środa, 24 stycznia 2018

Hunter II: Bloodlust ~Sin Rozdział XLI: Ostatnia noc Sabatu...

Szybko przecięliśmy rozwalający się most i kierując się na polanę przy jeziorze zaopatrzyliśmy się w przygotowany przez Angello mini arsenał.
Wokół już toczyła się bitwa. Jeden z likantropów przeleciał po trawie i wpadł do jeziora. Zawarczał groźnie i wczepił się pazurami w mniej kamienisty brzeg. Po chwili wylazł z wody i otrząsnął się; jednocześnie przetrącając pijawie kark.
-Znowu jesteśmy spóźnieni. To wszystko przez tę twoją szczęśliwą kulkę- rzucił z wyrzutem Armand Tyler do mojego ojca.
-Nie marudź!- Zganił go Moon niecierpliwie obracając w dłoniach sztylety. Jego oczy wreszcie się zmieniły: zapłonęły światłem znanym jedynie rodowi Nox; który inni łowcy zwykli zwać "błękitną furią".
Rzuciliśmy się w wir walki...
Wszędzie wokół nas zamęt przeplatany okrzykami łowców i warkotem watahy; oraz strzałami.
-Śrutówa- rzucił Michael tuż za mną.
-Czemu ten facet aż tak nie lubi wampirów?- Spytałam z zastanowienieniem, posyłając wampira w drzewo; chwilę potem czyjaś strzała przybiła delikwenta do drzewa.
-Na pół przemieniony- rzucił stary Romanow.
Wśród tłumu dostrzegłam modnie ubraną blondynkę o ciemnoczerwonych oczach. Jej żółta koszulka zachlapana była krwią.
-Kiedy Stacia wyszła z "aresztu domowego"?- Spytałam Michaela rozcinając pijawkę na pół.
-Nie mówiłem ci, że dołączyła do Zrzeszenia?- Odparł zabijając dwóch innych.
-Pierwsze słyszę...- powiedziałam zdziwiona.
-O szczegóły zapytaj Angello- dorzucił broniąc się przed poziomem B.
Anastasia w biegu rozszarpała paznokciami gardło następnego wampira i rozrywając go na części wykonała z niego kolejną pochodnię, podkładając pod truchło palącą się gałązkę z ogniska.
Caius zatrzymał swoich i powoli odczytał napis ułożony z płonących wampirzych ścierw. Jego oczy błysnęły gniewnym demonicznym płomieniem.
Ognisty wers tworzył dwa słowa, które brzmiały:
PIERDOL SIĘ.
-Mają Kurtynę!- Warknął rozwścieczony.- To jeszcze nie koniec; Angello- Załopotał materiał czarnej peleryny. Wilki stanęły w szeregu, a my powoli opuściliśmy broń.
-O czym On mówił, panie Angello?- Zapytała z zaskoczeniem Anastasia.
Przewodniczący wpatrywał się w miejsce; gdzie ledwie sekundę temu stał Caius Woroszyłow.
-Nie mam bladego pojęcia; Anastasio..- powiedział z lekkim niepokojem.- Może ten Stary Diabeł będzie coś na ten temat wiedział...- mruknął pogrążony w myślach.
***
-Raven. Tyler. Już od początku roku zaczynacie od spóźnienia- Zauważyła Collins chłodno.- Wytłumaczycie się, z łaski swojej?
-My...- zaczęłam nie wiedząc, co powiedzieć.
-Uprzejmie przepraszamy, ale kilka naszych spraw prywatnych trochę się przeciągnęło- zauważył Michael z uprzejmym uśmiechem.
-Prywatnych spraw..- Collins zmroziła go spojrzeniem znad okularów.- To niezwykle ciekawy wątek; panie Tyler..
-Naprawdę?- Spytał Michael ze zdziwieniem.
Cała grupa gapiła się na nas z zainteresowaniem.
-Po prostu jako wasz wychowawca...- po raz pierwszy Amanda Collins zdawała się zakłopotana.- Zawsze możecie ze mną porozmawiać; jeśli coś nie gra- powiedziała powoli.
-Dziękujemy; pani profesor. Możemy..
-Tak, siadajcie..- rzuciła odsyłając nas ruchem ręki.
Usiedliśmy na swoich miejscach wśród zdziwionych szeptów grupy.
-Świat wywraca się do góry nogami- zauważył Michael zamyślony.
-Za co jesteś taki wściekły na Luciana..?- Zapytałam zanim zdążyłam pomyśleć.
-Co..?- Spytał budząc się z odrętwienia.
-Pytałam, czemu traktujesz Luciana, jak wroga- zauważyłam przyglądając się zielonookiemu.
-To nie tak- odpowiedział z niechęcią, że wracam do wczorajszej rozmowy.
-A niby jak?- Zapytałam ze złością.- Wyjaśnij mi; o co tu w ogóle chodzi, bo ja kompletnie nic nie jarzę.
Spojrzenia kilkunastu uczniów liceum zwróciły się na nas.
Michael rzucił plecak na ławkę i usiadł z westchnieniem.
-Na pewno chcesz wiedzieć?- Zapytał ostrożnie po krótkiej chwili. Zauważyłam, że  próbował się uspokoić.
-Gdybym nie chciała; to bym nie zapytała- odparłam uszczypliwie.
-On cię zdradził- powiedział z uporem. Wokół nas rozległy się szepty.
-Ty go nienawidzisz..- powiedziałam cicho; nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć.
-Nie nienawidzę..- odezwał się cicho.- Po prostu mu nie ufam.
-Ostatnio odniosłam inne wrażenie..- powiedziałam powoli.- Macie wspólne sprawy, a ty mówisz; że nie ufasz Lucianowi. Coś mi tu nie pasuje..
-Jakie "wspólne sprawy"?- Zapytał obojętnie.- Sama wiesz; że to się nie trzyma kupy- oznajmił spokojnie.
Ustąpiłam; ale i tak zastanawiało mnie to. Albo to nie miało sensu; albo chciał odwrócić moją uwagę, bo ta rzecz między nim i Lucianem dotyczyła mnie..
Rozległo się wycie i gwizdanie chłopaków. Korytarzem szła postać ubrana w szkolny mundurek obładowana książkami, z torbą na ramieniu o jasnych oczach.
Uśmiechniętą Anastasię Forbes ogarnęły tłumy.
-Jeju... Wyglądacie, jakbyście ludzi nie widzieli- rzuciła Stacia ze śmiechem; ściskana przez przyjaciółkę. Tą Hannah.
Meredith Bell przyglądała się Anastasii dziwnie.
-Merri?- Jej chłopak; Malcolm pomachał jej dłonią przed nosem.
-Hmmm?- Zamruczała budząc się z letargu.- Wszystko okej- odparła na nieme pytanie, przybierając normalny wyraz twarzy.
-Raven- ktoś złapał mnie za ramię i odwrócił ku sobie.
Szłam z sali niemieckiego z nosem w książce od ruska.
-Co tam; worku kości; nie mam czasu- Rzuciłam z ironicznym grymasem.
-Powiedziałaś; że Stacii się pogorszyło- zauważyła powoli.
-Co?- Zdziwiona uniosłam brwi.- Niby kiedy? Przyśniło ci się coś..
-Powiedziałaś. Wtedy w po...- zaczęła.
-Nie tak głośno; Bell- warknęłam przerywając jej.- Zresztą; jak sama widzisz: Anastasia ma się świetnie; a ja się spieszę; cześć- rzuciłam odchodząc, skręciłam w stronę schodów na drugie piętro.
-Cześć Callisto...- rzuciła tuż przede mną Stacia.
-O, żesz ty w mordę...- odparłam z przestrachem.- Jak z tobą?- Zapytałam z troską.
-Dobrze..- westchnęła.- Tylko ten cały szum wokół mnie.. To trochę mnie męczy i w ogóle spać mi się chce...- zwierzyła mi się cicho.
-Przyzwyczaisz się, mnie też na początku przymulało- rzuciłam pocieszająco.- Dałaś wczoraj czadu z tym "pierdol się"..
-Angello nadal nie wie; o co chodziło temu jak-mu-tam...?- Spytała zmartwiona.
-Od rana grzebał w bibliotece; więc może nadal szuka..- odpowiedziałam.- Wszystko będzie dobrze; nie martw się tym na zapas- powiedziałam klepiąc ją po ramieniu.
-Jeśli coś będzie wiadomo...- zaczęła.
-Angello się odezwie- odparłam.
-Dzięki. I sorry, że zawracam ci banię i w ogóle..- odparła.
-To nic takiego. Trzymaj się; Forbes- rzuciłam próbując dodać jej otuchy.
-Cześć- odpowiedziała mijając mnie.
Długą przerwę spędziliśmy na zewnątrz. Siedząc na ławce obserwowałam Meredith. Stała pogrążona w cichej rozmowie z nieznanym mi chłopakiem, któremu dała jakieś pieniądze. Ten warknął coś do niej; a ona odcięła mu się. Złapał ją za rękę.. W tym momencie pojawił się Malcolm i mierząc chłopaka zapytał spokojnie:
-Jakiś problem; koleś?- Odezwał się lustrując go spojrzeniem.
-A ty to niby kto?- Odszczeknął się nieznajomy.
-Cally?- Spytał Michael dołączając do mnie. Szliśmy w stronę piorunujących się wzrokiem chłopaków.
-Coś nie tak?- Spytałam uprzejmie patrząc na nieznajomego.
-Kruk i Płomień- rzucił wampir patrząc na mnie i Michaela; a Malcolm spojrzał na nas ze zdziwieniem.
-Miło, że się znamy, Stein; ale radzę ci grzeczniej traktować dziewczyny- odparł Michael z ledwie słyszalną groźbą.
-Bo co mi zrobisz; Płomień? Zaczniesz podskakiwać?- Spytał drwiąco Stein.
Zielonooki roześmiał się cicho.
-Jak zawsze jesteś bardzo pyskaty; Heinrich- odparł lekko Michael.- Uważaj, żeby ktoś boleśnie nie ukrócił ci tej szczekliwej jadaczki.
-To groźba?- spytał wprost wampir.
-Na razie tylko ostrzeżenie, ale..- zaczął lodowato Michael. Rzuciłam się do przodu; gdy Stein chwycił zielonookiego za krawat i przyciągnął szybko.
-Szczekaj nieco ciszej, psie...!- Warknął.
Michael podbił jego rękę i wgniótł Steina w bramę. Meredith i Malcolm obserwowali obu zdumieni.
-Nie pyskuj, śmieciu; bo przypadkowo może mi się wymsknąć; gdzie cię znaleźć- powiedział lodowato Michael wciskając mocniej przeciwnika w przęsło bramy. Odepchnął go mocno.- Spływaj stąd.
-Jeszcze za to bekniesz; rodowy; przysięgam- zagroził wampir odchodząc.
-Zobaczymy; kto pierwszy- Rzucił Michael patrząc za odchodzącym.
-Znasz tego kolesia?- Zapytał Malcolm patrząc za idącą do budynku szkoły Meredith.
-Taa, to były diler- odparł Michael.
-Od kiedy zadajesz się z czymś takim?- Spytałam zaskoczona.
-Nie zadaję się. Znałem kogoś, kto przekręcił się przez jego towar- odparł Michael.
-Muszę szybko pogadać z Merri- uświadomił sobie Malcolm.- Dzięki; Tyler- rzucił do Michaela odchodząc.
-Przecież to był wampir.- Zauważyłam powoli.
-Wampir- przytaknął spokojnie  Michael idąc.- Nie współpracuje z Rządowymi. Ukrywa się przed osobami, którym wisi forsę za prochy. To zwykły śmieć- wyjaśnił niechętnie.
-Widzę, że dobrze go znasz...- zauważyłam przyglądając mu się uważnie.
Michael otworzył batonik i odgryzł kawałek.
-Pamiętasz to zdjęcie na moim biurku; o które kiedyś mnie pytałaś?- Spytał ni stąd, ni zowąd.
Na chwilę zamilkłam; zastanawiając się o jakie zdjęcie mu chodzi.
-To, na którym byłeś z taką dziewczyną z granatowymi włosami?- Upewniałam się; przypominając sobie fotkę z ubraną w strój drużyny baseballowej młodą kobietą  trzymającą w dłoni pałkę.
-Właśnie- przytaknął wolno i jakby smutno.- Miała na imię Katherine i była najmłodszą siostrą mojej mamy.
-Właściwie jaki to ma związek?- Spytałam ostrożnie.
Michael patrzył przed siebie gryząc batonik.- Zaraz... Jak to "była"?- Zapytałam nagle.
-Od dwóch lat nie żyje. Zabiły ją prochy tego sukinsyna- kopnął z bezsilną wściekłością w kosz.
-Przepraszam- powiedziałam obejmując go mocno.
-Nie; to ja przepraszam. Niepotrzebnie do tego wracam..
Druga lekcja Chemii...
-Tyler... Tylko nie znowu...- jeknął Nick-Rozpuszczalnik. Przerwał mu kolejny trzask i ostra znajoma mi skądś woń.
Omawialiśmy właśnie alkohole.
Chemik podszedł do naszego stanowiska.
-To już przechodzi ludzkie pojęcie...- Skomentował zdziwiony Grey wyciągając z aparatu destylacyjnego; przy którym majstrował zielonooki kulę.
Przyjrzał się zawartości pod światło i pociągnął nosem. Bez słowa odstawił przedmiot na miejsce i ruszył do swojego biurka. Powoli sięgnął po długopis otwierając dziennik.
-To się już więcej nie powtórzy... Ja, naprawdę..- zaczął Michael gapiąc się błagalnym wzrokiem na Greya.
-Milcz- zwrócił się doń spokojnie nauczyciel, a oczy klasy wbiły się w Greya, wpisującego coś w dzienniku.
-Chyba wlepił mi kolejną uwagę...- mruknął niechętnie Michael.
-Co tam pan pisze?- Zapytał z wahaniem Fox.
-Nie wkładaj palca między drzwi, Fox- odparł Grey uśmiechając się zagadkowo; a Michael przełknął głośno.
-Tyler. Nie jesteś ciekaw, o co chodzi?- Zapytał uprzejmie Grey.
-Wprost umieram z ciekawości; profesorze- odparł wyjątkowo jadowicie zielonooki.
-Zły uczniak; to rozumiem- rzucił lekko Nicholas Grey, przysiadłszy na biurku.- Co właśnie otrzymał pan za substancję?- Zapytał ignorując jad w głosie Michaela.
Z ostatniej ławki trzasnęło lekko i rozległo się ciche przekleństwo z ust Julie.
-Nie mam bladego pojęcia- Michael wzruszył ramionami.
-Hmm. Nie ma pan pojęcia...- zauważył Grey.
-Zwykle wszystko w tej sali wybucha mi w rękach; więc...- Michael westchnął ciężko zrezygnowany.
Grey odetchnął głęboko.
-To, co ma pan w aparacie ma kilka nazw. Jedna z nich to PKWN- powiedział tajemniczo.
-Inaczej "Polska Księżycówka Wyrabiana Nocą"- Odezwał się Rafael; a kilka osób zachichotało.
-Zapomniałem, że mamy Polaka w składzie- Grey uśmiechnął się w stronę Rafaela, po czym kontynuował.- Większości z was pewnie niewiele ta nazwa powie; ale Tyler wyprodukował: bimber. Słucham; Grant.- rzucił w stronę bruneta.
-To jest coś związane z alkoholem?- Spytał zaciekawiony.
-To jest alkohol. W czystej postaci- poprawił profesor uprzejmie.- Za to panna Clark była o krok od sukcesu.
Wszyscy spojrzeli na pogrążone w chaosie stanowisko z tyłu klasy. Julie była czerwona jak burak ze wstydu.
-Widać skutki..- skomentował Fox patrząc na rozbite szkło.
-Pan popełnił ten sam błąd- zauważył Grey patrząc na stanowisko chłopaka, którego grupa natychmiast ostrzelała spojrzeniami.
-Jak to?- Zdziwił się Fox.
-Nie podłączył pan układu chłodzącego potrzebnego do tego doświadczenia- oznajmił Grey.- Z mojej strony to wszystko; koniec lekcji.
Druga z serii lekcja wychowawcza...
-Tyler; wstań- rzuciła krótko Collins.
-Jezu; co ja znowu zrobiłem..?- Jeknął zielonooki; wstając.
Collins otworzyła dziennik, poprawiła okulary na nosie i zaczęła czytać:
-"Lekcja chemii: pan Michael Tyler jako jedyny z uczniów wykonał określone zadanie chemiczne poprawnie i bezpiecznie."- Odczytała wychowawczyni.- Jak pan pewnie wie; profesor Grey jest jednym z najbardziej wymagających nauczycieli i rzadko który uczeń potrafi go zaskoczyć.
-Sprawdzając klasówki nazywa uczniów głąbami do potęgi nieskończonej cierpliwości Anioła- mruknęłam do Michaela; który z trudem zachował powagę.
-Co tam mruczysz; Raven?- Spytała uprzejmie Collins.
-Gratuluję na... przyjacielowi, że wzruszył zatwardziałe serduszko naszego chemika- odparłam trzepocząc niewinnie rzęsami.
***
Po zajęciach. Budynek Stowarzyszenia.
Kolejny samolocik wyleciał zza drzwi sypialni Greya.
-Na nieskończoną cierpliwość Anioła; kogo ja uczę..- Jeknął znudzony Nick-Rozpuszczalnik.- Ta klasa to banda skończonych matołów..- następny samolocik wyleciał za drzwi.
-Z ostatniej chwili: w małym miasteczku na wschodzie kraju miała miejsce katastrofa w ruchu powietrznym przez zderzenie Kruka z samolotem nieznanej firmy; której celem jest "tani i wygodny lot z efektowną ilością fajerwerków" Jest także pozytywna wiadomość: zamach terrorystyczny udaremniono.- Powiedział Michael tonem rasowego dziennikarza; a ja parsknęłam.
-Czubek- rzuciłam nadal dusząc się ze śmiechu.
-Jutro pogrzeb Jasona..- westchnął Michael.
-Taaa- odetchnęłam głęboko, ze smutkiem, pchnęłam drzwi pokoju i wchodząc szybko zajęłam się szukaniem ciuchów na zmianę, żeby nie dostrzegł mojego wyrazu twarzy.
-Wiesz, Cal...- szepnął Jason patrząc na sunące po niebie chmury.
Leżeliśmy na niskim murku po treningu i gadaliśmy od niechcenia.
-No...?- Spytałam leniwie przesuwając palcami po cegłach.
-Wydaje mi się, że umrę młodo- powiedział gryząc ciastko z galaretką.
Zerwałam się i zepchnęłam go w kałużę.
-Przestań pieprzyć głupoty- zganiłam go ze złością.
-To wcale nie są "głupoty"- obruszył się błękitnooki. Był tak samo przystojny, jak ojciec: wysportowany, wysoki blondyn o niebiańskobłękitnych oczach i pociągłej twarzy, z małym nosem i wąskimi ustami. Jak na czternastolatka nie był zwyczajnym chłopakiem- nie oglądał się za dziewczynami, nie rozrabiał, ani zbytnio nie palił się do wszelakich bójek- przeciwnie: był nadzwyczaj spokojny i rozgarnięty. Być może dlatego, że bardzo wcześnie, bo w wieku czterech lat, stracił matkę; którą podczas jednej z "czystek" zamordował wampir. Najbardziej, poza walką z pijawami; lubił rysować- tworzył piękne obrazy.
-Jesteś zła?- Spytał po dłuższym milczeniu, wykręcając koszulę.
-Nie- odburknęłam nie patrząc nań.
Z boiska dotarły do nas hałasy.
-Co tam się znowu dzieje?- Jason niechętnie podniósł się i wstał z murku.
-Pewnie znowu się leją, idioci- zauważyłam znudzona idąc za nim.
-A nie mówiłam?- Spytałam kilka minut później.
-Nox; czemu jesteś cały mokry? Próbowałeś iść i żuć gumę równocześnie, a przy okazji wpadłeś w kałużę?- Zapytał nieco złośliwie Wolf.
-A miałeś kiedyś kapcia w dupie, Wadera?- Zapytał Jason patrząc nań spode łba.
-Nie złość się, po prostu troszczę się o to, żebyś nie rozbił sobie tego uroczego pyszczka- rzucił w odpowiedzi Marius.
-Martw się o swoją gębę- odwarknął Jason.
-Tylko się nie rozpłacz; jak twój tatuś- rzucił z ironią Wadera.
Zanim zdołałam powstrzymać Jasona, ten przywalił Mariusowi z pięści w twarz.
-Odezwij się jeszcze słowem na temat mojego ojca; a rozkwaszę ci ten niewyparzony pysk...- warknął rozwścieczony Jason.
-Przestań się czepiać; Marius- powiedziałam niechętnie.
-Przepraszam; Szafirku- rzucił pieszczotliwie.
-Jego przeproś, a nie mnie- odburknęłam.
-Może mam jeszcze go poprosić, żeby drugi raz mi przyjebał?- Zapytał obrażony czarnooki. Zmierzyłam go wściekłym spojrzeniem.
-Z miłą chęcią- mruknął Moon w tej samej chwili.
-Jeśli wam to w czymś pomoże, możecie się nawet pozabijać, narazie- rzuciłam ze złością; odchodząc.
-Callisto; wszystko gra?- Spytał Michael obejmując mnie.
-Przepraszam, zawiesiłam się- odparłam, żeby go uspokoić. Znów zaczęłam grzebać w komodzie.
-Jesteś smutna..- zauważył muskając ustami tatuaż na mojej szyi.
-Zdaje ci się- odparłam cicho.
-Mnie też go brakuje. Zwłaszcza tych jego debilnych żarcików- przyznał ponuro.
Obróciłam się w jego ramionach i przytuliłam się mocno.
-Obiecaj, że mnie nie zostawisz...- szepnęłam opierając policzek na jego ramieniu.
-Nigdy cię nie zostawię- odpowiedział obejmując mnie mocniej.- Będę przy tobie zawsze...
-Chciałabym, żeby te dwa słowa nie istniały..- powiedziałam cicho.- Żeby nie było ani "nigdy", ani "zawsze"...
-Dla nas nie będzie; postaram się o to...- Odparł kołysząc się ze mną.
Wiedział, że te dwa słowa kojarzą mi się tylko z jednym uczuciem, z bólem. Zresztą znał mnie na wylot i wiedział o mnie wszystko...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz