To wyznanie zaskoczyło nie tylko nas, lecz także mundurowych.
-Dlatego nic na nich nie mieliśmy!- Church ruchem głowy wskazał nas. Był wyraźnie wściekły.
-Właśnie dlatego jeszcze oddychasz; Church- przerwał mu Silver zimno.
- Gdyby nie kilku z nich, już byłbyś w piachu; więc albo stul pysk i do roboty; albo wypierdalaj z komendy w podskokach- rozkazał lodowato.- Droga wolna- rzucił obojętnie wskazując mu drzwi.
Posterunkowy zacisnął zęby z wściekłą miną.
-Wiesz, że nie mogę odejść..- odparł ponuro.
-A ty, Michaela?- Zapytał krótko inspektor.
-Nigdzie się stąd nie ruszam, inspektorze- powiedziała kobieta. Ta sama, która pomogła mi wtedy znaleźć automat ze słodyczami.
-Pomyśl o dziecku- powiedział z troską Silver.
-Właśnie dla dziecka miasto musi być bezpieczne- odparła spokojnie Michaela.
-Jeśli ktoś jeszcze chce odejść, niech zrobi to teraz- oznajmił Silver. Żaden z obecnych policjantów nie ruszył się z miejsca. Niski, wąsaty stojący obok Michaeli uśmiechnął się.
-Skoro wszystko jasne, bierzmy się za robotę- rzucił.
-To, do zobaczenia..- Silver ruszył do drzwi.
-A pan dokąd?- Zdziwił się Michael.
-Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia- odparł enigmatycznie inspektor, znikając za drzwiami.
Kilka godzin później...
-Im dalej w las, tym więcej drzew..- powtórzył Max w zamyśleniu.
-Atakujących drzew- poprawiła Michaela z namysłem.- Lasy w okolicy stały się bardzo niebezpieczne; zwłaszcza po zmroku. Poza tym te łuski...- rzuciła na stolik saszetkę.
-Od śrutówki- skomentował Michael biorąc saszetkę w palce. Zauważył pocisk-. Wyglądają na kule domowej roboty.
-Skąd wiesz?- Zapytał Jacob.
Michael wyciągnął z kieszeni bluzy pudełeczko.
-Zrobiłem kilka na ostatnim kółku chemicznym- oznajmił otwierając je odwrócił ku policjantom.
-Wyglądają niemal identycznie- zauważył wąsaty, High.
Słysząc pisk drzwi uniosłam wzrok, ostrożnie sięgając po ukryte w bucie ostrze. Rzut nastąpił błyskawicznie. Wampir w mgnieniu oka odbił broń parasolem, mówiąc:
-Spodziewałem się odrobinę cieplejszego powitania; Kruk- sztylet zmienił tor lotu i wbił się w krawędź biurka.
-Nie witam się z potworami twojego pokroju; wampirze- odpowiedziałam chłodno patrząc mu w oczy, czułam na sobie spojrzenia policjantów.
Mężczyzna stojący przede mną był zabójczo wręcz przystojny. Wyglądał na młodzieńca, który ledwo skończył lat dwadzieścia. Był to blondyn z długimi za ramiona pogrążonymi w lekkim nieładzie włosami; o wzroście metr siedemdziesiąt parę, z niespotykanie intensywnymi błękitnymi tęczówkami. Ubrany zgodnie ze swoim statusem w biel.
-Jak zwykle dużo kraczesz tym małym dziobem- zauważył siląc się na uprzejmość.
-Jeszcze słowo na mój herb, a nie ręczę za siebie; Bathory- oznajmiłam zimno.
-Spokojnie, panno Raven- rzucił krótko Silver.
Wszyscy z zaciekawieniem obserwowali wampira, oczarowani pięknem Czystokrwistego. Max zrobił krok w Jego stronę. Michael szybko chwycił go za bluzę.
-Nie radziłbym; Bathory- powiedział ostrzegawczo Silver.
-Przepraszam- rzucił z cichym śmiechem wampir. Max ocknął się z tego dziwnego stanu i strzepnął dłoń Michaela.
•••
-Co z tym gościem jest nie tak?- Wybuchnął niecierpliwie Max, rozglądając się po parku.
-Poza tym, że jest wampirem?- Zapytałam ironicznie, odebrałam ustami kolejne ciastko.
-Zauważyłem, że wyraźnie nie trawisz tego faceta; Raven- powiedział po długiej chwili Max.
-Owszem..- przytaknęłam leniwie.- Nie lubię pijawek.
-Bez obrazy, ale sama jesteś wampirem- zauważył zbity z tropu.
-Przemienionym- odparłam z niechęcią.
-Więc on..- zaczął niepewnie.
-To wampir Czystej Krwii- powiedział Michael dokarmiając mnie kolejnym ciastkiem.- Max. Max??- szturchnął go mocno.
-Słabo mi..- Max zachwiał się niebezpiecznie, Michael pomógł mu utrzymać się na nogach.
-Odprowadzimy cię do domu...
Kilka minut później.
-Uważaj, schody są wąskie- ostrzegł słabym głosem Max.
-Spoko- rzucił zielonooki pomagając mu iść. Otworzyłam drzwi.
-Co mu jest?- Zapytał Matt pomagając Michaelowi.
-Za długo przebywał w towarzystwie pijawy- odparłam powoli.
-Przecież mówiłaś, że w mieście nie ma wampirów..- zauważyła Diana.
-Bo nie ma. To przyjezdny- odpowiedział Michael.
-Cuchnę wampirami..- mruknęłam z obrzydzeniem.
-Wiadomo coś więcej?- Diana zmieniła temat.
-Mamy kilka podejrzeń..- i zaczęłam relacjonować przebieg odprawy na komendzie.
-Obecność Bathorego jest mi teraz wyjątkowo nie na rękę- zakończyłam.- Będzie patrzył wyciąć mi jakiś numer..
-Czemu by go nie zlikwidować?- Zapytał swobodnie Michael.
-Odpada. Klan Bathory utrzymuje pokojowe stosunki ze Zrzeszeniem- odpowiedziałam z namysłem. Z pokoju obok dobiegł nas huk i kilka cichych przekleństw. Stłoczyliśmy się w wejściu. Matt z Tomem pomogli Max'owi się podnieść. Blondyn sięgnął po butelkę wody i duszkiem opróżnił połowę jej zawartości.
-Jak z tobą, Tumanie?- Zapytał Michael.
-Słabo, Młotku- Max starał się uśmiechnąć, co niespecjalnie mu się udało.- To na serio przez tego wampira?- Zapytał po chwili. Reszta spojrzała na mnie podejrzliwie.
-Jakoś przy tobie nigdy się tak nie czuł- zauważyła Diana.
-Bo jestem przemienioną pijawą. Taki stan, jak jego powodują czystokrwiści.
-Kto, przepraszam..?- Spytał Matt uprzejmie.
-Wampiry Czystej Krwi- wyjaśniłam.
-To jest więcej tych wampirzych stopni wtajemniczenia?- Dopytywał Matt.
-Jest kilka grup, ale...- zaczęłam niepewnie. Max odetchnął głęboko.
-Możesz to rozrysować?- Zapytał cicho.
-Po kiego..?- Zaczął Michael zdziwiony.
-Może dzięki temu, będę wiedział od kogo trzymać się z daleka, Młotku- zasugerował Max raźniejszym nieco głosem.
-Wampiry dzieli się na dwie podstawowe grupy: Czystokrwiści i Przemienieni. Ci pierwsi, natomiast, podzieleni są na kilka mniejszych odłamów: Starsi, Arystokraci; Szlachetni i Ochroniarze- oznajmiłam spokojnie.- Starsi to nieśmiertelni, którzy rozpoczęli linię wampirów. Do dziś nie wiadomo skąd się wzięli. Bathory, którego spotkaliśmy jest Arystokratą: to drugi z wyższych statusem rodzaj pijaw. Jako jedyni mają władzę i znaczenie w podziemiu. Szlachetni są potomkami Arystokratów i Przemienionych. Zachowują się, jak szlachta; ale są tylko śmieciami. Ochroniarze to zwykli przemienieni uzależnieni od czystokrwistych, którzy potrafią bez wahania walczyć i zabijać- wyjaśniłam pokrótce.- Przemienieni są wampirami, które były kiedyś ludźmi. Ci mają tylko jedną osobną kategorię...
-Poziom D, tak ich nazywamy- Wpadł mi w słowo Michael.
-Taa. To stoczone śmiecie; których likwidują łowcy.
-To morderstwo..- Zaczął z oburzeniem Tom.
-Pozostawieni samym sobie zaczynają zabijać ludzi, więc to nie morderstwo, a konieczność- oznajmił chłodno Michael.- Zwykła ironia losu. Uważałbyś inaczej, gdyby jeden z nich cię zaatakował- powiedział niechętnie, podwijając rękawy bluzy. Na widok tych blizn cofnęłam się w czasie do tamtego deszczowego wieczora..- To pamiątka po jednym ataku poziomu D.- przesunął palcem po bladej poszarpanej bliźnie.
-Co to jest..?- Zapytał Matt takim tonem, jakby jednak nie chciał wiedzieć.
-To po kłach. Pijawa rozcięła mi rękę- powiedział cicho zielonooki.- Tej obrzydliwej mordy nie zapomnę nigdy.
-Jak zginęła?- Zapytała Diana cicho.
-Zastrzeliłem ją- Michael patrzył w okno.- "Myśl o nich, jak o ludziach; a zginiesz; nim zdążysz mrugnąć"- Zacytował słowa mistrza.
-Więc te "poziomy D" to niekontrolujące się potwory..- wywnioskował cicho blondyn.
-Bestie pozbawione człowieczeństwa- przytaknął głos od drzwi.- Chwała Aniołowi- przywitał się Simon.
-A Jego Dzieciom oręż- odparłam równocześnie z Michaelem.
-Widziałem na mieście kilku wampirów z klanu Féu...- zauważył podejrzliwie.
-Bathory przyjechał do miasta- odpowiedziałam wymownie.
-To wszystko wyjaśnia..- Westchnął Simon opierając się o framugę drzwi podrzucał sztylet.- Firma "Rzeźnik" przeniosła siedzibę- Diana z niepokojem śledziła frunące w powietrzu ostrze.
-Sądzę, że nie będzie polować tutaj- zauważył Michael.
-Lepiej go przypilnować; Płomień. Nigdy nie wiesz, kiedy pijawka zgłodnieje- Simon wzruszył ramionami.
-Miasto to nie restauracja; Sowa- Prychnęłam z irytacją, rzucając w niego jabłkiem.
-Nie tylko tobie Bathory działa na nerwy, Kruk- powiedział zaciskając dłoń na owocu. Złapał obracające się ostrze i znów posłał je w górę.- To ścierwo kabluje Senatowi.
-Nie od dziś wiadomo, że Senat dobrze płaci za podpierdalanie- zauważyłam uprzejmie.- Trzeba mu zamknąć buzię, a wszystko pójdzie zgodnie z planem.
-I jak, niby, chcesz to zrobić?- Zapytał. Spoglądając na mnie wgryzł się w jabłko.
-Nie ja. Ten Stary Diabeł go uciszy- wzruszyłam ramionami.- Skoro Féu obserwuje Bathorego, coś jest na rzeczy. Nie samą krwią wampir żyje - stwierdziłam tajemniczo.
-Nic z tego nie rozumiem, Callisto Anabelle- zauważył wolno Noire. Znalazłam się tuż przed nim i spojrzałam mu głęboko w oczy.
-Bathory nie będzie kombinował pod nosem silniejszego od siebie. Nie zapominaj, że Féu jest sędzią Senatu i może przymknąć wampira pod byle pretekstem. Myślisz, że jak pozbył się Tower?- Zapytałam tryumfalnie się uśmiechając.- Użyj czasem mózgu, Noire.
-Myślisz, że pozbędzie się wtyczki Senatu? Nie liczyłbym na to- powiedział powoli.
-Ten twój łowczy pesymizm zaczyna być, jak wrzód na dupie; Noire- Zakpił Max. -Dla ścisłości: nie pesymizm, a realizm; panieneczko- odciął się Simon z wytrącającym z równowagi szerokim uśmiechem.
-Ta panieneczka, żeby było wesoło, zaraz przedstawi ci swoją piąstkę- Odparł z groźbą Max.
-Śmiało, próbuj- zachęcił Noire. Max wystartował do Simona. Zaczęli się poszturchiwać i przepychać śmiejąc się.
•••
Budynek Stowarzyszenia, kilka minut po północy.
-Moje kochanie- westchnął cicho przesuwając ustami po pieczęci na mojej szyi.
-Nie powinnam brać za dużo..- zaczęłam.
-Kręci mi się w głowie- szepnął słabo; dotykając śladów.- Chyba znowu.. Mam za pełno..- zielone oczy zamgliły się.- Czuję się.. Zamroczony?- W jego głosie pojawiła się nuta pytania. Zdążyłam go podtrzymać zanim upadł i położyć na łóżku. -Moje kochanie..- powtórzył z prośbą.
W moje ciało przemocą wdarł się ten kłujący chłód. Każdy wdech bolał, jakby ktoś wsypywał mi do płuc coraz więcej ostrych kamieni.
-Boli...- szepnęłam z trudem.- Boli...
-Moje kochanie..- odszepnął biorąc mnie za rękę.
Odsłonił pulsującą tętnicę.
Ta-dam.. Ta-dam.. Ta-da-dam.
Jego serce zaczęło bić mocniej. Z ust wyrwał się stłumiony jęk.
-Mi na je..- powiedział samymi wargami, patrząc na mnie z bólem.- Moje ko..chanie.. Bo..li- wyszeptał opierając dłoń na piersi...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
W miejscu- bijącego dla niej- serca..
Ból, któremu towarzyszył kłujący chłód powoli stawał się nie do zniesienia. Uparcie chwyciłem jej dłoń, jakbym tym samym trzymał się resztek tlącego się we mnie życia. Czułem, jakbym miał zaraz odpłynąć.
-Cally..- wydyszałem z trudem.- Ko..chanie m...oje..
Widziałem, jak się waha.
Widziałem, jak cierpi.
Jak płacze po nocach..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Mój aniele..- Przymknął te intensywnie zielone oczy.
-Nie...- Szepnęłam. Wyciągnął dłoń i otarł zbłąkaną łzę; szepcząc...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nie płacz.. Proszę, nie płacz.. Już nie boli..- skłamałem, by ją pocieszyć.
-Nie chcę już nikogo stracić..- Warknęła bijąc mnie pięściami. Potrząsnęła mną mocno.- Nie chcę nikogo stracić, rozumiesz??- Zapytała z pretensją.- Nie chcę stracić ciebie..- Szepnęła rozpaczliwie, ściskając moje palce.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Callisto- zawsze kochałam to, jak wymawiał moje imię. Niezależnie, czy był zły, czy troskliwy.. Kochałam jego głos, dotyk..
Spojrzenie.
Czuję pustkę i samotność.
Lecz nadal ogarnia mnie strach przed wypiciem kolejny raz jego krwii...
Jej zapach kusi, ale...
-Boli...- szepnęłam z trudem.- Boli...
-Moje kochanie..- odszepnął biorąc mnie za rękę.
Odsłonił pulsującą tętnicę.
Ta-dam.. Ta-dam.. Ta-da-dam.
Jego serce zaczęło bić mocniej. Z ust wyrwał się stłumiony jęk.
-Mi na je..- powiedział samymi wargami, patrząc na mnie z bólem.- Moje ko..chanie.. Bo..li- wyszeptał opierając dłoń na piersi...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
W miejscu- bijącego dla niej- serca..
Ból, któremu towarzyszył kłujący chłód powoli stawał się nie do zniesienia. Uparcie chwyciłem jej dłoń, jakbym tym samym trzymał się resztek tlącego się we mnie życia. Czułem, jakbym miał zaraz odpłynąć.
-Cally..- wydyszałem z trudem.- Ko..chanie m...oje..
Widziałem, jak się waha.
Widziałem, jak cierpi.
Jak płacze po nocach..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Mój aniele..- Przymknął te intensywnie zielone oczy.
-Nie...- Szepnęłam. Wyciągnął dłoń i otarł zbłąkaną łzę; szepcząc...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nie płacz.. Proszę, nie płacz.. Już nie boli..- skłamałem, by ją pocieszyć.
-Nie chcę już nikogo stracić..- Warknęła bijąc mnie pięściami. Potrząsnęła mną mocno.- Nie chcę nikogo stracić, rozumiesz??- Zapytała z pretensją.- Nie chcę stracić ciebie..- Szepnęła rozpaczliwie, ściskając moje palce.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Callisto- zawsze kochałam to, jak wymawiał moje imię. Niezależnie, czy był zły, czy troskliwy.. Kochałam jego głos, dotyk..
Spojrzenie.
Czuję pustkę i samotność.
Lecz nadal ogarnia mnie strach przed wypiciem kolejny raz jego krwii...
Jej zapach kusi, ale...
Biorę następny bolesny wdech.. Wysuwające się kły wbijają mi się w dolną wargę. Wyciągam je ostrożnie.
-Nie pozwolę ci ode mnie odejść- szepczę z przywiązaniem, delikatnie wbijając kły w jego szyję.
***
Kły cofnęły się, a ja ocierając usta odetchnęłam głębiej. Jego oddech też się uspokoił, serce zwolniło; ale nie pozwolił mi wyciągnąć dłoni z jego.
-Wrócił, co?- Szepnął uśmiechając się szeroko. Otarł mi łzę z twarzy wyciągając dłoń.
-Wcale za Nim nie tęskniłam- odparłam ponuro. Przyciągnął mnie i jego wargi wpięły się w moje.
-A ja tak..- powiedział nie przestając mnie całować.
Purpurowy Łancuch z każdym miesiącem stawał się coraz silniejszą więzią. Był też bardziej niebezpieczny, niż kiedyś; bo Michael cierpiał tak samo, gdy dopadał mnie kolejny atak.
Wtedy poczułam spadającą z moich ramion bluzkę
-Ups..- rzucił z lekkim chichotem, wyrzucając gdzieś ciuch.
I tak było zawsze..
-Nie pozwolę ci ode mnie odejść- szepczę z przywiązaniem, delikatnie wbijając kły w jego szyję.
***
Kły cofnęły się, a ja ocierając usta odetchnęłam głębiej. Jego oddech też się uspokoił, serce zwolniło; ale nie pozwolił mi wyciągnąć dłoni z jego.
-Wrócił, co?- Szepnął uśmiechając się szeroko. Otarł mi łzę z twarzy wyciągając dłoń.
-Wcale za Nim nie tęskniłam- odparłam ponuro. Przyciągnął mnie i jego wargi wpięły się w moje.
-A ja tak..- powiedział nie przestając mnie całować.
Purpurowy Łancuch z każdym miesiącem stawał się coraz silniejszą więzią. Był też bardziej niebezpieczny, niż kiedyś; bo Michael cierpiał tak samo, gdy dopadał mnie kolejny atak.
Wtedy poczułam spadającą z moich ramion bluzkę
-Ups..- rzucił z lekkim chichotem, wyrzucając gdzieś ciuch.
I tak było zawsze..
-Zastanawiam się tylko, co na to ten mały potworek- wymruczałam sennie.
-Staram się być delikatny, chociaż tak strasznie doprowadzasz mnie do szału- odparł z łobuzerskim uśmieszkiem bawiąc się moim biustonoszem. Przesunął ustami po moim obojczyku i szedł w dół.
-Jeszcze ci mało?- Zapytałam z udawanym oburzeniem, jednak nie próbowałam go powstrzymać
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Poranek..
-Te myszy są ostatnio wyjątkowo hałaśliwe, Angello- Odezwał się Morgenstern.
-Ja tam żadnych myszy nie słyszałam; Mistrzu- rzuciłam uprzejmie, choć domyślałam się, o co chodzi.
-Doprawdy? Największe ucho naszej Kwatery Głównej nie słyszało harcujących myszy?- Spytał z udawanym zainteresowaniem. Angello i ojciec Michaela z trudem zachowali kamienne twarze.
-Nie chodzi, przypadkiem, o te skrzypiące gryzonie?- Spytała dziwnie zaciekawiona Caroline.
Michael posłał mi pytające spojrzenie.
-Może następnym razem wpuśćcie kota, by się ich pozbył?- Zasugerowałam tajemniczo, a Michael parsknął ironicznie.- Smacznego- rzuciliśmy zajmując miejsca przy stole.
-Staram się być delikatny, chociaż tak strasznie doprowadzasz mnie do szału- odparł z łobuzerskim uśmieszkiem bawiąc się moim biustonoszem. Przesunął ustami po moim obojczyku i szedł w dół.
-Jeszcze ci mało?- Zapytałam z udawanym oburzeniem, jednak nie próbowałam go powstrzymać
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Poranek..
-Te myszy są ostatnio wyjątkowo hałaśliwe, Angello- Odezwał się Morgenstern.
-Ja tam żadnych myszy nie słyszałam; Mistrzu- rzuciłam uprzejmie, choć domyślałam się, o co chodzi.
-Doprawdy? Największe ucho naszej Kwatery Głównej nie słyszało harcujących myszy?- Spytał z udawanym zainteresowaniem. Angello i ojciec Michaela z trudem zachowali kamienne twarze.
-Nie chodzi, przypadkiem, o te skrzypiące gryzonie?- Spytała dziwnie zaciekawiona Caroline.
Michael posłał mi pytające spojrzenie.
-Może następnym razem wpuśćcie kota, by się ich pozbył?- Zasugerowałam tajemniczo, a Michael parsknął ironicznie.- Smacznego- rzuciliśmy zajmując miejsca przy stole.
-Skrzypiące myszy- parsknęłam unosząc powieki.
Paul i Vincent posłali sobie zaskoczone spojrzenie.
-Czy prośba o wymianę łóżka nie będzie zbytnio podejrzana?- Zapytał zielonooki z tym seksownym półuśmiechem, a ja buchnęłam rechotem.
-Co z tymi myszami?- Zapytał powoli Vincent, przyglądając nam się uważnie.
Opowiedzieliśmy im poranną historię.
-Mistrz chyba sądzi, że nie domyśliłam się, o co mu biega- zauważyłam na zakończenie.
-Te subtelne docinki Zrzeszonych, sprawiają; że mam ochotę bardziej umilać im nocki- Zarechotał zielonooki.
-Raven, coś ty mu zrobiła?- Zapytał Paul wesoło poszturchując mnie.
-Ja? Nie zrobiłam mu źle, ino dobrze- zażartowałam, a Michael poczerwieniał, jak piwonia i wybąkał coś pod nosem.
-Jeszcze jakiś czas z tobą i zostanę seksuologiem- odciął się z humorem Paul, a Vincent parsknął śmiechem.
Paul i Vincent posłali sobie zaskoczone spojrzenie.
-Czy prośba o wymianę łóżka nie będzie zbytnio podejrzana?- Zapytał zielonooki z tym seksownym półuśmiechem, a ja buchnęłam rechotem.
-Co z tymi myszami?- Zapytał powoli Vincent, przyglądając nam się uważnie.
Opowiedzieliśmy im poranną historię.
-Mistrz chyba sądzi, że nie domyśliłam się, o co mu biega- zauważyłam na zakończenie.
-Te subtelne docinki Zrzeszonych, sprawiają; że mam ochotę bardziej umilać im nocki- Zarechotał zielonooki.
-Raven, coś ty mu zrobiła?- Zapytał Paul wesoło poszturchując mnie.
-Ja? Nie zrobiłam mu źle, ino dobrze- zażartowałam, a Michael poczerwieniał, jak piwonia i wybąkał coś pod nosem.
-Jeszcze jakiś czas z tobą i zostanę seksuologiem- odciął się z humorem Paul, a Vincent parsknął śmiechem.
Po zajęciach, rezydencja rodziny Rodriguez.
Ojciec Vincenta siedział na ganku ze szklaneczką bursztynowego płynu w dłoni. Rozmawiał z kimś. Odpowiedział mu kobiecy głos, na którego dźwięk Vincent przybrał taką minę, jakby dostał w twarz.
-Dość przez te lata namieszałaś w życiu naszego syna, Victoria- oznajmił spokojnie Octavio.- Odpuść sobie i zniknij z jego życia.
-To ty nastawiłeś Vincenta przeciwko mnie; Octavio..- Paul złapał Vincenta za ramię, lecz chłopak wyrwał się i ruszył w stronę głosów.
-Nikt mnie nie nastawił przeciwko tobie- oznajmił głos Vincenta.
-Vincent, spokojnie- odezwał się cicho jego ojciec.
-Po co ona tu przyszła, ojcze?- Zapytał z jawną niechęcią Vincent.
-Chciałam z tobą porozmawiać..- zaczęła kobieta.
-O czym?- Zapytał bez entuzjazmu dryblas.- O tym, że zmarnowałaś nam obu życie; czy o tym, że puszczałaś się na prawo i lewo?. A może o tym, że przez dwanaście lat miałaś gdzieś własne dziecko; Victorio Negra?- Na twarzy Vincenta pojawił się drwiący uśmieszek.- Czekaj.. Już wiem. Porozmawiajmy o tym, kiedy przestałaś dla mnie istnieć- powiedział patrząc kobiecie prosto w oczy.
-Pozwól mi wyjaśnić- zaczęła. Jego słowa bardzo nią wstrząsnęły.
-Miałaś dwanaście lat na wyjaśnienia, co z nimi zrobiłaś?- Vincent parsknął ironicznym śmiechem przerywając jej.- Nic: przecież wtedy dla ciebie nie istniałem.. Jedyne, co mam ci do powiedzenia to to; żebyś wreszcie zniknęła z naszego życia. Nie ma tu dla ciebie miejsca; nie po tym, co zrobiłaś- Vincent odwrócił się, by odejść; ale przystanął; jakby coś jeszcze sobie przypomniał.- Już cię nie potrzebuję, jestem bez ciebie mega-szczęśliwy; MAMO.- Rzucił odchodząc ku nam.
-Zawiodłaś go już dawno temu; więc nie próbuj mi wmawiać, że nastawiłem Vincenta przeciwko tobie. Po prostu wyjedź i zostaw go w spokoju- oznajmił cicho Octavio.
-Masz rację, pójdę już.. Przepraszam..- kobieta westchnęła ciężko. Ocierając łzy wsiadła do czerwonego Seata, a chwilę później odjechała.
-Vincent...- Michael postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
-Przepraszam, że musieliście tego słuchać- oznajmił cicho śniadolicy prowadząc nas na piętro.
-W razie czego..- zaczął zielonooki.
-Dziękuję- Vincent uśmiechnął się słabo, otwierając drugie drzwi po prawej.
-Ale rozgrzebane- skomentował Paul z podziwem.
-Aż miło wziąć się do roboty- zawtórował ucieszony Michael.
-Czy wszyscy faceci kochają bajzel?- Jęknęłam z sarkazmem.
Ojciec Vincenta siedział na ganku ze szklaneczką bursztynowego płynu w dłoni. Rozmawiał z kimś. Odpowiedział mu kobiecy głos, na którego dźwięk Vincent przybrał taką minę, jakby dostał w twarz.
-Dość przez te lata namieszałaś w życiu naszego syna, Victoria- oznajmił spokojnie Octavio.- Odpuść sobie i zniknij z jego życia.
-To ty nastawiłeś Vincenta przeciwko mnie; Octavio..- Paul złapał Vincenta za ramię, lecz chłopak wyrwał się i ruszył w stronę głosów.
-Nikt mnie nie nastawił przeciwko tobie- oznajmił głos Vincenta.
-Vincent, spokojnie- odezwał się cicho jego ojciec.
-Po co ona tu przyszła, ojcze?- Zapytał z jawną niechęcią Vincent.
-Chciałam z tobą porozmawiać..- zaczęła kobieta.
-O czym?- Zapytał bez entuzjazmu dryblas.- O tym, że zmarnowałaś nam obu życie; czy o tym, że puszczałaś się na prawo i lewo?. A może o tym, że przez dwanaście lat miałaś gdzieś własne dziecko; Victorio Negra?- Na twarzy Vincenta pojawił się drwiący uśmieszek.- Czekaj.. Już wiem. Porozmawiajmy o tym, kiedy przestałaś dla mnie istnieć- powiedział patrząc kobiecie prosto w oczy.
-Pozwól mi wyjaśnić- zaczęła. Jego słowa bardzo nią wstrząsnęły.
-Miałaś dwanaście lat na wyjaśnienia, co z nimi zrobiłaś?- Vincent parsknął ironicznym śmiechem przerywając jej.- Nic: przecież wtedy dla ciebie nie istniałem.. Jedyne, co mam ci do powiedzenia to to; żebyś wreszcie zniknęła z naszego życia. Nie ma tu dla ciebie miejsca; nie po tym, co zrobiłaś- Vincent odwrócił się, by odejść; ale przystanął; jakby coś jeszcze sobie przypomniał.- Już cię nie potrzebuję, jestem bez ciebie mega-szczęśliwy; MAMO.- Rzucił odchodząc ku nam.
-Zawiodłaś go już dawno temu; więc nie próbuj mi wmawiać, że nastawiłem Vincenta przeciwko tobie. Po prostu wyjedź i zostaw go w spokoju- oznajmił cicho Octavio.
-Masz rację, pójdę już.. Przepraszam..- kobieta westchnęła ciężko. Ocierając łzy wsiadła do czerwonego Seata, a chwilę później odjechała.
-Vincent...- Michael postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
-Przepraszam, że musieliście tego słuchać- oznajmił cicho śniadolicy prowadząc nas na piętro.
-W razie czego..- zaczął zielonooki.
-Dziękuję- Vincent uśmiechnął się słabo, otwierając drugie drzwi po prawej.
-Ale rozgrzebane- skomentował Paul z podziwem.
-Aż miło wziąć się do roboty- zawtórował ucieszony Michael.
-Czy wszyscy faceci kochają bajzel?- Jęknęłam z sarkazmem.
-Raven: ten, czy tamten?- Zapytał Vincent pokazując mi testery kolorów na ścianie.
-Hmmm.. Ten jest ładniejszy- wskazałam na kolor określany przez producenta farby; jako: "błękit oceanu".
-Dla mnie oba są identyczne- Stwierdził Paul obserwując dwie kolorowe smugi.
-Faceci... Za grosz wyczucia piękna- zakpiłam.
-Od tego mamy was, kobitki- rzucił wesoło Vincent paćkając mnie farbą. Nie pozostałam mu dłużna i przyozdobiłam mu policzek błękitną smugą. Wzięliśmy się za malowanie.
-Hmmm.. Ten jest ładniejszy- wskazałam na kolor określany przez producenta farby; jako: "błękit oceanu".
-Dla mnie oba są identyczne- Stwierdził Paul obserwując dwie kolorowe smugi.
-Faceci... Za grosz wyczucia piękna- zakpiłam.
-Od tego mamy was, kobitki- rzucił wesoło Vincent paćkając mnie farbą. Nie pozostałam mu dłużna i przyozdobiłam mu policzek błękitną smugą. Wzięliśmy się za malowanie.
-Dobra...- Vincent złożył teleskopową rurę i przyjrzał się swojej pracy.
-Arcydzieło..- skomentował Paul rozglądając się.
-Arcydzieło to to będzie. Jak skończymy- rzuciłam ze śmiechem.
Pan Octavio zaprosił nas na obiad. Siedliśmy przy kuchennym stole wśród kilku przyjemnie pachnących dań.
Wszyscy złapaliśmy się za ręce.
-Dziękujemy Ci, Panie za te dary, za które się właśnie zabieramy- rzucił uroczyście, lecz z humorem Octavio Rodriguez. Ręce opadły.- Smacznego- rzuciliśmy w swoją stronę.
-Arcydzieło..- skomentował Paul rozglądając się.
-Arcydzieło to to będzie. Jak skończymy- rzuciłam ze śmiechem.
Pan Octavio zaprosił nas na obiad. Siedliśmy przy kuchennym stole wśród kilku przyjemnie pachnących dań.
Wszyscy złapaliśmy się za ręce.
-Dziękujemy Ci, Panie za te dary, za które się właśnie zabieramy- rzucił uroczyście, lecz z humorem Octavio Rodriguez. Ręce opadły.- Smacznego- rzuciliśmy w swoją stronę.
-Co to było za żarło?- Spytałam z zaciekawieniem śniadolicego.
-Paella, prosto z Walencji- odparł spoglądając na mnie z ukosa.- Niezła, co?
-Mało powiedziane.. Niebo w gębie- rzuciłam z rozmarzeniem.
-Czegoś takiego w życiu nie jadłem- dorzucił Michael; a Paul wymruczał:
-Popieram..
Siedzieliśmy w pokoju Vincenta i gadaliśmy od niechcenia.
-Tori z małym w czwartek wychodzą ze szpitala- powiedział zamyślony.- Chrzciny są za tydzień. Ślub planujemy na połowę marca... Paul, będziesz świadkiem.
-Że ja..?- Zdziwił się Tanner.
-Zastanawiam się, czy zdążę ze wszystkim- powiedział pogrążony w myślach.
-Od czego ma się przyjaciół; Rodriguez.?- Rzuciłam wymownie, szturchając go lekko.
-Przyjaciół upaćkanych w farbie- przez jego opaloną twarz przemknął uśmiech.- Dzięki, że mogę na was liczyć- przyciągnął mnie i poczochrał mi fryzurę. Odepchnęłam go lekko i oboje wzięliśmy się za Paula. Michael zarechotał i dostał szturchańca, oddając Vincentowi spuścił Paula na podłogę.
-Czemu zawsze ja?- Jęknął teatralnie Paul. Wstając wbił wzrok w sufit i nagle nad czymś się zamyślił.
-Co jest grane?- Zaniepokoił się Vincent.
-Nic, pomyślałem tylko; że Tori opadnie kopara, jak zobaczy ten pokoik- Paul patrząc w sufit przewrócił oczami.- Wyobrażam sobie jej minę...
-Czyżby przebłysk przyszłości?- Spytałam z troską.
-Lekki. Wiecie...- powiedział z zastanowieniem- ..chyba zaczynam się przyzwyczajać do tej dziwnej zdolności..
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki- licealista drugiego roku.
Skłamałem. Wizja, która mnie nawiedziła wcale nie dotyczyła bezpośrednio Tori, lecz ojca Vincenta i jego prezentu z okazji ślubu syna.
-Paella, prosto z Walencji- odparł spoglądając na mnie z ukosa.- Niezła, co?
-Mało powiedziane.. Niebo w gębie- rzuciłam z rozmarzeniem.
-Czegoś takiego w życiu nie jadłem- dorzucił Michael; a Paul wymruczał:
-Popieram..
Siedzieliśmy w pokoju Vincenta i gadaliśmy od niechcenia.
-Tori z małym w czwartek wychodzą ze szpitala- powiedział zamyślony.- Chrzciny są za tydzień. Ślub planujemy na połowę marca... Paul, będziesz świadkiem.
-Że ja..?- Zdziwił się Tanner.
-Zastanawiam się, czy zdążę ze wszystkim- powiedział pogrążony w myślach.
-Od czego ma się przyjaciół; Rodriguez.?- Rzuciłam wymownie, szturchając go lekko.
-Przyjaciół upaćkanych w farbie- przez jego opaloną twarz przemknął uśmiech.- Dzięki, że mogę na was liczyć- przyciągnął mnie i poczochrał mi fryzurę. Odepchnęłam go lekko i oboje wzięliśmy się za Paula. Michael zarechotał i dostał szturchańca, oddając Vincentowi spuścił Paula na podłogę.
-Czemu zawsze ja?- Jęknął teatralnie Paul. Wstając wbił wzrok w sufit i nagle nad czymś się zamyślił.
-Co jest grane?- Zaniepokoił się Vincent.
-Nic, pomyślałem tylko; że Tori opadnie kopara, jak zobaczy ten pokoik- Paul patrząc w sufit przewrócił oczami.- Wyobrażam sobie jej minę...
-Czyżby przebłysk przyszłości?- Spytałam z troską.
-Lekki. Wiecie...- powiedział z zastanowieniem- ..chyba zaczynam się przyzwyczajać do tej dziwnej zdolności..
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki- licealista drugiego roku.
Skłamałem. Wizja, która mnie nawiedziła wcale nie dotyczyła bezpośrednio Tori, lecz ojca Vincenta i jego prezentu z okazji ślubu syna.
Vincent w ślubnym garniaku przyjmował życzenia i prezenty od rodziny i przyjaciół. Ściskał się właśnie z piękną, jak marzenie Hiszpanką, imieniem Esmeralda.
-Nie maż się, mały- rzuciła pieszczotliwie ocierając mu łezkę z oka.- Najlepszego, młodej parze.
-Najlepszego na nowej drodze, Caramelo... Tori..- Octavio Rodriguez przytulił mocno syna i synową, wsuwając w dłoń Vincenta kremową kopertę.
-Nie musiałeś, ojcze..- Zaczął zakłopotany Vincent.
-Nie musiałem, ale chciałem- oznajmił jego ojciec całując Tori w czoło. Trzymał na rękach swego wnuka.- Szczęścia, dzieciaki.- I poszedł gdzieś na chwilę.
-Obiecał, że nie wykręci nam takiego numeru- zarechotała Tori.
-To mój ojciec, nieprzewidywalny Hiszpan z krwi i kości- zauważył Vincent, lecz jakby wbrew sobie się uśmiechnął. Zajrzał do koperty i jego oczy przybrały wielkość piłek do kosza.- Madrè di Diò..- wyszeptał bezgranicznie zdumiony.
-Co się stało; Vincent?- Zapytała szeptem. Bez słowa podał jej kopertę. W środku były bilety na samolot do Hiszpanii i karteczka z adresem hotelu z wszelkim full wypasem.
-Nie możemy tego przyjąć..- Zdumiona Tori szepnęła to, co jej, od kilku godzin, mąż wcześniej pomyślał.
-I jaką minę ma Tori na widok pokoiku?- Z zamyślenia wytrąca mnie głos Callisto.
-Tego się nie da opisać. Trzeba to widzieć- odparłem ze śmiechem.
-Tego się nie da opisać. Trzeba to widzieć- odparłem ze śmiechem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Następnego dnia, budynek liceum.
Salą chemiczną wstrząsnął huk małego wybuchu.
-Rusznikarz w akcji- mruknął Nick-Rozpuszczalnik do swoich myśli; siedząc przy biurku zawiesił wzrok na naszym stanowisku doświadczeń.- Trzy.. Dwa.. Jeden...- Z probówki strzelił kłąb dymu i zapach migdałów.
-No, pięknie. Produkcja niebezpiecznych materiałów pełną parą..- jęknął chemik.- No, mogłeś już sobie to odpuścić, Tyler- zauważył, jakby mówił: uczę psychopatę.
-Przepraszam, profesorze..- rzucił zielonooki zatykając fiolkę.
-Brandt uchyl okno, proszę- rzucił chemik.- A propos dzisiejszej lekcji; co otrzymał wasz kolega?
Wszyscy spoglądali po sobie pytająco. Vincent podniósł rękę.
-Rodriguez, proszę.
-To śmiertelna trucizna, cyjanek potasu, posiadająca charakterystyczny zapach gorzkich migdałów- oznajmił Vincent.- Wzór chemiczny KCN. Inaczej sól potasowa cyjanowodoru. Dobrze rozpuszczalny w wodzie. Niebezpieczny dla środowiska.
-Świetnie, Rodriguez- rzucił z aprobatą Grey, odbierając od Michaela probówkę.
-On kiedyś nas wszystkich pozabija- burknął Fox nieprzychylnie.
-Jeśli chciałby pan iść do nieba, musiałby pan najpierw to wziąć- Chemik pomachał chłopakowi probówką przed nosem.
-Nauczyciele mają pierwszeństwo- odparł Fox przymilnie.
-Dziękuję i zapamiętam- odpowiedział uprzejmie, choć chłodno Grey.- Koniec lekcji.
Następnego dnia, budynek liceum.
Salą chemiczną wstrząsnął huk małego wybuchu.
-Rusznikarz w akcji- mruknął Nick-Rozpuszczalnik do swoich myśli; siedząc przy biurku zawiesił wzrok na naszym stanowisku doświadczeń.- Trzy.. Dwa.. Jeden...- Z probówki strzelił kłąb dymu i zapach migdałów.
-No, pięknie. Produkcja niebezpiecznych materiałów pełną parą..- jęknął chemik.- No, mogłeś już sobie to odpuścić, Tyler- zauważył, jakby mówił: uczę psychopatę.
-Przepraszam, profesorze..- rzucił zielonooki zatykając fiolkę.
-Brandt uchyl okno, proszę- rzucił chemik.- A propos dzisiejszej lekcji; co otrzymał wasz kolega?
Wszyscy spoglądali po sobie pytająco. Vincent podniósł rękę.
-Rodriguez, proszę.
-To śmiertelna trucizna, cyjanek potasu, posiadająca charakterystyczny zapach gorzkich migdałów- oznajmił Vincent.- Wzór chemiczny KCN. Inaczej sól potasowa cyjanowodoru. Dobrze rozpuszczalny w wodzie. Niebezpieczny dla środowiska.
-Świetnie, Rodriguez- rzucił z aprobatą Grey, odbierając od Michaela probówkę.
-On kiedyś nas wszystkich pozabija- burknął Fox nieprzychylnie.
-Jeśli chciałby pan iść do nieba, musiałby pan najpierw to wziąć- Chemik pomachał chłopakowi probówką przed nosem.
-Nauczyciele mają pierwszeństwo- odparł Fox przymilnie.
-Dziękuję i zapamiętam- odpowiedział uprzejmie, choć chłodno Grey.- Koniec lekcji.
-No, bracie.. Masz przejebane- rzucił wesoło Brandt.
-Zwisa mi to- Fox wzruszył ramionami.
-Będzie ci zwisać; jak Modliszka dobierze ci się do tyłka- zarechotała Cora.
-Jakoś to przeżyję- skwitował z ironią.
-Zwisa mi to- Fox wzruszył ramionami.
-Będzie ci zwisać; jak Modliszka dobierze ci się do tyłka- zarechotała Cora.
-Jakoś to przeżyję- skwitował z ironią.
-Skąd wiedziałeś, że to cyjanek?- Spytał Michael Vincenta.
-Widziałem program o Hitlerze- Rodriguez wzruszył ramionami.
-Co ma do tego jakiś Szwab?- Zdziwił się Paul.
-No, co za tuman... Nie wierzę..- Jęknął ironicznie Vincent.- Co ty, bracie, robisz w liceum?
-Wierz mi; też nie mam zielonego pojęcia- zażartował Paul i zaczęliśmy się śmiać.
-Widziałem program o Hitlerze- Rodriguez wzruszył ramionami.
-Co ma do tego jakiś Szwab?- Zdziwił się Paul.
-No, co za tuman... Nie wierzę..- Jęknął ironicznie Vincent.- Co ty, bracie, robisz w liceum?
-Wierz mi; też nie mam zielonego pojęcia- zażartował Paul i zaczęliśmy się śmiać.
Wychowawcza..
-Fox, wstań- rzuciła krótko Collins.
-Nadchodzi Anioł Masakry- rzuciłam szeptem do Michaela.
-Raven, uprzejmie proszę o powstrzymanie zbędnych komentarzy- zganiła mnie wychowawczyni.
-Przepraszam, to już się nie powtórzy; pani profesor- rzuciłam przymilnie.
-Po zajęciach zgłosi się pan do profesora Grey i pomoże pan w sali chemicznej. Mam nadzieję, że to ostatni pański wybryk w tym tygodniu.
-Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem- mruknął tak, by Modliszka nie dosłyszała.
-Wzrok może i mam słaby; ale na słuch jeszcze nie narzekam, młody człowieku- powiedziała chłodno nauczycielka.
-Przepraszam i zastosuję się- odparł potulnie Fox.
-Oczywiście porozmawiam też z pana rodzicami, na temat pańskiego skandalicznego zachowania- ciągnęła Collins.- Co do spraw ogólnych klasy...- i zgrabnie przeszła do standardowego przynudzania.
-Fox, wstań- rzuciła krótko Collins.
-Nadchodzi Anioł Masakry- rzuciłam szeptem do Michaela.
-Raven, uprzejmie proszę o powstrzymanie zbędnych komentarzy- zganiła mnie wychowawczyni.
-Przepraszam, to już się nie powtórzy; pani profesor- rzuciłam przymilnie.
-Po zajęciach zgłosi się pan do profesora Grey i pomoże pan w sali chemicznej. Mam nadzieję, że to ostatni pański wybryk w tym tygodniu.
-Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem- mruknął tak, by Modliszka nie dosłyszała.
-Wzrok może i mam słaby; ale na słuch jeszcze nie narzekam, młody człowieku- powiedziała chłodno nauczycielka.
-Przepraszam i zastosuję się- odparł potulnie Fox.
-Oczywiście porozmawiam też z pana rodzicami, na temat pańskiego skandalicznego zachowania- ciągnęła Collins.- Co do spraw ogólnych klasy...- i zgrabnie przeszła do standardowego przynudzania.
Wychodząc z sali słyszało się ziewanie. Modliszka miała szczególny talent do usypiania wychowanków.
-Przepraaaaszam..- ziewając wpadłam na nieznajomego mężczyznę.
Był na oko w wieku Simona Noire. Niski, tęższy, ciemny blondyn z modną fryzurą i bursztynowymi oczami.
-Proszę- rzucił uprzejmie, mijając mnie. Ruszył w stronę wychodzącej z klasy Collins.
-Ciekawe, kto to..- zauważył Michael patrząc za nim.
-Przepraaaaszam..- ziewając wpadłam na nieznajomego mężczyznę.
Był na oko w wieku Simona Noire. Niski, tęższy, ciemny blondyn z modną fryzurą i bursztynowymi oczami.
-Proszę- rzucił uprzejmie, mijając mnie. Ruszył w stronę wychodzącej z klasy Collins.
-Ciekawe, kto to..- zauważył Michael patrząc za nim.
Kim jest facet okazało się w drodze na matmę.
-Mamy dziś środę- rzucił tonem znawcy Paul.- W środku tygodnia Rekiny robią się głodne. Ciasteczko z wróżbą mówi- przełamał łakoć i rozwinął karteczkę.- "Dziś czeka cię zaskakujący dzień"?- Odczytał pytająco.- Czyżbym wziął nie to ciastko, co trzeba?- Zdziwił się.
-Sądzę, że twoje przepowiednie się nie mylą- stwierdziłam wolno, ruchem głowy wskazując salę matematyczną, w której z nogami na blacie biurka siedział facet, na którego wcześniej wpadłam.
-Ciekawe, czy miał już chrzest bojowy- zastanowił się Michael.
-Jaki ty jesteś mściwy...- dorzuciłam kręcąc głową z niedowierzaniem.
-Psychopatyczny- zawtórował mi Rodriguez.
-Okrutny- przytaknął ze śmiechem Tanner.
-Nauczyciele powinni być gatunkiem zagrożonym wyginięciem- powiedział z ironią Michael poprawiając okulary.
-Taa i wyrastałyby takie nieuki, jak ty- Vincent szturchnął go przyjaźnie.
-Zjazd, mordo- odciął się zielonooki przepychając lekko Hiszpana.- Powiedział ten nieuk, który powinien być klasę wyżej; ale zaliczył kibla- przekomarzał się Michael.
-Wykształcenie, nie piwo. Nie musi być pełne- odparł dumnie śniadolicy, tłumiąc uśmiech.
-Jeśli jeszcze nie miał chrztu, druga E mu go zapewni- zauważyłam z ironią, wracając do tematu.
Dzwonek.
-Hęęęę...? Tak szybko..?- Mruknął facet unosząc powieki. Powoli zdjął nogi z biurka.
Uczniowie wchodząc do klasy obserwowali go z zaciekawieniem. Wszyscy zastanawiali się, gdzie podział się Shark.
-Dobra- rzucił z zapałem nauczyciel uciszając wszystkie szepty. Miał ładny nieco zachrypły głos.- Od dziś polubicie matematykę..
-Chyba pan żartuje!- Zawołał z tylnich rzędów Dominic Silver, a cała grupa zarechotała zgodnie. Nauczyciel również lekko się zaśmiał.
-Pan nazywa się Silver, jak sądzę- zauważył.
-Skąd pan profesor wie?- Zdziwił się Dominic.
-Profesor Collins zdążyła mnie przed panem ostrzec- oznajmił nauczyciel z trudem zachowując powagę. W końcu nie wytrzymał i uśmiechnął się szeroko, a przez salę znów przetoczył się śmiech.
-Nazywam się James Deere.- Podniosłam rękę.- Słucham, panią- rzucił.
-Wydaje mi się, że chyba się kiedyś spotkaliśmy- zauważyłam powoli.
-Pani nazywa się..- zaczął przyglądając mi się.
-Raven- rzuciłam swoje nazwisko.
-No, tak... Chyba kiedyś mieliśmy mały sparing w Stowarzyszeniu- przypomniał sobie.- Zdolny z pani szermierz- skłonił lekko głowę.
-Dziękuję uprzejmie.
-Mamy dziś środę- rzucił tonem znawcy Paul.- W środku tygodnia Rekiny robią się głodne. Ciasteczko z wróżbą mówi- przełamał łakoć i rozwinął karteczkę.- "Dziś czeka cię zaskakujący dzień"?- Odczytał pytająco.- Czyżbym wziął nie to ciastko, co trzeba?- Zdziwił się.
-Sądzę, że twoje przepowiednie się nie mylą- stwierdziłam wolno, ruchem głowy wskazując salę matematyczną, w której z nogami na blacie biurka siedział facet, na którego wcześniej wpadłam.
-Ciekawe, czy miał już chrzest bojowy- zastanowił się Michael.
-Jaki ty jesteś mściwy...- dorzuciłam kręcąc głową z niedowierzaniem.
-Psychopatyczny- zawtórował mi Rodriguez.
-Okrutny- przytaknął ze śmiechem Tanner.
-Nauczyciele powinni być gatunkiem zagrożonym wyginięciem- powiedział z ironią Michael poprawiając okulary.
-Taa i wyrastałyby takie nieuki, jak ty- Vincent szturchnął go przyjaźnie.
-Zjazd, mordo- odciął się zielonooki przepychając lekko Hiszpana.- Powiedział ten nieuk, który powinien być klasę wyżej; ale zaliczył kibla- przekomarzał się Michael.
-Wykształcenie, nie piwo. Nie musi być pełne- odparł dumnie śniadolicy, tłumiąc uśmiech.
-Jeśli jeszcze nie miał chrztu, druga E mu go zapewni- zauważyłam z ironią, wracając do tematu.
Dzwonek.
-Hęęęę...? Tak szybko..?- Mruknął facet unosząc powieki. Powoli zdjął nogi z biurka.
Uczniowie wchodząc do klasy obserwowali go z zaciekawieniem. Wszyscy zastanawiali się, gdzie podział się Shark.
-Dobra- rzucił z zapałem nauczyciel uciszając wszystkie szepty. Miał ładny nieco zachrypły głos.- Od dziś polubicie matematykę..
-Chyba pan żartuje!- Zawołał z tylnich rzędów Dominic Silver, a cała grupa zarechotała zgodnie. Nauczyciel również lekko się zaśmiał.
-Pan nazywa się Silver, jak sądzę- zauważył.
-Skąd pan profesor wie?- Zdziwił się Dominic.
-Profesor Collins zdążyła mnie przed panem ostrzec- oznajmił nauczyciel z trudem zachowując powagę. W końcu nie wytrzymał i uśmiechnął się szeroko, a przez salę znów przetoczył się śmiech.
-Nazywam się James Deere.- Podniosłam rękę.- Słucham, panią- rzucił.
-Wydaje mi się, że chyba się kiedyś spotkaliśmy- zauważyłam powoli.
-Pani nazywa się..- zaczął przyglądając mi się.
-Raven- rzuciłam swoje nazwisko.
-No, tak... Chyba kiedyś mieliśmy mały sparing w Stowarzyszeniu- przypomniał sobie.- Zdolny z pani szermierz- skłonił lekko głowę.
-Dziękuję uprzejmie.
-Wy się znacie?- Zapytał Michael, gdy szliśmy na geografię.
-James Daniel Deere, herbu Jeleń. Obecnie pracuje dla Związku Stowarzyszenia Łowców i jednocześnie kopie dołek pod Salvator'em. Jako jedyny nie pozwolił przyśrubować sobie fotela do tyłka i działa w terenie.
-Nie mów więcej, bo go jeszcze polubię- odparł z ironią Michael.
-Ciekawi mnie, co Związek kombinuje pod naszym nosem- stwierdziłam zamyślona.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
-Dobry wieczór; Mika- na dźwięk głosu wychyliłam się i spojrzałam dyskretnie na dół.
-Kopę lat; James- przybili i objęli się po bratersku.- Jak się miewasz?
Bursztynowooki uśmiechnął się.
-W porządku. Z planami gorzej- odparł Deere z namysłem.- Salvator wącha się z nie tylko z Senatem. Z plotek wynika, że kolejna KGS podziękowała za współpracę.
-Która?- Zapytał Angello zaciekawiony.
-Warszawa.
-Kamiński? Niemożliwe, żeby zerwał się z łańcucha- zauważył powoli Angello.
-Ale prawdziwe; Cherub- oznajmił znajomy mi skądś głos..- Ta szumowina podpisała rozejm z Woroszyłowem, więc obroża zaczęła cholernie cisnąć..- zauważył niechętnie.
-Co takiego???- Zdumieli się obaj.
-Podpisał układ sukinsyn.- Powtórzył brunet o słowiańskiej urodzie.
-Trzeba się pospieszyć.. Kurwa..- zaklął z irytacją Deere.
-Jedyne, co możemy...- zaczął z niepokojem Angello.
-To go zlikwidować- dokończył spokojnie Kamiński.
-Ale..- Angello zawahał się.
-Nie mów, że się tego nie spodziewałeś- zarechotał brunet.
-Po prostu nie sądziłem, że to zajdzie aż tak daleko- odparł niepewnie Angello.- Trzeba w trybie natychmiastowym zwołać Radę, rozgośćcie się, proszę- rzucił wskazując im jeden z salonów na dole..
-Moje kochanie...- poczułam ciepłe ramiona.
-Czuję, że mamy niezłą kaszanę- powiedziałam do swych myśli.
-James Daniel Deere, herbu Jeleń. Obecnie pracuje dla Związku Stowarzyszenia Łowców i jednocześnie kopie dołek pod Salvator'em. Jako jedyny nie pozwolił przyśrubować sobie fotela do tyłka i działa w terenie.
-Nie mów więcej, bo go jeszcze polubię- odparł z ironią Michael.
-Ciekawi mnie, co Związek kombinuje pod naszym nosem- stwierdziłam zamyślona.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
-Dobry wieczór; Mika- na dźwięk głosu wychyliłam się i spojrzałam dyskretnie na dół.
-Kopę lat; James- przybili i objęli się po bratersku.- Jak się miewasz?
Bursztynowooki uśmiechnął się.
-W porządku. Z planami gorzej- odparł Deere z namysłem.- Salvator wącha się z nie tylko z Senatem. Z plotek wynika, że kolejna KGS podziękowała za współpracę.
-Która?- Zapytał Angello zaciekawiony.
-Warszawa.
-Kamiński? Niemożliwe, żeby zerwał się z łańcucha- zauważył powoli Angello.
-Ale prawdziwe; Cherub- oznajmił znajomy mi skądś głos..- Ta szumowina podpisała rozejm z Woroszyłowem, więc obroża zaczęła cholernie cisnąć..- zauważył niechętnie.
-Co takiego???- Zdumieli się obaj.
-Podpisał układ sukinsyn.- Powtórzył brunet o słowiańskiej urodzie.
-Trzeba się pospieszyć.. Kurwa..- zaklął z irytacją Deere.
-Jedyne, co możemy...- zaczął z niepokojem Angello.
-To go zlikwidować- dokończył spokojnie Kamiński.
-Ale..- Angello zawahał się.
-Nie mów, że się tego nie spodziewałeś- zarechotał brunet.
-Po prostu nie sądziłem, że to zajdzie aż tak daleko- odparł niepewnie Angello.- Trzeba w trybie natychmiastowym zwołać Radę, rozgośćcie się, proszę- rzucił wskazując im jeden z salonów na dole..
-Moje kochanie...- poczułam ciepłe ramiona.
-Czuję, że mamy niezłą kaszanę- powiedziałam do swych myśli.
Zgromadzeni na posiedzeniu Rady łowcy słuchali uważnie wiadomości, jakie przewodniczący i dwóch niezapowiedzianych gości miało do zakomunikowania.
-Co zamierzacie z tym zrobić?- Zapytał Felix Moon poważnie.
Angello podparł podbródek na pięści ręki opartej na stole i w ciszy wpatrywał się w ścianę.
-Dotąd nie było takiej sytuacji w Zrzeszeniu...- powiedział w końcu cicho i spokojnie.- Mamy odpowiedni punkt w statucie organizacji, ale...- urwał nagle.
-Ty chyba nie mówisz o tym punkcie- zaczęli Grey i Romanow.
-Jeśli macie lepszy pomysł, chętnie posłucham- Angello wzruszył ramionami z niechętną miną.- Samo to, że podpisał ten układ wystarczy, by potraktować go, jak zdrajcę... Sami musicie zdecydować, co powinniśmy teraz zrobić. Wiecie, co mówi Statut, więc...
-Głowa Rodu Kruka dziwnie dziś milczy- zauważyła Hunter ostrożnie.
Ocknęłam się z zadumy.
-Być może większości nie spodoba się to, co powiem; ale...- Rozejrzałam się po twarzach łowców.- Od zawsze postępowaliśmy zgodnie z zasadami organizacji i sądzę, że tak powinniśmy zrobić i w tym przypadku. Zlekceważenie tej sprawy jest nie do zaakceptowania. Być może piszemy kolejną czarną kartę w historii Stowarzyszenia; ale ta sama historia od wieków mówiła, że nasza działalność nie może obyć się bez ofiar..
W jadalni rozległ się szum cichych rozmów, czego się spodziewałam. Deere rzucił kilka słów do Kamińskiego, który dał mu krótką odpowiedź. Michael i mój ojciec, jako jedyni, patrzyli na mnie w milczeniu.
-Naprawdę jesteś pewna tego, co mówisz?- Zapytał z boku Angello.
-Wiesz, że nie do końca..?- Odpowiedziałam pytaniem.- To im powinniśmy pozostawić ostateczną decyzję. Tylko tak poznamy, kto naprawdę jest po naszej stronie- dodałam cicho.
-Rozumiem- westchnął ciężko przewodniczący.- Czy ktoś jeszcze chce coś powiedzieć, zanim zagłosujemy?- Zapytał spokojnie.
Zza naprzeciwległego stołu wstał milczący zwykle mierzący metr dziewięćdziesiąt czarnowłosy, o jasnoszarych oczach. Wszyscy wyraźnie się go bali, z powodu jego groźnego wyglądu i oszpeconej połowy twarzy. Był to łowca pochodzenia nieszlacheckiego, nazwiskiem Lockwood.
-Jeśli dobrze kojarzę, Statut mówi, że zdrada karana jest śmiercią?- Zapytał swoim chłodnym głosem.
-Zgadza się- potwierdził Angello, a wszyscy wpatrywali się dziwnie w Lockwood'a.
-Skoro tak, chciałbym odnieść się do słów panny Raven. Jak wszyscy pamiętacie, właśnie Salvator namówił nas do ostatniego rozejmu z krwiopijcami- rozejrzał się po wpatrzonych w niego twarzach.- Wiem, że nikt nie powie tego głośno; ale ja nie mam zamiaru milczeć. Na pewno od tamtego czasu większość po cichu nazywała Salvator'a zdrajcą. Taka jest cała prawda o przewodniczącym Związku, dziękuję to wszystko- Lockwood wciąż pod ostrzałem podejrzliwych spojrzeń zajął miejsce.
Zapadła długa cisza, a Angello pogrążył się w rozmyślaniach.
-To podpada pod głosowanie, kto jest za uznaniem Salvator'a winnym zdrady i wykonaniem wyroku śmierci?- Zapytał. Liczył przez chwilę.- Kto przeciwko?- Dwie osoby zostały poczęstowane krzywymi spojrzeniami.- Czy ktoś wstrzymuje się od głosu?- Pięć osób, w tym dwóch naszych gości, podniosło ręce.- Dziękuję. Decyzją Stowarzyszenia Salvator został uznany za winnego. Chętnych do tej pracy przyjmuję w gabinecie. Dziękuję i zamykam Radę- rzucił krótko.
-Signo Victoriam Tenebris!- w odpowiedzi rozległ się chóralny okrzyk.
***
-Callisto...- Powiedział cicho. Siedział na parapecie, nadal patrząc na zimowy krajobraz za oknem.
-Co, Pyszczulku?- Rzuciłam pieszczotliwie, unosząc wzrok znad zeszytu od niemieckiego.
-To naprawdę konieczne?- Zapytał po dłuższej chwili niepewnie.
-Bóg raczy wiedzieć, Michael- westchnęłam ciężko.- Nikt z nas tak właściwie nie wie, czy to dobre rozwiązanie.. Kierujemy się Statutem, ale nigdy dotąd nie było takiej sytuacji. Dlaczego o to pytasz?
-Po prostu... Trochę dziwnie się z tym czuję...- odparł cicho.- Niby jest w tym jakiś sens, ale mimo to...
-Wiem...- ruchem dłoni zamknęłam z trzaskiem zeszyt.- To smutne, że musimy pozbyć się jednego ze swoich..
|•••|
-Dorian, jak tam moja Mała?- Spytał chłodny głos na korytarzu.
-Kończę ją składać; Lucas- odparł głos naszego rusznikarza; Doriana Falcon. Przerwał na chwilę pracę i spojrzał uważnie na Lockwood'a.
-Naprawdę chcesz mu wymierzyć sprawiedliwość?- Zapytał nagle niepewnie.
-Sprawiedliwość?- Spytał leniwie szarooki.- Rozkaz to rozkaz. Bardziej traktuję to, jak kolejne zlecenie- Właściciel chłodnego głosu wzruszył ramionami.
-Zaczynam się bać, że...
-Że mi odbiło? Niech cię o to głowa nie boli, Dorian- uspokoił mężcżyzna.- Już dawno musiałbym ześwirować po tym wszystkim, co widziałem- stwierdził rozsądnie.
-Masz rację..- przyznał cicho Falcon wracając do składania pistoletu.- Dziwnie się ostatnio zachowujesz..
-Dziwnie? Normalnie- odparł Lockwood obojętnie.- Staram się za dużo nie myśleć. Ja jestem od roboty, a inni od myślenia- rzucił lekko.
-Robisz się wygodnicki, Lucas- stwierdził Dorian, mierząc bronią w okno.
-Co zamierzacie z tym zrobić?- Zapytał Felix Moon poważnie.
Angello podparł podbródek na pięści ręki opartej na stole i w ciszy wpatrywał się w ścianę.
-Dotąd nie było takiej sytuacji w Zrzeszeniu...- powiedział w końcu cicho i spokojnie.- Mamy odpowiedni punkt w statucie organizacji, ale...- urwał nagle.
-Ty chyba nie mówisz o tym punkcie- zaczęli Grey i Romanow.
-Jeśli macie lepszy pomysł, chętnie posłucham- Angello wzruszył ramionami z niechętną miną.- Samo to, że podpisał ten układ wystarczy, by potraktować go, jak zdrajcę... Sami musicie zdecydować, co powinniśmy teraz zrobić. Wiecie, co mówi Statut, więc...
-Głowa Rodu Kruka dziwnie dziś milczy- zauważyła Hunter ostrożnie.
Ocknęłam się z zadumy.
-Być może większości nie spodoba się to, co powiem; ale...- Rozejrzałam się po twarzach łowców.- Od zawsze postępowaliśmy zgodnie z zasadami organizacji i sądzę, że tak powinniśmy zrobić i w tym przypadku. Zlekceważenie tej sprawy jest nie do zaakceptowania. Być może piszemy kolejną czarną kartę w historii Stowarzyszenia; ale ta sama historia od wieków mówiła, że nasza działalność nie może obyć się bez ofiar..
W jadalni rozległ się szum cichych rozmów, czego się spodziewałam. Deere rzucił kilka słów do Kamińskiego, który dał mu krótką odpowiedź. Michael i mój ojciec, jako jedyni, patrzyli na mnie w milczeniu.
-Naprawdę jesteś pewna tego, co mówisz?- Zapytał z boku Angello.
-Wiesz, że nie do końca..?- Odpowiedziałam pytaniem.- To im powinniśmy pozostawić ostateczną decyzję. Tylko tak poznamy, kto naprawdę jest po naszej stronie- dodałam cicho.
-Rozumiem- westchnął ciężko przewodniczący.- Czy ktoś jeszcze chce coś powiedzieć, zanim zagłosujemy?- Zapytał spokojnie.
Zza naprzeciwległego stołu wstał milczący zwykle mierzący metr dziewięćdziesiąt czarnowłosy, o jasnoszarych oczach. Wszyscy wyraźnie się go bali, z powodu jego groźnego wyglądu i oszpeconej połowy twarzy. Był to łowca pochodzenia nieszlacheckiego, nazwiskiem Lockwood.
-Jeśli dobrze kojarzę, Statut mówi, że zdrada karana jest śmiercią?- Zapytał swoim chłodnym głosem.
-Zgadza się- potwierdził Angello, a wszyscy wpatrywali się dziwnie w Lockwood'a.
-Skoro tak, chciałbym odnieść się do słów panny Raven. Jak wszyscy pamiętacie, właśnie Salvator namówił nas do ostatniego rozejmu z krwiopijcami- rozejrzał się po wpatrzonych w niego twarzach.- Wiem, że nikt nie powie tego głośno; ale ja nie mam zamiaru milczeć. Na pewno od tamtego czasu większość po cichu nazywała Salvator'a zdrajcą. Taka jest cała prawda o przewodniczącym Związku, dziękuję to wszystko- Lockwood wciąż pod ostrzałem podejrzliwych spojrzeń zajął miejsce.
Zapadła długa cisza, a Angello pogrążył się w rozmyślaniach.
-To podpada pod głosowanie, kto jest za uznaniem Salvator'a winnym zdrady i wykonaniem wyroku śmierci?- Zapytał. Liczył przez chwilę.- Kto przeciwko?- Dwie osoby zostały poczęstowane krzywymi spojrzeniami.- Czy ktoś wstrzymuje się od głosu?- Pięć osób, w tym dwóch naszych gości, podniosło ręce.- Dziękuję. Decyzją Stowarzyszenia Salvator został uznany za winnego. Chętnych do tej pracy przyjmuję w gabinecie. Dziękuję i zamykam Radę- rzucił krótko.
-Signo Victoriam Tenebris!- w odpowiedzi rozległ się chóralny okrzyk.
***
-Callisto...- Powiedział cicho. Siedział na parapecie, nadal patrząc na zimowy krajobraz za oknem.
-Co, Pyszczulku?- Rzuciłam pieszczotliwie, unosząc wzrok znad zeszytu od niemieckiego.
-To naprawdę konieczne?- Zapytał po dłuższej chwili niepewnie.
-Bóg raczy wiedzieć, Michael- westchnęłam ciężko.- Nikt z nas tak właściwie nie wie, czy to dobre rozwiązanie.. Kierujemy się Statutem, ale nigdy dotąd nie było takiej sytuacji. Dlaczego o to pytasz?
-Po prostu... Trochę dziwnie się z tym czuję...- odparł cicho.- Niby jest w tym jakiś sens, ale mimo to...
-Wiem...- ruchem dłoni zamknęłam z trzaskiem zeszyt.- To smutne, że musimy pozbyć się jednego ze swoich..
|•••|
-Dorian, jak tam moja Mała?- Spytał chłodny głos na korytarzu.
-Kończę ją składać; Lucas- odparł głos naszego rusznikarza; Doriana Falcon. Przerwał na chwilę pracę i spojrzał uważnie na Lockwood'a.
-Naprawdę chcesz mu wymierzyć sprawiedliwość?- Zapytał nagle niepewnie.
-Sprawiedliwość?- Spytał leniwie szarooki.- Rozkaz to rozkaz. Bardziej traktuję to, jak kolejne zlecenie- Właściciel chłodnego głosu wzruszył ramionami.
-Zaczynam się bać, że...
-Że mi odbiło? Niech cię o to głowa nie boli, Dorian- uspokoił mężcżyzna.- Już dawno musiałbym ześwirować po tym wszystkim, co widziałem- stwierdził rozsądnie.
-Masz rację..- przyznał cicho Falcon wracając do składania pistoletu.- Dziwnie się ostatnio zachowujesz..
-Dziwnie? Normalnie- odparł Lockwood obojętnie.- Staram się za dużo nie myśleć. Ja jestem od roboty, a inni od myślenia- rzucił lekko.
-Robisz się wygodnicki, Lucas- stwierdził Dorian, mierząc bronią w okno.
W części zachodniej podziemi znajdowała się strzelnica.
-Nie ogłuszysz tym maleństwa?- Zapytał z niepokojem Michael.
-Musi się przyzwyczaić, skoro ma w przyszłości zostać łowcą- zauważyłam.
-Mówisz tak, jakby musiała zostać łowcą- zauważył niezadowolony.
Wpatrując się nieco dalej w tarczę, przeładowałam broń.
-Jesteś zły?- Spytałam mierząc do celu.
-Nie- odpowiedział wpychając magazynek.- Po prostu sądzę, że powinna sama zdecydować..- przeciągnął zamek broni i rozległ się huk strzałów.
-Wszystko wyjdzie w praniu- i zaczęłam strzelać.
Obok nas nagle zagrał trzeci pistolet. Rownocześnie zwróciliśmy wzrok na strzelca.
-Nie przeszkadzam?- rzucił uprzejmie Lockwood.
-Spoko- rzuciliśmy obserwując jego trening.
Z opanowaniem wymierzył w tarczę i odbezpieczając zaczął strzelać.
Jego spokojny oddech mieszał się z dźwiękiem klamki, którą pewnie trzymał w dłoni.
Szczęknęła iglica. Lockwood zwolnił magazynek i łapiąc, szybko wymienił go na nowy. Znów przeciągnął zamek i zaczął strzelać. Wszystko to trwało ledwie kilka sekund.
Jak on to zrobił?- Zapytał Michael spojrzeniem, natomiast z moich ust wyrwał się jęk podziwu. Seria urwała się raptownie. Bliznowaty opuścił broń do boku, zabezpieczając ją, drugą dłonią wcisnął guzik uruchamiający szynę jezdną tarczy.
Na jej widok Michaelowi opadła szczęka.
Dziury po kulach tworzyły napis: "Mam cię"
-To niemożliwe..- wyszeptał na wydechu zielonooki.
-Wszystko jest możliwe, tylko trza chcieć- oznajmił leniwie szarooki, przeciągając się.
-Gdzie pan się tego nauczył..?- Zaciekawił się Michael.
-W wojsku. Byłem snajperem- odparł wysoki spokojnie.
-Snajper zabija ludzi, hm..?- Dopytywał okularnik.
-Zgadza się; ale wojskowi nie określają ich ludźmi. Bardziej to "ruchome cele"- wzruszył ramionami opierając się o ścianę.
Michael zawahał się, ale to ja zapytałam:
-Zabił już pan człowieka?- Michael szturchnął mnie ukradkiem.
Lucas otworzył puszkę lemoniady i upił spory łyk.
-Czternastu w Bośni i pięciu w Libanie- potwierdził.- Uprzedzę twoje następne pytanie: nie czułem nic, poza odrzutem karabinu- oznajmił spokojnie.- Może wszyscy tutaj uważacie mnie za psychopatę, ale kto nie widział wojny na własne oczy, ten tego nie zrozumie- powiedział w pewnej chwili zamyślony.
-Nie sądzę, żeby był pan psycholem..- zaczął zakłopotany Michael.
-Lucas, mówcie mi po imieniu- rzucił mężczyzna.
-Nawet nie zauważyliśmy kiedy wszedłeś- zauważyłam powoli.
-Przyzwyczajenie z czasów wojska. Nijak nie mogę się tego nawyku pozbyć- Przez twarz przemknął słaby uśmiech.
-Nie ogłuszysz tym maleństwa?- Zapytał z niepokojem Michael.
-Musi się przyzwyczaić, skoro ma w przyszłości zostać łowcą- zauważyłam.
-Mówisz tak, jakby musiała zostać łowcą- zauważył niezadowolony.
Wpatrując się nieco dalej w tarczę, przeładowałam broń.
-Jesteś zły?- Spytałam mierząc do celu.
-Nie- odpowiedział wpychając magazynek.- Po prostu sądzę, że powinna sama zdecydować..- przeciągnął zamek broni i rozległ się huk strzałów.
-Wszystko wyjdzie w praniu- i zaczęłam strzelać.
Obok nas nagle zagrał trzeci pistolet. Rownocześnie zwróciliśmy wzrok na strzelca.
-Nie przeszkadzam?- rzucił uprzejmie Lockwood.
-Spoko- rzuciliśmy obserwując jego trening.
Z opanowaniem wymierzył w tarczę i odbezpieczając zaczął strzelać.
Jego spokojny oddech mieszał się z dźwiękiem klamki, którą pewnie trzymał w dłoni.
Szczęknęła iglica. Lockwood zwolnił magazynek i łapiąc, szybko wymienił go na nowy. Znów przeciągnął zamek i zaczął strzelać. Wszystko to trwało ledwie kilka sekund.
Jak on to zrobił?- Zapytał Michael spojrzeniem, natomiast z moich ust wyrwał się jęk podziwu. Seria urwała się raptownie. Bliznowaty opuścił broń do boku, zabezpieczając ją, drugą dłonią wcisnął guzik uruchamiający szynę jezdną tarczy.
Na jej widok Michaelowi opadła szczęka.
Dziury po kulach tworzyły napis: "Mam cię"
-To niemożliwe..- wyszeptał na wydechu zielonooki.
-Wszystko jest możliwe, tylko trza chcieć- oznajmił leniwie szarooki, przeciągając się.
-Gdzie pan się tego nauczył..?- Zaciekawił się Michael.
-W wojsku. Byłem snajperem- odparł wysoki spokojnie.
-Snajper zabija ludzi, hm..?- Dopytywał okularnik.
-Zgadza się; ale wojskowi nie określają ich ludźmi. Bardziej to "ruchome cele"- wzruszył ramionami opierając się o ścianę.
Michael zawahał się, ale to ja zapytałam:
-Zabił już pan człowieka?- Michael szturchnął mnie ukradkiem.
Lucas otworzył puszkę lemoniady i upił spory łyk.
-Czternastu w Bośni i pięciu w Libanie- potwierdził.- Uprzedzę twoje następne pytanie: nie czułem nic, poza odrzutem karabinu- oznajmił spokojnie.- Może wszyscy tutaj uważacie mnie za psychopatę, ale kto nie widział wojny na własne oczy, ten tego nie zrozumie- powiedział w pewnej chwili zamyślony.
-Nie sądzę, żeby był pan psycholem..- zaczął zakłopotany Michael.
-Lucas, mówcie mi po imieniu- rzucił mężczyzna.
-Nawet nie zauważyliśmy kiedy wszedłeś- zauważyłam powoli.
-Przyzwyczajenie z czasów wojska. Nijak nie mogę się tego nawyku pozbyć- Przez twarz przemknął słaby uśmiech.
Dziesiąty dzień lutego..
Siedzieliśmy w aucie Jacoba obserwując park w okolicach ruin katedry. Michaela, High i Church byli w pobliżu Nawiedzonej Farmy i również przeczesywali tamtejszy las.
Znów zaginęła kolejna dziewczyna.
-Czuję, że szukamy nie w tym miejscu- zauważyłam powoli.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytał Jacob przyglądając mi się z boku.
Michael w milczeniu popijał kawę z kubeczka, czytając zeznanie matki tej zaginionej dziewczyny.
-Psy ci tego nie powiedzą; ale wiem, że nie mają jej tropu- zauważyłam niechętnie.
-Skąd ty niby to wiesz?- Zapytał poirytowany.
-Jako wampir mam bardziej wyostrzone zmysły; komisarzu- oznajmiłam chłodno.
Szczekanie psów tropiących, tuż po wejściu do lasu, niespodziewanie ucichło.
-Coś tu jest nie tak...- odezwał się zachrypłym głosem zielonooki.
Jacob sięgnął po krótkofalówkę. Cisza robiła się coraz bardziej niepokojąca
***
Czekaliśmy, siedząc jak na szpilkach. Michael wbijał oczy w powoli gęstniejący mrok, starając się cokolwiek wypatrzeć.
Wtedy coś z rozpędu przywaliło w bok wozu po stronie kierowcy. Od lasu rozległy się wrzaski psich opiekunów. Jeden z nich ciągnięty przez swego psa, przejechał na brzuchu po śniegu.
-Jackie, stój..! Stój piesku.. Zdrowaś Mario, łaskiś pełna...- Facet nagle zaczął się modlić.. Ktoś strzelił w tamtą stronę. Owczarek zaskomlił i zwalił się na bok..
Zaskoczony policjant otworzył oczy. Leżał na boku tuż przed drutem kolczastym otaczającym katedrę, wypuścił powietrze ze świstem.
Jacob otworzył wgniecione drzwi wozu pomagając sobie butem.
-Co tu się, do jasnej cholery, wyrabia?- Jęknął rozdrażniony.
-Callisto, jesteś pewna, że ona jest gdzie indziej?- Zapytał Michael niepewnie.
Znów wciągnęłam trop z grubej bluzy znalezionej w miejscu, gdzie ostatnio widziano zaginioną i spojrzałam na uśpionego psa.
-Od kiedy tu jesteśmy nie czuję zapachu z bluzy.. Właściwie nie czuję żadnego zapachu..- zbliżyłam się do niego pociągając nosem. Nadal nic.- Jakbym straciła węch..
Jeden z psów zaczął krwawić z nosa, pyska i uszu. Nie miał sił nawet zawyć- jego właściciel bez zastanowienia zastrzelił zwierzę.
-Ten las nie jest normalny- powiedział nieufnie dowódca ekipy poszukiwawczej, spuszczając swojego psa ze smyczy. Bernardyn warcząc z odsłoniętymi zębami, cofał się od leśnej ściany.
Poczułam wilgoć na twarzy. Z przyzwyczajenia przyłożyłam dłoń do nosa, a gdy ją cofnęłam...
Krew..
-Jacob, wiejemy stąd!- Zawołał Michael.
Szybko otworzyłam drzwi kaszląc. Z moich ust wyleciało trochę krwi, barwiąc śnieg ciemną czerwienią.
Jednak Jake wracał już do wozu, wydając polecenia.
Siedzieliśmy w aucie Jacoba obserwując park w okolicach ruin katedry. Michaela, High i Church byli w pobliżu Nawiedzonej Farmy i również przeczesywali tamtejszy las.
Znów zaginęła kolejna dziewczyna.
-Czuję, że szukamy nie w tym miejscu- zauważyłam powoli.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytał Jacob przyglądając mi się z boku.
Michael w milczeniu popijał kawę z kubeczka, czytając zeznanie matki tej zaginionej dziewczyny.
-Psy ci tego nie powiedzą; ale wiem, że nie mają jej tropu- zauważyłam niechętnie.
-Skąd ty niby to wiesz?- Zapytał poirytowany.
-Jako wampir mam bardziej wyostrzone zmysły; komisarzu- oznajmiłam chłodno.
Szczekanie psów tropiących, tuż po wejściu do lasu, niespodziewanie ucichło.
-Coś tu jest nie tak...- odezwał się zachrypłym głosem zielonooki.
Jacob sięgnął po krótkofalówkę. Cisza robiła się coraz bardziej niepokojąca
***
Czekaliśmy, siedząc jak na szpilkach. Michael wbijał oczy w powoli gęstniejący mrok, starając się cokolwiek wypatrzeć.
Wtedy coś z rozpędu przywaliło w bok wozu po stronie kierowcy. Od lasu rozległy się wrzaski psich opiekunów. Jeden z nich ciągnięty przez swego psa, przejechał na brzuchu po śniegu.
-Jackie, stój..! Stój piesku.. Zdrowaś Mario, łaskiś pełna...- Facet nagle zaczął się modlić.. Ktoś strzelił w tamtą stronę. Owczarek zaskomlił i zwalił się na bok..
Zaskoczony policjant otworzył oczy. Leżał na boku tuż przed drutem kolczastym otaczającym katedrę, wypuścił powietrze ze świstem.
Jacob otworzył wgniecione drzwi wozu pomagając sobie butem.
-Co tu się, do jasnej cholery, wyrabia?- Jęknął rozdrażniony.
-Callisto, jesteś pewna, że ona jest gdzie indziej?- Zapytał Michael niepewnie.
Znów wciągnęłam trop z grubej bluzy znalezionej w miejscu, gdzie ostatnio widziano zaginioną i spojrzałam na uśpionego psa.
-Od kiedy tu jesteśmy nie czuję zapachu z bluzy.. Właściwie nie czuję żadnego zapachu..- zbliżyłam się do niego pociągając nosem. Nadal nic.- Jakbym straciła węch..
Jeden z psów zaczął krwawić z nosa, pyska i uszu. Nie miał sił nawet zawyć- jego właściciel bez zastanowienia zastrzelił zwierzę.
-Ten las nie jest normalny- powiedział nieufnie dowódca ekipy poszukiwawczej, spuszczając swojego psa ze smyczy. Bernardyn warcząc z odsłoniętymi zębami, cofał się od leśnej ściany.
Poczułam wilgoć na twarzy. Z przyzwyczajenia przyłożyłam dłoń do nosa, a gdy ją cofnęłam...
Krew..
-Jacob, wiejemy stąd!- Zawołał Michael.
Szybko otworzyłam drzwi kaszląc. Z moich ust wyleciało trochę krwi, barwiąc śnieg ciemną czerwienią.
Jednak Jake wracał już do wozu, wydając polecenia.
-Callisto?- Zapytał z niepokojem Michael, przyglądając mi się.
-Co się stało?- Spytałam słabo.
-Zaczęłaś krwawić, jak pies Fairchilda...- odezwał się Jacob z boku.- Kompletnie nic z tego nie rozumiem!- Wybuchnął zapodając kopa w ławę.
Położyłam mu rękę na ramieniu uspokajającym gestem.
-Wiecie, co to jest kekkai?- Zapytałam nagle.
-Ke-co?- zdziwili się obaj.
-Kekkai- powtórzyłam.
Obaj pokręcili odmownie głową.
-Usłyszałam o tym kiedyś od Haruki. Podobno kekkai mogą stworzyć tylko stworzenia zwane Inu..
-Nie tylko Inu mogą ją wznieść- oznajmił głos od drzwi.- Poza tym ich bariera jest o wiele słabsza, niż ta w lesie- dodała dziewczyna w błękitnym kimonie.
-Yuri..?- Zaczął zaskoczony Michael.
-Kon'nichiwa, Tyler-san- rzuciła przyjaźnie.
-Cześć- rzucił krótko Michael.
-Czym właściwie są Inu?- Zapytał powoli Jacob.
-Wy nazywacie je "piekielnymi ogarami"- odpowiedziała Yuri uprzejmie.- Jednak ta Zasłona jest silna, skoro nawet wampira doprowadziła do krwotoku..- odezwała się z zastanowieniem.
-Zaraz... Ten dzieciak, o którym wspominaliście- przypomniał sobie nagle Jake.- Jak mu tam było...?
-Czy nie, aby, Zetsubō?- Zapytała Yuri nagle ostrożnie.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się komisarz.
-Bo to z jego powodu wampiry zniknęły z miasta- odparła Yuri.
-Jak to?.- Zerwałam się z kanapy, w głowie zaczęło mi wirować. Michael położył mnie spowrotem.
-Zetsubō to demon- odpowiedziała cicho.
-Demony nie istnieją- zaprzeczył Jacob wolno.
-To tak, jakby pan mówił; że wampiry też nie istnieją- zauważyła spokojnie.
-To nie to samo- odpowiedział z naciskiem.
-Wierzy pan w obecność Diabła?- Zapytała patrząc mu prosto w oczy.
-Co to ma do rzeczy; Hanayakana?- Zapytałam ostro.
Jacob usiadł w fotelu, jakby nagle zrobiło mu się słabo. Nieudolnie próbował ukryć drżenie dłoni.
-To wszystko jest coraz bardziej popieprzone- odezwał się po długim milczeniu z wyjątkowym opanowaniem.
-Co się stało?- Spytałam słabo.
-Zaczęłaś krwawić, jak pies Fairchilda...- odezwał się Jacob z boku.- Kompletnie nic z tego nie rozumiem!- Wybuchnął zapodając kopa w ławę.
Położyłam mu rękę na ramieniu uspokajającym gestem.
-Wiecie, co to jest kekkai?- Zapytałam nagle.
-Ke-co?- zdziwili się obaj.
-Kekkai- powtórzyłam.
Obaj pokręcili odmownie głową.
-Usłyszałam o tym kiedyś od Haruki. Podobno kekkai mogą stworzyć tylko stworzenia zwane Inu..
-Nie tylko Inu mogą ją wznieść- oznajmił głos od drzwi.- Poza tym ich bariera jest o wiele słabsza, niż ta w lesie- dodała dziewczyna w błękitnym kimonie.
-Yuri..?- Zaczął zaskoczony Michael.
-Kon'nichiwa, Tyler-san- rzuciła przyjaźnie.
-Cześć- rzucił krótko Michael.
-Czym właściwie są Inu?- Zapytał powoli Jacob.
-Wy nazywacie je "piekielnymi ogarami"- odpowiedziała Yuri uprzejmie.- Jednak ta Zasłona jest silna, skoro nawet wampira doprowadziła do krwotoku..- odezwała się z zastanowieniem.
-Zaraz... Ten dzieciak, o którym wspominaliście- przypomniał sobie nagle Jake.- Jak mu tam było...?
-Czy nie, aby, Zetsubō?- Zapytała Yuri nagle ostrożnie.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się komisarz.
-Bo to z jego powodu wampiry zniknęły z miasta- odparła Yuri.
-Jak to?.- Zerwałam się z kanapy, w głowie zaczęło mi wirować. Michael położył mnie spowrotem.
-Zetsubō to demon- odpowiedziała cicho.
-Demony nie istnieją- zaprzeczył Jacob wolno.
-To tak, jakby pan mówił; że wampiry też nie istnieją- zauważyła spokojnie.
-To nie to samo- odpowiedział z naciskiem.
-Wierzy pan w obecność Diabła?- Zapytała patrząc mu prosto w oczy.
-Co to ma do rzeczy; Hanayakana?- Zapytałam ostro.
Jacob usiadł w fotelu, jakby nagle zrobiło mu się słabo. Nieudolnie próbował ukryć drżenie dłoni.
-To wszystko jest coraz bardziej popieprzone- odezwał się po długim milczeniu z wyjątkowym opanowaniem.
Turkusowe oczy, ładna twarz.
Pierwszy grzech swój dobrze znasz..
Pierwszy grzech swój dobrze znasz..
Yuri dostrzegła opancerzone akwarium. Poszła w tamtą stronę, by przyjrzeć się zamkniętemu w nim stworzeniu. Wymamrotała coś po swojemu.
-Ty wiesz, co to jest...- stwierdził Michael ostrożnie.
-Wiem- przytaknęła ubrana w kimono.
Poczwara zaczęła walić w ściankę akwarium. Woda w środku bulgotała, jakby to coś nienawidziło i bało się jej.
-No, więc?- zaczął Jacob wyczekująco.
-To temat na dłuższą rozmowę- Azjatka próbowała się wykręcić.
Zanim Jake otworzył usta spokojny głos Michaeli powiedział:
-Mamy na to dużo czasu- Stała w drzwiach gabinetu i obserwowała podejrzliwym okiem bulgoczące akwarium.
-Gdzie Church?- Zapytałam powoli.
-To coś go zaatakowało- odparł High wchodząc za Michaelą.- Połknęło mu prawie całe ramię.. W lesie znaleźliśmy radiowóz patrolu dziewiątego: tu masz raport i zdjęcia- High podał komisarzowi szarą teczkę.
Jacob zagłębił się w dokumentach. Zapadła cisza, przerywana tylko naszymi cichymi oddechami.
-Trzeba to dołączyć do sprawy- powiedział podając mi teczkę. Przejrzałam zawarte w niej materiały.
-A ta karta pamięci?- Zapytałam zaskoczona.
-To z wideorejestratora radiowozu..- odparła Michaela.
-Przejrzyjmy to- rzuciłam, kierując się do komputera Jacoba. Podpięłam kartę SD pod czytnik.
Na pulpicie wyświetliło się okno.
-Ty wiesz, co to jest...- stwierdził Michael ostrożnie.
-Wiem- przytaknęła ubrana w kimono.
Poczwara zaczęła walić w ściankę akwarium. Woda w środku bulgotała, jakby to coś nienawidziło i bało się jej.
-No, więc?- zaczął Jacob wyczekująco.
-To temat na dłuższą rozmowę- Azjatka próbowała się wykręcić.
Zanim Jake otworzył usta spokojny głos Michaeli powiedział:
-Mamy na to dużo czasu- Stała w drzwiach gabinetu i obserwowała podejrzliwym okiem bulgoczące akwarium.
-Gdzie Church?- Zapytałam powoli.
-To coś go zaatakowało- odparł High wchodząc za Michaelą.- Połknęło mu prawie całe ramię.. W lesie znaleźliśmy radiowóz patrolu dziewiątego: tu masz raport i zdjęcia- High podał komisarzowi szarą teczkę.
Jacob zagłębił się w dokumentach. Zapadła cisza, przerywana tylko naszymi cichymi oddechami.
-Trzeba to dołączyć do sprawy- powiedział podając mi teczkę. Przejrzałam zawarte w niej materiały.
-A ta karta pamięci?- Zapytałam zaskoczona.
-To z wideorejestratora radiowozu..- odparła Michaela.
-Przejrzyjmy to- rzuciłam, kierując się do komputera Jacoba. Podpięłam kartę SD pod czytnik.
Na pulpicie wyświetliło się okno.
"Wykryto nowe urządzenie: MicroSD- Kodak09:
Wybierz opcje:
•Otwórz folder, aby wyświetlić pliki.
•Odtwórz w programie Windows Media Player."
Wybrałam tę ostatnią. Na przenośnym dysku był tylko jeden plik.
Zaczęliśmy go oglądać...
Rzut z kamery ukazywał pas leśnej drogi przed i za jadącym samochodem. Zupełnie niespodziewanie tuż przed jadącymi zwaliło się potężne drzewo. Kierowca wyhamował i podjął nieudaną próbę wycofania, a tylna kamera pokazała drzewa otaczające samochód, których wcześniej tam nie było.
Wówczas konary drzew wystrzeliły w stronę radiowozu tłukąc szyby i gnąc blachę. Ktoś przekręcił przednią kamerę na wnętrze auta. Ukazał się obraz jednego z policjantów, którego przebiła jedna z rosnących w zastraszającym tempie gałęzi. Krótkofalówka wypadła mu z ręki i wylądowała pod siedzeniem. Drugi mundurowy wszedł w kadr i zaczął potrząsać partnerem, mówiąc coś z przerażeniem, wtedy dosięgły go gałęzie z boków auta.
Zaczęliśmy go oglądać...
Rzut z kamery ukazywał pas leśnej drogi przed i za jadącym samochodem. Zupełnie niespodziewanie tuż przed jadącymi zwaliło się potężne drzewo. Kierowca wyhamował i podjął nieudaną próbę wycofania, a tylna kamera pokazała drzewa otaczające samochód, których wcześniej tam nie było.
Wówczas konary drzew wystrzeliły w stronę radiowozu tłukąc szyby i gnąc blachę. Ktoś przekręcił przednią kamerę na wnętrze auta. Ukazał się obraz jednego z policjantów, którego przebiła jedna z rosnących w zastraszającym tempie gałęzi. Krótkofalówka wypadła mu z ręki i wylądowała pod siedzeniem. Drugi mundurowy wszedł w kadr i zaczął potrząsać partnerem, mówiąc coś z przerażeniem, wtedy dosięgły go gałęzie z boków auta.
-Wyłącz... Wyłącz to..- Zaczął zszokowany Jacob.
-Komputer się zawiesił, cholera- syknęłam próbując wyłączyć odtwarzacz.
-Komputer się zawiesił, cholera- syknęłam próbując wyłączyć odtwarzacz.
Został nadziany na nie, jak szaszłyk. W oku kamery widać było również fragmenty wgiętej do środka karoserii.
Film się urwał, a komputer zgasł i nastąpił automatyczny reset.
-Co to ma, kurwa, znaczyć...?- Zapytał przerażony nie na żarty Jacob, wpatrując się w Yuri. Jednak nim dziewczyna zdążyła przemówić odezwał się głos Bathorego.
-Ten mały bachor staje się mocno bezczelny..- powiedział powoli wampir. Jego ubranie było nieco podarte, a on sam zdawał się wściekły.
-Skąd możesz wiedzieć, że stoi za tym ten szczyl?- Warknął ostro Jacob.
Bathory w sekundzie chwycił komisarza za gardło. Michael wyciągnął miecz i przysunął ostrze do szyi Arystokraty, warcząc:
-Puść go, bo cię spopielę; wampirze!..- Zagroził.
-Stąd, że Torres próbował mnie zabić- odwarknął Bathory puszczając komisarza.
-Zaraz.. Torres usiłował zabić wyższego statusem? To zupełnie do niego niepodobne- zauważyłam podejrzliwie.
-To dziwne, ale był niesamowicie silny. Silniejszy i szybszy niż... Niż zwykły wampir poziomu B..- odpowiedział z zastanowieniem Bathory. Powoli odsunął klingę od swojej tętnicy.- Sądzę.. Jestem prawie pewien; że ten dzieciak jest za to odpowiedzialny.
-No i ten podejrzany dom...- zaczęłam pogrążona w myślach.
Bathory poruszył się szybko.
-Jaki dom?- Zapytał z dziwacznym zainteresowaniem.
-Nie wiesz? W dzielnicy slumsów stoi nowy budynek- wzruszyłam ramionami.
-Jest pomarańczowy, kilkupiętrowy i wygląda jak fatamorgana?- Zapytała nagle Yuri.
-Skąd...?- Zaczęłam pytająco.
-To nie jest dom, tylko jedna z Siedmiu Bram- odparła ku naszemu zaskoczeniu.
-To niedorzeczne!- Zastopował Jacob.
-Wydaje mi się, że gdzieś już o tym słyszałem...- zamyślił się Bathory. Zapadła cisza, a wszyscy wbili w niego wzrok.
Film się urwał, a komputer zgasł i nastąpił automatyczny reset.
-Co to ma, kurwa, znaczyć...?- Zapytał przerażony nie na żarty Jacob, wpatrując się w Yuri. Jednak nim dziewczyna zdążyła przemówić odezwał się głos Bathorego.
-Ten mały bachor staje się mocno bezczelny..- powiedział powoli wampir. Jego ubranie było nieco podarte, a on sam zdawał się wściekły.
-Skąd możesz wiedzieć, że stoi za tym ten szczyl?- Warknął ostro Jacob.
Bathory w sekundzie chwycił komisarza za gardło. Michael wyciągnął miecz i przysunął ostrze do szyi Arystokraty, warcząc:
-Puść go, bo cię spopielę; wampirze!..- Zagroził.
-Stąd, że Torres próbował mnie zabić- odwarknął Bathory puszczając komisarza.
-Zaraz.. Torres usiłował zabić wyższego statusem? To zupełnie do niego niepodobne- zauważyłam podejrzliwie.
-To dziwne, ale był niesamowicie silny. Silniejszy i szybszy niż... Niż zwykły wampir poziomu B..- odpowiedział z zastanowieniem Bathory. Powoli odsunął klingę od swojej tętnicy.- Sądzę.. Jestem prawie pewien; że ten dzieciak jest za to odpowiedzialny.
-No i ten podejrzany dom...- zaczęłam pogrążona w myślach.
Bathory poruszył się szybko.
-Jaki dom?- Zapytał z dziwacznym zainteresowaniem.
-Nie wiesz? W dzielnicy slumsów stoi nowy budynek- wzruszyłam ramionami.
-Jest pomarańczowy, kilkupiętrowy i wygląda jak fatamorgana?- Zapytała nagle Yuri.
-Skąd...?- Zaczęłam pytająco.
-To nie jest dom, tylko jedna z Siedmiu Bram- odparła ku naszemu zaskoczeniu.
-To niedorzeczne!- Zastopował Jacob.
-Wydaje mi się, że gdzieś już o tym słyszałem...- zamyślił się Bathory. Zapadła cisza, a wszyscy wbili w niego wzrok.
-No tak...- Bathory uniósł powieki. Tęczówki oczu błysnęły szkarłatem odbijając światło.- XVII wiek, Węgry.. Wtedy widziałem tego dzieciaka pierwszy raz..
-Co z tego?- Zapytałam bez entuzjazmu.
-Wówczas też pojawił się znikąd i działo się to samo, co teraz- odparł Czystokrwisty z namysłem.
-Ile pan ma w ogóle lat...?- Zapytał z wahaniem High.
-Ponad pięćset. Może wyglądam na młodzieńca; ale jestem dużo starszy- Bathory uśmiechnął się czarująco, na widok zaskoczenia funkcjonariuszy.- Ta dziewczyna ma rację..- swobodnym ruchem dłoni wskazał Yuri.- "Dziecko nie budzi strachu, póki nie wiesz kim jest"
-A kim ono jest...?- Komisarz Tanner wyraźnie bał się odpowiedzi.
-To niepozorny, lecz groźny mały demon- odezwał się Bathory.- Obiera sobie na cel każde 'świecące miasto'.
-Świecące miasto? W tych czasach każde miasto ma prąd..- Michaela urwała, ponieważ ja i Bathory zaczęliśmy się śmiać.- Co..?- Zapytała zbita z tropu.
-Nie miałem na myśli prądu; lecz coś, co widzą tylko wampiry, niezależnie od statusu- wyjaśnił blondyn spokojnie.
-Linie Mocy pod miastem- szepnął zdumiony Michael, ukrywając miecz w pochwie za rękawem bluzy.
-To, co mówicie jest kompletnie szalone...- zaczął oszołomiony High.
-Cała ta sprawa jest ogólnie szalona; High- Zauważyła z ironią Michaela.
-Co z tego?- Zapytałam bez entuzjazmu.
-Wówczas też pojawił się znikąd i działo się to samo, co teraz- odparł Czystokrwisty z namysłem.
-Ile pan ma w ogóle lat...?- Zapytał z wahaniem High.
-Ponad pięćset. Może wyglądam na młodzieńca; ale jestem dużo starszy- Bathory uśmiechnął się czarująco, na widok zaskoczenia funkcjonariuszy.- Ta dziewczyna ma rację..- swobodnym ruchem dłoni wskazał Yuri.- "Dziecko nie budzi strachu, póki nie wiesz kim jest"
-A kim ono jest...?- Komisarz Tanner wyraźnie bał się odpowiedzi.
-To niepozorny, lecz groźny mały demon- odezwał się Bathory.- Obiera sobie na cel każde 'świecące miasto'.
-Świecące miasto? W tych czasach każde miasto ma prąd..- Michaela urwała, ponieważ ja i Bathory zaczęliśmy się śmiać.- Co..?- Zapytała zbita z tropu.
-Nie miałem na myśli prądu; lecz coś, co widzą tylko wampiry, niezależnie od statusu- wyjaśnił blondyn spokojnie.
-Linie Mocy pod miastem- szepnął zdumiony Michael, ukrywając miecz w pochwie za rękawem bluzy.
-To, co mówicie jest kompletnie szalone...- zaczął oszołomiony High.
-Cała ta sprawa jest ogólnie szalona; High- Zauważyła z ironią Michaela.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz