Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Ostatnio coraz później wracasz; Jane- powiedziałem z troską.
-Przepraszam, że cię niepokoję; panie- odparła opierając się o framugę drzwi.
Miała dziwny głos. Zacinała się, co wydało mi się dziwnie podejrzane. Powoli uniosłem wzrok znad książki i spojrzałem na kobietę uważnie.
-Jane… Ty, piłaś??- Zapytałem z zaskoczeniem, odkładając tom na półkę. Wstałem z łóżka i podszedłszy do niej obejrzałem jej oczy.
-N-nie..- przez chwilę się zacięła. Czknęła głośno i zrobiła przepraszającą minę.
-Piłaś- oznajmiłem biegnąc wzrokiem po jej zarumienionej twarzy i świecących oczach. Dodałem do tego czkawkę i fakt, że ledwie stała o własnych siłach. Szybko doprowadziłem ją do fotela, na którym ją usadziłem.
-Ja naprawdę nic nie…- Zaczęła.
-Jesteś lekko ‚stuknięta’, dobrze, że ojciec zostaje na noc w Stowarzyszeniu..- przerwałem nieco zdenerwowany.- Gdyby on to zobaczył… Rany…- Jęknąłem, schodząc na dół.
W kuchni wyciągnąłem z mojej skrytki setkę wódki i schowałem ją w kieszeni bluzy, przygotowałem herbatę i ruszyłem z kubkiem na górę.
Jane siedziała w fotelu i śpiewała jakąś chamską piosenkę kiwając stopą do rytmu. Po przyśpiewce poznałem miejsce gdzie przebywała. Była na drugim końcu miasta w barze Sirius. Była to knajpa wątpliwej reputacji, w której bywał najgorszy element pobliskich miasteczek i przyjezdni.
-Cholerna speluna…- jęknąłem niecierpliwie wciskając jej w dłonie kubek.- Wypij, to pomoże…
Powoli upiła łyk herbaty z kubka i spojrzała na mnie przestraszona.
-Teraz pogadamy; Jane..- oznajmiłem spokojnie siadając na krańcu łóżka.- Nie martw się, ojciec o niczym się nie dowie..
Odetchnęła głęboko, patrząc na mnie; jak zbity pies.
-O czym-m- czknęła lekko- chce-esz porozmawiać?- zapytała ostrożnie.
-To prawda, że pocałowałaś Luciana Mikaelisa? Zapytałem z wahaniem.
Jane patrzyła na mnie; jakby nie wiedziała, o czym mówię.
-Nie pocałowałam go..- odparła niezbyt przekonującym tonem.
-Więc to nieprawda.?- Zauważyłem z nutą pytania.
-Nieprawda- zaczęła z wahaniem.
-Mówisz prawdę, czy to; co chcę usłyszeć?- Ciągnąłem dalej grę w „prawda, czy fałsz?”
-Mówię prawdę- Odparła pewniejszym tonem.
-Fałsz- stwierdziłem spokojnie patrząc prosto w jej ogniste tęczówki.
-Nie rozumiem; panie..- zaczęła ostrożnie.
-Okłamujesz mnie; Jane- powiedziałem biorąc kładąc dłoń na jej dłoni i spojrzałem jej w oczy.
Tak; jak się spodziewałem odwróciła wzrok i wbiła go w jedną z szafek. Zapadła długa chwila milczenia.
-Jeśli wiesz; dlaczego o to pytasz…- zaczęła z niechęcią.
-Bo chcę usłyszeć to od ciebie. Chcę słyszeć od ciebie prawdę, żeby móc ci ufać- odpowiedziałem ściskając lekko jej dłoń.- Poza tym wiesz, że niezbyt lubię Luciana..
-Przecież ufasz tylko jej- odparła zdziwiona i zarazem niepewna. Upiła kolejny łyk herbaty.- No; dobrze: pocałowałam Luciana, ale…
-A może to on pocałował ciebie?- Spytałem lekko.
Pokręciła szybko głową w geście odmowy.
-Jeśli chcesz zasugerować mi, że w jakiś sposób mnie zmusił; to nie. Pocałowałam go z własnej woli- przyznała.- Nie pytaj, dlaczego; bo sama tego nie wiem..- wzruszyła ramionami zrezygnowana.
-Może ty coś do niego czujesz?- Zacząłem nieco skołowany jej odpowiedzią.
-My nie mamy uczuć, tylko obowiązki- uśmiechnęła się blado.- Poza tym…
-Poza tym?- Podjąłem po chwili.
-Tylko Pakt trzyma mnie tutaj. Ty trzymasz mnie tutaj- powiedziała cicho, nadal wpatrując się w szafkę.
-Nie chciałabyś być wolna? Wrócić Tam; gdziekolwiek to jest…- Zapytałem licząc na szczerą odpowiedź.
Jane powoli zwróciła twarz w moją stronę, jej płomienne oczy przygasły nagle.
-To byłby okropny wstyd..- powiedziała z wahaniem.- Mieć pana w twoim świecie to dla anioła powód do dumy. Tylko to różni nas od tego dna, jakim są Tamci.- Powiedziała pogardliwie.
-Tamci?- Odważyłem się zapytać.
-Upadli- powiedziała niechętnie.
Znowu zapadła niezręczna cisza.
Zastanawiałem się czy mogę o to zapytać- nie chciałbym urazić Jane, z którą dogadywałem się nawet lepiej, niż z własnym ojcem. Postanowiłem jednak zaryzykować.
-Właściwie, dlaczego zostałaś rodowym aniołem?- zapytałem z wahaniem.
Jane spojrzała na mnie i uśmiechnęła się ciepło.
-Bez powodu- wzruszyła ramionami.- To przyszło z czasem, a ja… Polubiłam tę robotę.
Anioł Rodu Płomień; Jane.
Czy o takim budowaniu więzi mówił ostatnio Lucian?
Jeśli taka zwyczajna rozmowa jest „budowaniem więzi” to nawet fajnie mi się gada, poza tym wcale nie myślałam, że mój panicz jest taki gadatliwy.
-Ostatnio coraz później wracasz; Jane- powiedziałem z troską.
-Przepraszam, że cię niepokoję; panie- odparła opierając się o framugę drzwi.
Miała dziwny głos. Zacinała się, co wydało mi się dziwnie podejrzane. Powoli uniosłem wzrok znad książki i spojrzałem na kobietę uważnie.
-Jane… Ty, piłaś??- Zapytałem z zaskoczeniem, odkładając tom na półkę. Wstałem z łóżka i podszedłszy do niej obejrzałem jej oczy.
-N-nie..- przez chwilę się zacięła. Czknęła głośno i zrobiła przepraszającą minę.
-Piłaś- oznajmiłem biegnąc wzrokiem po jej zarumienionej twarzy i świecących oczach. Dodałem do tego czkawkę i fakt, że ledwie stała o własnych siłach. Szybko doprowadziłem ją do fotela, na którym ją usadziłem.
-Ja naprawdę nic nie…- Zaczęła.
-Jesteś lekko ‚stuknięta’, dobrze, że ojciec zostaje na noc w Stowarzyszeniu..- przerwałem nieco zdenerwowany.- Gdyby on to zobaczył… Rany…- Jęknąłem, schodząc na dół.
W kuchni wyciągnąłem z mojej skrytki setkę wódki i schowałem ją w kieszeni bluzy, przygotowałem herbatę i ruszyłem z kubkiem na górę.
Jane siedziała w fotelu i śpiewała jakąś chamską piosenkę kiwając stopą do rytmu. Po przyśpiewce poznałem miejsce gdzie przebywała. Była na drugim końcu miasta w barze Sirius. Była to knajpa wątpliwej reputacji, w której bywał najgorszy element pobliskich miasteczek i przyjezdni.
-Cholerna speluna…- jęknąłem niecierpliwie wciskając jej w dłonie kubek.- Wypij, to pomoże…
Powoli upiła łyk herbaty z kubka i spojrzała na mnie przestraszona.
-Teraz pogadamy; Jane..- oznajmiłem spokojnie siadając na krańcu łóżka.- Nie martw się, ojciec o niczym się nie dowie..
Odetchnęła głęboko, patrząc na mnie; jak zbity pies.
-O czym-m- czknęła lekko- chce-esz porozmawiać?- zapytała ostrożnie.
-To prawda, że pocałowałaś Luciana Mikaelisa? Zapytałem z wahaniem.
Jane patrzyła na mnie; jakby nie wiedziała, o czym mówię.
-Nie pocałowałam go..- odparła niezbyt przekonującym tonem.
-Więc to nieprawda.?- Zauważyłem z nutą pytania.
-Nieprawda- zaczęła z wahaniem.
-Mówisz prawdę, czy to; co chcę usłyszeć?- Ciągnąłem dalej grę w „prawda, czy fałsz?”
-Mówię prawdę- Odparła pewniejszym tonem.
-Fałsz- stwierdziłem spokojnie patrząc prosto w jej ogniste tęczówki.
-Nie rozumiem; panie..- zaczęła ostrożnie.
-Okłamujesz mnie; Jane- powiedziałem biorąc kładąc dłoń na jej dłoni i spojrzałem jej w oczy.
Tak; jak się spodziewałem odwróciła wzrok i wbiła go w jedną z szafek. Zapadła długa chwila milczenia.
-Jeśli wiesz; dlaczego o to pytasz…- zaczęła z niechęcią.
-Bo chcę usłyszeć to od ciebie. Chcę słyszeć od ciebie prawdę, żeby móc ci ufać- odpowiedziałem ściskając lekko jej dłoń.- Poza tym wiesz, że niezbyt lubię Luciana..
-Przecież ufasz tylko jej- odparła zdziwiona i zarazem niepewna. Upiła kolejny łyk herbaty.- No; dobrze: pocałowałam Luciana, ale…
-A może to on pocałował ciebie?- Spytałem lekko.
Pokręciła szybko głową w geście odmowy.
-Jeśli chcesz zasugerować mi, że w jakiś sposób mnie zmusił; to nie. Pocałowałam go z własnej woli- przyznała.- Nie pytaj, dlaczego; bo sama tego nie wiem..- wzruszyła ramionami zrezygnowana.
-Może ty coś do niego czujesz?- Zacząłem nieco skołowany jej odpowiedzią.
-My nie mamy uczuć, tylko obowiązki- uśmiechnęła się blado.- Poza tym…
-Poza tym?- Podjąłem po chwili.
-Tylko Pakt trzyma mnie tutaj. Ty trzymasz mnie tutaj- powiedziała cicho, nadal wpatrując się w szafkę.
-Nie chciałabyś być wolna? Wrócić Tam; gdziekolwiek to jest…- Zapytałem licząc na szczerą odpowiedź.
Jane powoli zwróciła twarz w moją stronę, jej płomienne oczy przygasły nagle.
-To byłby okropny wstyd..- powiedziała z wahaniem.- Mieć pana w twoim świecie to dla anioła powód do dumy. Tylko to różni nas od tego dna, jakim są Tamci.- Powiedziała pogardliwie.
-Tamci?- Odważyłem się zapytać.
-Upadli- powiedziała niechętnie.
Znowu zapadła niezręczna cisza.
Zastanawiałem się czy mogę o to zapytać- nie chciałbym urazić Jane, z którą dogadywałem się nawet lepiej, niż z własnym ojcem. Postanowiłem jednak zaryzykować.
-Właściwie, dlaczego zostałaś rodowym aniołem?- zapytałem z wahaniem.
Jane spojrzała na mnie i uśmiechnęła się ciepło.
-Bez powodu- wzruszyła ramionami.- To przyszło z czasem, a ja… Polubiłam tę robotę.
Anioł Rodu Płomień; Jane.
Czy o takim budowaniu więzi mówił ostatnio Lucian?
Jeśli taka zwyczajna rozmowa jest „budowaniem więzi” to nawet fajnie mi się gada, poza tym wcale nie myślałam, że mój panicz jest taki gadatliwy.
Czy możemy zbliżyć się do siebie tak samo; jak Lucian i Callisto? Z jednej strony bardzo tego chcę, a z drugiej trochę mnie to przeraża. Chyba lepiej będzie płynąć przez życie panicza z nurtem i nie martwić się na zapas..
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Jane siedziała w fotelu obracając w dłoniach kubek i rozmyślając nad czymś. Wyglądała na trochę zagubioną.
-O czym myślisz?- Zapytałem cicho, ale z zaciekawieniem.
Płomiennowłosa popatrzyła na mnie niepewnie.
-Zastanawiam się, czy mnie lubisz- Zaśmiała się nerwowo.
Zaniemówiłem na chwilę, z zaskoczenia mnie zamurowało.
-Jesteś bardzo… ekhm.. Bezpośrednia- wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i szturchnąłem ją lekko.- Lubię cię: masz humor i w ogóle dobrze mi się z tobą gada i jesteś ogólnie miła- przyznałem ze śmiechem.
-Za to ty jesteś szczery- zauważyła.- Do bólu…
***
Tori Miles, Królowa Ogólniaka.
-’Śrutówa’ zasuwa do sklepu- rzuciłam do Callisto siedząc na parapecie.
Stanęła tuż za mną patrząc przez okno.
-Callisto?- Spojrzałam na nią zdziwiona milczeniem.
-Przepraszam..- odparła odsuwając się nagle.
-Naprawdę z tobą w porządku?- Spytałam z troską.
-Niezbyt..- przyznała z niechęcią.- Może… Może popełniłam błąd, nie przyjmując krwi, która mogłaby mnie ocalić..- zastanowiła się nagle na głos.
Przyglądałam się jej długą chwilę w milczeniu.
-O czym ty…- Zaczęłam chwytając ją za ramiona.
Klamra pękła i wylądowała z trzaskiem na panelach, a kruczoczarne włosy opadły kaskadą na ramiona. Zwykle turkusowe oczy przez sekundę błysnęły czerwienią.
-Ten Féu chciał dać mi swoją krew; ale..- Callisto zacisnęła zęby i potrząsnęła głową z ponurym wyrazem twarzy. Tatuaż na jej szyi zapłonął granatem; oparła na nim palce przymykając oczy.- Jestem beznadziejnym wampirzym wrakiem… W ogóle jestem do bani..
-Jeśli choć trochę mogę ci tym pomóc..- odezwałam się niepewnie.
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Jane siedziała w fotelu obracając w dłoniach kubek i rozmyślając nad czymś. Wyglądała na trochę zagubioną.
-O czym myślisz?- Zapytałem cicho, ale z zaciekawieniem.
Płomiennowłosa popatrzyła na mnie niepewnie.
-Zastanawiam się, czy mnie lubisz- Zaśmiała się nerwowo.
Zaniemówiłem na chwilę, z zaskoczenia mnie zamurowało.
-Jesteś bardzo… ekhm.. Bezpośrednia- wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i szturchnąłem ją lekko.- Lubię cię: masz humor i w ogóle dobrze mi się z tobą gada i jesteś ogólnie miła- przyznałem ze śmiechem.
-Za to ty jesteś szczery- zauważyła.- Do bólu…
***
Tori Miles, Królowa Ogólniaka.
-’Śrutówa’ zasuwa do sklepu- rzuciłam do Callisto siedząc na parapecie.
Stanęła tuż za mną patrząc przez okno.
-Callisto?- Spojrzałam na nią zdziwiona milczeniem.
-Przepraszam..- odparła odsuwając się nagle.
-Naprawdę z tobą w porządku?- Spytałam z troską.
-Niezbyt..- przyznała z niechęcią.- Może… Może popełniłam błąd, nie przyjmując krwi, która mogłaby mnie ocalić..- zastanowiła się nagle na głos.
Przyglądałam się jej długą chwilę w milczeniu.
-O czym ty…- Zaczęłam chwytając ją za ramiona.
Klamra pękła i wylądowała z trzaskiem na panelach, a kruczoczarne włosy opadły kaskadą na ramiona. Zwykle turkusowe oczy przez sekundę błysnęły czerwienią.
-Ten Féu chciał dać mi swoją krew; ale..- Callisto zacisnęła zęby i potrząsnęła głową z ponurym wyrazem twarzy. Tatuaż na jej szyi zapłonął granatem; oparła na nim palce przymykając oczy.- Jestem beznadziejnym wampirzym wrakiem… W ogóle jestem do bani..
-Jeśli choć trochę mogę ci tym pomóc..- odezwałam się niepewnie.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
-Jeśli choć trochę mogę ci tym pomóc- zaczęła odsłaniając tętnicę.
-Nie- oznajmiłam chłodno, wbijając wzrok w okno.
-Callisto..- zaczęła z prośbą.
-Powiedziałam: nie- odparłam z uporem; choć ledwo wytrzymywałam rozchodzący się w żyłach kłujący ból.
-Chcę ci tylko pomóc..- odparła z determinacją Tori, potrząsając mną mocno.
-Jeśli choć trochę mogę ci tym pomóc- zaczęła odsłaniając tętnicę.
-Nie- oznajmiłam chłodno, wbijając wzrok w okno.
-Callisto..- zaczęła z prośbą.
-Powiedziałam: nie- odparłam z uporem; choć ledwo wytrzymywałam rozchodzący się w żyłach kłujący ból.
-Chcę ci tylko pomóc..- odparła z determinacją Tori, potrząsając mną mocno.
Boli.
Zapach jej krwi..
Nie mogę tego znieść…
Zapach jej krwi..
Nie mogę tego znieść…
Z trudem próbuję się cofnąć, żeby jej nie skrzywdzić. Nie chciałabym tego, ale ona nie puszcza mojej bluzy. Nieruchomieję. Trzęsąc się próbuję nie myśleć o krwi, ale ból ciągle mi to przypomina. Czuję jakby moje ciało miało zaraz rozpaść się jak stłuczony kryształowy wazon. Cały czas próbuję z tym walczyć, ale…
Nie panując nad tym, co robię, wbrew sobie zaczynam się zbliżać do Tori, która uparcie stoi w miejscu starając się nie pokazywać po sobie; jak bardzo boi się wampirów.
Chcę się zatrzymać; ale już nie potrafię..
Próbuję z tym walczyć. Jakoś się opanować, ale zapach tej krwi zwyczajnie doprowadza mnie do szału..!!
Nie panując nad tym, co robię, wbrew sobie zaczynam się zbliżać do Tori, która uparcie stoi w miejscu starając się nie pokazywać po sobie; jak bardzo boi się wampirów.
Chcę się zatrzymać; ale już nie potrafię..
Próbuję z tym walczyć. Jakoś się opanować, ale zapach tej krwi zwyczajnie doprowadza mnie do szału..!!
Jestem niczym innym, niż potworem; a to wszystko twoja zasługa, Link…
Ostatnimi siłami próbuję walczyć z tym potworem we mnie. Nie chcę ranić już nikogo więcej.
Nie walcz ze sobą, Kochanie.. Potrzebujesz tej pysznej krwi..- Słysząc głos Linka zamieram tuż o krok od Tori z rozchylonymi w zdumieniu ustami, zza których widać wampirze kły.
Robi mi się naprzemian zimno i gorąco, trzęsę się oddychając ciężko z dłonią przy gardle.
-To nic nie da; Tori..- mówię ochrypłym głosem, zrezygnowana wbijając oczy w panele.- Będzie już ze mną tylko gorzej…
Potrzebujesz tej pysznej krwii. Chcesz żyć, więc ją zabij…
Zamknij się!!
Tylko On się dla ciebie liczy, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się jej pozbyć, Kochanie..
Nie jestem taka, jak ty..
Ale jesteś spragniona..
Nie walcz ze sobą, Kochanie.. Potrzebujesz tej pysznej krwi..- Słysząc głos Linka zamieram tuż o krok od Tori z rozchylonymi w zdumieniu ustami, zza których widać wampirze kły.
Robi mi się naprzemian zimno i gorąco, trzęsę się oddychając ciężko z dłonią przy gardle.
-To nic nie da; Tori..- mówię ochrypłym głosem, zrezygnowana wbijając oczy w panele.- Będzie już ze mną tylko gorzej…
Potrzebujesz tej pysznej krwii. Chcesz żyć, więc ją zabij…
Zamknij się!!
Tylko On się dla ciebie liczy, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się jej pozbyć, Kochanie..
Nie jestem taka, jak ty..
Ale jesteś spragniona..
Kły wibrują bólem wydłużając się. Ból jest już nie do zniesienia. Potrzebuję krwi; inaczej…
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Callisto stoi ze zdumionym wyrazem twarzy, jakby coś wybiło ją nagle z rytmu. Cały czas usiłuje walczyć ze swoją wampirzą stroną; choć chyba zdaje sobie sprawę; że nie potrwa to długo; tak samo, jak wtedy w tym tunelu.
Oszalałaś?? Jeśli nad sobą nie zapanuję, mogę cię nawet zabić, zrozum to, Miles..- Słyszę jej słowa z tamtego wieczora.
To ja zrobiłem z niej to, co widzisz. Jest teraz moją własnością- Opieram się o szafę słysząc chłodny i aksamitny ton głosu wampira; który zmienił Cally.
Czemu go słyszę skoro on nie żyje?? Wtedy widzę przed sobą Callisto. Już się nie cofa, idzie za zapachem krwii.
Aż tak bardzo naćpałeś się jej zapachem; Wampirze?- Moje wspomnienia znosi gdzieś wstecz.
Już się nie powstrzymuje. Naprawdę musiała być bardzo spragniona.
Callisto stoi ze zdumionym wyrazem twarzy, jakby coś wybiło ją nagle z rytmu. Cały czas usiłuje walczyć ze swoją wampirzą stroną; choć chyba zdaje sobie sprawę; że nie potrwa to długo; tak samo, jak wtedy w tym tunelu.
Oszalałaś?? Jeśli nad sobą nie zapanuję, mogę cię nawet zabić, zrozum to, Miles..- Słyszę jej słowa z tamtego wieczora.
To ja zrobiłem z niej to, co widzisz. Jest teraz moją własnością- Opieram się o szafę słysząc chłodny i aksamitny ton głosu wampira; który zmienił Cally.
Czemu go słyszę skoro on nie żyje?? Wtedy widzę przed sobą Callisto. Już się nie cofa, idzie za zapachem krwii.
Aż tak bardzo naćpałeś się jej zapachem; Wampirze?- Moje wspomnienia znosi gdzieś wstecz.
Już się nie powstrzymuje. Naprawdę musiała być bardzo spragniona.
-Callisto..- Zaczyna robić mi się słabo. Zimno i… Boli.- Puść mnie…- Próbuję ją od siebie odsunąć, ale nie udaje mi się to. Osuwając się na podłogę widzę jak Lucian odciąga ode mnie Callisto, zakładając chwyt na jej ramionach.
-Jestem beznadziejna- warknęła z rozdrażnieniem. Siedziała na podłodze z głową ukrytą w ramionach. Stłumionym głosem wyrzuciła z siebie oryginalną wiazankę obcojęzycznych przekleństw sycząc.- Jestem pieprzonym potworem; Lucian.. Mogłam ją zabić…- powiedziała z nienawiścią do siebie.
-Wcale nie..- zaprzeczyłam chcąc podnieść się z łóżka. Czyjaś dłoń na moim ramieniu mi na to nie pozwoliła. Zobaczyłam ostre rysy czarnookiego chłopaka. Był to Lucian Mikaelis.
-Dla mnie zawsze będziesz tylko i aż moją panienką. I będę cię chronić bez względu na wszystko- odezwał się cicho, klęcząc przy niej głaskał wierzchem dłoni jej twarz patrząc w jej oczy.
-Powinieneś od razu mnie..- Zaczęła z poczuciem winy.
-Gdybym to zrobił złamałbym Pakt- oznajmił ze zmęczeniem.- Zresztą nie potrafiłbym skrzywdzić mojej ulubionej panienki.
Ta więź między nimi była elektryzująca i bardzo wyczuwalna. Jakby jedno z nich było odbiciem drugiego. Jakby, w pewnym sensie, Lucian był lustrem Cally i jednym z pionków na jej szachownicy.
-Muszę się przejść…- odezwała się Callisto podchodząc do okna, siadając na parapecie powiedziała ze smutkiem- Przepraszam cię, Tori…- i poszybowała w dół.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Czemu ciągle słyszę ten cholerny głos? Czy to świadczy, że nadeszło już drugie stadium upadku do poziomu D? Ile mi zostało do tego; by stać się jedną z tych wynaturzonych, kierujących się krwiożerczym instynktem bestii? Czy właśnie z tego powodu słyszę głos swojego Stwórcy- wampira poziomu A- Ethana Link, którego nienawidziłam całym sercem?
Te i różne inne pytania krążyły w mojej głowie, jak rozszalały cyklon. Spacerowałam wolnym krokiem osiedlem Tori, pogrążona we własnych myślach i krwawych wspomnieniach.
-Każda Róża ma kolce.. Te Księżycowe piją tylko krew..- powiedział tuż za mną znajomy mi skądś głos.
Zatoczyłam się i oparłam ramieniem o gruby pień klonu.
-Skąd pan zna te słowa; Bergmann..?- Zaczęłam mrugając oczami w oszołomieniu.
Mężczyzna z blizną na twarzy posadził mnie na ławce i usiadłszy obok zapatrzył się na położony niedaleko plac zabaw, gdzie bawiły się dzieciaki z okolicznych domów.
-To samo powiedziała ostatnia ofiara Ethana Link, zanim musiałem ją zabić- odparł patrząc w przestrzeń.- Wtedy pracowałem jeszcze w szpitalu, przywieźli ją z jakiejś imprezy ze śladami na szyi. Nie wiedziałem wówczas nic o wampirach. Byłem racjonalistą- wzruszył ramionami obojętnie.- Na oczach lekarzy na jednym z oddziałów dostała szału.
To wspomnienie…
Młoda nauczycielka, zaraz po studiach: miła i pomocna dziewczyna. Do czasu- ugryzł ją czystej krwi wampir. Mistrz odbierał mnie wtedy ze szkoły. Jeden z dzieciaków ukłuł się szpilką w palec; gdy zobaczyła krew wpadła w szał. Mistrz pchnął drzwi i widząc tą scenę wycelował w nią lufę strzelby. Chciałam ją obronić. Zdążył tylko mnie odepchnąć. Zaatakowała pozbawiając go oka; odrzucił ją od siebie, po czym bez wahania przeladował strzelbę na poświęcone kule i ją zastrzelił.
Z dziewczyny został tylko popiół, ale tej wykrzywionej twarzy nie zapomnę nigdy.
-Dlatego został pan łowcą?- Zapytałam ostrożnie.
-Nie. Tydzień potem zastanawiałem się nad tym wydarzeniem. Zacząłem szukać informacji.
-I znalazł pan?- Udałam zaciekawienie.
-Nawet więcej, niż chciałem wiedzieć- odparł niechętnie.
-To znaczy?- Tym razem wzbudził we mnie ciekawość.
Bergmann wsunął w usta wyciągniętego z kieszeni papierosa, powoli zapalił zaciągając się dymem. Długą chwilę panowało milczenie.
-Prawdy dowiedziałem się rok później w Moskwie. Początkowo niespecjalnie w to wierzyłem, ale najgorsze wydarzyło się dopiero w pociągu do mojego rodzinnego Monachium- uśmiechnął się krzywo- Wtedy po raz pierwszy spotkałem Czarne Peleryny, które sprzątały po kilku Czystokrwistych; między innymi po Ethanie Link…
-Ścierwo wampirzej Rady..- mruknęłam niechętnie.
-Wieźli jakiegoś dzieciaka. Blondynek z włosami jak baranek i czarnymi oczami, miał z osiem lat i wyglądał jak aniołek…
-Wadera…- Wyszeptałam.
-Co, proszę?- Zdziwił się Bergmann.
-Ten chłopiec był moim późniejszym przyjacielem. Rodowym łowcą herbu Wadera, któremu wampiry wymordowały rodzinę- oznajmiłam cicho.
-Być może. Ten dzieciak wyraźnie nie przepadał za swoją eskortą, właściwie był bardzo bezczelny, a po niemiecku przeklinał nawet lepiej, niż rodowity Niemiec. Wtedy pierwszy raz widziałem z bliska wampiry; które wypytywały o innego wampira..
-Wysokiego, barczystego bruneta z przenikliwie szarymi oczami?- Zapytałam powoli.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się nagle.
-Tak właśnie wyglądał Ethan Link. Wyglądał, bo od kilku miesięcy jest już martwy- odparłam z dziwnym spokojem.-Dlaczego powiedział pan: „wydarzyło się najgorsze”?- Spytałam nagle.
-Wcale nie..- zaprzeczyłam chcąc podnieść się z łóżka. Czyjaś dłoń na moim ramieniu mi na to nie pozwoliła. Zobaczyłam ostre rysy czarnookiego chłopaka. Był to Lucian Mikaelis.
-Dla mnie zawsze będziesz tylko i aż moją panienką. I będę cię chronić bez względu na wszystko- odezwał się cicho, klęcząc przy niej głaskał wierzchem dłoni jej twarz patrząc w jej oczy.
-Powinieneś od razu mnie..- Zaczęła z poczuciem winy.
-Gdybym to zrobił złamałbym Pakt- oznajmił ze zmęczeniem.- Zresztą nie potrafiłbym skrzywdzić mojej ulubionej panienki.
Ta więź między nimi była elektryzująca i bardzo wyczuwalna. Jakby jedno z nich było odbiciem drugiego. Jakby, w pewnym sensie, Lucian był lustrem Cally i jednym z pionków na jej szachownicy.
-Muszę się przejść…- odezwała się Callisto podchodząc do okna, siadając na parapecie powiedziała ze smutkiem- Przepraszam cię, Tori…- i poszybowała w dół.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Czemu ciągle słyszę ten cholerny głos? Czy to świadczy, że nadeszło już drugie stadium upadku do poziomu D? Ile mi zostało do tego; by stać się jedną z tych wynaturzonych, kierujących się krwiożerczym instynktem bestii? Czy właśnie z tego powodu słyszę głos swojego Stwórcy- wampira poziomu A- Ethana Link, którego nienawidziłam całym sercem?
Te i różne inne pytania krążyły w mojej głowie, jak rozszalały cyklon. Spacerowałam wolnym krokiem osiedlem Tori, pogrążona we własnych myślach i krwawych wspomnieniach.
-Każda Róża ma kolce.. Te Księżycowe piją tylko krew..- powiedział tuż za mną znajomy mi skądś głos.
Zatoczyłam się i oparłam ramieniem o gruby pień klonu.
-Skąd pan zna te słowa; Bergmann..?- Zaczęłam mrugając oczami w oszołomieniu.
Mężczyzna z blizną na twarzy posadził mnie na ławce i usiadłszy obok zapatrzył się na położony niedaleko plac zabaw, gdzie bawiły się dzieciaki z okolicznych domów.
-To samo powiedziała ostatnia ofiara Ethana Link, zanim musiałem ją zabić- odparł patrząc w przestrzeń.- Wtedy pracowałem jeszcze w szpitalu, przywieźli ją z jakiejś imprezy ze śladami na szyi. Nie wiedziałem wówczas nic o wampirach. Byłem racjonalistą- wzruszył ramionami obojętnie.- Na oczach lekarzy na jednym z oddziałów dostała szału.
To wspomnienie…
Młoda nauczycielka, zaraz po studiach: miła i pomocna dziewczyna. Do czasu- ugryzł ją czystej krwi wampir. Mistrz odbierał mnie wtedy ze szkoły. Jeden z dzieciaków ukłuł się szpilką w palec; gdy zobaczyła krew wpadła w szał. Mistrz pchnął drzwi i widząc tą scenę wycelował w nią lufę strzelby. Chciałam ją obronić. Zdążył tylko mnie odepchnąć. Zaatakowała pozbawiając go oka; odrzucił ją od siebie, po czym bez wahania przeladował strzelbę na poświęcone kule i ją zastrzelił.
Z dziewczyny został tylko popiół, ale tej wykrzywionej twarzy nie zapomnę nigdy.
-Dlatego został pan łowcą?- Zapytałam ostrożnie.
-Nie. Tydzień potem zastanawiałem się nad tym wydarzeniem. Zacząłem szukać informacji.
-I znalazł pan?- Udałam zaciekawienie.
-Nawet więcej, niż chciałem wiedzieć- odparł niechętnie.
-To znaczy?- Tym razem wzbudził we mnie ciekawość.
Bergmann wsunął w usta wyciągniętego z kieszeni papierosa, powoli zapalił zaciągając się dymem. Długą chwilę panowało milczenie.
-Prawdy dowiedziałem się rok później w Moskwie. Początkowo niespecjalnie w to wierzyłem, ale najgorsze wydarzyło się dopiero w pociągu do mojego rodzinnego Monachium- uśmiechnął się krzywo- Wtedy po raz pierwszy spotkałem Czarne Peleryny, które sprzątały po kilku Czystokrwistych; między innymi po Ethanie Link…
-Ścierwo wampirzej Rady..- mruknęłam niechętnie.
-Wieźli jakiegoś dzieciaka. Blondynek z włosami jak baranek i czarnymi oczami, miał z osiem lat i wyglądał jak aniołek…
-Wadera…- Wyszeptałam.
-Co, proszę?- Zdziwił się Bergmann.
-Ten chłopiec był moim późniejszym przyjacielem. Rodowym łowcą herbu Wadera, któremu wampiry wymordowały rodzinę- oznajmiłam cicho.
-Być może. Ten dzieciak wyraźnie nie przepadał za swoją eskortą, właściwie był bardzo bezczelny, a po niemiecku przeklinał nawet lepiej, niż rodowity Niemiec. Wtedy pierwszy raz widziałem z bliska wampiry; które wypytywały o innego wampira..
-Wysokiego, barczystego bruneta z przenikliwie szarymi oczami?- Zapytałam powoli.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się nagle.
-Tak właśnie wyglądał Ethan Link. Wyglądał, bo od kilku miesięcy jest już martwy- odparłam z dziwnym spokojem.-Dlaczego powiedział pan: „wydarzyło się najgorsze”?- Spytałam nagle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz