Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Osiemnasty maj…
Wczorajszą noc w celi spędziłam całkiem spokojnie. Zero ataków szału; zero środków uspokajających, a w dodatku bez kajdanek.
Nadal jednak zastanawiało mnie; dlaczego Michael znowu to robi.. Skoro wie, że już nie można mi pomóc- czemu nadal jest tak uparty, żeby karmić mnie krwią.
W ataku wampirzego szału zabiłam- czy istnieje coś gorszego, niż wampir na skraju upadku widzący zamiast człowieka tylko „worek krwi”? W zasadzie moja walka, od kiedy Link zginął, była zwyczajnie bezsensowna i z góry skazana na porażkę.
To takie żałosne, że nadal gdzieś tam, w głębi serca tliła się jakaś iskra nadziei.
-Rany…- mruknęłam znudzona, przymykając na chwilę oczy.
Z drugiej strony nie potrafię poddawać się bez walki. Od kiedy stałam się „pełnoprawnym” łowcą byłam wobec wampirów poziomu D bezlitosna- pozbywałam się ich tak, jak pozbywa się śmieci, nawet nie myśląc, co by było; gdyby to mnie spotkał kiedyś taki sam los.. Byli dla mnie niczym innym, niż bestiami nastawionymi jedynie na ludzką krew- nie zastanawiałam się nad tym; co myśleli lub czuli; albo czy któregokolwiek z nich to dręczyło.
-Po co ja w ogóle o tym myślę?- Jęknęłam niechętnie, obracając w palcach monetę.
A jednak miałam powód, by o tym rozmyślać.
Mój ojciec..
Czy, gdybym wiedziała, że on żyje nie chciałabym go odnaleźć i dołączyć do niego; nieważne co musiałabym robić i jakiekolwiek byłyby tego konsekwencje? Dlaczego oboje z Lucianem czujemy, że jest w nim jakiś dziwnego rodzaju mrok? Jaki jest tego powód?
No właśnie- Lucian..
Z nim jest podobnie.. Naszemu pierwszemu od lat spotkaniu też towarzyszyły dziwne uczucia: nieufność; smutek.. Można to nawet nazwać żalem- i nie chodzi tu wcale o zwykłą rozłąkę, czy (jak on to nazywa) zdradę. Chodzi o decyzje, które wprawiły w ruch całą tę machinę wydarzeń i uczyniły nasze życie takim; jakie jest teraz..
Czy w jakiś sposób Grace.. również miała na to wpływ? Czy, gdyby stała się takim samym łowcą; jak ja nie stałoby się to wszystko? Czuła w stosunku do mnie tylko nienawiść i zazdrość. Nie widziałam lub nie dostrzegłam, jak cierpi. Może to doprowadziło do jej pierwszego spotkania z Linkiem i może on miał rację, że oboje- on i ja- byliśmy naprawdę tacy sami: tak samo zimni i podli. Jednak mieliśmy jeszcze jedną wspólną cechę: zarówno on, jak i ja nigdy nie pozwolilibyśmy, żeby ktoś bardzo nam drogi stał się wampirem.
-Dobrze wiesz, że- w gruncie rzeczy- jesteśmy tacy sami, Kochanie- usłyszałam głos Linka ze wspomnień bardzo wyraźnie.- Jesteśmy jednym; Callisto Anabelle…
-”Co raz utracone, nigdy już nie powróci”…- Powtórzyłam szeptem słowa Luciana, otwierając oczy.
-Znowu powtarzasz jego słowa; Callisto- zaczął Michael cicho. Powoli zatonęłam w jego ramionach, wciągnęłam z przyjemnością zapach jego krwi.-Jesteś zazdrosny o niego?- Zapytałam ostrożnie. Czułam; że jestem trochę zbyt blisko Michaela; ale jednocześnie bardzo mnie to pociągało.
-Nie o to chodzi- zaprzeczył z niechęcią; opierając mnie delikatnie o tę ścianę.
-Więc o co?- Zapytałam zbita z tropu; wsuwając ręce za poły jego czarnej skórzanej kurtki.
-Po prostu mu nie ufam- szepnął; całując mnie lekko.
Byliśmy stanowczo za blisko.
Pragnienie jego krwi wróciło; a moje ciało zaczęło płonąć.
-Michael..- z trudem zaczęłam go od siebie odsuwać.- Nie.. Proszę..
-Znowu z tym walczysz..- zaczął cicho z pretensją.
-Odsuń się.. Nie chcę..- szepnęłam; zaczynałam się trząść, naprzemian przeszywał mnie kłujący chłód, by zaraz potem to uczucie zastąpiły gorące płomienie.Nawet nie dostrzegłam kiedy zaczęłam odwzajemniać jego pocałunek; łamiąc tym samym kolejną niepisaną zasadę, by trzymać się z dala od swojego „nałogu”- zapachu krwi Michaela.
-Nie. Nie mogę..- szepnęłam oddychając ciężko. Oparłam dłoń na jego piersi i pochyliłam głowę chcąc go odsunąć.
-Nie walcz z tym- zaczął prosząco
-Muszę walczyć- odparłam z uporem.- Chcesz; żebym była taka sama, jak oni? Zabiłam człowieka; Michael i mogę to zrobić ponownie… W końcu tak się zatracę, że…
-Nie mów tak- przerwał mi z rozpaczą.- Nie jesteś taka; jak oni, przestań pieprzyć- powiedział z naciskiem.
-Nie; Michael: jestem dokładnie taka sama, jak oni- powiedziałam z trudem nie patrząc na niego.- Jeśli znów zwariuję z pragnienia może trafić na kogoś z was: na ciebie; Paula… Może nawet na Tori, nie rozumiesz? Nie zmienisz tego; że jestem tym potworem; choćbyś nie wiem, jak bardzo tego chciał.
-Nie jesteś potworem i przestań tak o sobie mówić; do cholery!- Warknął z rozdrażnieniem przypierając mnie sobą do ściany.- Nie walcz.. Chcę ci pomóc; Callisto.. Cicho.- Uciął; widząc, że chcę się odezwać, jakoś zaprotestować.- Już ci to kiedyś mówiłem; ale… Jeśli moja krew może ci pomóc, to dam ci tyle; ile potrzebujesz.
-Boli… Odsuń się.. Puść..- wymamrotałam półprzytomnie. Jego krew zaczęła mnie oszałamiać; wolne uderzenia jego serca wprawiały mnie nie tylko w drżenie: czułam, jakby jego krew mnie wzywała.
Tak strasznie kręci mi się w głowie…
Ledwie coś widzę przez zamglony wzrok. Słychać tylko wolne uderzenia jego serca i cichy szept.. Czuć ciepło i ten pyszny zapach..
-Weź trochę… Proszę…
-N-nie..- z coraz większym trudem odmawiam, starając się ignorować ból spowodowany nasilającym się pragnieniem.- N-nie ch-chcę…
Jego dotyk zaczyna palić…
Ostatnimi siłami próbuję go odsunąć.
Słabo mi…Osiemnasty maj…
Wczorajszą noc w celi spędziłam całkiem spokojnie. Zero ataków szału; zero środków uspokajających, a w dodatku bez kajdanek.
Nadal jednak zastanawiało mnie; dlaczego Michael znowu to robi.. Skoro wie, że już nie można mi pomóc- czemu nadal jest tak uparty, żeby karmić mnie krwią.
W ataku wampirzego szału zabiłam- czy istnieje coś gorszego, niż wampir na skraju upadku widzący zamiast człowieka tylko „worek krwi”? W zasadzie moja walka, od kiedy Link zginął, była zwyczajnie bezsensowna i z góry skazana na porażkę.
To takie żałosne, że nadal gdzieś tam, w głębi serca tliła się jakaś iskra nadziei.
-Rany…- mruknęłam znudzona, przymykając na chwilę oczy.
Z drugiej strony nie potrafię poddawać się bez walki. Od kiedy stałam się „pełnoprawnym” łowcą byłam wobec wampirów poziomu D bezlitosna- pozbywałam się ich tak, jak pozbywa się śmieci, nawet nie myśląc, co by było; gdyby to mnie spotkał kiedyś taki sam los.. Byli dla mnie niczym innym, niż bestiami nastawionymi jedynie na ludzką krew- nie zastanawiałam się nad tym; co myśleli lub czuli; albo czy któregokolwiek z nich to dręczyło.
-Po co ja w ogóle o tym myślę?- Jęknęłam niechętnie, obracając w palcach monetę.
A jednak miałam powód, by o tym rozmyślać.
Mój ojciec..
Czy, gdybym wiedziała, że on żyje nie chciałabym go odnaleźć i dołączyć do niego; nieważne co musiałabym robić i jakiekolwiek byłyby tego konsekwencje? Dlaczego oboje z Lucianem czujemy, że jest w nim jakiś dziwnego rodzaju mrok? Jaki jest tego powód?
No właśnie- Lucian..
Z nim jest podobnie.. Naszemu pierwszemu od lat spotkaniu też towarzyszyły dziwne uczucia: nieufność; smutek.. Można to nawet nazwać żalem- i nie chodzi tu wcale o zwykłą rozłąkę, czy (jak on to nazywa) zdradę. Chodzi o decyzje, które wprawiły w ruch całą tę machinę wydarzeń i uczyniły nasze życie takim; jakie jest teraz..
Czy w jakiś sposób Grace.. również miała na to wpływ? Czy, gdyby stała się takim samym łowcą; jak ja nie stałoby się to wszystko? Czuła w stosunku do mnie tylko nienawiść i zazdrość. Nie widziałam lub nie dostrzegłam, jak cierpi. Może to doprowadziło do jej pierwszego spotkania z Linkiem i może on miał rację, że oboje- on i ja- byliśmy naprawdę tacy sami: tak samo zimni i podli. Jednak mieliśmy jeszcze jedną wspólną cechę: zarówno on, jak i ja nigdy nie pozwolilibyśmy, żeby ktoś bardzo nam drogi stał się wampirem.
-Dobrze wiesz, że- w gruncie rzeczy- jesteśmy tacy sami, Kochanie- usłyszałam głos Linka ze wspomnień bardzo wyraźnie.- Jesteśmy jednym; Callisto Anabelle…
-”Co raz utracone, nigdy już nie powróci”…- Powtórzyłam szeptem słowa Luciana, otwierając oczy.
-Znowu powtarzasz jego słowa; Callisto- zaczął Michael cicho. Powoli zatonęłam w jego ramionach, wciągnęłam z przyjemnością zapach jego krwi.-Jesteś zazdrosny o niego?- Zapytałam ostrożnie. Czułam; że jestem trochę zbyt blisko Michaela; ale jednocześnie bardzo mnie to pociągało.
-Nie o to chodzi- zaprzeczył z niechęcią; opierając mnie delikatnie o tę ścianę.
-Więc o co?- Zapytałam zbita z tropu; wsuwając ręce za poły jego czarnej skórzanej kurtki.
-Po prostu mu nie ufam- szepnął; całując mnie lekko.
Byliśmy stanowczo za blisko.
Pragnienie jego krwi wróciło; a moje ciało zaczęło płonąć.
-Michael..- z trudem zaczęłam go od siebie odsuwać.- Nie.. Proszę..
-Znowu z tym walczysz..- zaczął cicho z pretensją.
-Odsuń się.. Nie chcę..- szepnęłam; zaczynałam się trząść, naprzemian przeszywał mnie kłujący chłód, by zaraz potem to uczucie zastąpiły gorące płomienie.Nawet nie dostrzegłam kiedy zaczęłam odwzajemniać jego pocałunek; łamiąc tym samym kolejną niepisaną zasadę, by trzymać się z dala od swojego „nałogu”- zapachu krwi Michaela.
-Nie. Nie mogę..- szepnęłam oddychając ciężko. Oparłam dłoń na jego piersi i pochyliłam głowę chcąc go odsunąć.
-Nie walcz z tym- zaczął prosząco
-Muszę walczyć- odparłam z uporem.- Chcesz; żebym była taka sama, jak oni? Zabiłam człowieka; Michael i mogę to zrobić ponownie… W końcu tak się zatracę, że…
-Nie mów tak- przerwał mi z rozpaczą.- Nie jesteś taka; jak oni, przestań pieprzyć- powiedział z naciskiem.
-Nie; Michael: jestem dokładnie taka sama, jak oni- powiedziałam z trudem nie patrząc na niego.- Jeśli znów zwariuję z pragnienia może trafić na kogoś z was: na ciebie; Paula… Może nawet na Tori, nie rozumiesz? Nie zmienisz tego; że jestem tym potworem; choćbyś nie wiem, jak bardzo tego chciał.
-Nie jesteś potworem i przestań tak o sobie mówić; do cholery!- Warknął z rozdrażnieniem przypierając mnie sobą do ściany.- Nie walcz.. Chcę ci pomóc; Callisto.. Cicho.- Uciął; widząc, że chcę się odezwać, jakoś zaprotestować.- Już ci to kiedyś mówiłem; ale… Jeśli moja krew może ci pomóc, to dam ci tyle; ile potrzebujesz.
-Boli… Odsuń się.. Puść..- wymamrotałam półprzytomnie. Jego krew zaczęła mnie oszałamiać; wolne uderzenia jego serca wprawiały mnie nie tylko w drżenie: czułam, jakby jego krew mnie wzywała.
Tak strasznie kręci mi się w głowie…
Ledwie coś widzę przez zamglony wzrok. Słychać tylko wolne uderzenia jego serca i cichy szept.. Czuć ciepło i ten pyszny zapach..
-Weź trochę… Proszę…
-N-nie..- z coraz większym trudem odmawiam, starając się ignorować ból spowodowany nasilającym się pragnieniem.- N-nie ch-chcę…
Jego dotyk zaczyna palić…
Ostatnimi siłami próbuję go odsunąć.
Pić..
-Czysta agonia; co?- Zapytał cichy głos.
Michael zwrócił się powoli w jego stronę; więc to nie były zwidy.
-Skąd się tu wziąłeś: wampirze?- Warknął ostro.
-Myślałem że ta buda jest pusta.. Chciałem się tylko przespać..- wytłumaczył się nieznajomy.- Już sobie stąd idę..- powiedział idąc w stronę drzwi.
Michael rzucił sztyletem; który wbił się tuż nad dłonią wampira.
-Kim jesteś i czego tu szukasz, pijawo?- Zapytał Michael mierząc z pistoletu.
-Już mówiłem; że chciałem się tylko przekimać- jęknął wampir znudzony.- Nie musisz do mnie celować. Nie zabijesz mnie zwykłą poświęconą kulą.
-Rada cię przysłała? Gadaj prawdę; bo zastrzelę- zagroził Michael lodowato.
-Rada?- Mężczyzna roześmiał się wesoło.- Nie mam nic wspólnego z Radą, od czasu; gdy ten szczur Corvin przejął władzę.. Bedzie jakieś trzy i pół wieku..- Zauważył nagle obojętnie wampir.- Jak już mówiłem myślałem że to opuszczone miejsce i chciałem się przespać- widocznie się pomyliłem- wzruszył ramionami.- Odłóż tę zabawkę. Nie chcesz mnie wkurzyć; wierz mi- Miał taki lekki, usypiający głos. Ból powoli mijał; a ja czułam się taka senna…
Wyślizgnęłam się z ramienia Michaela i zaczęłam osuwać się na podłogę.
Wampir zniknął i złapał mnie zanim upadłam.
-Znak Łowczych..- rzucił oglądając moją szyję.
-Odsuń się od niej!- Michael przystawił lufę do łba wampira; który nagle wykręcił mu nadgarstek. Michael z sykiem ukląkł wypuszczając broń ze zdrętwiałej dłoni. Ruchem dłoni wampir odepchnął pistolet z dala od Michaela.
-Lepiej mnie nie drażnij- oznajmił lodowato; puszczając zielonookiego.
-Kim ty…?- Zaczęłam trzeszczącym głosem.
-Jednym z Pierwszych; nie mów nic więcej..- pouczył mnie tym samym usypiającym tonem.
-Imię. Cokolwiek.- Wydyszałam; ale on położył moją głowę na swoich kolanach i gestem nakazał mi ciszę.
-Nadal walczysz z głodem- zauważył oglądając moją twarz.- Dziwne; że zachowałaś jeszcze świadomość i nie upadłaś..- wziął moją lewą dłoń i obejrzał sygnet.- Hmmm; więc to ty jesteś Callisto Raven: dziewczyna; przed którą drży pół Rady..- Usłyszałam jego cichy śmiech i poczułam skapujące na moją twarz krople krwi…
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Co ty; u diabła, robisz?- Zapytałem wstrząśnięty.
-Dzięki mojej krwi nie popadnie w szaleństwo- odparł mężczyzna.
-Dobry samarytanin się znalazł..- prychnąłem z sarkazmem; widząc że Callisto nadal się opiera. Walczy z pragnieniem.
-Chcesz jej śmierci?- Zapytał patrząc na mnie spokojnie swoimi szarymi oczami.
-Tego nie powiedziałem; po prostu ci nie ufam..- odparłem ostrożnie.- Co; jeśli i ciebie zabiją…
-Chyba mnie nie słuchałeś; synu rodu Płomień… Jestem Pierwszym: nie można mnie zabić. Ograniczenia innych wampirów mnie nie dotyczą- oznajmił.
-To by wyjaśniało; jak wszedłeś do budynku bez zaproszenia…- Zauważyłem z namysłem. Ocknąłem się nagle, pytając ze zdziwieniem- Skąd wiesz; kim jestem?
-Można powiedzieć; że znałem założyciela twojej rodziny- skwitował pewnym siebie tonem.- Armand Féu był bardzo inteligentnym facetem; jak na Francuza…
Uniosłem brwi zdziwiony, ale zaraz spojrzałem na Callisto; która z uporem odtrąciła rękę wampira; szepcząc:
-Nie chcę..- zaczęła ochrypłym przepełnionym bólem głosem.
-Nadal masz w sobie chłód i ciągle się powstrzymujesz- fioletowooki patrzył na nią smutno.- Zrozum; że moja krew może ci pomóc. Nie oszalejesz.- Powiedział z naciskiem.
Callisto Raven postrach ogólniaka.
Czerwień…Michael zwrócił się powoli w jego stronę; więc to nie były zwidy.
-Skąd się tu wziąłeś: wampirze?- Warknął ostro.
-Myślałem że ta buda jest pusta.. Chciałem się tylko przespać..- wytłumaczył się nieznajomy.- Już sobie stąd idę..- powiedział idąc w stronę drzwi.
Michael rzucił sztyletem; który wbił się tuż nad dłonią wampira.
-Kim jesteś i czego tu szukasz, pijawo?- Zapytał Michael mierząc z pistoletu.
-Już mówiłem; że chciałem się tylko przekimać- jęknął wampir znudzony.- Nie musisz do mnie celować. Nie zabijesz mnie zwykłą poświęconą kulą.
-Rada cię przysłała? Gadaj prawdę; bo zastrzelę- zagroził Michael lodowato.
-Rada?- Mężczyzna roześmiał się wesoło.- Nie mam nic wspólnego z Radą, od czasu; gdy ten szczur Corvin przejął władzę.. Bedzie jakieś trzy i pół wieku..- Zauważył nagle obojętnie wampir.- Jak już mówiłem myślałem że to opuszczone miejsce i chciałem się przespać- widocznie się pomyliłem- wzruszył ramionami.- Odłóż tę zabawkę. Nie chcesz mnie wkurzyć; wierz mi- Miał taki lekki, usypiający głos. Ból powoli mijał; a ja czułam się taka senna…
Wyślizgnęłam się z ramienia Michaela i zaczęłam osuwać się na podłogę.
Wampir zniknął i złapał mnie zanim upadłam.
-Znak Łowczych..- rzucił oglądając moją szyję.
-Odsuń się od niej!- Michael przystawił lufę do łba wampira; który nagle wykręcił mu nadgarstek. Michael z sykiem ukląkł wypuszczając broń ze zdrętwiałej dłoni. Ruchem dłoni wampir odepchnął pistolet z dala od Michaela.
-Lepiej mnie nie drażnij- oznajmił lodowato; puszczając zielonookiego.
-Kim ty…?- Zaczęłam trzeszczącym głosem.
-Jednym z Pierwszych; nie mów nic więcej..- pouczył mnie tym samym usypiającym tonem.
-Imię. Cokolwiek.- Wydyszałam; ale on położył moją głowę na swoich kolanach i gestem nakazał mi ciszę.
-Nadal walczysz z głodem- zauważył oglądając moją twarz.- Dziwne; że zachowałaś jeszcze świadomość i nie upadłaś..- wziął moją lewą dłoń i obejrzał sygnet.- Hmmm; więc to ty jesteś Callisto Raven: dziewczyna; przed którą drży pół Rady..- Usłyszałam jego cichy śmiech i poczułam skapujące na moją twarz krople krwi…
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Co ty; u diabła, robisz?- Zapytałem wstrząśnięty.
-Dzięki mojej krwi nie popadnie w szaleństwo- odparł mężczyzna.
-Dobry samarytanin się znalazł..- prychnąłem z sarkazmem; widząc że Callisto nadal się opiera. Walczy z pragnieniem.
-Chcesz jej śmierci?- Zapytał patrząc na mnie spokojnie swoimi szarymi oczami.
-Tego nie powiedziałem; po prostu ci nie ufam..- odparłem ostrożnie.- Co; jeśli i ciebie zabiją…
-Chyba mnie nie słuchałeś; synu rodu Płomień… Jestem Pierwszym: nie można mnie zabić. Ograniczenia innych wampirów mnie nie dotyczą- oznajmił.
-To by wyjaśniało; jak wszedłeś do budynku bez zaproszenia…- Zauważyłem z namysłem. Ocknąłem się nagle, pytając ze zdziwieniem- Skąd wiesz; kim jestem?
-Można powiedzieć; że znałem założyciela twojej rodziny- skwitował pewnym siebie tonem.- Armand Féu był bardzo inteligentnym facetem; jak na Francuza…
Uniosłem brwi zdziwiony, ale zaraz spojrzałem na Callisto; która z uporem odtrąciła rękę wampira; szepcząc:
-Nie chcę..- zaczęła ochrypłym przepełnionym bólem głosem.
-Nadal masz w sobie chłód i ciągle się powstrzymujesz- fioletowooki patrzył na nią smutno.- Zrozum; że moja krew może ci pomóc. Nie oszalejesz.- Powiedział z naciskiem.
Callisto Raven postrach ogólniaka.
Boli…
Umieram..
-Nie chcę…- Z trudem odtrąciłam rękę wampira poziomu A.
-Callisto.. On może ci pomóc- zaczął Michael; grzbietem dłoni głaskając moją twarz.
-Nie chcę..- powtórzyłam z trudem.
-Mogę cię do tego zmusić- powiedział ostro wampir.- A wierz mi; że nie potrzebujesz więcej bólu..- warknął ostro.
-Tylko spróbuj ją skrzywdzić; a..- zacząłem z groźbą.
-A niby co mi zrobisz?- Zapytał niewinnie.- Zastrzelisz? Wbijesz mi miecz w serce? A może pożonglujemy razem jesionowymi kołkami?- Zapytał kpiąco wampir.
-A niech cię… Przyszedłeś tu celowo, wampirze- zasyczałem podejrzliwie.
Przerwał mi rozdzierający krzyk bólu z ust Callisto.
-Callisto.. On może ci pomóc- zaczął Michael; grzbietem dłoni głaskając moją twarz.
-Nie chcę..- powtórzyłam z trudem.
-Mogę cię do tego zmusić- powiedział ostro wampir.- A wierz mi; że nie potrzebujesz więcej bólu..- warknął ostro.
-Tylko spróbuj ją skrzywdzić; a..- zacząłem z groźbą.
-A niby co mi zrobisz?- Zapytał niewinnie.- Zastrzelisz? Wbijesz mi miecz w serce? A może pożonglujemy razem jesionowymi kołkami?- Zapytał kpiąco wampir.
-A niech cię… Przyszedłeś tu celowo, wampirze- zasyczałem podejrzliwie.
Przerwał mi rozdzierający krzyk bólu z ust Callisto.
Vincent Rodriguez; kapitan szkolnej drużyny koszykówki.
-Co jest grane?- Zaczął jeden z łowców; widząc przygasające światło.
-Temperatura maleje- Zauważył Morgenstern.
-Zz-zimm-mnno… C-co t-tu t-ta-akk zzimmno?- Paul zaczął szczękać zębami.
Szkło stojące w pokoju zaczęło pokrywać się szronem. Kilku łowczych zerwało się na nogi.
-Co; u cholery? Czujniki zwariowały?- Zastanowił się Falcon.
-Wampir poziomu A gdzieś się tu szwenda- oznajmił Jim Sword zdejmując ze ściany jakiś stary pistolet.
-Przecież oni prawie wyginęli- zauważył jakiś chłopak.
-Prawie- Armand Tyler wstał powoli. Zdjął ze ściany długi; wyglądający na bardzo ciężki, miecz.- Trzeba to sprawdzić..- rzucił wychodząc.
Kilku starszych łowców ruszyło za nim.
-Paul wszystko z tobą okej?- Zapytałem potrząsając nim.
-Ch-chyba t-tak…- Otulił się szybko kocem.- Co to ten poziom A?- Zapytał ostrożnie.
-Jeden z Pierwszych. Czystej krwi sukinsyn; którego nie można zabić… Pieprzony nieśmiertelny wyjaśnił Jason Moon podrzucając sztylet.
-Ciekawe; gdzie Angello- Zauważył.
-Od kilku dni nie wyłazi z tego swojego bunkra. Cholera wie; czy w ogóle coś go obchodzi…- stwierdziła niewysoka dziewczyna ze złotym medalionem na szyi niechętnie.
-Taa. Na pewno kombinuje; jakby tu szybko spierdolić- zauważył wysoki chłopak.
-Och; przymknij się; Romanow..- burknął Jason ze złością.- Sam tylko gadasz; a niewiele robisz.
-Wal się. Gdyby nie ja; już dawno wąchałbyś kwiatki od spodu; podobnie jak Wadera, Moon- odciął się wysoki czarnowłosy chłopak.
-Nadal masz do niego żal; że odbił ci Callisto.. Proszę; proszę- Gwizdnął z uznaniem Jason.- A może kto inny ci ją odbił… Nie mam pamięci do wszystkich byłych Call- rzucił z ironią.- Co do Mariusa: on został legendą; a ty nadal jesteś tylko sprzątaczką.. Ha! Tu cię boli- rzucił tryumfalnie; uchylając się przed ciosem.
-Och; dość już, głąby- burknęła dziewczyna rozdzielając obu.- Obaj jesteście bezużyteczni: nie potraficie nic; poza żarciem się; jak wściekłe kundle, a wszystko przez waszą wspólną byłą.. Doprawdy żałosne..- prychnęła gniewnie.
-Jesteś piękna, kiedy się złościsz; Elizabeth- rzucił niewinnie Jason przyglądając jej się.
Nie nazwałbym dziewczyny z blizną przez pół twarzy ładną.. Była po prostu przeciętna i… Bliznowata..
-Jesteś nawet urocza; gdy się wkurzasz..- Zauważył Paul gapiąc się w nią jak cielę na malowane wrota.
Spojrzałem nań z boku i wtedy całkiem opadła mi szczęka. Paul miał kompletnie maślany wzrok, którym wpatrywał się w dziewczynę.
-Rany… Otaczający mnie ludzie to kretyni…- mruknęła wychodząc z pokoju. Paul wodził za nią wzrokiem.
-Koleś: otrząśnij się; ona nie jest dla ciebie- Zauważył Vładimir powoli.
Paul nawet nie zareagował. Szturchnąłem go mocno.
-Co jest?- Zapytał powoli; spoglądając na mnie z lekka nieprzytomnie.
-Amor przestrzelił ci dupsko; Tanner?- Rzucił Romanow z udawanym zaciekawieniem.
-Och; odczep się, koleś- prychnął niecierpliwie Paul; unikając jego wzroku.- Ona jest nawet ładna.
-I wredna- dodał Jason.
-Arcywredna- poprawił Vładimir szybko.
-Masz dziwny gust- Stwierdziłem powoli.
***
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Callisto…- zacząłem cicho; przytulając ją mocno.
-Boli..- szepnęła ledwie słyszalnie.
Usłyszeliśmy szybkie kroki i rozmowę.
Czerwonooki wampir powoli się podniósł.
-Ech… Znowu mi się oberwie- mruknął niechętnie.
-Cofnij się- od drzwi padł rozkaz. W kręgu światła stanął mój ojciec z mieczem w rękach.
-Głowa Rodu Płomień. Miło cię znów widzieć; Armandzie- rzucił wampir lekko.
-Wy się znacie?- Zapytałem patrząc na ojca ze zdumieniem.
-Więc to ty; Jean’ie Féu…- Ojciec nie słyszał lub nie chciał usłyszeć pytania. Powoli opuścił broń gotową do ciosu.
-We własnej osobie i nie myśl; że zapomnę ci; że trzydzieści lat temu zakopałeś moją trumnę po drugiej stronie rzeki- oznajmił wampir chłodniejszym tonem.
-Miałeś tu nie wracać- odparował lodowato mój ojciec.
-Owszem; wróciłem, ale nie na długo- potwierdził Jean obojętnie.- Jutro się stąd wynoszę; spokojna głowa.
-Tak, tak… Idź nawet do samego diabła; byle z daleka od tego miasta i mojego syna- mruknął ojciec jakby nie słuchając wampira.
-Kim on jest i skąd się znacie; tato?- Zapytałem znowu.
-Najlepiej; żebyś zaraz się stąd wyniósł; Jean, inaczej znów wylądujesz w trumnie; którą tym razem zepchnę do wody- Zauważył mój ojciec znów mnie ignorując.
-Nie zapominaj się; Armandzie- warknął z groźbą Jean.
-Cicho bądź; stryjeczny bracie ze strony dalekiej kuzynki ojca mojej prababki; piąta woda po kisielu; psia twoja mać- zaklął z ironią mój ojciec.- Inaczej naprawdę znajdziesz swoją trumnę w wodzie: przysięgam.- Dodał nadal nie spuszczając wzroku z wampira; który uśmiechnął się drwiąco.
Trzymałem Callisto w mocnym objęciu. Okropnie się trzęsła; walcząc ze sobą; by mnie nie ugryźć.
Poczułem jej usta na mojej szyi; chwilę próbowała się jeszcze powstrzymać, ale wraz z wydłużającymi się kłami jej opór wygasł- kły zatopiły się w mojej szyi.
Wampir nagle urwał i poruszył się niespokojnie; wpatrując się we mnie; jak sroka w gnat.
-James..- zaczął mój ojciec powoli.
-Ty ją karmisz?- Zdumiał się wampir.
-Co w tym dziwnego?- Spytałem spokojnie. Callisto powoli się odsunęła i usiadła pod ścianą. Ocierając usta spojrzała czerwonymi oczami na ślady na mojej szyi. Jej oczy rozszerzyło przerażenie; zakryła usta dłonią.
-Jestem beznadziejna… Jestem kompletnie beznadziejna- zaczęła powtarzać potrząsając głową. -Callisto..- Wziąłem ją za ręce i potrząsnąłem nimi.- Dam ci tyle krwi; ile potrzebujesz..- zignorowałem dziwną minę ojca i wampira; któremu opadła szczęka ze zdziwienia.
-Twojemu synowi odbiło; Armand…- Zaczął wampir. W sekundzie uchylił się przed lecącym w jego stronę nożem i zaklął soczyście.
Moon zbladł widząc twarz wampira.
-Co ty tu; na Kulawe Aniołki; robisz…- zaczął zdumiony.
-Felix Moon, herbu Nox; widzę, że nadal nieźle się trzymasz..- zauważył Jean ostrożnie.
-Ciekawi mnie tylko jedno: co cię tu przywiało?- Zapytał wprost Moon.
-Szczerze mówiąc; zastanawiało mnie; czego tak panicznie boi się nasza Rada- odparł wampir.-Przybyłem. Zobaczyłem. I nawet nie chce mi się tego komentować- rzucił wychodząc.- Au revoir; łowczy. Sam znajdę drzwi.
I ku zdziwieniu wszystkich wyszedł z celi spokojnym krokiem.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Dziewiętnasty maja.
Wampiry niższej rangi z gmachu rady zniknęły chwilę przed północą; jednak członkowie Rady kolejny raz zebrali się w jednym z pokoi; aby coś omówić. Cała szóstka mężczyzn w pośpiechu szła do jednej z sal; gdzie czekał już na nich Corvin.
Marco przeczuwając coś, tuż przed wezwaniem Corvina; zamknął mnie w tajemnym przejściu między szafą jego pokoju; a biblioteczką mieszczącą się bezpośrednio w pokoju; gdzie zbierała się Rada.
-Mają najnowsze wieści; kwiatuszku..- Rzucił przesuwając dźwignię; szafa zaczęła wracać powoli na miejsce.- Coś się szykuje. Gdy zastukam w szafę dwa razy nie odpowiadaj pod żadnym pozorem: rada podejrzewa wszystkich. Nawet siebie nawzajem. Pozostań cicho; a gdy zapukam trzykrotnie odstukasz tak samo. Wtedy otworzę przejście.
-Rozumiem- odparłam kiwając głową.- Ale jak im wyjaśnisz moją nieobecność?
-Powiem; że zameldowałaś się u babci; jak zawsze- odparł; szafa spoczęła na swoim miejscu; a ja pogrążyłam się w ciemności. Wyciągnęłam z kieszeni nieodłączny notes i ołówek.
Jeśli zamierzasz mnie wkopać; mam na ciebie specjalnie zaostrzony kołek..- pomyślałam nieufnie; sięgając do głębokiej kieszeni płaszcza.- Nawet, jeśli nie zdążę zwiać; zawsze będzie was o jednego mniej..
-Gdzie dziewczyna?- Usłyszałam głos Caiusa.
-Składa codzienny meldunek w domu- odparł głos Marco.- Po co nas wezwałeś; Vincenzo?- Zapytał rzeczowo.
-Mamy kolejny problem- oznajmił Corvin chłodno.- Nie dość, że mamy kreta pod nosem; to jeszcze przywiało tego Diabła; Féu; a także…
-Jestem wdzięczny za twoje uznanie; Vincenzo- przerwał lekki, usypiający ton głosu.
Przez szparę między książkami dostrzegłam w pokoju szarookiego mierzącego jakieś metr dziewięćdziesiąt barczystego i grzesznie wręcz przystojnego bruneta, w wieku mniej więcej trzydziestki.
Nagle zrobiło mi się cholernie zimno, ale nadal obserwowałam wampiry zapisując swoje spostrzeżenia na kartkach notesu; z trudem panując nad dygotaniem i zaciskając zęby, żeby nie zdradzić ich szczękaniem swojej obecności.
Wszyscy; poza Corvinem; klęknęli z pochylonymi głowami przed nieznajomym.
-Niepotrzebnie wszczynasz konflikt; Vincenzo- oznajmił szarooki obojętnie obracając w palcach jakiś klejnot.
-To oni zaczęli pierwsi. Gdyby Raven oddała się dobrowolnie pod opiekę Rady..
Wampir wybuchnął drwiącym śmiechem; gestem nakazując pozostałym powstanie.
-Takim postępowaniem doprowadzisz Radę jedynie do zguby. Po co rozgrzebujesz sprawę; na której nikomu nie zależy? Powiem ci więcej: Ethan Link był niebezpiecznym szaleńcem i raczej wszyscy świętowali, że szlag go trafił. Zresztą wszyscy dobrze wiedzą, że to tylko pretekst do twojej prywatnej zemsty na Klanie Kruka- Twarze wampirów; w tym Marco; zbladły jeszcze bardziej.
-To prawda; Vincenzo?- Zapytał powoli Caius.
-Mimo wszystko zabiła kogoś czystej krwi i powinna za to odpowiedzieć- oznajmił Corvin chłodno; ignorując Caiusa.
-Głupiś. Większość z nas tu obecnych zdaje sobie sprawę; że nie ma dowodów; a tym bardziej podstaw, by osądzić Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk za ten czyn.
-Po której jesteś stronie; Jean..?- Zaczął przewodniczący Rady Wampirów podejrzliwie.
-Nie przeszliśmy na „ty”; nędzny szczurze- odparował chłodno szarooki Jean.
-Jak śmiesz..!- oburzył się Corvin.
-Zwyczajnie. Jesteś dla mnie niczym innym; niż żałosnym, nędznym szczurem nie posiadającym krzty godności; Vincenzo Corvinie- odpowiedział spokojnie Jean.- Zastanawia mnie tylko; kiedy uciekniesz stąd kanałami, jak na szczura przystało, rzecz jasna. A, co do tego; po której jestem stronie: nie jestem po żadnej ze stron i z przyjemnością będę obserwował; jak wzajemnie się wyrzynacie; tak samo; jak trzysta pięćdziesiąt lat temu- przez twarz Jean’a przemknął uśmiech; lecz oczy pozostały zimne jak lód.
-Ty; przeklęta Faustowskim Paktem, żmijo…!- Corvin w ataku szału wydobył skądś miecz i zaatakował. Tamten tuż przed tym, zanim przebiłoby go ostrze zniknął i pojawił się tuż przy szparze między książkami. Zanim pomyślałam o tym, by krzyknąć szybkim gestem nakazał mi ciszę. Zdążyłam tylko szybko cofnąć się w tył, zanim to mnie dosięgnąłby sztych; który zatrzymał się niecałe kilka milimetrów od mojego gardła; dopisałam: (sprawdzić co to ten pakt-jakiś-tam); myśląc jednocześnie, że mój raport będzie miał formę referatu na kilka stron w formacie A4.
-Nie mam czasu i ochoty na walkę z kimś twojego pokroju- Jean kopniakiem posłał przewodniczącego krwiopijców w jeden z licznych regałów z książkami. Corvin wypuścił broń z ręki.- Poza tym chyba się zapominasz: mnie; w przeciwieństwie do ciebie; nie można zabić.- Coś przeraźliwie zgrzytnęło o płyty podłogi, a potem usłyszałam tylko trzask pękającej płytki.- Jeśli zostaniecie z nim, życzę wam tylko jednej… Nie, dwóch rzeczy: szybkiej śmierci i uniknięcia zemsty łowców za „Kryształową Noc”. Au revoir- Wampir wyszedł sobie drzwiami; nie powstrzymywany przez nikogo.
-Tobie kompletnie odbiło; Vincenzo? Mógł nas wszystkich pozabijać!- Warknął wściekły Grigorij.
-Stul pysk; bo jeszcze tu wróci, barani łbie- odezwał się nieznany mi z imienia inny członek Rady rozdrażnionym tonem.
-Właściwie z jakiego powodu zwołałeś Radę?- Marco skierował rozmowę na właściwe tory.
-Łowcy chcą negocjować. Proponują układ..- oznajmił ostrożnie.
-Układ?- Zasyczał Caius ze złością.
-Teraz? Gdy zaczęli nas szpiegować?- Nie mogłam nadziwić się Marco; że tak perfekcyjnie grał swoją rolę lojalnego Wampira Rady.
-Chcę tylko wiedzieć; co na ten temat myślicie- powiedział zwięźle Corvin.
W tym momencie zawrzało:
-Jawna prowokacja- prychnął kolejny wampir o aksamitnym głosie.
-Łżą, jak psy- zawtórował Grigorij z nienawiścią.
âŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞ
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Kilka dni wczesniej; dziesiąty maja…Od kilku dni wpatruję się w tę pieprzoną ścianę. Nic nie idzie tak, jakbym sobie tego życzyła- przeciwnie: wszystko po prostu się wlecze w ślimaczym tempie; co doprowadza mnie do szału. Wampiry nadal nie wykonały swojego ruchu na szachownicy i nadal nie zanosi się, by przeciwnik zechciał poruszyć którykolwiek z pionków.
-Co jest grane?- Zaczął jeden z łowców; widząc przygasające światło.
-Temperatura maleje- Zauważył Morgenstern.
-Zz-zimm-mnno… C-co t-tu t-ta-akk zzimmno?- Paul zaczął szczękać zębami.
Szkło stojące w pokoju zaczęło pokrywać się szronem. Kilku łowczych zerwało się na nogi.
-Co; u cholery? Czujniki zwariowały?- Zastanowił się Falcon.
-Wampir poziomu A gdzieś się tu szwenda- oznajmił Jim Sword zdejmując ze ściany jakiś stary pistolet.
-Przecież oni prawie wyginęli- zauważył jakiś chłopak.
-Prawie- Armand Tyler wstał powoli. Zdjął ze ściany długi; wyglądający na bardzo ciężki, miecz.- Trzeba to sprawdzić..- rzucił wychodząc.
Kilku starszych łowców ruszyło za nim.
-Paul wszystko z tobą okej?- Zapytałem potrząsając nim.
-Ch-chyba t-tak…- Otulił się szybko kocem.- Co to ten poziom A?- Zapytał ostrożnie.
-Jeden z Pierwszych. Czystej krwi sukinsyn; którego nie można zabić… Pieprzony nieśmiertelny wyjaśnił Jason Moon podrzucając sztylet.
-Ciekawe; gdzie Angello- Zauważył.
-Od kilku dni nie wyłazi z tego swojego bunkra. Cholera wie; czy w ogóle coś go obchodzi…- stwierdziła niewysoka dziewczyna ze złotym medalionem na szyi niechętnie.
-Taa. Na pewno kombinuje; jakby tu szybko spierdolić- zauważył wysoki chłopak.
-Och; przymknij się; Romanow..- burknął Jason ze złością.- Sam tylko gadasz; a niewiele robisz.
-Wal się. Gdyby nie ja; już dawno wąchałbyś kwiatki od spodu; podobnie jak Wadera, Moon- odciął się wysoki czarnowłosy chłopak.
-Nadal masz do niego żal; że odbił ci Callisto.. Proszę; proszę- Gwizdnął z uznaniem Jason.- A może kto inny ci ją odbił… Nie mam pamięci do wszystkich byłych Call- rzucił z ironią.- Co do Mariusa: on został legendą; a ty nadal jesteś tylko sprzątaczką.. Ha! Tu cię boli- rzucił tryumfalnie; uchylając się przed ciosem.
-Och; dość już, głąby- burknęła dziewczyna rozdzielając obu.- Obaj jesteście bezużyteczni: nie potraficie nic; poza żarciem się; jak wściekłe kundle, a wszystko przez waszą wspólną byłą.. Doprawdy żałosne..- prychnęła gniewnie.
-Jesteś piękna, kiedy się złościsz; Elizabeth- rzucił niewinnie Jason przyglądając jej się.
Nie nazwałbym dziewczyny z blizną przez pół twarzy ładną.. Była po prostu przeciętna i… Bliznowata..
-Jesteś nawet urocza; gdy się wkurzasz..- Zauważył Paul gapiąc się w nią jak cielę na malowane wrota.
Spojrzałem nań z boku i wtedy całkiem opadła mi szczęka. Paul miał kompletnie maślany wzrok, którym wpatrywał się w dziewczynę.
-Rany… Otaczający mnie ludzie to kretyni…- mruknęła wychodząc z pokoju. Paul wodził za nią wzrokiem.
-Koleś: otrząśnij się; ona nie jest dla ciebie- Zauważył Vładimir powoli.
Paul nawet nie zareagował. Szturchnąłem go mocno.
-Co jest?- Zapytał powoli; spoglądając na mnie z lekka nieprzytomnie.
-Amor przestrzelił ci dupsko; Tanner?- Rzucił Romanow z udawanym zaciekawieniem.
-Och; odczep się, koleś- prychnął niecierpliwie Paul; unikając jego wzroku.- Ona jest nawet ładna.
-I wredna- dodał Jason.
-Arcywredna- poprawił Vładimir szybko.
-Masz dziwny gust- Stwierdziłem powoli.
***
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Callisto…- zacząłem cicho; przytulając ją mocno.
-Boli..- szepnęła ledwie słyszalnie.
Usłyszeliśmy szybkie kroki i rozmowę.
Czerwonooki wampir powoli się podniósł.
-Ech… Znowu mi się oberwie- mruknął niechętnie.
-Cofnij się- od drzwi padł rozkaz. W kręgu światła stanął mój ojciec z mieczem w rękach.
-Głowa Rodu Płomień. Miło cię znów widzieć; Armandzie- rzucił wampir lekko.
-Wy się znacie?- Zapytałem patrząc na ojca ze zdumieniem.
-Więc to ty; Jean’ie Féu…- Ojciec nie słyszał lub nie chciał usłyszeć pytania. Powoli opuścił broń gotową do ciosu.
-We własnej osobie i nie myśl; że zapomnę ci; że trzydzieści lat temu zakopałeś moją trumnę po drugiej stronie rzeki- oznajmił wampir chłodniejszym tonem.
-Miałeś tu nie wracać- odparował lodowato mój ojciec.
-Owszem; wróciłem, ale nie na długo- potwierdził Jean obojętnie.- Jutro się stąd wynoszę; spokojna głowa.
-Tak, tak… Idź nawet do samego diabła; byle z daleka od tego miasta i mojego syna- mruknął ojciec jakby nie słuchając wampira.
-Kim on jest i skąd się znacie; tato?- Zapytałem znowu.
-Najlepiej; żebyś zaraz się stąd wyniósł; Jean, inaczej znów wylądujesz w trumnie; którą tym razem zepchnę do wody- Zauważył mój ojciec znów mnie ignorując.
-Nie zapominaj się; Armandzie- warknął z groźbą Jean.
-Cicho bądź; stryjeczny bracie ze strony dalekiej kuzynki ojca mojej prababki; piąta woda po kisielu; psia twoja mać- zaklął z ironią mój ojciec.- Inaczej naprawdę znajdziesz swoją trumnę w wodzie: przysięgam.- Dodał nadal nie spuszczając wzroku z wampira; który uśmiechnął się drwiąco.
Trzymałem Callisto w mocnym objęciu. Okropnie się trzęsła; walcząc ze sobą; by mnie nie ugryźć.
Poczułem jej usta na mojej szyi; chwilę próbowała się jeszcze powstrzymać, ale wraz z wydłużającymi się kłami jej opór wygasł- kły zatopiły się w mojej szyi.
Wampir nagle urwał i poruszył się niespokojnie; wpatrując się we mnie; jak sroka w gnat.
-James..- zaczął mój ojciec powoli.
-Ty ją karmisz?- Zdumiał się wampir.
-Co w tym dziwnego?- Spytałem spokojnie. Callisto powoli się odsunęła i usiadła pod ścianą. Ocierając usta spojrzała czerwonymi oczami na ślady na mojej szyi. Jej oczy rozszerzyło przerażenie; zakryła usta dłonią.
-Jestem beznadziejna… Jestem kompletnie beznadziejna- zaczęła powtarzać potrząsając głową. -Callisto..- Wziąłem ją za ręce i potrząsnąłem nimi.- Dam ci tyle krwi; ile potrzebujesz..- zignorowałem dziwną minę ojca i wampira; któremu opadła szczęka ze zdziwienia.
-Twojemu synowi odbiło; Armand…- Zaczął wampir. W sekundzie uchylił się przed lecącym w jego stronę nożem i zaklął soczyście.
Moon zbladł widząc twarz wampira.
-Co ty tu; na Kulawe Aniołki; robisz…- zaczął zdumiony.
-Felix Moon, herbu Nox; widzę, że nadal nieźle się trzymasz..- zauważył Jean ostrożnie.
-Ciekawi mnie tylko jedno: co cię tu przywiało?- Zapytał wprost Moon.
-Szczerze mówiąc; zastanawiało mnie; czego tak panicznie boi się nasza Rada- odparł wampir.-Przybyłem. Zobaczyłem. I nawet nie chce mi się tego komentować- rzucił wychodząc.- Au revoir; łowczy. Sam znajdę drzwi.
I ku zdziwieniu wszystkich wyszedł z celi spokojnym krokiem.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Dziewiętnasty maja.
Wampiry niższej rangi z gmachu rady zniknęły chwilę przed północą; jednak członkowie Rady kolejny raz zebrali się w jednym z pokoi; aby coś omówić. Cała szóstka mężczyzn w pośpiechu szła do jednej z sal; gdzie czekał już na nich Corvin.
Marco przeczuwając coś, tuż przed wezwaniem Corvina; zamknął mnie w tajemnym przejściu między szafą jego pokoju; a biblioteczką mieszczącą się bezpośrednio w pokoju; gdzie zbierała się Rada.
-Mają najnowsze wieści; kwiatuszku..- Rzucił przesuwając dźwignię; szafa zaczęła wracać powoli na miejsce.- Coś się szykuje. Gdy zastukam w szafę dwa razy nie odpowiadaj pod żadnym pozorem: rada podejrzewa wszystkich. Nawet siebie nawzajem. Pozostań cicho; a gdy zapukam trzykrotnie odstukasz tak samo. Wtedy otworzę przejście.
-Rozumiem- odparłam kiwając głową.- Ale jak im wyjaśnisz moją nieobecność?
-Powiem; że zameldowałaś się u babci; jak zawsze- odparł; szafa spoczęła na swoim miejscu; a ja pogrążyłam się w ciemności. Wyciągnęłam z kieszeni nieodłączny notes i ołówek.
Jeśli zamierzasz mnie wkopać; mam na ciebie specjalnie zaostrzony kołek..- pomyślałam nieufnie; sięgając do głębokiej kieszeni płaszcza.- Nawet, jeśli nie zdążę zwiać; zawsze będzie was o jednego mniej..
-Gdzie dziewczyna?- Usłyszałam głos Caiusa.
-Składa codzienny meldunek w domu- odparł głos Marco.- Po co nas wezwałeś; Vincenzo?- Zapytał rzeczowo.
-Mamy kolejny problem- oznajmił Corvin chłodno.- Nie dość, że mamy kreta pod nosem; to jeszcze przywiało tego Diabła; Féu; a także…
-Jestem wdzięczny za twoje uznanie; Vincenzo- przerwał lekki, usypiający ton głosu.
Przez szparę między książkami dostrzegłam w pokoju szarookiego mierzącego jakieś metr dziewięćdziesiąt barczystego i grzesznie wręcz przystojnego bruneta, w wieku mniej więcej trzydziestki.
Nagle zrobiło mi się cholernie zimno, ale nadal obserwowałam wampiry zapisując swoje spostrzeżenia na kartkach notesu; z trudem panując nad dygotaniem i zaciskając zęby, żeby nie zdradzić ich szczękaniem swojej obecności.
Wszyscy; poza Corvinem; klęknęli z pochylonymi głowami przed nieznajomym.
-Niepotrzebnie wszczynasz konflikt; Vincenzo- oznajmił szarooki obojętnie obracając w palcach jakiś klejnot.
-To oni zaczęli pierwsi. Gdyby Raven oddała się dobrowolnie pod opiekę Rady..
Wampir wybuchnął drwiącym śmiechem; gestem nakazując pozostałym powstanie.
-Takim postępowaniem doprowadzisz Radę jedynie do zguby. Po co rozgrzebujesz sprawę; na której nikomu nie zależy? Powiem ci więcej: Ethan Link był niebezpiecznym szaleńcem i raczej wszyscy świętowali, że szlag go trafił. Zresztą wszyscy dobrze wiedzą, że to tylko pretekst do twojej prywatnej zemsty na Klanie Kruka- Twarze wampirów; w tym Marco; zbladły jeszcze bardziej.
-To prawda; Vincenzo?- Zapytał powoli Caius.
-Mimo wszystko zabiła kogoś czystej krwi i powinna za to odpowiedzieć- oznajmił Corvin chłodno; ignorując Caiusa.
-Głupiś. Większość z nas tu obecnych zdaje sobie sprawę; że nie ma dowodów; a tym bardziej podstaw, by osądzić Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk za ten czyn.
-Po której jesteś stronie; Jean..?- Zaczął przewodniczący Rady Wampirów podejrzliwie.
-Nie przeszliśmy na „ty”; nędzny szczurze- odparował chłodno szarooki Jean.
-Jak śmiesz..!- oburzył się Corvin.
-Zwyczajnie. Jesteś dla mnie niczym innym; niż żałosnym, nędznym szczurem nie posiadającym krzty godności; Vincenzo Corvinie- odpowiedział spokojnie Jean.- Zastanawia mnie tylko; kiedy uciekniesz stąd kanałami, jak na szczura przystało, rzecz jasna. A, co do tego; po której jestem stronie: nie jestem po żadnej ze stron i z przyjemnością będę obserwował; jak wzajemnie się wyrzynacie; tak samo; jak trzysta pięćdziesiąt lat temu- przez twarz Jean’a przemknął uśmiech; lecz oczy pozostały zimne jak lód.
-Ty; przeklęta Faustowskim Paktem, żmijo…!- Corvin w ataku szału wydobył skądś miecz i zaatakował. Tamten tuż przed tym, zanim przebiłoby go ostrze zniknął i pojawił się tuż przy szparze między książkami. Zanim pomyślałam o tym, by krzyknąć szybkim gestem nakazał mi ciszę. Zdążyłam tylko szybko cofnąć się w tył, zanim to mnie dosięgnąłby sztych; który zatrzymał się niecałe kilka milimetrów od mojego gardła; dopisałam: (sprawdzić co to ten pakt-jakiś-tam); myśląc jednocześnie, że mój raport będzie miał formę referatu na kilka stron w formacie A4.
-Nie mam czasu i ochoty na walkę z kimś twojego pokroju- Jean kopniakiem posłał przewodniczącego krwiopijców w jeden z licznych regałów z książkami. Corvin wypuścił broń z ręki.- Poza tym chyba się zapominasz: mnie; w przeciwieństwie do ciebie; nie można zabić.- Coś przeraźliwie zgrzytnęło o płyty podłogi, a potem usłyszałam tylko trzask pękającej płytki.- Jeśli zostaniecie z nim, życzę wam tylko jednej… Nie, dwóch rzeczy: szybkiej śmierci i uniknięcia zemsty łowców za „Kryształową Noc”. Au revoir- Wampir wyszedł sobie drzwiami; nie powstrzymywany przez nikogo.
-Tobie kompletnie odbiło; Vincenzo? Mógł nas wszystkich pozabijać!- Warknął wściekły Grigorij.
-Stul pysk; bo jeszcze tu wróci, barani łbie- odezwał się nieznany mi z imienia inny członek Rady rozdrażnionym tonem.
-Właściwie z jakiego powodu zwołałeś Radę?- Marco skierował rozmowę na właściwe tory.
-Łowcy chcą negocjować. Proponują układ..- oznajmił ostrożnie.
-Układ?- Zasyczał Caius ze złością.
-Teraz? Gdy zaczęli nas szpiegować?- Nie mogłam nadziwić się Marco; że tak perfekcyjnie grał swoją rolę lojalnego Wampira Rady.
-Chcę tylko wiedzieć; co na ten temat myślicie- powiedział zwięźle Corvin.
W tym momencie zawrzało:
-Jawna prowokacja- prychnął kolejny wampir o aksamitnym głosie.
-Łżą, jak psy- zawtórował Grigorij z nienawiścią.
âŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞâŞ
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Kilka dni wczesniej; dziesiąty maja…Od kilku dni wpatruję się w tę pieprzoną ścianę. Nic nie idzie tak, jakbym sobie tego życzyła- przeciwnie: wszystko po prostu się wlecze w ślimaczym tempie; co doprowadza mnie do szału. Wampiry nadal nie wykonały swojego ruchu na szachownicy i nadal nie zanosi się, by przeciwnik zechciał poruszyć którykolwiek z pionków.
*******************
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Tego samego dnia: dziewiętnasty maja; kilkanaście minut po północy; centrum miasta.
-Pójdę przodem- rzuciłem krótko z dłońmi w kieszeniach czarnej bluzy. Ruszyłem; kryjąc się w cieniu budynków.
Szczury doniosły o grupie wampirów w centrum miasta. Góra wydała polecenie; by likwidować wampiry bez względu na pochodzenie- teraz nie zajmowałem się tylko stoczonym poziomem D, lecz każdym; który nawinął mi się pod miecz lub pistolet.
Nadal jednak myślami byłem przy Callisto i zastanawiałem się nad tym, co planuje Rada Wampirów w związku z Callisto.
W ostatniej sekundzie zdążyłem uniknąć wyłaniającej się z mroku postaci. W porę uniknąłem miecza pijawy w czarnej pelerynie. Szybko wyciągnąłem swój i zacząłem odbijać jego ciosy.
-Taki dzieciak?- Skrzywił się z pogardą wampir.
-Uważaj sobie- prychnąłem odbijając cios ręki z mieczem, odepchnąłem wampira i kopnąłem go mocno.
-I tak zginiesz, wampirze- odparłem wytrącając mu broń. W ogóle nie myślałem nad tym; co robię- po prostu walczyłem. Wtedy zauważył coś i gwałtownie się odsunął. Wyszarpnąłem z kabury pistolet i strzeliłem do wampira. Docisnąłem go do muru i uderzyłem kolbą broni w ranę. Zasyczał z bólu szczerząc kły.
-Mam do ciebie jedno pytanie- oznajmiłem wolno.
-Nic ci nie powiem, mały kundelku- odwarknął pogardliwie.
Strzeliłem mu w nogę i zapodałem kolejnego kopa.
-Powiesz- uśmiechnąłem się chłodno.- Czego Rada chce od Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk?
-Nie wiem; o czym mówisz. Nie znam tej małej dziwki.- Mój palec natychmiast nacisnął cyngiel. Padł kolejny strzał.
-Więc powiedz: pa pa; pijawko- rzuciłem opierając lufę na jego piersi, drugą ręką zerwałem z materiału jego ubrania przypinkę ze znakiem Rady Wampirów.
-Zaczekaj; łowco..- Odparł powoli. Jego oczy błysnęły czerwienią.
-Czyżbyś zmienił zdanie i chciał współpracować?- Zapytałem wpatrując się w niego nieufnie. W jego oczach dostrzegłem skradającego się ku mnie wampira- dłoń w której trzymał miecz opleciona była kolczastymi pędami. Poznałem ochroniarza.
Udając; że go nie dostrzegłem spytałem:
-No; to mów, co wiesz- rzuciłem wymownie; ugodowym tonem.
-Zabij dzieciaka- rzucił krótki rozkaz w stronę wampira.
Ręka z mieczem wystrzeliła do przodu- w mig przykucnąłem i miecz ochroniarza przebił szlachetnego wampira. Z truchła strzeliły niebieskie płomienie; a wampir- ochroniarz otworzył usta w niemym krzyku. Ostrze broni ugrzęzło w łączeniu między dwiema cegłami.
-Dzięki za ułatwienie mi zadania; pijawko- rzuciłem lekko przysuwając ostrze do jego gardła.
Wampir milczał wpatrzony w truchło swojego pana.
-Jak nazywał się ten wampir?- Zapytałem.
-Idź do diabła; Zrzeszony- odparł obojętnie.
-I tak skończysz tak samo; jak on- odparłem wzruszając ramionami.
-I co z tego?- Zapytał z rezygnacją; nadal na mnie nie patrząc.
Jego zachowanie od razu wydało mi się bardzo dziwne. Nie wszczął walki; a poza tym kompletnie zignorował miecz przy gardle. Wpatrywał się tylko w tkwiący w murze miecz z obojętnym wyrazem twarzy.
-Nawet jeśli wrócę do Rady i tak mnie zabiją- dodał obojętnie.
-Wiesz coś; czy nie?- Zapytałem chłodno.
-Nawet; gdybym wiedział nie powiedziałbym ci- odpowiedział nadal obojętnie.
Nie było sensu dłużej z nim dyskutować. Zamachnąłem się mieczem pozbywając się wampira.
Od jakiegoś czasu nie miałem z tego powodu poczucia winy. Uświadomiłem sobie; że praca łowcy związana z likwidacją wampirów to niestety konieczność; zresztą dość już naoglądałem się pozbawionych człowieczeństwa; upadłych wampirów poziomu D; jednak trudno ich było winić za to, czym się stali- byli jedynie licznym przypadkiem zwyczajnego kaprysu jakiegoś przeklętego czystokrwistego.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Tego samego dnia: dziewiętnasty maja; kilkanaście minut po północy; centrum miasta.
-Pójdę przodem- rzuciłem krótko z dłońmi w kieszeniach czarnej bluzy. Ruszyłem; kryjąc się w cieniu budynków.
Szczury doniosły o grupie wampirów w centrum miasta. Góra wydała polecenie; by likwidować wampiry bez względu na pochodzenie- teraz nie zajmowałem się tylko stoczonym poziomem D, lecz każdym; który nawinął mi się pod miecz lub pistolet.
Nadal jednak myślami byłem przy Callisto i zastanawiałem się nad tym, co planuje Rada Wampirów w związku z Callisto.
W ostatniej sekundzie zdążyłem uniknąć wyłaniającej się z mroku postaci. W porę uniknąłem miecza pijawy w czarnej pelerynie. Szybko wyciągnąłem swój i zacząłem odbijać jego ciosy.
-Taki dzieciak?- Skrzywił się z pogardą wampir.
-Uważaj sobie- prychnąłem odbijając cios ręki z mieczem, odepchnąłem wampira i kopnąłem go mocno.
-I tak zginiesz, wampirze- odparłem wytrącając mu broń. W ogóle nie myślałem nad tym; co robię- po prostu walczyłem. Wtedy zauważył coś i gwałtownie się odsunął. Wyszarpnąłem z kabury pistolet i strzeliłem do wampira. Docisnąłem go do muru i uderzyłem kolbą broni w ranę. Zasyczał z bólu szczerząc kły.
-Mam do ciebie jedno pytanie- oznajmiłem wolno.
-Nic ci nie powiem, mały kundelku- odwarknął pogardliwie.
Strzeliłem mu w nogę i zapodałem kolejnego kopa.
-Powiesz- uśmiechnąłem się chłodno.- Czego Rada chce od Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk?
-Nie wiem; o czym mówisz. Nie znam tej małej dziwki.- Mój palec natychmiast nacisnął cyngiel. Padł kolejny strzał.
-Więc powiedz: pa pa; pijawko- rzuciłem opierając lufę na jego piersi, drugą ręką zerwałem z materiału jego ubrania przypinkę ze znakiem Rady Wampirów.
-Zaczekaj; łowco..- Odparł powoli. Jego oczy błysnęły czerwienią.
-Czyżbyś zmienił zdanie i chciał współpracować?- Zapytałem wpatrując się w niego nieufnie. W jego oczach dostrzegłem skradającego się ku mnie wampira- dłoń w której trzymał miecz opleciona była kolczastymi pędami. Poznałem ochroniarza.
Udając; że go nie dostrzegłem spytałem:
-No; to mów, co wiesz- rzuciłem wymownie; ugodowym tonem.
-Zabij dzieciaka- rzucił krótki rozkaz w stronę wampira.
Ręka z mieczem wystrzeliła do przodu- w mig przykucnąłem i miecz ochroniarza przebił szlachetnego wampira. Z truchła strzeliły niebieskie płomienie; a wampir- ochroniarz otworzył usta w niemym krzyku. Ostrze broni ugrzęzło w łączeniu między dwiema cegłami.
-Dzięki za ułatwienie mi zadania; pijawko- rzuciłem lekko przysuwając ostrze do jego gardła.
Wampir milczał wpatrzony w truchło swojego pana.
-Jak nazywał się ten wampir?- Zapytałem.
-Idź do diabła; Zrzeszony- odparł obojętnie.
-I tak skończysz tak samo; jak on- odparłem wzruszając ramionami.
-I co z tego?- Zapytał z rezygnacją; nadal na mnie nie patrząc.
Jego zachowanie od razu wydało mi się bardzo dziwne. Nie wszczął walki; a poza tym kompletnie zignorował miecz przy gardle. Wpatrywał się tylko w tkwiący w murze miecz z obojętnym wyrazem twarzy.
-Nawet jeśli wrócę do Rady i tak mnie zabiją- dodał obojętnie.
-Wiesz coś; czy nie?- Zapytałem chłodno.
-Nawet; gdybym wiedział nie powiedziałbym ci- odpowiedział nadal obojętnie.
Nie było sensu dłużej z nim dyskutować. Zamachnąłem się mieczem pozbywając się wampira.
Od jakiegoś czasu nie miałem z tego powodu poczucia winy. Uświadomiłem sobie; że praca łowcy związana z likwidacją wampirów to niestety konieczność; zresztą dość już naoglądałem się pozbawionych człowieczeństwa; upadłych wampirów poziomu D; jednak trudno ich było winić za to, czym się stali- byli jedynie licznym przypadkiem zwyczajnego kaprysu jakiegoś przeklętego czystokrwistego.
-Ilu?- Rzucił za mną Porter.
-Pięciu; a ty?- Odparłem.
-Siedmiu. Rada chyba wykonała swój ruch- odpowiedział z namysłem.
-Na pewno wykonali ruch- odezwał się Alec Raven paląc papierosa.- Ciekawe tylko; co z tego wszystkiego wyniknie..
-Pewnie nic dobrego- rzucił Porter; widząc biegnącego; uzbrojonego w kołki Midforda, który przeskoczył murek. Za nim biegiem zapieprzało kilku innych łowców przeklinając głośno.
-Mamy towarzystwo; co?- Jason Moon ironicznie.
-Ta robota chyba nigdy się nie skończy…- westchnąłem ciężko; wyciągając miecz z pochwy.
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Psiakrew… Jak zimno..- Mruknęłam bezgłośnie; zapisując kolejną kartkę notesu.
Byłam u wampirów prawie miesiąc i już odczuwałam tego skutki. Angello ostrzegał; że nie tylko będę ciągle zmęczona i osłabiona; ale będę miała też dziwne koszmary i ogólnie będę przewrażliwiona. Jedynym plusem jest to; że trochę schudłam, ale miałam też chorobliwie bladą i zmęczoną twarz.
Rada zakończyła swoje posiedzenie- ukryłam szybko notes w biustonoszu (tak na wszelki wypadek); a ołówek wsunęłam w kieszeń jeansów. Czekałam na Marco, rozmyślając o tym; jak ostatnio zmieniło się moje życie.
W pewnej chwili usłyszałam dwukrotne pukanie w szafkę za sobą- Marco prawdopodobnie nadał umówiony sygnał niepostrzeżenie: być może z pomocą wazonu na regale. Oblałam się zimnym potem- wyczuwając nie tylko komplikacje, ale i kłopoty. Pozapinałam cicho kieszenie i spojrzałam w górę. Drabinka wiodąca gdzieś w górę.
-Przeszukanie? Ty chyba oszalałeś; Caius.- Powiedział znudzonym tonem Marco.
-Czyżbyś miał coś do ukrycia; Torres?- Zapytał uprzejmie Caius.
Bezszelestnie wlazłam po drabince na górę i ukryłam się w małej zasłoniętej kotarą wnęce, która była na końcu drabinki. Słuchałam dalej rozmowy..
-Wiesz; że nic nie ukrywam. Nie jestem tak głupi; zresztą sam pewnie jestem na ich liście. Pewnie wszystkich nas załatwią- prychnął niechętnie Marco. Szybko wyciszyłam telefon.
-Gdzie dziewczyna?- Zapytał Grigorij.
-W swoim domu; jak już mówiłem- oznajmił spokojnym tonem Marco.
-Kłamiesz- Zasyczał Grigorij zimno.
-Chcesz mnie przesłuchać: w porządku. Nie mam nic do ukrycia- Odpowiedział Marco obojętnie.- Mogę poddać się przesłuchaniu i rewizji w każdej chwili i; zapewniam was; że nic ciekawego tu nie znajdziecie. Szukajcie; proszę bardzo- rzucił zachęcająco.
Usłyszałam hałasy świadczące o tym; że Grigorij i Caius zabrali się za rewizję pokoju Marco.
Pół godziny później było po wszystkim. Obaj nie znalazłszy niczego przeprosili i wyszli. Marco odczekał aż rozmowa ucichnie i zapukał w regał trzy razy. Zlazłam z kryjówki i odpowiedziałam trzykrotnie stukając w drewno.
Przejście otworzyło się i weszłam do pokoju.
-Cristian wywiezie cię na noc do domu- oznajmił bezgłośnie.- Spotkamy się jutro, na dzielnicy slumsów.- odczytałam z ruchu warg wampira
Skinęłam głową; wiedząc że nie ma innego wyjścia.
Jedynym plusem było to; że w domu zacznę pisać raport dla Angello.
[···]
Ściemniało się. Cristian przyszedł pod okno i na rękach zaniósł mnie do czarnego Mercedesa z przyciemnionymi szybami. Położył mnie na tylnym siedzeniu i nie pozwolił mi się podnosić, zanim nie wyjedziemy za bramę. Wzięłam tylko torbę z zeszytami i szkolny mundurek.
-Możesz się podnieść; wyjeżdżamy z dzielnicy wampirów- oznajmił Cristian; zamykając schowek.
-Dlaczego zawsze robisz to; co on ci każe?- Zapytałam siadając.
-Bo jest moim ojcem i to mój obowiązek- odparł spokojnie.
-Nawet, jeśli z czymś się nie zgadzasz?- Zapytałam znowu.
-Nie zgadzam się?- Cristian zachichotał lekko.- Wręcz przeciwnie: między mną i ojcem zawsze panuje jednomyślność.- Wyjaśnił patrząc na moje odbicie we wstecznym lusterku.- Zresztą ty tego nie zrozumiesz. Nie jesteś jedną z nas- zauważył niechętnie.
-Nie ufasz mi?- Zapytałam ostrożnie.
-Po prostu ci zazdroszczę- odparł wprawiając mnie w zaskoczenie. Spojrzałam nań pytająco.- Zazdroszczę ci na przykład tego; że jesteś taka krucha i piękna..
-One są piękniejsze ode mnie- zauważyłam mając na myśli wampirzyce.
-Mylisz się. Właśnie przez swoją kruchą i słabą naturę jesteś od nich piękniejsza- wyjaśnił lekko.- Za jakiś czas zrozumiesz; co mam teraz na myśli.
Wtedy zatrzymał się tuż pod moim domem.
-Jesteś trochę dziwnym i trochę pociągającym chłopakiem- zauważyłam ze śmiechem, wysiadając z samochodu.
-A ty jesteś już niestety zaręczona- odciął się z lekkim uśmiechem i odjechał.
-Tak; jestem już zaręczona..- westchnęłam ze zmęczeniem.
Weszłam do domu używając swoich kluczy i rzuciłam w stronę kuchni:
-Cześć; już jestem, babciu.
-Tori, maleńka… Znów późno wracasz- odparła z troską babcia Margaret.- Zjesz coś? Może naleśniki? Strasznie wychudłaś..- załamała ręce.
-Zasiedziałam się u Cally- wymyśliłam na szybko.- Z chęcią- przytaknęłam na pytanie babci. Zrobiła mi na talerzu naleśnikowo- dżemową piramidę.
-Zejdę za godzinę to pogadamy; bo muszę jeszcze dokończyć referat na historię- Skłamałam biorąc jedzenie i karton soku na górę.
-Pięciu; a ty?- Odparłem.
-Siedmiu. Rada chyba wykonała swój ruch- odpowiedział z namysłem.
-Na pewno wykonali ruch- odezwał się Alec Raven paląc papierosa.- Ciekawe tylko; co z tego wszystkiego wyniknie..
-Pewnie nic dobrego- rzucił Porter; widząc biegnącego; uzbrojonego w kołki Midforda, który przeskoczył murek. Za nim biegiem zapieprzało kilku innych łowców przeklinając głośno.
-Mamy towarzystwo; co?- Jason Moon ironicznie.
-Ta robota chyba nigdy się nie skończy…- westchnąłem ciężko; wyciągając miecz z pochwy.
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Psiakrew… Jak zimno..- Mruknęłam bezgłośnie; zapisując kolejną kartkę notesu.
Byłam u wampirów prawie miesiąc i już odczuwałam tego skutki. Angello ostrzegał; że nie tylko będę ciągle zmęczona i osłabiona; ale będę miała też dziwne koszmary i ogólnie będę przewrażliwiona. Jedynym plusem jest to; że trochę schudłam, ale miałam też chorobliwie bladą i zmęczoną twarz.
Rada zakończyła swoje posiedzenie- ukryłam szybko notes w biustonoszu (tak na wszelki wypadek); a ołówek wsunęłam w kieszeń jeansów. Czekałam na Marco, rozmyślając o tym; jak ostatnio zmieniło się moje życie.
W pewnej chwili usłyszałam dwukrotne pukanie w szafkę za sobą- Marco prawdopodobnie nadał umówiony sygnał niepostrzeżenie: być może z pomocą wazonu na regale. Oblałam się zimnym potem- wyczuwając nie tylko komplikacje, ale i kłopoty. Pozapinałam cicho kieszenie i spojrzałam w górę. Drabinka wiodąca gdzieś w górę.
-Przeszukanie? Ty chyba oszalałeś; Caius.- Powiedział znudzonym tonem Marco.
-Czyżbyś miał coś do ukrycia; Torres?- Zapytał uprzejmie Caius.
Bezszelestnie wlazłam po drabince na górę i ukryłam się w małej zasłoniętej kotarą wnęce, która była na końcu drabinki. Słuchałam dalej rozmowy..
-Wiesz; że nic nie ukrywam. Nie jestem tak głupi; zresztą sam pewnie jestem na ich liście. Pewnie wszystkich nas załatwią- prychnął niechętnie Marco. Szybko wyciszyłam telefon.
-Gdzie dziewczyna?- Zapytał Grigorij.
-W swoim domu; jak już mówiłem- oznajmił spokojnym tonem Marco.
-Kłamiesz- Zasyczał Grigorij zimno.
-Chcesz mnie przesłuchać: w porządku. Nie mam nic do ukrycia- Odpowiedział Marco obojętnie.- Mogę poddać się przesłuchaniu i rewizji w każdej chwili i; zapewniam was; że nic ciekawego tu nie znajdziecie. Szukajcie; proszę bardzo- rzucił zachęcająco.
Usłyszałam hałasy świadczące o tym; że Grigorij i Caius zabrali się za rewizję pokoju Marco.
Pół godziny później było po wszystkim. Obaj nie znalazłszy niczego przeprosili i wyszli. Marco odczekał aż rozmowa ucichnie i zapukał w regał trzy razy. Zlazłam z kryjówki i odpowiedziałam trzykrotnie stukając w drewno.
Przejście otworzyło się i weszłam do pokoju.
-Cristian wywiezie cię na noc do domu- oznajmił bezgłośnie.- Spotkamy się jutro, na dzielnicy slumsów.- odczytałam z ruchu warg wampira
Skinęłam głową; wiedząc że nie ma innego wyjścia.
Jedynym plusem było to; że w domu zacznę pisać raport dla Angello.
[···]
Ściemniało się. Cristian przyszedł pod okno i na rękach zaniósł mnie do czarnego Mercedesa z przyciemnionymi szybami. Położył mnie na tylnym siedzeniu i nie pozwolił mi się podnosić, zanim nie wyjedziemy za bramę. Wzięłam tylko torbę z zeszytami i szkolny mundurek.
-Możesz się podnieść; wyjeżdżamy z dzielnicy wampirów- oznajmił Cristian; zamykając schowek.
-Dlaczego zawsze robisz to; co on ci każe?- Zapytałam siadając.
-Bo jest moim ojcem i to mój obowiązek- odparł spokojnie.
-Nawet, jeśli z czymś się nie zgadzasz?- Zapytałam znowu.
-Nie zgadzam się?- Cristian zachichotał lekko.- Wręcz przeciwnie: między mną i ojcem zawsze panuje jednomyślność.- Wyjaśnił patrząc na moje odbicie we wstecznym lusterku.- Zresztą ty tego nie zrozumiesz. Nie jesteś jedną z nas- zauważył niechętnie.
-Nie ufasz mi?- Zapytałam ostrożnie.
-Po prostu ci zazdroszczę- odparł wprawiając mnie w zaskoczenie. Spojrzałam nań pytająco.- Zazdroszczę ci na przykład tego; że jesteś taka krucha i piękna..
-One są piękniejsze ode mnie- zauważyłam mając na myśli wampirzyce.
-Mylisz się. Właśnie przez swoją kruchą i słabą naturę jesteś od nich piękniejsza- wyjaśnił lekko.- Za jakiś czas zrozumiesz; co mam teraz na myśli.
Wtedy zatrzymał się tuż pod moim domem.
-Jesteś trochę dziwnym i trochę pociągającym chłopakiem- zauważyłam ze śmiechem, wysiadając z samochodu.
-A ty jesteś już niestety zaręczona- odciął się z lekkim uśmiechem i odjechał.
-Tak; jestem już zaręczona..- westchnęłam ze zmęczeniem.
Weszłam do domu używając swoich kluczy i rzuciłam w stronę kuchni:
-Cześć; już jestem, babciu.
-Tori, maleńka… Znów późno wracasz- odparła z troską babcia Margaret.- Zjesz coś? Może naleśniki? Strasznie wychudłaś..- załamała ręce.
-Zasiedziałam się u Cally- wymyśliłam na szybko.- Z chęcią- przytaknęłam na pytanie babci. Zrobiła mi na talerzu naleśnikowo- dżemową piramidę.
-Zejdę za godzinę to pogadamy; bo muszę jeszcze dokończyć referat na historię- Skłamałam biorąc jedzenie i karton soku na górę.
Zamknęłam się na klucz i włączyłam komputer. Czekając na okno hasła do systemu operacyjnego zaczęłam przeglądać zeszyty i notes; układając wydarzenia po kolei.
Na pulpicie kliknęłam ikonę Word’a i wysunęłam klawiaturę. Jedząc wzięłam się do pracy.
-O, rany…- mruknęłam tłumiąc ziewnięcie; stukałam w klawiaturę, w międzyczasie włączyłam drukarkę i włożyłam do niej papier.
Musiałam to skończyć jeszcze dziś i przekazać jutro Paulowi w szkole wraz z pierwszym zeszytem. Wrzuciłam do torby drugi z podpisem „biologia’; by przygotować się na jutro. Po każdym przyjeździe z domu do dzielnicy wampów byłam przeszukiwana, co pięknie nazwali „rutynową kontrolą”- w rzeczywistości sprawdzali; czy nie mam broni; ani innych podejrzanych rzeczy przy sobie.
Skoro kołka jeszcze nie znaleźli, to muszę być piekielną szczęściarą…- pomyślałam trochę uspokojona.
Na pulpicie kliknęłam ikonę Word’a i wysunęłam klawiaturę. Jedząc wzięłam się do pracy.
-O, rany…- mruknęłam tłumiąc ziewnięcie; stukałam w klawiaturę, w międzyczasie włączyłam drukarkę i włożyłam do niej papier.
Musiałam to skończyć jeszcze dziś i przekazać jutro Paulowi w szkole wraz z pierwszym zeszytem. Wrzuciłam do torby drugi z podpisem „biologia’; by przygotować się na jutro. Po każdym przyjeździe z domu do dzielnicy wampów byłam przeszukiwana, co pięknie nazwali „rutynową kontrolą”- w rzeczywistości sprawdzali; czy nie mam broni; ani innych podejrzanych rzeczy przy sobie.
Skoro kołka jeszcze nie znaleźli, to muszę być piekielną szczęściarą…- pomyślałam trochę uspokojona.
Tak, jak się spodziewałam mój „raport” liczył dziesięć i pół strony formatu A4. Spięłam plik kartek i włożyłam go do czerwonej teczki; która spoczęła w torbie. Musiałam się przebrać.. Podeszłam do szafy z wieszakami i otworzyłam ją; a z moich ust wyrwał się okrzyk przestrachu. W szafie czekał na mnie Vincent. Schował się tam prawdopodobnie przed babcią.
-Tori; wszystko w porządku??- usłyszałam głos babci.
-Taak; okej!- Odkrzyknęłam; po czym szepnęłam do Vincenta.- Chcesz; żebym przez ciebie wykitowała…? Po co chowasz się w szafie; jak jakiś dzieciak..?- powiedziałam szeptem.
-Lepiej powiedz; gdzie masz matkę.. Poza tym ta stara jędza mnie nie znosi..- odszepnął niechętnie.
-Nie mówiłam ci, że matka pojechała na odwyk?- Zapytałam zaskoczona.- Poza tym babcia się jakoś przyzwyczai, skoro mamy się pobrać- stwierdziłam całując go na powitanie.
-Nawet o tym nie wspomniałaś..- odparł powoli; odwzajemniając całusa.- Może przez te zaręczyny jesteś taka roztrzepana..- zauważył lekko.
Dobrze, że uratował mnie wygaszacz na pulpicie komputera; bo chyba byłabym już martwa.. W końcu Vincent nic nie wie o tym, że pracuję dla Stowarzyszenia.
Przytuliłam się do niego delikatnie.
-Przebiorę się..- rzuciłam nadal szeptem biorąc z szafy ciuchy.- Odwróć się..- prychnęłam wstydliwie.
-Widziałem cię już nago- szepnął uśmiechając się; jakby chciał powiedzieć: Przepraszam, musiałem.
-Vincent!- Obruszyłam się; ale zaraz roześmiałam się cicho.
-No, co..?- Rzucił obronnym tonem.
-Nic- szturchnęłam go mocno; udając urażoną, ale nie potrafiłam powstrzymać się od uśmiechu.
-Tori; wszystko w porządku??- usłyszałam głos babci.
-Taak; okej!- Odkrzyknęłam; po czym szepnęłam do Vincenta.- Chcesz; żebym przez ciebie wykitowała…? Po co chowasz się w szafie; jak jakiś dzieciak..?- powiedziałam szeptem.
-Lepiej powiedz; gdzie masz matkę.. Poza tym ta stara jędza mnie nie znosi..- odszepnął niechętnie.
-Nie mówiłam ci, że matka pojechała na odwyk?- Zapytałam zaskoczona.- Poza tym babcia się jakoś przyzwyczai, skoro mamy się pobrać- stwierdziłam całując go na powitanie.
-Nawet o tym nie wspomniałaś..- odparł powoli; odwzajemniając całusa.- Może przez te zaręczyny jesteś taka roztrzepana..- zauważył lekko.
Dobrze, że uratował mnie wygaszacz na pulpicie komputera; bo chyba byłabym już martwa.. W końcu Vincent nic nie wie o tym, że pracuję dla Stowarzyszenia.
Przytuliłam się do niego delikatnie.
-Przebiorę się..- rzuciłam nadal szeptem biorąc z szafy ciuchy.- Odwróć się..- prychnęłam wstydliwie.
-Widziałem cię już nago- szepnął uśmiechając się; jakby chciał powiedzieć: Przepraszam, musiałem.
-Vincent!- Obruszyłam się; ale zaraz roześmiałam się cicho.
-No, co..?- Rzucił obronnym tonem.
-Nic- szturchnęłam go mocno; udając urażoną, ale nie potrafiłam powstrzymać się od uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz