Poranek...
-Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk- rzucił od wejścia cichy głos. Luca Raven i trzej jego bracia stanęli w drzwiach.
-Mam szykować się na najgorsze?- Spytała wesoło Callisto zakładając rozciągnięty szary dres. Żując kanapkę spojrzała na ojca i jego braci.
-O co chodzi?- Spytała niewinnie.
-Musimy bardzo poważnie porozmawiać- oznajmił Luca Raven- mała kłamczucho.
-Kłamczucho. To brzmi poważnie, Callisto- rzuciłem lekko.
-No, chyba nie mam wyjścia- odpowiedziała.- Muszę się zgodzić na przesłuchanie.
-Aż tak źle nie jest, żeby nazywać to przesłuchaniem- stwierdził Jonathan powoli.
-Co masz nam do powiedzenia, Callisto?- Alec wbił w czarnowłosą miażdżąco badawcze spojrzenie, zresztą Luca Raven patrzył na mnie tak samo.
Wymieniliśmy spojrzenia, objąłem Callisto stojąc za nią.
-Chyba się wydało- szepnąłem, a z jej ust wyrwał się chichot.
Mężczyźni rozsiedli się na kanapie.
-Zatem?- Zapytał piwnooki zamykając drzwi.
-Od czego by tu zacząć...- zastanowiła się na głos.
-Może od.. Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć, że zostanę dziadkiem?- Zapytał uprzejmie Cristopher.
-Myślałam, że skapujecie się dużo później- zauważyła Cally i zarechotaliśmy zgodnie.
-To poważna sprawa, moi drodzy- stwierdził Alec wolno.
-Wiemy. Głównie dlatego przynoszę Cally śniadanie i bez przerwy tłumaczę, żeby o siebie dbała- odparłem i dostałem mocnego kuksańca.
-Który to miesiąc? Dziewczyna, czy chłopak?- Nastąpiła lawina pytań.
-Czwarty.. Istnieje osiemdziesiąt dziewięć procent prawdopodobieństwa, że to dziewczynka, a poza tym...
-Półwampir- zakończył Alec.
Luca zastanawiał się długą chwilę.
-Rozmawialiście już o ślubie?- Zapytał w końcu.
-Nie ustaliliśmy jeszcze daty- odparłem i znów dostałem szturchańca.- Nadal jest podział, bo Cally chce stopić się z grudniowym śniegiem, a...
-A ty z październikowymi liśćmi- odcięła się udając obrażoną.
-I zrozum tu kobietę- westchnąłem teatralnie wznosząc oczy ku sufitowi.- Właściwie po czym poznaliście, że, no...
-Słynne zdjęcie z Instagrama..- zauważył Luca.- A w sumie jego tło..- Podał mi telefon.
-Co tu takiego interesują... O w mordę...- jęknąłem patrząc na pudełko po lodach w towarzystwie mięsa z kurczaka, które uchwycił aparat.
-Poza tym Marco też miał swoje podejrzenia- dodał ojciec Callisto.
-Zdrajca jeden- burknęła ledwie słyszalnie turkusowooka.
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Cześć, mamo- rzuciłam wchodząc do domu.
-Tori- zatonęłam w objęciach matki i babci.
-Dzień dobry, Tori- Odezwał się Octavio Rodriguez.
-Dzień bry- Uśmiechnęłam się ciepło.
-Jaki z niego Okruszek..- Wymruczała babcia Margaret, bawiąc się rączką małego.
-Przystojny, jak tatuś- zarechotałam, a Vincent przewrócił oczami.
Wszyscy, a babcia chyba najbardziej, rozpływali się z zachwytu nad małym Vincentem Octavio. I mój Vincent nareszcie zaczął się częściej uśmiechać.
-Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk- rzucił od wejścia cichy głos. Luca Raven i trzej jego bracia stanęli w drzwiach.
-Mam szykować się na najgorsze?- Spytała wesoło Callisto zakładając rozciągnięty szary dres. Żując kanapkę spojrzała na ojca i jego braci.
-O co chodzi?- Spytała niewinnie.
-Musimy bardzo poważnie porozmawiać- oznajmił Luca Raven- mała kłamczucho.
-Kłamczucho. To brzmi poważnie, Callisto- rzuciłem lekko.
-No, chyba nie mam wyjścia- odpowiedziała.- Muszę się zgodzić na przesłuchanie.
-Aż tak źle nie jest, żeby nazywać to przesłuchaniem- stwierdził Jonathan powoli.
-Co masz nam do powiedzenia, Callisto?- Alec wbił w czarnowłosą miażdżąco badawcze spojrzenie, zresztą Luca Raven patrzył na mnie tak samo.
Wymieniliśmy spojrzenia, objąłem Callisto stojąc za nią.
-Chyba się wydało- szepnąłem, a z jej ust wyrwał się chichot.
Mężczyźni rozsiedli się na kanapie.
-Zatem?- Zapytał piwnooki zamykając drzwi.
-Od czego by tu zacząć...- zastanowiła się na głos.
-Może od.. Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć, że zostanę dziadkiem?- Zapytał uprzejmie Cristopher.
-Myślałam, że skapujecie się dużo później- zauważyła Cally i zarechotaliśmy zgodnie.
-To poważna sprawa, moi drodzy- stwierdził Alec wolno.
-Wiemy. Głównie dlatego przynoszę Cally śniadanie i bez przerwy tłumaczę, żeby o siebie dbała- odparłem i dostałem mocnego kuksańca.
-Który to miesiąc? Dziewczyna, czy chłopak?- Nastąpiła lawina pytań.
-Czwarty.. Istnieje osiemdziesiąt dziewięć procent prawdopodobieństwa, że to dziewczynka, a poza tym...
-Półwampir- zakończył Alec.
Luca zastanawiał się długą chwilę.
-Rozmawialiście już o ślubie?- Zapytał w końcu.
-Nie ustaliliśmy jeszcze daty- odparłem i znów dostałem szturchańca.- Nadal jest podział, bo Cally chce stopić się z grudniowym śniegiem, a...
-A ty z październikowymi liśćmi- odcięła się udając obrażoną.
-I zrozum tu kobietę- westchnąłem teatralnie wznosząc oczy ku sufitowi.- Właściwie po czym poznaliście, że, no...
-Słynne zdjęcie z Instagrama..- zauważył Luca.- A w sumie jego tło..- Podał mi telefon.
-Co tu takiego interesują... O w mordę...- jęknąłem patrząc na pudełko po lodach w towarzystwie mięsa z kurczaka, które uchwycił aparat.
-Poza tym Marco też miał swoje podejrzenia- dodał ojciec Callisto.
-Zdrajca jeden- burknęła ledwie słyszalnie turkusowooka.
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Cześć, mamo- rzuciłam wchodząc do domu.
-Tori- zatonęłam w objęciach matki i babci.
-Dzień dobry, Tori- Odezwał się Octavio Rodriguez.
-Dzień bry- Uśmiechnęłam się ciepło.
-Jaki z niego Okruszek..- Wymruczała babcia Margaret, bawiąc się rączką małego.
-Przystojny, jak tatuś- zarechotałam, a Vincent przewrócił oczami.
Wszyscy, a babcia chyba najbardziej, rozpływali się z zachwytu nad małym Vincentem Octavio. I mój Vincent nareszcie zaczął się częściej uśmiechać.
Obiad przebiegał w miłej atmosferze, do czasu aż padło kłopotliwe pytanie o matkę Vincenta.
-Nie chcę mieć z tą kobietą nic wspólnego, już dosyć zniszczyła nam życie- powiedział niechętnie dryblas.
-Przepraszam, nie chciałam..- zaczęła babcia.
-Nie szkodzi. Było, minęło- odparł mój przyszły teść spokojnie.
Nasz synek spał smacznie w nosidełku. Zastanawiałam się, czy teraz coś się między nami zmieni. Już było sporo zmian na lepsze, poza tym wszystko było na dobrej drodze- zaczynaliśmy nowy rozdział w życiu.
Poczułam jak Vincent objął mnie lekko i uśmiechnęłam się doń delikatnie.
-Mi Corazòn..- szepnął z uczuciem śniadolicy.
Zauważyłam, że coraz częściej mówił w rodowitym języku, którym nie posługiwał się od ponad dziesięciu lat- nie z jakiegoś tam focha, tylko dlatego, że czuł smutek; bo musiał układać sobie życie na nowo bez kogoś, kogo kochał i kto cholernie mocno go zranił.
-Chyba naprawdę powinnam go przeprosić...- powiedziała cicho babcia, gdy na górze Vincent zajmował się dzieckiem.
-W porządku, babciu.. Vincent nie chciał, żebyście dowiedziały się o tym w ten sposób..- westchnęłam ciężko.
-Mówi o niej tak, jakby jej nienawidził- babcia celowo zniżyła głos do szeptu.
-To nie tak.. Zresztą nieważne..- ruszyłam na piętro.
-Nie chcę mieć z tą kobietą nic wspólnego, już dosyć zniszczyła nam życie- powiedział niechętnie dryblas.
-Przepraszam, nie chciałam..- zaczęła babcia.
-Nie szkodzi. Było, minęło- odparł mój przyszły teść spokojnie.
Nasz synek spał smacznie w nosidełku. Zastanawiałam się, czy teraz coś się między nami zmieni. Już było sporo zmian na lepsze, poza tym wszystko było na dobrej drodze- zaczynaliśmy nowy rozdział w życiu.
Poczułam jak Vincent objął mnie lekko i uśmiechnęłam się doń delikatnie.
-Mi Corazòn..- szepnął z uczuciem śniadolicy.
Zauważyłam, że coraz częściej mówił w rodowitym języku, którym nie posługiwał się od ponad dziesięciu lat- nie z jakiegoś tam focha, tylko dlatego, że czuł smutek; bo musiał układać sobie życie na nowo bez kogoś, kogo kochał i kto cholernie mocno go zranił.
-Chyba naprawdę powinnam go przeprosić...- powiedziała cicho babcia, gdy na górze Vincent zajmował się dzieckiem.
-W porządku, babciu.. Vincent nie chciał, żebyście dowiedziały się o tym w ten sposób..- westchnęłam ciężko.
-Mówi o niej tak, jakby jej nienawidził- babcia celowo zniżyła głos do szeptu.
-To nie tak.. Zresztą nieważne..- ruszyłam na piętro.
-Wiem. Porozmawiajmy o tym, kiedy przestałaś dla mnie istnieć- mimo, że jego ton był pełen jadu, Vincent skrywał pod nim ogromną tęsknotę i ból.
Ja nigdy nie zostawiłabym własnej rodziny. Nie po tym, co przeszłam..
Ja nigdy nie zostawiłabym własnej rodziny. Nie po tym, co przeszłam..
-Co, Okruszku?- spytał lekko Vincent, spacerując z małym na rękach po pokoju. Chłopczyk trzymał rączką kciuk Vincenta. Wyglądał na bardzo śpiącego. Otworzył oczka, ziewnął uroczo i popatrzył na mnie. Zatonęłam w objęciu mojego narzeczonego.
Sobotni poranek zastał mnie senną. Musiałam dwa razy wstać do małego.. Vincenta nie było w łóżku, co bardzo mnie zaskoczyło; bo wczoraj tak bardzo narzekał na zmęczenie.
Cicho, żeby nie zbudzić malucha zeszłam po schodach na dół.
Zobaczyłam na stole ciepłe śniadanie.
"Smacznego, Kotku"- Uśmiechnęłam się odkładając na bok karteczkę i zasiadłam do śniadania.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Jedzie nasza gwiazda- zarechotał Paul widząc podjeżdżającego czarnego, sportowego Nissana.
-Zaraz będziesz miał gwiazdę, ale pod okiem- odparł Rodriguez z udawaną groźbą, wysiadając z wozu.
-Tori tak łatwo cię wypuściła?- Zapytałam powątpiewająco.
-Spała jeszcze- odpowiedział spokojnie, robiąc łobuzerską minę.
-To się nazywa spuścić się z łańcucha- rzucił żartobliwie Michael, gdy szliśmy w stronę domu Vincenta.
Cicho, żeby nie zbudzić malucha zeszłam po schodach na dół.
Zobaczyłam na stole ciepłe śniadanie.
"Smacznego, Kotku"- Uśmiechnęłam się odkładając na bok karteczkę i zasiadłam do śniadania.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Jedzie nasza gwiazda- zarechotał Paul widząc podjeżdżającego czarnego, sportowego Nissana.
-Zaraz będziesz miał gwiazdę, ale pod okiem- odparł Rodriguez z udawaną groźbą, wysiadając z wozu.
-Tori tak łatwo cię wypuściła?- Zapytałam powątpiewająco.
-Spała jeszcze- odpowiedział spokojnie, robiąc łobuzerską minę.
-To się nazywa spuścić się z łańcucha- rzucił żartobliwie Michael, gdy szliśmy w stronę domu Vincenta.
-Tu, czy tu?- Spytał śniadolicy wskazując miejsca, w których miała być półka.
Michael trzepnął go czymś w banię z ironicznym uśmiechem.
-No, fakt. Tu półka ni huj nie pasuje- stwierdził Vincent wolno i wszyscy trzej zarechotali zgodnie.
-Cally, jak ci się podoba?- Vincent zdjął folię malarską z jakiegoś kształtu, który okazał się dziecięcym łóżeczkiem z przewijakiem w błękitnym kolorze.
-Jejku! Boskie- jęknęłam gapiąc się na to cudeńko.- Skądś ty to wytrzasnął?
-Znalazłem na strychu- rzucił Vincent ze śmiechem.
-Jest mega- powiedziałam z podziwem.
Wzięliśmy się za urządzanie pokoiku.
••••••••••
Następnego dnia, piątek. Kościół Świętego Michała Archanioła.
Ceremonia chrztu przebiegała spokojnie i bez zgrzytów.
Zauważyłam, że Tori cieszył widok uśmiechniętego przyszłego męża, zresztą maluch też zbytnio nie płakał.
-Państwo też, jak widzę spodziewają się maluszka- zagadnął ksiądz po ceremonii z dobrodusznym uśmiechem.
Michael wziął mnie za rękę.
-Taak, maleństwo w drodze- przyznałam. Pod wpływem impulsu za jednym zamachem załatwiliśmy nasze ślubne sprawy.
Michael trzepnął go czymś w banię z ironicznym uśmiechem.
-No, fakt. Tu półka ni huj nie pasuje- stwierdził Vincent wolno i wszyscy trzej zarechotali zgodnie.
-Cally, jak ci się podoba?- Vincent zdjął folię malarską z jakiegoś kształtu, który okazał się dziecięcym łóżeczkiem z przewijakiem w błękitnym kolorze.
-Jejku! Boskie- jęknęłam gapiąc się na to cudeńko.- Skądś ty to wytrzasnął?
-Znalazłem na strychu- rzucił Vincent ze śmiechem.
-Jest mega- powiedziałam z podziwem.
Wzięliśmy się za urządzanie pokoiku.
••••••••••
Następnego dnia, piątek. Kościół Świętego Michała Archanioła.
Ceremonia chrztu przebiegała spokojnie i bez zgrzytów.
Zauważyłam, że Tori cieszył widok uśmiechniętego przyszłego męża, zresztą maluch też zbytnio nie płakał.
-Państwo też, jak widzę spodziewają się maluszka- zagadnął ksiądz po ceremonii z dobrodusznym uśmiechem.
Michael wziął mnie za rękę.
-Taak, maleństwo w drodze- przyznałam. Pod wpływem impulsu za jednym zamachem załatwiliśmy nasze ślubne sprawy.
Dom rodziny Rodriguez, wczesny wieczór.
Vincent podał mi dziecko i wyciągając chustkę zawiązał Tori oczy.
-Vincent.. Co ty wyprawiasz?- Zapytała zdziwiona.
-Chcę mieć pewność, że nie będziesz podglądać- dał jej lekkiego całusa.- Chodź..
-Mówisz tak, jakbyś miał jakąś petardę- odpowiedziała lekko podejrzliwym tonem niska szatynka.
Ja i zielonooki szybko spojrzeliśmy na boki, żeby się nie roześmiać. Chłopczyk spał spokojnie w moich ramionach trzymając mój palec w swojej maleńkiej rączce. Ruszyliśmy po schodach na piętro.
-Dokąd ty mnie ciągniesz?- Zapytała zaskoczona Tori.
Vincent otworzył cicho drzwi i szybkim ruchem zdjął przepaskę z oczu narzeczonej. Tori opadła szczęka..
-Kiedy to zrobiłeś...?- Szepnęła, szybko ocierając łzy z oczu.
-Podoba ci się..?- Spytał ciepło.
-Ty głupi wariacie, jest cudowny...- szepnęła rzucając mu się na szyję. Objął ją i podniósł lekko w górę.- Nawet o takim nie marzyłam...- Weszła by się rozejrzeć.
Zatrzymała się przy ścianie, gdzie wisiały ich zdjęcia.
-Jesteś kochany..- szepnęła z trudem powstrzymując łzy, patrzyła na nasze wspólne zdjęcie, które Paul zrobił nam z zaskoczenia. Tori trzymała w ustach kanapkę, a w ręce puszkę coli i patrzyła zdziwiona na Michaela, który akurat coś mówił. Ja, oparta o zielonookiego szturchałam Paula śmiejąc się z czegoś, a Vincent pokazał mu rogi.
W samym centrum wisiała fotografia ze szpitala: Tori spała z dzieckiem w ramionach.
Chłopczyk zaczął się wiercić na moich rękach. Po chwili rozległa się syrena.
-Znowu?- Spytała zaskoczona Tori biorąc małego na ręce. Chodząc z nim po pokoiku starała się uspokoić malucha.- Obżartuch zgłodniał- zachichotała lekko.
***
-Callisto..- zagadnął, obejmując mnie lekko.
-Co, Pyszczulku?- Spytałam patrząc na las.
-Wybrałaś już suknię?- Zapytał z zaciekawieniem.
-Wybrałam- odparłam leniwie, opierając się o jego pierś.- A twój garniak?
-Zobaczysz- odpowiedział tajemniczo, muskając ustami pieczęć na mojej szyi.
Termin ślubu ustaliliśmy na pierwszą połowę czerwca. Mieliśmy jeszcze sporo rzeczy do załatwienia... Rodzina Michaela była dość duża i rozsypana po Europie. Moja tak samo.
-O czym tak szepczecie?- Spytała Caroline wesoło. Stała oparta o framugę drzwi i przyglądała nam się niby podejrzliwie.
-O niczym- odparł zielonooki wesoło, dając mi buziaka.- Myślisz o tym samym, co ja?- Szepnął mi do ucha, strzelając ukradkowym spojrzeniem na Caro.
-Co się tak na mnie patrzycie?- Zapytała poddenerwowana Caroline.
Wzięłam ją za ręce i patrząc jej w oczy wydyszałam:
-Będziesz moją świadkową na ślubie?- Zapytałam.
Caroline przez chwilę poruszała ustami, jak ryba wyciągnięta z wody wpatrując się we mnie wielkimi oczami.
-Peeeewnie, że będę- powiedziała przytulając mnie mocno.- A kto będzie drugim świadkiem..?- Zapytała zaciekawiona.
-Jeszcze nie wiem- uśmiechnął się okularnik.- Przygotuj się na niespodziankę.
Vincent podał mi dziecko i wyciągając chustkę zawiązał Tori oczy.
-Vincent.. Co ty wyprawiasz?- Zapytała zdziwiona.
-Chcę mieć pewność, że nie będziesz podglądać- dał jej lekkiego całusa.- Chodź..
-Mówisz tak, jakbyś miał jakąś petardę- odpowiedziała lekko podejrzliwym tonem niska szatynka.
Ja i zielonooki szybko spojrzeliśmy na boki, żeby się nie roześmiać. Chłopczyk spał spokojnie w moich ramionach trzymając mój palec w swojej maleńkiej rączce. Ruszyliśmy po schodach na piętro.
-Dokąd ty mnie ciągniesz?- Zapytała zaskoczona Tori.
Vincent otworzył cicho drzwi i szybkim ruchem zdjął przepaskę z oczu narzeczonej. Tori opadła szczęka..
-Kiedy to zrobiłeś...?- Szepnęła, szybko ocierając łzy z oczu.
-Podoba ci się..?- Spytał ciepło.
-Ty głupi wariacie, jest cudowny...- szepnęła rzucając mu się na szyję. Objął ją i podniósł lekko w górę.- Nawet o takim nie marzyłam...- Weszła by się rozejrzeć.
Zatrzymała się przy ścianie, gdzie wisiały ich zdjęcia.
-Jesteś kochany..- szepnęła z trudem powstrzymując łzy, patrzyła na nasze wspólne zdjęcie, które Paul zrobił nam z zaskoczenia. Tori trzymała w ustach kanapkę, a w ręce puszkę coli i patrzyła zdziwiona na Michaela, który akurat coś mówił. Ja, oparta o zielonookiego szturchałam Paula śmiejąc się z czegoś, a Vincent pokazał mu rogi.
W samym centrum wisiała fotografia ze szpitala: Tori spała z dzieckiem w ramionach.
Chłopczyk zaczął się wiercić na moich rękach. Po chwili rozległa się syrena.
-Znowu?- Spytała zaskoczona Tori biorąc małego na ręce. Chodząc z nim po pokoiku starała się uspokoić malucha.- Obżartuch zgłodniał- zachichotała lekko.
***
-Callisto..- zagadnął, obejmując mnie lekko.
-Co, Pyszczulku?- Spytałam patrząc na las.
-Wybrałaś już suknię?- Zapytał z zaciekawieniem.
-Wybrałam- odparłam leniwie, opierając się o jego pierś.- A twój garniak?
-Zobaczysz- odpowiedział tajemniczo, muskając ustami pieczęć na mojej szyi.
Termin ślubu ustaliliśmy na pierwszą połowę czerwca. Mieliśmy jeszcze sporo rzeczy do załatwienia... Rodzina Michaela była dość duża i rozsypana po Europie. Moja tak samo.
-O czym tak szepczecie?- Spytała Caroline wesoło. Stała oparta o framugę drzwi i przyglądała nam się niby podejrzliwie.
-O niczym- odparł zielonooki wesoło, dając mi buziaka.- Myślisz o tym samym, co ja?- Szepnął mi do ucha, strzelając ukradkowym spojrzeniem na Caro.
-Co się tak na mnie patrzycie?- Zapytała poddenerwowana Caroline.
Wzięłam ją za ręce i patrząc jej w oczy wydyszałam:
-Będziesz moją świadkową na ślubie?- Zapytałam.
Caroline przez chwilę poruszała ustami, jak ryba wyciągnięta z wody wpatrując się we mnie wielkimi oczami.
-Peeeewnie, że będę- powiedziała przytulając mnie mocno.- A kto będzie drugim świadkiem..?- Zapytała zaciekawiona.
-Jeszcze nie wiem- uśmiechnął się okularnik.- Przygotuj się na niespodziankę.
Końcówka lutego przywitała nas prószącym śniegiem. Usłyszałam huk i kilka cichych przekleństw z ust zielonookiego.
-Paaaanie, idź pan w huuuuj- jęknął do swich myśli zielonooki.- Kogo ja widzę..?- Rzucił z kpiną.
-Cześć, Bałwanie- zarechotał w odpowiedzi cichy głos.
-Sam jesteś bałwan- odciął się ze śmiechem Michael.- Co tam słychać w wielkim świecie, Sebastién?- Szli schodami.
-To, co zwykle: jebać biedę- odparł Sebastién wesoło.
-Co tam za stado koni lezie?- Jęknął zaspany ojciec Michaela.- Co do..?
-Dzień dobry, wujku- Rzucił ciepło nieznajomy.
-Jakim cudem wypuścili cię z koszar?- Zapytał zaskoczony Armand Tyler.- Zmieniłeś się, szczeniaku- Wyjrzałam z pokoju i zaraz cofnęłam się szybko.
Sebastién był odrobinę wyższy od Michaela. Wysoki, brunet o ciemnozielonych oczach, niesamowicie przystojny w wieku około dwudziestu lat. Ubrany w ciemne kolory, a na stopach wysokie wojskowe buty.
-Jaki przystojniak...- szepnęłam zdumiona, opierając się o framugę drzwi.
-Michael chciał pogadać, zresztą postanowiłem wziąć sobie zaległy urlop- odparł dwudziestolatek.- Ciężkie życie kota..
-Ciężkie to było za moich czasów- zauważył Armand z ironią.- Trza coś zjeść.. Pogadamy później- rzucił schodząc na dół.
-To, co? Mogę poznać tę twoją przyszłą żoneczkę?- Spytał Sebastién wesoło.
-Taaa, idziemy- odparł Michael idąc. Chwilę potem ukazali się w drzwiach. Michael położył na moich kolanach tacę z furą żarcia.
-Callisto. Sebastién.- Rzucił Michael przedstawiając nas sobie.- Sebastién. Callisto.
-Miło mi- rzuciliśmy w swoją stronę.
Zaczęliśmy gadać o wszystkim i niczym.
-W sumie nie wiem po co mnie tu ściągnąłeś..- stwierdził brunet przyglądając się Michaelowi.
-Wiesz.. Pomyślałem, że może mógłbyś zostać świadkiem na naszym ślubie- odparł okularnik lekko się zacinając.
Na twarzy Sebastiana wymalowało się zdziwienie.
-Twoim świadkiem?- Zapytał zaskoczony. Złapał Michaela i poczochrał mu grzywę.- Czemu nie, Bałwanie.?- Rzucił rechocząc.
-Zjazd, leśny ludziu- Michael odepchnął żartobliwie kuzyna.- Opowiadaj, co u ciebie.
-Jak to w wojsku. Powoli i do przodu; byle kombinować- rzucił z ironią.- Lepiej ty nawijaj, co u ciebie- szturchnął go mocno.
|•••|
Nie powiedziałam o tym Michaelowi, ale czułam w Sebastiénie coś niepokojącego. Młodzieniec nie zachowywał się specjalnie dziwnie, albo podejrzanie, bardziej chodziło o to, że- w pewnym sensie- nie wyczuwałam w nim łowcy, jakby jego łowcza część nagle wyparowała.
-Paaaanie, idź pan w huuuuj- jęknął do swich myśli zielonooki.- Kogo ja widzę..?- Rzucił z kpiną.
-Cześć, Bałwanie- zarechotał w odpowiedzi cichy głos.
-Sam jesteś bałwan- odciął się ze śmiechem Michael.- Co tam słychać w wielkim świecie, Sebastién?- Szli schodami.
-To, co zwykle: jebać biedę- odparł Sebastién wesoło.
-Co tam za stado koni lezie?- Jęknął zaspany ojciec Michaela.- Co do..?
-Dzień dobry, wujku- Rzucił ciepło nieznajomy.
-Jakim cudem wypuścili cię z koszar?- Zapytał zaskoczony Armand Tyler.- Zmieniłeś się, szczeniaku- Wyjrzałam z pokoju i zaraz cofnęłam się szybko.
Sebastién był odrobinę wyższy od Michaela. Wysoki, brunet o ciemnozielonych oczach, niesamowicie przystojny w wieku około dwudziestu lat. Ubrany w ciemne kolory, a na stopach wysokie wojskowe buty.
-Jaki przystojniak...- szepnęłam zdumiona, opierając się o framugę drzwi.
-Michael chciał pogadać, zresztą postanowiłem wziąć sobie zaległy urlop- odparł dwudziestolatek.- Ciężkie życie kota..
-Ciężkie to było za moich czasów- zauważył Armand z ironią.- Trza coś zjeść.. Pogadamy później- rzucił schodząc na dół.
-To, co? Mogę poznać tę twoją przyszłą żoneczkę?- Spytał Sebastién wesoło.
-Taaa, idziemy- odparł Michael idąc. Chwilę potem ukazali się w drzwiach. Michael położył na moich kolanach tacę z furą żarcia.
-Callisto. Sebastién.- Rzucił Michael przedstawiając nas sobie.- Sebastién. Callisto.
-Miło mi- rzuciliśmy w swoją stronę.
Zaczęliśmy gadać o wszystkim i niczym.
-W sumie nie wiem po co mnie tu ściągnąłeś..- stwierdził brunet przyglądając się Michaelowi.
-Wiesz.. Pomyślałem, że może mógłbyś zostać świadkiem na naszym ślubie- odparł okularnik lekko się zacinając.
Na twarzy Sebastiana wymalowało się zdziwienie.
-Twoim świadkiem?- Zapytał zaskoczony. Złapał Michaela i poczochrał mu grzywę.- Czemu nie, Bałwanie.?- Rzucił rechocząc.
-Zjazd, leśny ludziu- Michael odepchnął żartobliwie kuzyna.- Opowiadaj, co u ciebie.
-Jak to w wojsku. Powoli i do przodu; byle kombinować- rzucił z ironią.- Lepiej ty nawijaj, co u ciebie- szturchnął go mocno.
|•••|
Nie powiedziałam o tym Michaelowi, ale czułam w Sebastiénie coś niepokojącego. Młodzieniec nie zachowywał się specjalnie dziwnie, albo podejrzanie, bardziej chodziło o to, że- w pewnym sensie- nie wyczuwałam w nim łowcy, jakby jego łowcza część nagle wyparowała.
Śledząc go trzymałam się w bezpiecznej odległości. Szedł spokojnym krokiem, pogwizdując.
-Sebastién, cóż za miła niespodzianka- odezwał się z mroku baryton.
-Dla mnie wręcz przeciwnie- oznajmił cicho przystojniak.- Jaki tym razem masz kaprys, Aniele?- Zapytał lodowato Sebastién, patrząc nieufnie na rozmówcę.
-Och, Bastién.. Bastién.. Przecież wiesz- odparł ojcowskim tonem Anioł Suriel śmiejąc się lekko. Kuzyn Michaela pozostał niewzruszony, a ja poczułam chłód.
-Nie wiem...- odparł nieufnie, przez zaciśnięte zęby młody mężczyzna.
Pod stopami Anioła zaskrzypiał śnieg, postać sięgnęła do kaptura prochowca.
-Możesz cofnąć klątwę swojego ojca, jeśli dostanę to, czego chcę- Kapuca opadła. Szybko odwróciłam wzrok od postaci. Anioł zachichotał złośliwie, a ja zastanawiałam się, o co tu chodzi.
Dostrzegłam, że Sebastién obojętnie patrzy w twarz Anioła.
-Nieprawda- powiedział Bastién z goryczą.- Trzymasz mnie przy życiu, nie z powodu klątwy, a dlatego, że jestem ci potrzebny.
-Dziesięć lat. Dla mnie to, jak mrugnięcie okiem; a dla ciebie sporo czasu, by coś jeszcze zmienić..- odezwał się tajemniczo Anioł.
-Dziewięć i powiedz wreszcie, czego ode mnie chcesz- zażądał zimno Sebastién.
Prochowiec znalazł się tuż przy młodzieńcu, dłoń przyciskała do gardła chłopaka topór.
-Śmiesz mi rozkazywać?- Warknął Suriel z gniewem.
-Myślisz, że się boję śmierci?- Zapytał drwiąco brunet.
Anioł cofnął się o krok, opuszczając rękę z bronią do boku wybuchnął śmiechem.
-Jesteś zabawny, jak twój ojciec- Oznajmił wesoło baryton.- Chcę od ciebie jednej drobnej rzeczy...
-Sebastién, cóż za miła niespodzianka- odezwał się z mroku baryton.
-Dla mnie wręcz przeciwnie- oznajmił cicho przystojniak.- Jaki tym razem masz kaprys, Aniele?- Zapytał lodowato Sebastién, patrząc nieufnie na rozmówcę.
-Och, Bastién.. Bastién.. Przecież wiesz- odparł ojcowskim tonem Anioł Suriel śmiejąc się lekko. Kuzyn Michaela pozostał niewzruszony, a ja poczułam chłód.
-Nie wiem...- odparł nieufnie, przez zaciśnięte zęby młody mężczyzna.
Pod stopami Anioła zaskrzypiał śnieg, postać sięgnęła do kaptura prochowca.
-Możesz cofnąć klątwę swojego ojca, jeśli dostanę to, czego chcę- Kapuca opadła. Szybko odwróciłam wzrok od postaci. Anioł zachichotał złośliwie, a ja zastanawiałam się, o co tu chodzi.
Dostrzegłam, że Sebastién obojętnie patrzy w twarz Anioła.
-Nieprawda- powiedział Bastién z goryczą.- Trzymasz mnie przy życiu, nie z powodu klątwy, a dlatego, że jestem ci potrzebny.
-Dziesięć lat. Dla mnie to, jak mrugnięcie okiem; a dla ciebie sporo czasu, by coś jeszcze zmienić..- odezwał się tajemniczo Anioł.
-Dziewięć i powiedz wreszcie, czego ode mnie chcesz- zażądał zimno Sebastién.
Prochowiec znalazł się tuż przy młodzieńcu, dłoń przyciskała do gardła chłopaka topór.
-Śmiesz mi rozkazywać?- Warknął Suriel z gniewem.
-Myślisz, że się boję śmierci?- Zapytał drwiąco brunet.
Anioł cofnął się o krok, opuszczając rękę z bronią do boku wybuchnął śmiechem.
-Jesteś zabawny, jak twój ojciec- Oznajmił wesoło baryton.- Chcę od ciebie jednej drobnej rzeczy...
Zakryłam dłońmi usta, żeby okrzykiem nie zdradzić swojej obecności.
-Czego chcesz od jeszcze nienarodzonego dziecka?- Zapytał Sebastién cofając się o dwa kroki w tył. Był zdumiony i nieco przestraszony.
-To dziecko jest w połowie wampirem- odparł chłodno Anioł.
-Nieważne czym jest!- Warknął zielonooki Bastién wściekłym tonem.- Nigdy nie tknąłem i nie tknę żadnego dziecka.- Minął Anioła wchodząc między drzewa.
-Nie powiedziałem, że masz je zabić- odparł Suriel z politowaniem, jakby Bastién nic nie zrozumiał.
-Nie chcę mieć nic wspólnego z twoimi gierkami- odparł lodowato brunet.
Był coraz dalej, gdy Suriel odezwał się:
-A co jeśli to dziecko może pomóc i tobie?- Zapytał tajemniczo.
Bastién przystanął jak wryty wbijając wzrok w mroczną ścianę drzew.
-Mnie nikt nie może już pomóc- oznajmił po długiej chwili idąc wgłąb lasu. Chwilę później kroki ucichły.
Anioł zakrył twarz kapturem i ruszył swoją drogą. Przez moment zdawało mi się, że uśmiecha się patrząc na dąb, za którym się kryłam.
-Panienko...- Usłyszałam z boku szept Luciana.
Byłam zdenerwowana. Przez głowę szło milion myśli na sekundę
-Panienko.. Callisto..- Straciłam przytomność.
-To dziecko jest w połowie wampirem- odparł chłodno Anioł.
-Nieważne czym jest!- Warknął zielonooki Bastién wściekłym tonem.- Nigdy nie tknąłem i nie tknę żadnego dziecka.- Minął Anioła wchodząc między drzewa.
-Nie powiedziałem, że masz je zabić- odparł Suriel z politowaniem, jakby Bastién nic nie zrozumiał.
-Nie chcę mieć nic wspólnego z twoimi gierkami- odparł lodowato brunet.
Był coraz dalej, gdy Suriel odezwał się:
-A co jeśli to dziecko może pomóc i tobie?- Zapytał tajemniczo.
Bastién przystanął jak wryty wbijając wzrok w mroczną ścianę drzew.
-Mnie nikt nie może już pomóc- oznajmił po długiej chwili idąc wgłąb lasu. Chwilę później kroki ucichły.
Anioł zakrył twarz kapturem i ruszył swoją drogą. Przez moment zdawało mi się, że uśmiecha się patrząc na dąb, za którym się kryłam.
-Panienko...- Usłyszałam z boku szept Luciana.
Byłam zdenerwowana. Przez głowę szło milion myśli na sekundę
-Panienko.. Callisto..- Straciłam przytomność.
-Kochanie moje..?- Szepnął Michael, przed oczami zamajaczyły mi zielone tęczówki.- Co ci jest...? Źle się czujesz?- Zapytał zmartwiony.
-Pójdę po Marco- zaczął Lucian, zacisnęłam szybko palce na jego dłoni.- Panienko..?
-Słabo mi... Kręci mi się w głowie..- szepnęłam.
-Idź po Marco, proszę...- powiedział błagalnie Michael, biorąc mnie za rękę, starał się mnie uspokoić.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Marco wyprosił nas na korytarz. Obaj zdenerwowani zaczęliśmy się kłócić
-Martwię się o nie, do cholery!.- Odwarknąłem odpychając go mocno.
-O nie?- Zdziwiony czarnooki powoli opuścił ręce, patrząc na mnie dziwnie.
-To dziewczynka. Szesnasty tydzień.- doszedł nas zza drzwi głos Marco.
Lucian miał coraz bardziej skołowaną minę.
-Michael stale nawijał o dziewczynce..- Zaczęła zaskoczona.
-Rozwija się prawidłowo...- Mikaelis miał coraz bardziej głupią minę. W pewnej chwili udało mu się połączyć fakty w całość.
-To dlatego Panienka je słodycze, ma humory i poranne mdłości- powiedział podejrzliwie Mikaelis świdrując mnie tymi swoimi bezdennymi oczami w kolorze węgla.
Osunąłem się po ścianie na podłogę, gdzie usiadłem. Zdenerwowanie uszło ze mnie, jak powietrze z przebitego balona.
Będę miał córeczkę..
Jednak nadal zastanawiało mnie, dlaczego wiedziałem to od samego początku.
-Pójdę po Marco- zaczął Lucian, zacisnęłam szybko palce na jego dłoni.- Panienko..?
-Słabo mi... Kręci mi się w głowie..- szepnęłam.
-Idź po Marco, proszę...- powiedział błagalnie Michael, biorąc mnie za rękę, starał się mnie uspokoić.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Marco wyprosił nas na korytarz. Obaj zdenerwowani zaczęliśmy się kłócić
-Martwię się o nie, do cholery!.- Odwarknąłem odpychając go mocno.
-O nie?- Zdziwiony czarnooki powoli opuścił ręce, patrząc na mnie dziwnie.
-To dziewczynka. Szesnasty tydzień.- doszedł nas zza drzwi głos Marco.
Lucian miał coraz bardziej skołowaną minę.
-Michael stale nawijał o dziewczynce..- Zaczęła zaskoczona.
-Rozwija się prawidłowo...- Mikaelis miał coraz bardziej głupią minę. W pewnej chwili udało mu się połączyć fakty w całość.
-To dlatego Panienka je słodycze, ma humory i poranne mdłości- powiedział podejrzliwie Mikaelis świdrując mnie tymi swoimi bezdennymi oczami w kolorze węgla.
Osunąłem się po ścianie na podłogę, gdzie usiadłem. Zdenerwowanie uszło ze mnie, jak powietrze z przebitego balona.
Będę miał córeczkę..
Jednak nadal zastanawiało mnie, dlaczego wiedziałem to od samego początku.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Powinnaś odpoczywać- oznajmił Marco, skrobiąc piórem po blankiecie.
-A to co niby ma być?- Burknęłam.
-Zwolnienie lekarskie- odparł spokojnie.
-Nie chcę...- odburknęłam niezadowolona; pod wpływem kopniaka zgięłam się wpół kuląc nogi i klnąc soczyście.
-Albo zaczniesz o siebie dbać, albo Michael dowie się o kilku rzeczach- zagroził mi Marco.
-Wredny jesteś- prychnęłam wściekłym tonem.
Marco wiedział, że ustąpię. Nie chciałam, żeby się tym wszystkim zadręczał.
-Przepraszam, mogę wejść?- Moje dalsze rozmyślania przerwał cichy głos.
Rudowłosa Jane zamknęła drzwi przed nosem swojego panicza i Luciana.
-Chcesz pogadać, czy Michael cię nasłał?- Uśmiechnęłam się na znak, że żartuję. Jane odwzajemniła uśmiech, mówiąc:
-Panicz bardzo się o ciebie niepokoi..
-Zostawię was- oznajmił Marco wychodząc.
-Wiem...- usiadłam wzdychając ciężko.- Dostaje świra na moim punkcie. Co rano to poprawia mi poduszkę, to pędzi po tacę z żarciem- burknęłam zła.- Już wyglądam jak wieloryb..
-Boisz się, że mój panicz zacznie się oglądać za szczuplejszymi dziewczynami?- Zapytała wesoło.
-Nie o to chodzi..- żachnęłam się, a gdy zaczęła chichotać rzuciłam w nią mocno poduszką.
-Nie udawaj, że nie jesteś zazdrosna- Zauważyła Jane, chwytając pocisk.
-Jak mam nie być, skoro ta zawinięta w prześcieradło dziewucha..- kopnęłam w szafkę z trudem panując nad złością- ...stale za nim łazi.? Za każdym razem, gdy Michael wraca z miasta.. Jego ciuchy Nią cuchną..- mimo wściekłości, ściszyłam głos do szeptu.- Co, jeśli ona jest kimś ważniejszym, niż ja..?- Zapytałam. Nie patrząc na nią obracałam pierścionek na palcu.
Rudowłosa zaśmiała się perliście.
-Co ty bredzisz; głuptasie?- Zapytała matczynym tonem przyciągnęła mnie i przytulając mocno poklepała mnie po ramieniu.- On poza tobą świata nie widzi..
-Powinnaś odpoczywać- oznajmił Marco, skrobiąc piórem po blankiecie.
-A to co niby ma być?- Burknęłam.
-Zwolnienie lekarskie- odparł spokojnie.
-Nie chcę...- odburknęłam niezadowolona; pod wpływem kopniaka zgięłam się wpół kuląc nogi i klnąc soczyście.
-Albo zaczniesz o siebie dbać, albo Michael dowie się o kilku rzeczach- zagroził mi Marco.
-Wredny jesteś- prychnęłam wściekłym tonem.
Marco wiedział, że ustąpię. Nie chciałam, żeby się tym wszystkim zadręczał.
-Przepraszam, mogę wejść?- Moje dalsze rozmyślania przerwał cichy głos.
Rudowłosa Jane zamknęła drzwi przed nosem swojego panicza i Luciana.
-Chcesz pogadać, czy Michael cię nasłał?- Uśmiechnęłam się na znak, że żartuję. Jane odwzajemniła uśmiech, mówiąc:
-Panicz bardzo się o ciebie niepokoi..
-Zostawię was- oznajmił Marco wychodząc.
-Wiem...- usiadłam wzdychając ciężko.- Dostaje świra na moim punkcie. Co rano to poprawia mi poduszkę, to pędzi po tacę z żarciem- burknęłam zła.- Już wyglądam jak wieloryb..
-Boisz się, że mój panicz zacznie się oglądać za szczuplejszymi dziewczynami?- Zapytała wesoło.
-Nie o to chodzi..- żachnęłam się, a gdy zaczęła chichotać rzuciłam w nią mocno poduszką.
-Nie udawaj, że nie jesteś zazdrosna- Zauważyła Jane, chwytając pocisk.
-Jak mam nie być, skoro ta zawinięta w prześcieradło dziewucha..- kopnęłam w szafkę z trudem panując nad złością- ...stale za nim łazi.? Za każdym razem, gdy Michael wraca z miasta.. Jego ciuchy Nią cuchną..- mimo wściekłości, ściszyłam głos do szeptu.- Co, jeśli ona jest kimś ważniejszym, niż ja..?- Zapytałam. Nie patrząc na nią obracałam pierścionek na palcu.
Rudowłosa zaśmiała się perliście.
-Co ty bredzisz; głuptasie?- Zapytała matczynym tonem przyciągnęła mnie i przytulając mocno poklepała mnie po ramieniu.- On poza tobą świata nie widzi..
Rozmowa z Płomiennym Aniołem zbytnio mnie nie uspokoiła, ale starałam się nie pokazywać po sobie, że bardzo nie podoba mi się obecność Yuri w pobliżu Michaela.
-Co się dzieje, moje kochanie?- Zapytał. Kładąc się na boku podparł głowę na ręku wpatrując się we mnie z troską.
-Wszystko gra.. Z dzieckiem też dobrze- Odparłam oddychając głęboko.
-Czym się martwisz, Callisto?- Zapytał cicho biorąc moją twarz w swoją dłoń, żebym patrzyła tylko na niego.
Milczałam, czując jakby te zielone oczy wypalały we mnie dziury.
-Powiedz mi, czemu jesteś smutna- poprosił cicho, bawiąc się moimi włosami, pocałował mnie lekko w szyję.
Odwróciłam wzrok i zapatrzyłam się na błękitne niebo za oknem. Nie mogłam mu powiedzieć, jak bardzo marzę o tym, by być zwykłym człowiekiem. Jak bardzo się boję, że pewnego dnia się nie powstrzymam i zrobię.. Nie mogłam mu powiedzieć o Bastiénie, ani o tym; że mam ochotę rozszarpać na strzępy tę całą Yuri, więc milczałam.
-O co chodzi, Moje Kochanie?- Zapytał opierając lekko głowę na moim brzuchu.
-Nic mi nie jest- skłamałam w końcu.
Westchnął ciężko, ale nic nie powiedział.
-Co się dzieje, moje kochanie?- Zapytał. Kładąc się na boku podparł głowę na ręku wpatrując się we mnie z troską.
-Wszystko gra.. Z dzieckiem też dobrze- Odparłam oddychając głęboko.
-Czym się martwisz, Callisto?- Zapytał cicho biorąc moją twarz w swoją dłoń, żebym patrzyła tylko na niego.
Milczałam, czując jakby te zielone oczy wypalały we mnie dziury.
-Powiedz mi, czemu jesteś smutna- poprosił cicho, bawiąc się moimi włosami, pocałował mnie lekko w szyję.
Odwróciłam wzrok i zapatrzyłam się na błękitne niebo za oknem. Nie mogłam mu powiedzieć, jak bardzo marzę o tym, by być zwykłym człowiekiem. Jak bardzo się boję, że pewnego dnia się nie powstrzymam i zrobię.. Nie mogłam mu powiedzieć o Bastiénie, ani o tym; że mam ochotę rozszarpać na strzępy tę całą Yuri, więc milczałam.
-O co chodzi, Moje Kochanie?- Zapytał opierając lekko głowę na moim brzuchu.
-Nic mi nie jest- skłamałam w końcu.
Westchnął ciężko, ale nic nie powiedział.
Wiedziałam, że on wie; że coś przed nim ukrywam- ale na mnie nie naciskał.
Nadal czułam na jego ubraniach Jej zapach.. Doprowadzało mnie to do szału, bo Yuri działała na mnie, jak płachta na byka. Sam jej widok w pobliżu Michaela wywoływał we mnie atak ogromnej furii..
Nadal czułam na jego ubraniach Jej zapach.. Doprowadzało mnie to do szału, bo Yuri działała na mnie, jak płachta na byka. Sam jej widok w pobliżu Michaela wywoływał we mnie atak ogromnej furii..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Raven...- Modliszka rozejrzała się zdziwiona, w poszukiwaniu Callisto.
-Callisto jest na zwolnieniu; pani profesor- odezwałem się wstając z krzesła. Podszedłem do biurka i położyłem na blacie arkusz papieru.
-Dziekuję, Tyler- odparła Collins poprawiając coś w dzienniku. Wróciłem do stolika i usiadłem starając się zignorować zaciekawione spojrzenia i szepty.
Nadal zastanawiało mnie, co tak bardzo trapi Callisto.
-Raven...- Modliszka rozejrzała się zdziwiona, w poszukiwaniu Callisto.
-Callisto jest na zwolnieniu; pani profesor- odezwałem się wstając z krzesła. Podszedłem do biurka i położyłem na blacie arkusz papieru.
-Dziekuję, Tyler- odparła Collins poprawiając coś w dzienniku. Wróciłem do stolika i usiadłem starając się zignorować zaciekawione spojrzenia i szepty.
Nadal zastanawiało mnie, co tak bardzo trapi Callisto.
Wychowanie fizyczne.
-Nabijać, nabijać... Tygryski- warknął Hooch.
-Dycha!!- Zawołał z uciechą Brandt.
-Odpadam...- jęknął Fox, padając na jeden z materacy.
-Cienias- zarechotał Dominic Silver.
-Spadaj, Smerfuś- odparł z uśmiechem na zaczepkę zasapany Fox.
Pogrążony w ustawianiu kolejnego toru przeszkód Hooch niczego nie zauważył.
-Jazda za Anioła..- wyhamowałem tuż przed ścianą z piskiem adidasów, obserwując, co tam Hooch tworzy.
-Nie obijać się, tygryski- rzucił pieszczotliwie wuefista.
-Co to, u...- Paul stłumił cisnące się na usta przekleństwo- ...jest?- Zdumiał się obserwując tor przeszkód.
-Macie szansę pokazać, na co was stać, tygryski- Zauważył z ironią Hooch.- Kto na ochotnika?
-Chyba przymusowego samobójcę- zauważył Fox cofając się.- Dziękuję. Mam nadzieję przeżyć swoją kadencję w tej budzie.
-Nikt?- Nauczyciel udał zawiedzionego.- No to numer dwadzieścia... Dwadzieścia... Dwadzieścia trzy- wytypował.
Chcąc, nie chcąc wystąpiłem z tłumu chłopaków, słysząc za sobą ironiczne "postaraj się przeżyć"; " Odmówmy w jego intencji wieczny odpoczynek" i tym podobne głupie komentarze.
-Tyler. Małe, chuderlawe tygrysiątko..- Hooch zdecydowanie mnie nienawidził.- Do dzieła.
-Chuderlawe, dobre sobie- prychnąłem.
Z rozpędu wziąłem kozła i wybijając się na rękach wykonałem salto. Lądując niemal tuż przed wysoką przeszkodą wybiłem się ponownie i przeskakując skrzynię zakręciłem w powietrzu potrójne salto. Przekulałem się trochę na materacu i chwytając się drugiej nieco niższej skrzyni stanąłem na rękach, a po chwili zeskoczyłem na nogi.
Nauczycielowi opadła szczęka.
-No, no, no..- rzucił z podziwem Hooch.
Chłopaki zaczęli klaskać i wyć z uciechą.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Wyciągnęłam z kieszeni szkolnego mundurka tę ulotkę i spojrzałam na nią ponuro.
Znów nawiedzała mnie myśl o byciu człowiekiem. Ostatnio stawało się to coraz bardziej uciążliwe, bo nie było chwili, żebym się nad tym nie zastanawiała.
Słysząc pukanie ukryłam szybko świstek pod poduszką.
-Proszę- rzuciłam spokojnie.
Marco przyniósł mi śniadanie.
-Dobrze spałaś?- Zapytał na powitanie, całując mnie lekko w policzek położył tacę na moich kolanach.
-Ujdzie- odparłam ziewając.- Ale pyszności...- wymruczałam rozglądając się po tacy.
-Smacznego- rzucił lekko mój kuzyn.
-Dzięki- odparłam obżerając się. Nagle zamarłam.- Znowu się opycham, no...- burknęłam zła na siebie.
-Przecież musisz jeść- zauważył zaskoczony moją nerwowością Marco.
-To nie jedzenie... To zwykłe obżeranie się- prychnęłam rozzłoszczona.
-Czyżby chodziło o tę słodką piłeczkę?- Spytał ze śmiechem, wskazując mój brzuch.
-Chodzi o to, że jestem gruba- burknęłam poirytowana patrząc na tacę spode łba.
-Gruba?- Zdumiał się Marco przyglądając mi się z ukosa.
-Jak wieeelki wielooooryb- prychnęłam obierając pomarańczę.
-I co w związku z tym?- Zapytał zdezorientowany.
Westchnęłam głośno z niemałą irytacją.
-To, że ten wieloryb boi się, że nie jest tak sexy, jak kiedyś- Caroline pochwyciła kubeczek lodów o włos przed swoją twarzą.
Miała rację. Bałam się, że przez ciążę jestem mniej seksowna, niż kiedyś; a Michael...
Ktoś złośliwie naciągnął jej kaptur na oczy.
-Dla mnie zawsze pozostanie sexy. Nawet jeśli jest ciut większa- oznajmił zielonooki okularnik poważnie. Podszedł i przywitał mnie całusem.- No, zajadaj; Moje Kochanie- rzucił pieszczotliwie, wyciągając w moją stronę widelec z utkniętym nań kęsem parówki.
-Naprawdę..?- Zaczęłam z obawą.
-Naprawdę- potwierdził.- Wcinaj- podsunął bliżej widelec.
Caro zrzuciła z głowy kaptur bluzy i odrzuciła do Michaela pudełeczko małych lodów.
-Widzisz? Możesz obżerać się do woli; ty grubaaaśny wielorybie- zarechotała wychodząc z Marco.
-To prawda, że czujesz się mniej ładna?- Zapytał dokarmiając mnie kolejnym kawałkiem parówki.
Odwróciłam wzrok, mówiąc:
-Po prostu jestem gruba- odparłam niechętnie.
-I co z tego, Moje Kochanie?- Zapytał podsuwając mi łyżeczkę lodów.
-Bo ona... Ona jest ładna i szczupła i w ogóle..- zaczęłam cicho i niepewnie.
-Ona, czyli kto?- Zapytał zaskoczony. Szturchnęłam go mocno, obrażona. Domyślił się i odkładając łyżeczkę wziął mnie w ramiona. Przytulając zaczął się dziwnie trząść, a po chwili jego cichy śmiech wypełnił sypialnię.
-Mój ty słodziusi głuptasie...- Roześmiał się wesoło, obsypując mnie lekkimi całusami.
-Ale... Patrzyłeś na nią, tak, no...- zaczęłam nie wiedząc, jak to ująć.
-Jesteś zazdrosna o Yuri?- Spytał ciepło.
-O tą owiniętą w prześcieradło dziewuchę? W życiu- prychnęłam wyniośle.
-Więc o kogo jesteś taką zazdrosną zazdrośnicą?- Wsunął mi w usta cząstkę pomarańczy.
-A jak myślisz?- Burknęłam przytulając się mocniej.
-Czyżby o mnie?- Zachichotał lekko.- Coś ci powiem; Cally.. Żadna inna mnie nie interesuje, bo ty jesteś moim centrum wszechświata. Ty i nikt inny; Skarbie- powiedział cicho patrząc mi w oczy.
-Ale.. Jestem gruba i..- jakoś niespecjalnie mnie przekonał.
-Kocham to- przerwał mi spokojnie znów podsuwając mi jedzenie pod nos.
-Jak to...?- Zaczęłam z niedowierzaniem. Wzięłam ustami kostkę czekolady.
-Tak to. Chyba zapomniałaś, że pod tym tłuszczykiem jest nasze maleństwo- odparł nadal mnie karmiąc.
-No tak... Zapomniałam przez kogo się tak obżeram- zauważyłam z ironicznym uśmieszkiem. Musnęłam wargami jego szyję wciągając ten przepyszny zapach.
-Możesz wziąć trochę..- zaczął po dłuższym milczeniu, zdejmując marynarkę.
-Nie..- szepnęłam, chcąc się odsunąć.
-Chcę tego- odszepnął odstawiając gdzieś tacę. Przyciągnął mnie tak blisko, że czułam w ciele spokojne uderzenia jego serca.- Chcę cię karmić, Moje Kochanie- przytulając mnie, prawą dłonią rozluźnił krawat i rozpiął lekko koszulę.
-Dlaczego...?- Zapytałam cicho, nie próbując się odsunąć.
-Co, dlaczego..?- Odszepnął z uczuciem.
Wzięłam kolejny wdech wypełniony tą apetyczną wonią, zastanawiając się; jak wyrazić to dziwne uczucie towarzyszące mi za każdym razem, kiedy czuję ten zapach.
-Dlaczego tego chcesz? Co, tak naprawdę, czujesz kiedy...- urwałam nagle niepewna, czy chcę znać odpowiedź.
Szmer płynącej w jego żyłach krwi oszałamiał nawet bardziej, niż sam zapach...
-Co czuję, kiedy mnie pijesz?- Szepnął, a jego ciepły, pachnący kawą oddech owiewał moją twarz.
Z wahaniem kiwnęłam twierdząco głową.
Przesunął ustami po mojej szyi.
-To nie do opisania; Moje Kochanie..- Szepnął z uczuciem.- To nawet lepsze niż sex..- powiedział z wahaniem.
-Jestem aż tak słaba w łóżku?- Obruszyłam się.
-Tego nie powiedziałem!.- zaprzeczył szybko, potrząsając głową.- Ja... No, tego... Bo chodzi o to, że..- zaczął z zakłopotaniem zacinając się.
-Żartowałam, Czubku- zarechotałam poszturchując go lekko.
-Świruska moja kochana- odparł dusząc się ze śmiechu. Przewrócił się na łóżku, wylądowałam pod nim i przerzuciłam na tył zwisający z jego szyi krawat.
-Callisto..- Zaczął cichym szeptem.
-Co, Pyszczulku..?- Rzuciłam, przeglądając się w szkłach jego okularów przesunęłam na bok grzywkę.
-Przecież wiesz..- odparł z tym seksownym półuśmiechem.
Dłuższy czas patrzyłam nań nic nie mówiąc. Był z niego taki...
-Nabijać, nabijać... Tygryski- warknął Hooch.
-Dycha!!- Zawołał z uciechą Brandt.
-Odpadam...- jęknął Fox, padając na jeden z materacy.
-Cienias- zarechotał Dominic Silver.
-Spadaj, Smerfuś- odparł z uśmiechem na zaczepkę zasapany Fox.
Pogrążony w ustawianiu kolejnego toru przeszkód Hooch niczego nie zauważył.
-Jazda za Anioła..- wyhamowałem tuż przed ścianą z piskiem adidasów, obserwując, co tam Hooch tworzy.
-Nie obijać się, tygryski- rzucił pieszczotliwie wuefista.
-Co to, u...- Paul stłumił cisnące się na usta przekleństwo- ...jest?- Zdumiał się obserwując tor przeszkód.
-Macie szansę pokazać, na co was stać, tygryski- Zauważył z ironią Hooch.- Kto na ochotnika?
-Chyba przymusowego samobójcę- zauważył Fox cofając się.- Dziękuję. Mam nadzieję przeżyć swoją kadencję w tej budzie.
-Nikt?- Nauczyciel udał zawiedzionego.- No to numer dwadzieścia... Dwadzieścia... Dwadzieścia trzy- wytypował.
Chcąc, nie chcąc wystąpiłem z tłumu chłopaków, słysząc za sobą ironiczne "postaraj się przeżyć"; " Odmówmy w jego intencji wieczny odpoczynek" i tym podobne głupie komentarze.
-Tyler. Małe, chuderlawe tygrysiątko..- Hooch zdecydowanie mnie nienawidził.- Do dzieła.
-Chuderlawe, dobre sobie- prychnąłem.
Z rozpędu wziąłem kozła i wybijając się na rękach wykonałem salto. Lądując niemal tuż przed wysoką przeszkodą wybiłem się ponownie i przeskakując skrzynię zakręciłem w powietrzu potrójne salto. Przekulałem się trochę na materacu i chwytając się drugiej nieco niższej skrzyni stanąłem na rękach, a po chwili zeskoczyłem na nogi.
Nauczycielowi opadła szczęka.
-No, no, no..- rzucił z podziwem Hooch.
Chłopaki zaczęli klaskać i wyć z uciechą.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Wyciągnęłam z kieszeni szkolnego mundurka tę ulotkę i spojrzałam na nią ponuro.
Znów nawiedzała mnie myśl o byciu człowiekiem. Ostatnio stawało się to coraz bardziej uciążliwe, bo nie było chwili, żebym się nad tym nie zastanawiała.
Słysząc pukanie ukryłam szybko świstek pod poduszką.
-Proszę- rzuciłam spokojnie.
Marco przyniósł mi śniadanie.
-Dobrze spałaś?- Zapytał na powitanie, całując mnie lekko w policzek położył tacę na moich kolanach.
-Ujdzie- odparłam ziewając.- Ale pyszności...- wymruczałam rozglądając się po tacy.
-Smacznego- rzucił lekko mój kuzyn.
-Dzięki- odparłam obżerając się. Nagle zamarłam.- Znowu się opycham, no...- burknęłam zła na siebie.
-Przecież musisz jeść- zauważył zaskoczony moją nerwowością Marco.
-To nie jedzenie... To zwykłe obżeranie się- prychnęłam rozzłoszczona.
-Czyżby chodziło o tę słodką piłeczkę?- Spytał ze śmiechem, wskazując mój brzuch.
-Chodzi o to, że jestem gruba- burknęłam poirytowana patrząc na tacę spode łba.
-Gruba?- Zdumiał się Marco przyglądając mi się z ukosa.
-Jak wieeelki wielooooryb- prychnęłam obierając pomarańczę.
-I co w związku z tym?- Zapytał zdezorientowany.
Westchnęłam głośno z niemałą irytacją.
-To, że ten wieloryb boi się, że nie jest tak sexy, jak kiedyś- Caroline pochwyciła kubeczek lodów o włos przed swoją twarzą.
Miała rację. Bałam się, że przez ciążę jestem mniej seksowna, niż kiedyś; a Michael...
Ktoś złośliwie naciągnął jej kaptur na oczy.
-Dla mnie zawsze pozostanie sexy. Nawet jeśli jest ciut większa- oznajmił zielonooki okularnik poważnie. Podszedł i przywitał mnie całusem.- No, zajadaj; Moje Kochanie- rzucił pieszczotliwie, wyciągając w moją stronę widelec z utkniętym nań kęsem parówki.
-Naprawdę..?- Zaczęłam z obawą.
-Naprawdę- potwierdził.- Wcinaj- podsunął bliżej widelec.
Caro zrzuciła z głowy kaptur bluzy i odrzuciła do Michaela pudełeczko małych lodów.
-Widzisz? Możesz obżerać się do woli; ty grubaaaśny wielorybie- zarechotała wychodząc z Marco.
-To prawda, że czujesz się mniej ładna?- Zapytał dokarmiając mnie kolejnym kawałkiem parówki.
Odwróciłam wzrok, mówiąc:
-Po prostu jestem gruba- odparłam niechętnie.
-I co z tego, Moje Kochanie?- Zapytał podsuwając mi łyżeczkę lodów.
-Bo ona... Ona jest ładna i szczupła i w ogóle..- zaczęłam cicho i niepewnie.
-Ona, czyli kto?- Zapytał zaskoczony. Szturchnęłam go mocno, obrażona. Domyślił się i odkładając łyżeczkę wziął mnie w ramiona. Przytulając zaczął się dziwnie trząść, a po chwili jego cichy śmiech wypełnił sypialnię.
-Mój ty słodziusi głuptasie...- Roześmiał się wesoło, obsypując mnie lekkimi całusami.
-Ale... Patrzyłeś na nią, tak, no...- zaczęłam nie wiedząc, jak to ująć.
-Jesteś zazdrosna o Yuri?- Spytał ciepło.
-O tą owiniętą w prześcieradło dziewuchę? W życiu- prychnęłam wyniośle.
-Więc o kogo jesteś taką zazdrosną zazdrośnicą?- Wsunął mi w usta cząstkę pomarańczy.
-A jak myślisz?- Burknęłam przytulając się mocniej.
-Czyżby o mnie?- Zachichotał lekko.- Coś ci powiem; Cally.. Żadna inna mnie nie interesuje, bo ty jesteś moim centrum wszechświata. Ty i nikt inny; Skarbie- powiedział cicho patrząc mi w oczy.
-Ale.. Jestem gruba i..- jakoś niespecjalnie mnie przekonał.
-Kocham to- przerwał mi spokojnie znów podsuwając mi jedzenie pod nos.
-Jak to...?- Zaczęłam z niedowierzaniem. Wzięłam ustami kostkę czekolady.
-Tak to. Chyba zapomniałaś, że pod tym tłuszczykiem jest nasze maleństwo- odparł nadal mnie karmiąc.
-No tak... Zapomniałam przez kogo się tak obżeram- zauważyłam z ironicznym uśmieszkiem. Musnęłam wargami jego szyję wciągając ten przepyszny zapach.
-Możesz wziąć trochę..- zaczął po dłuższym milczeniu, zdejmując marynarkę.
-Nie..- szepnęłam, chcąc się odsunąć.
-Chcę tego- odszepnął odstawiając gdzieś tacę. Przyciągnął mnie tak blisko, że czułam w ciele spokojne uderzenia jego serca.- Chcę cię karmić, Moje Kochanie- przytulając mnie, prawą dłonią rozluźnił krawat i rozpiął lekko koszulę.
-Dlaczego...?- Zapytałam cicho, nie próbując się odsunąć.
-Co, dlaczego..?- Odszepnął z uczuciem.
Wzięłam kolejny wdech wypełniony tą apetyczną wonią, zastanawiając się; jak wyrazić to dziwne uczucie towarzyszące mi za każdym razem, kiedy czuję ten zapach.
-Dlaczego tego chcesz? Co, tak naprawdę, czujesz kiedy...- urwałam nagle niepewna, czy chcę znać odpowiedź.
Szmer płynącej w jego żyłach krwi oszałamiał nawet bardziej, niż sam zapach...
-Co czuję, kiedy mnie pijesz?- Szepnął, a jego ciepły, pachnący kawą oddech owiewał moją twarz.
Z wahaniem kiwnęłam twierdząco głową.
Przesunął ustami po mojej szyi.
-To nie do opisania; Moje Kochanie..- Szepnął z uczuciem.- To nawet lepsze niż sex..- powiedział z wahaniem.
-Jestem aż tak słaba w łóżku?- Obruszyłam się.
-Tego nie powiedziałem!.- zaprzeczył szybko, potrząsając głową.- Ja... No, tego... Bo chodzi o to, że..- zaczął z zakłopotaniem zacinając się.
-Żartowałam, Czubku- zarechotałam poszturchując go lekko.
-Świruska moja kochana- odparł dusząc się ze śmiechu. Przewrócił się na łóżku, wylądowałam pod nim i przerzuciłam na tył zwisający z jego szyi krawat.
-Callisto..- Zaczął cichym szeptem.
-Co, Pyszczulku..?- Rzuciłam, przeglądając się w szkłach jego okularów przesunęłam na bok grzywkę.
-Przecież wiesz..- odparł z tym seksownym półuśmiechem.
Dłuższy czas patrzyłam nań nic nie mówiąc. Był z niego taki...
Słodki przystojniak...
Przynajmniej raz się zgadzamy, pijawo..
Przynajmniej raz się zgadzamy, pijawo..
-Wiesz, że nie powinnam..-Zaczęłam cicho, próbując jakoś nad tym zapanować.
-Och, przestań chrzanić- zniecierpliwił się.
Był tak strasznie blisko, że nie potrafiłam powstrzymać drżenia. Kły wibrowały bólem, a ja.. Nie mogłam mu się oprzeć...
-Callisto..?- Zaczął zmartwionym tonem, przyglądając mi się.
-T-To n-nic-c- odparłam szczękając zębami, kły zgrzytnęły nieprzyjemnie. Ledwo stłumiłam cichy jęk bólu.- M-Michael..- podniosłam się lekko na łóżku, a moje usta oparły się na jego szyi..
-Och, przestań chrzanić- zniecierpliwił się.
Był tak strasznie blisko, że nie potrafiłam powstrzymać drżenia. Kły wibrowały bólem, a ja.. Nie mogłam mu się oprzeć...
-Callisto..?- Zaczął zmartwionym tonem, przyglądając mi się.
-T-To n-nic-c- odparłam szczękając zębami, kły zgrzytnęły nieprzyjemnie. Ledwo stłumiłam cichy jęk bólu.- M-Michael..- podniosłam się lekko na łóżku, a moje usta oparły się na jego szyi..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz