poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter Shadow of Life Rozdział XXIII: Jak rozbite szkło -przybrana siostra- ~Wampir

Godzinę później, kwatera główna Stowarzyszenia Łowców.
Pchnęłam ostrożnie drzwi i weszłam do środka. W salonie po prawej zebrał się już spory tłum łowców ściągniętych z zagranicznych misji, który ostrzelał mnie spojrzeniami.
-Callisto Raven..- odezwał się wysoki trzydziestolatek.- Już się kontrolujesz, wampirze?
Michael objął mnie lekko w żebrach i oparł brodę o moje ramię; przyglądając się reszcie zgromadzonych w pokoju łowców; którzy przyglądali mi się nieufnie.
-Mnie też miło cię znów zobaczyć; Porter. Jak z twoją ręką?- Zapytałam uprzejmie, uśmiechając się chłodno zmrużyłam oczy opierając się o pierś Michaela.
-A ten to kto? Jakiś aktywista z „klubu przyjaciół pijaw”?- Rzucił z sarkazmem rzucając Michaelowi niechętne spojrzenie.- A co do mojej ręki: w porządku, dziękuję.
-Nie pajacuj; Porter. Cześć chłopaki i dziewczyny- rzucił mistrz.
Kilka osób rzuciło krótkie powitanie; inni skinęli głowami z uśmiechem. Morgenstern położył dłoń na ramieniu zielonookiego ojcowskim gestem; mówiąc:
-Od jutra chłopak będzie tak samo pełnoprawnym łowcą; jak i ty; Porter.-Jego jedyne oko błysnęło.- Lepiej uważaj na swój tyłek; Jasper: to taka drobna rada na przyszłość- rzucił przepychając przyjaciesko młodzieńca.
-Dziękuję i postaram się zapamiętać, panie Morgenstern- rzucił uprzejmie Jasper, wreszcie dając nam spokój.
W kącie pokoju przy wysokim oknie siedziała niska; długowłosa dziewczyna. Podrzucając w dłoni sztylet wpatrywała się w burzę za oknem; siedząca obok niej dziesięciolatka czytała opasły tom pod tytułem: „Rodzaje broni w walce z wampirami- podstawy obrony”.
-Widziałaś…?- Rzucił zdziwiony Michael.
-Też to czytałam. Nieprzydatne i niezwykle nudne- Rzuciłam z ironią.
Tymczasem pojawiła się Silvia Edge. Rozejrzała się szukając mnie wzrokiem.
Podeszła i rzuciła:
-Raven; przewodniczący chciałby zamienić z tobą…- przemyślała coś- ..z wami kilka słów- rzuciła spojrzenie na Michaela.
-Jest u siebie?- Spytałam krótko.
-Taa-odparła przechodząc.
-Nawet na ciebie nie spojrzała- Powiedział Michael niechętnie.
-Jestem do tego przyzwyczajona- wzruszyłam ramionami idąc korytarzem z dłońmi w kieszeniach płaszcza.- Nie lubimy się z wzajemnością, po prostu.
Minęłam jeden z posągów idąc z lampą naftową w dłoni- właśnie wysiadł prąd- i ruszyłam w stronę podwójnych drzwi na końcu korytarza. Michael z zainteresowaniem patrzył na posągi przedstawiające legendarne Dzieci Nocy.
-Ten rzeźbiarz musiał albo wyjść z psychiatryka; albo mieć niezłą wyobraźnię- skomentował, nagle z cichym przekleństwem odskoczył od ostatniej postaci i jęknął.- Po głębszym przemyśleniu stawiam na tą pierwszą opcję- powiedział przyglądając się wykrzywionej twarzy posągowego wampira.
-To jeszcze nic takiego- rzuciłam tłumiąc uśmiech. Zapukałam.
-Wejdźcie- padło ciche zaproszenie z ust Angello.
Pchnęłam drzwi, ustąpiły z cichym skrzypieniem i weszliśmy do gabinetu.
Angello stał przy dużym oknie i patrzył na przecinające niebo błyskawice.
-Siadajcie, proszę- powiedział cicho; odwracając się od okna.
Postawiłam lampę na ciemnym biurku siadając. Blat zawalony był papierami, w których rozpoznałam kilka raportów i dokumentów zleceń; oraz teczek z aktami niektórych łowców.
Przerzuciłam wzrok na Angello, pytając:
-O co chodzi?- Widząc na biurku moje własne akta wśród innych grubych tek naszła mnie obawa; że Angello zechce odsunąć mnie od tego; co się dzieje.
Angello upił łyk kawy i odparł:
-Ten wampir wrócił; Callisto…
Skinęłam głową; że wiem i czekałam na dalsze jego słowa.
-Rozmawiałem z Tylerem i przemyślałem kilka spraw- zaczął. Takie stwierdzenie w jego ustach zwykle nie wróżyło niczego dobrego. Nadal czekałam.- I doszedłem do wniosku; że powinienem wiedzieć; co wy o tym wszystkim myślicie. Zwłaszcza ty; Callisto Anabelle- Zakończył wreszcie przyglądając mi się.
Zamurowało mnie.
Angello nigdy nie pytał nikogo o zdanie; a tym bardziej nie życzył sobie czyichś rad. Stowarzyszenie było całym jego życiem i światem i ani myślał kiedykolwiek odejść- chyba, że odejściem nazwiemy wyniesienie go martwego w trumnie. Za nic miał zdanie innych- zwłaszcza po śmierci starszego z synów; który zginął dawno temu; trzymał społeczność tworzącą Stowarzyszenie, twardo egzekwując wprowadzone przez siebie zasady i traktując równo wszystkich członków- niezależnie czy rodowych; czy (tak zwanych) ‚z ulicy’; dlatego teraz zdziwiła mnie jego otwartość i to, że w tej grze wyłożył wszystkie karty na stół..
Michael przyglądał mi się z boku. Poczułam; że wziął moją dłoń w swoje, lecz nic nie powiedział.
Patrzyłam na Angello w zastanowieniu. Jeszcze nie do końca wiedziałam; czego mogę się po nim spodziewać. Zastanawiałam się; czy mogę dać mu kredyt zaufania i; czy mi się to opłaci.
Długa cisza nieznośnie się przeciągała. Angello cierpliwie czekał na moją odpowiedź.
-Zzaskoczyłeś mnie; Angello- powiedziałam wreszcie patrząc na jego poszarzałą ze zmęczenia twarz.
Mężczyzna z trzaskiem otworzył szufladę i wyciągnął stamtąd sporej wielkości drewnianą skrzynkę. Delikatnie położył ją przed Michaelem.
-To należało do twojego brata. Bill poprosił mnie za pośrednictwem Matta; żebym ci to oddał, gdy staniesz się łowcą.
-Co to jest?- Zapytał z wahaniem Michael oglądając skrzynkę z zamkiem.
-Nie wiem. Leżała tutaj kilka lat i tylko ty masz do niej klucz- odparł Angello wzruszając ramionami.
Michael spojrzał na mnie. Jego wzrok wyraźnie mówił, że nie ma pojęcia o jakim kluczu mowa.
Angello powoli zapalił papierosa. Zapach czerwonych Malboro uniósł się w gabinecie. Gdzieś blisko uderzył grzmot, Michael podskoczył.
-Możemy dać sobie trochę czasu; Raven- powiedział cicho przewodniczący Stowarzyszenia.- Rozumiem, że możesz mi nie ufać: w końcu w wielu sprawach się nie zgadzaliśmy i..- powiedział jakby stracił nadzieję, że w ogóle się odezwę.
-Co z tego masz?- Zerwałam się na równe nogi i oparłam dłonie na blacie biurka wpatrując się w zimne, jak bryła lodu oczy Angello. Poczułam dłoń Michaela na łańcuszku paska przy spodniach.
-Rozmawiam z tobą jako łowcą; czy z wampirem, którym jesteś?- Zapytał spokojnie Angello.
Oddychałam ciężko wpatrując się w niego z gniewem. Wiedziałam; że jeżeli się zawaham, nigdy nie dowiem się całej prawdy.
-Wiedziałeś, że ona żyje…- powiedziałam przez zaciśnięte zęby, próbując nad sobą zapanować.- Kogo; poza mistrzem w to jeszcze wciągnąłeś? Po co; za wszelką cenę, utrzymujesz mnie przy życiu? Dlaczego sprowadzasz ten lek?
Michael nagle mnie puścił. Patrzył na Angello z otwartymi ustami.
Musiałam walczyć. Od śmierci rodziców walczyłam właściwie o wszystko: życie, szacunek… Własne człowieczeństwo. Teraz miałam wątpliwości; czy to w ogóle miało jakikolwiek sens.
-Wiesz o wszystkim…- zaczął cicho; smutno.
-Po prostu potrafię składać fakty w całość; Angello, więc?- Zapytałam patrząc nań wyczekująco.
-Nikt poza Tylerem i mną o niczym nie wiedział. Odsunąłem od tej wiedzy także twojego ojca chrzestnego. Gdyby Luca znał prawdę..- Angello przymknął na chwilę oczy- …zacząłby wariować na punkcie twojego bezpieczeństwa; a wtedy domyśliłabyś się wszystkiego o wiele szybciej i…
-To niczego nie zmienia- przerwał nagle Michael.- Nie można chronić kogoś; komu kłamie się prosto w oczy; taką osobę można tylko zwyczajnie wydymać!- Oznajmił ze złością.
Angello spojrzał poważnie na Michaela.
-Jesteś taki sam; jak Armand…- powiedział niechętnie.
-Nie porównuj mnie do ojca- warknął zielonooki lodowato.- Zresztą obaj jesteście tacy sami.. Tak samo nikim się nie przejmujecie- dodał z goryczą.
-Mylisz się…- odezwał się przewodniczący Stowarzyszenia spokojnie; obejmując dłońmi parujący kubek kawy.- Obaj straciliśmy synów; to jedyne, co nas łączy. Za to ty jesteś czystą kopią Armanda: niezwykle wręcz uparty, lecz inteligentny; ale i odważny; z jedną drobną wadą: kierujesz się uczuciami; co w naszym zawodzie nazywa się niczym innym; jak samobójstwem.
Michael zamilkł. Wiedział, że Angello ma rację: zastanawiał się nad tym nie raz. Kłótnie z ojcem były świetnym przykładem tego podobieństwa między nimi.
-Wychodzę- powiedział nagle ostro, wstając.
Chwilę potem cicho trzasnęły drzwi.
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka.. 
Musiałem wyjść. Ochłonąć.
Byłem rozdrażniony; a jednocześnie niepewny co do tego; jak do tej pory osądzałem ojca; bo myślałem… Miałem pewność; że obwinia mnie o śmierć Billa- wielokrotnie używał moich własnych uczuć do zmarłego brata przeciwko mnie. Zanim przeprowadziliśmy się tutaj; po każdej kłótni z ojcem szedłem na grób Billa, żeby się uspokoić; przemyśleć to wszystko. Zawsze powstrzymywał mnie przed czymś tylko jednym słowem.
Zawsze było to imię mojego brata.
Usiadłem na podłodze; pod ścianą rozmyślając, czy jednak słusznie osądziłem ojca. Czy naprawdę był tym okropnie nieczułym facetem, za jakiego go dotąd miałem.
A może jednak… Może za tymi naszymi kłótniami kryło się zupełnie coś innego…? Co jeśli Angello ma rację..nie… Co jeśli to ja się mylę…??
Mam mętlik w głowie. Jestem przemęczony.. Ostatnie kilka zarwanych nocy i te wszystkie dziwne wydarzenia sprawiły; że wracały koszmary.
Pojawienie się Grace Ann; czyli przybranej siostry Callisto…
Dziwne zniknięcie Tori Miles…
Niepokojące zachowanie Callisto…
•••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••
••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••
•••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••
Słyszę głosy. Nadal szumi mi w głowie. Nie rozumiem z cichej rozmowy ani słowa. Ktoś pochyla się nade mną. chyba zakłada mi opatrunek.
Pewnie z tego przemęczenia straciłem przytomnośc i gdzieś się walnąłem.
-Spuść z tonu, Raven- odzywa się nieznajomy mi męski głos ze zmęczeniem.- Nic mu nie jest. Poza tym, że lekko rozwalił sobie głowę.. Podejrzewam, że chłopak jest tylko przemęczony…
Słyszę jej kroki. Otwieram oczy i podnoszę się; próbując wstać, iść za nią..
Muszę za nią iść…!
-Leż spokojnie- powiedział wysoki; ciemnooki blondyn.
-Puść mnie…- warknąłem niecierpliwie. Znów zakręciło mi się w głowie; blondyn przyłożył mi do bani chusteczkę z lodem. Syknąłem cicho.
-Nie wstawaj. Raven zaraz przyjdzie- odezwał się wertując jakąś książkę w skupieniu. Nagle ją zamknął.- Ile nie spałeś? Dobę? Dwie?- Spytał wprost.
-Półtora; zresztą co za różnica?- Zapytałem wzruszając ramionami.- To przez kucie po nocach…
-Taa; może mi jeszcze powiesz, że uczyłeś się z Raven..- rzucił z ironią.
-Callisto dotrzymywała mi towarzystwa- powiedziałem wymijająco.
-Mhm, widziałem ślady na twojej szyi- odparł, jakby wymownie.- Wiem: nie mój interes; ale Raven.. Ona bardzo się o ciebie troszczy i…
Zdjąłem z łba chusteczkę i spojrzałem nań z niechęcią.
-Masz rację; to nie twój interes- odezwałem się zbolałym głosem; patrząc w stronę drzwi.
Zapanowało między nami długie milczenie. Blondyn zastanawiał się nad czymś.
-Sorry; czasem za bardzo wtrącam się w nieswoje sprawy- powiedział w pewnej chwili.
-Nie ma sprawy- odparłem spokojnie.- Jesteś kolejnym ex Callisto?- Wypaliłem nawet nie myśląc.
Śmiech chłopaka zbił mnie z tropu. Blondyn w tej chwili miał chyba jakiś atak niekontrolowanego śmiechu; czy coś w tym rodzaju, bo śmiał się; jakbym opowiedział świetny dowcip.
-Ex Calisto.. a to dobre- rzucił ze śmiechem ciemnooki. Nagle spoważniał i uśmiechnął się ironicznie.- Jestem kuzynem Callisto. Nie musisz być zazdrosny.
-Wcale nie jestem- burknąłem.
-Marco Holy; radzę ci uważać na swój długi nos; mój ulubiony wścibski kuzynie- Callisto zmierzyła blondyna od stóp do głów.
-Och; nie bądź taka oficjalna, rybcia- rzucił ciepło; z opanowaniem złapał szkło którym w niego rzuciła i odstawił buteleczkę na stolik.
Callisto prychnęła w odpowiedzi; Marco przechodząc obok niej rzucił coś po francusku. Zatrzymała go wyciągając rękę i odpowiedziała coś cicho. Skinął głową wychodząc.
-Znów nie spałeś- powiedziała przyglądając mi się uważnie.
-Nic mi nie jest. Nie musisz się martwić- odparłem unikając jej wzroku.
Callisto Raven; postrach ogólniaka..
Odwrócił wzrok. Wtedy wiedziałam, że coś jest nie w porządku.
Nie chciał, żebym się martwiła, bo sądził; że mam już dość zmartwień na głowie.
-Też masz koszmary- odezwałam się.
Uniósł głowę i prześwidrował mnie pełnym zastanowienia spojrzeniem. Wiedział; że nie ma po co kłamać. Wiedział; że skoro dzielimy sny; myśli i uczucia; nic nie może przede mną ukryć.
-To nic takiego- powiedział spokojnie; rozpinając koszulę.
-Nie- powiedziałam krótko, wiedząc do czego zmierza.
Wstałam ale chwycił mój lewy nadgarstek i posadził mnie spowrotem na krawędzi łóżka. Zza kołnierza odcinały się na szyi wyraźne dwie blizny- ślady moich kłów.
-Nie chcę- odwróciłam głowę i spojrzałam w okno.
-Callisto- powiedział z naciskiem; biorąc moją lewą dłoń, na której nosiłam lazurytowy sygnet i zrobił coś, czego się nie spodziewałam: przycisnął ją do swojej piersi.
Czułam w całym ciele spokojny wolny rytm uderzeń jego serca.
Ta-dam; ta-dam; ta-dam…
Moja wampirza strona przestała szaleć. Nagle się wyciszyła. Potwór ucichł.
-Nie mogę…- szepnęłam próbując opanować drżenie.
Przyciągnął mnie do siebie.
Byłam tuż przy nim.
Nie czułam bólu.
-Potrzebujesz jej.- Odparł delikatnym szeptem, spojrzał na mnie i dotknął ostrożnie jednego z moich kłów. Drżenie minęło.- Weź choć trochę…
-To grzech kusić krwią wampira- szepnęłam leniwie; chciałam znów mu odmówić, ale dał mi malutkiego całusa i zapomniałam o wszelkich wątpliwościach i kłopotach.
-Jeśli wszystko; co jest związane z tobą to grzech; to grzeszenie jest super- szepnął uśmiechając się. Znowu mnie pocałował- przycisnął lekko usta w miejscu jednego z kłów; przeszedł mnie dreszcz i zesztywniałam na ułamek sekundy.
-O nie…- odsunęłam się na chwilę i spojrzałam nań ciepło.- Dobrze kombinujesz; ale nie ze mną te numery; Michael…
Zielonooki przewrócił mnie na łóżko. Leżałam i patrzyłam na niego spokojnie, przeglądając się w szkłach jego okularów.
-A chcesz się założyć?- Zapytał wyzywająco.
-Tato! Cally znowu się całuje.!- Zapiszczała Clarissa; biegnąc gdzieś.
-Zamorduję tę małą paplę- mruknęliśmy spoglądając na siebie.
-Miałaś trzymać się mnie; bo się zgubisz; Clarisso Jane Raven- odparł troskliwie Luca Raven; biorąc córkę na ręce.
-Jestem już duża- burknęła dziewczynka.- A Cally i Michael to zakochana para; o!
-Uduszę tę małą…- sapnęłam.
Usłyszałam śmiech mojego chrzestnego i jego słowa.
-Ja i twoja mama też się czasem całujemy- powiedział ciepło do córki.- Jak będziesz w wieku Cally też…- urwał i zachichotał lekko.
-Co „też”…?- Zapytało dziecko z zainteresowaniem.
-Zobaczysz- odpowiedział tajemniczo, potem słychać było tylko jego kroki.
-Myślisz; że…?- Zaczął Michael z obawą.
-Że nas widział?- Spytałam z ironią.- Dam sobie głowę uciąć; że tak.
-I ty jesteś taka spokojna?- Wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami.
-A niby czemu miałabym być niespokojna?- Zdziwiłam się.
Michael uśmiechnął się z zakłopotaniem.
-A tam…- mruknął, jakby czegoś się wstydził.
Szturchnęłam go lekko i świdrując go wzrokiem spytałam:
-No? Co jest?- Zajrzałam mu w oczy.
-Nie powiem ci; bo będziesz się ze mnie nabijać- odpowiedział niechętnie.
-Nie będę. Zdążyłam się przyzwyczaić, że często mówisz najgłupsze rzeczy pod słońcem- rzuciłam uśmiechając się z ironią.
Michael zamilkł. Patrzył za okno na boisko; na którym reszta młodych łowców grała w piłkę i rozmyślał trzymając moją lewą rękę w swojej.
-Michael..?- Zapytałam z niepokojem, gdy nie odzywał się za długo.
-Powiem wprost…- powiedział w końcu z namysłem. Znów przerwał na dłuższą chwilę i wziął moją drugą dłoń w swoją. Otworzył usta chcąc mówić dalej; gdy od drzwi usłyszeliśmy szepty i chichoty.
-Ej; spadać stąd!- Burknął Michael czerwony jak piwonia ze wstydu.
Z korytarza wynurzyli się: Tyler Morgenstern; mój ojciec chrzestny i ojciec Michaela.
Zielonooki poczerwieniał jeszcze bardziej i zrobił dziwną minę.
-No; to macie swoje gołąbki…- Mistrz z trudem starał się zachować przed nami powagę. Wręcz przeciwnie wujek Luca- opierał się o framugę drzwi i patrzył na nas z zakłopotanym uśmiechem. Za to Armand Tyler wpatrywał się w nas z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Co??- Zapytaliśmy oboje trochę za głośno patrząc na obu mężczyzn pytająco.
***
Szliśmy za naszymi opiekunami rzucając sobie spojrzenia.
Rozumiesz coś z tego?- Zapytał wzrokiem Michael.
Przewróciłam oczami odpowiadając: Nie; ale oni chyba coś wiedzą… Zastanawiam się; co przeskrobaliśmy- odparł, unosząc brwi podniósł wzrok ku sufitowi.
Jakby co: do niczego się nie przyznajemy. Jesteśmy przecież, jak aniołki- w tym momencie zatrzepotałam rzęsami przybierając najniewinniejszą minę, jaką umiałam.
Miejmy nadzieję, że to przejdzie- Posłał mi pełne niepokoju spojrzenie.
-Mam nadzieję; że nie zrobił z tego miejsca kolejnej graciarni- zauważył ojciec Michaela.
-Raven; Tyler: dobrze; że was widzę- Na horyzoncie pojawił się Angello.
-O wilku mowa; a wilk tuż- odparł ledwie słyszalnie mój chrzestny.
Mężczyźni zamienili przyciszonymi głosami kilka słów.
-Militiae species amor est- odczytał Michael z łukowatego przejścia nad drzwiami.
-Hm?- Zdziwiłam się, podążając za jego wzrokiem.- To chyba łacina… Ej; nie było tego ostatnio na historii?- Spytałam szeptem.
-Nie wiem: ostatnią lekcję historii przespałem- Michael wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszająco.
-Nigdy nie zauważyłam tego pomieszczenia..- powiedziałam z namysłem.
Angello skinął nagle głową.
-Zobaczymy- rzucił krótko.
-Może ktoś nam powie; o co tu chodzi?- Spytaliśmy w tej samej chwili niecierpliwie.
Pytanie przebrzmiało. Już nie sposób było je cofnąć.
Angello oparł się plecami o ścianę tuż przy drzwiach tajemniczego pokoju i zmierzył obu mężczyzn spojrzeniem.
-Myślałem; że im wyjaśniliście- stwierdził.
Luca i Armand spojrzeli na siebie w zastanowieniu.
-Eee… No…- zaczął piwnooki nie wiedząc co powiedzieć.
-Tyler miał to zrobić…- pospieszył mu z pomocą ojciec Michaela.- …ale…hmmm…
-Stchórzył- rzucili równocześnie z szerokimi uśmiechami.
Angello wzniósł oczy ku sufitowi wzdychając ciężko.
-A wy nadal zachowujecie się; jak dzieci- rzucił z ironią. Podrzucając stary klucz zwrócił się do nas.- Callisto Anabelle; Michaelu Jamesie: proszę za mną.
-I nadal nic nie wiemy- szepnął Michael, obejmując mnie przyjacielsko ramieniem.
Przewróciłam oczami i strzeliłam wymownym spojrzeniem w stronę idącego przed nami przewodniczącego Stowarzyszenia. Michael skinął twierdząco głową i wysunął lekko dolną szczękę; co znaczyło: nie sądzisz, że to trochę dziwnie tajemnicza sytuacja?
Oparłam palce na dłoni zwisającej mi z ramienia; odpowiadając: Bardziej zastanawia mnie to dziwne zachowanie naszych ‚staruszków’; bo mnie się wydawało, że twój ojciec nie bardzo za mną przepada.
Poklepał mnie po ramieniu stwierdzając: I ta dziwna ucieczka Morgensterna..
Rzuciliśmy sobie szybkie spojrzenie; które było jednoczesnym stwierdzeniem i mówiło: Ta sprawa jest cholernie podejrzana, nie?
-Zastanawiam się dokąd idziemy- zagadnęłam Angello.
-Do biblioteki…- zaczął.
Wtedy oboje całkiem niezamierzenie wypaliliśmy:
-Zalatuje nudą.
-Przekonacie się; że wręcz przeciwnie- oznajmił.
-Co może być takiego interesującego w stercie książek poukładanej alfabetycznie?- Zakpiłam; nie pokazując po sobie zaciekawienia.
-Cóż…- Zagięłam Angello; wyraźnie nie wiedział, jak się wykręcić z tej dziwnej sytuacji.- Niezwykle dyplomatycznie dajesz mi do zrozumienia; że omijasz wszelkie książki szerokim łukiem; jednakże nadal jesteś ciekawa; co Luca i Armand mają z tym wspólnego.
-Właściwie nie bardzo wiem, co ma piernik do wiatraka; skoro ojciec Michaela mnie nie lubi- zauważyłam; a Michael spojrzał na mnie trochę ze złością i zdziwieniem.- A Luca… Hm… Mój ojciec chrzestny to mój ojciec chrzestny, a ojcowie chrzestni mają to do siebie, że czasem pochodzą, jakby nie z tej planety- powiedziałam wzruszając ramionami, jak gdyby Luca Raven był ani trochę niepodobny do reszty Ravenów.
Angello wybuchnął szczerym śmiechem idąc:
-Nieodrodna córka swego ojca. To twoje ironiczne usposobienie jest chwilami nawet zabawne- powiedział drżąc z tłumionego śmiechu.
-Nie spodziewałam się takiego komplementu; Angello- udałam; że mówię to wyniośle.
-Ależ nie ośmieliłbym się okłamać samego anioła- odparł ciągnąc ten żart.
-Taa. Jak ona rzeczywiście jest aniołem; to ja jestem Elvisem Presleyem- dorzucił z ironią Michael.
-Lepiej nie śpiewaj- rzuciłam szybko, wiedząc; że Angello mógłby tego nie przeżyć.
-Spoko- Michael zupełnie nieurażony przewrócił oczami.- Więc, co w tej bibliotece takiego super ciekawego?- Spytał nagle.
-Zaraz zobaczycie- odparł mężczyzna nadal tajemniczo; pchnął drzwi biblioteki i zniknął między półkami.
-Ciekawe; jakie tortury nam przytacha- mruknęłam cicho do Michaela.
••••***••••
Z braku lepszego zajęcia oczekując na Angello ucięliśmy sobie z Michaelem pogawędkę z serii „gdzie może się podziewać Królowa ogólniaka?”.
-Trzeba pogadać z Vincentem i resztą..- wywnioskował z porażką Michael; obracając w dłoni breloczek w kształcie aniołka; który mnie bardziej kojarzył się z amorkiem.
-Odpada- Zawyrokowałam.- Vincent dobrze wie; że nie trawię Tori. To podejrzane pytać o kogoś; kogo się nawet nie znosi- zauważyłam.
Michael opuścił dłoń z breloczkiem i rozłożył ręce.
-Masz jakiś inny pomysł?- Zapytał niechętnie.
Oparłam się o jeden z regałów z książkami i unosząc głowę spojrzałam na ozdobne klosze lamp w bibliotece. Położyłam dłoń na szyi przymykając oczy. Dłuższą chwilę milczałam; rozmyślając.
-Vincentowi też nie podoba się „Isobel”. Widziałam, jak na nią patrzy… Poza tym wydawało mi się, że Paul niezbyt dobrze się bawił na ostatniej imprezie…- Zauważyłam przymykając oczy.- Zresztą sam widziałeś minę Tori; gdy pojawił się mistrz..
-Myślisz, że ona może już…- zaczął ponuro.
-Tori żyje- ucięłam krótko.- Musimy się tylko dowiedzieć; gdzie ją trzyma…
Michael cofnął się o pół kroku.
-Czyli myślisz; że ktoś ją porwał?- Zapytał ostrożnie.
-Nie ‚ktoś’. ON- odparłam z chłodem.
Między półkami rozległ się huk upadającej książki. Angello powoli ją podniósł i ruszył ku nam. Po jego wyrazie twarzy zrozumiałam; że słyszał całą naszą rozmowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz