Idąc rozmawialiśmy z Tori o różnych sprawach. Jakby pod wpływem szepczącego głosu śpiewającego francuską pieśń żałobną, przystanęliśmy nagle, jakby wryło nas w ścieżkę przykościelnego parku. W pewnej chwili Sebastian wyraźnie się nad czymś zamyślił. Leżąc na ławce wpatrzony w niebo prześwitujące przez korony drzew wyglądał jakby wspominał bardzo stare czasy. W tej samej chwili ledwie słyszalnie zaklął i zmienił repertuar na jakąś piosenkę, czesto graną w radiu. Spojrzał na zegarek na nadgarstku lewej ręki znudzonym wzrokiem i rozejrzał się po parku; podrzucając w dłoni jakiś przedmiot, gdy w jego kieszeni rozdzwonił się telefon.
-Na litość boską, czego..- jęknął sięgając do czarnych spodni. Wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz.- Dodzwoniłeś się na piekielnie gorącą linię. Operatorka Rachel, słucham- na dźwięk tego uwodzicielskiego tonu zacząłem cicho rechotać, a Tori spojrzała na mnie dziwnie. Undertaker westchnął ciężko.
-Co mówił Boss?- Zapytał po namyśle.- Nie no... W razie czego; pisz tak, jak zawsze. Niech kamieniarze mają robotę; chyba, że zgłosi się jakaś rodzina.. Wtedy będzie wiadomo. A w Schronisku nic nie wiedzą?- Spytał, jakby coś przyszło mu do głowy. Słuchał chwilę odpowiedzi.- No; to zobaczymy.. No, cześć.- Powoli wcisnął telefon w kieszeń i wrócił do swojej ulubionej pieśni żałobnej.
-Płomień i krasnoludek- rzucił z nagłą ironią nie otwierając oczu.
Tori prychnęła gniewnie, a ja spytałem:
-Czyżbyś miał jakąś sprawę; Undertaker..?- Zacząłem ostrożnie.
Sebastian bardzo powoli uniósł powieki i spojrzał na mnie z boku.
-To zależy; czy coś wiesz- stwierdził swoim hipnotyzującym głosem, sięgając za pazuchę. Wyciągnął stamtąd fotografię, rzuciłem na nią okiem. Barczysty mężczyzna obejmował niską urodziwą kobietkę. Blondynkę. Między nimi stał roześmiany chłopak w moim wieku. W oczy rzuciła mi się charakterystyczna skośna, poszarpana blizna na policzku.
-Popytam; może czegoś się dowiem- odparłem, klepiąc dyskretnie Tori. Oddałem Sebastianowi fotkę.
-Na litość boską, czego..- jęknął sięgając do czarnych spodni. Wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz.- Dodzwoniłeś się na piekielnie gorącą linię. Operatorka Rachel, słucham- na dźwięk tego uwodzicielskiego tonu zacząłem cicho rechotać, a Tori spojrzała na mnie dziwnie. Undertaker westchnął ciężko.
-Co mówił Boss?- Zapytał po namyśle.- Nie no... W razie czego; pisz tak, jak zawsze. Niech kamieniarze mają robotę; chyba, że zgłosi się jakaś rodzina.. Wtedy będzie wiadomo. A w Schronisku nic nie wiedzą?- Spytał, jakby coś przyszło mu do głowy. Słuchał chwilę odpowiedzi.- No; to zobaczymy.. No, cześć.- Powoli wcisnął telefon w kieszeń i wrócił do swojej ulubionej pieśni żałobnej.
-Płomień i krasnoludek- rzucił z nagłą ironią nie otwierając oczu.
Tori prychnęła gniewnie, a ja spytałem:
-Czyżbyś miał jakąś sprawę; Undertaker..?- Zacząłem ostrożnie.
Sebastian bardzo powoli uniósł powieki i spojrzał na mnie z boku.
-To zależy; czy coś wiesz- stwierdził swoim hipnotyzującym głosem, sięgając za pazuchę. Wyciągnął stamtąd fotografię, rzuciłem na nią okiem. Barczysty mężczyzna obejmował niską urodziwą kobietkę. Blondynkę. Między nimi stał roześmiany chłopak w moim wieku. W oczy rzuciła mi się charakterystyczna skośna, poszarpana blizna na policzku.
-Popytam; może czegoś się dowiem- odparłem, klepiąc dyskretnie Tori. Oddałem Sebastianowi fotkę.
-Ty wiesz, kim jest ten facet..- zauważyła wolno Tori; gdy szliśmy lasem.
Do budynku Stowarzyszenia zostało niecałe pół kilometra.
-Przypuszczam, ale nie mam pewności- odpowiedziałem spokojnie.- Muszę jakoś delikatnie zapytać Jake'a.
-Od kiedy jesteście takimi super kumplami?-Zapytała podejrzliwie.
-Nie jesteśmy; po prostu wzajemnie się tolerujemy- odparłem z szerokim ironicznym uśmiechem.- Jesteśmy w jednej łowczej ekipie i tyle- skwitowałem ze wzruszeniem ramion. Na widok stojącego na schodach mojego ojca zrobiło mi się zimno.
-Zaraz będzie rodzicielski armageddon..- mruknąłem z niechęcią.- Spotkamy się później; Miles- rzuciłem na pożegnanie; idąc w stronę ojca.
Do budynku Stowarzyszenia zostało niecałe pół kilometra.
-Przypuszczam, ale nie mam pewności- odpowiedziałem spokojnie.- Muszę jakoś delikatnie zapytać Jake'a.
-Od kiedy jesteście takimi super kumplami?-Zapytała podejrzliwie.
-Nie jesteśmy; po prostu wzajemnie się tolerujemy- odparłem z szerokim ironicznym uśmiechem.- Jesteśmy w jednej łowczej ekipie i tyle- skwitowałem ze wzruszeniem ramion. Na widok stojącego na schodach mojego ojca zrobiło mi się zimno.
-Zaraz będzie rodzicielski armageddon..- mruknąłem z niechęcią.- Spotkamy się później; Miles- rzuciłem na pożegnanie; idąc w stronę ojca.
-Gdzie byłeś tak długo; James?- Zapytał z troską.
-Musiałem się przejść.. Pomyśleć..- odparłem ze zmęczeniem.
-Naprawdę tak bardzo kochasz tę dziewczynę?- Zapytał niechętnie.
-Musimy to znowu przerabiać? Nie chcę się stale z tobą kłócić- powiedziałem ponuro.
-Po prostu widzę, że ciągle jesteś smutny. Martwię się o ciebie- powiedział cicho.- Trochę zamknąłeś się w sobie i... Po prostu chcę dla ciebie, jak najlepiej..- Westchnął ciężko.
-Wiem, tato..- Jak zawsze każda rozmowa z ojcem była dla mnie bardzo trudna.- Rozumiem..- Usiadłem powoli na schodach.- Callisto jest.. Jest dla mnie... No.. Wszystkim i ja.. Chcę ją chronić..- Dziwnie się czułem zwierzając się ojcu. Wydawało mi się, że on tego wszystkiego nie zrozumie...
-No; cóż... Kiedy lepiej poznałem twoją matkę byliśmy prawie tak samo nierozłączni, jak wy..- powiedział wpatrując się w las.
-Rzadko mówisz o mamie..- zacząłem bardzo ostrożnie.
Chciałem chociaż raz pogadać z ojcem normalnie na luzie; bez jakiejkolwiek kłótni. Zawsze tylko się kłóciliśmy; a ja powiedziałem mu wiele rzeczy, których później żałowałem. Mówiłem coś; czego wcale nie chciałem mówić, bo w ogóle tak nie myślałem..
-Chyba nadal nie potrafię pogodzić się z tym; że mojej najdroższej Lily już...- Zerwałem się z miejsca i przytuliłem się mocno do ojca. Uściskaliśmy się; jak dawniej, gdy byłem dzieciakiem.- Przepraszam... Nie powinienem się przy tobie tak rozklejać..- zauważył ze wstydem patrząc na ozdobione ornamentami schody.
-Powinniśmy częściej urządzać sobie takie pogaduchy, a nie stale żreć się; jak jakieś rotweilery- odparłem z nieśmiałym uśmiechem.
-Musiałem się przejść.. Pomyśleć..- odparłem ze zmęczeniem.
-Naprawdę tak bardzo kochasz tę dziewczynę?- Zapytał niechętnie.
-Musimy to znowu przerabiać? Nie chcę się stale z tobą kłócić- powiedziałem ponuro.
-Po prostu widzę, że ciągle jesteś smutny. Martwię się o ciebie- powiedział cicho.- Trochę zamknąłeś się w sobie i... Po prostu chcę dla ciebie, jak najlepiej..- Westchnął ciężko.
-Wiem, tato..- Jak zawsze każda rozmowa z ojcem była dla mnie bardzo trudna.- Rozumiem..- Usiadłem powoli na schodach.- Callisto jest.. Jest dla mnie... No.. Wszystkim i ja.. Chcę ją chronić..- Dziwnie się czułem zwierzając się ojcu. Wydawało mi się, że on tego wszystkiego nie zrozumie...
-No; cóż... Kiedy lepiej poznałem twoją matkę byliśmy prawie tak samo nierozłączni, jak wy..- powiedział wpatrując się w las.
-Rzadko mówisz o mamie..- zacząłem bardzo ostrożnie.
Chciałem chociaż raz pogadać z ojcem normalnie na luzie; bez jakiejkolwiek kłótni. Zawsze tylko się kłóciliśmy; a ja powiedziałem mu wiele rzeczy, których później żałowałem. Mówiłem coś; czego wcale nie chciałem mówić, bo w ogóle tak nie myślałem..
-Chyba nadal nie potrafię pogodzić się z tym; że mojej najdroższej Lily już...- Zerwałem się z miejsca i przytuliłem się mocno do ojca. Uściskaliśmy się; jak dawniej, gdy byłem dzieciakiem.- Przepraszam... Nie powinienem się przy tobie tak rozklejać..- zauważył ze wstydem patrząc na ozdobione ornamentami schody.
-Powinniśmy częściej urządzać sobie takie pogaduchy, a nie stale żreć się; jak jakieś rotweilery- odparłem z nieśmiałym uśmiechem.
Dobrze, że oddałem Jane buteleczkę na przechowanie... Gdyby ojciec dowiedział się, gdzie byłem...
-Pachniesz winem...- zauważył nagle; przyglądając mi się.
Cholera... Wiedziałem, że będzie niezły sajgon...- Przemknęło mi przez myśl.
-Czyżbyś był w knajpie?- Spojrzał na mnie z ukosa.
-Najlepsze miejsce na przemyślenie ważnych spraw, co nie?- Przewróciłem oczami z ironią.
-Raczej słabe- stwierdził kwaśno i obaj się roześmialiśmy.
***
-Co z Callisto?- Zapytałem przechodzącego obok Seth'a.
-Przed chwilą zasnęła- odparł.- A z tobą okej? Słyszałem, że urwałeś się Elenie- zauważył wesoło.
-Tak jakoś wyszło.. A, właśnie: nie wiesz, gdzie Vincent? Mam do niego mały interes..- Stwierdziłem z namysłem.
-Był z tą swoją u was. Aha; jak wejdziesz, to się nie wystrasz... Raven rozwaliła biurko.
-Cała Cally- odparłem wymownie.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Czuję jego lekki pocałunek, ale nadal udaję; że śpię. Gdyby istniał chociaż cień nadziei, że mój los można jeszcze odwrócić..
Chciałabym obudzić się następnego dnia; jako zwykły człowiek. Ujrzeć twarz matki; poczuć zbyt mocny uścisk Grace, który niegdyś mnie denerwował... Usłyszeć jej śmiech i głos. Zobaczyć uśmiech Luciana.
Co raz utracone, nigdy już nie powróci... Nie mogę cofnąć czasu; ani wymazać tego, co już się wydarzyło. Ciągle zadaję sobie pytanie; dlaczego- mimo wszystkiego, co Grace mi zrobiła- nie potrafię jej znienawidzić.. Z jakiego powodu czasami śnię sen; który, tak jakby, nie jest mój..? Jeśli nie mój, to czyj..? Dlaczego często słyszę głos Linka..- to powoli staje się nie tylko męczące; ale i przerażające, jakbym miała zaraz.. Nie... Nie chcę...
Słysząc Jego ciche "spij dobrze"; zapadam w sen...
Cholera... Wiedziałem, że będzie niezły sajgon...- Przemknęło mi przez myśl.
-Czyżbyś był w knajpie?- Spojrzał na mnie z ukosa.
-Najlepsze miejsce na przemyślenie ważnych spraw, co nie?- Przewróciłem oczami z ironią.
-Raczej słabe- stwierdził kwaśno i obaj się roześmialiśmy.
***
-Co z Callisto?- Zapytałem przechodzącego obok Seth'a.
-Przed chwilą zasnęła- odparł.- A z tobą okej? Słyszałem, że urwałeś się Elenie- zauważył wesoło.
-Tak jakoś wyszło.. A, właśnie: nie wiesz, gdzie Vincent? Mam do niego mały interes..- Stwierdziłem z namysłem.
-Był z tą swoją u was. Aha; jak wejdziesz, to się nie wystrasz... Raven rozwaliła biurko.
-Cała Cally- odparłem wymownie.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Czuję jego lekki pocałunek, ale nadal udaję; że śpię. Gdyby istniał chociaż cień nadziei, że mój los można jeszcze odwrócić..
Chciałabym obudzić się następnego dnia; jako zwykły człowiek. Ujrzeć twarz matki; poczuć zbyt mocny uścisk Grace, który niegdyś mnie denerwował... Usłyszeć jej śmiech i głos. Zobaczyć uśmiech Luciana.
Co raz utracone, nigdy już nie powróci... Nie mogę cofnąć czasu; ani wymazać tego, co już się wydarzyło. Ciągle zadaję sobie pytanie; dlaczego- mimo wszystkiego, co Grace mi zrobiła- nie potrafię jej znienawidzić.. Z jakiego powodu czasami śnię sen; który, tak jakby, nie jest mój..? Jeśli nie mój, to czyj..? Dlaczego często słyszę głos Linka..- to powoli staje się nie tylko męczące; ale i przerażające, jakbym miała zaraz.. Nie... Nie chcę...
Słysząc Jego ciche "spij dobrze"; zapadam w sen...
Siedzę na skraju otwartej mahoniowej trumny i wpatruję się w spoczywające wewnątrz..
-Znów patrzysz na moje ciało? To nowe ci się nie podoba?- Słyszę cichy i niski ton głosu Rafaela.
-Trudno się przyzwyczaić; bo masz inny głos; Ethan- odpowiadam. Znam ten głos, choć nie należy do mnie.
-Jesteś bezpośrednia..- Zauważył lekko.- Nie mogę cieszyć się zaistniałą sytuacją...?- Zaczął.
-Możesz- odpowiadam niechętnie; bardziej na odczepne.
Podchodzi i ujmując dłoń ciała w trumnie rozcina ją lekko po wewnętrznej stronie i podsuwa mnie. Bez entuzjazmu upijam trochę.
-Smakowałaby lepiej, gdybym była wampirem..- mówię z wyraźnym niezadowoleniem.- Z jakiego powodu nie chcesz mnie zmienić?
Chwyta moje palce i przyciąga mnie ku sobie. Nadal milczy. Uderzam lekko o jego pierś i czuję mocny pocałunek. Odsuwam się wolno.
-Może mnie nie lubisz; ale nie drocz się ze mną..- burczę urażona.
-Lubię cię. Szczególnie za tę twoją bezpośredniość..- odpowiada cicho, przesuwając palec po moich ustach.
-Życie ludzi zmienionych w wampiry jest bardzo krótkie...- odzywa się po dłuższej chwili z goryczą.- Tak łatwo je zgasić.. Jak płomień świeczki.. Tak; jak jej...- Widzę tamto pełne głębi i bólu spojrzenie. Przechodzi i przesuwając palcami po wieku trumny siada na jakimś fotelu wpatrzony w ciemną, bezksiężycową noc. Przyglądam mu się przez chwilę zdziwiona- milczy, pogrążony w myślach.
-Być może zbyt długo nie chciałem ci o niej mówić..- zauważył cicho.
-Nie musisz się do tego zmuszać; Ethan...- Zaczęłam z troską.
Rzucił na mnie szybkie zamyślone spojrzenie. Pojawił się tuż przy mnie i popatrzył mi w oczy.
-Jesteś zazdrosna?- Spytał bawiąc się moimi włosami; pokręciłam odmownie głową, nie patrząc na niego. Zacisnęłam palce na krańcu trumny i patrząc na potłuczone płyty podłogi odparłam:
-Wcale nie jestem- bardzo się staram, żeby mój głos brzmiał obojętnie.
-Zazdrość jest fe, słodziutka- powiedział nagle, zbliżając twarz do mojej tętnicy. Czując delikatne muśnięcie jego warg na moim ciele jestem trochę rozczarowana.- Pewnie masz żal o to; że musiałem ich zabić..
-Nie mam..- odparłam cicho; spokojnie.
-Chyba jesteś złą córką- Powiedział lekko bawiąc się moimi lokami.
-Zła córka, co?- Spytałam z niechęcią.- W sumie to ich nienawidziłam... Nawet teraz nie mogę na nią patrzeć: zawsze miała wszystko.. Mnie odmawiasz, a jej nawet nie zawahałeś się zmienić..
-Ona to, co innego- jego cicha odpowiedź brzmi trochę dziwnie; jakby nie mówił o zwykłym człowieku i łowcy, ale jakby uważał ją za kategorię: "szczególnie niebezpieczna".
-A może ty też ją...?- Zaczynam podejrzliwie; lecz przerywa mi jego śmiech.
-Jesteś zabawna. Za to też cię lubię- rzuca ze śmiechem głaszcząc mnie po policzku.
Obraz powoli zanika.. Zamyślony Link- już we własnym ciele- idzie ciemnym korytarzem w stronę dziewczynki... Mała siedzi na dywaniku wśród porozwalanych wokół siebie zabawek. Te czarne włosy i turkusowe oczy.. To ja; gdy byłam dzieckiem?? Gdzie są rodzice?? Postać dziecka nagle rozpływa się w powietrzu, by po chwili zniknąć. Znów jest ciemno. Zwykle pozbawione uczuć szare oczy świecą w mroku pokoju.
-Oboje myśleliśmy; że jesteśmy dla siebie celem..- jego głos wyraża smutek.- Udawałem przed nią. Trzymałem między nami dystans... Życie tych; do których przywiązują się Wampiry Czystej Krwi jest krótkie; Callisto..- W tej chwili patrzy mi prosto w oczy ponuro.- Myślała, że nie dostrzegam jej uczuć..
-Dlaczego mi o tym mowisz?- Pytam obojętnie. Chociaż wiem, że to tylko sen, przezornie trzymam się od niego z daleka.
-Bo ty wiedziałaś...- podszedł, ale znów się cofnęłam. Westchnął ciężko.- Co zrobiłem źle; że nie mogę odejść; choćby nawet do piekła...?- Zapytał zrozpaczony.
-Może to; że byłeś mordercą i psychopatą; Link?- Mimo nienawiści; mówię to wyjątkowo obojętnie.
-Czy to coś złego; że ją kochałem...?- Pyta z goryczą. Jego oczy przez moment błysnęły szkarłatnym światłem; gdy błyskawica oświetliła jego twarz.- Chyba nigdy nie wybaczyła mi tamtego dnia..
-Ona cię kochała.. Nieważne; czym byłeś- odwracam się chcąc odejść; ale coś w jego oczach sprawia, że zamieram w pół ruchu.- Mogę cię o coś zapytać?
-Pytaj, o co chcesz.
Przyglądam się jego twarzy, zastanawiając się, czy...
-To sen; czy robisz to celowo?- Pytam ostrożnie.
-Jestem martwy; Callisto Anabelle; nijak nie mogę wpłynąć na to; o czym śnisz. Choć to może nie do końca jest zwyczajny sen..
-Nie rozumiem...- stwierdziłam powoli.
Za nim zauważyłam coś dziwnego. Wśród czarnej mgły iskrzyło gniewem wiele par czerwonych oczu. Zaczęłam słyszeć szum szeptów.
-Cienie dusz... Cienie dusz..- ciągle powtarzały te dwa słowa. Zbliżały się do niego coraz bardziej.
-Nie mogę tu zostać za długo...- obejrzał się przez ramię, cienie odpełzły w głębszy mrok.- Może to ktoś inny stwarza tę iluzję..
-Dlaczego nie zmieniłeś Grace?- Rzuciłam kolejne pytanie.- Czy naprawdę...
-Wiesz; dlaczego tego nie zrobiłem...- odparł cicho.
-Więc czemu zrobiłeś to mnie?- Zapytałam.- Czego chce ode mnie Rząd? Należałeś do Klasztoru Rady, czy jest jakiś inny powód? Odpowiedz; Link!- Wyrzuciłam z siebie potok słów.
Cienie zaczęły go ode mnie odciągać w stronę drzwi za nim.
-Ostatnie miejsce... W mojej trumnie... Odpowiedzi...- Mówi chaotycznie; jest coraz mocniej ciągnięty w tamten mrok.- Moja trumna...- Był coraz bliżej drzwi.- Grace...! Moja najdroższa Grace...! Proszę...- Zaczął zawodzić, jak ranne zwierze; z tych oczu wyjrzał ogromny ból. Ubranie zahaczyło o coś i rozdarło się; a podwójne czarne drzwi zamknęły się z głuchym łoskotem...
Zrywam się ze snu i siadam na łóżku. Jestem spragniona; więc bez namysłu rzucam się w stronę przenośnej lodówki pełnej krwi transfuzyjnej.
Potrzebuję krwi...
Natychmiast..
Potykam się niezdarnie i upadam na podłogę. Jestem słaba, pragnienie pali moje żyły. Ból i wszelkie zaburzenia spowodowane atakiem wracają. Mam coraz bardziej przytępione zmysły- nie widzę zbyt wiele, prócz zamazanej palety barw- przez zamglony wzrok z trudem rozpoznaję przedmioty.. Nie słyszę nic, poza dzwonieniem w uszach...
-Callisto..- z oddali dociera do mnie czyjś głos. Ktoś mnie podnosi i sadza na łóżku.
Potrzebuję krwi...
Natychmiast..
Potykam się niezdarnie i upadam na podłogę. Jestem słaba, pragnienie pali moje żyły. Ból i wszelkie zaburzenia spowodowane atakiem wracają. Mam coraz bardziej przytępione zmysły- nie widzę zbyt wiele, prócz zamazanej palety barw- przez zamglony wzrok z trudem rozpoznaję przedmioty.. Nie słyszę nic, poza dzwonieniem w uszach...
-Callisto..- z oddali dociera do mnie czyjś głos. Ktoś mnie podnosi i sadza na łóżku.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Biorę z lodówki kilka torebek i podaje jej. Odgryza zabezpieczenie do rurki i łapczywie leje w gardło zawartość. Raz za razem. W jej gardle znika czwarty litr krwi zaznaczony przez Jane skrawkiem niebieskiej karteczki- transfuzyjna z domieszką krwi Wampira.
Callisto oddycha ciężko. Mnąc w palcach plastik odzywa się:
-To koniec; Michael.. Już po mnie..- patrzy z pogardą na porozrzucane opakowania.
-Nie mów tak...- odpowiadam cicho i przytulam ją mocno.
-Cuchniesz wampirami- zauważyła z nutą podejrzeń.
-W parku doszło do małego nieporozumienia z ochroniarzem Jean'a Féu..- poniekąd była to prawda, ale ona nie musi wiedzieć wszystkiego.- I tak szedłem się kapać; więc...- uśmiechnąłem się delikatnie. Popchnęła mnie w kierunku ściany; o którą się oparłem- zaczęła z chciwością mnie całować. Zdziwiony, ale i ucieszony odwzajemniłem to. Objąłem ją, w pewnym momencie jej usta oparły się na mojej szyi. Panowała między nami cisza, przeplatana cichym oddechem.
Chciałem tylko; żeby znów mnie ugryzła. Pragnąłem jej kłów wkłuwających się w moje żyły- pomalutku i delikatnie.
-Nie...- wyszeptała z trudem; chcąc się odsunąć. Nie pozwoliłem na to, nadal trzymając ją w objęciu.
-Chcesz tego.. Oboje chcemy- odszepnąłem uspokajająco.
-Ale, jeśli nad tym nie zapanuję...- zaczęła się wahać.
-Ufam ci, kochanie- szepnąłem przyciągając ją bliżej.
-Jeśli tego nie powstrzymam i się zatracę..- podjęła kolejną próbę oporu.
-Nie zatracisz się..- uspokoiłem jej obawy; całując ją lekko.
-To grzech..- Powiedziała, chcąc uciec z moich rąk.
-Proszę..- wyrwało mi się błagalnie. Nie chciałem jej teraz wypuścić- potrzebowałem... Nie wiem, czego- miałem ją w zasięgu ręki, więc miałem wszystko: ona była wszystkim.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Proszę..- Dlaczego jego ton łamie każdy mój opór.?
Biorę z lodówki kilka torebek i podaje jej. Odgryza zabezpieczenie do rurki i łapczywie leje w gardło zawartość. Raz za razem. W jej gardle znika czwarty litr krwi zaznaczony przez Jane skrawkiem niebieskiej karteczki- transfuzyjna z domieszką krwi Wampira.
Callisto oddycha ciężko. Mnąc w palcach plastik odzywa się:
-To koniec; Michael.. Już po mnie..- patrzy z pogardą na porozrzucane opakowania.
-Nie mów tak...- odpowiadam cicho i przytulam ją mocno.
-Cuchniesz wampirami- zauważyła z nutą podejrzeń.
-W parku doszło do małego nieporozumienia z ochroniarzem Jean'a Féu..- poniekąd była to prawda, ale ona nie musi wiedzieć wszystkiego.- I tak szedłem się kapać; więc...- uśmiechnąłem się delikatnie. Popchnęła mnie w kierunku ściany; o którą się oparłem- zaczęła z chciwością mnie całować. Zdziwiony, ale i ucieszony odwzajemniłem to. Objąłem ją, w pewnym momencie jej usta oparły się na mojej szyi. Panowała między nami cisza, przeplatana cichym oddechem.
Chciałem tylko; żeby znów mnie ugryzła. Pragnąłem jej kłów wkłuwających się w moje żyły- pomalutku i delikatnie.
-Nie...- wyszeptała z trudem; chcąc się odsunąć. Nie pozwoliłem na to, nadal trzymając ją w objęciu.
-Chcesz tego.. Oboje chcemy- odszepnąłem uspokajająco.
-Ale, jeśli nad tym nie zapanuję...- zaczęła się wahać.
-Ufam ci, kochanie- szepnąłem przyciągając ją bliżej.
-Jeśli tego nie powstrzymam i się zatracę..- podjęła kolejną próbę oporu.
-Nie zatracisz się..- uspokoiłem jej obawy; całując ją lekko.
-To grzech..- Powiedziała, chcąc uciec z moich rąk.
-Proszę..- wyrwało mi się błagalnie. Nie chciałem jej teraz wypuścić- potrzebowałem... Nie wiem, czego- miałem ją w zasięgu ręki, więc miałem wszystko: ona była wszystkim.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Proszę..- Dlaczego jego ton łamie każdy mój opór.?
- Ona cię kochała, nieważne czym byłeś...
- Bo ty wiedziałaś...
- Znowu słyszę słowa z tego snu...
Jesteś po prostu uzależniona...- Ostatnie słowo ciągle odbija się echem w mojej głowie.
Bicie jego serca sprawia, że jakaś część mnie chce być tuż przy Michaelu. Przy nim nie czuję bólu. Zapach tej krwi jest dla mnie taki przyjemny...
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Na Vincenta natknąłem się na schodach na piętro. Siedział obracając w palcach puszkę coli i czytał coś w czarnej teczce.
-Cześć; Vincent- rzuciłem siadając na schodach.
-Cześć; gdzie zniknąłeś?- Spytał przyglądając mi się.
-Musiałem się przejść..- odpowiedziałem wymijająco.
-Nikomu nic nie mówiąc?- Za Vincentem jakby znikąd zjawił się Seth.
Spojrzałem w brązowe oczy z namysłem.
-Właściwie mam małą sprawę..- zacząłem.
-Czyli to prawda, że rozmawiałeś z tym Starym Diabłem- stwierdził Seth.
-Jaką sprawę?- Vincent ruchem ręki uciszył brązowookiego, patrząc mi w oczy.
-Chodzi o...- i zacząłem opowiadać; co mnie spotkało w nocy.
Na Vincenta natknąłem się na schodach na piętro. Siedział obracając w palcach puszkę coli i czytał coś w czarnej teczce.
-Cześć; Vincent- rzuciłem siadając na schodach.
-Cześć; gdzie zniknąłeś?- Spytał przyglądając mi się.
-Musiałem się przejść..- odpowiedziałem wymijająco.
-Nikomu nic nie mówiąc?- Za Vincentem jakby znikąd zjawił się Seth.
Spojrzałem w brązowe oczy z namysłem.
-Właściwie mam małą sprawę..- zacząłem.
-Czyli to prawda, że rozmawiałeś z tym Starym Diabłem- stwierdził Seth.
-Jaką sprawę?- Vincent ruchem ręki uciszył brązowookiego, patrząc mi w oczy.
-Chodzi o...- i zacząłem opowiadać; co mnie spotkało w nocy.
-Od tej umowy zależy życie Callisto- zakończyłem przyciszonym głosem.
Seth z cmoknięciem wyciągnął lizaka z ust.
-Féu chce wykończyć Grigorija- odezwał się z zastanowieniem. Wyciągnął z kieszeni czarny notes i grzebał przez chwilę w zapiskach.- Jest. Cztery lata temu; Francja. Woroszyłow podczas przesłuchania zabił wampira klanu Féu. Niewinnego wampira- powiedział powoli.
-Chciał, żebyście mu go zostawili- przyznałem.
Seth i Vincent wymienili spojrzenie.
-To się da zrobić; jeśli Féu będzie tam na czas- powiedział Vincent z namysłem.
-Co robimy?- Zapytał rzeczowo Seth ssąc lizaka.
-Muszę pogadać z tą pijawą- powiedział Rodriguez.
-Chcesz iść tam tak samemu?- Zdumiał się Seth.
-Czemu nie..?- przez twarz Vincenta przemknął ironiczny uśmieszek.
-Mowy nie ma. Jane pójdzie z tobą- oznajmiłem chłodno.- Nie chcę oberwać od Miles, jeśli coś ci się stanie...
-Czyżbyś bał się mojej przyszłej żony bardziej, niż swojej?- Zakpił ciemnooki; szturchając mnie.
-Nie o to chodzi, po prostu... Obaj musimy być ostrożni- wzruszyłem ramionami.
-W porządku; tylko żartowałem- Vincent upił kolejny łyk z puszki.
-To nie jest odpowiednia pora na żarty; Rodriguez- prychnąłem z irytacją.- Stowarzyszenie o niczym nie wie, więc wiesz.. A propos; muszę znaleźć Horse'a; podobno znaleźli jego ojca. Martwego.
-Od kogo wiesz?- Zdziwił się Seth.
-Od Undertaker'a- zanim się odezwałem, Vincent odpowiedział.
-A kto to jest?- Seth spojrzał na nas zaskoczony.
-Sebastian Roberts; ksywa Undertaker. Pracuje w zakładzie pogrzebowym starego Danielsa- skwitował Vincent.
Wtedy usłyszeliśmy charakterystyczny szepczący głos. Bez wątpienia była to pieśń żałobna; ale nie ta; którą znałem.
Chłopak pchnął drzwi i wolnym krokiem wszedł do budynku, a melodia ucichła. Omiótł nas spojrzeniem, zatrzymując dłużej szafirowe oczy na zdumionym Seth' cie.
-Co on tu robi?- Zapytał za mną cichy głos Horse'a.
-Nie wiem; ale chyba umarł ktoś jeszcze- zauważyłem powoli.
-Co chcesz powiedzieć przez "ktoś jeszcze"?- Zaczął Jacob ostrożnie.
-Co tam; Undertaker?- Zapytałem powoli.
-Przyjechało kolejnych trzech gości, bez dokumentów. Prawdopodobnie przyjezdni.- Sebastian podszedł wyciągając coś z wewnętrznej kieszeni.- Jeden z nich miał to przy sobie.
Z podziemnych cel stowarzyszenia dało się słyszeć dziwne wycie, jakby wilcze. Seth spojrzał z przerażeniem w tamtą stronę.
-Nie mamy na stanie likantropów- zauważył ze zdziwieniem Jacob.
-Idziemy na górę- rzucił Vincent.
Seth z cmoknięciem wyciągnął lizaka z ust.
-Féu chce wykończyć Grigorija- odezwał się z zastanowieniem. Wyciągnął z kieszeni czarny notes i grzebał przez chwilę w zapiskach.- Jest. Cztery lata temu; Francja. Woroszyłow podczas przesłuchania zabił wampira klanu Féu. Niewinnego wampira- powiedział powoli.
-Chciał, żebyście mu go zostawili- przyznałem.
Seth i Vincent wymienili spojrzenie.
-To się da zrobić; jeśli Féu będzie tam na czas- powiedział Vincent z namysłem.
-Co robimy?- Zapytał rzeczowo Seth ssąc lizaka.
-Muszę pogadać z tą pijawą- powiedział Rodriguez.
-Chcesz iść tam tak samemu?- Zdumiał się Seth.
-Czemu nie..?- przez twarz Vincenta przemknął ironiczny uśmieszek.
-Mowy nie ma. Jane pójdzie z tobą- oznajmiłem chłodno.- Nie chcę oberwać od Miles, jeśli coś ci się stanie...
-Czyżbyś bał się mojej przyszłej żony bardziej, niż swojej?- Zakpił ciemnooki; szturchając mnie.
-Nie o to chodzi, po prostu... Obaj musimy być ostrożni- wzruszyłem ramionami.
-W porządku; tylko żartowałem- Vincent upił kolejny łyk z puszki.
-To nie jest odpowiednia pora na żarty; Rodriguez- prychnąłem z irytacją.- Stowarzyszenie o niczym nie wie, więc wiesz.. A propos; muszę znaleźć Horse'a; podobno znaleźli jego ojca. Martwego.
-Od kogo wiesz?- Zdziwił się Seth.
-Od Undertaker'a- zanim się odezwałem, Vincent odpowiedział.
-A kto to jest?- Seth spojrzał na nas zaskoczony.
-Sebastian Roberts; ksywa Undertaker. Pracuje w zakładzie pogrzebowym starego Danielsa- skwitował Vincent.
Wtedy usłyszeliśmy charakterystyczny szepczący głos. Bez wątpienia była to pieśń żałobna; ale nie ta; którą znałem.
Chłopak pchnął drzwi i wolnym krokiem wszedł do budynku, a melodia ucichła. Omiótł nas spojrzeniem, zatrzymując dłużej szafirowe oczy na zdumionym Seth' cie.
-Co on tu robi?- Zapytał za mną cichy głos Horse'a.
-Nie wiem; ale chyba umarł ktoś jeszcze- zauważyłem powoli.
-Co chcesz powiedzieć przez "ktoś jeszcze"?- Zaczął Jacob ostrożnie.
-Co tam; Undertaker?- Zapytałem powoli.
-Przyjechało kolejnych trzech gości, bez dokumentów. Prawdopodobnie przyjezdni.- Sebastian podszedł wyciągając coś z wewnętrznej kieszeni.- Jeden z nich miał to przy sobie.
Z podziemnych cel stowarzyszenia dało się słyszeć dziwne wycie, jakby wilcze. Seth spojrzał z przerażeniem w tamtą stronę.
-Nie mamy na stanie likantropów- zauważył ze zdziwieniem Jacob.
-Idziemy na górę- rzucił Vincent.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Co ty tu robisz, Undertaker?- Zapytał zaskoczony Lucian.
-Poznajesz to?- Sebastian odpowiedział pytaniem rzucając rzecz do czarnookiego. Lucian obejrzał drobiazg i dopadł do chłopaka.
-Skąd to masz?- Warknął wściekle. Seth i Vincent odciągnęli go od Undertaker'a.
Tymczasem podniosłam przedmiot upuszczony przez Luciana i obejrzałam uważnie zdobioną na krawedzi dzikim winem tarczę, w samym środku której wygrawerowany został anioł Uriel.
-Spokojnie; Lucian- powiedziałam cicho otwierając przedmiot spojrzałam na zdjęcie ślubne moich rodziców.- Masz jakieś wieści; Undertaker- zauważyłam szybko zatrzaskując owalną tarczę.
-Znalazłem to przy jednym z trzech trupów; które przywieźli dziś po południu. Podobno znaleziono ich w okolicach ruin katedry- zauważył powoli.- Być może się zgubili i coś ich dopadło..
-Wyjątkowo nie znasz przyczyn śmierci swoich gości, Sebastian?- Zapytałam kpiąco.
-Znam. Pierwszy z nich dostał rykoszetem, drugiemu skręcono kark. Ostatni był prawdopodobnie torturowany; znaleziono go przybitego do jesionu. Widok ciekawy, choć makabryczny. Zidentyfikują go albo po zębach, albo po odciskach palców- Undertaker uśmiechnął się nieprzyjemnie.
-Boże; oszczędź szczegółów, człowieku- jęknął Seth.
-Właśnie; Tyler. Znalazłeś jakąś rodzinę tego faceta, którego znaleziono wczorajszej nocy?- Spytał szafirowooki, jakby sobie o czymś przypomniał.
-Masz to zdjęcie?- Sebastian wyciągnął fotografię. Michael spojrzał i jego oczy pojechały na Horse'a.
Michael Tyler uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Dziwne, ale jakby znajome- znów spojrzałem znad fotografii na Horse'a.
-Co się tak na mnie gapisz; Płomień?- Zapytał z mieszanką irytacji i obawy Jacob.
-Znasz tę fotkę?- Zapytałem podając mu.
Jacob ostrożnie spojrzał.
-Skąd to masz?- Zwrócił się do Sebastiana.
-Wczoraj w nocy znaleźli faceta. Koło pięćdziesiątki. Miał to przy sobie. Szukamy informacji o nim.
Przedmiot wypadł bliznowatemu z palców- chłopak zbladł i oparł się o drzwi; jakby miał zaraz upaść.
-To facet z tego zdjęcia?- Zapytał z wahaniem.
Undertaker skinął twierdząco głową.
-To niemożliwe- Seth chwycił osuwającego się Jacoba i doprowadził do krzesła, gdzie go usadził.- Nieprawda... On na pewno żyje... Musi żyć..
-Jacob..- zacząłem cicho, ale Undertaker położył mi rękę na ramieniu.
-Ten człowiek nie żyje. Jest u nas w zakładowej chłodni..- powiedział cicho.
-Kłamiesz. On nie mógł umrzeć..- Jacob chyba był w szoku.
-Lekarz sądowy powiedział; że zmarł na atak serca.. Przykro mi- odparł Sebastian nadal cichym głosem. Horse zerwał się na nogi. Chwycił Sebastiana za poły czarnej bluzy i oparł go mocno o ścianę.
-Tobie przykro? Ty pieprzony łapiduchu!- Warknął Jacob rozgniewany.
-Puść go; Jacob!- Szybko odciągnąłem chłopaka z blizną na policzku.
Undertaker stał oparty o tę ścianę i ze wzrokiem wbitym w podłogę odparł:
-Nie jestem łapiduchem. To coś złego, że nie chciałem pochować człowieka jako NN?- Zapytał niechętnie.
***
-Co ty tu robisz, Undertaker?- Zapytał zaskoczony Lucian.
-Poznajesz to?- Sebastian odpowiedział pytaniem rzucając rzecz do czarnookiego. Lucian obejrzał drobiazg i dopadł do chłopaka.
-Skąd to masz?- Warknął wściekle. Seth i Vincent odciągnęli go od Undertaker'a.
Tymczasem podniosłam przedmiot upuszczony przez Luciana i obejrzałam uważnie zdobioną na krawedzi dzikim winem tarczę, w samym środku której wygrawerowany został anioł Uriel.
-Spokojnie; Lucian- powiedziałam cicho otwierając przedmiot spojrzałam na zdjęcie ślubne moich rodziców.- Masz jakieś wieści; Undertaker- zauważyłam szybko zatrzaskując owalną tarczę.
-Znalazłem to przy jednym z trzech trupów; które przywieźli dziś po południu. Podobno znaleziono ich w okolicach ruin katedry- zauważył powoli.- Być może się zgubili i coś ich dopadło..
-Wyjątkowo nie znasz przyczyn śmierci swoich gości, Sebastian?- Zapytałam kpiąco.
-Znam. Pierwszy z nich dostał rykoszetem, drugiemu skręcono kark. Ostatni był prawdopodobnie torturowany; znaleziono go przybitego do jesionu. Widok ciekawy, choć makabryczny. Zidentyfikują go albo po zębach, albo po odciskach palców- Undertaker uśmiechnął się nieprzyjemnie.
-Boże; oszczędź szczegółów, człowieku- jęknął Seth.
-Właśnie; Tyler. Znalazłeś jakąś rodzinę tego faceta, którego znaleziono wczorajszej nocy?- Spytał szafirowooki, jakby sobie o czymś przypomniał.
-Masz to zdjęcie?- Sebastian wyciągnął fotografię. Michael spojrzał i jego oczy pojechały na Horse'a.
Michael Tyler uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Dziwne, ale jakby znajome- znów spojrzałem znad fotografii na Horse'a.
-Co się tak na mnie gapisz; Płomień?- Zapytał z mieszanką irytacji i obawy Jacob.
-Znasz tę fotkę?- Zapytałem podając mu.
Jacob ostrożnie spojrzał.
-Skąd to masz?- Zwrócił się do Sebastiana.
-Wczoraj w nocy znaleźli faceta. Koło pięćdziesiątki. Miał to przy sobie. Szukamy informacji o nim.
Przedmiot wypadł bliznowatemu z palców- chłopak zbladł i oparł się o drzwi; jakby miał zaraz upaść.
-To facet z tego zdjęcia?- Zapytał z wahaniem.
Undertaker skinął twierdząco głową.
-To niemożliwe- Seth chwycił osuwającego się Jacoba i doprowadził do krzesła, gdzie go usadził.- Nieprawda... On na pewno żyje... Musi żyć..
-Jacob..- zacząłem cicho, ale Undertaker położył mi rękę na ramieniu.
-Ten człowiek nie żyje. Jest u nas w zakładowej chłodni..- powiedział cicho.
-Kłamiesz. On nie mógł umrzeć..- Jacob chyba był w szoku.
-Lekarz sądowy powiedział; że zmarł na atak serca.. Przykro mi- odparł Sebastian nadal cichym głosem. Horse zerwał się na nogi. Chwycił Sebastiana za poły czarnej bluzy i oparł go mocno o ścianę.
-Tobie przykro? Ty pieprzony łapiduchu!- Warknął Jacob rozgniewany.
-Puść go; Jacob!- Szybko odciągnąłem chłopaka z blizną na policzku.
Undertaker stał oparty o tę ścianę i ze wzrokiem wbitym w podłogę odparł:
-Nie jestem łapiduchem. To coś złego, że nie chciałem pochować człowieka jako NN?- Zapytał niechętnie.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz