Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Ostatni dzień maja.
Czuję się zaskakująco dobrze; z moim planem gorzej.
Łowcy przez ostatni tydzień nie spotkali żadnej pijawki; co jest nie tyle niecodzienne; co najzwyczajniej dziwne. Czytałam raport Tori i rozmawiałyśmy trochę. Ciekawi mnie, co ten cały Marco kombinuje. I jeszcze ten „Stary Diabeł”; czyli wampir- znajomy ojca Michaela.
Czyżby to Jego wystraszyła się Rada Wampirów??
-Nie; to byłoby zbyt proste..- mruknęłam do siebie w zastanowieniu.
Właściwie po co On zjawił się w mieście??
To pytanie na razie pozostaje tajemnicą.
Przewertowałam masę starych ksiąg nie tylko w bibliotece Stowarzyszenia; ale i w prywatnych zbiorach rodu Raven; lecz nie znalazłam jakiś znaczących informacji, poza kilkoma wzmiankami na temat Faustowskiego Kontraktu; o który pytała również Tori.
Jutro sobota- dzień wściekłego kota; jak mawiała moja matka. Z korytarza nagle rozległo się prychanie i syczenie; spojrzałam w tamtą stronę- przygarnięty przez chłopaków czarny sierściuch zjeżył się prychając na mnie.
-Zjeżdżaj, głupi kocie- burknęłam z irytacją.
Ten usiadł w progu pokoju i zaczął się na mnie natarczywie gapić.
Czuję się zaskakująco dobrze; z moim planem gorzej.
Łowcy przez ostatni tydzień nie spotkali żadnej pijawki; co jest nie tyle niecodzienne; co najzwyczajniej dziwne. Czytałam raport Tori i rozmawiałyśmy trochę. Ciekawi mnie, co ten cały Marco kombinuje. I jeszcze ten „Stary Diabeł”; czyli wampir- znajomy ojca Michaela.
Czyżby to Jego wystraszyła się Rada Wampirów??
-Nie; to byłoby zbyt proste..- mruknęłam do siebie w zastanowieniu.
Właściwie po co On zjawił się w mieście??
To pytanie na razie pozostaje tajemnicą.
Przewertowałam masę starych ksiąg nie tylko w bibliotece Stowarzyszenia; ale i w prywatnych zbiorach rodu Raven; lecz nie znalazłam jakiś znaczących informacji, poza kilkoma wzmiankami na temat Faustowskiego Kontraktu; o który pytała również Tori.
Jutro sobota- dzień wściekłego kota; jak mawiała moja matka. Z korytarza nagle rozległo się prychanie i syczenie; spojrzałam w tamtą stronę- przygarnięty przez chłopaków czarny sierściuch zjeżył się prychając na mnie.
-Zjeżdżaj, głupi kocie- burknęłam z irytacją.
Ten usiadł w progu pokoju i zaczął się na mnie natarczywie gapić.
-Gacuś… Kici, kici..- rzucił jeden z chłopaków nawołując zwierzątko.
Kot nawet nie drgnął.
-Gacuś, chodź tu łajzo- zniecierpliwił się Jason.
-Gacuś; dobre sobie- zadrżałam z tłumionego śmiechu.
-No, chodź tu, mały skurwielu- burknął Jason trochę zły.
Kot czując zapach żarcia niechętnie skierował się w stronę Jasona, otarł się o nogi chłopaka i miałknął przeraźliwie na co przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia.
-Brrr! Jak ja nienawidzę sierściuchów- otrząsnęłam się lekko.
-Stanowczo popieram: koty to zło- dodał Paul z równą niechęcią.
-Ja tam lubię. Są takie puszyste i…- na słowa Tori oboje udaliśmy, że wymiotujemy.
-Psy są milion razy lepsze- Stwierdził Vincent.
-Zaczynam poddawać w wątpliwość nasze zaręczyny- burknęła Tori nieco urażona.
-Nie przepadam ani za tym; ani za tym- odezwał się Michael z niechęcią.- Koty są głupie i wredne..
-Tori chyba w poprzednim wcieleniu była kotem- rzucił Paul przyglądając się krzywej minie Tori.
-Wal się; Tanner- rzuciła w niego cukierkiem, który złapał lekko.- Chociaż z drugiej strony kot jest trochę przydatny…
-Na przykład jako wykrywacz wampirów- zauważyłam cierpko.- Co tak hałasuje?- Zapytałam powoli.
-Nic nie słyszę.. Czekaj- rzuciła Tori.
Z korytarza dało się słyszeć trzaski metalowej puszki i przeraźliwe miałczenie.
-Aha, nasza „zakała” wzięła się za Gacusia- rzucił Michael, widząc przelatującego korytarzem kota z puszką przywiązaną do ogona.
-Rany… Porter to ma pomysły…- skomentowałam z ironią.
-Gacuś! Kici, kici- zarechotał Porter idąc za kotem.
Wszyscy równocześnie wybuchnęliśmy śmiechem.
**************************
-Cholerny Dzień Założycieli- Burknął Michael; gdy szliśmy do miejscowej biblioteki.
-Aż się chce pieprznąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady..- jęknął Paul z ironią.
-Skądś ty te Bieszczady wytrzasnął?- Zapytałam powoli.
-Takie góry w Europie; dokładnie w Polsce. Pozbawione cywilizacji zadupie; Raven- odpowiedział lekko Paul.
-Chyba chętnie wyjechałabym z tobą w te Bieszczady..- rzuciłam z lekkim rozmarzeniem; a Michael zrobił zazdrosną minę.
-Ktoś tu dużo książek czyta- Vincent szturchnął mocno kumpla.
-Och; odwal się- Prychnął ze śmiechem.
Kot nawet nie drgnął.
-Gacuś, chodź tu łajzo- zniecierpliwił się Jason.
-Gacuś; dobre sobie- zadrżałam z tłumionego śmiechu.
-No, chodź tu, mały skurwielu- burknął Jason trochę zły.
Kot czując zapach żarcia niechętnie skierował się w stronę Jasona, otarł się o nogi chłopaka i miałknął przeraźliwie na co przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia.
-Brrr! Jak ja nienawidzę sierściuchów- otrząsnęłam się lekko.
-Stanowczo popieram: koty to zło- dodał Paul z równą niechęcią.
-Ja tam lubię. Są takie puszyste i…- na słowa Tori oboje udaliśmy, że wymiotujemy.
-Psy są milion razy lepsze- Stwierdził Vincent.
-Zaczynam poddawać w wątpliwość nasze zaręczyny- burknęła Tori nieco urażona.
-Nie przepadam ani za tym; ani za tym- odezwał się Michael z niechęcią.- Koty są głupie i wredne..
-Tori chyba w poprzednim wcieleniu była kotem- rzucił Paul przyglądając się krzywej minie Tori.
-Wal się; Tanner- rzuciła w niego cukierkiem, który złapał lekko.- Chociaż z drugiej strony kot jest trochę przydatny…
-Na przykład jako wykrywacz wampirów- zauważyłam cierpko.- Co tak hałasuje?- Zapytałam powoli.
-Nic nie słyszę.. Czekaj- rzuciła Tori.
Z korytarza dało się słyszeć trzaski metalowej puszki i przeraźliwe miałczenie.
-Aha, nasza „zakała” wzięła się za Gacusia- rzucił Michael, widząc przelatującego korytarzem kota z puszką przywiązaną do ogona.
-Rany… Porter to ma pomysły…- skomentowałam z ironią.
-Gacuś! Kici, kici- zarechotał Porter idąc za kotem.
Wszyscy równocześnie wybuchnęliśmy śmiechem.
**************************
-Cholerny Dzień Założycieli- Burknął Michael; gdy szliśmy do miejscowej biblioteki.
-Aż się chce pieprznąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady..- jęknął Paul z ironią.
-Skądś ty te Bieszczady wytrzasnął?- Zapytałam powoli.
-Takie góry w Europie; dokładnie w Polsce. Pozbawione cywilizacji zadupie; Raven- odpowiedział lekko Paul.
-Chyba chętnie wyjechałabym z tobą w te Bieszczady..- rzuciłam z lekkim rozmarzeniem; a Michael zrobił zazdrosną minę.
-Ktoś tu dużo książek czyta- Vincent szturchnął mocno kumpla.
-Och; odwal się- Prychnął ze śmiechem.
Panna Scott rozmawiała właśnie z Collins na temat stroju dla Ducha Społeczności; gdy wyciągnęłam z gablotki dziennik mojego przodka- Sebastiana Ravena i zagłębiłam się w lekturze oprawionej w ciemnobrązową skórę książeczki.
-Przydałoby się go podprowadzić- mruknęłam półgębkiem do Michaela.
-Zadanie na wczoraj?- Rzucił szeptem.
-Spokojnie, już o to zadbałam- rzuciła za mną Tori wsuwając mi coś do kieszeni. Tym czymś okazał się zapasowy klucz do biblioteki.
-Dzięki; Miles..- rzuciłam szeptem odkładając dziennik na miejsce. Zamierzałam wrócić po niego nocą.
-Raven; chodź tu złotko- rzuciła w moją stronę Scott.
-No… Witaj dramacie..- wsunęłam Michaelowi w dłoń klucz; który włożył w zapinaną wewnętrzną kieszeń bluzy.
***
-O, w mordę…- skomentowałam stylizowaną na czternastowieczną suknię w kolorze szafiru.- Jak kobiety mogły nosić coś tak strasznie ciężkiego…?- Spytałam ostrożnie; gdy panna Scott wiazała tasiemki na moich plecach.
-Nie dramatyzuj; Raven- burknęła Collins.
-Po prostu interesuje mnie historia uciśnionych czternastowieczną modą kobiet, pani profesor- rzuciłam przymilnie przeglądając się w lustrze.
-Co ty na to; Amando?- Spytała Scott przyglądając się mierzącej mnie krytycznym okiem wychowawczyni.
-Ta dziewczyna mogłaby nawet włożyć na siebie worek po ziemniakach, a mimo to wyglądałaby, jak księżna- zauważyła Collins, patrzyła na jakiś portret wiszący na ścianie; po czym przerzuciła wzrok na mnie jakby coś wytrąciło ją z rytmu.- Kim jest kobieta na tym portrecie?- Spytała nagle zaskoczona.
-To żona jednego z założycieli miasta; Victoria Raven. Była podobno niezwykle mądrą kobietą i głównym doradcą własnego męża.
-Była również dobrym szermierzem; oraz hazardzistką: szczególnie ogrywała mężczyzn w kości- dorzuciłam uprzejmie.
-Callisto jest jak jej wierna kopia…- powiedziała w głębokim zdumieniu Collins.
-W końcu to moja pra prababcia- Wzruszyłam ramionami.
-Przydałoby się go podprowadzić- mruknęłam półgębkiem do Michaela.
-Zadanie na wczoraj?- Rzucił szeptem.
-Spokojnie, już o to zadbałam- rzuciła za mną Tori wsuwając mi coś do kieszeni. Tym czymś okazał się zapasowy klucz do biblioteki.
-Dzięki; Miles..- rzuciłam szeptem odkładając dziennik na miejsce. Zamierzałam wrócić po niego nocą.
-Raven; chodź tu złotko- rzuciła w moją stronę Scott.
-No… Witaj dramacie..- wsunęłam Michaelowi w dłoń klucz; który włożył w zapinaną wewnętrzną kieszeń bluzy.
***
-O, w mordę…- skomentowałam stylizowaną na czternastowieczną suknię w kolorze szafiru.- Jak kobiety mogły nosić coś tak strasznie ciężkiego…?- Spytałam ostrożnie; gdy panna Scott wiazała tasiemki na moich plecach.
-Nie dramatyzuj; Raven- burknęła Collins.
-Po prostu interesuje mnie historia uciśnionych czternastowieczną modą kobiet, pani profesor- rzuciłam przymilnie przeglądając się w lustrze.
-Co ty na to; Amando?- Spytała Scott przyglądając się mierzącej mnie krytycznym okiem wychowawczyni.
-Ta dziewczyna mogłaby nawet włożyć na siebie worek po ziemniakach, a mimo to wyglądałaby, jak księżna- zauważyła Collins, patrzyła na jakiś portret wiszący na ścianie; po czym przerzuciła wzrok na mnie jakby coś wytrąciło ją z rytmu.- Kim jest kobieta na tym portrecie?- Spytała nagle zaskoczona.
-To żona jednego z założycieli miasta; Victoria Raven. Była podobno niezwykle mądrą kobietą i głównym doradcą własnego męża.
-Była również dobrym szermierzem; oraz hazardzistką: szczególnie ogrywała mężczyzn w kości- dorzuciłam uprzejmie.
-Callisto jest jak jej wierna kopia…- powiedziała w głębokim zdumieniu Collins.
-W końcu to moja pra prababcia- Wzruszyłam ramionami.
-Wyglądam jak chodząca katastrofa…- jęknął Michael niechętnie.- Te skrzydła dodają mi stuprocentowego pedalstwa..- skomentował z niezadowoleniem.
-Tyler wyłaź. Chcemy się trochę pośmiać- zarechotał Vincent.
-Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni; Rodriguez- warknął Michael decydując się wyjść zza parawanu.
-Nie wyglądasz tak strasznie- Vincent dusił się z tłumionego śmiechu.
-Zobaczymy; jak ty będziesz wyglądał…- prychnął Michael zły.- Jeszcze to odszczekasz..
Chłopak machnął ręką lekceważąco idąc założyć swój kostium.
-Tyler wyłaź. Chcemy się trochę pośmiać- zarechotał Vincent.
-Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni; Rodriguez- warknął Michael decydując się wyjść zza parawanu.
-Nie wyglądasz tak strasznie- Vincent dusił się z tłumionego śmiechu.
-Zobaczymy; jak ty będziesz wyglądał…- prychnął Michael zły.- Jeszcze to odszczekasz..
Chłopak machnął ręką lekceważąco idąc założyć swój kostium.
-Obłędny rycerz- Zarechotał kilka minut później Michael.
-Odezwał się „pedalski aniołek”- odburknął na zaczepkę Vincent podnosząc przyłbicę hełmu.- Zawsze zostaje nam wspólne rżenie z Tannera; Płomień- rzucił ze śmiechem Vincent pstrykając Michaela w aureolkę.
-W przeciwieństwie do was ja jestem jeszcze przystojny- odezwał się Paul.
-Gdybyś był przystojny, już dawno miałbyś dziewczynę- odciął się Vincent usłużnie.
-Goń się- Prychnął Paul z ironią, znikając za parawanem. Chwilę później wyszedł zza niego w czternastowiecznym stroju szlacheckim; z przypiętą u pasa pochwą z rapierem.
-O żesz ty…- zasyczał w głębokim zdumieniu Michael; szturchając mocno Vincenta; który gapił się na kumpla mrugając z przejęcia.
-Ale ciacho…- wymruczała Tori zaskoczona.
-Panno Miles- rzuciła Collins krótko.
-Idę; idę…- Tori mijając Paula nadal się nań gapiła.
-Nie jest aż tak źle..- wymruczała.- Chyba da się to jakoś… Dobra…- Powiedziała zapinając kieckę. Przewiązała biały fartuszek i nałożyła na głowę chustkę.- Wyglądam jak plebs z prawdziwego zdarzenia- powiedziała ze śmiechem idąc do nas.
-Ty plebsie- rzuciłam z udawaną wyższością.
-Całuję rączki; jaśnie pani- szturchnęła mnie lekko.
-Tyler; nie śpij- rzuciła Vitto.
-Cooo? A; taa…- Michael przypomniał sobie o swojej kwestii.
-Czas na nas..- rzuciłam szeptem do Vincenta.
-Dotarłam. Północ już blisko; gdzieś jest rycerzu, co przyszłość miasta dłonią zakutą w żelazo ściskasz; jak gołębicę nie dając jej odfrunąć?
-Tutaj jestem, pani. Czy nie przybyłaś tu, aby oznajmić mi; że się poddajesz?- Vincent idąc ze starą lampą naftową w dłoni drugą dłonią uniósł przyłbicę hełmu. Robił piorunujące wrażenie.
-Otóż muszę cię zasmucić: nie poddaję się bez walki. Co dla mnie przygotowałeś; rycerzu: zakończmy te bzdurne gadki- wyrecytowałam swoją kwestię znudzonym tonem, machając lekceważąco dłonią z szafirowym wachlarzem.
-Słyszałem od wszelkich rycerzy znamienitych; że jako światła kobieta nie odmawiasz ni wina; ni dobrej rozrywki- Vincent w stroju rycerza spojrzał na mnie uważnie odstawiając lampę na stolik tuż obok przygotowanej szachownicy.- Zagramy w szachy; przy dobrym winie: porozmawiamy…- gdy podeszłam odsunął jedno z krzeseł.
-Jakie są tej gry zasady? Wątpię, by rycerza interesowały zwyczajne zabawy, gdy mógłby przez miasto moje przejść jak burza; a odchodząc pozostawić po sobie tylko pożogę i śmierci tchnienie. Czy nie takie rycerza przeznaczenie, panie?- Rzuciłam swoją kwestię siadając na miejscu.
-Nade wszystko niezwykłe z ciebie mądrości uosobienie; pani- Oznajmił Vincent lekkim tonem.- Mówisz; że los miasta trzymam w klatce; jak gołębia.. Zagrajmy o wolność owego w szachy, w końcu uwielbiasz wszelakie zakłady- Uśmiechnął się przewracając oczami.- Wina.!
-Zanim zaczniemy; rycerzu musisz mi coś przysiąc…
âŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞ
-Odegraliście to zajebiście- skomentował jeden z chłopaków.
-Język; Wood- burknęła Collins.
-Przezajebiście- dorzuciła Sheila.
-Sand; język- burknęła Collins znowu, nie odwracając wzroku od portretu Victorii Raven.- Naprawdę podobna…- mruknęła do siebie.
|***|
-Dobra… Byle cicho- rzucił szeptem Paul; otwierając lekko drzwi biblioteki. Zajrzał do środka i szybko weszliśmy.
-Scott ma lekki sen- szepnęła Tori.- Michael?
-Jestem tuż za wami- rzucił szeptem.- Rodriguez?
-Zabezpiecza wejście. Stanę na czatach- rzuciła cicho Tori, stojąc tuż za drzwiami stanowiska bibliotekarki.
-Callisto..- Szepnął Paul.
Podniosłam ostrożnie szybę gabloty; Michael wziął dziennik i ukrył go w bluzie, wsunęłam tam inną książeczkę i opuściłam delikatnie szybę; słysząc coś.
-Za półki migiem- Syknęłam.
Wszyscy zniknęli. Latarki pogasły. Cisza.
Widok lunatykującej Scott był koszmarny.
-Dokąd ona idzie?- Szepnął Paul.
-Nie budźmy jej- Szepnęłam kładąc wymownie palec na ustach.- Spadamy.
Ruszyliśmy cicho za Scott , zostawiając zapasowy klucz po wewnętrznej stronie drzwi.
Tori i Vincent byli bladzi jak trupy.
Zatrzymałam się na chwilę i obserwowałam; dokąd Scott idzie.
Usłyszałam nieznajomy głos.
-Oknem- powiedziałam bezgłośnie; otworzywszy skrzydło okienne zaczęłam naśladować kruka. Lucian wyszedł z krzaków i spojrzał pytająco.
-Skaczemy- rzuciłam niechętnie.
-Chyba śnisz- Tori pokręciła głową odmownie.
-Nie mamy wyjścia. Lucian cię złapie.- Zapewniłam wyskakując, rzuciłam Michaelowi długie spojrzenie:
Jeśli nie skoczy; wyrzuć ją przez to okno.
-Odezwał się „pedalski aniołek”- odburknął na zaczepkę Vincent podnosząc przyłbicę hełmu.- Zawsze zostaje nam wspólne rżenie z Tannera; Płomień- rzucił ze śmiechem Vincent pstrykając Michaela w aureolkę.
-W przeciwieństwie do was ja jestem jeszcze przystojny- odezwał się Paul.
-Gdybyś był przystojny, już dawno miałbyś dziewczynę- odciął się Vincent usłużnie.
-Goń się- Prychnął Paul z ironią, znikając za parawanem. Chwilę później wyszedł zza niego w czternastowiecznym stroju szlacheckim; z przypiętą u pasa pochwą z rapierem.
-O żesz ty…- zasyczał w głębokim zdumieniu Michael; szturchając mocno Vincenta; który gapił się na kumpla mrugając z przejęcia.
-Ale ciacho…- wymruczała Tori zaskoczona.
-Panno Miles- rzuciła Collins krótko.
-Idę; idę…- Tori mijając Paula nadal się nań gapiła.
-Nie jest aż tak źle..- wymruczała.- Chyba da się to jakoś… Dobra…- Powiedziała zapinając kieckę. Przewiązała biały fartuszek i nałożyła na głowę chustkę.- Wyglądam jak plebs z prawdziwego zdarzenia- powiedziała ze śmiechem idąc do nas.
-Ty plebsie- rzuciłam z udawaną wyższością.
-Całuję rączki; jaśnie pani- szturchnęła mnie lekko.
-Tyler; nie śpij- rzuciła Vitto.
-Cooo? A; taa…- Michael przypomniał sobie o swojej kwestii.
-Czas na nas..- rzuciłam szeptem do Vincenta.
-Dotarłam. Północ już blisko; gdzieś jest rycerzu, co przyszłość miasta dłonią zakutą w żelazo ściskasz; jak gołębicę nie dając jej odfrunąć?
-Tutaj jestem, pani. Czy nie przybyłaś tu, aby oznajmić mi; że się poddajesz?- Vincent idąc ze starą lampą naftową w dłoni drugą dłonią uniósł przyłbicę hełmu. Robił piorunujące wrażenie.
-Otóż muszę cię zasmucić: nie poddaję się bez walki. Co dla mnie przygotowałeś; rycerzu: zakończmy te bzdurne gadki- wyrecytowałam swoją kwestię znudzonym tonem, machając lekceważąco dłonią z szafirowym wachlarzem.
-Słyszałem od wszelkich rycerzy znamienitych; że jako światła kobieta nie odmawiasz ni wina; ni dobrej rozrywki- Vincent w stroju rycerza spojrzał na mnie uważnie odstawiając lampę na stolik tuż obok przygotowanej szachownicy.- Zagramy w szachy; przy dobrym winie: porozmawiamy…- gdy podeszłam odsunął jedno z krzeseł.
-Jakie są tej gry zasady? Wątpię, by rycerza interesowały zwyczajne zabawy, gdy mógłby przez miasto moje przejść jak burza; a odchodząc pozostawić po sobie tylko pożogę i śmierci tchnienie. Czy nie takie rycerza przeznaczenie, panie?- Rzuciłam swoją kwestię siadając na miejscu.
-Nade wszystko niezwykłe z ciebie mądrości uosobienie; pani- Oznajmił Vincent lekkim tonem.- Mówisz; że los miasta trzymam w klatce; jak gołębia.. Zagrajmy o wolność owego w szachy, w końcu uwielbiasz wszelakie zakłady- Uśmiechnął się przewracając oczami.- Wina.!
-Zanim zaczniemy; rycerzu musisz mi coś przysiąc…
âŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞ
-Odegraliście to zajebiście- skomentował jeden z chłopaków.
-Język; Wood- burknęła Collins.
-Przezajebiście- dorzuciła Sheila.
-Sand; język- burknęła Collins znowu, nie odwracając wzroku od portretu Victorii Raven.- Naprawdę podobna…- mruknęła do siebie.
|***|
-Dobra… Byle cicho- rzucił szeptem Paul; otwierając lekko drzwi biblioteki. Zajrzał do środka i szybko weszliśmy.
-Scott ma lekki sen- szepnęła Tori.- Michael?
-Jestem tuż za wami- rzucił szeptem.- Rodriguez?
-Zabezpiecza wejście. Stanę na czatach- rzuciła cicho Tori, stojąc tuż za drzwiami stanowiska bibliotekarki.
-Callisto..- Szepnął Paul.
Podniosłam ostrożnie szybę gabloty; Michael wziął dziennik i ukrył go w bluzie, wsunęłam tam inną książeczkę i opuściłam delikatnie szybę; słysząc coś.
-Za półki migiem- Syknęłam.
Wszyscy zniknęli. Latarki pogasły. Cisza.
Widok lunatykującej Scott był koszmarny.
-Dokąd ona idzie?- Szepnął Paul.
-Nie budźmy jej- Szepnęłam kładąc wymownie palec na ustach.- Spadamy.
Ruszyliśmy cicho za Scott , zostawiając zapasowy klucz po wewnętrznej stronie drzwi.
Tori i Vincent byli bladzi jak trupy.
Zatrzymałam się na chwilę i obserwowałam; dokąd Scott idzie.
Usłyszałam nieznajomy głos.
-Oknem- powiedziałam bezgłośnie; otworzywszy skrzydło okienne zaczęłam naśladować kruka. Lucian wyszedł z krzaków i spojrzał pytająco.
-Skaczemy- rzuciłam niechętnie.
-Chyba śnisz- Tori pokręciła głową odmownie.
-Nie mamy wyjścia. Lucian cię złapie.- Zapewniłam wyskakując, rzuciłam Michaelowi długie spojrzenie:
Jeśli nie skoczy; wyrzuć ją przez to okno.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Odjebało ci?- Zdumiał się Vincent, obserwując włażącego na parapet Paula.
-Do zobaczenia na dole, cieniasy- Paul uśmiechnął się i zniknął.
-Totalny świr, jak babcię kocham- mruknęła Tori, a Vincent pokręcił głową.
-Nie możemy wpaść; Tori…- Szepnął.
-W planach nie było samobójstwa przez skok z okna. Ja mam lęk wysokości kurwa..- Tori cofnęła się sprzed okna.
-Lucian cię złapie- oznajmiłem.
-Chcesz; być cieniasem do końca liceum?- Rzucił wyzywająco Vincent.
-Nie; ale…- Tori była niepewna.
-Łap ją; Mikaelis- Vincent szybko wypchnął Tori za okno.
-Mam cię- rzucił szeptem Lucian.
-Skaczemy; Tyler?- Rzucił Vincent z ironicznym uśmiechem.
-No; to jazda, Rodriguez- rzuciłem i równocześnie skoczyliśmy.
Rodrigueza złapał Lucian; a ja wylądowałem z sykiem na chodniku.
-Wszystko gra?- Zaniepokoiła się Callisto.
-Nic mi nie jest- rzuciłem biegnąc za nimi do Mazdy.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Co tu tak pusto?- Spytała Tori.
-Wszyscy są w budynku Stowarzyszenia; obecnie rzadko który łowca nocuje w domu. Wszyscy boją się kolejnej „Kryształowej Nocy”- Odparłam.
-Upiornie tu trochę..- skomentował Paul cicho.
-Czego, przepraszam?- Zapytała Tori.
-Może lepiej jej nie strasz; Raven..- zasugerował Vincent.
-Co to ta jakaś-tam noc?- Zapytała Tori z uporem.
-Cśśśś!- Syknęłam nagle; odsuwając kulę z balustrady schodów i wyciągając ze szczeliny kilka sztyletów.- Ktoś tu jest..- rzuciłam rozdając im broń.- Uważajcie na siebie- dodałam; skradając się ostrożnie.- Michael…
-Jestem- Zajął miejsce po mojej lewej. Poszliśmy przodem.- Celujcie w ser…- Zanim Michael zdążył skończyć; usłyszeliśmy pytanie Paula:
-Tak; jak teraz?- Szybko złapał truchło; lecz nagle odskoczył.- Piasek…?- Zdziwił się.
-Ktoś nasłał poziomy D?- rzucił Michael pytajaco.
-Nie tylko.. W domu cuchnie Radą- mruknęłam podejrzliwie.
-Czy to oznacza jakieś kłopoty?- Zapytała ostrożnie Tori.
-Maleńkie- odparł głos przed nami.
Wszyscy zesztywnieli z przerażenia; a ja spytałam ostrym szeptem:
-Co ty tu robisz Porter?- Zdumiałam się.
-Podwiozłem tylko Aleca, który… Zniknął- Zauważył niepewnie.- Potem pojawiły się pijawy…
-Szlag by to…- Mruknął Vincent z sykiem.
-Dokąd idziesz?- Zdziwił się Porter.
Wtedy zza nas padł strzał; tuż przed nami truchło wampira upadło na podłogę sypiąc się w proch.
Odwróciłam się gwałtownie…
-Odjebało ci?- Zdumiał się Vincent, obserwując włażącego na parapet Paula.
-Do zobaczenia na dole, cieniasy- Paul uśmiechnął się i zniknął.
-Totalny świr, jak babcię kocham- mruknęła Tori, a Vincent pokręcił głową.
-Nie możemy wpaść; Tori…- Szepnął.
-W planach nie było samobójstwa przez skok z okna. Ja mam lęk wysokości kurwa..- Tori cofnęła się sprzed okna.
-Lucian cię złapie- oznajmiłem.
-Chcesz; być cieniasem do końca liceum?- Rzucił wyzywająco Vincent.
-Nie; ale…- Tori była niepewna.
-Łap ją; Mikaelis- Vincent szybko wypchnął Tori za okno.
-Mam cię- rzucił szeptem Lucian.
-Skaczemy; Tyler?- Rzucił Vincent z ironicznym uśmiechem.
-No; to jazda, Rodriguez- rzuciłem i równocześnie skoczyliśmy.
Rodrigueza złapał Lucian; a ja wylądowałem z sykiem na chodniku.
-Wszystko gra?- Zaniepokoiła się Callisto.
-Nic mi nie jest- rzuciłem biegnąc za nimi do Mazdy.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Co tu tak pusto?- Spytała Tori.
-Wszyscy są w budynku Stowarzyszenia; obecnie rzadko który łowca nocuje w domu. Wszyscy boją się kolejnej „Kryształowej Nocy”- Odparłam.
-Upiornie tu trochę..- skomentował Paul cicho.
-Czego, przepraszam?- Zapytała Tori.
-Może lepiej jej nie strasz; Raven..- zasugerował Vincent.
-Co to ta jakaś-tam noc?- Zapytała Tori z uporem.
-Cśśśś!- Syknęłam nagle; odsuwając kulę z balustrady schodów i wyciągając ze szczeliny kilka sztyletów.- Ktoś tu jest..- rzuciłam rozdając im broń.- Uważajcie na siebie- dodałam; skradając się ostrożnie.- Michael…
-Jestem- Zajął miejsce po mojej lewej. Poszliśmy przodem.- Celujcie w ser…- Zanim Michael zdążył skończyć; usłyszeliśmy pytanie Paula:
-Tak; jak teraz?- Szybko złapał truchło; lecz nagle odskoczył.- Piasek…?- Zdziwił się.
-Ktoś nasłał poziomy D?- rzucił Michael pytajaco.
-Nie tylko.. W domu cuchnie Radą- mruknęłam podejrzliwie.
-Czy to oznacza jakieś kłopoty?- Zapytała ostrożnie Tori.
-Maleńkie- odparł głos przed nami.
Wszyscy zesztywnieli z przerażenia; a ja spytałam ostrym szeptem:
-Co ty tu robisz Porter?- Zdumiałam się.
-Podwiozłem tylko Aleca, który… Zniknął- Zauważył niepewnie.- Potem pojawiły się pijawy…
-Szlag by to…- Mruknął Vincent z sykiem.
-Dokąd idziesz?- Zdziwił się Porter.
Wtedy zza nas padł strzał; tuż przed nami truchło wampira upadło na podłogę sypiąc się w proch.
Odwróciłam się gwałtownie…
Mężczyzna za nami powoli opuścił strzelbę do boku; przeładowując ją szarpnięciem.
Był wysokim; czarnookim brunetem o bladej twarzy; przez którą od prawej biegła poszarpana blizna kończąca się po tej samej stronie na kąciku ust. Na oko miał ponad czterdziestkę. Ubrany był w ciemne kolory, między innymi brąz i szarość.
-Kim jesteś?- Zapytałam nieufnie.
-Nieważne; Raven- to był ten sam głos; który słyszałam w bibliotece.
-Skąd mnie znasz?- Zapytałam chłodno.
-Nie pamiętasz mnie; ale ja ciebie dobrze pamiętam- Skierował lufę w bok i odstrzelił kolejnego wampira.
-Niby skąd?- Zapytałam ostrożnie.
-Byłem kiedyś lekarzem- przesunął lufę w lewo i zastrzelił następnego, przeładował znowu.
-Co to ma wspólnego?- Zapytał Paul.
-Syn Tannerów; Paul Vince; jak sądzę- zagadnął nieznajomy.- Ta para to zapewne Tori Janett Miles i Vincent Octavio Rodriguez..- Wyciągnął rękę w tył i pociągnął za spust, a wampir tuż za nim padł martwy.- A ten przystojny zielonooki to na pewno Michael James Tyler.
-Co jest z tym facetem nie tak?- Szepnął Michael za mną.
-Nie mam pojęcia.. Porter, wiesz o co tu biega?- Zapytałam zaskoczona.
Jasper przyglądał się mężczyźnie, marszcząc czoło. Myślał intensywnie.
-Coś mi dzwoni; ale nie wiem; w którym kościele…- mruknął do siebie w zamyśleniu.
Dalszą rozmowę musieliśmy jednak odłożyć na później- ponieważ zaatakowała nas horda wygłodniałych wampirów poziomu D. Rzuciliśmy się do walki.
-Ty, szmaciarzu…- Wydyszał Paul zapodając wampirowi porządnego kopniaka; w ostatniej chwili uchylił się przed innym, który pod wpływem rozpędu wyleciał za balustradę i nadział się na wystruganego z jesionu ozdobnego jeża.
-Musiało zaboleć..- Skomentowała Tori kończąc z innym. Minęła ją przeklinająca Paula blondyna; którą zajął się Porter.
-Nienawidzę wampirów… Cholernie ich nienawidzę..- Burknęła Tori uchyliła się szybko przed sztyletem w dłoni Vincenta.
-Zajrzyj na strych; Jasper- rzuciłam nagląco.
Skinął otwierając ciemne drzwi. Chwilę jeszcze słychać było jego przekleństwa.
-Co to? Jakaś kolonia; Raven?- Prychnął z irytacją Vincent.
-Ciekawe, jak oni tu wleźli… Dom chroniły drzwi antywłamaniowe i reszta anty..- Zauważyłam niechętnie.
-W tym coś antywampirzego; jak myślę? – Zapytał Paul.
-Dokładnie- potwierdziłam waląc pięścią wampira. Pchnęłam go sztyletami. Obok Michael pozbywał się mieczem dwóch. Strzelba nagle ucichła; nieznajomy odrzucił ją niedbałym ruchem i sięgnął za poły bluzy po dwa puginały.
-Ilu ich tu jest, do cholery?- Jęknął Vincent.
-Musimy stąd wiać…- odezwała się Tori.- Nie damy rady sami- Dodała oddychając ciężko.
-Jasper! Jasper?!- Nawoływałam.
-Jesteśmy..- odparł wujek Alec.. Był zielony na twarzy i miał półprzytomny wzrok.- O, madre mio… Mój łeb…- Jęknął słabo.
-Zjeżdżamy stąd; szybko!- Mruknął Michael.
-A słownik łaciny?- Zdziwił się Paul.
-Przyjdę po niego za dnia; znikamy- odparłam ucinając dalsze pytania.
-Facet już zdążył zwiać- zauważyła Tori.
-Jaki facet..?- Zapytał słabo wuj Alec. Był lekko ranny i zamroczony. Porter bez słowa doprowadził go do pomarańczowego Nissana.
-Nie podoba mi się to; Callisto. Trzymajcie się od tego faceta z daleka- oznajmił wsiadając do wozu. Odjechał z piskiem opon.
-Zrobię, co się da; Jasper- mruknęłam odprowadzając wzrokiem samochód.
-Callisto, spadamy- rzucił Vincent.
Wsiadłam szybko do Mazdy.
-Kim jesteś?- Zapytałam nieufnie.
-Nieważne; Raven- to był ten sam głos; który słyszałam w bibliotece.
-Skąd mnie znasz?- Zapytałam chłodno.
-Nie pamiętasz mnie; ale ja ciebie dobrze pamiętam- Skierował lufę w bok i odstrzelił kolejnego wampira.
-Niby skąd?- Zapytałam ostrożnie.
-Byłem kiedyś lekarzem- przesunął lufę w lewo i zastrzelił następnego, przeładował znowu.
-Co to ma wspólnego?- Zapytał Paul.
-Syn Tannerów; Paul Vince; jak sądzę- zagadnął nieznajomy.- Ta para to zapewne Tori Janett Miles i Vincent Octavio Rodriguez..- Wyciągnął rękę w tył i pociągnął za spust, a wampir tuż za nim padł martwy.- A ten przystojny zielonooki to na pewno Michael James Tyler.
-Co jest z tym facetem nie tak?- Szepnął Michael za mną.
-Nie mam pojęcia.. Porter, wiesz o co tu biega?- Zapytałam zaskoczona.
Jasper przyglądał się mężczyźnie, marszcząc czoło. Myślał intensywnie.
-Coś mi dzwoni; ale nie wiem; w którym kościele…- mruknął do siebie w zamyśleniu.
Dalszą rozmowę musieliśmy jednak odłożyć na później- ponieważ zaatakowała nas horda wygłodniałych wampirów poziomu D. Rzuciliśmy się do walki.
-Ty, szmaciarzu…- Wydyszał Paul zapodając wampirowi porządnego kopniaka; w ostatniej chwili uchylił się przed innym, który pod wpływem rozpędu wyleciał za balustradę i nadział się na wystruganego z jesionu ozdobnego jeża.
-Musiało zaboleć..- Skomentowała Tori kończąc z innym. Minęła ją przeklinająca Paula blondyna; którą zajął się Porter.
-Nienawidzę wampirów… Cholernie ich nienawidzę..- Burknęła Tori uchyliła się szybko przed sztyletem w dłoni Vincenta.
-Zajrzyj na strych; Jasper- rzuciłam nagląco.
Skinął otwierając ciemne drzwi. Chwilę jeszcze słychać było jego przekleństwa.
-Co to? Jakaś kolonia; Raven?- Prychnął z irytacją Vincent.
-Ciekawe, jak oni tu wleźli… Dom chroniły drzwi antywłamaniowe i reszta anty..- Zauważyłam niechętnie.
-W tym coś antywampirzego; jak myślę? – Zapytał Paul.
-Dokładnie- potwierdziłam waląc pięścią wampira. Pchnęłam go sztyletami. Obok Michael pozbywał się mieczem dwóch. Strzelba nagle ucichła; nieznajomy odrzucił ją niedbałym ruchem i sięgnął za poły bluzy po dwa puginały.
-Ilu ich tu jest, do cholery?- Jęknął Vincent.
-Musimy stąd wiać…- odezwała się Tori.- Nie damy rady sami- Dodała oddychając ciężko.
-Jasper! Jasper?!- Nawoływałam.
-Jesteśmy..- odparł wujek Alec.. Był zielony na twarzy i miał półprzytomny wzrok.- O, madre mio… Mój łeb…- Jęknął słabo.
-Zjeżdżamy stąd; szybko!- Mruknął Michael.
-A słownik łaciny?- Zdziwił się Paul.
-Przyjdę po niego za dnia; znikamy- odparłam ucinając dalsze pytania.
-Facet już zdążył zwiać- zauważyła Tori.
-Jaki facet..?- Zapytał słabo wuj Alec. Był lekko ranny i zamroczony. Porter bez słowa doprowadził go do pomarańczowego Nissana.
-Nie podoba mi się to; Callisto. Trzymajcie się od tego faceta z daleka- oznajmił wsiadając do wozu. Odjechał z piskiem opon.
-Zrobię, co się da; Jasper- mruknęłam odprowadzając wzrokiem samochód.
-Callisto, spadamy- rzucił Vincent.
Wsiadłam szybko do Mazdy.
Gabriel Mikaelis; anioł rodu Raven.
Śledziłem tego mężczyznę aż dotarł do domu. Dziwne, że skądś go kojarzyłem…
-Myśl; Lucian… Myśl, do diaska…- mruknąłem usiłując przyczepić do tej twarzy jakieś nazwisko, wspomnienie; cokolwiek, co pomogłoby mi sobie przypomnieć, gdzie go widziałem. Nic z tego.
-Cholera..- Zawisłem nogami na gałęzi; przeklinajac pod nosem. Widząc idących chodnikiem ludzi zeskoczyłem z drzewa. Nastolatki z klasy Callisto; oparłem się o pień i zapaliłem powoli wpatrując się w dom z białej cegły pokryty ciemnobrązową dachówką.
-Czemu Raven zawsze ma najlepszych chłopaków?- Zapytała ze złością jedna z idacych w grupie dziewcząt.
-Bo to po prostu Raven- oznajmił chłopak idący obok niej.- Jest ładna, więc się chłopaki za nią oglądają.
-Ty też się na nią gapisz- burknęła wściekła dziewczyna.
-Ona i tak nie zwraca na to uwagi. Poza tym ma już chłopaka- zauważył starając się brzmieć obojętnie.
-Nie denerwuj mnie..- warknęła blondynka patrząc nań spode łba. Byli tak bardzo pogrążeni w kłótni, i rozmowie z resztą przyjaciół; że nie zauważyli idących z przeciwka czarnych peleryn.
Klucz w mojej dłoni błysnął zmieniając się w miecz.
Jedna z czarnych peleryn przyciągnęła blondwłosą dziewczynę, kłócący się z nią wcześniej chłopak zareagował rzuceniem się na napastnika; który szybkim ciosem posłał go na bok w jakiś mur. Reszta zaczęła się cofać. Dziewczyny w krzyk.
-Puść ją, śmieciu Rady!- Warknąłem obracając w dłoni miecz.
-Mikael; cóż za spotkanie- odparł chłopak ze złotą przypinką. Grupa nastolatków rozstąpiła się pozwalając mi przejść.
-Powiedziałem, żebyś ją puścił- oznajmiłem chłodno.
-Bo; co mi zrobisz?- Zadrwił wampir zasłaniając się blondynką jak tarczą.
-Mnie na niej nie zależy; co innego mojej panience- zauważyłem kręcąc młynka mieczem.
Pierwszego atakującego mnie wampira posłałem kopniakiem w najbliszy murowany płot. Drugiego przebiłem klingą miecza; łapiąc równocześnie drugą ręką innego za kark; który po chwili mu skręciłem.
Oparłem but na ramieniu blondyna i wyszarpnąłem miecz.
-Ostrzegam ostatni raz; Shian..- oznajmiłem chłodno zaciągając się dymem. Kolejny atakujący mnie wampir oberwał rękojeścią broni i cofnął się lekko zamroczony.
Odepchnął dziewczynę do jednego ze swoich i wyciągając sztylet rzucił się ku mnie. Podniosłem gardę i broń zwarła się ze szczękiem. Szurnąłem butami po mokrym asfalcie i odbijając kolejny cios obróciłem się i przywaliłem mu łokciem w mostek. Odskoczył i ponowił atak z rozpędu.
-Jak zawsze wierny i posłuszny swojej pani, co?- Warknął atakując z niesamowitą szybkością. Broń zwierając się krzesała iskry.
-To mój sens istnienia tutaj- odparłem spokojnie uchylając się przed kolejnym atakiem.
-Posłuszeństwo jest do chrzanu, sam o tym wiesz; Mikaelis! Obaj zdradziliśmy już dawno temu- odbił mój atak; zdejmując opaskę z oka; które błysnęło srebrem.
-Ty zdradziłeś i zabiłeś Doll- odwarknąłem przez zaciśnięte zęby.
-Nie; bracie.. To ty przebiłeś ją mieczem- odparł uśmiechając się obrzydliwie.
-Nie jesteś moim bratem, ty podła; zakłamana żmijo!- Kopnąłem go mocno; odleciał ode mnie i wylądował na nogach kilka metrów dalej.
-Jesteś ranny- odezwała się jedna z dziewczyn.
-Cofnij się- odparłem nie patrząc na nią. Shian wraz z pozostałymi przy życiu wampirami zniknęli.
Miecz błysnął zmieniając się w klucz; który wsunąłem do wewnętrznej kieszeni.
Powoli podszedłem do chłopaka leżącego pod murem. Splunął krwią sycząc z bólu.
-Leż spokojnie; masz złamane żebro.- zwróciłem się ku reszcie.- Ty! Dzwoń po karetkę.- Rzuciłem ostro do chłopaka najbliżej. Ruszyłem zobaczyć, co z dziewczyną.
-Co z nią?- Spytał chłopak obok zaskakująco spokojnie.
-Tylko zemdlała- odpowiedziałem.- Nikomu innemu nic się nie stało?
-Z resztą w porządku- odpowiedział ostrożnie.- Kim oni byli; co?- Zapytał ostrożnie.
-Nieważne- odparłem. Nie miałem o co się martwić: policja nie uwierzy w istnienie wampirów i kluczy zmieniających się w miecze; lub inne tego typu opowiastki. -Nadal krwawisz; koleś- zauważył.
Spojrzałem na lewe przedramię i wyciągając z kieszeni opatrunek zająłem się zranieniem. Zaraz się zaleczy; ale mniejsza z tym. Podniosłem wzrok słysząc francuską pieśń żałobną. Od zakrętu szedł na piechotę Undertaker z baseballem opartym o ramię.
-Znów ten świr…- mruknął chłopak niechętnie.
Pieśń nagle zamarła chłopakowi na ustach.
-Nawet kumpli na rozróbę nie zapraszasz; Gabriel?- Rzucił z wyrzutem.
-Mnie też miło cię widzieć; Sebastian- odparłem przyglądając mu się.- Po co ci ten kij?- Spytałem z ironią.
-Ostatnio nigdzie się nie ruszam bez porządnej pały- odparł Sebastian.- Teraz wszędzie można oberwać po ryju.. Nawet policja nic nie może z tym zrobić, a oni są dosłownie wszędzie. Gabriel; słuchasz mnie?- Zapytał machając mi dłonią przed nosem.
-Taa; słucham.- Odparłem wstając. Chwilę potem Undertaker złapał mnie i oparł o murek.
-Gabriel; co z tobą?- Zapytał zaniepokojony.
-Zaraz… Zaraz mi przejdzie- odparłem szybko opierając się plecami o ceglany słupek. Zacisnąłem dłoń na kutej bramie oddychając ciężko.- To tylko zmęczenie, Sebastian…
-Na pewno wszystko gra?- Upewniał się Undertaker.
Skinąłem głową oddychając głęboko.
-Jak ci jest przy niej?- Zapytał z troską.
-Dobrze, czemu o to pytasz?
Undertaker zlustrował mnie uważnym spojrzeniem.
-Nie wyglądasz na specjalnie ucieszonego- zauważył uciekając oczami gdzieś na bok.- Wydaje mi się; że ona cię wykorzystuje…
-Nikt mnie nie wykorzystuje; Undertaker. Sam przysięgałem i zgodziłem się na to- odparłem z naciskiem.
-Rozumiem- odpowiedział opierając mi dłoń na ramieniu.- Ty ją po prostu kochasz- rzucił odchodząc.
Patrzyłem za nim póki nie zniknął w mroku, a w uszach ciągle miałem jego ostatnie słowa.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Cześć chłopaki- rzuciłam wchodząc do budynku Stowarzyszenia.
-Cally!- Niska dziewczyna wpadła na mnie z impetem, niemal ścinając mnie z nóg. Ściskając mnie mocno zaczęła ze mna tańczyć.
-Rany… Caroline..- Zatrzymałam szybko jej taniec powitalny.
Tori i reszta gapili się na dziewczynę obok zdziwieni. Paul gapił się na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy- czymś na kształt zaciekawienia zmieszanego z niepewnością.
-Dawno cię tu nie było- zauważyłam szturchając ją mocno.
-Wpadłabym wcześniej, gdybym wiedziała; że są tu takie ciacha- Stwierdziła przyglądając się z zaciekawieniem chłopakom.
Tori przytuliła się mocniej do Vincenta; patrząc ostrzegawczo na Caroline.
-Dwóch z tej trójki już ma dziewczyny- rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem.
-Najprzystojniejszy jest tamten- szepnęła mi do ucha strzelając oczami na Paula.
-Nie znam się na tym..- rzuciłam lekko.- Moja kuzynka; Caroline Raven.- Przedstawiłam.- Michael, Vincent; Tori i Paul- przedstawiłam po kolei.
-Miło mi- rzuciła lekko.
-Zestrzelony- rzucił Vincent szeptem do Michaela, który przewrócił oczami.
-To ja wpadnę później; bo robota czeka- rzuciła Caroline, idąc w stronę drzwi.- Narka- rzuciła na pożegnanie; a Paul odwrócił się, by za nią popatrzeć.
-Te; idziesz?- Rzuciła Tori przyglądając mu się.
-Aha.- rzucił z pewnym opóźnieniem dołączając do nas.- Tak właściwie; Callisto; po co ci ten dziennik?- Spytał.
-Może znajdę kilka ciekawych wskazówek..- zauważyłam z namysłem.- Szczególnie ciekawi mnie, czego u mnie w domu szukała Rada- zauważyłam.
-Nie lepiej po prostu zapytać?- Zastanowił się.
Poczułam się, jakby ktoś strzelił mi w łeb z gunshota, mówiąc:
-Wolałabym nie ściągać na siebie uwagi uczulonego na moje bezpieczeństwo chrzestnego- stwierdziłam wolno, z wyjątkową niechęcią.- Dosyć już mam słuchania wykładów typu „Cenne życie takiej jednej Raven”- Rzuciłam z ironią rozglądając się, czy w pobliżu nie ma mojego wujka.
-Hmm, może masz trochę racji- ustąpił ostrożnie.
Zapadła chwila niezręcznego milczenia, czas było zmienić temat na bardziej neutralny.
-Zastanawiam się; skąd ten facet nas zna i kim on w ogóle jest- powiedział Paul nagle.
-Na razie wiemy dwie rzeczy: był lekarzem; a teraz jest łowcą. Niezrzeszonym- powiedział z namysłem Michael.
-Skąd możesz wiedzieć, że niezrzeszony?- Zapytał Paul powoli.
-Nie miał ani naszego wisiorka, ani talizmanu Kundli- zauważyłam powoli.- Taa, było ciemno. Jakbyś nadal nie zauważył: jestem niestety wampirem- rzuciłam kpiąco.
-Lepiej widzisz, to fakt…- przyznał Paul.- Tylko…
-Jak on się tego wszystkiego nauczył?- Zapytała Tori.- Jak odróżnia w tłumie ludzi wampira? Skąd wie, jak ich zabijać? Sami mówiliście, że do tego trzeba lat praktyki..- Zauważyła zamykając drzwi pokoju.
-Może był kiedyś Zrzeszonym; a może to łowca samouk, bo wśród zwykłych ludzi i tacy się zdarzają. W dobie Google wampiry nie są żadną tajemnicą. To ludzie uznają je za zwykłą bajkę- odparłam padając na łóżko.- Zresztą, nawet zwyczajni ludzie wyczuwają wampiry- dodałam wpatrując się w sufit.- Na przykład ja. Większość szkoły wyczuwa, że jestem inna, niż wszyscy. Albo Rafael: gdy pojawia się w szkole w kiepskim humorze przyprawia innych o bóle głowy i osłabienie.
-Większość albo za nim szaleje; albo trzyma się z daleka- zauważył Vincent.
-Właśnie. Dziewczyny za nim biegają, a reszta albo się go boi, albo zastanawia się, co one w nim takiego widzą- potwierdziłam.
-Fakt, że jest niby przystojny; ale mnie się wydaję, że nie do końca o to chodzi, mam rację?- Spytała Tori.
-To mi nie wygląda na zwykły urok osobisty; tylko na… Tacy, jak on są chyba jak jakieś magnesy, czy coś…- powiedział Paul gryząc ciastko.
-Magnesy?- Vincent i Tori spojrzeli nań tak, jakby był nieco opóźniony.
-Paul ma rację z tymi magnesami. Jakkolwiek by tego nie nazwać są osoby, które ciągną do wampirów; ale są i tacy, którzy wolą kogoś takiego omijać- odezwał się Michael.
-A jak to jest z łowcami?- Zapytała Tori z zaciekawieniem.
-To zależy czy pytasz o mnie i Callisto; czy ogólnie- zauważył Michael wiedząc, do czego Tori pije.
-Powiedzmy, że pytam ogólnie- szatynka wzruszyła ramionami.
-Większość łowców, częściej rodowi, ma tak zwany „syndrom nienawiści wrodzonej”. Jeśli taki łowca wyczuje w pobliżu wampira, to zapala się mu taka czerwona lampka. Taki łowca śledzi pijawkę tak długo aż jej nie załatwi.
-Nasi nazywają takich „sportowcami”: obecnie to gatunek zagrożony wyginięciem- zażartował Michael wpadając mi w zdanie.- Większość łowców trzyma się zleceń i nie świruje
-Inni mają „nienawiść nabytą”. Są to głównie ludzie, którzy uciekli z rzezi; które pijawy urządzały przez wieki.
-Na przykład…?- Zapytał Vincent.- Jakieś wydarzenie z historii?
-Hmmm. Z historii świata: upadek Konstantynopola; albo bardziej słynny hrabia Dracula.- Wzruszyłam ramionami.- Ten ostatni to w sumie przeżytek; bo wcale nie był wampirem, tylko zwykłym księciem słynącym w historii z okrucieństwa.
-A z trochę bliższej historii?- Spytał ciemnooki.
-Kryształowa Noc, kilka lat temu.- Odparłam.- Większość łowców nie chce o tym mówić, więc lepiej nawet nie pytać. To dość drażliwy temat, bo wielu łowczych straciło rodziny.
-A ten Wadera, o którym mówił kilka dni temu Moon?- Zapytał Paul.- To też podobno jakaś wasza legenda.
Podniosłam się i usiadłam na łóżku.
-Claude Marius Wolf, herbu Wadera. Mój ostatni partner łowczy, który ocalił mi życie… Cholerny zakochany w sobie dupek. Miałby teraz dwadzieścia trzy lata- odezwałam się po dłuższej chwili ponuro.- Jako jedyny zabił poprzedniego przewodniczącego Rady Wampirów. W zemście za swoją rodzinę; którą wampiry wymordowały. On sam przez pewien czas był w podziemiu pijaw. Nigdy nie wspominał piekła; które tam przeszedł; poza jedną naszą rozmową… Obudziłam się o trzeciej w nocy, a on siedział sobie na oknie i się na mnie gapił; kłócąc się o coś szeptem z Lucianem, który kazał mu spływać i przyjść o normalnej porze; ale Marius; jak to Marius: zawsze robił, co chciał i nikogo nie pytał o zdanie, więc został. Poza tym był trochę wstawiony i nie wiem, czemu; ale zdawało mi się, że Lucian naprawdę cholernie nie lubił Mariusa…
-To przez niego zawsze lądowałaś w kłopotach; Callisto Anabelle, a i mnie obrywało się potem od panicza- powiedział z jawną niechęcią głos od okna.
-Akurat. Obaj nigdy się nie kłóciliście- wydęłam wargę patrząc nań ironicznie.
-Kłóciliśmy się wiele razy i nawet tego nie zauważałaś- Lucian uśmiechnął się delikatnie wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.
-Wiesz z jakiego powodu był moim ulubionym paniczem?- Spytał nadal patrząc na gwiazdy. Ostrożnie pokręciłam głową, że nie wiem.- Twój ojciec, Cristopher, jako jedyny z Ravenów potrafił zawsze postawić na swoim. Umiał też mnie nie wkurzać- wzruszył ramionami obracając w palcach stary klucz.- A, co do Wadery: nie do końca go nie lubiłem. Tolerowałem go; bo cię chronił..- i zniknął za oknem.
-Ostatnio dziwnie się zachowuje, co nie?- Spytała Tori ostrożnie.
-Trochę…- przytaknęłam zmartwiona.- Ostatnio jest jakby… Coraz dalej..- powiedziałam w zamyśleniu.
Śledziłem tego mężczyznę aż dotarł do domu. Dziwne, że skądś go kojarzyłem…
-Myśl; Lucian… Myśl, do diaska…- mruknąłem usiłując przyczepić do tej twarzy jakieś nazwisko, wspomnienie; cokolwiek, co pomogłoby mi sobie przypomnieć, gdzie go widziałem. Nic z tego.
-Cholera..- Zawisłem nogami na gałęzi; przeklinajac pod nosem. Widząc idących chodnikiem ludzi zeskoczyłem z drzewa. Nastolatki z klasy Callisto; oparłem się o pień i zapaliłem powoli wpatrując się w dom z białej cegły pokryty ciemnobrązową dachówką.
-Czemu Raven zawsze ma najlepszych chłopaków?- Zapytała ze złością jedna z idacych w grupie dziewcząt.
-Bo to po prostu Raven- oznajmił chłopak idący obok niej.- Jest ładna, więc się chłopaki za nią oglądają.
-Ty też się na nią gapisz- burknęła wściekła dziewczyna.
-Ona i tak nie zwraca na to uwagi. Poza tym ma już chłopaka- zauważył starając się brzmieć obojętnie.
-Nie denerwuj mnie..- warknęła blondynka patrząc nań spode łba. Byli tak bardzo pogrążeni w kłótni, i rozmowie z resztą przyjaciół; że nie zauważyli idących z przeciwka czarnych peleryn.
Klucz w mojej dłoni błysnął zmieniając się w miecz.
Jedna z czarnych peleryn przyciągnęła blondwłosą dziewczynę, kłócący się z nią wcześniej chłopak zareagował rzuceniem się na napastnika; który szybkim ciosem posłał go na bok w jakiś mur. Reszta zaczęła się cofać. Dziewczyny w krzyk.
-Puść ją, śmieciu Rady!- Warknąłem obracając w dłoni miecz.
-Mikael; cóż za spotkanie- odparł chłopak ze złotą przypinką. Grupa nastolatków rozstąpiła się pozwalając mi przejść.
-Powiedziałem, żebyś ją puścił- oznajmiłem chłodno.
-Bo; co mi zrobisz?- Zadrwił wampir zasłaniając się blondynką jak tarczą.
-Mnie na niej nie zależy; co innego mojej panience- zauważyłem kręcąc młynka mieczem.
Pierwszego atakującego mnie wampira posłałem kopniakiem w najbliszy murowany płot. Drugiego przebiłem klingą miecza; łapiąc równocześnie drugą ręką innego za kark; który po chwili mu skręciłem.
Oparłem but na ramieniu blondyna i wyszarpnąłem miecz.
-Ostrzegam ostatni raz; Shian..- oznajmiłem chłodno zaciągając się dymem. Kolejny atakujący mnie wampir oberwał rękojeścią broni i cofnął się lekko zamroczony.
Odepchnął dziewczynę do jednego ze swoich i wyciągając sztylet rzucił się ku mnie. Podniosłem gardę i broń zwarła się ze szczękiem. Szurnąłem butami po mokrym asfalcie i odbijając kolejny cios obróciłem się i przywaliłem mu łokciem w mostek. Odskoczył i ponowił atak z rozpędu.
-Jak zawsze wierny i posłuszny swojej pani, co?- Warknął atakując z niesamowitą szybkością. Broń zwierając się krzesała iskry.
-To mój sens istnienia tutaj- odparłem spokojnie uchylając się przed kolejnym atakiem.
-Posłuszeństwo jest do chrzanu, sam o tym wiesz; Mikaelis! Obaj zdradziliśmy już dawno temu- odbił mój atak; zdejmując opaskę z oka; które błysnęło srebrem.
-Ty zdradziłeś i zabiłeś Doll- odwarknąłem przez zaciśnięte zęby.
-Nie; bracie.. To ty przebiłeś ją mieczem- odparł uśmiechając się obrzydliwie.
-Nie jesteś moim bratem, ty podła; zakłamana żmijo!- Kopnąłem go mocno; odleciał ode mnie i wylądował na nogach kilka metrów dalej.
-Jesteś ranny- odezwała się jedna z dziewczyn.
-Cofnij się- odparłem nie patrząc na nią. Shian wraz z pozostałymi przy życiu wampirami zniknęli.
Miecz błysnął zmieniając się w klucz; który wsunąłem do wewnętrznej kieszeni.
Powoli podszedłem do chłopaka leżącego pod murem. Splunął krwią sycząc z bólu.
-Leż spokojnie; masz złamane żebro.- zwróciłem się ku reszcie.- Ty! Dzwoń po karetkę.- Rzuciłem ostro do chłopaka najbliżej. Ruszyłem zobaczyć, co z dziewczyną.
-Co z nią?- Spytał chłopak obok zaskakująco spokojnie.
-Tylko zemdlała- odpowiedziałem.- Nikomu innemu nic się nie stało?
-Z resztą w porządku- odpowiedział ostrożnie.- Kim oni byli; co?- Zapytał ostrożnie.
-Nieważne- odparłem. Nie miałem o co się martwić: policja nie uwierzy w istnienie wampirów i kluczy zmieniających się w miecze; lub inne tego typu opowiastki. -Nadal krwawisz; koleś- zauważył.
Spojrzałem na lewe przedramię i wyciągając z kieszeni opatrunek zająłem się zranieniem. Zaraz się zaleczy; ale mniejsza z tym. Podniosłem wzrok słysząc francuską pieśń żałobną. Od zakrętu szedł na piechotę Undertaker z baseballem opartym o ramię.
-Znów ten świr…- mruknął chłopak niechętnie.
Pieśń nagle zamarła chłopakowi na ustach.
-Nawet kumpli na rozróbę nie zapraszasz; Gabriel?- Rzucił z wyrzutem.
-Mnie też miło cię widzieć; Sebastian- odparłem przyglądając mu się.- Po co ci ten kij?- Spytałem z ironią.
-Ostatnio nigdzie się nie ruszam bez porządnej pały- odparł Sebastian.- Teraz wszędzie można oberwać po ryju.. Nawet policja nic nie może z tym zrobić, a oni są dosłownie wszędzie. Gabriel; słuchasz mnie?- Zapytał machając mi dłonią przed nosem.
-Taa; słucham.- Odparłem wstając. Chwilę potem Undertaker złapał mnie i oparł o murek.
-Gabriel; co z tobą?- Zapytał zaniepokojony.
-Zaraz… Zaraz mi przejdzie- odparłem szybko opierając się plecami o ceglany słupek. Zacisnąłem dłoń na kutej bramie oddychając ciężko.- To tylko zmęczenie, Sebastian…
-Na pewno wszystko gra?- Upewniał się Undertaker.
Skinąłem głową oddychając głęboko.
-Jak ci jest przy niej?- Zapytał z troską.
-Dobrze, czemu o to pytasz?
Undertaker zlustrował mnie uważnym spojrzeniem.
-Nie wyglądasz na specjalnie ucieszonego- zauważył uciekając oczami gdzieś na bok.- Wydaje mi się; że ona cię wykorzystuje…
-Nikt mnie nie wykorzystuje; Undertaker. Sam przysięgałem i zgodziłem się na to- odparłem z naciskiem.
-Rozumiem- odpowiedział opierając mi dłoń na ramieniu.- Ty ją po prostu kochasz- rzucił odchodząc.
Patrzyłem za nim póki nie zniknął w mroku, a w uszach ciągle miałem jego ostatnie słowa.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Cześć chłopaki- rzuciłam wchodząc do budynku Stowarzyszenia.
-Cally!- Niska dziewczyna wpadła na mnie z impetem, niemal ścinając mnie z nóg. Ściskając mnie mocno zaczęła ze mna tańczyć.
-Rany… Caroline..- Zatrzymałam szybko jej taniec powitalny.
Tori i reszta gapili się na dziewczynę obok zdziwieni. Paul gapił się na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy- czymś na kształt zaciekawienia zmieszanego z niepewnością.
-Dawno cię tu nie było- zauważyłam szturchając ją mocno.
-Wpadłabym wcześniej, gdybym wiedziała; że są tu takie ciacha- Stwierdziła przyglądając się z zaciekawieniem chłopakom.
Tori przytuliła się mocniej do Vincenta; patrząc ostrzegawczo na Caroline.
-Dwóch z tej trójki już ma dziewczyny- rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem.
-Najprzystojniejszy jest tamten- szepnęła mi do ucha strzelając oczami na Paula.
-Nie znam się na tym..- rzuciłam lekko.- Moja kuzynka; Caroline Raven.- Przedstawiłam.- Michael, Vincent; Tori i Paul- przedstawiłam po kolei.
-Miło mi- rzuciła lekko.
-Zestrzelony- rzucił Vincent szeptem do Michaela, który przewrócił oczami.
-To ja wpadnę później; bo robota czeka- rzuciła Caroline, idąc w stronę drzwi.- Narka- rzuciła na pożegnanie; a Paul odwrócił się, by za nią popatrzeć.
-Te; idziesz?- Rzuciła Tori przyglądając mu się.
-Aha.- rzucił z pewnym opóźnieniem dołączając do nas.- Tak właściwie; Callisto; po co ci ten dziennik?- Spytał.
-Może znajdę kilka ciekawych wskazówek..- zauważyłam z namysłem.- Szczególnie ciekawi mnie, czego u mnie w domu szukała Rada- zauważyłam.
-Nie lepiej po prostu zapytać?- Zastanowił się.
Poczułam się, jakby ktoś strzelił mi w łeb z gunshota, mówiąc:
-Wolałabym nie ściągać na siebie uwagi uczulonego na moje bezpieczeństwo chrzestnego- stwierdziłam wolno, z wyjątkową niechęcią.- Dosyć już mam słuchania wykładów typu „Cenne życie takiej jednej Raven”- Rzuciłam z ironią rozglądając się, czy w pobliżu nie ma mojego wujka.
-Hmm, może masz trochę racji- ustąpił ostrożnie.
Zapadła chwila niezręcznego milczenia, czas było zmienić temat na bardziej neutralny.
-Zastanawiam się; skąd ten facet nas zna i kim on w ogóle jest- powiedział Paul nagle.
-Na razie wiemy dwie rzeczy: był lekarzem; a teraz jest łowcą. Niezrzeszonym- powiedział z namysłem Michael.
-Skąd możesz wiedzieć, że niezrzeszony?- Zapytał Paul powoli.
-Nie miał ani naszego wisiorka, ani talizmanu Kundli- zauważyłam powoli.- Taa, było ciemno. Jakbyś nadal nie zauważył: jestem niestety wampirem- rzuciłam kpiąco.
-Lepiej widzisz, to fakt…- przyznał Paul.- Tylko…
-Jak on się tego wszystkiego nauczył?- Zapytała Tori.- Jak odróżnia w tłumie ludzi wampira? Skąd wie, jak ich zabijać? Sami mówiliście, że do tego trzeba lat praktyki..- Zauważyła zamykając drzwi pokoju.
-Może był kiedyś Zrzeszonym; a może to łowca samouk, bo wśród zwykłych ludzi i tacy się zdarzają. W dobie Google wampiry nie są żadną tajemnicą. To ludzie uznają je za zwykłą bajkę- odparłam padając na łóżko.- Zresztą, nawet zwyczajni ludzie wyczuwają wampiry- dodałam wpatrując się w sufit.- Na przykład ja. Większość szkoły wyczuwa, że jestem inna, niż wszyscy. Albo Rafael: gdy pojawia się w szkole w kiepskim humorze przyprawia innych o bóle głowy i osłabienie.
-Większość albo za nim szaleje; albo trzyma się z daleka- zauważył Vincent.
-Właśnie. Dziewczyny za nim biegają, a reszta albo się go boi, albo zastanawia się, co one w nim takiego widzą- potwierdziłam.
-Fakt, że jest niby przystojny; ale mnie się wydaję, że nie do końca o to chodzi, mam rację?- Spytała Tori.
-To mi nie wygląda na zwykły urok osobisty; tylko na… Tacy, jak on są chyba jak jakieś magnesy, czy coś…- powiedział Paul gryząc ciastko.
-Magnesy?- Vincent i Tori spojrzeli nań tak, jakby był nieco opóźniony.
-Paul ma rację z tymi magnesami. Jakkolwiek by tego nie nazwać są osoby, które ciągną do wampirów; ale są i tacy, którzy wolą kogoś takiego omijać- odezwał się Michael.
-A jak to jest z łowcami?- Zapytała Tori z zaciekawieniem.
-To zależy czy pytasz o mnie i Callisto; czy ogólnie- zauważył Michael wiedząc, do czego Tori pije.
-Powiedzmy, że pytam ogólnie- szatynka wzruszyła ramionami.
-Większość łowców, częściej rodowi, ma tak zwany „syndrom nienawiści wrodzonej”. Jeśli taki łowca wyczuje w pobliżu wampira, to zapala się mu taka czerwona lampka. Taki łowca śledzi pijawkę tak długo aż jej nie załatwi.
-Nasi nazywają takich „sportowcami”: obecnie to gatunek zagrożony wyginięciem- zażartował Michael wpadając mi w zdanie.- Większość łowców trzyma się zleceń i nie świruje
-Inni mają „nienawiść nabytą”. Są to głównie ludzie, którzy uciekli z rzezi; które pijawy urządzały przez wieki.
-Na przykład…?- Zapytał Vincent.- Jakieś wydarzenie z historii?
-Hmmm. Z historii świata: upadek Konstantynopola; albo bardziej słynny hrabia Dracula.- Wzruszyłam ramionami.- Ten ostatni to w sumie przeżytek; bo wcale nie był wampirem, tylko zwykłym księciem słynącym w historii z okrucieństwa.
-A z trochę bliższej historii?- Spytał ciemnooki.
-Kryształowa Noc, kilka lat temu.- Odparłam.- Większość łowców nie chce o tym mówić, więc lepiej nawet nie pytać. To dość drażliwy temat, bo wielu łowczych straciło rodziny.
-A ten Wadera, o którym mówił kilka dni temu Moon?- Zapytał Paul.- To też podobno jakaś wasza legenda.
Podniosłam się i usiadłam na łóżku.
-Claude Marius Wolf, herbu Wadera. Mój ostatni partner łowczy, który ocalił mi życie… Cholerny zakochany w sobie dupek. Miałby teraz dwadzieścia trzy lata- odezwałam się po dłuższej chwili ponuro.- Jako jedyny zabił poprzedniego przewodniczącego Rady Wampirów. W zemście za swoją rodzinę; którą wampiry wymordowały. On sam przez pewien czas był w podziemiu pijaw. Nigdy nie wspominał piekła; które tam przeszedł; poza jedną naszą rozmową… Obudziłam się o trzeciej w nocy, a on siedział sobie na oknie i się na mnie gapił; kłócąc się o coś szeptem z Lucianem, który kazał mu spływać i przyjść o normalnej porze; ale Marius; jak to Marius: zawsze robił, co chciał i nikogo nie pytał o zdanie, więc został. Poza tym był trochę wstawiony i nie wiem, czemu; ale zdawało mi się, że Lucian naprawdę cholernie nie lubił Mariusa…
-To przez niego zawsze lądowałaś w kłopotach; Callisto Anabelle, a i mnie obrywało się potem od panicza- powiedział z jawną niechęcią głos od okna.
-Akurat. Obaj nigdy się nie kłóciliście- wydęłam wargę patrząc nań ironicznie.
-Kłóciliśmy się wiele razy i nawet tego nie zauważałaś- Lucian uśmiechnął się delikatnie wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.
-Wiesz z jakiego powodu był moim ulubionym paniczem?- Spytał nadal patrząc na gwiazdy. Ostrożnie pokręciłam głową, że nie wiem.- Twój ojciec, Cristopher, jako jedyny z Ravenów potrafił zawsze postawić na swoim. Umiał też mnie nie wkurzać- wzruszył ramionami obracając w palcach stary klucz.- A, co do Wadery: nie do końca go nie lubiłem. Tolerowałem go; bo cię chronił..- i zniknął za oknem.
-Ostatnio dziwnie się zachowuje, co nie?- Spytała Tori ostrożnie.
-Trochę…- przytaknęłam zmartwiona.- Ostatnio jest jakby… Coraz dalej..- powiedziałam w zamyśleniu.
Gabriel Mikaelis; anioł rodu Raven.
-Tylko dlatego, że ją chroniłeś; mogłeś spocząć w spokoju…- mruknąłem wpatrując się w powoli szarzejące niebo.- Tylko dlatego; że kochałeś ją tak samo, jak ja nie posłałem cię do piekła; Wadera…- dodałem zaciągając się dymem.
Jako archanioł i zarazem anioł dobrej śmierci; a jednocześnie anioł rodu często pracowałem tak jakby na dwie zmiany.
-Żegnaj… Szafirku- szum wiatru czasem zdawał się szeptać jego głosem.
Poczułem oplatające mnie smukłe kobiece ramiona i ciepły oddech owiewający mój kark.
-Myślałem, że starasz się budować więź ze swoim paniczem- Zacząłem czując płomienną moc przechodzącą przeze mnie.
-Staram się; ale czasem nic z tego nie rozumiem- burknęła jak mała dziewczynka.- Panicz czasem zachowuje się po prostu dziwnie…
-Mnie się zdawało; że Michael od zawsze zachowuje się trochę dziwnie- zauważyłem ostrożnie.
-Może to przez twoją Callisto, nie zastanawiałeś się nad tym?- Spytała z ironicznym grymasem.
Odwróciłem się szybko w jej ramionach i przycisnąłem ją sobą do tej ściany.
-Obrażasz moją panienkę- powiedziałem patrząc głęboko w jej ogniste oczy, zbliżyłem twarz do jej twarzy.
-Nie powinnam tego mówić; Lucian…- zaczęła przepraszająco; oddychając głęboko.- Nie wiem, dlaczego… Czasem… Często mam takie dziwne myśli…- zwierzyła się nieco skrępowana.
-To znaczy jakie myśli…- zacząłem niepewnie i nieco podejrzliwie.
Otworzyła usta, lecz długą chwilę wahała się nic nie mówiąc.
-Obiecasz, że Mikail o niczym się nie dowie?- Zapytała nieco przestraszona.
-Tylko dlatego, że ją chroniłeś; mogłeś spocząć w spokoju…- mruknąłem wpatrując się w powoli szarzejące niebo.- Tylko dlatego; że kochałeś ją tak samo, jak ja nie posłałem cię do piekła; Wadera…- dodałem zaciągając się dymem.
Jako archanioł i zarazem anioł dobrej śmierci; a jednocześnie anioł rodu często pracowałem tak jakby na dwie zmiany.
-Żegnaj… Szafirku- szum wiatru czasem zdawał się szeptać jego głosem.
Poczułem oplatające mnie smukłe kobiece ramiona i ciepły oddech owiewający mój kark.
-Myślałem, że starasz się budować więź ze swoim paniczem- Zacząłem czując płomienną moc przechodzącą przeze mnie.
-Staram się; ale czasem nic z tego nie rozumiem- burknęła jak mała dziewczynka.- Panicz czasem zachowuje się po prostu dziwnie…
-Mnie się zdawało; że Michael od zawsze zachowuje się trochę dziwnie- zauważyłem ostrożnie.
-Może to przez twoją Callisto, nie zastanawiałeś się nad tym?- Spytała z ironicznym grymasem.
Odwróciłem się szybko w jej ramionach i przycisnąłem ją sobą do tej ściany.
-Obrażasz moją panienkę- powiedziałem patrząc głęboko w jej ogniste oczy, zbliżyłem twarz do jej twarzy.
-Nie powinnam tego mówić; Lucian…- zaczęła przepraszająco; oddychając głęboko.- Nie wiem, dlaczego… Czasem… Często mam takie dziwne myśli…- zwierzyła się nieco skrępowana.
-To znaczy jakie myśli…- zacząłem niepewnie i nieco podejrzliwie.
Otworzyła usta, lecz długą chwilę wahała się nic nie mówiąc.
-Obiecasz, że Mikail o niczym się nie dowie?- Zapytała nieco przestraszona.
Ciężka sprawa ciągnąć dalej to kłamstewko; ale i coraz ciężej bedzie się potem przyznać.
-Dobrze, nikomu nie powiem- odparłem ostrożnie.
Jej twarz pokryła się rumieńcem, a oczy utkwiły na chwilę gdzieś poza wszystkim.
-Bo ja… Bardzo często zastanawiam się nad różnymi rzeczami- odezwała się kulawo.- Wiesz… Chyba nie masz nic przeciwko…
-Przeciwko czemu?- Zapytałem zdziwiony jej zachowaniem. Poczułem jej dłoń na swoim policzku i jej lekki pocałunek. Gapiłem się na nią zdumiony, że to zrobiła.. Właściwie to było nawet przyjemne.
-Nie, Jane…- z trudnością opanowałem się i odsunąłem lekko.- Nie możesz… Nie możemy…- powiedziałem z żalem.
-Ty po prostu kochasz tylko ją… Trudno…- odparła smutno, cofając dłonie. Opuściła powoli ręce wbijając wzrok w ziemię.
*********************
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Nazajutrz rano, budynek liceum.
Wokół słychać gwar zaaferowanych głosów i piski licealistek.
-Pewnie, że przystojny- rzuciła jedna z trzecioklasistek.
-Trochę przerażający- dodała inna.
-Po prostu poważny- skwitowała jedna pierwszoklasistek.
-Słodziaczek- rzuciła wysoka rudowłosa.
-Co jest?- Zapytał zdziwiony Vincent.
-Szum większy, niż na walentynki- dodał Paul zamykając szafkę.
-Ciekawe…- zauważyłam powoli.
-Tssk! Idzie!- Rzuciła jakaś dziewczyna szeptem.
Tłum uczniów rozstąpił się przed idącym korytarzem ubranym na czarno wysokim brunetem.
Widząc tę twarz poczułam; jakbym ddostaław twarz patelnią.
-Deja vu, czy co; na Kulawe Aniołki…?- Mruknęłam przyglądając mu się.
-Nowy nauczyciel? Na koniec roku?- Zapytała z zaskoczeniem Tori.
-Dziwna sprawa- zauważył Michael.- Czego bedzie uczył…?
-Historii; Delacroix idzie niedługo na emeryturę- rzuciła za nami Cordellia.
-Skąd wiesz?- Spytał Paul.
-Samorząd uczniowski: informacje z pierwszej ręki- odparła przeciągając się. Nasunęła okulary na nos.- Cała rzesza dziewczyn; ledwo się zjawił; już się w nim buja..
-No to Paul już nie znajdzie dziewczyny- zakpił Vincent.
-Wal się- burknął Paul urażony.
-Nie przejmuj się, Tanner- Cordellia przechodząc puściła mu oczko.
-Ej… My teraz mamy historię…- zauważyła Tori.
-Pierwsza klasa; którą będzie gnębił to my…?.- Jęknął Michael zbolałym głosem, krzywiąc się.
-Na to wygląda…- westchnął ciężko Rodriguez.
Jej twarz pokryła się rumieńcem, a oczy utkwiły na chwilę gdzieś poza wszystkim.
-Bo ja… Bardzo często zastanawiam się nad różnymi rzeczami- odezwała się kulawo.- Wiesz… Chyba nie masz nic przeciwko…
-Przeciwko czemu?- Zapytałem zdziwiony jej zachowaniem. Poczułem jej dłoń na swoim policzku i jej lekki pocałunek. Gapiłem się na nią zdumiony, że to zrobiła.. Właściwie to było nawet przyjemne.
-Nie, Jane…- z trudnością opanowałem się i odsunąłem lekko.- Nie możesz… Nie możemy…- powiedziałem z żalem.
-Ty po prostu kochasz tylko ją… Trudno…- odparła smutno, cofając dłonie. Opuściła powoli ręce wbijając wzrok w ziemię.
*********************
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Nazajutrz rano, budynek liceum.
Wokół słychać gwar zaaferowanych głosów i piski licealistek.
-Pewnie, że przystojny- rzuciła jedna z trzecioklasistek.
-Trochę przerażający- dodała inna.
-Po prostu poważny- skwitowała jedna pierwszoklasistek.
-Słodziaczek- rzuciła wysoka rudowłosa.
-Co jest?- Zapytał zdziwiony Vincent.
-Szum większy, niż na walentynki- dodał Paul zamykając szafkę.
-Ciekawe…- zauważyłam powoli.
-Tssk! Idzie!- Rzuciła jakaś dziewczyna szeptem.
Tłum uczniów rozstąpił się przed idącym korytarzem ubranym na czarno wysokim brunetem.
Widząc tę twarz poczułam; jakbym ddostaław twarz patelnią.
-Deja vu, czy co; na Kulawe Aniołki…?- Mruknęłam przyglądając mu się.
-Nowy nauczyciel? Na koniec roku?- Zapytała z zaskoczeniem Tori.
-Dziwna sprawa- zauważył Michael.- Czego bedzie uczył…?
-Historii; Delacroix idzie niedługo na emeryturę- rzuciła za nami Cordellia.
-Skąd wiesz?- Spytał Paul.
-Samorząd uczniowski: informacje z pierwszej ręki- odparła przeciągając się. Nasunęła okulary na nos.- Cała rzesza dziewczyn; ledwo się zjawił; już się w nim buja..
-No to Paul już nie znajdzie dziewczyny- zakpił Vincent.
-Wal się- burknął Paul urażony.
-Nie przejmuj się, Tanner- Cordellia przechodząc puściła mu oczko.
-Ej… My teraz mamy historię…- zauważyła Tori.
-Pierwsza klasa; którą będzie gnębił to my…?.- Jęknął Michael zbolałym głosem, krzywiąc się.
-Na to wygląda…- westchnął ciężko Rodriguez.
-Wejdźcie; uczniowie: zapraszam- rzucił lekko brunet nie odwracając wzroku od swojej lektury.
Wszyscy weszliśmy. Poczekał aż zajmiemy miejsca odkładając podniszczoną książkę na biurko, wstał powoli.
-Nazywam się Victor Bergmann i od dziś będę waszym nauczycielem. Liczę na owocną współpracę- rzucił krótko.
Wszyscy patrzyli po sobie niepewnie.
-Nie gryzę, możecie zadawać pytania- powiedział lekko opierając się tyłem o biurko.
W klasie zawrzało wszyscy rzucali pytania jeden przez drugiego. Czarnooki uciszył wszystko ruchem ręki.
-Spokojnie. Po kolei- pouczył.
-Szykuje się godzina zapoznawcza; z nowym belfrem- rzuciła szeptem Tori.
Pytania były mało znaczące, niekiedy nawet trochę głupie i ciekawskie.
Wtedy jedna z dziewczyn zapytała o kwestię; która nurtowała wszystkich:
-Skąd ta blizna na pana twarzy?- Zaczęła Ana Maxwell nieśmiało.
Bergmann uśmiechnął się blado.
-To cena za życie, które prowadziłem- odparł spokojnie omijając temat; lecz zabrzmiało to bardzo tajemniczo.
Wszyscy weszliśmy. Poczekał aż zajmiemy miejsca odkładając podniszczoną książkę na biurko, wstał powoli.
-Nazywam się Victor Bergmann i od dziś będę waszym nauczycielem. Liczę na owocną współpracę- rzucił krótko.
Wszyscy patrzyli po sobie niepewnie.
-Nie gryzę, możecie zadawać pytania- powiedział lekko opierając się tyłem o biurko.
W klasie zawrzało wszyscy rzucali pytania jeden przez drugiego. Czarnooki uciszył wszystko ruchem ręki.
-Spokojnie. Po kolei- pouczył.
-Szykuje się godzina zapoznawcza; z nowym belfrem- rzuciła szeptem Tori.
Pytania były mało znaczące, niekiedy nawet trochę głupie i ciekawskie.
Wtedy jedna z dziewczyn zapytała o kwestię; która nurtowała wszystkich:
-Skąd ta blizna na pana twarzy?- Zaczęła Ana Maxwell nieśmiało.
Bergmann uśmiechnął się blado.
-To cena za życie, które prowadziłem- odparł spokojnie omijając temat; lecz zabrzmiało to bardzo tajemniczo.
-Dziwny zbieg okoliczności?- Zapytałam; gdy szliśmy w stronę sali chemicznej.
-Odpada- powiedział Vincent pogrążony w myślach.
-Co to za zamieszanie wokół niego?- Zaczęła Tori ostrożnie.
-To mi się nie podoba..- Zauważył podejrzliwie Paul.
Wtedy zauważyliśmy mijających się Bergmanna i Greya. Spojrzenia obu mężczyzn nagle się spotkały- patrzyli na siebie z nieukrywaną rezerwą. Trwało to ledwie sekundę; a Vincent stwierdził:
-Już widać, że wzajemnie się nienawidzą- oznajmił obserwując obu nauczycieli.
-Odpada- powiedział Vincent pogrążony w myślach.
-Co to za zamieszanie wokół niego?- Zaczęła Tori ostrożnie.
-To mi się nie podoba..- Zauważył podejrzliwie Paul.
Wtedy zauważyliśmy mijających się Bergmanna i Greya. Spojrzenia obu mężczyzn nagle się spotkały- patrzyli na siebie z nieukrywaną rezerwą. Trwało to ledwie sekundę; a Vincent stwierdził:
-Już widać, że wzajemnie się nienawidzą- oznajmił obserwując obu nauczycieli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz