Za każdym razem, gdy piję krew Michaela; wydaje mi się ona coraz pyszniejsza...
Wplata mi palce we włosy, nic nie mówi. Nawet nie muszę na niego patrzeć, by wiedzieć że się uśmiecha..
Chcę przerwać; ale on przypiera mnie sobą do tej ściany.
-Nie; Michael...- Szeptam całując go lekko. Kły powoli się cofnęły; otarłam usta i oblizując palce obserwowałam Michaela z niepokojem.
-Weź jeszcze trochę- przytula mnie delikatnie.
-Jesteś blady. Znów biorę od ciebie coraz więcej..- zaczęłam z poczuciem winy- Biorę za dużo; Michael...
-Nic nie mów...- Szepnął mi do ucha, zapinając koszulę; powoli zaciągnął krawat. Przekręcił klucz w zamku i uchylił je lekko. Rozejrzawszy się pchnął drzwi i wyszliśmy z ciasnej klitki.
Wplata mi palce we włosy, nic nie mówi. Nawet nie muszę na niego patrzeć, by wiedzieć że się uśmiecha..
Chcę przerwać; ale on przypiera mnie sobą do tej ściany.
-Nie; Michael...- Szeptam całując go lekko. Kły powoli się cofnęły; otarłam usta i oblizując palce obserwowałam Michaela z niepokojem.
-Weź jeszcze trochę- przytula mnie delikatnie.
-Jesteś blady. Znów biorę od ciebie coraz więcej..- zaczęłam z poczuciem winy- Biorę za dużo; Michael...
-Nic nie mów...- Szepnął mi do ucha, zapinając koszulę; powoli zaciągnął krawat. Przekręcił klucz w zamku i uchylił je lekko. Rozejrzawszy się pchnął drzwi i wyszliśmy z ciasnej klitki.
Smak jego krwi był inny niż zwykle.. Jakby zmiana w osobowości Michaela miała bezpośredni wpływ na odczuwanie przeze mnie smaku krwi. Każdym nerwem pragnęłam zrozumieć...
-Callisto..?- Pytanie z jego ust przywraca mnie do rzeczywistości. Powoli odsuwam usta od jego szyi.
Kilka osób z klasy dziwnie mi się przygląda; Michael obejmuje mnie mocno i szepcze:
-Nadal chce ci się pić- zaczął z ciemną nutą w głosie.
-Nie chodzi o moje pragnienie...- odpowiadam z wahaniem; zastanawiając się, nad tym; kim jest dziewczyna, której zapach niemal wywołał u mnie atak szału. Skąd znam tę przenikliwość w jej bladoszarych; jak u wilka oczach? Dlaczego ich wyraz jest mi tak dziwacznie bliski...?
-Więc, o co?- Zapytał ostrożnie. Wplotłam palce między jego i odetchnęłam głęboko; wciągając jego przepyszny zapach, przebijający się ponad woń jego dezodorantu. Za każdym razem ciepło jego wysportowanego i wyrzeźbionego morderczymi treningami ciała sprawiało, że gubiłam wątek rozmowy.
Michael bardzo się zmienił; nie tylko z charakteru. Wyglądał zupełnie inaczej, niż tamtego szkolnego dnia... Był szczupły, ale umięśniony, nadal nieco wyższy ode mnie przystojniak z błyszczącymi zza szkieł zielonymi oczami, anielskimi ustami i z burzą nieco dłuższych ciemnych włosów; o długich delikatnych palcach pianisty; które nosiły ślady pracy w zawodzie łowcy wampirów; a których dotyk był cudowny i czuły.
-Callisto; co się dzieje?- Zapytał zaniepokojony, że długo się nie odzywam.
-Wszystko gra...- odparłam uspokajając go.
-Dziwnie na mnie patrzysz- zauważył powoli.
-To znaczy jak...?- uśmiechnęłam się, chciałam znowu go pocałować.
-Jakbyś chciała mnie zjeść- odparł odwzajemniając uśmiech, a kilka osób w pobliżu spojrzało na nas dziwnie.
Zmierzyłam go taksującym spojrzeniem, mówiąc:
-W końcu taki przystojniak; jak ty to naprawdę smaczny kąsek- rzuciłam półżartem.
Michael wbił zawstydzony wzrok w jakiś plakat, obok którego przechodziliśmy. Kierowaliśmy się na lunch.
***
-Dzięki, ale jestem na diecie- rzucił Paul ze śmiechem. Jedzenie na jego tacy jakoś temu zaprzeczało.
-Co z tą dietą?- Zapytałam spoglądając krytycznie na jego tacę, na której były między innymi dwa hamburgery, puszka wysokosłodzonej coli frytki i inne śmieciowe jedzenie.
-To dla Tori- oznajmił obronnym tonem; podając Vincentowi tacę. Chwilę potem odebrał tacę Vincenta (ze standardowym czwartkowym zestawem śniadaniowym typu mała kawa i słodkie magdalenki. Za to taca Paula pełna była zieleniny i innych dietetycznych produktów.
-Zamieniasz się w króliczka?- Zachichotał Michael.
-Ha. Ha. Ha. Bardzo zabawne- burknął Paul, biorąc sok pomarańczowy. Ruszyliśmy do stolika, gdzie czekała na nas Tori. Zauważyłam, że jest dziwnie nie w humorze. Patrzyła na wszystko spode łba, jakby była obrażona na dzisiejszy dzień i cały świat; wliczając w to Vincenta.
Dopiero teraz rzuciło mi się w oczy, że nieco przybrała na wadze- z natury była nieco krągłą dziewczyną, ale...
-Raven; możesz przestać się na mnie gapić?- Zapytała niechętnie.
-Yyy... Sorry- rzuciłam nieco ostrożnie, biorąc się za swoją tacę. Zachowanie Tori było podejrzanie dziwne, bo była trochę podenerwowana. Vincent również nie odzywał się zbytnio. Ukradkowo spoglądałam na tacę Tori, z której jedzenie znikało w zastraszającym tempie. Duszkiem wypiła całą puszkę coli. Michael kopał mnie dyskretnie pod stolikiem; pytając: "co w nią wstąpiło? Przecież zawsze brzydziła się fast-foodami..?"
Nadepnęłam go delikatnie odpowiadając: "nie mam zielonego pojęcia; ale to troszkę dziwne; hm?"
-Cudownie...- Skomentowała Tori nagle uśmiechając się promiennie. W tej samej chwili przypomniał mi się slogan reklamowy Snickersa: Głodny nie jesteś sobą(!). Z trudem powstrzymałam cisnący się na usta szeroki uśmiech.
-Callisto..?- Pytanie z jego ust przywraca mnie do rzeczywistości. Powoli odsuwam usta od jego szyi.
Kilka osób z klasy dziwnie mi się przygląda; Michael obejmuje mnie mocno i szepcze:
-Nadal chce ci się pić- zaczął z ciemną nutą w głosie.
-Nie chodzi o moje pragnienie...- odpowiadam z wahaniem; zastanawiając się, nad tym; kim jest dziewczyna, której zapach niemal wywołał u mnie atak szału. Skąd znam tę przenikliwość w jej bladoszarych; jak u wilka oczach? Dlaczego ich wyraz jest mi tak dziwacznie bliski...?
-Więc, o co?- Zapytał ostrożnie. Wplotłam palce między jego i odetchnęłam głęboko; wciągając jego przepyszny zapach, przebijający się ponad woń jego dezodorantu. Za każdym razem ciepło jego wysportowanego i wyrzeźbionego morderczymi treningami ciała sprawiało, że gubiłam wątek rozmowy.
Michael bardzo się zmienił; nie tylko z charakteru. Wyglądał zupełnie inaczej, niż tamtego szkolnego dnia... Był szczupły, ale umięśniony, nadal nieco wyższy ode mnie przystojniak z błyszczącymi zza szkieł zielonymi oczami, anielskimi ustami i z burzą nieco dłuższych ciemnych włosów; o długich delikatnych palcach pianisty; które nosiły ślady pracy w zawodzie łowcy wampirów; a których dotyk był cudowny i czuły.
-Callisto; co się dzieje?- Zapytał zaniepokojony, że długo się nie odzywam.
-Wszystko gra...- odparłam uspokajając go.
-Dziwnie na mnie patrzysz- zauważył powoli.
-To znaczy jak...?- uśmiechnęłam się, chciałam znowu go pocałować.
-Jakbyś chciała mnie zjeść- odparł odwzajemniając uśmiech, a kilka osób w pobliżu spojrzało na nas dziwnie.
Zmierzyłam go taksującym spojrzeniem, mówiąc:
-W końcu taki przystojniak; jak ty to naprawdę smaczny kąsek- rzuciłam półżartem.
Michael wbił zawstydzony wzrok w jakiś plakat, obok którego przechodziliśmy. Kierowaliśmy się na lunch.
***
-Dzięki, ale jestem na diecie- rzucił Paul ze śmiechem. Jedzenie na jego tacy jakoś temu zaprzeczało.
-Co z tą dietą?- Zapytałam spoglądając krytycznie na jego tacę, na której były między innymi dwa hamburgery, puszka wysokosłodzonej coli frytki i inne śmieciowe jedzenie.
-To dla Tori- oznajmił obronnym tonem; podając Vincentowi tacę. Chwilę potem odebrał tacę Vincenta (ze standardowym czwartkowym zestawem śniadaniowym typu mała kawa i słodkie magdalenki. Za to taca Paula pełna była zieleniny i innych dietetycznych produktów.
-Zamieniasz się w króliczka?- Zachichotał Michael.
-Ha. Ha. Ha. Bardzo zabawne- burknął Paul, biorąc sok pomarańczowy. Ruszyliśmy do stolika, gdzie czekała na nas Tori. Zauważyłam, że jest dziwnie nie w humorze. Patrzyła na wszystko spode łba, jakby była obrażona na dzisiejszy dzień i cały świat; wliczając w to Vincenta.
Dopiero teraz rzuciło mi się w oczy, że nieco przybrała na wadze- z natury była nieco krągłą dziewczyną, ale...
-Raven; możesz przestać się na mnie gapić?- Zapytała niechętnie.
-Yyy... Sorry- rzuciłam nieco ostrożnie, biorąc się za swoją tacę. Zachowanie Tori było podejrzanie dziwne, bo była trochę podenerwowana. Vincent również nie odzywał się zbytnio. Ukradkowo spoglądałam na tacę Tori, z której jedzenie znikało w zastraszającym tempie. Duszkiem wypiła całą puszkę coli. Michael kopał mnie dyskretnie pod stolikiem; pytając: "co w nią wstąpiło? Przecież zawsze brzydziła się fast-foodami..?"
Nadepnęłam go delikatnie odpowiadając: "nie mam zielonego pojęcia; ale to troszkę dziwne; hm?"
-Cudownie...- Skomentowała Tori nagle uśmiechając się promiennie. W tej samej chwili przypomniał mi się slogan reklamowy Snickersa: Głodny nie jesteś sobą(!). Z trudem powstrzymałam cisnący się na usta szeroki uśmiech.
Natychmiast po szkole oboje zostaliśmy zabrani samochodem do budynku Stowarzyszenia.
Kilkunastu mężczyzn wprawiało w okna jadalni nowe szyby, przeklinając co jakiś czas. Wśród nich zobaczyłam Jacoba Horse.
Nieco mnie to zaskoczyło bo chłopak powinien być jeszcze w szpitalu; co więcej pomagał przy pracy podając jakieś lekkie przedmioty lub zamiatając podłogę- zauważyłam na jego palcu jasny ślad po rodowym sygnecie; którym niemal rzucił ojcu w twarz.
-Co ten skurczysyn tu robi?- Zapytał Michael z zaskoczeniem.
-Miło; że się za mną stęskniłeś; Płomień- odparł młody Horse opierając się na kiju miotły; skinął uprzejmie głową na powitanie.
-Wypraszam sobie- odparł Michael z humorem, szturchając Jacoba.
Wtedy zadzwonił telefon chłopaka. Wyciągnął go z kieszeni jeansów i spojrzał na wyświetlacz. Powoli odrzucił połączenie z niechętnym wyrazem twarzy.
-Co jest grane?- Zapytał Michael widząc, że bliznowaty posmutniał.
-Eee- jęknął ponuro.- Moja była stale wydzwania. Pewnie chce wrócić- dodał z ironią; chowając telefon w tylnej kieszeni spodni.
-Czyli trudne ostateczne zerwanie...- zauważyłam.
-To dość skomplikowana sprawa- odezwał się z westchnieniem.
Wymieniliśmy znaczący uscisk dłoni między sobą. Wiedzieliśmy, że coś jest na rzeczy.
Kilkunastu mężczyzn wprawiało w okna jadalni nowe szyby, przeklinając co jakiś czas. Wśród nich zobaczyłam Jacoba Horse.
Nieco mnie to zaskoczyło bo chłopak powinien być jeszcze w szpitalu; co więcej pomagał przy pracy podając jakieś lekkie przedmioty lub zamiatając podłogę- zauważyłam na jego palcu jasny ślad po rodowym sygnecie; którym niemal rzucił ojcu w twarz.
-Co ten skurczysyn tu robi?- Zapytał Michael z zaskoczeniem.
-Miło; że się za mną stęskniłeś; Płomień- odparł młody Horse opierając się na kiju miotły; skinął uprzejmie głową na powitanie.
-Wypraszam sobie- odparł Michael z humorem, szturchając Jacoba.
Wtedy zadzwonił telefon chłopaka. Wyciągnął go z kieszeni jeansów i spojrzał na wyświetlacz. Powoli odrzucił połączenie z niechętnym wyrazem twarzy.
-Co jest grane?- Zapytał Michael widząc, że bliznowaty posmutniał.
-Eee- jęknął ponuro.- Moja była stale wydzwania. Pewnie chce wrócić- dodał z ironią; chowając telefon w tylnej kieszeni spodni.
-Czyli trudne ostateczne zerwanie...- zauważyłam.
-To dość skomplikowana sprawa- odezwał się z westchnieniem.
Wymieniliśmy znaczący uscisk dłoni między sobą. Wiedzieliśmy, że coś jest na rzeczy.
...I te przenikliwie szare oczy...
-Raven; nic ci nie jest?- Horse w ostatniej chwili podtrzymał mnie, zanim runęłam na podłogę. Przekazał mnie szybko Michaelowi; który zabrał mnie do pokoju.
-Cally..- przed oczami zamajaczyła mi twarz ojca. Rzucił coś do Luciana; który wyszedł szybko z pokoju.
Przymknęłam oczy. Mdliło mnie i czułam; jakby łóżko wirowało, jak rozpędzona karuzela...
Potem ciemność.
-Cally..- przed oczami zamajaczyła mi twarz ojca. Rzucił coś do Luciana; który wyszedł szybko z pokoju.
Przymknęłam oczy. Mdliło mnie i czułam; jakby łóżko wirowało, jak rozpędzona karuzela...
Potem ciemność.
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co się z nią dzieje?- Zapytałem biorąc jej palce w swoją dłoń.
-Karmiłeś ją- zauważył Cristopher Raven, przypatrując mi się. Otworzyłem usta; ale mi przerwał- Nie musisz się wypierać. Mnie nie oszukasz. Powoli je zamknąłem. Ojciec Callisto chyba sporo o mnie wiedział.
-Czy to przez moją krew ona...?- Zacząłem ostrożnie.
-Nie sądzę- odparł po małym namyśle.- Musi być inna możliwość..
-Na pewno coś w tym jest; Christopher- odezwał się Morgenstern od drzwi.
-Dzień dobry; Mistrzu- rzuciłem krótko.
-Cześć; Młody- odpowiedział pieszczotliwym tonem.
***
Callisto Raven postrach ogólniaka.
Na Radzie nie odzywałam się wiele. Nadal kiepsko się czułam; więc chciałam, żeby najprędzej skończyli i uciec spowrotem do pokoju.
Do składu nowej Rady wybrano Greya; Spears'a i panią Hunter.
-Ktoś chciałby jeszcze coś omówić?- Zapytał uprzejmie Angello; rozglądając się po członkach Rady. Wszyscy zaprzeczyli.- Skoro tak; dziękuję zamykam Radę.
Wszyscy zebrali się do wyjścia z pokoju.
Siedzieliśmy z Michaelem na frontowych schodach, gdyż musiałam się lekko przewietrzyć; gdy usłyszałam niedaleko głos Horse'a.
-Nie ma mowy- oznajmił ostro bliznowaty chłopak chodząc w tę i spowrotem z telefonem przy uchu.- Nie, Meredith: drugi raz nie dam się na to nabrać. Nie wrócimy do siebie, więc znajdź sobie innego jelenia- odpowiedział chłodno do słuchawki.- Trzymaj się ode mnie z daleka i nie dzwoń więcej..- Szybko zakończył rozmowę.
-Lepiej z tobą?- Zapytał Michael patrząc na mnie z troską.
-Odrobinę...- odpowiedziałam wzdychając ciężko. Siedzieliśmy tuż obok siebie oparci o jeden z filarów.
Przełknęłam głośno i przytrzymałam się Jasona. W żyły wdzierał się kłujacy ból... Tylko nie to. Nie teraz...
Czuję oplatające mnie ramiona Michaela. Jego zapach przyćmiewa nieco woń; od której dostaję szału.
Bergmann odrzucił strzelbę i sięgnął do paska spodni; skąd wyciągnął puginały.
-Bierzmy się do roboty...- wyswobodziłam się z ramion Michaela i ruszyłam do walki.
Natychmiast pojawił się tuż obok.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Kolejna noc z serii obław na poziomy D nie wyróżniała się niczym szczególnym; a właściwie nie wyróżniałaby się; gdyby nie towarzyszące mi dziwne uczucie czyjejś obecności...
-Co jest; Raven..?- Zaczął Porter widząc; że przystanęłam rozglądając się niespokojnie.
-Nie; musiało mi się wydawać...- odparłam ruszając z miejsca.
Nie zdawało mi się. Dałabym sobie rękę uciąć; że słyszałam czyjeś kroki; poza tym to uczucie; że ktoś nas obserwuje...
-Raven; z prawej!- Pada okrzyk Horse'a.
Zdążyłam zamachnąć się mieczem odrąbując łapsko wampira i uskoczyć przed innym nacierającym w moją stronę ścierwem.
-Co oni się tak na mnie uwzięli?!- Sapnęłam z wściekłością rozcinając na pół kolejnego.
Michael wylądował tuż za mną i pozbywał się następnych.
-Co ich tu tylu...?- Zaczął Jasper siekąc mieczem.
-Co się z nią dzieje?- Zapytałem biorąc jej palce w swoją dłoń.
-Karmiłeś ją- zauważył Cristopher Raven, przypatrując mi się. Otworzyłem usta; ale mi przerwał- Nie musisz się wypierać. Mnie nie oszukasz. Powoli je zamknąłem. Ojciec Callisto chyba sporo o mnie wiedział.
-Czy to przez moją krew ona...?- Zacząłem ostrożnie.
-Nie sądzę- odparł po małym namyśle.- Musi być inna możliwość..
-Na pewno coś w tym jest; Christopher- odezwał się Morgenstern od drzwi.
-Dzień dobry; Mistrzu- rzuciłem krótko.
-Cześć; Młody- odpowiedział pieszczotliwym tonem.
***
Callisto Raven postrach ogólniaka.
Na Radzie nie odzywałam się wiele. Nadal kiepsko się czułam; więc chciałam, żeby najprędzej skończyli i uciec spowrotem do pokoju.
Do składu nowej Rady wybrano Greya; Spears'a i panią Hunter.
-Ktoś chciałby jeszcze coś omówić?- Zapytał uprzejmie Angello; rozglądając się po członkach Rady. Wszyscy zaprzeczyli.- Skoro tak; dziękuję zamykam Radę.
Wszyscy zebrali się do wyjścia z pokoju.
Siedzieliśmy z Michaelem na frontowych schodach, gdyż musiałam się lekko przewietrzyć; gdy usłyszałam niedaleko głos Horse'a.
-Nie ma mowy- oznajmił ostro bliznowaty chłopak chodząc w tę i spowrotem z telefonem przy uchu.- Nie, Meredith: drugi raz nie dam się na to nabrać. Nie wrócimy do siebie, więc znajdź sobie innego jelenia- odpowiedział chłodno do słuchawki.- Trzymaj się ode mnie z daleka i nie dzwoń więcej..- Szybko zakończył rozmowę.
-Lepiej z tobą?- Zapytał Michael patrząc na mnie z troską.
-Odrobinę...- odpowiedziałam wzdychając ciężko. Siedzieliśmy tuż obok siebie oparci o jeden z filarów.
Od zlikwidowania Corvina działalność wampirów w mieście nieco się uspokoiła. Jednak nie na długo...
Tego samego dnia; po północy.
-Wreszcie przestało na chwilę padać- zauważył Jason Moon odgarniając ruchem dłoni mokrą grzywkę z oczu.
-Taa, ciekawe czy znajdziemy jakąś pijawkę- rzucił Vładimir Romanow, z papierosem w ustach.
-Mam straszną ochotę się wyżyć- dorzucił Michael.
-Przyczaiły się sukinsyny- burknął młody Horse; obracając w dłoni sztylet.
Gdzieś w pobliżu rozległ się huk wystrzału. Przystanęliśmy na chwilę nasłuchując.
-Pół kilometra na wschód, biblioteka miasta- oznajmiłam obracając w palcach miecz. Powoli uniosłam powieki, Michael zacisnął palce na mojej dłoni; odwzajemniłam uścisk uśmiechając się doń ledwo zauważalnie. Ruszyliśmy w tamtą stronę.
-Wreszcie przestało na chwilę padać- zauważył Jason Moon odgarniając ruchem dłoni mokrą grzywkę z oczu.
-Taa, ciekawe czy znajdziemy jakąś pijawkę- rzucił Vładimir Romanow, z papierosem w ustach.
-Mam straszną ochotę się wyżyć- dorzucił Michael.
-Przyczaiły się sukinsyny- burknął młody Horse; obracając w dłoni sztylet.
Gdzieś w pobliżu rozległ się huk wystrzału. Przystanęliśmy na chwilę nasłuchując.
-Pół kilometra na wschód, biblioteka miasta- oznajmiłam obracając w palcach miecz. Powoli uniosłam powieki, Michael zacisnął palce na mojej dłoni; odwzajemniłam uścisk uśmiechając się doń ledwo zauważalnie. Ruszyliśmy w tamtą stronę.
Czarnooki mężczyzna z blizną na prawej stronie twarzy uderzył kolbą strzelby szczerzącego kły wampira poziomu D i odskoczył na wysoki mur sycząc. Spod rozdartej koszuli lała się krew z rannego przedramienia. Sprawną ręką naładował strzelbę i szarpnięciem ją przeładował.
Był to nauczyciel historii z miejscowego liceum i były lekarz, Victor Bergmann.
Zapach krwii podgrzał atmosferę na tyle, by te bezmyślne potwory przestały zwracać uwagę na broń w ręku Bergmanna.
-Raven..- Jason złapał mnie szybko. W jego oczach odbiły się moje w barwie krwi.
Był to nauczyciel historii z miejscowego liceum i były lekarz, Victor Bergmann.
Zapach krwii podgrzał atmosferę na tyle, by te bezmyślne potwory przestały zwracać uwagę na broń w ręku Bergmanna.
-Raven..- Jason złapał mnie szybko. W jego oczach odbiły się moje w barwie krwi.
- Ten zapach...
Przełknęłam głośno i przytrzymałam się Jasona. W żyły wdzierał się kłujacy ból... Tylko nie to. Nie teraz...
- Kolejny raz przed oczami...
- Te znajome, przenikliwie szare tęczówki..
Czuję oplatające mnie ramiona Michaela. Jego zapach przyćmiewa nieco woń; od której dostaję szału.
- Boli...
Bergmann odrzucił strzelbę i sięgnął do paska spodni; skąd wyciągnął puginały.
-Bierzmy się do roboty...- wyswobodziłam się z ramion Michaela i ruszyłam do walki.
Natychmiast pojawił się tuż obok.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Co się dzieje z Callisto...? Te kolejne jej ataki zaczynają mnie coraz bardziej niepokoić... Martwię się o nią.
Bergmann przeleciał w powietrzu obok nas i uderzył w ścianę budynku biblioteki. Zaklął siarczyście pod nosem, z trudem dźwigając się na nogi. Szybko odepchnął Jasona z zasięgu ciosu, który przyjął na siebie- odleciał i wylądował na kostce brukowej- jego buty szurnęły pogrążając mężczyznę w chmurze kurzu. Ręka wystrzeliła do przodu, chwyciła jednego z wampirów i rzuciła nim w płot. Bergmann przycisnął półleżącego wampira butem do ziemi; drugą stopą podbił strzelbę i złapał ją w palce. Naładował broń i wyciągnął rękę w tył wprost w atakującego kolejnego wampira, którego zastrzelił. Leżącego pod jego butem krwiopijcę zaczął brutalnie okładać kolbą broni; rzucając coś w nieznanym mi języku. Chyba pytał o coś wampira. Jego odpowiedź wyraźnie nie spodobała się Bergmannowi; który obróciwszy w dłoni strzelbę, wymierzył lufę w wampira.
Patrząc prosto w oczy pijawy obojętnie nacisnął spust broni. Powoli opuścił strzelbę do boku i ruszył przed siebie; chowając w umieszczonych przy pasie pochwach puginały.
Wampirzyca ruszyła nań biegiem ogarnięta wściekłością. Bergmann szedł spokojnym krokiem w jej stronę. Sekundę potem kolba strzelby uderzyła wampirzycę w skroń. Oszołomiona dziewczyna padła na trawę. Bergmann nie zaszczycając jej spojrzeniem, obojętnie wymierzył lufę.
-Takich śmieci, jak wy powinno się zabijać, gdy tylko widać pierwsze oznaki upadku..- palec oparł się na spuście.
-Za to takich; jak ty nie powinno się w ogóle tworzyć!- Odwarknęła wściekła.
Bergmann powoli zwrócił twarz w jej stronę. Jego oczy zwęziły się w szparki, ale dłoń trzymająca strzelbę nawet nie drgnęła. Wpatrywał się w nią długą chwilę. Pogardliwy wyraz twarzy ustąpił miejsca chłodnej obojętności. Palec spokojnie nacisnął cyngiel, mącąc ciszę hukiem wystrzału.
Bergmann oparł strzelbę na ramieniu i ruszył spokojnym krokiem w ciemność nocy.
-Ten facet jest trochę zbyt szybki; nie uważasz, Moon?- Zapytał Romanow odpalając kolejnego papierosa.
-Jest trochę straszny..- powiedziała powoli Jej kuzynka, Caroline.
-To mi się nie podoba...- zauważył Jacob Horse ostrożnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
To cena za życie; jakie prowadziłem...
[...]takich, jak ty nie powinno się w ogóle tworzyć!- Słyszę nagle w swojej głowie. Zaciskam palce na splecionych na moim ciele rękach mojego narzeczonego, czując jego lekki pocałunek w kark.
-Powinniśmy się czegoś dowiedzieć o Bergmannie- powiedziałam cicho. Wtulona plecami w Michaela wpatrywałam się w znikający za chmurami księżyc.
-Zostawmy to komuś innemu; Callisto... Powinnaś trochę zwolnić...- zaczął z troską.
-Wracamy. Pomigdalicie się później- oznajmił obojętnie Vładimir.
-Och; odczep się od nich, Romanow- zniecierpliwiła się Caroline.- Znalazłbyś sobie dziewczynę i przestał wreszcie na wszystko narzekać...
Vładimir stanął tuż przed moja kuzynką i patrząc jej chłodno w oczy odparł:
-Oszczędź sobie tych żałosnych komentarzy; Caroline Raven. Pomyśl czasem, co kłapiesz tą jadaczką na prawo i lewo; bo kiedyś możesz mieć kłopoty przez swój własny długi jęzor- rzucił młody Rosjanin wypuszczając dym z płuc. Odwracając się, ruszył z miejsca.- A raczej nie sądzę; by uratował cię wtedy rycerz na białym koniu- dodał niechętnie.
-Ty mi grozisz, Romanow?- Zaczęła ostro.
-Potraktuj to jako dobrą, koleżeńską radę; nic ponadto- Vładimir wzruszył ramionami nie oglądając się na nią. Jej słowa musiały go bardzo dotknąć; choć nie wiedziałam dlaczego.
Od zniknięcia Grace; Vładimir bardzo się zmienił. Stał się skryty, milczący i okropnie obojętny; jakby nic nie miało już dla niego żadnego znaczenia.
Nadal wierzysz w miłość po tym; co nam zrobiła?- Usłyszałam jego głos z przeszłości.
-Proszę, odpocznij trochę...- Zaczął z troską Michael.
-Wiesz, że nie mogę...- westchnęłam ciężko.
-Callisto...- zaczął z prośbą.
-Postaram się- obiecałam.
***
Nazajutrz, budynek liceum...
Do końca roku szkolnego pozostał raptem miesiąc. Na początku czerwca miały się zakończyć egzaminy sprawdzające i zacząć błogie lenistwo; ale nie dla wszystkich. Michael zaraz po rozpoczęciu wakacji miał podejść do sprawdzianu łowców pierwszego stopnia; dlatego wziął się do roboty i trenował niemal w każdej wolnej chwili. Poza tym Rada również miała pełne ręce roboty, ponieważ w mieście plątało się coraz więcej poziomów D- większość łowców zastanawiała się skąd oni się biorą; skoro policja ostatnio nie odnotowała u nas zaginięć, ale Jake obiecał powiadamiać Stowarzyszenie na bieżąco. Pozostawała jeszcze kwestia Rady Wampirów; która gdzieś się zaszyła i na pewno knuła coś za naszymi plecami.
Czy ta dziewczyna ma z tym jakiś związek? Gdzie zniknął "Stary Diabeł" znany również jako Jean Fèu? Co, tak naprawdę, ukrywa Bergmann? Dlaczego zapach jego krwi przyprawia mnie o mdłości?
I; czemu coraz częściej śni mi się Grace Ann?
-Czyżby to zapowiadało kolejne kłopoty?- Zastanowiłam się na głos; a reszta spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Masz na myśli ostatni sen?- Spytał Michael.
-Też; ale i ostatni ukrop w Stowarzyszeniu dał mi trochę w kość..- westchnęłam ciężko rozglądając się. Szliśmy na fizykę; gdy minął nas Raphael idący za bibliotekarzem. Ledwo było go widać zza dwóch kartonów opatrzonych etykietą księgarni; które niósł.
Byłam również w trakcie tłumaczenia dziennika mojego przodka, jednak nadal nie znalazłam nic zadowalającego i powoli traciłam nadzieję, że w ogóle coś znajdę; co powodowało u mnie lekką frustrację- głównie dlatego, że nie lubiłam się mylić...
Co się dzieje z Callisto...? Te kolejne jej ataki zaczynają mnie coraz bardziej niepokoić... Martwię się o nią.
Bergmann przeleciał w powietrzu obok nas i uderzył w ścianę budynku biblioteki. Zaklął siarczyście pod nosem, z trudem dźwigając się na nogi. Szybko odepchnął Jasona z zasięgu ciosu, który przyjął na siebie- odleciał i wylądował na kostce brukowej- jego buty szurnęły pogrążając mężczyznę w chmurze kurzu. Ręka wystrzeliła do przodu, chwyciła jednego z wampirów i rzuciła nim w płot. Bergmann przycisnął półleżącego wampira butem do ziemi; drugą stopą podbił strzelbę i złapał ją w palce. Naładował broń i wyciągnął rękę w tył wprost w atakującego kolejnego wampira, którego zastrzelił. Leżącego pod jego butem krwiopijcę zaczął brutalnie okładać kolbą broni; rzucając coś w nieznanym mi języku. Chyba pytał o coś wampira. Jego odpowiedź wyraźnie nie spodobała się Bergmannowi; który obróciwszy w dłoni strzelbę, wymierzył lufę w wampira.
Patrząc prosto w oczy pijawy obojętnie nacisnął spust broni. Powoli opuścił strzelbę do boku i ruszył przed siebie; chowając w umieszczonych przy pasie pochwach puginały.
Wampirzyca ruszyła nań biegiem ogarnięta wściekłością. Bergmann szedł spokojnym krokiem w jej stronę. Sekundę potem kolba strzelby uderzyła wampirzycę w skroń. Oszołomiona dziewczyna padła na trawę. Bergmann nie zaszczycając jej spojrzeniem, obojętnie wymierzył lufę.
-Takich śmieci, jak wy powinno się zabijać, gdy tylko widać pierwsze oznaki upadku..- palec oparł się na spuście.
-Za to takich; jak ty nie powinno się w ogóle tworzyć!- Odwarknęła wściekła.
Bergmann powoli zwrócił twarz w jej stronę. Jego oczy zwęziły się w szparki, ale dłoń trzymająca strzelbę nawet nie drgnęła. Wpatrywał się w nią długą chwilę. Pogardliwy wyraz twarzy ustąpił miejsca chłodnej obojętności. Palec spokojnie nacisnął cyngiel, mącąc ciszę hukiem wystrzału.
Bergmann oparł strzelbę na ramieniu i ruszył spokojnym krokiem w ciemność nocy.
-Ten facet jest trochę zbyt szybki; nie uważasz, Moon?- Zapytał Romanow odpalając kolejnego papierosa.
-Jest trochę straszny..- powiedziała powoli Jej kuzynka, Caroline.
-To mi się nie podoba...- zauważył Jacob Horse ostrożnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
To cena za życie; jakie prowadziłem...
[...]takich, jak ty nie powinno się w ogóle tworzyć!- Słyszę nagle w swojej głowie. Zaciskam palce na splecionych na moim ciele rękach mojego narzeczonego, czując jego lekki pocałunek w kark.
-Powinniśmy się czegoś dowiedzieć o Bergmannie- powiedziałam cicho. Wtulona plecami w Michaela wpatrywałam się w znikający za chmurami księżyc.
-Zostawmy to komuś innemu; Callisto... Powinnaś trochę zwolnić...- zaczął z troską.
-Wracamy. Pomigdalicie się później- oznajmił obojętnie Vładimir.
-Och; odczep się od nich, Romanow- zniecierpliwiła się Caroline.- Znalazłbyś sobie dziewczynę i przestał wreszcie na wszystko narzekać...
Vładimir stanął tuż przed moja kuzynką i patrząc jej chłodno w oczy odparł:
-Oszczędź sobie tych żałosnych komentarzy; Caroline Raven. Pomyśl czasem, co kłapiesz tą jadaczką na prawo i lewo; bo kiedyś możesz mieć kłopoty przez swój własny długi jęzor- rzucił młody Rosjanin wypuszczając dym z płuc. Odwracając się, ruszył z miejsca.- A raczej nie sądzę; by uratował cię wtedy rycerz na białym koniu- dodał niechętnie.
-Ty mi grozisz, Romanow?- Zaczęła ostro.
-Potraktuj to jako dobrą, koleżeńską radę; nic ponadto- Vładimir wzruszył ramionami nie oglądając się na nią. Jej słowa musiały go bardzo dotknąć; choć nie wiedziałam dlaczego.
Od zniknięcia Grace; Vładimir bardzo się zmienił. Stał się skryty, milczący i okropnie obojętny; jakby nic nie miało już dla niego żadnego znaczenia.
Nadal wierzysz w miłość po tym; co nam zrobiła?- Usłyszałam jego głos z przeszłości.
-Proszę, odpocznij trochę...- Zaczął z troską Michael.
-Wiesz, że nie mogę...- westchnęłam ciężko.
-Callisto...- zaczął z prośbą.
-Postaram się- obiecałam.
***
Nazajutrz, budynek liceum...
Do końca roku szkolnego pozostał raptem miesiąc. Na początku czerwca miały się zakończyć egzaminy sprawdzające i zacząć błogie lenistwo; ale nie dla wszystkich. Michael zaraz po rozpoczęciu wakacji miał podejść do sprawdzianu łowców pierwszego stopnia; dlatego wziął się do roboty i trenował niemal w każdej wolnej chwili. Poza tym Rada również miała pełne ręce roboty, ponieważ w mieście plątało się coraz więcej poziomów D- większość łowców zastanawiała się skąd oni się biorą; skoro policja ostatnio nie odnotowała u nas zaginięć, ale Jake obiecał powiadamiać Stowarzyszenie na bieżąco. Pozostawała jeszcze kwestia Rady Wampirów; która gdzieś się zaszyła i na pewno knuła coś za naszymi plecami.
Czy ta dziewczyna ma z tym jakiś związek? Gdzie zniknął "Stary Diabeł" znany również jako Jean Fèu? Co, tak naprawdę, ukrywa Bergmann? Dlaczego zapach jego krwi przyprawia mnie o mdłości?
I; czemu coraz częściej śni mi się Grace Ann?
-Czyżby to zapowiadało kolejne kłopoty?- Zastanowiłam się na głos; a reszta spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
-Masz na myśli ostatni sen?- Spytał Michael.
-Też; ale i ostatni ukrop w Stowarzyszeniu dał mi trochę w kość..- westchnęłam ciężko rozglądając się. Szliśmy na fizykę; gdy minął nas Raphael idący za bibliotekarzem. Ledwo było go widać zza dwóch kartonów opatrzonych etykietą księgarni; które niósł.
Byłam również w trakcie tłumaczenia dziennika mojego przodka, jednak nadal nie znalazłam nic zadowalającego i powoli traciłam nadzieję, że w ogóle coś znajdę; co powodowało u mnie lekką frustrację- głównie dlatego, że nie lubiłam się mylić...
Stołówka szkolna; przerwa na lunch...
Taca Tori zawierała dziś najdziwniejszy zestaw, jaki widziałam: pieczony kurczak; puree ziemniaczane, sałatka; kawa i pączek.
-Nie mów; że to zjesz...- Zaczęłam ostrożnie, a Vincent spojrzał na mnie zdziwiony, że w ogóle się na to odważyłam.
Tori upiła łyk kawy i spojrzała na mnie spod oka. Przechyliła się i szepnęła mi do ucha:
-Jak będziemy same chciałabym pogadać- oznajmiła lekko. Wyprostowała się i rzuciła krótkie smacznego...
Dziesięć minut później w jej ustach zniknął ostatni kęs pączka i łyk kawy.
-Poezja..- skomentowała z rozmarzeniem.- Ej.. O co wam chodzi?- Spytała widząc nasze zdumione spojrzenia utkwione w pustej tacy przed nią.
-Nie zrozum mnie źle, ale... Jak ty...- Paul przesunął wymowne spojrzenie z tacy na Tori.- Jakim cudem wpakowałaś w siebie tyle żarcia...?- Zapytał z podziwem.
Tori przytuliła się do Vincenta i zmierzyła Paula dziwnie wesołym wzrokiem.
-Ostatnio wsuwam, jak odkurzacz- przyznała rumieniąc się delikatnie.
***
Nie było czasu nawet pogadać; ponieważ Vincent niemal nie odstępował Tori na krok; zupełnie jakby pilnował, by nic jej się nie stało.
-Wezmę to- rzucił wyciągając z jej palców stos książek. Zawiesił na swoim ramieniu torebkę Tori; która wydawała się nieco zdenerwowana tym, że chłopak we wszystkim ją wyręcza.
Późne popołudnie po zajęciach spędziłam w domu Tori.
Niska szatynka rozwaliła się na łóżku wzdychając ciężko.
-O czym chciałaś pogadać?- Spytałam siadając obok.
Tori zmarszczyła czoło zastanawiając się; od czego by tu zacząć.
-Wiesz... Nie powiedziałam o tym jeszcze Vincentowi, ale.. On chyba zauważył; że no...
-Trudno nie zauważyć mięsa z kurczaka i pączka na jednej tacy...- zauważyłam z ironicznym uśmiechem.
-Właśnie. Czasem też mam... Takie dziwne nastroje: dziś rano rzuciłam w niego poduszką i właściwie nie rozumiem, czemu...- wzruszyła ramionami i pogrążyła się w myślach.
Zapadła między nami chwila ciszy.
-No ostatnio czasem jesteś burkliwa; a za chwilę jakaś wesoła...- stwierdziłam wolno.- Myślałam nawet; że może jesteś...- zaczęłam.
-Jestem- przyznała poważnie; przerywając mi.
Znieruchomiałam na chwilę z otwartymi ustami.
-Poważnie...?- Zapytałam po dłuższej chwili z zaskoczeniem.
Tori podeszła do drzwi i wyjrzała na korytarz. Domknęła drzwi i przyciszając głos odparła:
-Tydzień temu robiłam test... Potem godzinę przesiedziałam w klopie i nie wiedziałam; czy się cieszyć; czy może rzucić się z tego okna- dodala z ironią.
-I nie powiedziałaś o tym jeszcze Vincentowi?- Zdumiałam się.
Tori przysiadła przy biurku z ciężkim westchnieniem.
-Właśnie w tym jest problem- zauważyła niepewnie.
-Czemu?- Spytałam przyglądając się przyjaciółce.
-Bo ja kompletnie nie wiem; jak ja mam mu to powiedzieć..- powiedziała spanikowana.
Omal nie spadłam z parapetu mierząc ją zdumionym wzrokiem. Kolejna długa chwila ciszy miedzy nami.
-Nie obrazisz się?- Spytałam z wahaniem.
-Spoko- uśmiechnęła się.
-Jeśli Vincent jest takim facetem; na jakiego wygląda to nie wierzę; żeby się nie ucieszył..
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Spytała nagle ostrożnie.
Zastanowiłam się nieco.
-Powiem szczerze- oznajmiłam spokojnie.- Vincent może był czasem trochę dziecinny; ale no... Trochę już go znam i myślę; że jak mu powiesz, to będzie skakał i świrował z radochy.
-Myślisz...?- Tori zawahała się i była nieco sceptycznie nastawiona.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Vincent chodził zdenerwowany po pokoju. Wręczając nam piwo zauważył:
-Trochę się martwię o Tori...
Mógłbym przyznać, że w ogóle mnie to nie zaskoczyło; ale Rodriguez z reguły nikomu się nie zwierzał i zawsze sam próbował uporać się ze swoimi problemami; a co więcej odmawiał pomocy innych- nie chodziło tu o jego dumny charakter, tylko o to, że zwyczajnie nie lubił pakować ludzi w kłopoty; których i oni mieli pod dostatkiem.
-Ona czasami zachowuje się cholernie dziwnie... Dwa dni temu na przywitanie rzuciła we mnie słoikiem dżemu.
-Słoikiem??- Zdziwiłem się; kopniakiem spychając z łóżka rechotającego idiotycznie Paula.- Nie wkurzyłeś jej czymś...?
-Rzuciłbyś słoikiem w Raven; gdyby ta od progu rzuciła: "cześć kochanie"?- Zapytał niechętnie.
-Raczej nie...- odparłem z zastanowieniem.
Paul podniósł się z podłogi i spokojnie usiadł na łóżku. Popijając piwo w milczeniu miał zamyśloną minę.
-Mnie też ostatnio zwarczała i nawet nie wiem za co- powiedział wolno.- A znowu dzisiaj na geografii cieszyła się; jak mysz ze sera. No i te jej śniadania...- Stwierdził, nie do końca wiedząc, jakby je nazwać.
-Co z nimi?- Zaniepokoił się Vincent nagle; patrząc na Paula nieprzychylnie.
-Nie obraź się; ale... Nie uważasz; że pączki i kurczak to bardzo dziwne połączenie?
-Trochę...- przytaknął ostrożnie ciemnooki Hiszpan.
-Poza tym; jak ona wtrynia... Normalnie; jakby zamiast ust miała... No nie wiem.. włączony odkurzacz... Żeby zjeść tyle żarcia w niecałe dziesięć minut...?- Zapytał retorycznie.- Nawet Tyler tyle naraz nie wpieprza...
-Odwal się- prychnąłem ironicznie.- Tasiemiec odpada, bo Tori nieco przytyła...
-Jak kadr z filmu "uwolnić orkę"- Tym razem Vincent za pomocą buta spuścił Paula z łóżka.
-Ej no.. Ja tylko żartowałem..- jęknął Tanner urażony. Nagle zmierzył nas takim spojrzeniem; jakby go olśniło.- A może... Może Tori.. No...- Zaczął się zacinać; niepewny, czy jednak powinien rzucić tę hipotezę.
-No; wyduś to z siebie wreszcie; Tanner- burknął z rozdrażnieniem Vincent.
Paul milczał obracając w dłoni butelkę piwa. Rozmyślał nad czymś.
-Chyba nic z niego nie wyciągnięsz. To zwykły cienias i tyle- rzuciłem z ironią.
-A jeśli teoretycznie...- Paul znów urwał.- Może inaczej... Vincent, powiedz szczerze.. Co by było, gdyby Tori była w ciąży..?
Vincent miał taką minę, jakby Paul przywalił mu w twarz. Zwróciłem zaskoczony wzrok na Paula.
-Co ci tak nagle odbiło z tą ciążą?- Spytałem gapiąc się nań jak sroka w gnat.
Rodriguez położył się w poprzek łóżka i utkwił wzrok w suficie. Milczał tak długo, że straciłem nadzieję; że w ogóle się odezwie.
-Sam nie wiem...- powiedział w końcu ciemnooki nadal patrząc w sufit.- Pierwsze trzy opcje teoretycznie byłyby takie: cisza; potem pewnie powiedziałbym jej, żeby przestała żartować i zacząłbym się śmiać, albo zwyczajnie zbladłbym jak ściana i zemdlał z szoku- Vincent wzruszył ramionami, z westchnieniem.- Ale mogłoby też być skakanie z radochy... Sam nie wiem..- przyznał z zastanowieniem.
-Caramelo; nie wiesz; gdzie schowałem skrzynkę z narzędziami?- usłyszeliśmy głos jego ojca.
Vincent doszedł do balustrady schodów i wychylając się rzucił:
- Najprawdopodobniej jest w piwnicy, ojcze.!- wrócił mrucząc coś pod nosem.
-Ej, ty chodzisz na hiszpański... Co znaczy "Caramelo"?- Spytał mnie Paul szeptem.
-Jeśli mu powiesz; to cię ukatrupię- zagroził mi Vincent wracając do nas.- Poza tym nienawidzę tego przezwiska...
Przewróciłem oczami.
Taca Tori zawierała dziś najdziwniejszy zestaw, jaki widziałam: pieczony kurczak; puree ziemniaczane, sałatka; kawa i pączek.
-Nie mów; że to zjesz...- Zaczęłam ostrożnie, a Vincent spojrzał na mnie zdziwiony, że w ogóle się na to odważyłam.
Tori upiła łyk kawy i spojrzała na mnie spod oka. Przechyliła się i szepnęła mi do ucha:
-Jak będziemy same chciałabym pogadać- oznajmiła lekko. Wyprostowała się i rzuciła krótkie smacznego...
Dziesięć minut później w jej ustach zniknął ostatni kęs pączka i łyk kawy.
-Poezja..- skomentowała z rozmarzeniem.- Ej.. O co wam chodzi?- Spytała widząc nasze zdumione spojrzenia utkwione w pustej tacy przed nią.
-Nie zrozum mnie źle, ale... Jak ty...- Paul przesunął wymowne spojrzenie z tacy na Tori.- Jakim cudem wpakowałaś w siebie tyle żarcia...?- Zapytał z podziwem.
Tori przytuliła się do Vincenta i zmierzyła Paula dziwnie wesołym wzrokiem.
-Ostatnio wsuwam, jak odkurzacz- przyznała rumieniąc się delikatnie.
***
Nie było czasu nawet pogadać; ponieważ Vincent niemal nie odstępował Tori na krok; zupełnie jakby pilnował, by nic jej się nie stało.
-Wezmę to- rzucił wyciągając z jej palców stos książek. Zawiesił na swoim ramieniu torebkę Tori; która wydawała się nieco zdenerwowana tym, że chłopak we wszystkim ją wyręcza.
Późne popołudnie po zajęciach spędziłam w domu Tori.
Niska szatynka rozwaliła się na łóżku wzdychając ciężko.
-O czym chciałaś pogadać?- Spytałam siadając obok.
Tori zmarszczyła czoło zastanawiając się; od czego by tu zacząć.
-Wiesz... Nie powiedziałam o tym jeszcze Vincentowi, ale.. On chyba zauważył; że no...
-Trudno nie zauważyć mięsa z kurczaka i pączka na jednej tacy...- zauważyłam z ironicznym uśmiechem.
-Właśnie. Czasem też mam... Takie dziwne nastroje: dziś rano rzuciłam w niego poduszką i właściwie nie rozumiem, czemu...- wzruszyła ramionami i pogrążyła się w myślach.
Zapadła między nami chwila ciszy.
-No ostatnio czasem jesteś burkliwa; a za chwilę jakaś wesoła...- stwierdziłam wolno.- Myślałam nawet; że może jesteś...- zaczęłam.
-Jestem- przyznała poważnie; przerywając mi.
Znieruchomiałam na chwilę z otwartymi ustami.
-Poważnie...?- Zapytałam po dłuższej chwili z zaskoczeniem.
Tori podeszła do drzwi i wyjrzała na korytarz. Domknęła drzwi i przyciszając głos odparła:
-Tydzień temu robiłam test... Potem godzinę przesiedziałam w klopie i nie wiedziałam; czy się cieszyć; czy może rzucić się z tego okna- dodala z ironią.
-I nie powiedziałaś o tym jeszcze Vincentowi?- Zdumiałam się.
Tori przysiadła przy biurku z ciężkim westchnieniem.
-Właśnie w tym jest problem- zauważyła niepewnie.
-Czemu?- Spytałam przyglądając się przyjaciółce.
-Bo ja kompletnie nie wiem; jak ja mam mu to powiedzieć..- powiedziała spanikowana.
Omal nie spadłam z parapetu mierząc ją zdumionym wzrokiem. Kolejna długa chwila ciszy miedzy nami.
-Nie obrazisz się?- Spytałam z wahaniem.
-Spoko- uśmiechnęła się.
-Jeśli Vincent jest takim facetem; na jakiego wygląda to nie wierzę; żeby się nie ucieszył..
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Spytała nagle ostrożnie.
Zastanowiłam się nieco.
-Powiem szczerze- oznajmiłam spokojnie.- Vincent może był czasem trochę dziecinny; ale no... Trochę już go znam i myślę; że jak mu powiesz, to będzie skakał i świrował z radochy.
-Myślisz...?- Tori zawahała się i była nieco sceptycznie nastawiona.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Vincent chodził zdenerwowany po pokoju. Wręczając nam piwo zauważył:
-Trochę się martwię o Tori...
Mógłbym przyznać, że w ogóle mnie to nie zaskoczyło; ale Rodriguez z reguły nikomu się nie zwierzał i zawsze sam próbował uporać się ze swoimi problemami; a co więcej odmawiał pomocy innych- nie chodziło tu o jego dumny charakter, tylko o to, że zwyczajnie nie lubił pakować ludzi w kłopoty; których i oni mieli pod dostatkiem.
-Ona czasami zachowuje się cholernie dziwnie... Dwa dni temu na przywitanie rzuciła we mnie słoikiem dżemu.
-Słoikiem??- Zdziwiłem się; kopniakiem spychając z łóżka rechotającego idiotycznie Paula.- Nie wkurzyłeś jej czymś...?
-Rzuciłbyś słoikiem w Raven; gdyby ta od progu rzuciła: "cześć kochanie"?- Zapytał niechętnie.
-Raczej nie...- odparłem z zastanowieniem.
Paul podniósł się z podłogi i spokojnie usiadł na łóżku. Popijając piwo w milczeniu miał zamyśloną minę.
-Mnie też ostatnio zwarczała i nawet nie wiem za co- powiedział wolno.- A znowu dzisiaj na geografii cieszyła się; jak mysz ze sera. No i te jej śniadania...- Stwierdził, nie do końca wiedząc, jakby je nazwać.
-Co z nimi?- Zaniepokoił się Vincent nagle; patrząc na Paula nieprzychylnie.
-Nie obraź się; ale... Nie uważasz; że pączki i kurczak to bardzo dziwne połączenie?
-Trochę...- przytaknął ostrożnie ciemnooki Hiszpan.
-Poza tym; jak ona wtrynia... Normalnie; jakby zamiast ust miała... No nie wiem.. włączony odkurzacz... Żeby zjeść tyle żarcia w niecałe dziesięć minut...?- Zapytał retorycznie.- Nawet Tyler tyle naraz nie wpieprza...
-Odwal się- prychnąłem ironicznie.- Tasiemiec odpada, bo Tori nieco przytyła...
-Jak kadr z filmu "uwolnić orkę"- Tym razem Vincent za pomocą buta spuścił Paula z łóżka.
-Ej no.. Ja tylko żartowałem..- jęknął Tanner urażony. Nagle zmierzył nas takim spojrzeniem; jakby go olśniło.- A może... Może Tori.. No...- Zaczął się zacinać; niepewny, czy jednak powinien rzucić tę hipotezę.
-No; wyduś to z siebie wreszcie; Tanner- burknął z rozdrażnieniem Vincent.
Paul milczał obracając w dłoni butelkę piwa. Rozmyślał nad czymś.
-Chyba nic z niego nie wyciągnięsz. To zwykły cienias i tyle- rzuciłem z ironią.
-A jeśli teoretycznie...- Paul znów urwał.- Może inaczej... Vincent, powiedz szczerze.. Co by było, gdyby Tori była w ciąży..?
Vincent miał taką minę, jakby Paul przywalił mu w twarz. Zwróciłem zaskoczony wzrok na Paula.
-Co ci tak nagle odbiło z tą ciążą?- Spytałem gapiąc się nań jak sroka w gnat.
Rodriguez położył się w poprzek łóżka i utkwił wzrok w suficie. Milczał tak długo, że straciłem nadzieję; że w ogóle się odezwie.
-Sam nie wiem...- powiedział w końcu ciemnooki nadal patrząc w sufit.- Pierwsze trzy opcje teoretycznie byłyby takie: cisza; potem pewnie powiedziałbym jej, żeby przestała żartować i zacząłbym się śmiać, albo zwyczajnie zbladłbym jak ściana i zemdlał z szoku- Vincent wzruszył ramionami, z westchnieniem.- Ale mogłoby też być skakanie z radochy... Sam nie wiem..- przyznał z zastanowieniem.
-Caramelo; nie wiesz; gdzie schowałem skrzynkę z narzędziami?- usłyszeliśmy głos jego ojca.
Vincent doszedł do balustrady schodów i wychylając się rzucił:
- Najprawdopodobniej jest w piwnicy, ojcze.!- wrócił mrucząc coś pod nosem.
-Ej, ty chodzisz na hiszpański... Co znaczy "Caramelo"?- Spytał mnie Paul szeptem.
-Jeśli mu powiesz; to cię ukatrupię- zagroził mi Vincent wracając do nas.- Poza tym nienawidzę tego przezwiska...
Przewróciłem oczami.
Karmelek... Jakie to pieszczotliwie słodkie...
-Widzisz... nie mogę ci powiedzieć- szturchnąłem lekko Paula.- Wracając do naszej rozmowy...
Nagle rozdzwonił się telefon na biurku Vincenta.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Zrywam się ze snu i siadam na łóżku rozglądając się po pokoju.
Byłaś tak blisko; Grace...
Nagle rozdzwonił się telefon na biurku Vincenta.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Zrywam się ze snu i siadam na łóżku rozglądając się po pokoju.
Byłaś tak blisko; Grace...
- Kolejny raz przed oczami...
- Twoje wzmocnione krwią wampira ciało upada na chodnik..
- ...widzę te brązowe oczy...
- ..które mnie wzywają. Wokół ciebie jest..
- ...tyle krwii; której zapach sprawia mi ból...
- ..z trudem chwytasz moją dłoń, chcąc coś powiedzieć..
- ...choć może to krew tamtej dziewczyny...
- ..która nie pozwala mi się do ciebie zbliżyć...
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Kolejna noc z serii obław na poziomy D nie wyróżniała się niczym szczególnym; a właściwie nie wyróżniałaby się; gdyby nie towarzyszące mi dziwne uczucie czyjejś obecności...
-Co jest; Raven..?- Zaczął Porter widząc; że przystanęłam rozglądając się niespokojnie.
-Nie; musiało mi się wydawać...- odparłam ruszając z miejsca.
Nie zdawało mi się. Dałabym sobie rękę uciąć; że słyszałam czyjeś kroki; poza tym to uczucie; że ktoś nas obserwuje...
-Raven; z prawej!- Pada okrzyk Horse'a.
Zdążyłam zamachnąć się mieczem odrąbując łapsko wampira i uskoczyć przed innym nacierającym w moją stronę ścierwem.
-Co oni się tak na mnie uwzięli?!- Sapnęłam z wściekłością rozcinając na pół kolejnego.
Michael wylądował tuż za mną i pozbywał się następnych.
-Co ich tu tylu...?- Zaczął Jasper siekąc mieczem.
Jakimś dziwnym trafem nasza ekipa; zwana w szeregach 'grupą B' rozproszyła się; a w moim pobliżu pozostał tylko Michael.
-Przeklęte bestie!- warknął gdzieś niedaleko głos Portera. Zawtórował mu stek przekleństw z ust innego łowcy.
W tym nocnym zamieszaniu ledwo co było widać.
Ktoś mnie potrącił. Wpadłam plecami na ścianę i tuż przed sobą zobaczyłam ostrze..
Znów te przenikliwie szare oczy...
Ktoś pchnął mnie na bok i osłaniając się mieczem kopniakiem odepchnął przeciwniczkę.
Ten mdły zapach krwi...
Zatoczyłam się i z trudem zdołałam utrzymać równowagę zaciskając dłoń na jakiejś barierce. Wzrok stracił na ostrości; a w żyły wdarł się kłujący ból; który sparaliżował mnie na długie sekundy. Przed oczami mignęła mi czyjaś postać. Ta brązowa bluza z kapturem z kocimi uszami, którą skądś znałam...
-Przeklęte bestie!- warknął gdzieś niedaleko głos Portera. Zawtórował mu stek przekleństw z ust innego łowcy.
W tym nocnym zamieszaniu ledwo co było widać.
Ktoś mnie potrącił. Wpadłam plecami na ścianę i tuż przed sobą zobaczyłam ostrze..
Znów te przenikliwie szare oczy...
Ktoś pchnął mnie na bok i osłaniając się mieczem kopniakiem odepchnął przeciwniczkę.
Ten mdły zapach krwi...
Zatoczyłam się i z trudem zdołałam utrzymać równowagę zaciskając dłoń na jakiejś barierce. Wzrok stracił na ostrości; a w żyły wdarł się kłujący ból; który sparaliżował mnie na długie sekundy. Przed oczami mignęła mi czyjaś postać. Ta brązowa bluza z kapturem z kocimi uszami, którą skądś znałam...
Czy to może być...?
Może być...?
Nie, to niemożliwe...
Może być...?
Nie, to niemożliwe...
- Ta brązowa bluza z kapturem, z kocimi uszami...
-Grace...- wydyszałam, oddychając z trudem. Miecz wypadł mi z rąk; gdy próbowałam ochronić się przed upadkiem. Zaparłam się plecami muru i zacisnęłam na czymś palce próbując wstać- nic z tego: runęłam ciężko na chodnik. Byłam bardzo słaba, ledwo mogłam się poruszyć.
-Callisto!- Okrzyk Michaela sprawia, że zaciskam dłoń na mieczu; jednak mój obecny stan uświadamia mi, że mogę nie zdążyć podnieść broni...
Tuż przede mną przemyka postać z bronią w ręku. Ten zmęczony, ciężki oddech... Brązowa bluza i wychodzące spod kaptura z kocimi uszami przefarbowane na czarno loki, wśród których błyszczy cieńki łancuszek z otwieranym medalionem; z jakimś napisem i misternymi liśćmi okalającymi owalną tarczę.
Postać kopniakiem posłała wampira w tłum innych.
-Znowu mi zwiewasz- warknęła poprzednia przeciwniczka postaci.
Zwierające się miecze wykrzesały kilka iskier. Ciosy stały się szybsze i bardziej precyzyjne. Osłaniająca mnie postać zwróciła twarz w moją stronę...
-Callisto!- Okrzyk Michaela sprawia, że zaciskam dłoń na mieczu; jednak mój obecny stan uświadamia mi, że mogę nie zdążyć podnieść broni...
Tuż przede mną przemyka postać z bronią w ręku. Ten zmęczony, ciężki oddech... Brązowa bluza i wychodzące spod kaptura z kocimi uszami przefarbowane na czarno loki, wśród których błyszczy cieńki łancuszek z otwieranym medalionem; z jakimś napisem i misternymi liśćmi okalającymi owalną tarczę.
Postać kopniakiem posłała wampira w tłum innych.
-Znowu mi zwiewasz- warknęła poprzednia przeciwniczka postaci.
Zwierające się miecze wykrzesały kilka iskier. Ciosy stały się szybsze i bardziej precyzyjne. Osłaniająca mnie postać zwróciła twarz w moją stronę...
Mój wzrok niespodziewanie się wyostrzył, choć nadal byłam wykończona zobaczyłam tę bladą twarz bardzo wyraźnie...
-Grace...- wychrypiałam, z trudem przewracając się na bok. Mdlący zapach krwi stawał się nie do zniesienia.
-Grace...- wychrypiałam, z trudem przewracając się na bok. Mdlący zapach krwi stawał się nie do zniesienia.
Nie mieściło mi się w głowie, dlaczego Grace rzuciła mi się na pomoc. Obserwowałam to wszystko inaczej- zupełnie spokojnie, jakbym stała gdzieś obok; będąc tylko osobą postronną. Krwawiące Ostrze wystrzeliło pod ramieniem Grace wprost w moją stronę. Brązowooka zrobiła zamach i odrąbała kolczaste pnącza przykuwające broń do dłoni przeciwniczki. Miecz z metalicznym trzaskiem wylądował tuż przy mnie. Moja siostra obróciła broń w swojej dłoni i przywaliła dziewczynie rękojeścią w twarz. Tamta cofnęła się chwiejnie zaskoczona i odsłoniła kły warcząc wrogo. Szare oczy zapłonęły w mroku szkarłatem.
-Z tobą też skończę...!- Sięgnęła do medalionu zwisającego z szyi Grace, która bez wahania cięła wampirzycę w dłoń. Ta spojrzała nań wściekle i odbijając się stopami od ziemi odleciała od nas i robiąc salto w powietrzu zniknęła za murem dzielnicy slumsów. Kilka minut później po wampirach poziomu D nie zostało nawet śladu.
Grace wsunęła w pochwę pod rekawem krótki miecz i bez słowa ruszyła z miejsca. Szybko chwyciłam ją za kostkę nim zdążyłaby mi uciec; szepcząc jej imię.
-Puść mnie; Cally- powiedziała próbując zapanować nad drżącym z emocji głosem.
-Musimy porozmawiać... Grace...- nie potrafiłam powiedzieć nic sensownego. Chciałam ją po prostu przy sobie zatrzymać...
-Nie; Callisto Anabelle: to ty musisz z kimś porozmawiać, ale wiedz jedną rzecz: tym kimś nie jestem ja. I nigdy nie było żadnego "my"- oznajmiła siląc się na obojętność. Wyrwała stopę z mojej słabej dłoni i ruszyła przed siebie szybkim krokiem nie zatrzymywana przez nikogo. Odprowadzało ją podejrzliwe spojrzenie Michaela.
***
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co z moją panienką?- Zapytał podenerwowany głos, za sobą usłyszałem głośne kroki.
-Zawołaj jej ojca, Mikaelis- przerwałem mu niosąc Cally do pracowni lekarskiej jej kuzyna.
-Jak śmiesz mi rozkazywać skoro nie jesteś jednym z Ravenów?- odszczeknął się czarnooki.
Chwyciłem go za kołnierz czarnej koszuli i przyciągając go spojrzałem w jego pełne gniewu czarne oczy, mówiąc ostro:
-To nie jest rozkaz; tylko prośba- oznajmiłem chłodno odpychając go w kierunku wylotu korytarza.- Ona będzie go potrzebować; więc uprzejmie zrób to, o co cię proszę; Mikaelis- minąłem go, pchnąłem drzwi i zasłoniłem szybko oczy na widok siedzącej w biustonoszu córki Aleca, Caroline Raven; czerwieniąc się jak burak.
-Przepraszam... Ja po prostu...- zacząłem zakłopotany.
-Połóż ją na łóżku- z przyległego pokoju wynurzył się Marco Holy. Pchał przed sobą stolik zawalony różnymi przyborami lekarskimi. Caroline zwróciła się w jego stronę. Jej lewe ramię od łokcia w górę było niemal rozszarpane. Poza tym miała kilka zadrapań na ciele. Położyłem Callisto na łóżku i siedziałem przy niej w milczeniu.
-Zrobisz coś; żeby została jak najmniejsza blizna?- Zapytała Caroline z nadzieją.
-Aż takim cudotwórcą to ja nie jestem- powiedział w skupieniu dając jej jakiś zastrzyk.- Na pewno trzeba to zszyć; wygląda koszmarnie. Potem się zobaczy...-odparł powoli; skupiony na pracy.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-Z tobą też skończę...!- Sięgnęła do medalionu zwisającego z szyi Grace, która bez wahania cięła wampirzycę w dłoń. Ta spojrzała nań wściekle i odbijając się stopami od ziemi odleciała od nas i robiąc salto w powietrzu zniknęła za murem dzielnicy slumsów. Kilka minut później po wampirach poziomu D nie zostało nawet śladu.
Grace wsunęła w pochwę pod rekawem krótki miecz i bez słowa ruszyła z miejsca. Szybko chwyciłam ją za kostkę nim zdążyłaby mi uciec; szepcząc jej imię.
-Puść mnie; Cally- powiedziała próbując zapanować nad drżącym z emocji głosem.
-Musimy porozmawiać... Grace...- nie potrafiłam powiedzieć nic sensownego. Chciałam ją po prostu przy sobie zatrzymać...
-Nie; Callisto Anabelle: to ty musisz z kimś porozmawiać, ale wiedz jedną rzecz: tym kimś nie jestem ja. I nigdy nie było żadnego "my"- oznajmiła siląc się na obojętność. Wyrwała stopę z mojej słabej dłoni i ruszyła przed siebie szybkim krokiem nie zatrzymywana przez nikogo. Odprowadzało ją podejrzliwe spojrzenie Michaela.
***
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co z moją panienką?- Zapytał podenerwowany głos, za sobą usłyszałem głośne kroki.
-Zawołaj jej ojca, Mikaelis- przerwałem mu niosąc Cally do pracowni lekarskiej jej kuzyna.
-Jak śmiesz mi rozkazywać skoro nie jesteś jednym z Ravenów?- odszczeknął się czarnooki.
Chwyciłem go za kołnierz czarnej koszuli i przyciągając go spojrzałem w jego pełne gniewu czarne oczy, mówiąc ostro:
-To nie jest rozkaz; tylko prośba- oznajmiłem chłodno odpychając go w kierunku wylotu korytarza.- Ona będzie go potrzebować; więc uprzejmie zrób to, o co cię proszę; Mikaelis- minąłem go, pchnąłem drzwi i zasłoniłem szybko oczy na widok siedzącej w biustonoszu córki Aleca, Caroline Raven; czerwieniąc się jak burak.
-Przepraszam... Ja po prostu...- zacząłem zakłopotany.
-Połóż ją na łóżku- z przyległego pokoju wynurzył się Marco Holy. Pchał przed sobą stolik zawalony różnymi przyborami lekarskimi. Caroline zwróciła się w jego stronę. Jej lewe ramię od łokcia w górę było niemal rozszarpane. Poza tym miała kilka zadrapań na ciele. Położyłem Callisto na łóżku i siedziałem przy niej w milczeniu.
-Zrobisz coś; żeby została jak najmniejsza blizna?- Zapytała Caroline z nadzieją.
-Aż takim cudotwórcą to ja nie jestem- powiedział w skupieniu dając jej jakiś zastrzyk.- Na pewno trzeba to zszyć; wygląda koszmarnie. Potem się zobaczy...-odparł powoli; skupiony na pracy.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz