Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Niedzielny poranek przywitał mnie wymiotami.
-Callisto.. Wszystko w porządku?- Zapytał zielonooki z troską.
Nie odpowiedziałam; wpadając sprintem do łazienki.
-Na Kulawe Aniołki...-wydyszałam ochrypłym głosem po kilku minutach męczarni, które mały potworek fundował mi co jakiś czas. Totalnie zmaltretowana powlokłam się spowrotem do sypialni.
-Blado wyglądasz..- powiedział przyglądając mi się.
-Ciesz się, że nie jesteś w ciąży.. Jezu Chryste...- Westchnęłam ciężko.
-Znów zły dzień?- Spytał. Obejmując zaczął mnie kołysać.
-Nie, że zły- zaprzeczyłam- To cholerne rzyganie mogłoby się już wreszcie skończyć.!- Wybuchnęłam z rozdrażnieniem.
-Moja księżna ma fochy?- Spytał pieszczotliwie; biorąc mnie na ręce. Zajrzał mi głęboko w oczy.
-Po prostu nienawidzę porannego "rytuału". Co dzień to samo; ile można...?- jęknęłam zniecierpliwiona.- Co będzie następne? Nogi odmówią posłuszeństwa? Wysiądą mi plecy?- Zapytałam retorycznie; lecz z irytacją.
-Moje kochanie..- Szepnął. Siadając posadził mnie sobie na kolanach.- Jestem facetem nie bez powodu. Istnieję, żeby cały czas się o ciebie troszczyć i ci pomagać..- Zapewnił dając mi buziaka.
-Wiesz, że staram się być samowystarczalna- zaczęłam nieco ostrożnie.
-Zrozum; że w twoim obecnym stanie nie możesz przenosić gór- przypomniał mi cierpliwie- a ja jestem tu też po to, by cię rozpieszczać- ten jego seksowny półuśmiech sprawił; że trochę się rozchmurzyłam.
-Uważaj; bo się przyzwyczaję- zagroziłam półżartem.
-I to mówi pani "samowystarczalna"- odciął mi się odrobinę złośliwie.
-Czubek- prychnęłam udając obrażoną.
-Świruska moja najdroższa- rzucił obsypując mnie całusami.
Poczułam w ciele łaskotanie i wiercenie się mini potworka. Zaczęłam się trząść, próbując powstrzymać się od rechotu.
-Cally?- Zapytał Michael widząc, że długo się nie odzywam.
W tym samym momencie wyparowałam głośnym śmiechem.
-Co ci...?- Zapytał zdumiony moją reakcją.
-Powiedz temu tam siedzącemu, żeby przestało mnie... Łaskotać!.- Zaczęłam rżeć jak koń, w jego ramionach wskazałam na brzuch.
-Maleństwo, daj mamie trochę odpocząć- Szepnął głaszcząc mnie po brzuchu.
Na chwilę znieruchomiałam wyciągając się w jego objęciach. Tym razem miałam dziwne uczucie; że dziecko położyło rączkę w tym samym miejscu; gdzie spoczywała dłoń zielonookiego. Równocześnie poczułam jak przez moje ciało przechodzi małe elektryczne wyładowanie.
-Co jest...?- Michael nagle cofnął dłoń i pochuchał na palce.- Prąd mnie kopnął..- stwierdził zaskoczony.
-Spoko, mnie też popieściło- drgnęłam szybko, ponieważ znów przeszedł mnie prąd.- O, cholera...- oparłam się o niego przymykając na chwilę oczy, uśmiechnęłam się z rozmarzeniem przesuwając ustami po jego szyi.
Z trudem się powstrzymałam i odsunęłam wargi. Ten zapach coraz mocniej mnie kusił, przywołując palące pragnienie.
-Mogłabyś wziąć ode mnie- zaczął niepewny mojej reakcji. Przykrył palcami dwie malutkie i ledwie widoczne blizny na szyi.
-Boli cię szyja?- Zaczęłam zaniepokojona.
Zielonooki okularnik patrzył na mnie dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy na pewno może mi to powiedzieć.
-Od jakiegoś czasu, czuję jakbym...- Urwał na krótko, jakby nie wiedząc; jak ubrać ten problem w słowa.- Jakbym miał za pełno... W żyłach..- oznajmił cicho, przesuwając dłonią po szyi.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Turkusowe oczy wpatrywały się we mnie z namysłem. Callisto długo milczała, więc zacząłem się bać, że niepotrzebnie ją niepokoję.
-Towarzyszy temu ból, albo szum w głowie?- Zapytała patrząc na mnie badawczo, przesunęła chłodnymi palcami po mojej szyi. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
-Czasami, ale..- przytaknąłem z wahaniem.
-I nic mi o tym nie powiedziałeś?- Zapytała wstrząśnięta, wpatrując się we mnie przerażonym spojrzeniem.
-Nie chciałem cię martwić. Po prostu myślałem że to nic poważnego- odparłem zgodnie z prawdą.
-To "nic poważnego" może przyprawić cię o chorobę- odpowiedziała troskliwie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Więc weź trochę- poprosił cicho, musnął ustami pieczęć na mojej szyi.
-Wiesz, że nie powinnam..- zaczęłam ostrożnie, choć pragnienie jego krwi dawało mi się we znaki, a pokusa była coraz silniejsza.
Odetchnęłam głębiej. Żyły zaczęły palić, a kły wibrowały bólem. Jego delikatny całus sprawił, że zadrżałam z bólu.
-Nie...- szepnęłam podejmując próbę oporu.
Jego kolejny subtelny pocałunek, po którym czułam, że płonę...
-Proszę...- ten szept, którym nakłaniał moją wampirzą stronę do uległości.- Proszę..- powtórzył. Leżałam pod nim na pościeli; a on patrzył na mnie tymi oczami w kolorze jasnej zieleni.
Ile razy zmusisz mnie; bym powiedział "proszę"; moje kochanie?- Usłyszałam w swojej głowie jego myśl.
-Nie mogę- powtórzyłam z trudem, nadal starając się opierać wzywającej mnie woni.
Ta- dam. Ta-da-dam. Ta-da-da-dam. Jego serce i oddech przyspieszyły, gdy zaczął mnie głodnie całować.
-Kimś; kto wie; co się tu dzieje; Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk- Odparła patrząc w lodową taflę.
-Co masz na myśli?- Zapytałam ostrożnie.
Nikołaj i Michelle przyglądali się nieznajomej ubranej we wzorzyste jedwabne kimono w kolorze brzoskwiniowym z szerokimi rękawami.
-Las jest niebezpieczny; prawda?- Zapytała po namyśle.
Wspomniałam drzewo, które runęło tuż przed samochodem Nikołaja, i jak potem niespodziewanie zgubiłam się w tak dobrze znanym mi miejscu.
-Jakby żył własnym życiem- powtórzyłam w zamyśleniu.
-Dokładnie tak- przytaknęła powoli. Między palcami lewej dłoni trzymała jakąś karteczkę.
Nikołaj oparł się słabo o samochód.
-Wszystko w porządku..?- Zapytała Michelle. Otworzyła szybko drzwi Audi i usadziła go w fotelu kierowcy. Nikołaj przechylił się szukając czegoś w schowku.
Michelle szybciej znalazła mały słoiczek i spojrzała na nazwę w zastanowieniu.
-Jesteś chory na serce- nie zapytała, stwierdziła fakt.
-To nic takiego- zbył. Wyciągnął go z jej dłoni. Odkręcił i wysypał tabletkę.
-To poważna sprawa- odparła typowo lekarskim tonem.- Nie powinien pan się przemęczać; denerwować i w ogóle..
-Lekarz się znalazł- prychnął biorąc lek.
-Akurat tak się składa, że jestem lekarzem- odpowiedziała uprzejmie.
-Wilkołak, lekarz, kobieta..- zaczął wyliczać pretensjonalnym tonem.- Co jeszcze pani wymyśli?
Michelle oparła rękę z tatuażem na kokpicie auta i westchnęła ciężko.
-Rozumiem twój realizm. Sama kiedyś taka byłam. Zanim dołączyłam do innych wilków- oznajmiła cicho.
Niedzielny poranek przywitał mnie wymiotami.
-Callisto.. Wszystko w porządku?- Zapytał zielonooki z troską.
Nie odpowiedziałam; wpadając sprintem do łazienki.
-Na Kulawe Aniołki...-wydyszałam ochrypłym głosem po kilku minutach męczarni, które mały potworek fundował mi co jakiś czas. Totalnie zmaltretowana powlokłam się spowrotem do sypialni.
-Blado wyglądasz..- powiedział przyglądając mi się.
-Ciesz się, że nie jesteś w ciąży.. Jezu Chryste...- Westchnęłam ciężko.
-Znów zły dzień?- Spytał. Obejmując zaczął mnie kołysać.
-Nie, że zły- zaprzeczyłam- To cholerne rzyganie mogłoby się już wreszcie skończyć.!- Wybuchnęłam z rozdrażnieniem.
-Moja księżna ma fochy?- Spytał pieszczotliwie; biorąc mnie na ręce. Zajrzał mi głęboko w oczy.
-Po prostu nienawidzę porannego "rytuału". Co dzień to samo; ile można...?- jęknęłam zniecierpliwiona.- Co będzie następne? Nogi odmówią posłuszeństwa? Wysiądą mi plecy?- Zapytałam retorycznie; lecz z irytacją.
-Moje kochanie..- Szepnął. Siadając posadził mnie sobie na kolanach.- Jestem facetem nie bez powodu. Istnieję, żeby cały czas się o ciebie troszczyć i ci pomagać..- Zapewnił dając mi buziaka.
-Wiesz, że staram się być samowystarczalna- zaczęłam nieco ostrożnie.
-Zrozum; że w twoim obecnym stanie nie możesz przenosić gór- przypomniał mi cierpliwie- a ja jestem tu też po to, by cię rozpieszczać- ten jego seksowny półuśmiech sprawił; że trochę się rozchmurzyłam.
-Uważaj; bo się przyzwyczaję- zagroziłam półżartem.
-I to mówi pani "samowystarczalna"- odciął mi się odrobinę złośliwie.
-Czubek- prychnęłam udając obrażoną.
-Świruska moja najdroższa- rzucił obsypując mnie całusami.
Poczułam w ciele łaskotanie i wiercenie się mini potworka. Zaczęłam się trząść, próbując powstrzymać się od rechotu.
-Cally?- Zapytał Michael widząc, że długo się nie odzywam.
W tym samym momencie wyparowałam głośnym śmiechem.
-Co ci...?- Zapytał zdumiony moją reakcją.
-Powiedz temu tam siedzącemu, żeby przestało mnie... Łaskotać!.- Zaczęłam rżeć jak koń, w jego ramionach wskazałam na brzuch.
-Maleństwo, daj mamie trochę odpocząć- Szepnął głaszcząc mnie po brzuchu.
Na chwilę znieruchomiałam wyciągając się w jego objęciach. Tym razem miałam dziwne uczucie; że dziecko położyło rączkę w tym samym miejscu; gdzie spoczywała dłoń zielonookiego. Równocześnie poczułam jak przez moje ciało przechodzi małe elektryczne wyładowanie.
-Co jest...?- Michael nagle cofnął dłoń i pochuchał na palce.- Prąd mnie kopnął..- stwierdził zaskoczony.
-Spoko, mnie też popieściło- drgnęłam szybko, ponieważ znów przeszedł mnie prąd.- O, cholera...- oparłam się o niego przymykając na chwilę oczy, uśmiechnęłam się z rozmarzeniem przesuwając ustami po jego szyi.
Z trudem się powstrzymałam i odsunęłam wargi. Ten zapach coraz mocniej mnie kusił, przywołując palące pragnienie.
-Mogłabyś wziąć ode mnie- zaczął niepewny mojej reakcji. Przykrył palcami dwie malutkie i ledwie widoczne blizny na szyi.
-Boli cię szyja?- Zaczęłam zaniepokojona.
Zielonooki okularnik patrzył na mnie dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy na pewno może mi to powiedzieć.
-Od jakiegoś czasu, czuję jakbym...- Urwał na krótko, jakby nie wiedząc; jak ubrać ten problem w słowa.- Jakbym miał za pełno... W żyłach..- oznajmił cicho, przesuwając dłonią po szyi.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Turkusowe oczy wpatrywały się we mnie z namysłem. Callisto długo milczała, więc zacząłem się bać, że niepotrzebnie ją niepokoję.
-Towarzyszy temu ból, albo szum w głowie?- Zapytała patrząc na mnie badawczo, przesunęła chłodnymi palcami po mojej szyi. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
-Czasami, ale..- przytaknąłem z wahaniem.
-I nic mi o tym nie powiedziałeś?- Zapytała wstrząśnięta, wpatrując się we mnie przerażonym spojrzeniem.
-Nie chciałem cię martwić. Po prostu myślałem że to nic poważnego- odparłem zgodnie z prawdą.
-To "nic poważnego" może przyprawić cię o chorobę- odpowiedziała troskliwie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Więc weź trochę- poprosił cicho, musnął ustami pieczęć na mojej szyi.
-Wiesz, że nie powinnam..- zaczęłam ostrożnie, choć pragnienie jego krwi dawało mi się we znaki, a pokusa była coraz silniejsza.
Odetchnęłam głębiej. Żyły zaczęły palić, a kły wibrowały bólem. Jego delikatny całus sprawił, że zadrżałam z bólu.
-Nie...- szepnęłam podejmując próbę oporu.
Jego kolejny subtelny pocałunek, po którym czułam, że płonę...
-Proszę...- ten szept, którym nakłaniał moją wampirzą stronę do uległości.- Proszę..- powtórzył. Leżałam pod nim na pościeli; a on patrzył na mnie tymi oczami w kolorze jasnej zieleni.
Ile razy zmusisz mnie; bym powiedział "proszę"; moje kochanie?- Usłyszałam w swojej głowie jego myśl.
-Nie mogę- powtórzyłam z trudem, nadal starając się opierać wzywającej mnie woni.
Ta- dam. Ta-da-dam. Ta-da-da-dam. Jego serce i oddech przyspieszyły, gdy zaczął mnie głodnie całować.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Matma..
-Ciekawe na kogo Shark ma dziś ochotę- zauważyłam poprawiając torbę na ramieniu.
-Ohyda.. Jem; Raven- powiedział z pretensją Rodriguez.
-Sorki...- rzuciłam z ironią, pochłaniając ostatni kęs pączka z serem.
-Coś czuję, że będzie dziś gnębił namiętniej; niż zwykle- odezwał się Michael obserwując idącego ku nam nauczyciela.
-Z ust mi to wyjąłeś- przyznał Paul wolno.
-Ma dziś wyjątkowo namiętną minę- stwierdziła kwaśno Julie za mną.
-Mało powiedziane- przytaknął Dominic Silver.
Shark otworzył drzwi klasy spoglądając na nas niechętnie. Wydawało mi się, że z dnia na dzień James Shark wygląda coraz gorzej. Był chorobliwie blady, schudł- wyglądał jak cień człowieka. Poza tym coraz rzadziej rzucał swoje standardowe kąśliwe uwagi; które kiedyś były codziennością.
Matma..
-Ciekawe na kogo Shark ma dziś ochotę- zauważyłam poprawiając torbę na ramieniu.
-Ohyda.. Jem; Raven- powiedział z pretensją Rodriguez.
-Sorki...- rzuciłam z ironią, pochłaniając ostatni kęs pączka z serem.
-Coś czuję, że będzie dziś gnębił namiętniej; niż zwykle- odezwał się Michael obserwując idącego ku nam nauczyciela.
-Z ust mi to wyjąłeś- przyznał Paul wolno.
-Ma dziś wyjątkowo namiętną minę- stwierdziła kwaśno Julie za mną.
-Mało powiedziane- przytaknął Dominic Silver.
Shark otworzył drzwi klasy spoglądając na nas niechętnie. Wydawało mi się, że z dnia na dzień James Shark wygląda coraz gorzej. Był chorobliwie blady, schudł- wyglądał jak cień człowieka. Poza tym coraz rzadziej rzucał swoje standardowe kąśliwe uwagi; które kiedyś były codziennością.
Lista obecności...
-Raven- tylko czekałam aż nauczyciel rzuci jakiś wredny tekst w moją stronę; ale tak się nie stało.- Jest. Rodriguez..
-Jestem- rzucił Vincent.
-Silver..- rzucił obojętnie Shark odznaczając na liście.- Tanner, obecny nieprzytomny. Dobranoc; panu- rzucił w stronę Paula.- Tyler; jak zwykle- Shark skierował krytyczne spojrzenie na zielonookiego okularnika.
Shark tłumaczył kolejne zagadnienie matematyczne ze znudzeniem; jakby przypuszczał; że i tak go nie słuchamy. Co dziwniejsze od tygodnia nikt nie wylądował przy tablicy i nie zanosiło się na to, by dziś cokolwiek miało się zmienić.
Wychowawcza..
-Miło pana widzieć, Rodriguez- Rzuciła Modliszka spoglądając na śniadolicego znad prostokątnych szkieł.
-Mnie panią także; pani profesor- odparł Vincent przymilnie.- Ładnie dziś pani wygląda.
-Niech pan nie myśli, że zapomniałam o pańskich nieobecnościach w zeszłym tygodniu- zauważyła Collins.
-Modliszka jak zawsze czujna- mruknęłam z ironią.
-Czeka na kolejną ofiarę- dorzucił szeptem Paul, a Michael z trudnością stłumił cisnący się na usta uśmiech.
-Jak widzę humor panu dopisuje; Tyler- Modliszka posłała zielonookiemu mordercze spojrzenie.
-No, cóż...- Michael uśmiechnął się słabo nie wiedząc, co powiedzieć. Szturchnął Paula mocno; jakby mówiąc z wyrzutem: nie powiedziałeś, że to ja miałem być następny.!
-Wyrocznia nawaliła?- Vincent kopnął Paula w kostkę przyglądając mu się z udawanym zaciekawieniem.
-Zjedz śledzia i spływaj- odparował Paul wywracając oczami.
Oczywiście często żartowaliśmy sobie ze zdolności Paula; który potrafił przewidzieć coś; co miało się dopiero wydarzyć; jednak przez tą umiejętność Paul się zmienił- stał się bardziej milczący i częściej wyglądał jakby czymś się martwił.
-Jak ci idzie reklama ciuchów Suriel's Grave?- Spytał z nagłym zaciekawieniem Paul.
-Ten cały fotograf to jakiś koszmar- westchnęłam ze zmęczeniem.
Popołudnie.
-Jest już moja modelka- Nikołajowi jak zwykle nie brakowało entuzjazmu.
-Zdrastvujcie- rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem. Kilka dziewczyn odpowiedzialnych za fryzurę i charakeryzację zabrało się za mnie.
-Tak; jak mówiłeś nie trzeba wiele poprawiać. Uroda idealna- zwróciła się doń niska rudowłosa grzebiąc w swojej walizeczce z kosmetykami.
-Jak marzenie; co?- Rosjanin zaśmiał się cicho; majstrował coś przy aparatach.
-Niezły tatuaż- stwierdziła Jocelyn przyglądając się mojej szyi.
-O kurczę... Czadowy- rzucił z podziwem Max. Siedząc obok przeglądał zdjęcia na laptopie.
-Co o tym myślisz?- Spytał fotograf lekko.
-Są świetne- odezwał się Matt ledwie rzucając okiem na ekran.
-Przeciętne- oznajmił blondyn wzruszając ramionami kliknął na kolejną fotkę i z okrzykiem odrzucił od siebie urządzenie; jakby go parzyło.
-A tobie co...?- Zdziwił się Tom łapiąc laptopa.- Wyjebane w kosmos- powiedział zafascynowany wpatrując się w ekran.
-Co jest takie interesujące?- Spytał Nikołaj.
-Sami zobaczcie- Tom położył przenośny komputer na stole.
Na pulpicie widniało jedno z moich zdjęć plenerowych: leżałam wyluzowana na ławce w parku z prawą ręką opartą na czole. Lewa dłoń zwisała swobodnie ukazując lazurytowy sygnet. Patrzyłam w niebo zamyślonym wzrokiem intensywnie szkarłatnych oczu.
-Przecież je poprawiałem- zauważył zaskoczony Nikołaj.
Z trudem ukryłam kolejny błysk czerwieni, przymykając na chwilę oczy. Jeśli to się wyda..
-Co jest takie super? O żesz ty...- Szepnął Matt wlepiając oczy w monitor.
-Wow...- wydusiła Diana odgarniając na bok szopę krwistoczerwonych włosów.
-Może weźmy się do pracy.. Auć- skrzywiłam się; gdy Jocelyn ukłuła mnie wsuwką.
-Przepraszam; Callisto..- rzuciła ciemnowłosa Jocelyn nie odrywając się od pracy.
-Ciekawe co na to powie magazyn- stwierdził Nikołaj.
-Wszyscy lubią tajemnicze fotki, hm?- Starałam się wyglądać jakby nic się nie stało.
-Więcej entuzjazmu; krasnaja- rzucił z humorem Nikołaj.
-Priekrasnoje.. Ten to zawsze znajdzie jakiś powód do radochy- mruknęłam otwierając czekoladę.
***
-Więcej ekspresji- nakazał młodzieniec.
-Wiszę na tym drzewie od kwadransa. Chyba bardziej ekspresyjnie można jedynie zatrzasnąć się w trumnie- zauważyłam z sarkazmem. Przewinęłam się i chwyciłam palcami gałęzi; po czym zeskoczyłam i wylądowałam w przyklęku.
-O coś takiego mi chodziło- stwierdził robiąc kilka zdjęć.- Jesteś akrobatką?- spytał zaciekawiony.
-Nie; skąd ci to przyszło do głowy?- Odpowiedziałam pytaniem.
-To lądowanie było super. Nie znam nikogo kto tak umie..- powiedział z podziwem.
-Już znasz- skwitowałam opierając się o pień topoli. Słysząc francuską pieśń żałobną spojrzałam z zastanowieniem na idącego ścieżką parku Undertakera. Nikołaj patrzył podejrzliwie na chłopaka. Sebastian szedł podrzucając jakiś drobiazg; gdy nagle zadzwonił jego telefon.
-Tu piekielnie gorąca linia; operatorka Rachel; słucham- rzucił do słuchawki swój sławny tekst powitalny. Stanął jak wryty i przeciął ręką powietrze łapiąc kamyk.- No, coś słyszałem na ten temat, ale.. Taa; jak co środę- potwierdził spokojnie.- Spoko; spytam. Cześć- wsunął telefon do kieszeni i ruszył szybkim krokiem w stronę fary. Po jego minie wywnioskowałam, że w mieście znów coś się dzieje. Kolejny błysk flesza.
-Co jest..?- Jęknęłam spoglądając na Rosjanina z boku.
-Miałem okazję na cudną fotkę. Pięknie wyglądało to twoje zamyślenie- zauważył wesoło.
-Ten twój entuzjazm zaczyna doprowadzać mnie do szału- zauważyłam z ironią.- Ucieszyłoby cię nawet; gdybyś oberwał zgniłym pomidorem, co?-Prychnęłam złośliwie.
-Po prostu cieszę się życiem- Nikołaj wzruszył ramionami i uśmiechnął się łobuzersko.
-Jesteś trochę dziwny- szturchnęłam go lekko.- Dobra, dosyć tego opieprzania; robota czeka-rzuciłam dziarsko.
***
-Zróbmy sobie małą przerwę- rzucił Nikołaj.
-Jestem za- rzuciłam przeciągając się lekko. Błysk.- Hej, przerwa koleś..- szturchnęłam go mocno.
-Przepraszam. Po prostu jesteś najlepszą modelką, z jaką do tej pory pracowałem.- Odparł nieco zakłopotany; gdy usiedliśmy przy kawiarnianym stoliku.
-Niby pod jakim względem?- Spytałam kpiąco.
-Jesteś... Zachowujesz się naturalnie.- Nikołaj uśmiechnął się.- Potrafisz być sobą; w przeciwieństwie do niektórych modelek; które wprost uwielbiają strzelać focha na wszystko- przed nami wylądowały filiżanki z kawą; kelnerka po chwili odpłynęła gdzieś dalej.
-Dzięki, staram się- rzuciłam.
-Wcale nie- wpadł mi w słowo i oboje zarechotaliśmy uznając to za niezły żart. -Przejrzymy fotki?- Spytał.
-Czemu nie?- Rzuciłam zachęcająco, pijąc kawę. Zaczęliśmy przegląd zdjęć. Dotarł do zdjęcia; które uchwyciło chwilę mojego zamyślenia. Stałam oparta o topolę i wpatrzona w dal obserwowałam coś. Dłoń z sygnetem i pierścionkiem spoczywała na jednej z linii tatuażu na szyi- dokładnie na tej skrywającej ledwie widoczne blizny po kłach czystej krwi wampira.
-Ciekawe- mruknęłam.
-Wygląda jakbyś o kimś myślała; nie?- Rzucił.
-Zupełnie jakbym myślała o Nim...- przytaknęłam nie słuchając. Poczułam przechodzące mnie spiralne uderzenia Mocy i ruchy małego potworka w moim brzuchu.
-Wszystko w porządku?- Zapytał zaniepokojony Nikołaj.
-To nic.. Zaraz mi przejdzie..- odpowiedziałam z przymkniętymi oczami.
-Może zawieźć cię do szpitala?- Zapytał.
-N-Nie.. Wszystko gra...- odpowiedziałam otwierając oczy.- Po prostu od jakiegoś czasu to się zdarza...
Nazajutrz rano..
Wzięłam w dłoń gazetę i omal nie wyplułam transfuzyjnej gapiąc się na fotkę na pierwszej stronie "Telegraph" i tytuł: Kim jest modelka nowej wytwórni ubrań Suriel's Grave?
-Na Świętego Anioła...- wymamrotałam przechodząc do czytania artykułu opatrzonego naszym zdjeciem w kawiarni.
-Raven- tylko czekałam aż nauczyciel rzuci jakiś wredny tekst w moją stronę; ale tak się nie stało.- Jest. Rodriguez..
-Jestem- rzucił Vincent.
-Silver..- rzucił obojętnie Shark odznaczając na liście.- Tanner, obecny nieprzytomny. Dobranoc; panu- rzucił w stronę Paula.- Tyler; jak zwykle- Shark skierował krytyczne spojrzenie na zielonookiego okularnika.
Shark tłumaczył kolejne zagadnienie matematyczne ze znudzeniem; jakby przypuszczał; że i tak go nie słuchamy. Co dziwniejsze od tygodnia nikt nie wylądował przy tablicy i nie zanosiło się na to, by dziś cokolwiek miało się zmienić.
Wychowawcza..
-Miło pana widzieć, Rodriguez- Rzuciła Modliszka spoglądając na śniadolicego znad prostokątnych szkieł.
-Mnie panią także; pani profesor- odparł Vincent przymilnie.- Ładnie dziś pani wygląda.
-Niech pan nie myśli, że zapomniałam o pańskich nieobecnościach w zeszłym tygodniu- zauważyła Collins.
-Modliszka jak zawsze czujna- mruknęłam z ironią.
-Czeka na kolejną ofiarę- dorzucił szeptem Paul, a Michael z trudnością stłumił cisnący się na usta uśmiech.
-Jak widzę humor panu dopisuje; Tyler- Modliszka posłała zielonookiemu mordercze spojrzenie.
-No, cóż...- Michael uśmiechnął się słabo nie wiedząc, co powiedzieć. Szturchnął Paula mocno; jakby mówiąc z wyrzutem: nie powiedziałeś, że to ja miałem być następny.!
-Wyrocznia nawaliła?- Vincent kopnął Paula w kostkę przyglądając mu się z udawanym zaciekawieniem.
-Zjedz śledzia i spływaj- odparował Paul wywracając oczami.
Oczywiście często żartowaliśmy sobie ze zdolności Paula; który potrafił przewidzieć coś; co miało się dopiero wydarzyć; jednak przez tą umiejętność Paul się zmienił- stał się bardziej milczący i częściej wyglądał jakby czymś się martwił.
-Jak ci idzie reklama ciuchów Suriel's Grave?- Spytał z nagłym zaciekawieniem Paul.
-Ten cały fotograf to jakiś koszmar- westchnęłam ze zmęczeniem.
Popołudnie.
-Jest już moja modelka- Nikołajowi jak zwykle nie brakowało entuzjazmu.
-Zdrastvujcie- rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem. Kilka dziewczyn odpowiedzialnych za fryzurę i charakeryzację zabrało się za mnie.
-Tak; jak mówiłeś nie trzeba wiele poprawiać. Uroda idealna- zwróciła się doń niska rudowłosa grzebiąc w swojej walizeczce z kosmetykami.
-Jak marzenie; co?- Rosjanin zaśmiał się cicho; majstrował coś przy aparatach.
-Niezły tatuaż- stwierdziła Jocelyn przyglądając się mojej szyi.
-O kurczę... Czadowy- rzucił z podziwem Max. Siedząc obok przeglądał zdjęcia na laptopie.
-Co o tym myślisz?- Spytał fotograf lekko.
-Są świetne- odezwał się Matt ledwie rzucając okiem na ekran.
-Przeciętne- oznajmił blondyn wzruszając ramionami kliknął na kolejną fotkę i z okrzykiem odrzucił od siebie urządzenie; jakby go parzyło.
-A tobie co...?- Zdziwił się Tom łapiąc laptopa.- Wyjebane w kosmos- powiedział zafascynowany wpatrując się w ekran.
-Co jest takie interesujące?- Spytał Nikołaj.
-Sami zobaczcie- Tom położył przenośny komputer na stole.
Na pulpicie widniało jedno z moich zdjęć plenerowych: leżałam wyluzowana na ławce w parku z prawą ręką opartą na czole. Lewa dłoń zwisała swobodnie ukazując lazurytowy sygnet. Patrzyłam w niebo zamyślonym wzrokiem intensywnie szkarłatnych oczu.
-Przecież je poprawiałem- zauważył zaskoczony Nikołaj.
Z trudem ukryłam kolejny błysk czerwieni, przymykając na chwilę oczy. Jeśli to się wyda..
-Co jest takie super? O żesz ty...- Szepnął Matt wlepiając oczy w monitor.
-Wow...- wydusiła Diana odgarniając na bok szopę krwistoczerwonych włosów.
-Może weźmy się do pracy.. Auć- skrzywiłam się; gdy Jocelyn ukłuła mnie wsuwką.
-Przepraszam; Callisto..- rzuciła ciemnowłosa Jocelyn nie odrywając się od pracy.
-Ciekawe co na to powie magazyn- stwierdził Nikołaj.
-Wszyscy lubią tajemnicze fotki, hm?- Starałam się wyglądać jakby nic się nie stało.
-Więcej entuzjazmu; krasnaja- rzucił z humorem Nikołaj.
-Priekrasnoje.. Ten to zawsze znajdzie jakiś powód do radochy- mruknęłam otwierając czekoladę.
***
-Więcej ekspresji- nakazał młodzieniec.
-Wiszę na tym drzewie od kwadransa. Chyba bardziej ekspresyjnie można jedynie zatrzasnąć się w trumnie- zauważyłam z sarkazmem. Przewinęłam się i chwyciłam palcami gałęzi; po czym zeskoczyłam i wylądowałam w przyklęku.
-O coś takiego mi chodziło- stwierdził robiąc kilka zdjęć.- Jesteś akrobatką?- spytał zaciekawiony.
-Nie; skąd ci to przyszło do głowy?- Odpowiedziałam pytaniem.
-To lądowanie było super. Nie znam nikogo kto tak umie..- powiedział z podziwem.
-Już znasz- skwitowałam opierając się o pień topoli. Słysząc francuską pieśń żałobną spojrzałam z zastanowieniem na idącego ścieżką parku Undertakera. Nikołaj patrzył podejrzliwie na chłopaka. Sebastian szedł podrzucając jakiś drobiazg; gdy nagle zadzwonił jego telefon.
-Tu piekielnie gorąca linia; operatorka Rachel; słucham- rzucił do słuchawki swój sławny tekst powitalny. Stanął jak wryty i przeciął ręką powietrze łapiąc kamyk.- No, coś słyszałem na ten temat, ale.. Taa; jak co środę- potwierdził spokojnie.- Spoko; spytam. Cześć- wsunął telefon do kieszeni i ruszył szybkim krokiem w stronę fary. Po jego minie wywnioskowałam, że w mieście znów coś się dzieje. Kolejny błysk flesza.
-Co jest..?- Jęknęłam spoglądając na Rosjanina z boku.
-Miałem okazję na cudną fotkę. Pięknie wyglądało to twoje zamyślenie- zauważył wesoło.
-Ten twój entuzjazm zaczyna doprowadzać mnie do szału- zauważyłam z ironią.- Ucieszyłoby cię nawet; gdybyś oberwał zgniłym pomidorem, co?-Prychnęłam złośliwie.
-Po prostu cieszę się życiem- Nikołaj wzruszył ramionami i uśmiechnął się łobuzersko.
-Jesteś trochę dziwny- szturchnęłam go lekko.- Dobra, dosyć tego opieprzania; robota czeka-rzuciłam dziarsko.
***
-Zróbmy sobie małą przerwę- rzucił Nikołaj.
-Jestem za- rzuciłam przeciągając się lekko. Błysk.- Hej, przerwa koleś..- szturchnęłam go mocno.
-Przepraszam. Po prostu jesteś najlepszą modelką, z jaką do tej pory pracowałem.- Odparł nieco zakłopotany; gdy usiedliśmy przy kawiarnianym stoliku.
-Niby pod jakim względem?- Spytałam kpiąco.
-Jesteś... Zachowujesz się naturalnie.- Nikołaj uśmiechnął się.- Potrafisz być sobą; w przeciwieństwie do niektórych modelek; które wprost uwielbiają strzelać focha na wszystko- przed nami wylądowały filiżanki z kawą; kelnerka po chwili odpłynęła gdzieś dalej.
-Dzięki, staram się- rzuciłam.
-Wcale nie- wpadł mi w słowo i oboje zarechotaliśmy uznając to za niezły żart. -Przejrzymy fotki?- Spytał.
-Czemu nie?- Rzuciłam zachęcająco, pijąc kawę. Zaczęliśmy przegląd zdjęć. Dotarł do zdjęcia; które uchwyciło chwilę mojego zamyślenia. Stałam oparta o topolę i wpatrzona w dal obserwowałam coś. Dłoń z sygnetem i pierścionkiem spoczywała na jednej z linii tatuażu na szyi- dokładnie na tej skrywającej ledwie widoczne blizny po kłach czystej krwi wampira.
-Ciekawe- mruknęłam.
-Wygląda jakbyś o kimś myślała; nie?- Rzucił.
-Zupełnie jakbym myślała o Nim...- przytaknęłam nie słuchając. Poczułam przechodzące mnie spiralne uderzenia Mocy i ruchy małego potworka w moim brzuchu.
-Wszystko w porządku?- Zapytał zaniepokojony Nikołaj.
-To nic.. Zaraz mi przejdzie..- odpowiedziałam z przymkniętymi oczami.
-Może zawieźć cię do szpitala?- Zapytał.
-N-Nie.. Wszystko gra...- odpowiedziałam otwierając oczy.- Po prostu od jakiegoś czasu to się zdarza...
Nazajutrz rano..
Wzięłam w dłoń gazetę i omal nie wyplułam transfuzyjnej gapiąc się na fotkę na pierwszej stronie "Telegraph" i tytuł: Kim jest modelka nowej wytwórni ubrań Suriel's Grave?
-Na Świętego Anioła...- wymamrotałam przechodząc do czytania artykułu opatrzonego naszym zdjeciem w kawiarni.
Rzecznik prasowy grupy ogłosił wypuszczenie na rynek próbnej serii odzieży dla fanów zespołu Suriel's Grave. Fani z wyraźnym zaciekawieniem czekają. Obserwowaliśmy wczorajszą sesję plenerową nowej modelki. Dziewczyna jest nie tylko profesjonalistką, ale i niespotykaną pięknością. Nasz reporter zauważył, że lubi pogadać; a jej sposób bycia i maniery powinny być wzorem dla każdej modelki. Z obserwacji wynika również, że także sam fotograf czerpie przyjemność z pracy z turkusowooką pięknością. Sesja odbyła się wczoraj po południu. Owa dziewczyna jest nie tylko wysportowana i pełna gracji; lecz także utalentowana. Czyżby ćwiczyła jakąś dyscyplinę sportową? Kim jest?
-Po prostu świetnie... Szlag by to- mruknęłam z irytacją ubierając szkolny mundurek.
-Widziałaś?- Zapytał zielonooki niechętnie.
-Nawet mnie nie dobijaj... Jeszcze tego mi brakuje do szczęścia- ruszyłam do łazienki. Wiążąc na szyi krawat zastanawiałam się, co mnie jeszcze czeka.
-Spokojnie; kochanie- Rzucił obejmując mnie w żebrach oparł dłonie na wystającym brzuchu.
-Niedługo nawet w mundurek się nie zmieszczę- zmieniłam szybko temat.
-Jeszcze tylko pięć miesięcy i..- pocieszył mnie.
-I będę wolna- skończyłam z sarkazmem, przypinając krawat spinką.
W szkole prasowy artykuł wzbudził niemałe zainteresowanie. Wszyscy plotkowali i snuli różne domysły.
-Zaraz oszaleję...- Jęknęłam jedząc bułkę z serem, szynką, sałatą i pomidorem z mega porcją majonezu.
-Coś cię z nim łączy?- Zapytał nagle Michael patrząc na mnie z boku.
-Nie- Odpowiedziałam troche ostrzej, niż miałam zamiar.
-Jesteś zła- stwierdził z lekka podejrzliwie.
-Po prostu wkurza mnie ta cała sytuacja- westchnęłam ciężko.- Chyba nie jesteś o mnie zazdrosny..
-Jak mam nie być skoro widziałem te jego maślane oczka?- Zapytał z rozdrażnieniem.
-Och, Michael... Daj spokój- westchnęłam.- Nie musisz być zazdrosny. Niedługo będę twoją żoną, więc..
-Muszę- burknął urażony nie patrząc na mnie.- Jesteś moja- powiedział cicho.
-I zawsze będę- uspokoiłam obejmując go ramieniem. Pocałowałam go lekko.
-Ty nic nie rozumiesz; Cally..- westchnął poirytowany.- Wszyscy faceci... Oni, no... Rozbierają cię wzrokiem- powiedział zły.
-Rozbierają? Czy ty, aby, nie przesadzasz?- Zapytałam spokojnie.
-Nie udawaj, że tego nie widzisz- sapnął.
-No, widzę; że się gapią; no ale od razu rozbieranie wzrokiem?- Jęknęłam niecierpliwie.
-Przykuwasz wzrok; bo jesteś piękna i...- zaczął.
-Nie zmienię tego, że jestem pijawą- mruknęłam niechętnie.- Zresztą nie zwracam uwagi na gapiących się na mnie facetów. Mam ciebie i to mi wystarczy- uśmiechnęłam się szeroko.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Boże.. Ona naprawdę nic nie rozumie..
Jest tak piękna, że na jej widok niektórzy faceci zbaczają z kursu i lądują w śmieciach, albo przypierdalają w cokolwiek na ich drodze. Callisto się z tego śmieje, nazywając każdego delikwenta ofermą; ale gdy widzę te ich spojrzenia na nią aż się we mnie gotuje... Dosłownie mam ochotę zabić każdego; kto na nią spojrzy. Jest moja i tylko moja. Niech tylko któryś się do niej zbliży; a nie ręcze za siebie..
Gdybym to ja miał taką dziewczynę, byłbym o nią równie zazdrosny..- wspomniałem słowa Matta. Taką dziewczynę. Powiedział to tak, jakby Callisto była jakimś cudem.
Tak jak ty kochasz moją córkę- Cichy głos jej ojca nagle mnie uspokoił. Wiedziałem, że mogę ufać Callisto; ale- w głębi serca- nadal bałem się; że ktoś będzie próbował mi ją odebrać. Ten niczym nieuzasadniony strach stale mnie prześladował. W koszmarach ciągle ją traciłem...
-Właściwie powinieneś się cieszyć, że twoja narzeczona jest ładna- zauważyła Callisto po dłuższym milczeniu.
-Cieszę się; ale nie o to chodzi- odparłem spokojniej.
-Więc o co?- Zaczęła zbita z tropu.
-O to; jak ci faceci na ciebie patrzą...- obruszyłem się.- Jakbyś była smacznym kąskiem..
-A nie jestem?- Zdziwiła się, nie przypuszczając; że doprowadza mnie tym do szału.
-Jesteś, ale...- burknąłem nieudolnie próbując ukryć złość.- Nie dla psa kiełbasa..- prychnąłem.
-Och; Michael.. Wiesz, że nie zwracam na to uwagi...- odparła spokojnie wchodząc na schody.- A wiesz czemu?- Spytała patrząc na mnie z ukosa, iskrzącymi turkusem oczami. -Czemu?- Spytałem bez przekonania. -Bo mam kogoś; kogo widok nigdy mi się nie znudzi..- powiedziała pewnie.
-Kto to jest?- Zapytałem podejrzliwie.
-Ty; głuptasie- zaśmiała się ciepło, ściskając lekko moje palce.
Hiszpański.
Santiago rozdał arkusze testowe i siadł przy biurku.
-Nie radzę ściągać- rzucił rozglądając się bacznie po sali.
Bo mam kogoś, kogo widok nigdy mi się nie znudzi..- Dlaczego zawsze potrafi mówić o wszystkim tak... Wzniośle. Jakby każda sekunda ze mną była dla niej jedyna w swoim rodzaju. Była wampirem. Może i miała bardziej wyostrzone zmysły i więcej siły; ale... Czasami zastanawiałem się z jakiego powodu jestem dla niej tak bardzo ważną osobą. Czym sobie na to zasłużyłem? Dlaczego rezygnuje z mojej krwi; tylko dlatego; że się o mnie boi? Nigdy nie potrafiłem zapytać o to; jak bardzo jestem dla niej ważny. W ogóle nie zapytałem o te wszystkie rzeczy.. Wróciłem do testu i zacząłem go wypełniać.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Francuski..
Zachowanie Michaela coraz bardziej mnie martwi. Za każdym razem; gdy jakiś koleś za długo na mnie patrzy, zielonooki ma taki wyraz twarzy, jakby wstąpił w niego demon. Dlaczego aż tak mocno wariował z zazdrości o mnie? Czegoś się bał? Dlaczego kiedyś określił mnie jako swoją grawitację? Z jakiego powodu patrzy na mnie z takim przywiązaniem?
-Mademoiselle; Raven- z rozmyślań wyrywa mnie głos profesor Maxime. Spojrzałam na tablicę i ruszyłam w jej kierunku.
Stołówka szkolna, przerwa na lunch.
Taca Michaela zawierała to; co zwykle w czwartki: trzy słodkie bułki z czekoladą, kartonik mleka i średnie czerwone jabłko.
-Znów śledzik, Raven?- Spytał Vincent z zaciekawieniem.
-Dziś mam ochotę na coś lekkiego. Nie chcę się więcej roztyć- wzruszyłam ramionami z ironicznym uśmieszkiem.
-Sałatka z kurczakiem i lemoniada; a na deserek wafelek bez czekolady?- Zapytał Paul.
-Wyrocznia, jak zawsze bezbłędna- rzuciłam wesoło, kładąc na blacie swoją tacę.
Nie dla psa kiełbasa- powiedział to takim tonem, jakbym była tylko jego. Ten ton był nie tyle zazdrosny, co zaborczy. Jakby mówił: to moje i nikomu nie oddam. Traktował mnie jak najcenniejszą i najdelikatniejszą rzecz pod słońcem; którą nie chciał się z nikim dzielić. To pieszczotliwe "kochanie" z jego ust, objęcie; ciepło ramion.. W ogóle sama jego obecność obok była dla mnie wszystkim. Nie musiał nic mówić- sam jego widok i dotyk był sensem wszystkiego. To on wyciągnął mnie z rozpaczy i dał mi nadzieję. To on był tą nadzieją.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Drugi dzień sesji...
-Świetnie..- rzucił z uciechą Nikołaj tańcząc wokół mnie z aparatem. Z trudem stałam na zamarzniętym stawie, w łyżwach na stopach, uważając żeby nie rozjechały mi się nogi.
-Zaraz się wypieprzę...- zaczęłam z obawą balansując na łyżwach.
-Nigdy nie jeździłaś?- Spytał.
-Miałam lepsze rozrywki w dzieciństwie... Cholera...- zachwiałam się niebezpiecznie. Przyskoczył i pomógł mi utrzymać się na nogach.- Dzięki..
-Spoko- rzucił szepczący głos.
-Undertaker- syknęłam odskakując. Lewa noga odjechała na bok.
-Co?- Spytał niewinnie pomagając mi się podnieść.
-Nic.
-Chciałem tylko wam powiedzieć; że dziennikarze zaraz tu będą..- zauważył Sebastian przeciągając się.
-Lepiej stąd spadać- zgodził się Nikołaj.- Znasz jakieś spokojne miejsce?- Spytał Undertakera. Sebastian przyglądając się przez chwilę fotografowi odparł:
-Jedyne, co przychodzi mi na myśl to okolice jeziora- powiedział z namysłem szafirowooki.
-Blisko ciekawych atrakcji.. Nawiedzona farma. Dom Strachu.. Wprost cudowna sceneria- przewróciłam oczami z ironią.
-Nie ma sprawy- rzucił uprzejmie Undertaker odchodząc.
-Lepiej się zmywajmy- zaproponował Nikołaj.
-Taa- szybko zdjęłam łyżwy i wciągnęłam na stopy buty. Ruszyliśmy do auta.
-Czymś się martwisz- zagadnął podczas jazdy Nikołaj.
-To nic takiego- odparłam spokojnie.
-Może mógłbym ci jakoś pomóc..- zasugerował rzucając mi szybkie spojrzenie.
-Raczej wątpię. Facetów zwyczajnie nie da się zrozumieć- wzruszyłam ramionami.
-Pokłóciłaś się z chłopakiem?- Spytał trochę zbyt szybko.- Przepraszam; nie powinienem pytać- poprawił potknięcie.
-Nie pokłóciłam się, tylko... Ech.. Michael jest zazdrosny o każdego, kto choćby na mnie spojrzy i.. Zapytał nawet, czy nas coś nie łączy..- zwierzyłam się niechętnie.
-Nas? Znaczy się, że poza pracą?- Spytał zaskoczony.
-Taa- westchnęłam ciężko.
-Powiedz, że jestem żonaty; to powinno załatwić sprawę- uśmiechnął się lekko.
-To nie takie proste.. Czasem Michael zachowuje się; jakby miał zamiar rozerwać na strzępy każdego innego faceta.
-To zrozumiałe. Jesteś urodziwą dziewczyną- zauważył nieco zakłopotany.
-Faceci są dziwni- burknęłam. Nikołaj roześmiał się wesoło.
-Twój chłopak jest absolutnie normalnym facetem. Po prostu traktuje innych; jak konkurencję- wzruszył ramionami, jakby to było coś zupełnie normalnego.
Okolice jeziora; trzy kilometry na zachód od letniej posiadłości Rodu.
-Malownicza miejscówka- powiedział z podziwem Nikołaj wysiadając z czarnego Audi rozglądał się po wzgórzu z majaczącym w oddali lasem. W bezpośrednim sąsiedztwie szumiały skute lodem wody jeziora, a nieco dalej stał niszczejący most.
-Mówiłaś coś o Nawiedzonej Farmie- przypomniał sobie brunet nagle.
-To kilka kilometrów za mostem. Straszne zadupie- Rzuciłam lekceważąco.
-Czemu jest nawiedzona?- Zaciekawił się.
-Podobno stary Wolf, to znaczy właściciel farmy, w ataku szału w okrutny sposób zamordował żonę i czwórkę dzieci. Zwyczajnie przyszedł do domu, jak co wieczór; a potem zupełnie nagle wściekł się i zabił- wzruszyłam ramionami.- To było jakieś trzydzieści lat temu; może więcej... Słyszałam o tym od dziadka- wyjaśniłam powoli.- Od tamtej pory ludzie mówią, że tam straszy.
-A straszy?- Spytał z ciekawością.
-Nie sądzę- stwierdziłam obojętnie poprawiając kurtkę.
Nagle to uczucie... Obecność wampira.! Znieruchomiałam wbijając wzrok w teren na drugim brzegu. W tej chwili dostrzegłam biegnącego nieznajomego wampira. Biegł jakby przed czymś uciekał. Chyba mnie wyczuł, bo obejrzał się przez ramię i niespodziewanie jego bieg skończył się na pniu drzewa.
-A ten to kto?- Zdziwiony Nikołaj obserwował nieznajomego, którego ścigał olbrzymi czekoladowy likantrop. Wilczyca rzuciła się w dalszy pościg; a Nikołaj obserwował to głęboko zdumiony.- Spokojne miejsce; co?- Mruknął jakby do siebie; powoli opuszczając rękę, w której trzymał lustrzankę. Wadera ujadając zagrodziła pijawie drogę ucieczki, a wampir spojrzał prosto na Nikołaja... W ułamku sekundy zdążyłam odepchnąć Rosjanina i odbić pierwszy cios wampira.
-Demoniczna Kruk- warknął nienawistnie.- Płoszysz mi obiad.
-Jesteś na łowczej ziemi; ścierwo- odparowałam zapodając mu kopniaka. Chwycił mnie za ciuchy i rzucił mną. Walnęłam plecami w pień rozłożystego dębu i posypało mnie śniegiem.
-Callisto, nic ci nie jest??- Zapytał Nikołaj biegnąc do mnie. Podniosłam się na nogi. -Wszystko gra- sięgnęłam do buta po sztylet.
-Skąd...?- Zaczął.
-Stań za mną i nie pytaj- rzucając się do ataku.
Wymienialiśmy ciosy z nadnaturalną szybkością. Mój przeciwnik potknął się; a gdy zadałam kolejny cios zrobił unik i powalił mnie na ziemię.
-Ty, marny poziomie D!- Warknął z wściekłością.
-Dla ciebie; słynna łowczyni Rodu Kruka; pijawo- odparowałam zadając cios bronią.- W imieniu Stowarzyszenia Łowców, zdychaj wampirze- sztylet przebił wampira; po którym pozostał piasek. Dźwignęłam się z pokrytej bałym puchem ziemi i chowając broń w bucie wstałam.
-C-Co...? J-Jak to się...?- Wychrypiał zszokowany Nikołaj.
-Spokojnie..- zaczęłam cicho.
-Żadne spokojnie. Ten facet... Próbował... I zmienił się w piasek...- zaczął zdenerwowany.- Co to ma w ogóle być..?! To nie do ogarnięcia jest..
-Wiele rzeczy w tym mieście jest; jak mówisz; nie do ogarnięcia- zauważył cichy głos.- Siema Callisto..
-Cześć Michelle- odwzajemniając powitanie uśmiechnęłam się.
-A gdzie ten wilk?- Nikołaj rozejrzał się zaskoczony.
-Stoi tuż przed tobą- Postać Michelle zastąpiła czekoladowa wilczyca.
-Callisto... Yyy..?- Nikołaj naprawdę nic z tego nie rozumiał.
-Może zróbmy sobie dłuższą przerwę.- Zauważyłam wyciągając z leżącej na dachu auta torby butelkę transfuzyjnej.
***
-Chcecie mi wmówić, że ty, Callisto, jesteś wampirem; a pani jest... Kim, przepraszam, jesteś?
-Likantropem. Inaczej mówiąc wilkołakiem i... Nie, nie zjadam ludzi- odparła z ironią Michelle.
-Pamiętasz to zdjęcie, którego nie szło poprawić?- Powoli otworzyłam oczy.
-Widziałaś?- Zapytał zielonooki niechętnie.
-Nawet mnie nie dobijaj... Jeszcze tego mi brakuje do szczęścia- ruszyłam do łazienki. Wiążąc na szyi krawat zastanawiałam się, co mnie jeszcze czeka.
-Spokojnie; kochanie- Rzucił obejmując mnie w żebrach oparł dłonie na wystającym brzuchu.
-Niedługo nawet w mundurek się nie zmieszczę- zmieniłam szybko temat.
-Jeszcze tylko pięć miesięcy i..- pocieszył mnie.
-I będę wolna- skończyłam z sarkazmem, przypinając krawat spinką.
W szkole prasowy artykuł wzbudził niemałe zainteresowanie. Wszyscy plotkowali i snuli różne domysły.
-Zaraz oszaleję...- Jęknęłam jedząc bułkę z serem, szynką, sałatą i pomidorem z mega porcją majonezu.
-Coś cię z nim łączy?- Zapytał nagle Michael patrząc na mnie z boku.
-Nie- Odpowiedziałam troche ostrzej, niż miałam zamiar.
-Jesteś zła- stwierdził z lekka podejrzliwie.
-Po prostu wkurza mnie ta cała sytuacja- westchnęłam ciężko.- Chyba nie jesteś o mnie zazdrosny..
-Jak mam nie być skoro widziałem te jego maślane oczka?- Zapytał z rozdrażnieniem.
-Och, Michael... Daj spokój- westchnęłam.- Nie musisz być zazdrosny. Niedługo będę twoją żoną, więc..
-Muszę- burknął urażony nie patrząc na mnie.- Jesteś moja- powiedział cicho.
-I zawsze będę- uspokoiłam obejmując go ramieniem. Pocałowałam go lekko.
-Ty nic nie rozumiesz; Cally..- westchnął poirytowany.- Wszyscy faceci... Oni, no... Rozbierają cię wzrokiem- powiedział zły.
-Rozbierają? Czy ty, aby, nie przesadzasz?- Zapytałam spokojnie.
-Nie udawaj, że tego nie widzisz- sapnął.
-No, widzę; że się gapią; no ale od razu rozbieranie wzrokiem?- Jęknęłam niecierpliwie.
-Przykuwasz wzrok; bo jesteś piękna i...- zaczął.
-Nie zmienię tego, że jestem pijawą- mruknęłam niechętnie.- Zresztą nie zwracam uwagi na gapiących się na mnie facetów. Mam ciebie i to mi wystarczy- uśmiechnęłam się szeroko.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Boże.. Ona naprawdę nic nie rozumie..
Jest tak piękna, że na jej widok niektórzy faceci zbaczają z kursu i lądują w śmieciach, albo przypierdalają w cokolwiek na ich drodze. Callisto się z tego śmieje, nazywając każdego delikwenta ofermą; ale gdy widzę te ich spojrzenia na nią aż się we mnie gotuje... Dosłownie mam ochotę zabić każdego; kto na nią spojrzy. Jest moja i tylko moja. Niech tylko któryś się do niej zbliży; a nie ręcze za siebie..
Gdybym to ja miał taką dziewczynę, byłbym o nią równie zazdrosny..- wspomniałem słowa Matta. Taką dziewczynę. Powiedział to tak, jakby Callisto była jakimś cudem.
Tak jak ty kochasz moją córkę- Cichy głos jej ojca nagle mnie uspokoił. Wiedziałem, że mogę ufać Callisto; ale- w głębi serca- nadal bałem się; że ktoś będzie próbował mi ją odebrać. Ten niczym nieuzasadniony strach stale mnie prześladował. W koszmarach ciągle ją traciłem...
-Właściwie powinieneś się cieszyć, że twoja narzeczona jest ładna- zauważyła Callisto po dłuższym milczeniu.
-Cieszę się; ale nie o to chodzi- odparłem spokojniej.
-Więc o co?- Zaczęła zbita z tropu.
-O to; jak ci faceci na ciebie patrzą...- obruszyłem się.- Jakbyś była smacznym kąskiem..
-A nie jestem?- Zdziwiła się, nie przypuszczając; że doprowadza mnie tym do szału.
-Jesteś, ale...- burknąłem nieudolnie próbując ukryć złość.- Nie dla psa kiełbasa..- prychnąłem.
-Och; Michael.. Wiesz, że nie zwracam na to uwagi...- odparła spokojnie wchodząc na schody.- A wiesz czemu?- Spytała patrząc na mnie z ukosa, iskrzącymi turkusem oczami. -Czemu?- Spytałem bez przekonania. -Bo mam kogoś; kogo widok nigdy mi się nie znudzi..- powiedziała pewnie.
-Kto to jest?- Zapytałem podejrzliwie.
-Ty; głuptasie- zaśmiała się ciepło, ściskając lekko moje palce.
Hiszpański.
Santiago rozdał arkusze testowe i siadł przy biurku.
-Nie radzę ściągać- rzucił rozglądając się bacznie po sali.
Bo mam kogoś, kogo widok nigdy mi się nie znudzi..- Dlaczego zawsze potrafi mówić o wszystkim tak... Wzniośle. Jakby każda sekunda ze mną była dla niej jedyna w swoim rodzaju. Była wampirem. Może i miała bardziej wyostrzone zmysły i więcej siły; ale... Czasami zastanawiałem się z jakiego powodu jestem dla niej tak bardzo ważną osobą. Czym sobie na to zasłużyłem? Dlaczego rezygnuje z mojej krwi; tylko dlatego; że się o mnie boi? Nigdy nie potrafiłem zapytać o to; jak bardzo jestem dla niej ważny. W ogóle nie zapytałem o te wszystkie rzeczy.. Wróciłem do testu i zacząłem go wypełniać.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Francuski..
Zachowanie Michaela coraz bardziej mnie martwi. Za każdym razem; gdy jakiś koleś za długo na mnie patrzy, zielonooki ma taki wyraz twarzy, jakby wstąpił w niego demon. Dlaczego aż tak mocno wariował z zazdrości o mnie? Czegoś się bał? Dlaczego kiedyś określił mnie jako swoją grawitację? Z jakiego powodu patrzy na mnie z takim przywiązaniem?
-Mademoiselle; Raven- z rozmyślań wyrywa mnie głos profesor Maxime. Spojrzałam na tablicę i ruszyłam w jej kierunku.
Stołówka szkolna, przerwa na lunch.
Taca Michaela zawierała to; co zwykle w czwartki: trzy słodkie bułki z czekoladą, kartonik mleka i średnie czerwone jabłko.
-Znów śledzik, Raven?- Spytał Vincent z zaciekawieniem.
-Dziś mam ochotę na coś lekkiego. Nie chcę się więcej roztyć- wzruszyłam ramionami z ironicznym uśmieszkiem.
-Sałatka z kurczakiem i lemoniada; a na deserek wafelek bez czekolady?- Zapytał Paul.
-Wyrocznia, jak zawsze bezbłędna- rzuciłam wesoło, kładąc na blacie swoją tacę.
Nie dla psa kiełbasa- powiedział to takim tonem, jakbym była tylko jego. Ten ton był nie tyle zazdrosny, co zaborczy. Jakby mówił: to moje i nikomu nie oddam. Traktował mnie jak najcenniejszą i najdelikatniejszą rzecz pod słońcem; którą nie chciał się z nikim dzielić. To pieszczotliwe "kochanie" z jego ust, objęcie; ciepło ramion.. W ogóle sama jego obecność obok była dla mnie wszystkim. Nie musiał nic mówić- sam jego widok i dotyk był sensem wszystkiego. To on wyciągnął mnie z rozpaczy i dał mi nadzieję. To on był tą nadzieją.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Drugi dzień sesji...
-Świetnie..- rzucił z uciechą Nikołaj tańcząc wokół mnie z aparatem. Z trudem stałam na zamarzniętym stawie, w łyżwach na stopach, uważając żeby nie rozjechały mi się nogi.
-Zaraz się wypieprzę...- zaczęłam z obawą balansując na łyżwach.
-Nigdy nie jeździłaś?- Spytał.
-Miałam lepsze rozrywki w dzieciństwie... Cholera...- zachwiałam się niebezpiecznie. Przyskoczył i pomógł mi utrzymać się na nogach.- Dzięki..
-Spoko- rzucił szepczący głos.
-Undertaker- syknęłam odskakując. Lewa noga odjechała na bok.
-Co?- Spytał niewinnie pomagając mi się podnieść.
-Nic.
-Chciałem tylko wam powiedzieć; że dziennikarze zaraz tu będą..- zauważył Sebastian przeciągając się.
-Lepiej stąd spadać- zgodził się Nikołaj.- Znasz jakieś spokojne miejsce?- Spytał Undertakera. Sebastian przyglądając się przez chwilę fotografowi odparł:
-Jedyne, co przychodzi mi na myśl to okolice jeziora- powiedział z namysłem szafirowooki.
-Blisko ciekawych atrakcji.. Nawiedzona farma. Dom Strachu.. Wprost cudowna sceneria- przewróciłam oczami z ironią.
-Nie ma sprawy- rzucił uprzejmie Undertaker odchodząc.
-Lepiej się zmywajmy- zaproponował Nikołaj.
-Taa- szybko zdjęłam łyżwy i wciągnęłam na stopy buty. Ruszyliśmy do auta.
-Czymś się martwisz- zagadnął podczas jazdy Nikołaj.
-To nic takiego- odparłam spokojnie.
-Może mógłbym ci jakoś pomóc..- zasugerował rzucając mi szybkie spojrzenie.
-Raczej wątpię. Facetów zwyczajnie nie da się zrozumieć- wzruszyłam ramionami.
-Pokłóciłaś się z chłopakiem?- Spytał trochę zbyt szybko.- Przepraszam; nie powinienem pytać- poprawił potknięcie.
-Nie pokłóciłam się, tylko... Ech.. Michael jest zazdrosny o każdego, kto choćby na mnie spojrzy i.. Zapytał nawet, czy nas coś nie łączy..- zwierzyłam się niechętnie.
-Nas? Znaczy się, że poza pracą?- Spytał zaskoczony.
-Taa- westchnęłam ciężko.
-Powiedz, że jestem żonaty; to powinno załatwić sprawę- uśmiechnął się lekko.
-To nie takie proste.. Czasem Michael zachowuje się; jakby miał zamiar rozerwać na strzępy każdego innego faceta.
-To zrozumiałe. Jesteś urodziwą dziewczyną- zauważył nieco zakłopotany.
-Faceci są dziwni- burknęłam. Nikołaj roześmiał się wesoło.
-Twój chłopak jest absolutnie normalnym facetem. Po prostu traktuje innych; jak konkurencję- wzruszył ramionami, jakby to było coś zupełnie normalnego.
Okolice jeziora; trzy kilometry na zachód od letniej posiadłości Rodu.
-Malownicza miejscówka- powiedział z podziwem Nikołaj wysiadając z czarnego Audi rozglądał się po wzgórzu z majaczącym w oddali lasem. W bezpośrednim sąsiedztwie szumiały skute lodem wody jeziora, a nieco dalej stał niszczejący most.
-Mówiłaś coś o Nawiedzonej Farmie- przypomniał sobie brunet nagle.
-To kilka kilometrów za mostem. Straszne zadupie- Rzuciłam lekceważąco.
-Czemu jest nawiedzona?- Zaciekawił się.
-Podobno stary Wolf, to znaczy właściciel farmy, w ataku szału w okrutny sposób zamordował żonę i czwórkę dzieci. Zwyczajnie przyszedł do domu, jak co wieczór; a potem zupełnie nagle wściekł się i zabił- wzruszyłam ramionami.- To było jakieś trzydzieści lat temu; może więcej... Słyszałam o tym od dziadka- wyjaśniłam powoli.- Od tamtej pory ludzie mówią, że tam straszy.
-A straszy?- Spytał z ciekawością.
-Nie sądzę- stwierdziłam obojętnie poprawiając kurtkę.
Nagle to uczucie... Obecność wampira.! Znieruchomiałam wbijając wzrok w teren na drugim brzegu. W tej chwili dostrzegłam biegnącego nieznajomego wampira. Biegł jakby przed czymś uciekał. Chyba mnie wyczuł, bo obejrzał się przez ramię i niespodziewanie jego bieg skończył się na pniu drzewa.
-A ten to kto?- Zdziwiony Nikołaj obserwował nieznajomego, którego ścigał olbrzymi czekoladowy likantrop. Wilczyca rzuciła się w dalszy pościg; a Nikołaj obserwował to głęboko zdumiony.- Spokojne miejsce; co?- Mruknął jakby do siebie; powoli opuszczając rękę, w której trzymał lustrzankę. Wadera ujadając zagrodziła pijawie drogę ucieczki, a wampir spojrzał prosto na Nikołaja... W ułamku sekundy zdążyłam odepchnąć Rosjanina i odbić pierwszy cios wampira.
-Demoniczna Kruk- warknął nienawistnie.- Płoszysz mi obiad.
-Jesteś na łowczej ziemi; ścierwo- odparowałam zapodając mu kopniaka. Chwycił mnie za ciuchy i rzucił mną. Walnęłam plecami w pień rozłożystego dębu i posypało mnie śniegiem.
-Callisto, nic ci nie jest??- Zapytał Nikołaj biegnąc do mnie. Podniosłam się na nogi. -Wszystko gra- sięgnęłam do buta po sztylet.
-Skąd...?- Zaczął.
-Stań za mną i nie pytaj- rzucając się do ataku.
Wymienialiśmy ciosy z nadnaturalną szybkością. Mój przeciwnik potknął się; a gdy zadałam kolejny cios zrobił unik i powalił mnie na ziemię.
-Ty, marny poziomie D!- Warknął z wściekłością.
-Dla ciebie; słynna łowczyni Rodu Kruka; pijawo- odparowałam zadając cios bronią.- W imieniu Stowarzyszenia Łowców, zdychaj wampirze- sztylet przebił wampira; po którym pozostał piasek. Dźwignęłam się z pokrytej bałym puchem ziemi i chowając broń w bucie wstałam.
-C-Co...? J-Jak to się...?- Wychrypiał zszokowany Nikołaj.
-Spokojnie..- zaczęłam cicho.
-Żadne spokojnie. Ten facet... Próbował... I zmienił się w piasek...- zaczął zdenerwowany.- Co to ma w ogóle być..?! To nie do ogarnięcia jest..
-Wiele rzeczy w tym mieście jest; jak mówisz; nie do ogarnięcia- zauważył cichy głos.- Siema Callisto..
-Cześć Michelle- odwzajemniając powitanie uśmiechnęłam się.
-A gdzie ten wilk?- Nikołaj rozejrzał się zaskoczony.
-Stoi tuż przed tobą- Postać Michelle zastąpiła czekoladowa wilczyca.
-Callisto... Yyy..?- Nikołaj naprawdę nic z tego nie rozumiał.
-Może zróbmy sobie dłuższą przerwę.- Zauważyłam wyciągając z leżącej na dachu auta torby butelkę transfuzyjnej.
***
-Chcecie mi wmówić, że ty, Callisto, jesteś wampirem; a pani jest... Kim, przepraszam, jesteś?
-Likantropem. Inaczej mówiąc wilkołakiem i... Nie, nie zjadam ludzi- odparła z ironią Michelle.
-Pamiętasz to zdjęcie, którego nie szło poprawić?- Powoli otworzyłam oczy.
-Job tvoiu mat'.!- Nikołaj na równi zdumiony i przerażony odskoczył na widok moich szkarłatnych tęczówek.- On... Powiedział do ciebie..
-Demoniczna Kruk. Pochodzę z rodu pieczętującego się herbem Kruk.- Wzruszyłam ramionami.- On też był wampi... Pijawą- Jakoś nigdy słowo "wampir" nie mogło mi przejść przez gardło.
Nikołaj wpatrywał się w mroczną i ponurą ścianę lasu zastanawiając się nad tym wszystkim.
-To niemożliwe. Wampiry i inne potwory nie istnieją. To zwykła legenda- odezwał się w końcu.
Nikołaj wpatrywał się w mroczną i ponurą ścianę lasu zastanawiając się nad tym wszystkim.
-To niemożliwe. Wampiry i inne potwory nie istnieją. To zwykła legenda- odezwał się w końcu.
-Legenda; nie?- mruknął dziewczęcy głos z najbliższego drzewa. Na konarze dębu siedziała Azjatka obracając w palcach jeden z sopli. Zamknęła go w dłoniach, a po chwili wysypał się z nich błyszczący biały pył.
-Kim ty...?- Zaczęłam.
Dziewczyna sfrunęła z drzewa i gładko wylądowała na twardym gruncie tuż przy brzegu jeziora.-Kimś; kto wie; co się tu dzieje; Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk- Odparła patrząc w lodową taflę.
-Co masz na myśli?- Zapytałam ostrożnie.
Nikołaj i Michelle przyglądali się nieznajomej ubranej we wzorzyste jedwabne kimono w kolorze brzoskwiniowym z szerokimi rękawami.
-Las jest niebezpieczny; prawda?- Zapytała po namyśle.
Wspomniałam drzewo, które runęło tuż przed samochodem Nikołaja, i jak potem niespodziewanie zgubiłam się w tak dobrze znanym mi miejscu.
-Jakby żył własnym życiem- powtórzyłam w zamyśleniu.
-Dokładnie tak- przytaknęła powoli. Między palcami lewej dłoni trzymała jakąś karteczkę.
Nikołaj oparł się słabo o samochód.
-Wszystko w porządku..?- Zapytała Michelle. Otworzyła szybko drzwi Audi i usadziła go w fotelu kierowcy. Nikołaj przechylił się szukając czegoś w schowku.
Michelle szybciej znalazła mały słoiczek i spojrzała na nazwę w zastanowieniu.
-Jesteś chory na serce- nie zapytała, stwierdziła fakt.
-To nic takiego- zbył. Wyciągnął go z jej dłoni. Odkręcił i wysypał tabletkę.
-To poważna sprawa- odparła typowo lekarskim tonem.- Nie powinien pan się przemęczać; denerwować i w ogóle..
-Lekarz się znalazł- prychnął biorąc lek.
-Akurat tak się składa, że jestem lekarzem- odpowiedziała uprzejmie.
-Wilkołak, lekarz, kobieta..- zaczął wyliczać pretensjonalnym tonem.- Co jeszcze pani wymyśli?
Michelle oparła rękę z tatuażem na kokpicie auta i westchnęła ciężko.
-Rozumiem twój realizm. Sama kiedyś taka byłam. Zanim dołączyłam do innych wilków- oznajmiła cicho.
-Skąd wiesz o dziwnych wydarzeniach w mieście?- Zapytałam nieznajomą.
-Wiem; bo oni zniszczyli już podobne miasto- odpowiedziała.
-Oni? Masz na myśli wampiry?- Zapytałam wolno. Ostatnie słowo z trudem przeszło mi przez usta.
-Nie. Istnieją gorsze rzeczy niż krwiopijcy- oznajmiła patrząc w dal.- Nawet wampiry się ich boją..- Nagle zwróciła szybko głowę w stronę najstarszego drzewa na tym terenie i patrząc na koronę wymruczała coś po swojemu. Karteczka stanęła w szmaragdowym płomieniu; a z drzewa z hukiem spadł jakiś dzieciak. -Torikago- Rzuciła znów po swojemu.
Wokół dzieciaka gałęzie drzewa utworzyły klatkę. Gapiłam się na to z otwartą buzią.
-Ty...- Zasyczał z nienawiścią chłopczyk, usiłując sforsować drewniane więzienie.
-Kim jesteś?- Zapytałam ostro podchodząc do klatki.
-Nie gadam z takimi; jak ty- odwarknął pogardliwie.
-Lepiej zacznij gadać, bo zrobi ci krzywdę; bakayarou- rzuciła lekko dziewczyna w kimonie.
Wtedy z lasu wyszło kilkanaście osób śpiewając dziwną piosenkę. Kojarzyłam te twarze z ogłoszeń na ulicach miasta.
Wszyscy byli uznawani za zaginionych.!
-Turkusowe oczy, ładna twarz.. Pierwszy grzech swój dobrze pamiętasz.- Zanucili chórem.
-Zamknij się- warknęłam ostro.
Wtedy jedna z gałęzi wystrzeliła w moją stronę. Zaczęłam uciekać przed ścigającym mnie konarem odskakując w tył i na boki.
Dziewczyna rzuciła kolejną karteczkę. Kiedy ta dotknęła gałęzi- drzewo znieruchomiało.
-Wypuść mnie; albo zgotuję ci piekło, o jakim nie śniłaś!- Zagroził dziesięciolatek.
Był to mały chłopaczek o bladej twarzyczce i azjatyckich rysach. Jego fioletowe oczy zwęziły się w szparki; a długie do ramion czarne włosy z ogniście rudymi końcówkami sprawiały wrażenie, jakby jego twarz oświetlała łuna pożaru.
-To ja zgotuję ci piekło; jeśli zaraz nie zaczniesz gadać, bachorze- sięgnęłam przez kraty i uderzyłam nim o nie.
-Chciałabyś odwrócić klątwę i być znowu człowiekiem..?- Zapytał patrząc mi w oczy. Uśmiechał się chytrze.
-Nikt nie może tego odwrócić- Znowu trzasnęłam nim o twarde, drewniane kraty.
-My możemy; wiesz?- Spytał świszczącym szeptem.
-Nie słuchaj go!- Nakazała nieznajoma ostrzegawczo.
Zastanowiłam się. Jeśli mogłabym być na powrót człowiekiem, wszystko byłoby zdecydowanie prostsze... I Michael... Jeśli istnieje cień szansy...
Potrząsnęłam szybko głową odpychając tę kuszącą myśl.
-Musi być w tym jakiś haczyk- Z trudem oparłam się pokusie zaufania tej dziwnej postaci i odsunęłam się szybko.
-Kim on jest...?- Zapytałam próbując uwolnić się od tłukącej się w mojej głowie myśli o byciu zwykłym człowiekiem.
Nagle klatka pękła i rozpadła się zanikając. Chłopaczek odepchnął mnie i uciekł. Zaginione osoby; jak zahipnotyzowane, podążyły za nim.
Oparłam się słabo o drzewo i osunęłam się po pniu na ziemię ukrywając twarz w ramionach.
Miałam w sobie tyle sprzecznych uczuć.
-On może mi pomóc..?- Zapytałam szeptem.
-Mówiłam; żebyś go nie słuchała. Wszystko; co on mówi to kłamstwo- oznajmiła ostro potrząsając mną mocno.
-Ale.. Gdybym mogła być..- kurczowo chwyciłam się tej myśli. Nigdy nie potrafiłam zaakceptować tego, że jestem wampirem- zarówno nienawidziłam, jak i bałam się tej bardziej demonicznej części mnie.
-Nie możesz. To jedna z jego sztuczek, żeby uciec- odparła.- Jeśli mu zaufasz, zrobi z ciebie to samo; co z nich.!
-Ty nie rozumiesz!- Krzyknęłam, nagle wybuchając płaczem.- Ja.. Kocham kogoś.. Człowieka.. Nie zrozumiesz- powiedziałam zrezygnowana.
-Przestań patrzeć wstecz- powiedziała patrząc mi w oczy.- On cię kocha; bez względu na to, kim jesteś..- Powoli opuściła ręce i wbiła wzrok w ziemię.
-Skąd ty to możesz wiedzieć?.- Burknęłam ocierając łzy.
-Widziałam was razem. To; jak na ciebie patrzy mówi samo za siebie- odparła z naciskiem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Leżałam na niskim murku koło boiska i patrzyłam w niebo.
Gdybym mogła stać się człowiekiem.. Nie pragnąć krwii.. Nie musieć uważać na swoją nadludzką siłę..
Nie bać się; że skrzywdzę kogoś, kogo kocham.
-Nie.. To zbyt piękne, żeby mogło być prawdą- westchnęłam ponuro przymykając oczy.
A jednak nadal o tym rozmyślałam- marzyłam, jak by to było gdybym stała się śmiertelna.
-Callisto...- Na horyzoncie zamajaczyły mi zielone tęczówki za szkłami okularów i jego zmartwiona twarz. Wziął mnie na ręce i bez słowa niósł do budynku stowarzyszenia.
Patrzyłam z dołu na jego przystojną twarz, zastanawiając się, czy nie zaniepokoi go to, o co chcę go zapytać.
Pchnął drzwi i ruszył schodami w górę przytulając mnie do swojej piersi.
-Michael...- zaczęłam cicho, gdy zwrócił na mnie pytający wzrok przesunęłam palcami po jego policzku.
-Co, kochanie?- Spytał z uczuciem.
Zawahałam się. Przez chwilę bałam się, że przysporzę mu kolejnych zmartwień. Już dosyć go martwiłam przez ten czas..
-Jak bardzo mnie kochasz?- Zapytałam po dłuższej chwili wpatrzona w jego bluzę.
-Skąd to pytanie?- Długo przyglądał mi się zdziwiony, nim pchnął drzwi naszej sypialni.
-Tak po prostu..- odpowiedziałam cicho; niepewnie.
Usiadł na łóżku i sadzając mnie sobie na kolanach spojrzał mi głęboko w oczy; całując mnie delikatnie.
-Tego; jak cię kocham nie da się opisać jednym słowem- powiedział cicho, mocno mnie przytulił.- Jesteś wszystkim... Kochanie moje- szepnął nie przestając mnie całować, patrzył na mnie z troską.-
Jesteś całym moim życiem; Callisto..
-Naprawdę..?- Zaczęłam cicho.
-Naprawdę, kochanie- potwierdził szeptem układając mnie na łóżku.
Patrzyłam na niego z dołu w milczeniu
Kochanie..- za każdym razem, gdy słyszałam to słowo z jego ust, czułam rozlewające się w moim ciele ciepło. Nie pytałam już o nic więcej. Wzięłam tylko jego rękę i położyłam ją na swoim brzuchu; przymykając oczy poczułam odbijające się w moim ciele kręgi Mocy.
-Ja też cię kocham...- szepnęłam zasypiając.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Trzymając jej dłoń w swojej położyłem się obok i patrzyłem na śpiącą Callisto; zastanawiając się; dlaczego zapytała o siłę mojego uczucia do niej.
-Czego twoja mama się boi?- Szepnąłem opierając lekko głowę na jej wystającym brzuchu.
Moje powieki zupełnie nagle zrobiły się ogromnie ciężkie- nawet nie wiem, kiedy zasnąłem przytulając policzek do brzucha Callisto
Śniło mi się, że jestem w jakimś pokoju. W drugiej sypialni paliło się światło, a ja trzymałem na rękach malutką dziewczynkę. Moją nowonarodzoną córkę.
-Dajcie mi ją..- Szepta błagalnie Callisto. Jej szept jest bardzo cichy i słaby.
-Nie teraz. Straciłaś sporo krwii- odpowiada zza uchylonych drzwi cichy głos Marco.- Potrzebujesz krwi, Rybka- powiedział otwierając z trzaskiem turystyczną lodówkę.
Mała patrzyła na mnie dużymi niebieskimi oczami, wiercąc się w zawiniątku stukała delikatnie maleńką rączką w moją dłoń. Byłem tak zafascynowany maleństwem, że nie potrafiłem oderwać od niej wzroku.
Marco wszedł do pokoju, w którym siedziałem zajmując się córką.
-Długo udawało się wam to ukrywać- Zauważył odbierając mi delikatnie małą.- Callisto na ciebie czeka, zapomniałeś?- Spytał z lekkim chichotem.
-A kto zajmie się tą malutką kruszyną?- Zapytałem patrząc pieszczotliwie na dziecko.
-Muszę sprawdzić, czy jest zdrowa; założyć jej książeczkę zdrowia i w ogóle, więc chyba moja kolej; hm?- Zapytał patrząc na mnie z ukosa.
-Masz rację...- Wszedłem do naszej sypialni.
Callisto odpoczywając lała w siebie kolejną porcję krwi.
-Chcę ją zobaczyć..- Szepnęła słabo.
-Zobaczysz; kochanie..- szepnąłem obsypując ją delikatnymi pocałunkami.
-Musisz teraz odpoczywać, Cally..- zawtórował mi Cristopher Raven trzymając dłoń córki zamkniętą w swoich dłoniach.
Callisto spojrzała na mnie. Była bardzo wyczerpana, ale zdeterminowana, by zobaczyć swoją córkę; która tej nocy nie tylko bardzo ją wymęczyła, ale i sprawiła, że poznałem całą niesamowitą wiązankę przekleństw, które znała Callisto.
-Jaka ona jest..?- Zapytała cichutkim szeptem.
-Piękna i słodka: tak samo; jak ty- odpowiedziałem ciepło.- Jak ją nazwiemy?- Spytałem siedząc przy niej.
-Va...le...rie i imię two..jej ma..my..- była coraz słabsza.
-Odpoczywaj, kochanie- Szepnąłem troskliwie, całując jej palce.
-Wiem; bo oni zniszczyli już podobne miasto- odpowiedziała.
-Oni? Masz na myśli wampiry?- Zapytałam wolno. Ostatnie słowo z trudem przeszło mi przez usta.
-Nie. Istnieją gorsze rzeczy niż krwiopijcy- oznajmiła patrząc w dal.- Nawet wampiry się ich boją..- Nagle zwróciła szybko głowę w stronę najstarszego drzewa na tym terenie i patrząc na koronę wymruczała coś po swojemu. Karteczka stanęła w szmaragdowym płomieniu; a z drzewa z hukiem spadł jakiś dzieciak. -Torikago- Rzuciła znów po swojemu.
Wokół dzieciaka gałęzie drzewa utworzyły klatkę. Gapiłam się na to z otwartą buzią.
-Ty...- Zasyczał z nienawiścią chłopczyk, usiłując sforsować drewniane więzienie.
-Kim jesteś?- Zapytałam ostro podchodząc do klatki.
-Nie gadam z takimi; jak ty- odwarknął pogardliwie.
-Lepiej zacznij gadać, bo zrobi ci krzywdę; bakayarou- rzuciła lekko dziewczyna w kimonie.
Wtedy z lasu wyszło kilkanaście osób śpiewając dziwną piosenkę. Kojarzyłam te twarze z ogłoszeń na ulicach miasta.
Wszyscy byli uznawani za zaginionych.!
-Turkusowe oczy, ładna twarz.. Pierwszy grzech swój dobrze pamiętasz.- Zanucili chórem.
-Zamknij się- warknęłam ostro.
Wtedy jedna z gałęzi wystrzeliła w moją stronę. Zaczęłam uciekać przed ścigającym mnie konarem odskakując w tył i na boki.
Dziewczyna rzuciła kolejną karteczkę. Kiedy ta dotknęła gałęzi- drzewo znieruchomiało.
-Wypuść mnie; albo zgotuję ci piekło, o jakim nie śniłaś!- Zagroził dziesięciolatek.
Był to mały chłopaczek o bladej twarzyczce i azjatyckich rysach. Jego fioletowe oczy zwęziły się w szparki; a długie do ramion czarne włosy z ogniście rudymi końcówkami sprawiały wrażenie, jakby jego twarz oświetlała łuna pożaru.
-To ja zgotuję ci piekło; jeśli zaraz nie zaczniesz gadać, bachorze- sięgnęłam przez kraty i uderzyłam nim o nie.
-Chciałabyś odwrócić klątwę i być znowu człowiekiem..?- Zapytał patrząc mi w oczy. Uśmiechał się chytrze.
-Nikt nie może tego odwrócić- Znowu trzasnęłam nim o twarde, drewniane kraty.
-My możemy; wiesz?- Spytał świszczącym szeptem.
-Nie słuchaj go!- Nakazała nieznajoma ostrzegawczo.
Zastanowiłam się. Jeśli mogłabym być na powrót człowiekiem, wszystko byłoby zdecydowanie prostsze... I Michael... Jeśli istnieje cień szansy...
Potrząsnęłam szybko głową odpychając tę kuszącą myśl.
-Musi być w tym jakiś haczyk- Z trudem oparłam się pokusie zaufania tej dziwnej postaci i odsunęłam się szybko.
-Kim on jest...?- Zapytałam próbując uwolnić się od tłukącej się w mojej głowie myśli o byciu zwykłym człowiekiem.
Nagle klatka pękła i rozpadła się zanikając. Chłopaczek odepchnął mnie i uciekł. Zaginione osoby; jak zahipnotyzowane, podążyły za nim.
Oparłam się słabo o drzewo i osunęłam się po pniu na ziemię ukrywając twarz w ramionach.
Miałam w sobie tyle sprzecznych uczuć.
-On może mi pomóc..?- Zapytałam szeptem.
-Mówiłam; żebyś go nie słuchała. Wszystko; co on mówi to kłamstwo- oznajmiła ostro potrząsając mną mocno.
-Ale.. Gdybym mogła być..- kurczowo chwyciłam się tej myśli. Nigdy nie potrafiłam zaakceptować tego, że jestem wampirem- zarówno nienawidziłam, jak i bałam się tej bardziej demonicznej części mnie.
-Nie możesz. To jedna z jego sztuczek, żeby uciec- odparła.- Jeśli mu zaufasz, zrobi z ciebie to samo; co z nich.!
-Ty nie rozumiesz!- Krzyknęłam, nagle wybuchając płaczem.- Ja.. Kocham kogoś.. Człowieka.. Nie zrozumiesz- powiedziałam zrezygnowana.
-Przestań patrzeć wstecz- powiedziała patrząc mi w oczy.- On cię kocha; bez względu na to, kim jesteś..- Powoli opuściła ręce i wbiła wzrok w ziemię.
-Skąd ty to możesz wiedzieć?.- Burknęłam ocierając łzy.
-Widziałam was razem. To; jak na ciebie patrzy mówi samo za siebie- odparła z naciskiem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Leżałam na niskim murku koło boiska i patrzyłam w niebo.
Gdybym mogła stać się człowiekiem.. Nie pragnąć krwii.. Nie musieć uważać na swoją nadludzką siłę..
Nie bać się; że skrzywdzę kogoś, kogo kocham.
-Nie.. To zbyt piękne, żeby mogło być prawdą- westchnęłam ponuro przymykając oczy.
A jednak nadal o tym rozmyślałam- marzyłam, jak by to było gdybym stała się śmiertelna.
-Callisto...- Na horyzoncie zamajaczyły mi zielone tęczówki za szkłami okularów i jego zmartwiona twarz. Wziął mnie na ręce i bez słowa niósł do budynku stowarzyszenia.
Patrzyłam z dołu na jego przystojną twarz, zastanawiając się, czy nie zaniepokoi go to, o co chcę go zapytać.
Pchnął drzwi i ruszył schodami w górę przytulając mnie do swojej piersi.
-Michael...- zaczęłam cicho, gdy zwrócił na mnie pytający wzrok przesunęłam palcami po jego policzku.
-Co, kochanie?- Spytał z uczuciem.
Zawahałam się. Przez chwilę bałam się, że przysporzę mu kolejnych zmartwień. Już dosyć go martwiłam przez ten czas..
-Jak bardzo mnie kochasz?- Zapytałam po dłuższej chwili wpatrzona w jego bluzę.
-Skąd to pytanie?- Długo przyglądał mi się zdziwiony, nim pchnął drzwi naszej sypialni.
-Tak po prostu..- odpowiedziałam cicho; niepewnie.
Usiadł na łóżku i sadzając mnie sobie na kolanach spojrzał mi głęboko w oczy; całując mnie delikatnie.
-Tego; jak cię kocham nie da się opisać jednym słowem- powiedział cicho, mocno mnie przytulił.- Jesteś wszystkim... Kochanie moje- szepnął nie przestając mnie całować, patrzył na mnie z troską.-
Jesteś całym moim życiem; Callisto..
-Naprawdę..?- Zaczęłam cicho.
-Naprawdę, kochanie- potwierdził szeptem układając mnie na łóżku.
Patrzyłam na niego z dołu w milczeniu
Kochanie..- za każdym razem, gdy słyszałam to słowo z jego ust, czułam rozlewające się w moim ciele ciepło. Nie pytałam już o nic więcej. Wzięłam tylko jego rękę i położyłam ją na swoim brzuchu; przymykając oczy poczułam odbijające się w moim ciele kręgi Mocy.
-Ja też cię kocham...- szepnęłam zasypiając.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Trzymając jej dłoń w swojej położyłem się obok i patrzyłem na śpiącą Callisto; zastanawiając się; dlaczego zapytała o siłę mojego uczucia do niej.
-Czego twoja mama się boi?- Szepnąłem opierając lekko głowę na jej wystającym brzuchu.
Moje powieki zupełnie nagle zrobiły się ogromnie ciężkie- nawet nie wiem, kiedy zasnąłem przytulając policzek do brzucha Callisto
Śniło mi się, że jestem w jakimś pokoju. W drugiej sypialni paliło się światło, a ja trzymałem na rękach malutką dziewczynkę. Moją nowonarodzoną córkę.
-Dajcie mi ją..- Szepta błagalnie Callisto. Jej szept jest bardzo cichy i słaby.
-Nie teraz. Straciłaś sporo krwii- odpowiada zza uchylonych drzwi cichy głos Marco.- Potrzebujesz krwi, Rybka- powiedział otwierając z trzaskiem turystyczną lodówkę.
Mała patrzyła na mnie dużymi niebieskimi oczami, wiercąc się w zawiniątku stukała delikatnie maleńką rączką w moją dłoń. Byłem tak zafascynowany maleństwem, że nie potrafiłem oderwać od niej wzroku.
Marco wszedł do pokoju, w którym siedziałem zajmując się córką.
-Długo udawało się wam to ukrywać- Zauważył odbierając mi delikatnie małą.- Callisto na ciebie czeka, zapomniałeś?- Spytał z lekkim chichotem.
-A kto zajmie się tą malutką kruszyną?- Zapytałem patrząc pieszczotliwie na dziecko.
-Muszę sprawdzić, czy jest zdrowa; założyć jej książeczkę zdrowia i w ogóle, więc chyba moja kolej; hm?- Zapytał patrząc na mnie z ukosa.
-Masz rację...- Wszedłem do naszej sypialni.
Callisto odpoczywając lała w siebie kolejną porcję krwi.
-Chcę ją zobaczyć..- Szepnęła słabo.
-Zobaczysz; kochanie..- szepnąłem obsypując ją delikatnymi pocałunkami.
-Musisz teraz odpoczywać, Cally..- zawtórował mi Cristopher Raven trzymając dłoń córki zamkniętą w swoich dłoniach.
Callisto spojrzała na mnie. Była bardzo wyczerpana, ale zdeterminowana, by zobaczyć swoją córkę; która tej nocy nie tylko bardzo ją wymęczyła, ale i sprawiła, że poznałem całą niesamowitą wiązankę przekleństw, które znała Callisto.
-Jaka ona jest..?- Zapytała cichutkim szeptem.
-Piękna i słodka: tak samo; jak ty- odpowiedziałem ciepło.- Jak ją nazwiemy?- Spytałem siedząc przy niej.
-Va...le...rie i imię two..jej ma..my..- była coraz słabsza.
-Odpoczywaj, kochanie- Szepnąłem troskliwie, całując jej palce.
Otwieram oczy i rozglądam się po sypialni. Jest późny wieczór; a ja leżę w ciuchach z głową na jej ciążowym brzuchu przytulony do niej, jak dziecko do ukochanej maskotki.
Powoli rozebrałem się do dalszego snu i kładąc się spowrotem obok Callisto, objąłem ją ręką.
-Nikomu cię nie oddam, kochanie- szepnąłem całując ją na dobranoc. Zasnąłem spokojnie wtulony w nią.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Budzi mnie palące pragnienie. Powolutku opuszczam stopy na podłogę i kieruję się ku lodówce z transfuzyjną.
Ciągnąc "napój" przez słomkę starałam się zapomnieć o tym dziwnym dzieciaku i jego pytaniu.
-Już nigdy nie będę człowiekiem, muszę się z tym wreszcie pogodzić- powiedziałam sobie twardo.
Wróciłam do łóżka i patrzyłam na śpiącego zielonookiego. Musiał się wcześniej zbudzić i rozebrać, bo spał w samych bokserkach. Okryłam go delikatnie kołdrą przesuwając wierzchem dłoni po jego twarzy.
-Moje kochanie..- wymamrotał przez sen. Jego ręce sięgnęły po mnie. Oparł głowę na moim brzuchu i spał dalej.
Ciekawiło mnie, o czym teraz śnił. Od kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży praktycznie o niczym nie śniłam; a nawet nie widziałam jego snów.
Kolejny raz pogłaskałam dłonią jego twarz patrząc nań z przywiązaniem, uśmiechnęłam się smutno.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nawet nie masz pojęcia; jak strasznie cię kocham- szepnęła smutno.
Obserwowałem ją przez szparki w powiekach. Piła transfuzyjną siedząc na łóżku, trzymała moją głowę na swoim brzuchu patrząc na mnie tak melancholijnie, jak przy naszym pierwszym spotkaniu. Poczułem przyjemny dreszcz; gdy przesunęła chłodnymi palcami po mojej odsłoniętej szyi. Chciałbym, żeby napiła się mojej krwi, zamiast dobijać się tą transfuzyjną, ale nie mogłem zmienić jej decyzji. W końcu miałem być ojcem niezwykłego dziecka; bo hybrydy człowieka i wampira.
Powoli rozebrałem się do dalszego snu i kładąc się spowrotem obok Callisto, objąłem ją ręką.
-Nikomu cię nie oddam, kochanie- szepnąłem całując ją na dobranoc. Zasnąłem spokojnie wtulony w nią.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Budzi mnie palące pragnienie. Powolutku opuszczam stopy na podłogę i kieruję się ku lodówce z transfuzyjną.
Ciągnąc "napój" przez słomkę starałam się zapomnieć o tym dziwnym dzieciaku i jego pytaniu.
-Już nigdy nie będę człowiekiem, muszę się z tym wreszcie pogodzić- powiedziałam sobie twardo.
Wróciłam do łóżka i patrzyłam na śpiącego zielonookiego. Musiał się wcześniej zbudzić i rozebrać, bo spał w samych bokserkach. Okryłam go delikatnie kołdrą przesuwając wierzchem dłoni po jego twarzy.
-Moje kochanie..- wymamrotał przez sen. Jego ręce sięgnęły po mnie. Oparł głowę na moim brzuchu i spał dalej.
Ciekawiło mnie, o czym teraz śnił. Od kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży praktycznie o niczym nie śniłam; a nawet nie widziałam jego snów.
Kolejny raz pogłaskałam dłonią jego twarz patrząc nań z przywiązaniem, uśmiechnęłam się smutno.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nawet nie masz pojęcia; jak strasznie cię kocham- szepnęła smutno.
Obserwowałem ją przez szparki w powiekach. Piła transfuzyjną siedząc na łóżku, trzymała moją głowę na swoim brzuchu patrząc na mnie tak melancholijnie, jak przy naszym pierwszym spotkaniu. Poczułem przyjemny dreszcz; gdy przesunęła chłodnymi palcami po mojej odsłoniętej szyi. Chciałbym, żeby napiła się mojej krwi, zamiast dobijać się tą transfuzyjną, ale nie mogłem zmienić jej decyzji. W końcu miałem być ojcem niezwykłego dziecka; bo hybrydy człowieka i wampira.
Podczas naszego ostatniego spotkania Féu twierdził, że dziecko może posiadać zarówno moje ludzkie cechy, jak i wampirze umiejętności Callisto.
-Jak dziecko będzie wyglądać?- Zapytałem z zaciekawieniem.
-To zależy, do którego z was będzie bardziej podobne- odparł usypiającym tonem Starszy.- Jeśli odziedziczy urodę matki; co jest wysoce prawdopodobne będzie wyglądać jak Ravenowie. Może też się zdarzyć, że będzie bardziej podobne do rodu Płomienia.
-Mówisz, że będzie półwampirem: co to znaczy?- Zapytałem wtedy odrobinę zaniepokojony.
-Nie ma powodu do obaw, Płomień. Mówiąc w skrócie będzie uzależnione i od krwi i od zwykłego jedzenia. Może posiadać również mieszankę waszych cech; trudno powiedzieć jakich; ale może rozwinąć z tego jakąś własną umiejętność. Wszystko może się jeszcze okazać sporą niespodzianką- powiedział po chwili zastanowienia Jean.
-A, czy... Czy jej serce będzie biło?- Zapytałem ostrożnie.
-Upierasz się co do córki?- Spytał z lekkim zaskoczeniem.
-Od jakiegoś czasu śni mi się; że Callisto rodzi dziewczynkę- wzruszyłem ramionami spokojnie, uważając to za coś normalnego.
-Ciekawe..- stwierdził zamyślony Wampir.- Odpowiadając na twoje pytanie: serce dziecka będzie bić; ale nieco wolniej, niż ludzkie.
-Jak dziecko będzie wyglądać?- Zapytałem z zaciekawieniem.
-To zależy, do którego z was będzie bardziej podobne- odparł usypiającym tonem Starszy.- Jeśli odziedziczy urodę matki; co jest wysoce prawdopodobne będzie wyglądać jak Ravenowie. Może też się zdarzyć, że będzie bardziej podobne do rodu Płomienia.
-Mówisz, że będzie półwampirem: co to znaczy?- Zapytałem wtedy odrobinę zaniepokojony.
-Nie ma powodu do obaw, Płomień. Mówiąc w skrócie będzie uzależnione i od krwi i od zwykłego jedzenia. Może posiadać również mieszankę waszych cech; trudno powiedzieć jakich; ale może rozwinąć z tego jakąś własną umiejętność. Wszystko może się jeszcze okazać sporą niespodzianką- powiedział po chwili zastanowienia Jean.
-A, czy... Czy jej serce będzie biło?- Zapytałem ostrożnie.
-Upierasz się co do córki?- Spytał z lekkim zaskoczeniem.
-Od jakiegoś czasu śni mi się; że Callisto rodzi dziewczynkę- wzruszyłem ramionami spokojnie, uważając to za coś normalnego.
-Ciekawe..- stwierdził zamyślony Wampir.- Odpowiadając na twoje pytanie: serce dziecka będzie bić; ale nieco wolniej, niż ludzkie.
Powoli powróciłem do teraźniejszości patrząc spod leciutko uchylonych powiek na Cally.
Od kiedy zaszła w ciążę często śniła mi się chwila porodu. Za każdym razem sen był inny; ale niezmiennie na świat przychodziła dziewczynka, od której nie mogłem odwrócić wzroku..
Poczułem delikatne muśnięcie jej warg na mojej szyi, słysząc jak wdycha zapach mojej krwii. Czasem kusiło mnie, by zapytać ją; co przypomina jej ta woń, ale zwyczajnie nie miałem odwagi.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Wstawał mroźny sobotni poranek. Michael zamrugał i pomrukując coś pod nosem otworzył oczy.
-Dobrze spałeś?- Spytałam patrząc nań znad gazety.
-Świetnie..- Skwitował z rozmarzonym uśmiechem.
-To nawet widać- zauważyłam; gdy założył okulary.- O; kurczę...- jęknęłam próbując się podnieść z łóżka.- Nie mogę wstać...
-Leż sobie spokojnie.. Na co masz dziś ochotę?- Zapytał ubierając się.
-Sama nie wiem.. Zjadłabym... Naleśniki z dżemem, albo.. Kurczaka i lody waniliowe...- sama wiedziałam, że druga opcja jest mega dziwna.
-Zostańmy przy naleśnikach- zachichotał szturchając mnie lekko.
Dziesięć minut później.. Michael otworzył drzwi butem, niosąc w dłoniach tacę z furą żarcia. Wśród wymarzonego połączenia pieczonego kurczaka i pudełka lodów były naleśniki; sałatka i inne dania.
-Smacznego; Kolubrynko- rzucił wesoło, kładąc przede mną tacę.
-A ty nie jesz?- Zapytałam powoli.
-Nie jestem głodny- odparł z lekkim uśmiechem, pogryzając jabłko.
-Mój obżartuch nie jest głodny?- Rzuciłam jedząc.
-Ja ci zaraz pokażę obżartucha..- zagroził ze śmiechem, całując mnie lekko.
Machnęłam w jego stronę pałką kurczaka mówiąc z pełnymi ustami:
-Nadal się zastanawiam; co Devon i reszta kombinują- zauważyłam gryząc mięso. Przełknęłam wreszcie.- Jak myślisz..?
-Prowadzę już odpowiednie śledztwo na ten temat. Na razie brak poszlak- odparł powoli.- A ty i Jacob? Macie coś w sprawie "Syndromu Anioła"?- Spytał zaciekawiony.
-Nadal sprawdzamy tropy- odpowiedziałam wolno.- A propos; wiesz coś o dziewczynie ubranej w kimono?
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Gdzie ją spotkałaś?- Zapytałem; próbując nie pokazywać po sobie; że wiem, o kogo chodzi.
-Trzy kilometry od domu, siedziała na drzewie i...- Turkusowooka urwała nagle, jakby bała się powiedzieć za dużo.
-I..?- Podjąłem z naciskiem, starając się coś więcej z niej wyciągnąć.
-Hmm. Pojawił się też dziwny dzieciak.. Nie wiem; czemu; ale mam przeczucie, że jest związany z tymi dziwnymi zdarzeniami wokół lasu i w ogóle- odparła skrobiąc opakowanie po lodach z zamyślonym wyrazem twarzy.
-Chyba nie tylko to cię martwi; Callisto- stwierdziłem przyglądając się jej z troską.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Kolejny raz to spojrzenie, które niemal wypalało we mnie dziury.
Wiedział lub podejrzewał, że coś przed nim ukrywam; ale..
Nie mogłam mu o tym powiedzieć; choć ciągle rozmyślałam, co by było, gdybym mogła znów być człowiekiem..
Chciałam tego. Od kiedy stałam się tą bestią; nie- od kiedy poznałam Michaela ta myśl zaczynała mnie nawiedzać. Teraz wprost mnie to prześladowało.
-To nic takiego- powiedziałam cicho, z trudem wytrzymując jego natarczywe spojrzenie.
-Kochanie..- Zaczął prosząco; biorąc mnie za rękę.
-To nic. Naprawdę nie musisz się o mnie martwić- chciałam go uspokoić; ale jego wzrok się nie zmienił.
Zapadła między nami cisza. Pochłaniałam ostatniego naleśnika; gdy zapytał:
-Czego się boisz?- Gdy pokręciłam głową wbijając wzrok w pościel; ujął moją twarz, żebym patrzyła tylko na niego.- Callisto, co ci jest..?- Zapytał o to takim tonem, jakby mój smutek sprawiał, że jemu też robi się smutno.
Od kiedy zaszła w ciążę często śniła mi się chwila porodu. Za każdym razem sen był inny; ale niezmiennie na świat przychodziła dziewczynka, od której nie mogłem odwrócić wzroku..
Poczułem delikatne muśnięcie jej warg na mojej szyi, słysząc jak wdycha zapach mojej krwii. Czasem kusiło mnie, by zapytać ją; co przypomina jej ta woń, ale zwyczajnie nie miałem odwagi.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Wstawał mroźny sobotni poranek. Michael zamrugał i pomrukując coś pod nosem otworzył oczy.
-Dobrze spałeś?- Spytałam patrząc nań znad gazety.
-Świetnie..- Skwitował z rozmarzonym uśmiechem.
-To nawet widać- zauważyłam; gdy założył okulary.- O; kurczę...- jęknęłam próbując się podnieść z łóżka.- Nie mogę wstać...
-Leż sobie spokojnie.. Na co masz dziś ochotę?- Zapytał ubierając się.
-Sama nie wiem.. Zjadłabym... Naleśniki z dżemem, albo.. Kurczaka i lody waniliowe...- sama wiedziałam, że druga opcja jest mega dziwna.
-Zostańmy przy naleśnikach- zachichotał szturchając mnie lekko.
Dziesięć minut później.. Michael otworzył drzwi butem, niosąc w dłoniach tacę z furą żarcia. Wśród wymarzonego połączenia pieczonego kurczaka i pudełka lodów były naleśniki; sałatka i inne dania.
-Smacznego; Kolubrynko- rzucił wesoło, kładąc przede mną tacę.
-A ty nie jesz?- Zapytałam powoli.
-Nie jestem głodny- odparł z lekkim uśmiechem, pogryzając jabłko.
-Mój obżartuch nie jest głodny?- Rzuciłam jedząc.
-Ja ci zaraz pokażę obżartucha..- zagroził ze śmiechem, całując mnie lekko.
Machnęłam w jego stronę pałką kurczaka mówiąc z pełnymi ustami:
-Nadal się zastanawiam; co Devon i reszta kombinują- zauważyłam gryząc mięso. Przełknęłam wreszcie.- Jak myślisz..?
-Prowadzę już odpowiednie śledztwo na ten temat. Na razie brak poszlak- odparł powoli.- A ty i Jacob? Macie coś w sprawie "Syndromu Anioła"?- Spytał zaciekawiony.
-Nadal sprawdzamy tropy- odpowiedziałam wolno.- A propos; wiesz coś o dziewczynie ubranej w kimono?
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Gdzie ją spotkałaś?- Zapytałem; próbując nie pokazywać po sobie; że wiem, o kogo chodzi.
-Trzy kilometry od domu, siedziała na drzewie i...- Turkusowooka urwała nagle, jakby bała się powiedzieć za dużo.
-I..?- Podjąłem z naciskiem, starając się coś więcej z niej wyciągnąć.
-Hmm. Pojawił się też dziwny dzieciak.. Nie wiem; czemu; ale mam przeczucie, że jest związany z tymi dziwnymi zdarzeniami wokół lasu i w ogóle- odparła skrobiąc opakowanie po lodach z zamyślonym wyrazem twarzy.
-Chyba nie tylko to cię martwi; Callisto- stwierdziłem przyglądając się jej z troską.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Kolejny raz to spojrzenie, które niemal wypalało we mnie dziury.
Wiedział lub podejrzewał, że coś przed nim ukrywam; ale..
Nie mogłam mu o tym powiedzieć; choć ciągle rozmyślałam, co by było, gdybym mogła znów być człowiekiem..
Chciałam tego. Od kiedy stałam się tą bestią; nie- od kiedy poznałam Michaela ta myśl zaczynała mnie nawiedzać. Teraz wprost mnie to prześladowało.
-To nic takiego- powiedziałam cicho, z trudem wytrzymując jego natarczywe spojrzenie.
-Kochanie..- Zaczął prosząco; biorąc mnie za rękę.
-To nic. Naprawdę nie musisz się o mnie martwić- chciałam go uspokoić; ale jego wzrok się nie zmienił.
Zapadła między nami cisza. Pochłaniałam ostatniego naleśnika; gdy zapytał:
-Czego się boisz?- Gdy pokręciłam głową wbijając wzrok w pościel; ujął moją twarz, żebym patrzyła tylko na niego.- Callisto, co ci jest..?- Zapytał o to takim tonem, jakby mój smutek sprawiał, że jemu też robi się smutno.
Cisza nieznośnie się przeciągała. Te jasne, zielone oczy wwiercały się we mnie coraz mocniej; jakby spojrzeniem chciał wymóc na mnie; bym zdradziła mu, z jakiego powodu czuję się tak, a nie inaczej.
Poczułam serię dość mocnych uderzeń. Skrzywiłam się z jękiem bólu; a przed oczami stanął mi obraz tego dzieciaka; który niszczył wszystko; co kochałam..
-Co się dzieje?- Zaniepokoił się Michael opierając mi ręce na ramionach.
-Zaraz... Zaraz mi przejdzie- wydyszałam z trudem, zastanawiając się, skąd w mojej głowie wzięła się ta wizja.
-Może pójdę po Marco- powiedział wstając.
Szybko chwyciłam jego dłoń i przyciągnęłam go do siebie; kręcąc odmownie głową.
-J-Już mi lepiej- skłamałam ściskając jego palce.
-Powinnaś dbać o siebie- odezwał się cicho.
-To nic takiego, naprawdę- uśmiechnęłam się, żeby się nie martwił.
-Cally- Jęknął z naciskiem wpatrując się we mnie.
-No, dobrze..- Powiedziałam cicho; próbując wstać. Nie udało mi się to.
-Leż spokojnie.. Pójdę po Marco- powstrzymał mnie i muskając dłonią mój policzek wyszedł.
Poczułam serię dość mocnych uderzeń. Skrzywiłam się z jękiem bólu; a przed oczami stanął mi obraz tego dzieciaka; który niszczył wszystko; co kochałam..
-Co się dzieje?- Zaniepokoił się Michael opierając mi ręce na ramionach.
-Zaraz... Zaraz mi przejdzie- wydyszałam z trudem, zastanawiając się, skąd w mojej głowie wzięła się ta wizja.
-Może pójdę po Marco- powiedział wstając.
Szybko chwyciłam jego dłoń i przyciągnęłam go do siebie; kręcąc odmownie głową.
-J-Już mi lepiej- skłamałam ściskając jego palce.
-Powinnaś dbać o siebie- odezwał się cicho.
-To nic takiego, naprawdę- uśmiechnęłam się, żeby się nie martwił.
-Cally- Jęknął z naciskiem wpatrując się we mnie.
-No, dobrze..- Powiedziałam cicho; próbując wstać. Nie udało mi się to.
-Leż spokojnie.. Pójdę po Marco- powstrzymał mnie i muskając dłonią mój policzek wyszedł.
Czekając na powrót Michaela starałam się nie myśleć o niczym. Ból stawał się niemal nie do wytrzymania. Mały potworek w moim brzuchu na chwilę przestał.
-O, kurwa mać...- wydyszałam słabo, czując kolejną serię kopniaków.- Weź się uspokój...- wymamrotałam cicho, lecz pretensjonalnie.
-Co się dzieje; Rybka?- Zapytał od progu Marco.
-Trochę boli mnie brzuch...- zaczęłam licząc, że nie zauważy pozostałości po moim śniadaniu; wśród których pudełko po lodach aż kłuło w oczy.
Myliłam się, zauważył. Musiał zauważyć, lecz widocznie powstrzymał się od komentarza.
Marco dokładnie mnie zbadał.
-Wystarczy coś przeciwbólowego- powiedział spokojnie; kładąc na szafce nocnej paczkę tabletek.
-Dzięki, Marco- Powiedział z wyraźną ulgą zielonooki.
-Nie ma sprawy- zauważyłam, że wychodząc rzucił zaciekawione spojrzenie na rzeczone opakowanie. Przez moment zdawało mi się, że przez jego twarz przemknął tryumfalny uśmieszek; jakby potwierdziły się jakieś jego przypuszczenia.
Powoli wzięłam jedną tabletkę i wzdychając ciężko popiłam sokiem.
-Ten mały potworek nie daje mi żyć...- westchnęłam słabo. Z trudem podniosłam się, by usiąść. Kolejny kopniak był tak mocny, że zgięłam się w pół podkulając nogi.- O, matko...- Jęknęłam oddychając głęboko.
-Martwię się o ciebie..- powiedział cicho. Siadając obok na łóżku, objął mnie ramieniem; drugą dłoń opierając delikatnie na moim brzuchu.
Zapanował spokój. Mała bestyjka przestała świrować..
-Po prostu czasami... Czasami tak sobie myślę; czy... będę dobrą matką- w ostatniej chwili stchórzyłam.- Au! Cholera...- syknęłam.
Michael przejechał lekko palcami po brzuchu.
-Nie bij mamy; maleńka- zwrócił się z prośbą do mojego brzucha.
Ku mojemu zdziwieniu ból minął, a kopnięcia ustały. Patrzyłam na zielonookiego zaskoczona.
-Jak ty to zrobiłeś.?- Zdumiałam się.
-Ja? Ja nic nie zrobiłem- odpowiedział równie zaskoczony.
Chyba oboje byliśmy zdziwieni całą tą sytuacją.
Wtedy uświadomiłam sobie istotny szczegół.
-Zaraz, zaraz... Powiedziałeś "maleńka"- zauważyłam odrobinę podejrzliwie.
-Serio tak powiedziałem?- Zamrugał udając zdziwienie.
-Skąd niby możesz wiedzieć; czy to dziewczynka, czy chłopak?- Zapytałam świdrując go wzrokiem.
-No.. Eee...- Michael zrozumiał, że przez przypadek się wkopał.- Sama ostatnio stwierdziłaś, że u was w rodzinie jest przewaga dziewczyn, więc..- zaczął nieco niepewnie.
-Coś kiepski z ciebie kłamca; Michaelu Jamesie Tyler, herbu Płomień- zauważyłam przyglądając mu się z boku. Uśmiechnął się słabo.
-Po prostu wydaje mi się, że miałaś rację z tą dziewczynką- powiedział wykrętnie.
-Niech ci będzie...- ustąpiłam wreszcie, ale obiecałam sobie mieć go na oku.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Callisto ustąpiła, ale wiedziałem; że będzie mnie teraz baczniej obserwować. Wszystko przez jedno zwyczajne słówko...
Jednak postanowiłem jej na razie nie mówić o tych powtarzajacych się snach o mojej przyszłej córeczce. Chciałem poczekać na odpowiedni moment..
-O, kurwa mać...- wydyszałam słabo, czując kolejną serię kopniaków.- Weź się uspokój...- wymamrotałam cicho, lecz pretensjonalnie.
-Co się dzieje; Rybka?- Zapytał od progu Marco.
-Trochę boli mnie brzuch...- zaczęłam licząc, że nie zauważy pozostałości po moim śniadaniu; wśród których pudełko po lodach aż kłuło w oczy.
Myliłam się, zauważył. Musiał zauważyć, lecz widocznie powstrzymał się od komentarza.
Marco dokładnie mnie zbadał.
-Wystarczy coś przeciwbólowego- powiedział spokojnie; kładąc na szafce nocnej paczkę tabletek.
-Dzięki, Marco- Powiedział z wyraźną ulgą zielonooki.
-Nie ma sprawy- zauważyłam, że wychodząc rzucił zaciekawione spojrzenie na rzeczone opakowanie. Przez moment zdawało mi się, że przez jego twarz przemknął tryumfalny uśmieszek; jakby potwierdziły się jakieś jego przypuszczenia.
Powoli wzięłam jedną tabletkę i wzdychając ciężko popiłam sokiem.
-Ten mały potworek nie daje mi żyć...- westchnęłam słabo. Z trudem podniosłam się, by usiąść. Kolejny kopniak był tak mocny, że zgięłam się w pół podkulając nogi.- O, matko...- Jęknęłam oddychając głęboko.
-Martwię się o ciebie..- powiedział cicho. Siadając obok na łóżku, objął mnie ramieniem; drugą dłoń opierając delikatnie na moim brzuchu.
Zapanował spokój. Mała bestyjka przestała świrować..
-Po prostu czasami... Czasami tak sobie myślę; czy... będę dobrą matką- w ostatniej chwili stchórzyłam.- Au! Cholera...- syknęłam.
Michael przejechał lekko palcami po brzuchu.
-Nie bij mamy; maleńka- zwrócił się z prośbą do mojego brzucha.
Ku mojemu zdziwieniu ból minął, a kopnięcia ustały. Patrzyłam na zielonookiego zaskoczona.
-Jak ty to zrobiłeś.?- Zdumiałam się.
-Ja? Ja nic nie zrobiłem- odpowiedział równie zaskoczony.
Chyba oboje byliśmy zdziwieni całą tą sytuacją.
Wtedy uświadomiłam sobie istotny szczegół.
-Zaraz, zaraz... Powiedziałeś "maleńka"- zauważyłam odrobinę podejrzliwie.
-Serio tak powiedziałem?- Zamrugał udając zdziwienie.
-Skąd niby możesz wiedzieć; czy to dziewczynka, czy chłopak?- Zapytałam świdrując go wzrokiem.
-No.. Eee...- Michael zrozumiał, że przez przypadek się wkopał.- Sama ostatnio stwierdziłaś, że u was w rodzinie jest przewaga dziewczyn, więc..- zaczął nieco niepewnie.
-Coś kiepski z ciebie kłamca; Michaelu Jamesie Tyler, herbu Płomień- zauważyłam przyglądając mu się z boku. Uśmiechnął się słabo.
-Po prostu wydaje mi się, że miałaś rację z tą dziewczynką- powiedział wykrętnie.
-Niech ci będzie...- ustąpiłam wreszcie, ale obiecałam sobie mieć go na oku.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Callisto ustąpiła, ale wiedziałem; że będzie mnie teraz baczniej obserwować. Wszystko przez jedno zwyczajne słówko...
Jednak postanowiłem jej na razie nie mówić o tych powtarzajacych się snach o mojej przyszłej córeczce. Chciałem poczekać na odpowiedni moment..
Popołudnie spędziliśmy na mieście. Byliśmy w kinie na jakiejś tandetnej komedii, a potem wpadliśmy do pizzerii.
-Widzę; że pani wprost promienieje- rzucił uprzejmie facet w pizzerii.
-Dziękuję bardzo- odparła Callisto sprawdzając, czy nie mam zamiaru wypróbować na facecie swojej pięści, zwróciła się do mnie przodem.
-Coś mi się zdaję, że będą mieli państwo dziewczynkę- zauważył tonem znawcy mierząc turkusowooką spojrzeniem brązowych oczu.
Callisto zamarła; a ja zdziwiony zapytałem:
-Na jakiej podstawie pan tak obstawia?- Zaciekawiło mnie to; przyznaję; więc chciałem poznać szczegóły jego jasnowidzenia.
-Wie pan.. Zauważyłem po profilu pańskiej żony- odparł tajemniczo, lecz z dobrodusznym uśmiechem.
Czy mogę sądzić, że te sny to nie zwykły przypadek?- Przemknęło mi przez myśl; gdy siadaliśmy przy stoliku.
-Bezpośredni facet; nie?- Spytała z zastanowieniem Cally.
-I to jak- przytaknąłem powoli.
-Już druga osoba twierdzi, że będzie dziewczyna- tego się właśnie obawiałem. Jej podejrzliwość wzrosła o sto procent. Tylko czekałem aż z jej uszu pójdzie para i usłyszę coś na kształt gwizdu czajnika. Nic takiego jednak nie nastąpiło; a turkusowooka zaczęła ciągnąć przez słomkę sok jagodowy.
-Widzę; że pani wprost promienieje- rzucił uprzejmie facet w pizzerii.
-Dziękuję bardzo- odparła Callisto sprawdzając, czy nie mam zamiaru wypróbować na facecie swojej pięści, zwróciła się do mnie przodem.
-Coś mi się zdaję, że będą mieli państwo dziewczynkę- zauważył tonem znawcy mierząc turkusowooką spojrzeniem brązowych oczu.
Callisto zamarła; a ja zdziwiony zapytałem:
-Na jakiej podstawie pan tak obstawia?- Zaciekawiło mnie to; przyznaję; więc chciałem poznać szczegóły jego jasnowidzenia.
-Wie pan.. Zauważyłem po profilu pańskiej żony- odparł tajemniczo, lecz z dobrodusznym uśmiechem.
Czy mogę sądzić, że te sny to nie zwykły przypadek?- Przemknęło mi przez myśl; gdy siadaliśmy przy stoliku.
-Bezpośredni facet; nie?- Spytała z zastanowieniem Cally.
-I to jak- przytaknąłem powoli.
-Już druga osoba twierdzi, że będzie dziewczyna- tego się właśnie obawiałem. Jej podejrzliwość wzrosła o sto procent. Tylko czekałem aż z jej uszu pójdzie para i usłyszę coś na kształt gwizdu czajnika. Nic takiego jednak nie nastąpiło; a turkusowooka zaczęła ciągnąć przez słomkę sok jagodowy.
Miałam wrażenie, że tymczasowe zniknięcie wampirów z miasta ma coś wspólnego nie tylko z tym dzieciakiem, ale i z niepokojącymi wydarzeniami, oraz sprawą Syndromu Anioła, w której nadal mamy tylko poszlaki.
Powierzyłam Lucianowi, by dowiedział się też czegoś na temat tych stworów w lesie.
Z Pretorianami nie doszliśmy do porozumienia, lecz szczęśliwie nie zrobiliśmy sobie z nich wrogów. Psinki przekazały swoje racje, my swoje; a, że o kompromisie nie było mowy żadna, ze stron nie zgodziła się na określone warunki. Nadal jednak zastanawiało mnie, czemu aż tak im zależy na powrocie Damona. Nie chciało mi się wierzyć, że to tylko dlatego, że był najlepszym Tropicielem. Musiał być inny powód.
***
Adres zaprowadził mnie do dobrze mi znanej dzielnicy slumsów. Tknięta przeczuciem przystanęłam za węgłem jednego z domów i wyjrzałam.
Budynek z adresu zupełnie tu nie pasował. Był zbyt nowy, jak na to miejsce. Wtedy ktoś na mnie wpadł, rozległ się przeciągły syk.
-Sorki..- rzucił wysoki młodzieniec z wężem owiniętym na przedramieniu.
Chwilę mi zajęło zanim go rozpoznałam.
-Co ty tu robisz, Snake..?- Zapytałam niepewnie.
-Mieszkam- odparł z ironią. Spoważniał.- Co jest?
-Ktoś tu mieszka?- Ruchem głowy wskazałam budynek.
-A wprowadziły się tu jakieś dziwadła dwa miesiące temu- odparł bez entuzjazmu. Wąż znów zasyczał wrogo.- Lady wyjątkowo ich nie lubi..
-Ciekawe...- wymruczałam z namysłem.- Te, a nie było tu takiego...?- Opisałam mu spotkanego przeze mnie szczyla.
-Widziałem tylko dziewczynkę. Wyglądała podobnie, jak mówisz- powiedział wolno.
-Czyli wygląda na to, że jest ich dwoje... Zaraz..- przypomniały mi się słowa Yuri.- No, tak... Dzięki, Snake- mijając go klepnęłam go w ramię.
-Za co?- Zapytał zdziwiony.
Nie było czasu mu tego wszystkiego tłumaczyć.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przedostatni dzień stycznia..
Obżerając się słodyczami rozmyślałam, moje młodsze kuzynostwo z wrzaskiem biegało korytarzem. Clarissa przemknęła w drzwiach, lecz nagle zahamowała z piskiem trampków zaglądając z zaciekawieniem do sypialni zastanawiała się nad czymś przez moment. Pogrążona w zeszycie od ruska udałam, że nie dostrzegłam zaciekawionego spojrzenia, chrupiąc kolejne ciastko.
-Co się stało; Clarissa?- Zapytałam, po dłuższej chwili widząc, że nadal stoi przed drzwiami.
Dziewczynka powoli weszła do pokoju. Była bardzo podobna do wujka.
-Cally... Mogę o coś zapytać?- Zaczęła nieśmiało.
-Spoko- przytaknęłam odkładając zeszyt.
"Długi Jęzor" popatrzyła na mnie z namysłem.
-To prawda, że będziecie mieli maluszka?.- Zapytała cicho, jakby uważała to za tajemnicę.
Powoli odsunęłam ciastko od ust i wbiłam w młodszą kuzynkę uważne spojrzenie.
-Skąd ci to przyszło do głowy; Clarissa?- Udałam zdziwienie. Długowłosa szatynka o piwnych oczach uśmiechnęła się słabo.
-Słyszałam jak tata i mama rozmawiali..- odparła nieśmiało.
-Co tam..?- Michael wszedł do pokoju ocierając twarz ręcznikiem.
-Jak myślisz, utrzyma dziób na kłódkę?- Spytałam z ironią, ruchem głowy wskazując Clarissę.
-Skoro nie chciała nam powiedzieć, co Devon i reszta kombinują..- stwierdził powoli.
Dziewczyna rzuciła nań ciekawskie spojrzenie.
-Wiesz, że to mała papla- rzuciłam z sarkazmem.
-Nikomu nie powiem, obiecuję- zapewniła szybko.
Spojrzeliśmy na siebie.
-Dobra, młoda i tak nie odpuści- rzucił z ironią.
-Na pewno nikomu nie wygadasz?- Zapytałam.
-Nikomu- obiecała.
-Istotnie będziesz ciocią- powiedział Michael tonem tajemnicy.
Trzasnęły cicho drzwi sypialni mojego ojca. Dostrzegłam go idącego korytarzem. Sygnet na środkowym palcu prawej dłoni błysnął lekko odbijając światło.
Clarissa patrzyła chwilę za moim ojcem. Potem zupełnie niespodziewanie uściskała mnie mocno.
-Czadowo- Michael nie zdążył zwiać i też dostał przytulasa.
-Tylko nikomu ani słowa- zagroził.
-O czym? Ja o niczym nie wiem- Szatynka szturchnęła go przyjaźnie.
-Auć..- Mruknął krzywiąc się.
Clarissa wybiegła z pokoju.
-Ciekawe, czy nie wyszczeka- zauważył wolno.
-Nie wiem, czemu; ale mam wrażenie; że nie- wzruszyłam ramionami pogryzając ciastko.
Powierzyłam Lucianowi, by dowiedział się też czegoś na temat tych stworów w lesie.
Z Pretorianami nie doszliśmy do porozumienia, lecz szczęśliwie nie zrobiliśmy sobie z nich wrogów. Psinki przekazały swoje racje, my swoje; a, że o kompromisie nie było mowy żadna, ze stron nie zgodziła się na określone warunki. Nadal jednak zastanawiało mnie, czemu aż tak im zależy na powrocie Damona. Nie chciało mi się wierzyć, że to tylko dlatego, że był najlepszym Tropicielem. Musiał być inny powód.
***
Adres zaprowadził mnie do dobrze mi znanej dzielnicy slumsów. Tknięta przeczuciem przystanęłam za węgłem jednego z domów i wyjrzałam.
Budynek z adresu zupełnie tu nie pasował. Był zbyt nowy, jak na to miejsce. Wtedy ktoś na mnie wpadł, rozległ się przeciągły syk.
-Sorki..- rzucił wysoki młodzieniec z wężem owiniętym na przedramieniu.
Chwilę mi zajęło zanim go rozpoznałam.
-Co ty tu robisz, Snake..?- Zapytałam niepewnie.
-Mieszkam- odparł z ironią. Spoważniał.- Co jest?
-Ktoś tu mieszka?- Ruchem głowy wskazałam budynek.
-A wprowadziły się tu jakieś dziwadła dwa miesiące temu- odparł bez entuzjazmu. Wąż znów zasyczał wrogo.- Lady wyjątkowo ich nie lubi..
-Ciekawe...- wymruczałam z namysłem.- Te, a nie było tu takiego...?- Opisałam mu spotkanego przeze mnie szczyla.
-Widziałem tylko dziewczynkę. Wyglądała podobnie, jak mówisz- powiedział wolno.
-Czyli wygląda na to, że jest ich dwoje... Zaraz..- przypomniały mi się słowa Yuri.- No, tak... Dzięki, Snake- mijając go klepnęłam go w ramię.
-Za co?- Zapytał zdziwiony.
Nie było czasu mu tego wszystkiego tłumaczyć.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przedostatni dzień stycznia..
Obżerając się słodyczami rozmyślałam, moje młodsze kuzynostwo z wrzaskiem biegało korytarzem. Clarissa przemknęła w drzwiach, lecz nagle zahamowała z piskiem trampków zaglądając z zaciekawieniem do sypialni zastanawiała się nad czymś przez moment. Pogrążona w zeszycie od ruska udałam, że nie dostrzegłam zaciekawionego spojrzenia, chrupiąc kolejne ciastko.
-Co się stało; Clarissa?- Zapytałam, po dłuższej chwili widząc, że nadal stoi przed drzwiami.
Dziewczynka powoli weszła do pokoju. Była bardzo podobna do wujka.
-Cally... Mogę o coś zapytać?- Zaczęła nieśmiało.
-Spoko- przytaknęłam odkładając zeszyt.
"Długi Jęzor" popatrzyła na mnie z namysłem.
-To prawda, że będziecie mieli maluszka?.- Zapytała cicho, jakby uważała to za tajemnicę.
Powoli odsunęłam ciastko od ust i wbiłam w młodszą kuzynkę uważne spojrzenie.
-Skąd ci to przyszło do głowy; Clarissa?- Udałam zdziwienie. Długowłosa szatynka o piwnych oczach uśmiechnęła się słabo.
-Słyszałam jak tata i mama rozmawiali..- odparła nieśmiało.
-Co tam..?- Michael wszedł do pokoju ocierając twarz ręcznikiem.
-Jak myślisz, utrzyma dziób na kłódkę?- Spytałam z ironią, ruchem głowy wskazując Clarissę.
-Skoro nie chciała nam powiedzieć, co Devon i reszta kombinują..- stwierdził powoli.
Dziewczyna rzuciła nań ciekawskie spojrzenie.
-Wiesz, że to mała papla- rzuciłam z sarkazmem.
-Nikomu nie powiem, obiecuję- zapewniła szybko.
Spojrzeliśmy na siebie.
-Dobra, młoda i tak nie odpuści- rzucił z ironią.
-Na pewno nikomu nie wygadasz?- Zapytałam.
-Nikomu- obiecała.
-Istotnie będziesz ciocią- powiedział Michael tonem tajemnicy.
Trzasnęły cicho drzwi sypialni mojego ojca. Dostrzegłam go idącego korytarzem. Sygnet na środkowym palcu prawej dłoni błysnął lekko odbijając światło.
Clarissa patrzyła chwilę za moim ojcem. Potem zupełnie niespodziewanie uściskała mnie mocno.
-Czadowo- Michael nie zdążył zwiać i też dostał przytulasa.
-Tylko nikomu ani słowa- zagroził.
-O czym? Ja o niczym nie wiem- Szatynka szturchnęła go przyjaźnie.
-Auć..- Mruknął krzywiąc się.
Clarissa wybiegła z pokoju.
-Ciekawe, czy nie wyszczeka- zauważył wolno.
-Nie wiem, czemu; ale mam wrażenie; że nie- wzruszyłam ramionami pogryzając ciastko.
Szpital..
-Jest pani z rodziny?- Zapytał lekarz.
-Tak. Konkretnie jestem bratanicą- odpowiedziałam uprzejmie.- Jak z wujkiem?
Lekarz powiedział pokrótce o stanie wujka i zapewnił, że nie ma powodu do obaw.
-A.. Czy z tą ręką będzie dobrze?- Dopytywałam się.
-Oczywiście. Złamanie wyglądało może groźnie, ale z pani wujkiem wszystko dobrze. Musi być dobrym kierowcą, skoro tylko tak się to skończyło.
-Dziękuję, mogę...?- Zaczęłam.
-Proszę- rzucił wskazując salę.
-Dziękuję bardzo- powoli weszłam.
Piwnooki uniósł wzrok znad rozłożonej gazety i spojrzał na mnie.
-Callisto- uśmiechnął się słabo.
-Przepraszam... Ten wypadek. To przeze mnie..- zaczęłam cicho.
-Wiesz, że tak nie jest- odparł, gdy usiadłam na krzesełku. Jego lewa ręka wisiała na temblaku. Miał też opatrunki na twarzy i drugiej ręce. Zapanowało między nami długie milczenie.
-Dlaczego zapytałaś o to, co było między mną i Valerie?- Zapytał w końcu. To, jak wymawiał imię mojej matki utwierdzało mnie w przekonaniu, że naprawdę ją kochał.
-Po prostu zastanawiałam się, czemu ty i ojciec rzadko ze sobą rozmawiacie..- odparłam smutno.
-Sądzisz, że pokłóciliśmy się z jej powodu?- Zapytał cicho.
-Sama nie wiem.. Wydaje mi się, jakbyś był na niego zły- powiedziałam cicho.
-Nie jestem zły na Cristophera..-Zaczął.
-Chcę znać prawdę, wujku- przerwałam mu smutno.
Luca Raven patrzył w okno zamyślony. Cisza przeciągała się. Trwało to tak długo, że zwątpiłam, iż chrzestny jeszcze się odezwie.
-Po prostu myślałem, że Cristoph potrzebuje więcej czasu, dlatego niewiele rozmawialiśmy- przyznał cicho.- Wcale nie traktuję go jak wroga, to w końcu mój brat- wziął moją dłoń i ścisnął lekko.-Zresztą sama rozumiesz, że bardzo się zmienił przez tamtą noc.. Pomyślałem, że chce sobie wszystko poukładać i..- Piwnooki westchnął ciężko.
-No, tak.. Przepraszam- odetchnęłam głęboko.
-Nie musisz przepraszać.. Rozumiem, że chcesz wiedzieć.. Odzyskałaś chociaż jedno z rodziców- przyciągnął mnie i zatonęłam w jego objęciu.
-Właściwie to ja powinienem cię przeprosić za wszystko.. Zwłaszcza za Sussan- wypuszczając mnie z rąk, nagle odwrócił wzrok.
-To nic, przynajmniej moje życie było przez nią trochę ciekawsze- odparłam z ironią.
-Callisto..- odwzajemnił uśmiech nieco opornie.- Czy naprawdę...? Jesteś w..?- Zaczął zakłopotany nadal na mnie nie patrząc.
-Wujku, ty też..?- Jęknęłam niecierpliwie.
-Po prostu odpowiedz- wzruszył ramionami.
-Nie jestem- skłamałam spokojnie, choć przez chwilę miałam ochotę powiedzieć mu prawdę.
-Skoro tak, to przepraszam..- uśmiechnął się lekko.
-Nie ma sprawy- rzuciłam. Postanowiłam jednak pozostać chwilę przy tym temacie.- A nawet, gdybym była to, co?- Zapytałam z udawaną ciekawością.
Luca Raven uśmiechnął się słabo.
-Jeśli byłabyś przez to szczęśliwa, nic- powiedział cichy głos od drzwi.
-Cristoph..- zaczął zaskoczony piwnooki.
-Zostawię was samych- Rzuciłam krótko na pożegnanie.- Zdrowiej, wujku. Do zobaczenia poźniej, ojcze.
***
-Jeśli byłabyś przez to szczęśliwa, nic..- od kiedy pamiętam, ojciec zawsze mówił, co myślał, nawet jeśli miałoby to dziwnie zabrzmieć.
Przechodziłam obok kościoła farnego, gdy usłyszałam kłótnię.
-Stacia..- Chłopak chwycił ją mocno za rękę i odwrócił ku sobie.
-Puść mnie, Thomas- Przystanęłam obserwując pogrążonych w kłótni Stacię i Thomasa.
-Znów masz inny kolor oczu- powiedział cicho, z troską.- Co się z tobą dzieje, Stacia.?
-Wydawało mi się że byłeś już z kimś umówiony- zauważyła z naciskiem, jakby chciała szybko się go pozbyć.
Carver zamarł na dłuższy moment.
-Ona zrozumie..- powiedział smutno. Przyciągnął i objął ją mocno, a potem, zwyczajnie ją pocałował.
Stacia odsunęła się gwałtownie. Chwilowe zdumienie na jej twarzy ustąpiło miejsca wściekłości, lecz zanim zdążyła się odezwać, zrobiła to Hannah:
-Tak, jak myślałam...- powiedziała przez zaciśnięte zęby, była o krok od płaczu.
-Hannah, ja...- zaczął cicho.
-Przymknij się. Już dosyć usłyszałam- Odwarknęła Hannah.
-Przepraszam..- Anastasia minęła oboje i ruszyła w swoją stronę. W ostatniej chwili Hannah chwyciła ją za rękę i mocno trzymała jej dłoń w palcach.
Thomas powoli się cofnął.
-Przepraszam.. Naprawdę nie chciałem..- zaczął smutno, patrząc na zaśnieżony chodnik.
-Już chyba trochę na to za późno...- odparła z goryczą Hannah.
-Przepraszam..- powtórzył z rozpaczą.
-Wsadź sobie te swoje przeprosiny- odparowała gniewnie Hannah. Puściła dłoń blondynki i ruszyła z miejsca.
-Hannah, daj mi wytłumaczyć..- dogonił ją i chwycił jej rękę, ale wyrwała mu się szybko.
-Odwal się- oznajmiła lodowato, odchodząc.
-Tego właśnie chciałeś, Thomas?- Zapytała niechętnie Stacia patrząc za przyjaciółką.
-Stacia..- Chłopak powoli opuścił rękę i odszedł.
Zaburczało mi w brzuchu. Miałam nieodpartą chęć na cieplutkie hot-dogi..
Jak wygłodniałe zombie ruszyłam w stronę najbliższego lokalu z fast-food'em.
-Co podać, młoda damo?- Zapytał uprzejmie facet.
-Trzy razy hot-dog z...-Wyrecytowałam z rozmarzeniem.- Do tego dwie puszki Fanty..- zauważyłam, że kilka osób dziwnie się na mnie patrzy.
-Proszę sobie usiąść- prawdopodobnie właściciel, puścił mi oczko.
Przysiadłam przy wolnym stoliku, starając się zignorować zaciekawione spojrzenia.
Moje zamówienie pojawiło się kilka minut poźniej. Na zapach żarcia przeszły mnie spiralne uderzenia Mocy.
Nie zwracając uwagi na ludzi, zabrałam się za jedzenie. Usłyszałam jednak kilka komentarzy.
-O co chodzi?- Spytałam uprzejmie przyglądając się jednej z grupy dziewczyn, która poczerwieniała ze wstydu i rzuciła krótkie "sorry".
Pocieszona przekąską ruszyłam w drogę powrotną do domu.
***
-Callisto..- Ogarnęły mnie te ciepłe ramiona i poczułam muśnięcie warg na szyi.
-Już jestem- odparłam kładąc dłoń na jego splecionych na moim ciele.
-Może byś coś zjadła?- Zapytał troskliwie.
-Jadłam na mieście- odpowiedziałam ciepło.
-Znów to śmieciowe żarcie?- Zapytał niezadowolony.
-To, na co mam ochotę zależy od tego tam potworka- powiedziałam, żeby go udobruchać.- Wiesz, że pijawy rzadko jedzą coś poza..
-Wiem, ale..- zielonooki niechętnie ustąpił.- Po prostu chciałbym, żebyś o siebie dbała..
-Przecież dbam- powiedziałam wolno. Powoli wyswobodziłam się z objęcia i usiadłam na łóżku. Bolały mnie nogi.
-Moje kochanie..- westchnął przytulając mnie.
Poczułam senność. Zasnęłam w jego bezpiecznych ramionach.
-Jest pani z rodziny?- Zapytał lekarz.
-Tak. Konkretnie jestem bratanicą- odpowiedziałam uprzejmie.- Jak z wujkiem?
Lekarz powiedział pokrótce o stanie wujka i zapewnił, że nie ma powodu do obaw.
-A.. Czy z tą ręką będzie dobrze?- Dopytywałam się.
-Oczywiście. Złamanie wyglądało może groźnie, ale z pani wujkiem wszystko dobrze. Musi być dobrym kierowcą, skoro tylko tak się to skończyło.
-Dziękuję, mogę...?- Zaczęłam.
-Proszę- rzucił wskazując salę.
-Dziękuję bardzo- powoli weszłam.
Piwnooki uniósł wzrok znad rozłożonej gazety i spojrzał na mnie.
-Callisto- uśmiechnął się słabo.
-Przepraszam... Ten wypadek. To przeze mnie..- zaczęłam cicho.
-Wiesz, że tak nie jest- odparł, gdy usiadłam na krzesełku. Jego lewa ręka wisiała na temblaku. Miał też opatrunki na twarzy i drugiej ręce. Zapanowało między nami długie milczenie.
-Dlaczego zapytałaś o to, co było między mną i Valerie?- Zapytał w końcu. To, jak wymawiał imię mojej matki utwierdzało mnie w przekonaniu, że naprawdę ją kochał.
-Po prostu zastanawiałam się, czemu ty i ojciec rzadko ze sobą rozmawiacie..- odparłam smutno.
-Sądzisz, że pokłóciliśmy się z jej powodu?- Zapytał cicho.
-Sama nie wiem.. Wydaje mi się, jakbyś był na niego zły- powiedziałam cicho.
-Nie jestem zły na Cristophera..-Zaczął.
-Chcę znać prawdę, wujku- przerwałam mu smutno.
Luca Raven patrzył w okno zamyślony. Cisza przeciągała się. Trwało to tak długo, że zwątpiłam, iż chrzestny jeszcze się odezwie.
-Po prostu myślałem, że Cristoph potrzebuje więcej czasu, dlatego niewiele rozmawialiśmy- przyznał cicho.- Wcale nie traktuję go jak wroga, to w końcu mój brat- wziął moją dłoń i ścisnął lekko.-Zresztą sama rozumiesz, że bardzo się zmienił przez tamtą noc.. Pomyślałem, że chce sobie wszystko poukładać i..- Piwnooki westchnął ciężko.
-No, tak.. Przepraszam- odetchnęłam głęboko.
-Nie musisz przepraszać.. Rozumiem, że chcesz wiedzieć.. Odzyskałaś chociaż jedno z rodziców- przyciągnął mnie i zatonęłam w jego objęciu.
-Właściwie to ja powinienem cię przeprosić za wszystko.. Zwłaszcza za Sussan- wypuszczając mnie z rąk, nagle odwrócił wzrok.
-To nic, przynajmniej moje życie było przez nią trochę ciekawsze- odparłam z ironią.
-Callisto..- odwzajemnił uśmiech nieco opornie.- Czy naprawdę...? Jesteś w..?- Zaczął zakłopotany nadal na mnie nie patrząc.
-Wujku, ty też..?- Jęknęłam niecierpliwie.
-Po prostu odpowiedz- wzruszył ramionami.
-Nie jestem- skłamałam spokojnie, choć przez chwilę miałam ochotę powiedzieć mu prawdę.
-Skoro tak, to przepraszam..- uśmiechnął się lekko.
-Nie ma sprawy- rzuciłam. Postanowiłam jednak pozostać chwilę przy tym temacie.- A nawet, gdybym była to, co?- Zapytałam z udawaną ciekawością.
Luca Raven uśmiechnął się słabo.
-Jeśli byłabyś przez to szczęśliwa, nic- powiedział cichy głos od drzwi.
-Cristoph..- zaczął zaskoczony piwnooki.
-Zostawię was samych- Rzuciłam krótko na pożegnanie.- Zdrowiej, wujku. Do zobaczenia poźniej, ojcze.
***
-Jeśli byłabyś przez to szczęśliwa, nic..- od kiedy pamiętam, ojciec zawsze mówił, co myślał, nawet jeśli miałoby to dziwnie zabrzmieć.
Przechodziłam obok kościoła farnego, gdy usłyszałam kłótnię.
-Stacia..- Chłopak chwycił ją mocno za rękę i odwrócił ku sobie.
-Puść mnie, Thomas- Przystanęłam obserwując pogrążonych w kłótni Stacię i Thomasa.
-Znów masz inny kolor oczu- powiedział cicho, z troską.- Co się z tobą dzieje, Stacia.?
-Wydawało mi się że byłeś już z kimś umówiony- zauważyła z naciskiem, jakby chciała szybko się go pozbyć.
Carver zamarł na dłuższy moment.
-Ona zrozumie..- powiedział smutno. Przyciągnął i objął ją mocno, a potem, zwyczajnie ją pocałował.
Stacia odsunęła się gwałtownie. Chwilowe zdumienie na jej twarzy ustąpiło miejsca wściekłości, lecz zanim zdążyła się odezwać, zrobiła to Hannah:
-Tak, jak myślałam...- powiedziała przez zaciśnięte zęby, była o krok od płaczu.
-Hannah, ja...- zaczął cicho.
-Przymknij się. Już dosyć usłyszałam- Odwarknęła Hannah.
-Przepraszam..- Anastasia minęła oboje i ruszyła w swoją stronę. W ostatniej chwili Hannah chwyciła ją za rękę i mocno trzymała jej dłoń w palcach.
Thomas powoli się cofnął.
-Przepraszam.. Naprawdę nie chciałem..- zaczął smutno, patrząc na zaśnieżony chodnik.
-Już chyba trochę na to za późno...- odparła z goryczą Hannah.
-Przepraszam..- powtórzył z rozpaczą.
-Wsadź sobie te swoje przeprosiny- odparowała gniewnie Hannah. Puściła dłoń blondynki i ruszyła z miejsca.
-Hannah, daj mi wytłumaczyć..- dogonił ją i chwycił jej rękę, ale wyrwała mu się szybko.
-Odwal się- oznajmiła lodowato, odchodząc.
-Tego właśnie chciałeś, Thomas?- Zapytała niechętnie Stacia patrząc za przyjaciółką.
-Stacia..- Chłopak powoli opuścił rękę i odszedł.
Zaburczało mi w brzuchu. Miałam nieodpartą chęć na cieplutkie hot-dogi..
Jak wygłodniałe zombie ruszyłam w stronę najbliższego lokalu z fast-food'em.
-Co podać, młoda damo?- Zapytał uprzejmie facet.
-Trzy razy hot-dog z...-Wyrecytowałam z rozmarzeniem.- Do tego dwie puszki Fanty..- zauważyłam, że kilka osób dziwnie się na mnie patrzy.
-Proszę sobie usiąść- prawdopodobnie właściciel, puścił mi oczko.
Przysiadłam przy wolnym stoliku, starając się zignorować zaciekawione spojrzenia.
Moje zamówienie pojawiło się kilka minut poźniej. Na zapach żarcia przeszły mnie spiralne uderzenia Mocy.
Nie zwracając uwagi na ludzi, zabrałam się za jedzenie. Usłyszałam jednak kilka komentarzy.
-O co chodzi?- Spytałam uprzejmie przyglądając się jednej z grupy dziewczyn, która poczerwieniała ze wstydu i rzuciła krótkie "sorry".
Pocieszona przekąską ruszyłam w drogę powrotną do domu.
***
-Callisto..- Ogarnęły mnie te ciepłe ramiona i poczułam muśnięcie warg na szyi.
-Już jestem- odparłam kładąc dłoń na jego splecionych na moim ciele.
-Może byś coś zjadła?- Zapytał troskliwie.
-Jadłam na mieście- odpowiedziałam ciepło.
-Znów to śmieciowe żarcie?- Zapytał niezadowolony.
-To, na co mam ochotę zależy od tego tam potworka- powiedziałam, żeby go udobruchać.- Wiesz, że pijawy rzadko jedzą coś poza..
-Wiem, ale..- zielonooki niechętnie ustąpił.- Po prostu chciałbym, żebyś o siebie dbała..
-Przecież dbam- powiedziałam wolno. Powoli wyswobodziłam się z objęcia i usiadłam na łóżku. Bolały mnie nogi.
-Moje kochanie..- westchnął przytulając mnie.
Poczułam senność. Zasnęłam w jego bezpiecznych ramionach.
Ciemna i zimna cela. Przenikający mnie chłód głodu krwi i..
Ten telepatyczny krzyk.
Boli. Leżąc w bezruchu oszczędzam siły.
Próbuję sobie przypomnieć, jak się tu znalazłam..
Zawarłam kontrakt.
O bycie na powrót śmiertelną...
Zielone oczy zza szkieł..
Pałają.
Skrytym za zasłoną cierpienia gniewem, jakby pytały: dlaczego.-Kocham cię...- szeptam z trudem, przepraszającym tonem. Mój ochrypły półgłos jest słaby, zbyt cichy.
Opadam z sił.
Nie chcę stracić tej małej kruszyny, do której obecności zdążyłam się już przyzwyczaić..
Czołgam się do krat. Inne uwięzione Istoty Cienia patrzą na to z litością.
-Krwii- Szeptam błagalnie.
Mdłe światło ogarka oświetla mnie. Mrużę oczy przed oślepiającym blaskiem- przez ten czas przywykłam do mroku.
-Oszczędzaj się. Chcę się jeszcze trochę z tobą pobawić- rzucił głos tego bachora.
-To nie dla mnie.. Proszę..- Już dawno schowałam szlachecką dumę do kieszeni. Zresztą nie prosiłam o swoje życie..
Kolejna odmowa, po której wezbrała we mnie fala wściekłości.
Ostatkiem sił zacisnęłam dłoń na jego gardle.
-Niech cię diabli Zetsubō.. Obyś zdechł...- Warknęłam rozpaczliwie. Tłumiąc cisnące się do oczu łzy trzasnęłam nim mocno o kraty.
-Hanazē!- Warknął z wściekłością usiłując się wyrwać. Trzasnęłam nim drugi raz.
-Rozwalę ci łeb..- Zrobiło mi się słabo; puściłam go i przytrzymałam się krat, żeby nie upaść. Usłyszałam drwiący śmiech z ust tego małego kitajca.
-Dwójka do piekła, kawaii!- zarechotał wesoło.
Rozbrzmiewające echo kroków, po których w plamę światła weszła jego bliźniaczka..
-Nakarm sukę. Nie chcę mieć na sumieniu niewinnej duszy- burknęła poirytowana.
Zetsubō zwrócił na nią dziwnie pytające spojrzenie.
-Zacznijmy od tego, że nie masz sumienia onē-chan- ta uwaga drogo go kosztowała. Jego demoniczna bliźniaczka chwyciła go za ramię i uderzyła nim mocno o mur.
-Damare, kono bakayarō!- Mimo, że nie rozumiałam ni słowa, wiedziałam, że braciszek porządnie ją wkurzył.- Drażnią mnie jej jęki, więc ją ucisz i daj jej żreć- w pakiecie poczęstowała go porządnym kopniakiem.
-Co ci odbiło??!- Warknął zdumiony. Na widok jej spojrzenia cofnął się i odszedł bez słowa.
***
Tęsknię...
Wspominam..
Umieram.Ten drogi mi głos.
Szepczący.
'Moje kochanie'Chcę do niego biec, ale nie mam sił nawet wstać; poruszyć się choćby o milimetr..
-Kocham cię; Michael..- szeptam z trudem, przepraszająco.
Nagle ten telepatyczny głos..
Mamo, wstań.. Przecież jesteś wojowniczką- walcz o nas.. O tatę.. O mnie.! Jesteś moją mamą, potrafisz...
Chwiejnie staję na zdrętwiałych nogach wyciagając dłoń z lazurytowym sygnetem w kierunku krat.
-Anioł paktem naznaczony,
do przysięgi przymuszony.
Chroni Rodu tajemnice...
Kiedy wezwą go szlachcice,
On odbija Rodu wolę,
Z nimi przy kamiennym stole,
siada ta Anielska Trójca: ognia tchnienie,
grzmotu brzmienie,
wiatru wycie..
W tym zaszczycie:
Zaprzysięgam Cię, Aniele
byś był Domu przyjacielem.
Byś nam służył; strzegł nas.. Chronił,
kiedy dobywamy broni...
Co ty na to mi odpowiesz?
Trzeci raz w życiu powtórzyłam zaklęcie powołania.
-Cóż, potężny ten Ród Kruka,
chociaż zawsze guza szuka.
Klucza z szponów nie wypuszcza,
Jego Strażnik głowę spuszcza.
To mnie się należą hołdy,
gdy pilnuję waszej hordy.
Lecz przysięgam, gdy zawoła,
każda spod skrzydeł osoba:
Wierność, służbę i ochronę,
pieczętując Rodu Wolę
-Znów widzę na twarzy Luciana ten cudny uśmiech.- Moja pani, na wezwanie, czego pragniesz: niech się stanie...
Przede mną stanął ubrany w czerń niezwykle przystojny młodzieniec o falowanych kruczych włosach i czarnych jak bezdenna otchłań oczach.
-Moja panienko?- Zapytał usłużnie.
Usłyszałam huk blaszanej miski i dziwny pisk. Oboje zwróciliśmy wzrok w tamtą stronę. Czarno-rudy bachor szczękał zębami, a cofając się wymówił po swojemu jedno słowo:
-Te-te-te.. Tenshi- Nie wiedziałam, co powiedział, ale klucz w dłoni Luciana błysnął błękitem.
Powoli otworzyłam oczy. Widząc pogrążony w mroku pokój i słysząc obok chrapanie Michaela uspokoiłam się zupełnie.
Pierwszy raz od jakiegoś czasu coś mi się przyśniło. Sen był, co prawda dziwny; ale nie przypuszczałam, że to dopiero zapowiedź kolejnych wydarzeń i kłopotów które miały mnie spotkać.
I ten głos małej dziewczynki...
Patrzyłam na śpiącego zielonookiego, próbując wymknąć się spod kołdry tak, aby go nie obudzić. Z niespotykaną dotąd siłą- nadal pogrążony we śnie- przyciągnął mnie mocno do siebie. Dopiero, gdy dostał całusa wypuścił mnie z objęć mamrocząc coś przez sen.
-Nie próbuj mi uciec. Nigdy- usłyszałam szept.
-Nigdy, a jak długo to jest?- Mruknęłam do siebie zamyślona biorąc kilka woreczków z transfuzyjną.
-Dopóki będę żył- szepnął poważnie, nadal przez sen.
Zamarłam wpatrując się w niego, jak sroka w gnat. Przesunęłam palcami po jego twarzy. Uśmiechnął się, jak tamtego szkolnego dnia i otworzył oczy..
-Co, moje kochanie?- Spytał całkiem przytomnie.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Mogłem coś powiedzieć. Mogłem też nie mówić nic i tylko na nią patrzeć.
Lubiłem patrzeć na Callisto. Kochałem w niej wszystko od stóp do głów: ironiczne usposobienie, turkus jej oczu, ładne bladoróżowe usta i skrywające się za nimi wampirze kły. To ostatnie chyba najbardziej...
Pierwszy raz od jakiegoś czasu coś mi się przyśniło. Sen był, co prawda dziwny; ale nie przypuszczałam, że to dopiero zapowiedź kolejnych wydarzeń i kłopotów które miały mnie spotkać.
I ten głos małej dziewczynki...
Patrzyłam na śpiącego zielonookiego, próbując wymknąć się spod kołdry tak, aby go nie obudzić. Z niespotykaną dotąd siłą- nadal pogrążony we śnie- przyciągnął mnie mocno do siebie. Dopiero, gdy dostał całusa wypuścił mnie z objęć mamrocząc coś przez sen.
-Nie próbuj mi uciec. Nigdy- usłyszałam szept.
-Nigdy, a jak długo to jest?- Mruknęłam do siebie zamyślona biorąc kilka woreczków z transfuzyjną.
-Dopóki będę żył- szepnął poważnie, nadal przez sen.
Zamarłam wpatrując się w niego, jak sroka w gnat. Przesunęłam palcami po jego twarzy. Uśmiechnął się, jak tamtego szkolnego dnia i otworzył oczy..
-Co, moje kochanie?- Spytał całkiem przytomnie.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Mogłem coś powiedzieć. Mogłem też nie mówić nic i tylko na nią patrzeć.
Lubiłem patrzeć na Callisto. Kochałem w niej wszystko od stóp do głów: ironiczne usposobienie, turkus jej oczu, ładne bladoróżowe usta i skrywające się za nimi wampirze kły. To ostatnie chyba najbardziej...
Obejmując ramieniem przytuliłem ją. Oparła głowę na mojej piersi oddychając głęboko. Westchnęła cicho.
-Nie wiem, co ty, właściwie, widzisz w mojej krwi- Zauważyłem niepewnie, czując muśnięcie jej warg na szyi uśmiechnąłem się lekko.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Co widzę w twojej krwii..- Szepnęłam z zastanowieniem.- Ona.. Jest... Jest..- nie wiedziałam, jak to sformułować. Zamyśliłam się na dłużsżą chwilę.
-Wyobraź sobie, że jest zima..- zaczęłam.
-Przecież jest ZIMA- zauważył powoli, nie łapiąc aluzji.
-Boże, nie czepiaj się szczegółu- jęknęłam z ironią.- No, to inaczej.. Wyobraź sobie jakiś kwiat kwitnący zimą..
-Co ty pieprzysz, Callisto?- Zapytał z niepokojem.
-Taka jest właśnie twoja krew...- odparłam z naciskiem.- W tłumie pijaw byłbyś po prostu rozchwytywany.
-Może połowa licealistek, z którymi mam do czynienia to jakieś pijawy..- rzucił udając zastanowienie.
-Dziewczyny nadal za tobą łażą?- Spytałam swobodnie; choć w środku aż skręcało mnie z zazdrości.
-Zazdrosna?- Spytał z wytrącającym z równowagi uśmiechem.
-Skądże- zaprzeczyłam spokojnie.
-Kłamczucha- odparował rechotając.
-Miałabym być zazdrosna o takiego chuderlaka?- Zakpiłam szturchając go.
-Ja ci zaraz dam chuderlaka- zagroził i biorąc mnie na ręce zaczął się kręcić dokoła.
-Czubek- rzuciłam pieszczotliwie.
-Świruska moja- odciął się wesoło.
-Nie wiem, co ty, właściwie, widzisz w mojej krwi- Zauważyłem niepewnie, czując muśnięcie jej warg na szyi uśmiechnąłem się lekko.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Co widzę w twojej krwii..- Szepnęłam z zastanowieniem.- Ona.. Jest... Jest..- nie wiedziałam, jak to sformułować. Zamyśliłam się na dłużsżą chwilę.
-Wyobraź sobie, że jest zima..- zaczęłam.
-Przecież jest ZIMA- zauważył powoli, nie łapiąc aluzji.
-Boże, nie czepiaj się szczegółu- jęknęłam z ironią.- No, to inaczej.. Wyobraź sobie jakiś kwiat kwitnący zimą..
-Co ty pieprzysz, Callisto?- Zapytał z niepokojem.
-Taka jest właśnie twoja krew...- odparłam z naciskiem.- W tłumie pijaw byłbyś po prostu rozchwytywany.
-Może połowa licealistek, z którymi mam do czynienia to jakieś pijawy..- rzucił udając zastanowienie.
-Dziewczyny nadal za tobą łażą?- Spytałam swobodnie; choć w środku aż skręcało mnie z zazdrości.
-Zazdrosna?- Spytał z wytrącającym z równowagi uśmiechem.
-Skądże- zaprzeczyłam spokojnie.
-Kłamczucha- odparował rechotając.
-Miałabym być zazdrosna o takiego chuderlaka?- Zakpiłam szturchając go.
-Ja ci zaraz dam chuderlaka- zagroził i biorąc mnie na ręce zaczął się kręcić dokoła.
-Czubek- rzuciłam pieszczotliwie.
-Świruska moja- odciął się wesoło.
- Nigdy, a jak długo to jest?
- Dopóki będę żył..
Dopóki.
Będę..
Żył...
Będę..
Żył...
-Czemu tak na mnie patrzysz?- Zapytał cicho.
-Jak?- Odparłam pytaniem.
-Z.. Z bólem. Jakby coś cię raniło- zauważył ostrożnie.
-Kiedyś.. Zanim się poznaliśmy sądziłam, że..- nie wiedziałam, jak to przyjmie; bałam się go znów zranić.
-Że co; moje kochanie?- Zapytał cicho.
-Że.. Że miłość do kogoś to.. Zwykła słabość- odparłam w końcu wbijając wzrok w bujany fotel przy oknie.
-A, jak jest teraz?- Te intensywnie zielone oczy płoną w mroku.
-Jak?- Odparłam pytaniem.
-Z.. Z bólem. Jakby coś cię raniło- zauważył ostrożnie.
-Kiedyś.. Zanim się poznaliśmy sądziłam, że..- nie wiedziałam, jak to przyjmie; bałam się go znów zranić.
-Że co; moje kochanie?- Zapytał cicho.
-Że.. Że miłość do kogoś to.. Zwykła słabość- odparłam w końcu wbijając wzrok w bujany fotel przy oknie.
-A, jak jest teraz?- Te intensywnie zielone oczy płoną w mroku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz