czwartek, 25 stycznia 2018

Hunter III: Curse Rozdział XIII: Klan Vain

Poranek...
-Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk- rzucił od wejścia cichy głos. Luca Raven i trzej jego bracia stanęli w drzwiach.
-Mam szykować się na najgorsze?- Spytała wesoło Callisto zakładając rozciągnięty szary dres. Żując kanapkę spojrzała na ojca i jego braci.
-O co chodzi?- Spytała niewinnie.
-Musimy bardzo poważnie porozmawiać- oznajmił Luca Raven- mała kłamczucho.
-Kłamczucho. To brzmi poważnie, Callisto- rzuciłem lekko.
-No, chyba nie mam wyjścia- odpowiedziała.- Muszę się zgodzić na przesłuchanie.
-Aż tak źle nie jest, żeby nazywać to przesłuchaniem- stwierdził Jonathan powoli.
-Co masz nam do powiedzenia, Callisto?- Alec wbił w czarnowłosą miażdżąco badawcze spojrzenie, zresztą Luca Raven patrzył na mnie tak samo.
Wymieniliśmy spojrzenia, objąłem Callisto stojąc za nią.
-Chyba się wydało- szepnąłem, a z jej ust wyrwał się chichot.
Mężczyźni rozsiedli się na kanapie.
-Zatem?- Zapytał piwnooki zamykając drzwi.
-Od czego by tu zacząć...- zastanowiła się na głos.
-Może od.. Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć, że zostanę dziadkiem?- Zapytał uprzejmie Cristopher.
-Myślałam, że skapujecie się dużo później- zauważyła Cally i zarechotaliśmy zgodnie.
-To poważna sprawa, moi drodzy- stwierdził Alec wolno.
-Wiemy. Głównie dlatego przynoszę Cally śniadanie i bez przerwy tłumaczę, żeby o siebie dbała- odparłem i dostałem mocnego kuksańca.
-Który to miesiąc? Dziewczyna, czy chłopak?- Nastąpiła lawina pytań.
-Czwarty.. Istnieje osiemdziesiąt dziewięć procent prawdopodobieństwa, że to dziewczynka, a poza tym...
-Półwampir- zakończył Alec.
Luca zastanawiał się długą chwilę.
-Rozmawialiście już o ślubie?- Zapytał w końcu.
-Nie ustaliliśmy jeszcze daty- odparłem i znów dostałem szturchańca.- Nadal jest podział, bo Cally chce stopić się z grudniowym śniegiem, a...
-A ty z październikowymi liśćmi- odcięła się udając obrażoną.
-I zrozum tu kobietę- westchnąłem teatralnie wznosząc oczy ku sufitowi.- Właściwie po czym poznaliście, że, no...
-Słynne zdjęcie z Instagrama..- zauważył Luca.- A w sumie jego tło..- Podał mi telefon.
-Co tu takiego interesują... O w mordę...- jęknąłem patrząc na pudełko po lodach w towarzystwie mięsa z kurczaka, które uchwycił aparat.
-Poza tym Marco też miał swoje podejrzenia- dodał ojciec Callisto.
-Zdrajca jeden- burknęła ledwie słyszalnie turkusowooka.
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Cześć, mamo- rzuciłam wchodząc do domu.
-Tori- zatonęłam w objęciach matki i babci.
-Dzień dobry, Tori- Odezwał się Octavio Rodriguez.
-Dzień bry- Uśmiechnęłam się ciepło.
-Jaki z niego Okruszek..- Wymruczała babcia Margaret, bawiąc się rączką małego.
-Przystojny, jak tatuś- zarechotałam, a Vincent przewrócił oczami.
Wszyscy, a babcia chyba najbardziej, rozpływali się z zachwytu nad małym Vincentem Octavio. I mój Vincent nareszcie zaczął się częściej uśmiechać.
Obiad przebiegał w miłej atmosferze, do czasu aż padło kłopotliwe pytanie o matkę Vincenta.
-Nie chcę mieć z tą kobietą nic wspólnego, już dosyć zniszczyła nam życie- powiedział niechętnie dryblas.
-Przepraszam, nie chciałam..- zaczęła babcia.
-Nie szkodzi. Było, minęło- odparł mój przyszły teść spokojnie.
Nasz synek spał smacznie w nosidełku. Zastanawiałam się, czy teraz coś się między nami zmieni. Już było sporo zmian na lepsze, poza tym wszystko było na dobrej drodze- zaczynaliśmy nowy rozdział w życiu.
Poczułam jak Vincent objął mnie lekko i uśmiechnęłam się doń delikatnie.
-Mi Corazòn..- szepnął z uczuciem śniadolicy.
Zauważyłam, że coraz częściej mówił w rodowitym języku, którym nie posługiwał się od ponad dziesięciu lat- nie z jakiegoś tam focha, tylko dlatego, że czuł smutek; bo musiał układać sobie życie na nowo bez kogoś, kogo kochał i kto cholernie mocno go zranił.
-Chyba naprawdę powinnam go przeprosić...- powiedziała cicho babcia, gdy na górze Vincent zajmował się dzieckiem.
-W porządku, babciu.. Vincent nie chciał, żebyście dowiedziały się o tym w ten sposób..- westchnęłam ciężko.
-Mówi o niej tak, jakby jej nienawidził- babcia celowo zniżyła głos do szeptu.
-To nie tak.. Zresztą nieważne..- ruszyłam na piętro.
-Wiem. Porozmawiajmy o tym, kiedy przestałaś dla mnie istnieć- mimo, że jego ton był pełen jadu, Vincent skrywał pod nim ogromną tęsknotę i ból.
Ja nigdy nie zostawiłabym własnej rodziny. Nie po tym, co przeszłam..
-Co, Okruszku?- spytał lekko Vincent, spacerując z małym na rękach po pokoju. Chłopczyk trzymał rączką kciuk Vincenta. Wyglądał na bardzo śpiącego. Otworzył oczka, ziewnął uroczo i popatrzył na mnie. Zatonęłam w objęciu mojego narzeczonego.
Sobotni poranek zastał mnie senną. Musiałam dwa razy wstać do małego.. Vincenta nie było w łóżku, co bardzo mnie zaskoczyło; bo wczoraj tak bardzo narzekał na zmęczenie.
Cicho, żeby nie zbudzić malucha zeszłam po schodach na dół.
Zobaczyłam na stole ciepłe śniadanie.
"Smacznego, Kotku"- Uśmiechnęłam się odkładając na bok karteczkę i zasiadłam do śniadania.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Jedzie nasza gwiazda- zarechotał Paul widząc podjeżdżającego czarnego, sportowego Nissana.
-Zaraz będziesz miał gwiazdę, ale pod okiem- odparł Rodriguez z udawaną groźbą, wysiadając z wozu.
-Tori tak łatwo cię wypuściła?- Zapytałam powątpiewająco.
-Spała jeszcze- odpowiedział spokojnie, robiąc łobuzerską minę.
-To się nazywa spuścić się z łańcucha- rzucił żartobliwie Michael, gdy szliśmy w stronę domu Vincenta.
-Tu, czy tu?- Spytał śniadolicy wskazując miejsca, w których miała być półka.
Michael trzepnął go czymś w banię z ironicznym uśmiechem.
-No, fakt. Tu półka ni huj nie pasuje- stwierdził Vincent wolno i wszyscy trzej zarechotali zgodnie.
-Cally, jak ci się podoba?- Vincent zdjął folię malarską z jakiegoś kształtu, który okazał się dziecięcym łóżeczkiem z przewijakiem w błękitnym kolorze.
-Jejku! Boskie- jęknęłam gapiąc się na to cudeńko.- Skądś ty to wytrzasnął?
-Znalazłem na strychu- rzucił Vincent ze śmiechem.
-Jest mega- powiedziałam z podziwem.
Wzięliśmy się za urządzanie pokoiku.
••••••••••
Następnego dnia, piątek. Kościół Świętego Michała Archanioła.
Ceremonia chrztu przebiegała spokojnie i bez zgrzytów.
Zauważyłam, że Tori cieszył widok uśmiechniętego przyszłego męża, zresztą maluch też zbytnio nie płakał.
-Państwo też, jak widzę spodziewają się maluszka- zagadnął ksiądz po ceremonii z dobrodusznym uśmiechem.
Michael wziął mnie za rękę.
-Taak, maleństwo w drodze- przyznałam. Pod wpływem impulsu za jednym zamachem załatwiliśmy nasze ślubne sprawy.
Dom rodziny Rodriguez, wczesny wieczór.
Vincent podał mi dziecko i wyciągając chustkę zawiązał Tori oczy.
-Vincent.. Co ty wyprawiasz?- Zapytała zdziwiona.
-Chcę mieć pewność, że nie będziesz podglądać- dał jej lekkiego całusa.- Chodź..
-Mówisz tak, jakbyś miał jakąś petardę- odpowiedziała lekko podejrzliwym tonem niska szatynka.
Ja i zielonooki szybko spojrzeliśmy na boki, żeby się nie roześmiać. Chłopczyk spał spokojnie w moich ramionach trzymając mój palec w swojej maleńkiej rączce. Ruszyliśmy po schodach na piętro.
-Dokąd ty mnie ciągniesz?- Zapytała zaskoczona Tori.
Vincent otworzył cicho drzwi i szybkim ruchem zdjął przepaskę z oczu narzeczonej. Tori opadła szczęka..
-Kiedy to zrobiłeś...?- Szepnęła, szybko ocierając łzy z oczu.
-Podoba ci się..?- Spytał ciepło.
-Ty głupi wariacie, jest cudowny...- szepnęła rzucając mu się na szyję. Objął ją i podniósł lekko w górę.- Nawet o takim nie marzyłam...- Weszła by się rozejrzeć.
Zatrzymała się przy ścianie, gdzie wisiały ich zdjęcia.
-Jesteś kochany..- szepnęła z trudem powstrzymując łzy, patrzyła na nasze wspólne zdjęcie, które Paul zrobił nam z zaskoczenia. Tori trzymała w ustach kanapkę, a w ręce puszkę coli i patrzyła zdziwiona na Michaela, który akurat coś mówił. Ja, oparta o zielonookiego szturchałam Paula śmiejąc się z czegoś, a Vincent pokazał mu rogi.
W samym centrum wisiała fotografia ze szpitala: Tori spała z dzieckiem w ramionach.
Chłopczyk zaczął się wiercić na moich rękach. Po chwili rozległa się syrena.
-Znowu?- Spytała zaskoczona Tori biorąc małego na ręce. Chodząc z nim po pokoiku starała się uspokoić malucha.- Obżartuch zgłodniał- zachichotała lekko.
***
-Callisto..- zagadnął, obejmując mnie lekko.
-Co, Pyszczulku?- Spytałam patrząc na las.
-Wybrałaś już suknię?- Zapytał z zaciekawieniem.
-Wybrałam- odparłam leniwie, opierając się o jego pierś.- A twój garniak?
-Zobaczysz- odpowiedział tajemniczo, muskając ustami pieczęć na mojej szyi.
Termin ślubu ustaliliśmy na pierwszą połowę czerwca. Mieliśmy jeszcze sporo rzeczy do załatwienia... Rodzina Michaela była dość duża i rozsypana po Europie. Moja tak samo.
-O czym tak szepczecie?- Spytała Caroline wesoło. Stała oparta o framugę drzwi i przyglądała nam się niby podejrzliwie.
-O niczym- odparł zielonooki wesoło, dając mi buziaka.- Myślisz o tym samym, co ja?- Szepnął mi do ucha, strzelając ukradkowym spojrzeniem na Caro.
-Co się tak na mnie patrzycie?- Zapytała poddenerwowana Caroline.
Wzięłam ją za ręce i patrząc jej w oczy wydyszałam:
-Będziesz moją świadkową na ślubie?- Zapytałam.
Caroline przez chwilę poruszała ustami, jak ryba wyciągnięta z wody wpatrując się we mnie wielkimi oczami.
-Peeeewnie, że będę- powiedziała przytulając mnie mocno.- A kto będzie drugim świadkiem..?- Zapytała zaciekawiona.
-Jeszcze nie wiem- uśmiechnął się okularnik.- Przygotuj się na niespodziankę.
Końcówka lutego przywitała nas prószącym śniegiem. Usłyszałam huk i kilka cichych przekleństw z ust zielonookiego.
-Paaaanie, idź pan w huuuuj- jęknął do swich myśli zielonooki.- Kogo ja widzę..?- Rzucił z kpiną.
-Cześć, Bałwanie- zarechotał w odpowiedzi cichy głos.
-Sam jesteś bałwan- odciął się ze śmiechem Michael.- Co tam słychać w wielkim świecie, Sebastién?- Szli schodami.
-To, co zwykle: jebać biedę- odparł Sebastién wesoło.
-Co tam za stado koni lezie?- Jęknął zaspany ojciec Michaela.- Co do..?
-Dzień dobry, wujku- Rzucił ciepło nieznajomy.
-Jakim cudem wypuścili cię z koszar?- Zapytał zaskoczony Armand Tyler.- Zmieniłeś się, szczeniaku- Wyjrzałam z pokoju i zaraz cofnęłam się szybko.
Sebastién był odrobinę wyższy od Michaela. Wysoki, brunet o ciemnozielonych oczach, niesamowicie przystojny w wieku około dwudziestu lat. Ubrany w ciemne kolory, a na stopach wysokie wojskowe buty.
-Jaki przystojniak...- szepnęłam zdumiona, opierając się o framugę drzwi.
-Michael chciał pogadać, zresztą postanowiłem wziąć sobie zaległy urlop- odparł dwudziestolatek.- Ciężkie życie kota..
-Ciężkie to było za moich czasów- zauważył Armand z ironią.- Trza coś zjeść.. Pogadamy później- rzucił schodząc na dół.
-To, co? Mogę poznać tę twoją przyszłą żoneczkę?- Spytał Sebastién wesoło.
-Taaa, idziemy- odparł Michael idąc. Chwilę potem ukazali się w drzwiach. Michael położył na moich kolanach tacę z furą żarcia.
-Callisto. Sebastién.- Rzucił Michael przedstawiając nas sobie.- Sebastién. Callisto.
-Miło mi- rzuciliśmy w swoją stronę.
Zaczęliśmy gadać o wszystkim i niczym.
-W sumie nie wiem po co mnie tu ściągnąłeś..- stwierdził brunet przyglądając się Michaelowi.
-Wiesz.. Pomyślałem, że może mógłbyś zostać świadkiem na naszym ślubie- odparł okularnik lekko się zacinając.
Na twarzy Sebastiana wymalowało się zdziwienie.
-Twoim świadkiem?- Zapytał zaskoczony. Złapał Michaela i poczochrał mu grzywę.- Czemu nie, Bałwanie.?- Rzucił rechocząc.
-Zjazd, leśny ludziu- Michael odepchnął żartobliwie kuzyna.- Opowiadaj, co u ciebie.
-Jak to w wojsku. Powoli i do przodu; byle kombinować- rzucił z ironią.- Lepiej ty nawijaj, co u ciebie- szturchnął go mocno.
|•••|
Nie powiedziałam o tym Michaelowi, ale czułam w Sebastiénie coś niepokojącego. Młodzieniec nie zachowywał się specjalnie dziwnie, albo podejrzanie, bardziej chodziło o to, że- w pewnym sensie- nie wyczuwałam w nim łowcy, jakby jego łowcza część nagle wyparowała.
Śledząc go trzymałam się w bezpiecznej odległości. Szedł spokojnym krokiem, pogwizdując.
-Sebastién, cóż za miła niespodzianka- odezwał się z mroku baryton.
-Dla mnie wręcz przeciwnie- oznajmił cicho przystojniak.- Jaki tym razem masz kaprys, Aniele?- Zapytał lodowato Sebastién, patrząc nieufnie na rozmówcę.
-Och, Bastién.. Bastién.. Przecież wiesz- odparł ojcowskim tonem Anioł Suriel śmiejąc się lekko. Kuzyn Michaela pozostał niewzruszony, a ja poczułam chłód.
-Nie wiem...- odparł nieufnie, przez zaciśnięte zęby młody mężczyzna.
Pod stopami Anioła zaskrzypiał śnieg, postać sięgnęła do kaptura prochowca.
-Możesz cofnąć klątwę swojego ojca, jeśli dostanę to, czego chcę- Kapuca opadła. Szybko odwróciłam wzrok od postaci. Anioł zachichotał złośliwie, a ja zastanawiałam się, o co tu chodzi.
Dostrzegłam, że Sebastién obojętnie patrzy w twarz Anioła.
-Nieprawda- powiedział Bastién z goryczą.- Trzymasz mnie przy życiu, nie z powodu klątwy, a dlatego, że jestem ci potrzebny.
-Dziesięć lat. Dla mnie to, jak mrugnięcie okiem; a dla ciebie sporo czasu, by coś jeszcze zmienić..- odezwał się tajemniczo Anioł.
-Dziewięć i powiedz wreszcie, czego ode mnie chcesz- zażądał zimno Sebastién.
Prochowiec znalazł się tuż przy młodzieńcu, dłoń przyciskała do gardła chłopaka topór.
-Śmiesz mi rozkazywać?- Warknął Suriel z gniewem.
-Myślisz, że się boję śmierci?- Zapytał drwiąco brunet.
Anioł cofnął się o krok, opuszczając rękę z bronią do boku wybuchnął śmiechem.
-Jesteś zabawny, jak twój ojciec- Oznajmił wesoło baryton.- Chcę od ciebie jednej drobnej rzeczy...
Zakryłam dłońmi usta, żeby okrzykiem nie zdradzić swojej obecności.
-Czego chcesz od jeszcze nienarodzonego dziecka?- Zapytał Sebastién cofając się o dwa kroki w tył. Był zdumiony i nieco przestraszony.
-To dziecko jest w połowie wampirem- odparł chłodno Anioł.
-Nieważne czym jest!- Warknął zielonooki Bastién wściekłym tonem.- Nigdy nie tknąłem i nie tknę żadnego dziecka.- Minął Anioła wchodząc między drzewa.
-Nie powiedziałem, że masz je zabić- odparł Suriel z politowaniem, jakby Bastién nic nie zrozumiał.
-Nie chcę mieć nic wspólnego z twoimi gierkami- odparł lodowato brunet.
Był coraz dalej, gdy Suriel odezwał się:
-A co jeśli to dziecko może pomóc i tobie?- Zapytał tajemniczo.
Bastién przystanął jak wryty wbijając wzrok w mroczną ścianę drzew.
-Mnie nikt nie może już pomóc- oznajmił po długiej chwili idąc wgłąb lasu. Chwilę później kroki ucichły.
Anioł zakrył twarz kapturem i ruszył swoją drogą. Przez moment zdawało mi się, że uśmiecha się patrząc na dąb, za którym się kryłam.
-Panienko...- Usłyszałam z boku szept Luciana.
Byłam zdenerwowana. Przez głowę szło milion myśli na sekundę
-Panienko.. Callisto..- Straciłam przytomność.
-Kochanie moje..?- Szepnął Michael, przed oczami zamajaczyły mi zielone tęczówki.- Co ci jest...? Źle się czujesz?- Zapytał zmartwiony.
-Pójdę po Marco- zaczął Lucian, zacisnęłam szybko palce na jego dłoni.- Panienko..?
-Słabo mi... Kręci mi się w głowie..- szepnęłam.
-Idź po Marco, proszę...- powiedział błagalnie Michael, biorąc mnie za rękę, starał się mnie uspokoić.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Marco wyprosił nas na korytarz. Obaj zdenerwowani zaczęliśmy się kłócić
-Martwię się o nie, do cholery!.- Odwarknąłem odpychając go mocno.
-O nie?- Zdziwiony czarnooki powoli opuścił ręce, patrząc na mnie dziwnie.
-To dziewczynka. Szesnasty tydzień.- doszedł nas zza drzwi głos Marco.
Lucian miał coraz bardziej skołowaną minę.
-Michael stale nawijał o dziewczynce..- Zaczęła zaskoczona.
-Rozwija się prawidłowo...- Mikaelis miał coraz bardziej głupią minę. W pewnej chwili udało mu się połączyć fakty w całość.
-To dlatego Panienka je słodycze, ma humory i poranne mdłości- powiedział podejrzliwie Mikaelis świdrując mnie tymi swoimi bezdennymi oczami w kolorze węgla.
Osunąłem się po ścianie na podłogę, gdzie usiadłem. Zdenerwowanie uszło ze mnie, jak powietrze z przebitego balona.
Będę miał córeczkę..
Jednak nadal zastanawiało mnie, dlaczego wiedziałem to od samego początku.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Powinnaś odpoczywać- oznajmił Marco, skrobiąc piórem po blankiecie.
-A to co niby ma być?- Burknęłam.
-Zwolnienie lekarskie- odparł spokojnie.
-Nie chcę...- odburknęłam niezadowolona; pod wpływem kopniaka zgięłam się wpół kuląc nogi i klnąc soczyście.
-Albo zaczniesz o siebie dbać, albo Michael dowie się o kilku rzeczach- zagroził mi Marco.
-Wredny jesteś- prychnęłam wściekłym tonem.
Marco wiedział, że ustąpię. Nie chciałam, żeby się tym wszystkim zadręczał.
-Przepraszam, mogę wejść?- Moje dalsze rozmyślania przerwał cichy głos.
Rudowłosa Jane zamknęła drzwi przed nosem swojego panicza i Luciana.
-Chcesz pogadać, czy Michael cię nasłał?- Uśmiechnęłam się na znak, że żartuję. Jane odwzajemniła uśmiech, mówiąc:
-Panicz bardzo się o ciebie niepokoi..
-Zostawię was- oznajmił Marco wychodząc.
-Wiem...- usiadłam wzdychając ciężko.- Dostaje świra na moim punkcie. Co rano to poprawia mi poduszkę, to pędzi po tacę z żarciem- burknęłam zła.- Już wyglądam jak wieloryb..
-Boisz się, że mój panicz zacznie się oglądać za szczuplejszymi dziewczynami?- Zapytała wesoło.
-Nie o to chodzi..- żachnęłam się, a gdy zaczęła chichotać rzuciłam w nią mocno poduszką.
-Nie udawaj, że nie jesteś zazdrosna- Zauważyła Jane, chwytając pocisk.
-Jak mam nie być, skoro ta zawinięta w prześcieradło dziewucha..- kopnęłam w szafkę z trudem panując nad złością- ...stale za nim łazi.? Za każdym razem, gdy Michael wraca z miasta.. Jego ciuchy Nią cuchną..- mimo wściekłości, ściszyłam głos do szeptu.- Co, jeśli ona jest kimś ważniejszym, niż ja..?- Zapytałam. Nie patrząc na nią obracałam pierścionek na palcu.
Rudowłosa zaśmiała się perliście.
-Co ty bredzisz; głuptasie?- Zapytała matczynym tonem przyciągnęła mnie i przytulając mocno poklepała mnie po ramieniu.- On poza tobą świata nie widzi..
Rozmowa z Płomiennym Aniołem zbytnio mnie nie uspokoiła, ale starałam się nie pokazywać po sobie, że bardzo nie podoba mi się obecność Yuri w pobliżu Michaela.
-Co się dzieje, moje kochanie?- Zapytał. Kładąc się na boku podparł głowę na ręku wpatrując się we mnie z troską.
-Wszystko gra.. Z dzieckiem też dobrze- Odparłam oddychając głęboko.
-Czym się martwisz, Callisto?- Zapytał cicho biorąc moją twarz w swoją dłoń, żebym patrzyła tylko na niego.
Milczałam, czując jakby te zielone oczy wypalały we mnie dziury.
-Powiedz mi, czemu jesteś smutna- poprosił cicho, bawiąc się moimi włosami, pocałował mnie lekko w szyję.
Odwróciłam wzrok i zapatrzyłam się na błękitne niebo za oknem. Nie mogłam mu powiedzieć, jak bardzo marzę o tym, by być zwykłym człowiekiem. Jak bardzo się boję, że pewnego dnia się nie powstrzymam i zrobię.. Nie mogłam mu powiedzieć o Bastiénie, ani o tym; że mam ochotę rozszarpać na strzępy tę całą Yuri, więc milczałam.
-O co chodzi, Moje Kochanie?- Zapytał opierając lekko głowę na moim brzuchu.
-Nic mi nie jest- skłamałam w końcu.
Westchnął ciężko, ale nic nie powiedział.
Wiedziałam, że on wie; że coś przed nim ukrywam- ale na mnie nie naciskał.
Nadal czułam na jego ubraniach Jej zapach.. Doprowadzało mnie to do szału, bo Yuri działała na mnie, jak płachta na byka. Sam jej widok w pobliżu Michaela wywoływał we mnie atak ogromnej furii..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Raven...- Modliszka rozejrzała się zdziwiona, w poszukiwaniu Callisto.
-Callisto jest na zwolnieniu; pani profesor- odezwałem się wstając z krzesła. Podszedłem do biurka i położyłem na blacie arkusz papieru.
-Dziekuję, Tyler- odparła Collins poprawiając coś w dzienniku. Wróciłem do stolika i usiadłem starając się zignorować zaciekawione spojrzenia i szepty.
Nadal zastanawiało mnie, co tak bardzo trapi Callisto.
Wychowanie fizyczne.
-Nabijać, nabijać... Tygryski- warknął Hooch.
-Dycha!!- Zawołał z uciechą Brandt.
-Odpadam...- jęknął Fox, padając na jeden z materacy.
-Cienias- zarechotał Dominic Silver.
-Spadaj, Smerfuś- odparł z uśmiechem na zaczepkę zasapany Fox.
Pogrążony w ustawianiu kolejnego toru przeszkód Hooch niczego nie zauważył.
-Jazda za Anioła..- wyhamowałem tuż przed ścianą z piskiem adidasów, obserwując, co tam Hooch tworzy.
-Nie obijać się, tygryski- rzucił pieszczotliwie wuefista.
-Co to, u...- Paul stłumił cisnące się na usta przekleństwo- ...jest?- Zdumiał się obserwując tor przeszkód.
-Macie szansę pokazać, na co was stać, tygryski- Zauważył z ironią Hooch.- Kto na ochotnika?
-Chyba przymusowego samobójcę- zauważył Fox cofając się.- Dziękuję. Mam nadzieję przeżyć swoją kadencję w tej budzie.
-Nikt?- Nauczyciel udał zawiedzionego.- No to numer dwadzieścia... Dwadzieścia... Dwadzieścia trzy- wytypował.
Chcąc, nie chcąc wystąpiłem z tłumu chłopaków, słysząc za sobą ironiczne "postaraj się przeżyć"; " Odmówmy w jego intencji wieczny odpoczynek" i tym podobne głupie komentarze.
-Tyler. Małe, chuderlawe tygrysiątko..- Hooch zdecydowanie mnie nienawidził.- Do dzieła.
-Chuderlawe, dobre sobie- prychnąłem.
Z rozpędu wziąłem kozła i wybijając się na rękach wykonałem salto. Lądując niemal tuż przed wysoką przeszkodą wybiłem się ponownie i przeskakując skrzynię zakręciłem w powietrzu potrójne salto. Przekulałem się trochę na materacu i chwytając się drugiej nieco niższej skrzyni stanąłem na rękach, a po chwili zeskoczyłem na nogi.
Nauczycielowi opadła szczęka.
-No, no, no..- rzucił z podziwem Hooch.
Chłopaki zaczęli klaskać i wyć z uciechą.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Wyciągnęłam z kieszeni szkolnego mundurka tę ulotkę i spojrzałam na nią ponuro.
Znów nawiedzała mnie myśl o byciu człowiekiem. Ostatnio stawało się to coraz bardziej uciążliwe, bo nie było chwili, żebym się nad tym nie zastanawiała.
Słysząc pukanie ukryłam szybko świstek pod poduszką.
-Proszę- rzuciłam spokojnie.
Marco przyniósł mi śniadanie.
-Dobrze spałaś?- Zapytał na powitanie, całując mnie lekko w policzek położył tacę na moich kolanach.
-Ujdzie- odparłam ziewając.- Ale pyszności...- wymruczałam rozglądając się po tacy.
-Smacznego- rzucił lekko mój kuzyn.
-Dzięki- odparłam obżerając się. Nagle zamarłam.- Znowu się opycham, no...- burknęłam zła na siebie.
-Przecież musisz jeść- zauważył zaskoczony moją nerwowością Marco.
-To nie jedzenie... To zwykłe obżeranie się- prychnęłam rozzłoszczona.
-Czyżby chodziło o tę słodką piłeczkę?- Spytał ze śmiechem, wskazując mój brzuch.
-Chodzi o to, że jestem gruba- burknęłam poirytowana patrząc na tacę spode łba.
-Gruba?- Zdumiał się Marco przyglądając mi się z ukosa.
-Jak wieeelki wielooooryb- prychnęłam obierając pomarańczę.
-I co w związku z tym?- Zapytał zdezorientowany.
Westchnęłam głośno z niemałą irytacją.
-To, że ten wieloryb boi się, że nie jest tak sexy, jak kiedyś- Caroline pochwyciła kubeczek lodów o włos przed swoją twarzą.
Miała rację. Bałam się, że przez ciążę jestem mniej seksowna, niż kiedyś; a Michael...
Ktoś złośliwie naciągnął jej kaptur na oczy.
-Dla mnie zawsze pozostanie sexy. Nawet jeśli jest ciut większa- oznajmił zielonooki okularnik poważnie. Podszedł i przywitał mnie całusem.- No, zajadaj; Moje Kochanie- rzucił pieszczotliwie, wyciągając w moją stronę widelec z utkniętym nań kęsem parówki.
-Naprawdę..?- Zaczęłam z obawą.
-Naprawdę- potwierdził.- Wcinaj- podsunął bliżej widelec.
Caro zrzuciła z głowy kaptur bluzy i odrzuciła do Michaela pudełeczko małych lodów.
-Widzisz? Możesz obżerać się do woli; ty grubaaaśny wielorybie- zarechotała wychodząc z Marco.
-To prawda, że czujesz się mniej ładna?- Zapytał dokarmiając mnie kolejnym kawałkiem parówki.
Odwróciłam wzrok, mówiąc:
-Po prostu jestem gruba- odparłam niechętnie.
-I co z tego, Moje Kochanie?- Zapytał podsuwając mi łyżeczkę lodów.
-Bo ona... Ona jest ładna i szczupła i w ogóle..- zaczęłam cicho i niepewnie.
-Ona, czyli kto?- Zapytał zaskoczony. Szturchnęłam go mocno, obrażona. Domyślił się i odkładając łyżeczkę wziął mnie w ramiona. Przytulając zaczął się dziwnie trząść, a po chwili jego cichy śmiech wypełnił sypialnię.
-Mój ty słodziusi głuptasie...- Roześmiał się wesoło, obsypując mnie lekkimi całusami.
-Ale... Patrzyłeś na nią, tak, no...- zaczęłam nie wiedząc, jak to ująć.
-Jesteś zazdrosna o Yuri?- Spytał ciepło.
-O tą owiniętą w prześcieradło dziewuchę? W życiu- prychnęłam wyniośle.
-Więc o kogo jesteś taką zazdrosną zazdrośnicą?- Wsunął mi w usta cząstkę pomarańczy.
-A jak myślisz?- Burknęłam przytulając się mocniej.
-Czyżby o mnie?- Zachichotał lekko.- Coś ci powiem; Cally.. Żadna inna mnie nie interesuje, bo ty jesteś moim centrum wszechświata. Ty i nikt inny; Skarbie- powiedział cicho patrząc mi w oczy.
-Ale.. Jestem gruba i..- jakoś niespecjalnie mnie przekonał.
-Kocham to- przerwał mi spokojnie znów podsuwając mi jedzenie pod nos.
-Jak to...?- Zaczęłam z niedowierzaniem. Wzięłam ustami kostkę czekolady.
-Tak to. Chyba zapomniałaś, że pod tym tłuszczykiem jest nasze maleństwo- odparł nadal mnie karmiąc.
-No tak... Zapomniałam przez kogo się tak obżeram- zauważyłam z ironicznym uśmieszkiem. Musnęłam wargami jego szyję wciągając ten przepyszny zapach.
-Możesz wziąć trochę..- zaczął po dłuższym milczeniu, zdejmując marynarkę.
-Nie..- szepnęłam, chcąc się odsunąć.
-Chcę tego- odszepnął odstawiając gdzieś tacę. Przyciągnął mnie tak blisko, że czułam w ciele spokojne uderzenia jego serca.- Chcę cię karmić, Moje Kochanie- przytulając mnie, prawą dłonią rozluźnił krawat i rozpiął lekko koszulę.
-Dlaczego...?- Zapytałam cicho, nie próbując się odsunąć.
-Co, dlaczego..?- Odszepnął z uczuciem.
Wzięłam kolejny wdech wypełniony tą apetyczną wonią, zastanawiając się; jak wyrazić to dziwne uczucie towarzyszące mi za każdym razem, kiedy czuję ten zapach.
-Dlaczego tego chcesz? Co, tak naprawdę, czujesz kiedy...- urwałam nagle niepewna, czy chcę znać odpowiedź.
Szmer płynącej w jego żyłach krwi oszałamiał nawet bardziej, niż sam zapach...
-Co czuję, kiedy mnie pijesz?- Szepnął, a jego ciepły, pachnący kawą oddech owiewał moją twarz.
Z wahaniem kiwnęłam twierdząco głową.
Przesunął ustami po mojej szyi.
-To nie do opisania; Moje Kochanie..- Szepnął z uczuciem.- To nawet lepsze niż sex..- powiedział z wahaniem.
-Jestem aż tak słaba w łóżku?- Obruszyłam się.
-Tego nie powiedziałem!.- zaprzeczył szybko, potrząsając głową.- Ja... No, tego... Bo chodzi o to, że..- zaczął z zakłopotaniem zacinając się.
-Żartowałam, Czubku- zarechotałam poszturchując go lekko.
-Świruska moja kochana- odparł dusząc się ze śmiechu. Przewrócił się na łóżku, wylądowałam pod nim i przerzuciłam na tył zwisający z jego szyi krawat.
-Callisto..- Zaczął cichym szeptem.
-Co, Pyszczulku..?- Rzuciłam, przeglądając się w szkłach jego okularów przesunęłam na bok grzywkę.
-Przecież wiesz..- odparł z tym seksownym półuśmiechem.
Dłuższy czas patrzyłam nań nic nie mówiąc. Był z niego taki...
Słodki przystojniak...
Przynajmniej raz się zgadzamy, pijawo..
-Wiesz, że nie powinnam..-Zaczęłam cicho, próbując jakoś nad tym zapanować.
-Och, przestań chrzanić- zniecierpliwił się.
Był tak strasznie blisko, że nie potrafiłam powstrzymać drżenia. Kły wibrowały bólem, a ja.. Nie mogłam mu się oprzeć...
-Callisto..?- Zaczął zmartwionym tonem, przyglądając mi się.
-T-To n-nic-c- odparłam szczękając zębami, kły zgrzytnęły nieprzyjemnie. Ledwo stłumiłam cichy jęk bólu.- M-Michael..- podniosłam się lekko na łóżku, a moje usta oparły się na jego szyi..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz