalazłam.
-Z pewnością było miejsce; gdzie James zabraniał ci wchodzić..
-Stolarnia, zresztą skąd pan o tym wie?- Ta rozmowa była trochę dziwna. Wtedy pożałowałam, że tak szybko mu zaufałam i odpowiedziałam na poprzednie pytanie.
-James pracował dla Stowarzyszenia i produkował broń przeciw wampirom..- oznajmił Angello cicho.
-On? Przecież zawsze był pacyfistą. Nigdy nie tknął broni; a co dopiero…- byłam tak zdenerwowana, że nawet nie panowałam nad głosem.- On nigdy by… Nigdy…
Angello wpatrywał się w przestrzeń.
-Te kołki były jednym z wielu jego pomysłów, które były bardzo przydatne w naszej pracy- odezwał się wreszcie nadal na mnie nie patrząc.- Jednak, mimo wszystko, odmówił; gdy złożyłem mu propozycję zostania łowcą. Uzasadnił to tym, że jest właśnie pacyfistą. Powiedział; że może produkować tyle broni, ile zamówimy; ale sam nigdy nie użyje jej do zabijania.. Byłaś wtedy bardzo mała.
Zastanowiłam się przez chwilę, z trudem próbując się uspokoić. Starałam się nie wspominać ojca. Nie dlatego; że czułam wobec niego wściekłość i nienawiść- czas zaleczył już część ran, ale nie wszystkie.. Wciąż każde wspomnienie z nim zdawało mi ból..
-Jaka to była broń?- Zapytałam z wahaniem.
-Kołki, które znalazłaś- odparł wstając, wyciągnął pistolet i wbił wzrok w dal.
-Co..- zaczęłam. Uciszył mnie ruchem ręki.
Z przeciwnej strony padł strzał- w górę poszybowała flara rozświetlając na chwilę niebo czerwonym blaskiem.
Angello powoli ukrył broń pod płaszczem.
-Późno wróciłaś- zwrócił się do idącej postaci.
-Spotkałam poziom D..- odparowała Callisto.- Czemu oni zawsze łażą stadami?- Jęknęła wchodząc na schody.
Była cała w błocie. Na twarzy miała rozbryzg krwi. W rękach trzymała pistolet i kilka noży.
-Ilu tym razem?- Zapytał wolno.
-Dziesięciu- Callisto splunęła krwią i wybitym zębem. Zauważyłam, że lewa strona twarzy była lekko opuchnięta. Usiadła na schodach ze zmęczeniem.- Raporty złożę jeszcze dziś, ale najpierw się wykąpię..- oznajmiła sennie. Otrząsnęła się nagle.
-Nie musisz się z tym tak spieszyć; Raven- uspokoił z powagą.- Zdrowie jest najważniejsze.
Callisto spojrzała nań z ukosa.
-No, co ty nie powiesz- odparła jadowicie.- Zanim szlag mnie trafi chcę jeszcze pozabijać trochę tych potworów.
-Cally…- Zaczęłam oszołomiona biorąc ją za rękę.
-Kołki, które znalazłaś- odparł wstając, wyciągnął pistolet i wbił wzrok w dal.
-Co..- zaczęłam. Uciszył mnie ruchem ręki.
Z przeciwnej strony padł strzał- w górę poszybowała flara rozświetlając na chwilę niebo czerwonym blaskiem.
Angello powoli ukrył broń pod płaszczem.
-Późno wróciłaś- zwrócił się do idącej postaci.
-Spotkałam poziom D..- odparowała Callisto.- Czemu oni zawsze łażą stadami?- Jęknęła wchodząc na schody.
Była cała w błocie. Na twarzy miała rozbryzg krwi. W rękach trzymała pistolet i kilka noży.
-Ilu tym razem?- Zapytał wolno.
-Dziesięciu- Callisto splunęła krwią i wybitym zębem. Zauważyłam, że lewa strona twarzy była lekko opuchnięta. Usiadła na schodach ze zmęczeniem.- Raporty złożę jeszcze dziś, ale najpierw się wykąpię..- oznajmiła sennie. Otrząsnęła się nagle.
-Nie musisz się z tym tak spieszyć; Raven- uspokoił z powagą.- Zdrowie jest najważniejsze.
Callisto spojrzała nań z ukosa.
-No, co ty nie powiesz- odparła jadowicie.- Zanim szlag mnie trafi chcę jeszcze pozabijać trochę tych potworów.
-Cally…- Zaczęłam oszołomiona biorąc ją za rękę.
Callisto Raven; postrach ogólniaka..
Angello zmierzył mnie ostrym spojrzeniem.
-Nie waż się mówić w ten sposób; Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk- odpowiedział lodowato i groźnie.- Jesteś jeszcze młoda..
-I pozostanę młoda (przynajmniej fizycznie), nawet jeśli dożyję stu lat; co jest raczej rzeczą wątpliwą, ale dzięki za troskę- przerwałam mu kpiąco. Spoważniałam.- Kiedy Rada? Wydaje mi się; że wszystko coraz bardziej się komplikuje: nawet Sępy plączą się pod nogami.- Uścisnęłam lekko dłoń Tori.
-Jutro o północy się zbieramy- Angello przeciągnął się.- Czekaj chwilę.. Corvin stwierdził; że Ich Rada nie będzie się wtrącać.
Wstałam powoli. Idąc do podwójnych drzwi spojrzałam nań przez ramię:
-Wierzyć wampirom to tak, jak zasnąć w wannie wypełnionej wodą; Angello. Lepiej miej to na uwadze i patrz im na ręce.- Przypomniałam sobie o liście i zawróciłam w jego stronę. Podałam mu kopertę.- To odpowiedź od Yorkshire terrier’ów.
-Myślałem, że już się nie odezwą..- Odparł pełen niechęci.
-Szczerze mówiąc; ja też- odparłam.- Naprawdę muszę się wykąpać… Cuchnę wampirami- rzuciłam przepraszająco, lecz z lekkim obrzydzeniem, wchodząc do budynku Stowarzyszenia.
Zajrzałam do pokoju i wzięłam ubrania na zmianę, patrząc na śpiącego w poprzek łóżka Michaela poczułam ukłucie żalu- chociaż tak bardzo się starałam, nie potrafiłam go nie ranić. Tylko przeze mnie cierpiał. Przez to, co do mnie czuł i to była tylko moja wina. Zamknęłam cicho drzwi.
Powlokłam się w stronę łazienki ziewając.
Jak tu cicho.. Za dnia korytarze tętnią życiem i hałasem rozwrzeszczanych młodych łowców; oraz rozmowami tych starszych; lecz nocą cały budynek zdaje się wymarły: żadnego szelestu, czy stukania. Zupełna grobowa cisza; przerywana tylko biciem serc i spokojnymi oddechami śpiących ludzi.
Niespodziewanie w mojej głowie pojawia się ten sam obraz, który nawiedza mnie, od kiedy dowiedziałam się, że mój ojciec żyje:
Kamienna trumna opleciona grubymi łańcuchami spiętymi dużą kłódką, na której widnieje symbol Saturna.
Powoli, tuż przy ścianie sunę w kierunku drzwi łazienki. Wchodząc zamykam drzwi na zasuwkę i opieram się o nie ciężko…
Angello zmierzył mnie ostrym spojrzeniem.
-Nie waż się mówić w ten sposób; Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk- odpowiedział lodowato i groźnie.- Jesteś jeszcze młoda..
-I pozostanę młoda (przynajmniej fizycznie), nawet jeśli dożyję stu lat; co jest raczej rzeczą wątpliwą, ale dzięki za troskę- przerwałam mu kpiąco. Spoważniałam.- Kiedy Rada? Wydaje mi się; że wszystko coraz bardziej się komplikuje: nawet Sępy plączą się pod nogami.- Uścisnęłam lekko dłoń Tori.
-Jutro o północy się zbieramy- Angello przeciągnął się.- Czekaj chwilę.. Corvin stwierdził; że Ich Rada nie będzie się wtrącać.
Wstałam powoli. Idąc do podwójnych drzwi spojrzałam nań przez ramię:
-Wierzyć wampirom to tak, jak zasnąć w wannie wypełnionej wodą; Angello. Lepiej miej to na uwadze i patrz im na ręce.- Przypomniałam sobie o liście i zawróciłam w jego stronę. Podałam mu kopertę.- To odpowiedź od Yorkshire terrier’ów.
-Myślałem, że już się nie odezwą..- Odparł pełen niechęci.
-Szczerze mówiąc; ja też- odparłam.- Naprawdę muszę się wykąpać… Cuchnę wampirami- rzuciłam przepraszająco, lecz z lekkim obrzydzeniem, wchodząc do budynku Stowarzyszenia.
Zajrzałam do pokoju i wzięłam ubrania na zmianę, patrząc na śpiącego w poprzek łóżka Michaela poczułam ukłucie żalu- chociaż tak bardzo się starałam, nie potrafiłam go nie ranić. Tylko przeze mnie cierpiał. Przez to, co do mnie czuł i to była tylko moja wina. Zamknęłam cicho drzwi.
Powlokłam się w stronę łazienki ziewając.
Jak tu cicho.. Za dnia korytarze tętnią życiem i hałasem rozwrzeszczanych młodych łowców; oraz rozmowami tych starszych; lecz nocą cały budynek zdaje się wymarły: żadnego szelestu, czy stukania. Zupełna grobowa cisza; przerywana tylko biciem serc i spokojnymi oddechami śpiących ludzi.
Niespodziewanie w mojej głowie pojawia się ten sam obraz, który nawiedza mnie, od kiedy dowiedziałam się, że mój ojciec żyje:
Kamienna trumna opleciona grubymi łańcuchami spiętymi dużą kłódką, na której widnieje symbol Saturna.
Powoli, tuż przy ścianie sunę w kierunku drzwi łazienki. Wchodząc zamykam drzwi na zasuwkę i opieram się o nie ciężko…
Walczę ze słabością. Z trudem zakręcam wodę nad wanną i rozbieram się.
Dlaczego ten obraz jest taki znajomy?
Czemu mnie to prześladuje?
Czemu na ten widok ogarnia mnie paraliżujący strach?
Czemu mnie to prześladuje?
Czemu na ten widok ogarnia mnie paraliżujący strach?
Ostrożnie wchodzę do wanny. Zmęczenie powoli mija, a ja półleżąc rozmyślam.
Staram się nie myśleć o ojcu; ale ciągle mam przed oczami jego twarz; postać… Nie chcę. Boję się o nim myśleć, bo teraz, gdy on żyje, wszystko diametralnie się zmieniło.
Staram się nie myśleć o ojcu; ale ciągle mam przed oczami jego twarz; postać… Nie chcę. Boję się o nim myśleć, bo teraz, gdy on żyje, wszystko diametralnie się zmieniło.
Moja zemsta przestała mieć jakiekolwiek znaczenie…
Oparłam policzek o ściankę wanny i syknęłam. Moja szczęka… Zmywając z siebie brudy dzisiejszej nocy ziewnęłam przeciągle.
-Jeszcze te cholerne raporty..- mruknęłam do siebie w zamyśleniu.
***
Pół godziny później wyszłam z łazienki i ruszyłam do pokoju.
Na biurku czekało już dziesięć arkuszy papieru.
-Raporty- wyrzuciłam z siebie to słowo z niezadowoleniem; zupełnie jakby było ono przekleństwem. Usiadłam przy biurku i zabrałam się za papierkową robotę.
***
-Callisto..- Czuję jego ramiona na swoim ciele. Opieram głowę na jego obojczyku odrywając się na chwilę od papierów.
-Cześć, jak się spało?- Szepnęłam nie bez uśmiechu.
Jego widok zawsze; jakkolwiek kiepsko bym się czuła; wywoływał na mojej twarzy uśmiech.
-Średnio. Za to ty wyglądasz… Czemu masz opuchniętą twarz?- Zdziwił się; ale i zaniepokoił.
-Pewien wampir poziomu D wybił mi ząb; nic wielkiego- odparłam lekko, spoglądając na niego odsłoniłam zęby w szerokim uśmiechu.- Dobrze, że nie wybił mi; któregoś z przednich.. Co jest..?- Spytałam powoli.
Znowu to natarczywe spojrzenie..
-Nie..- odmawiam cicho.
-Chcę tego- odparł cicho.
-Nie mogę; Michael- odpowiedziałam smutno, wracając do dokumentów Stowarzyszenia. Objął mnie mocniej, wzdychając ciężko przesunął palcami po bransolecie na moim lewym nadgarstku- została wymieniona na nową uzupełnioną o dwie dawki usypiacza (jedna na zapas) i wyglądała nawet ładniej, niż poprzednia.
-Dlaczego nie…?- Zapytał smutno się we mnie wpatrując.
-Nie chcę cię więcej ranić- mówię wprost.
-Bardziej ranisz mnie właśnie tym; że odmawiasz..- odparł ponuro; nie przestając mnie przytulać.
-Jeszcze te cholerne raporty..- mruknęłam do siebie w zamyśleniu.
***
Pół godziny później wyszłam z łazienki i ruszyłam do pokoju.
Na biurku czekało już dziesięć arkuszy papieru.
-Raporty- wyrzuciłam z siebie to słowo z niezadowoleniem; zupełnie jakby było ono przekleństwem. Usiadłam przy biurku i zabrałam się za papierkową robotę.
***
-Callisto..- Czuję jego ramiona na swoim ciele. Opieram głowę na jego obojczyku odrywając się na chwilę od papierów.
-Cześć, jak się spało?- Szepnęłam nie bez uśmiechu.
Jego widok zawsze; jakkolwiek kiepsko bym się czuła; wywoływał na mojej twarzy uśmiech.
-Średnio. Za to ty wyglądasz… Czemu masz opuchniętą twarz?- Zdziwił się; ale i zaniepokoił.
-Pewien wampir poziomu D wybił mi ząb; nic wielkiego- odparłam lekko, spoglądając na niego odsłoniłam zęby w szerokim uśmiechu.- Dobrze, że nie wybił mi; któregoś z przednich.. Co jest..?- Spytałam powoli.
Znowu to natarczywe spojrzenie..
-Nie..- odmawiam cicho.
-Chcę tego- odparł cicho.
-Nie mogę; Michael- odpowiedziałam smutno, wracając do dokumentów Stowarzyszenia. Objął mnie mocniej, wzdychając ciężko przesunął palcami po bransolecie na moim lewym nadgarstku- została wymieniona na nową uzupełnioną o dwie dawki usypiacza (jedna na zapas) i wyglądała nawet ładniej, niż poprzednia.
-Dlaczego nie…?- Zapytał smutno się we mnie wpatrując.
-Nie chcę cię więcej ranić- mówię wprost.
-Bardziej ranisz mnie właśnie tym; że odmawiasz..- odparł ponuro; nie przestając mnie przytulać.
Tak… Wiem o tym; Michael…
Wiem i żałuję; że musisz przeze mnie…
Wiem i żałuję; że musisz przeze mnie…
-Wiesz; że.. Wiesz, jakie mam zdanie na ten temat- odpowiadam cicho.
-Zrozum, Callisto…- zaczął, całując mnie delikatnie przesunął ustami po pieczęci na mojej szyi.
Pragnienie krwi i ból wróciły. Znów spokojny rytm bicia jego serca przeplatany cichym oddechem wprawiał moje ciało w drżenie.
Jego usta dotknęły jednego z moich kłów; które zaczęły wibrować bólem.
-Zrozum, Callisto…- zaczął, całując mnie delikatnie przesunął ustami po pieczęci na mojej szyi.
Pragnienie krwi i ból wróciły. Znów spokojny rytm bicia jego serca przeplatany cichym oddechem wprawiał moje ciało w drżenie.
Jego usta dotknęły jednego z moich kłów; które zaczęły wibrować bólem.
Nadal potrzebowałam:
Jego krwi…
Jego obecności..
Tych [bolesnych ] pocałunków.
Jego krwi…
Jego obecności..
Tych [bolesnych ] pocałunków.
Zegar na wieżyczce wybija trzecią rano; a ja znów nie potrafię się powstrzymać.
Kolejny raz otwieram jego żyły by się napić.
Kolejny raz otwieram jego żyły by się napić.
***
Odsuwam go lekko od siebie.
-Powoli przestaję nad sobą panować; Michael- odzywam się cicho, z goryczą.- Obiecaj mi.. Obiecaj mi drugi raz; że, gdy się stoczę: zabijesz mnie- powiedziałam z naciskiem patrząc mu w oczy.
-Zrobię to; jeśli ty mi obiecasz, że się nie poddasz- oznajmił nie unikając moich oczu.
Odsuwam go lekko od siebie.
-Powoli przestaję nad sobą panować; Michael- odzywam się cicho, z goryczą.- Obiecaj mi.. Obiecaj mi drugi raz; że, gdy się stoczę: zabijesz mnie- powiedziałam z naciskiem patrząc mu w oczy.
-Zrobię to; jeśli ty mi obiecasz, że się nie poddasz- oznajmił nie unikając moich oczu.
Tak, Mój Panie...
Tak, Moja Pani...
-Nie mogę ci tego obiecać- mówimy to równocześnie. Wbijam ponury wzrok w ziemię nadal trzymając go za rękę. Niechętnie wracam do ostatniego raportu i zaczynam pisać.
Siada obok na krawędzi biurka, nic już nie mówi; obserwuje tylko; kładąc dłoń na mojej dłoni.
Siada obok na krawędzi biurka, nic już nie mówi; obserwuje tylko; kładąc dłoń na mojej dłoni.
-Powinieneś się przespać; rano mamy szkołę..- powiedziałam z troską.
-Dlaczego to robimy?- Zapytał patrząc w okno z tęsknotą.
-Co..?- Spytałam, nagle zbita z tropu.
-Dlaczego musimy ich zabijać? Nie można jakoś tego zmienić…?- zapytał cicho.
Drasnęłam go szybkim spojrzeniem- siedział na blacie i patrzył na sierp księżyca w zastanowieniu.
-Powiedz; dlaczego nie można spróbować im pomóc..?- Zapytał cicho z oczami nadal utkwionymi w księżyc.
-Dlaczego po prostu nie zrezygnujesz z „zawodu”?- Zapytałam ostrożnie.- Zrozum wreszcie; że to potwory i nie można im pomóc..- odparłam w końcu smutno.- A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze?
Odwrócił wzrok od nieba za oknem i popatrzył na mnie pytająco.
-Najgorsze jest to, że pozwalamy im się tu panoszyć.. Cholerni Czystokrwiści, to wszystko ich wina.- Wyjaśniłam dobitnie.- To oni tworzą takich, jak ja. Tylko przez nich musimy się użerać z tymi wrakami, które kiedyś były ludźmi. To wszystko wina takich; jak Corvin i reszta Rady Wampirów.- Nie czułam gniewu. Nie potrafiłam nawet czuć litości.- Zabijamy ich tylko dlatego; żeby chronić pozostałych mieszkańców miasta, Michael..
-Nie chcę zrezygnować, tylko ze względu na ciebie- jego odpowiedź mnie nie zdziwiła.
Poczułam tylko smutek i żal.
-Wiem; że cię to dręczy- zaczęłam smutno, podpinając kolejną kopię dokumentu tożsamości jednego z wampirów.
-Nie o to chodzi… Martwię się o ciebie- przyznał, przebierając się w szkolny mundurek.
-Gdzie zniknął Vincent?- Zapytałam, nagle zauważając brak chłopaka Tori.
Niska szatynka powoli weszła do środka, ziewając wiązała na szyi krawat.
-Paul, wstawaj- walnęła go pięścią w ramię. Chłopak zachrapał, mruknął coś niezrozumiale i przekręciwszy się na drugi bok zasnął.- Dziś w stołówce dają hamburgery, Tanner- szepnęła mu do ucha zachęcająco.
Wysoki zerwał się z łóżka z okrzykiem:
-Zamawiam dwa!- Spojrzał na rechoczącą Tori ze złością.- A to za co?
-Za „dietetyczną” colę w zeszłym tygodniu- odparła z mściwym uśmiechem.- Gdzie Vincent?
Paul rozejrzał się po pokoju.
-Tu go nie ma..- stwierdził wolno.
-No; co ty nie powiesz. Tyle to my sami widzimy- odparła Tori jadowicie.
-Samochód stoi na zewnątrz, więc nie odszedł daleko- rzucił Michael.
-Muszę zanieść papiery Angello- wstałam sprzed biurka i wziąwszy plik dokumentów wyrównałam go stukając kilka razy w blat.- Do zobaczenia na śniadaniu- rzuciłam wychodząc.
-Dlaczego to robimy?- Zapytał patrząc w okno z tęsknotą.
-Co..?- Spytałam, nagle zbita z tropu.
-Dlaczego musimy ich zabijać? Nie można jakoś tego zmienić…?- zapytał cicho.
Drasnęłam go szybkim spojrzeniem- siedział na blacie i patrzył na sierp księżyca w zastanowieniu.
-Powiedz; dlaczego nie można spróbować im pomóc..?- Zapytał cicho z oczami nadal utkwionymi w księżyc.
-Dlaczego po prostu nie zrezygnujesz z „zawodu”?- Zapytałam ostrożnie.- Zrozum wreszcie; że to potwory i nie można im pomóc..- odparłam w końcu smutno.- A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze?
Odwrócił wzrok od nieba za oknem i popatrzył na mnie pytająco.
-Najgorsze jest to, że pozwalamy im się tu panoszyć.. Cholerni Czystokrwiści, to wszystko ich wina.- Wyjaśniłam dobitnie.- To oni tworzą takich, jak ja. Tylko przez nich musimy się użerać z tymi wrakami, które kiedyś były ludźmi. To wszystko wina takich; jak Corvin i reszta Rady Wampirów.- Nie czułam gniewu. Nie potrafiłam nawet czuć litości.- Zabijamy ich tylko dlatego; żeby chronić pozostałych mieszkańców miasta, Michael..
-Nie chcę zrezygnować, tylko ze względu na ciebie- jego odpowiedź mnie nie zdziwiła.
Poczułam tylko smutek i żal.
-Wiem; że cię to dręczy- zaczęłam smutno, podpinając kolejną kopię dokumentu tożsamości jednego z wampirów.
-Nie o to chodzi… Martwię się o ciebie- przyznał, przebierając się w szkolny mundurek.
-Gdzie zniknął Vincent?- Zapytałam, nagle zauważając brak chłopaka Tori.
Niska szatynka powoli weszła do środka, ziewając wiązała na szyi krawat.
-Paul, wstawaj- walnęła go pięścią w ramię. Chłopak zachrapał, mruknął coś niezrozumiale i przekręciwszy się na drugi bok zasnął.- Dziś w stołówce dają hamburgery, Tanner- szepnęła mu do ucha zachęcająco.
Wysoki zerwał się z łóżka z okrzykiem:
-Zamawiam dwa!- Spojrzał na rechoczącą Tori ze złością.- A to za co?
-Za „dietetyczną” colę w zeszłym tygodniu- odparła z mściwym uśmiechem.- Gdzie Vincent?
Paul rozejrzał się po pokoju.
-Tu go nie ma..- stwierdził wolno.
-No; co ty nie powiesz. Tyle to my sami widzimy- odparła Tori jadowicie.
-Samochód stoi na zewnątrz, więc nie odszedł daleko- rzucił Michael.
-Muszę zanieść papiery Angello- wstałam sprzed biurka i wziąwszy plik dokumentów wyrównałam go stukając kilka razy w blat.- Do zobaczenia na śniadaniu- rzuciłam wychodząc.
Ruszyłam cichymi korytarzami z papierami w dłoniach. Idąc schodami zobaczyłam Portera- siedział na jednym z szerokich stopni oparty o ścianę i wpatrywał się w coś w swojej dłoni i rozmyślał nad czymś głęboko.
Zaledwie dwa dni temu stracił starszą siostrę. Jego rodzice zginęli w walce z wampirami. Bliskiej rodziny również nie miał. Został sam- ostatni z rodu; co wedle tradycji znaczyło, że powinien jak najszybciej, po zakończeniu żałoby, się ożenić.
-Idziesz do Angello; Raven?- Rzucił nagle odwracając wzrok od fotografii.
-Taa; a co?- Spytałam ostrożnie.
-Ten młody Hiszpan też go szukał, jakąś godzinę temu.. Ciekawe, czego chciał od przewodniczącego- Stwierdził ponuro.
-Hiszpan? Ty mówisz o Rodriguezie?- podskoczyłam nagle w górę.
-Chyba tak się nazywał. Taki ciemny, wysoki. Przystojny dzieciak- odparł przyglądając mi się podejrzliwie.- Coś się stało..?
-Dzięki, Porter- rzuciłam w przelocie klepiąc go w ramię.
Zaledwie dwa dni temu stracił starszą siostrę. Jego rodzice zginęli w walce z wampirami. Bliskiej rodziny również nie miał. Został sam- ostatni z rodu; co wedle tradycji znaczyło, że powinien jak najszybciej, po zakończeniu żałoby, się ożenić.
-Idziesz do Angello; Raven?- Rzucił nagle odwracając wzrok od fotografii.
-Taa; a co?- Spytałam ostrożnie.
-Ten młody Hiszpan też go szukał, jakąś godzinę temu.. Ciekawe, czego chciał od przewodniczącego- Stwierdził ponuro.
-Hiszpan? Ty mówisz o Rodriguezie?- podskoczyłam nagle w górę.
-Chyba tak się nazywał. Taki ciemny, wysoki. Przystojny dzieciak- odparł przyglądając mi się podejrzliwie.- Coś się stało..?
-Dzięki, Porter- rzuciłam w przelocie klepiąc go w ramię.
Rodriguez chce zostać łowcą..
Nie mogę do tego dopuścić.
Nie mogę pozwolić, by Tori jeszcze bardziej się o niego martwiła..
Nie mogę do tego dopuścić.
Nie mogę pozwolić, by Tori jeszcze bardziej się o niego martwiła..
Minęłam biegiem jeden z licznych salonów w kwaterze głównej Stowarzyszenia i skierowałam się w prawy korytarz omal nie wpadając na Silvię Edge.
-Przepraszam- rzuciłam mijając ją.
-Przewodniczący jest zajęty; Raven- odparła chłodno, a ja zatrzymałam się raptownie; jakbym wrosła w podłogę tuż przed pierwszym z posągów przedstawiajacych legendarne Dzieci Nocy.
-Powiedziałam, że zdam raporty jeszcze dziś- odparłam równie chłodno.- Co może być ważniejsze, niż nasza praca?
-Przepraszam- rzuciłam mijając ją.
-Przewodniczący jest zajęty; Raven- odparła chłodno, a ja zatrzymałam się raptownie; jakbym wrosła w podłogę tuż przed pierwszym z posągów przedstawiajacych legendarne Dzieci Nocy.
-Powiedziałam, że zdam raporty jeszcze dziś- odparłam równie chłodno.- Co może być ważniejsze, niż nasza praca?
Co jeśli Rodriguez jednak nie jest tym, za kogo się podaje?- Naszła mnie nagła myśl.- A jeśli tak; to kim właściwie jest?
-Stój; Raven- Silvia złapała mnie mocno za ramię.
Zza drzwi usłyszałam rozmowę:
-Jeśli jeszcze raz narazisz ją na niebezpieczeństwo, to będzie ostatnie zlecenie; Angello- rozległ się huk; chyba Vincent uderzył pieścią w blat biurka.- Mogła tam zginąć. Przez ciebie- warknął dobitnie.
-Uważaj na słowa; Vincent- zagroził chłodno głos Matta; syna przewodniczącego.
-Spokojnie; Matthew- zastopował Angello.- Jeśli chcesz odejść; teraz nadarza się odpowiednia okazja, nikt cię nie zatrzymuje.
-Wiesz, że nie robię tego dla siebie- Ton Vincenta stał się łagodniejszy.
-Stój; Raven- Silvia złapała mnie mocno za ramię.
Zza drzwi usłyszałam rozmowę:
-Jeśli jeszcze raz narazisz ją na niebezpieczeństwo, to będzie ostatnie zlecenie; Angello- rozległ się huk; chyba Vincent uderzył pieścią w blat biurka.- Mogła tam zginąć. Przez ciebie- warknął dobitnie.
-Uważaj na słowa; Vincent- zagroził chłodno głos Matta; syna przewodniczącego.
-Spokojnie; Matthew- zastopował Angello.- Jeśli chcesz odejść; teraz nadarza się odpowiednia okazja, nikt cię nie zatrzymuje.
-Wiesz, że nie robię tego dla siebie- Ton Vincenta stał się łagodniejszy.
Co tu robi Vincent? Jakie zlecenie…? O czym oni; u diabła, rozmawiają?- pojawiły się w mojej głowie pytania.
Postanowiłam jednak dalej słuchać ich rozmowy.
Silvia wyciągnęła mi papiery z dłoni, mówiąc:
-Powinnaś już stąd iść- oznajmiła chłodno.- Przekażę dokumenty przewodniczącemu, możesz być o to spokojna..
Nie było sensu tu sterczeć. Zwłaszcza pod okiem jaśnie pani sekretarz.
Postanowiłam jednak dalej słuchać ich rozmowy.
Silvia wyciągnęła mi papiery z dłoni, mówiąc:
-Powinnaś już stąd iść- oznajmiła chłodno.- Przekażę dokumenty przewodniczącemu, możesz być o to spokojna..
Nie było sensu tu sterczeć. Zwłaszcza pod okiem jaśnie pani sekretarz.
W porzadku; „kulawy aniołku” i tak podsłucham, co trzeba. Mam lepszy słuch niż wszyscy łowcy Stowarzyszenia razem wzięci…
Odeszłam spokojnym krokiem i ukryłam się za węgłem. Wślizgnęłam się do biblioteki i odnajdując tajemne przejście do gabinetu Angello weszłam do środka.
-Co ty kombinujesz; Rodriguez..?- Szepnęłam podejrzliwie.
Tuż przed sobą, na wysokości wzroku zobaczyłam dźwignię odblokowującą drugie drzwi w gabinecie przewodniczącego, kryjace się za regałem wypełnionym segregatorami.
Słuchałam dalszej części rozmowy…
-Co ty w niej takiego widzisz?- Zapytał zaskoczony Matt.
-To nie powinno cię obchodzić. Lepiej; żebyście nie wciągali jej w sprawy Stowarzyszenia i nie mieszali jej w głowie. Dość już przeszła- Powiedział zimno Vincent Rodriguez.- Ostatni raz wam pomagam i się rozstajemy; panie Angello.- Kroki Vincenta przy drzwiach.- Aha, jeszcze jedna sprawa.
-Słucham, chłopcze- oznajmił Angello.
-Raven też nie powinna być świadkiem tego; jak z Cristopherem pierzecie brudy Stowarzyszenia. W ogóle nie powinna się dowiedzieć, że on żyje- powiedział cicho.- Czułaby się lepiej trwając w nieświadomości.
-Każdy czasem musi się obudzić z pięknego snu; Vincent- odparł Angello.
-Jej sen był koszmarem i dobrze o tym wiesz.. Do zobaczenia; Angello- trzasnęły cicho drzwi. Odwróciłam się spowrotem w stronę biblioteki i pociągnęłam dźwignię. Mechanizm zwolnił i regał pełen starych ksiąg odsunął się lekko; a kiedy przelazłam przez szczelinę, mebel powrócił na swoje miejsce. Bezszelestnie wyszłam z biblioteki i ruszyłam spowrotem do pokoju.
-Co ty kombinujesz; Rodriguez..?- Szepnęłam podejrzliwie.
Tuż przed sobą, na wysokości wzroku zobaczyłam dźwignię odblokowującą drugie drzwi w gabinecie przewodniczącego, kryjace się za regałem wypełnionym segregatorami.
Słuchałam dalszej części rozmowy…
-Co ty w niej takiego widzisz?- Zapytał zaskoczony Matt.
-To nie powinno cię obchodzić. Lepiej; żebyście nie wciągali jej w sprawy Stowarzyszenia i nie mieszali jej w głowie. Dość już przeszła- Powiedział zimno Vincent Rodriguez.- Ostatni raz wam pomagam i się rozstajemy; panie Angello.- Kroki Vincenta przy drzwiach.- Aha, jeszcze jedna sprawa.
-Słucham, chłopcze- oznajmił Angello.
-Raven też nie powinna być świadkiem tego; jak z Cristopherem pierzecie brudy Stowarzyszenia. W ogóle nie powinna się dowiedzieć, że on żyje- powiedział cicho.- Czułaby się lepiej trwając w nieświadomości.
-Każdy czasem musi się obudzić z pięknego snu; Vincent- odparł Angello.
-Jej sen był koszmarem i dobrze o tym wiesz.. Do zobaczenia; Angello- trzasnęły cicho drzwi. Odwróciłam się spowrotem w stronę biblioteki i pociągnęłam dźwignię. Mechanizm zwolnił i regał pełen starych ksiąg odsunął się lekko; a kiedy przelazłam przez szczelinę, mebel powrócił na swoje miejsce. Bezszelestnie wyszłam z biblioteki i ruszyłam spowrotem do pokoju.
Z Vincentem spotkałam się w korytarzu do naszej sypialni.
-Dawno wróciłaś?- Spytał, poprawiając spinkę przy krawacie szkolnego mundurka.
-Kilka godzin temu- odparłam spoglądając na zegarek.
-Michael się o ciebie martwi- odparł wsuwając dłoń do kieszeni spodni.
-Tak samo; jak Tori o ciebie- odpowiedziałam natychmiast.
Spojrzał na mnie z boku idąc.
-Przepraszam. Nie powinno mnie to obchodzić- powiedział po krótkiej chwili.- Po prostu widzę; że on… On naprawdę cię lubi. Nawet bardziej, niż lubi..- uśmiechnął się nieśmiało.
-Dawno wróciłaś?- Spytał, poprawiając spinkę przy krawacie szkolnego mundurka.
-Kilka godzin temu- odparłam spoglądając na zegarek.
-Michael się o ciebie martwi- odparł wsuwając dłoń do kieszeni spodni.
-Tak samo; jak Tori o ciebie- odpowiedziałam natychmiast.
Spojrzał na mnie z boku idąc.
-Przepraszam. Nie powinno mnie to obchodzić- powiedział po krótkiej chwili.- Po prostu widzę; że on… On naprawdę cię lubi. Nawet bardziej, niż lubi..- uśmiechnął się nieśmiało.
Raven też nie powinna być świadkiem tego; jak z Cristopherem pierzecie brudy Stowarzyszenia. W ogóle nie powinna się dowiedzieć, że on żyje… Czułaby się lepiej trwając w nieświadomości.
Jej sen był koszmarem i dobrze o tym wiesz…
Kim ty, u diabła; jesteś Vincent? Skąd wiesz o wszystkim? Czy na pewno jesteś tym, za kogo się podajesz??
****************************
Tego samego dnia; godzinę przed śniadaniem.
-Ej; gdzie Callisto?- Usłyszałam głos Paula.
-Przed chwilą tu była..- Zaczęła Tori ze zdziwieniem.
-Może po coś zawróciła..- Głos Vincenta.. Musiał już wcześniej zauważyć moje zniknięcie, mimo to nie odezwał się słowem na ten temat.- Pewnie zaraz do nas dołączy- rzucił, zatrzymał się przy tabliczce z napisem:
PIĄTEK: A. Raven; L. Raven; J. Moon; M. Angello.
****************************
Tego samego dnia; godzinę przed śniadaniem.
-Ej; gdzie Callisto?- Usłyszałam głos Paula.
-Przed chwilą tu była..- Zaczęła Tori ze zdziwieniem.
-Może po coś zawróciła..- Głos Vincenta.. Musiał już wcześniej zauważyć moje zniknięcie, mimo to nie odezwał się słowem na ten temat.- Pewnie zaraz do nas dołączy- rzucił, zatrzymał się przy tabliczce z napisem:
PIĄTEK: A. Raven; L. Raven; J. Moon; M. Angello.
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów..
-Dwóch Ravenów??- Zdziwiła się Tori.
-Wczoraj też był jeden..- zawtórował Paul.- W sumie byłoby trzech
-A, żeby to szlag!- Zaklął ‚wujek’ Alec wychodząc szybkim krokiem z kuchni.- Moon; zejdź mi, psiakrew, z oczu, mały gadzie…- Wsunął w usta zapalonego papierosa i spojrzał kątem oka na Vincenta.
Spojrzał nań celowo.
-Dwóch Ravenów??- Zdziwiła się Tori.
-Wczoraj też był jeden..- zawtórował Paul.- W sumie byłoby trzech
-A, żeby to szlag!- Zaklął ‚wujek’ Alec wychodząc szybkim krokiem z kuchni.- Moon; zejdź mi, psiakrew, z oczu, mały gadzie…- Wsunął w usta zapalonego papierosa i spojrzał kątem oka na Vincenta.
Spojrzał nań celowo.
Jej sen był koszmarem i dobrze o tym wiesz…
Skąd znam te słowa? Czemu mam wrażenie, że nie powinienem ci ufać; Rodriguez?…
Skąd znam te słowa? Czemu mam wrażenie, że nie powinienem ci ufać; Rodriguez?…
Nie…
Inaczej.
Może- zamiast Angello- to tobie powinienem ufać??
-To jeden z Ravenów, nie?- Spytał Paul.
-Jestem drugi z kolei; na imie mi Alec- Mężczyzna odezwał się tuż przed nim.- Tak; Luca i Jonathan to moi młodsi bracia- uprzedził następne pytanie.
-Więc ojciec Callisto…- zaczęła Tori
-Ojciec Callisto Anabelle był naszym starszym bratem- dokończył spokojnie Alec.- Właściwie jest; bo nadal żyje..- poprawił się nagle; lecz nadal z zadziwiającym spokojem.
Każdy łowca ukrywał swoje uczucia. W naszym zawodzie każde, z pozoru błache odczucie- zwłaszcza w walce- było nazywane niczym innym, jak samobójstwem.
Inaczej.
Może- zamiast Angello- to tobie powinienem ufać??
-To jeden z Ravenów, nie?- Spytał Paul.
-Jestem drugi z kolei; na imie mi Alec- Mężczyzna odezwał się tuż przed nim.- Tak; Luca i Jonathan to moi młodsi bracia- uprzedził następne pytanie.
-Więc ojciec Callisto…- zaczęła Tori
-Ojciec Callisto Anabelle był naszym starszym bratem- dokończył spokojnie Alec.- Właściwie jest; bo nadal żyje..- poprawił się nagle; lecz nadal z zadziwiającym spokojem.
Każdy łowca ukrywał swoje uczucia. W naszym zawodzie każde, z pozoru błache odczucie- zwłaszcza w walce- było nazywane niczym innym, jak samobójstwem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Przemieniona
Niestabilna
Wampir
Niestabilna
Wampir
Pieprzony wampir poziomu D- jeden z tych cholernych- oszalałych z pragnienia- wraków, które powinno się z miejsca zabijać…
Mimo to…
Dlaczego nadal czuję gniew? Czemu po śmierci Linka nadal pragnę śmierci każdego Czystokrwistego wampira?
Z jakiego powodu czuję wobec nich tylko nienawiść?
Mimo to…
Dlaczego nadal czuję gniew? Czemu po śmierci Linka nadal pragnę śmierci każdego Czystokrwistego wampira?
Z jakiego powodu czuję wobec nich tylko nienawiść?
**********************
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz