Tydzień do końca szkoły zapowiadał się pod znakiem miłego lenistwa; jednak my nie zamierzaliśmy odpoczywać. Michael tuż po rozpoczęciu wakacji podchodził do egzaminu na łowcę pierwszego stopnia; Tori i Vincent załatwiali sprawy związane ze ślubem, który zaplanowali na początek przyszłego roku; a Paul był łącznikiem między policją i Stowarzyszeniem- zresztą coraz poważniej rozważał pracę w policji.
-Przepraszam za spóźnienie- rzucił krótko w stronę Collins, idąc w stronę ławki potarł zmęczone oczy. Usiadł spokojnie w zaciemnionej sali. Collins puściła jakiś film, a my usadowieni w ostatniej ławce zaczęliśmy cicho rozmawiać.
-Widziałem po drodze Bergmanna. Nie wyglądał zbyt dobrze- zauważył szeptem.
-Gdzie go widziałeś?- Spytał Vincent.
-Skręcał w prawo tuż za kościołem farnym, co jest?- Zdziwił się widząc nasze miny.
-Czyżby...- Zaczęła powoli Tori.
-Po co miałby tam pojechać?- Zapytałam ostrożnie.
-Tam, czyli...?- Zaczął Paul wolno.
-Do Podziemia Rady- oznajmił Vincent z ciemną nutą w głosie.
-Zaraz... Ty mówisz o tej Radzie?- Zaczął zdumiony Paul.
-Porter miał rację mówiąc, że z Bergmannem jest coś nie teges- zauważyłam tłumacząc wpis Sebastiana Raven opatrzony datą: 10. czerwiec 1788.
10. czerwiec 1788
Działalność wampirów zbyt szybko się uspokoiła. Z Damonem niedobrze. Zaczęło się tydzień po rozbiciu klanu Torres w pobliskim lesie.. Damon ma wysoką goraczkę i jest bardzo osłabiony. Majaczy. Co dziwniejsze wampiry omijają posiadłość szerokim łukiem; zupełnie jakby czegoś się bały; lub... Bardziej wygląda to na wrogość, jakby Damon zrobił coś strasznego; w skrajnym przypadku nienaturalnego... Jednak... Dwa dni temu ktoś kręcił się w pobliżu domu. To wszystko przestaje mi się podobać. Zajrzę do zbiorów; może tam znajdę jakąś odpowiedź...-Przepraszam za spóźnienie- rzucił krótko w stronę Collins, idąc w stronę ławki potarł zmęczone oczy. Usiadł spokojnie w zaciemnionej sali. Collins puściła jakiś film, a my usadowieni w ostatniej ławce zaczęliśmy cicho rozmawiać.
-Widziałem po drodze Bergmanna. Nie wyglądał zbyt dobrze- zauważył szeptem.
-Gdzie go widziałeś?- Spytał Vincent.
-Skręcał w prawo tuż za kościołem farnym, co jest?- Zdziwił się widząc nasze miny.
-Czyżby...- Zaczęła powoli Tori.
-Po co miałby tam pojechać?- Zapytałam ostrożnie.
-Tam, czyli...?- Zaczął Paul wolno.
-Do Podziemia Rady- oznajmił Vincent z ciemną nutą w głosie.
-Zaraz... Ty mówisz o tej Radzie?- Zaczął zdumiony Paul.
-Porter miał rację mówiąc, że z Bergmannem jest coś nie teges- zauważyłam tłumacząc wpis Sebastiana Raven opatrzony datą: 10. czerwiec 1788.
10. czerwiec 1788
-Chwila...- mruknęłam stukając ołówkiem w notes; w którym przetłumaczyłam wpis mojego przodka.- Chyba mamy jakiś trop związany z Bergmannem... Choć nie do końca mam pewność... Vincent czytał jakąś kieszonkową książkę.
-Raven; co o tym myślisz? Drugi akapit- zauważył podając mi tomik.
Za najrzadszą i najdłuższą więź zawiązującą się między Czystokrwistym i człowiekiem uważa się Purpurowy Łańcuch. Istnieje wiele niebezpiecznych odmian tej więzi; najgorsza w skutkach jest ujęta w Kodeksie Praw Stowarzyszenia Łowców § 269 punkt 44a.
-Coś mi to mówi; ale nie wiązałabym tego z Bergmannem... Przynajmniej na razie- zaczęłam grzebać w plecaku w poszukiwaniu grubej niebieskiej książeczki.
-Ten facet ewidentnie coś ukrywa- stwierdziła Tori w zamyśleniu gryząc żelkowego dinozaura.
-Coś w tym jest..- zgodzili się Michael i Paul.
-Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to "łowca samouk"- dodał ostrożnie Paul.
-I ta ostatnia sytuacja pod biblioteką miasta..- dorzucił Michael z zastanowieniem. Zaczęłam wertować niebieską książeczkę w milczeniu; poszukując owego paragrafu.
-Raven; co o tym myślisz? Drugi akapit- zauważył podając mi tomik.
Za najrzadszą i najdłuższą więź zawiązującą się między Czystokrwistym i człowiekiem uważa się Purpurowy Łańcuch. Istnieje wiele niebezpiecznych odmian tej więzi; najgorsza w skutkach jest ujęta w Kodeksie Praw Stowarzyszenia Łowców § 269 punkt 44a.
-Coś mi to mówi; ale nie wiązałabym tego z Bergmannem... Przynajmniej na razie- zaczęłam grzebać w plecaku w poszukiwaniu grubej niebieskiej książeczki.
-Ten facet ewidentnie coś ukrywa- stwierdziła Tori w zamyśleniu gryząc żelkowego dinozaura.
-Coś w tym jest..- zgodzili się Michael i Paul.
-Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to "łowca samouk"- dodał ostrożnie Paul.
-I ta ostatnia sytuacja pod biblioteką miasta..- dorzucił Michael z zastanowieniem. Zaczęłam wertować niebieską książeczkę w milczeniu; poszukując owego paragrafu.
- XXX: Czyny przeciwko Radzie Łowców, ze szkodą dla społeczeństwa wampirów.
- §269:
- Wszystkie eksperymenty na ludziach lub nowonarodzonych wampirach uważane są za zbrodnię zarówno przeciwko Radzie Łowczych, jak i Rządowi Wampirów.
- ·44a:
- Człowiek karmiony przez Czystokrwistego krwią również podlega pod kryterium w/w paragrafu; ponieważ istnieje prawdopodobieństwo wystąpienia u owego tzw. Efektu Hybrydy tj. człowiek ów staje się półwampirem uzależnionym od Szlachetnego Wampira; przez co może być on niebezpieczny nie tylko dla wampirów...
-Raven, co się z tobą dzieje?- Warknęła Collins; widząc moje widowiskowe lądowanie na glebie.
-To niemożliwe...- powiedziałam cicho do swoich myśli. Wpatrywałam się dłuższą chwilę w sufit, zanim bez słowa podałam Vincentowi Kodeks. Podniosłam krzesło i usiadłam. Cała grupa chwilę wbijała w nas zaciekawiony wzrok. Vincent zagłębił się w lekturze.
-Teoretycznie jest to możliwe; ale... Musiałbym zajrzeć do starych akt; tam na pewno coś jest- zauważył zamyślony.
-Co powiesz na zbiory Rodu Kruka?- Zapytałam z ironicznym uśmiechem.
-Jestem za- oznajmił skinąwszy głową uprzejmie.
Historia...
Bergmann siedział przy biurku czytając swoje tomiszcze. Z projektora leciał jakiś dokument o rycerzach. Większość ze znudzonym wyrazem twarzy wlepiała wzrok w film, niektórzy grali w karty; albo przeglądali internet w poszukiwaniu lepszej rozrywki. Natomiast Michael... Zielonooki w skupieniu czytał jakąś książkę chrupiąc czekoladę.
-Jaka nuda...- mruknął ziewając. Odłożył tom na ławkę. Dostrzegłam tytuł: Podstawowa broń antywampirza: obrona rozszerzona. Przez ostatnie kilka dni Michael niewiele się odzywał. Był bardzo małomówny, często zasypiał zanim padł na łóżko; a jeśli już nie spał, to gdzieś znikał.
-Czymś się martwisz- szepnął obejmując mnie ramieniem.
-Zastanawia mnie; gdzie znikasz wieczorami- odparłam odruchowo.
-Musiałem się przejść- odszepnął spokojnie.
-Coś ukrywasz; Michael...- zajrzałam mu w oczy.
-Nie, po prostu... Te treningi mnie wykańczają i...- Westchnął ze zmęczeniem.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Miałem szczerą nadzieję; że Callisto kupi to tanie kłamstewko. W tajemnicy przed ojcem szukałem informacji o Marco Torres'ie- wampirze Rady, którego obserwację powierzyłem Jane. Wczorajsze nasze spotkanie trochę mnie zdenerwowało, bo Jane nie miała zbyt wielu sensownych informacji; poza tym, co już wiedziałem. Chyba potraktowałem ją trochę zbyt ostro.. Nie chciałbym, żeby się teraz na mnie obraziła i czułem się trochę winny, że tak ją zbeształem za Bóg zapłać... Obiecałem sobie, że przy następnym spotkaniu ją przeproszę... Ogólnie zastanawiało mnie zachowanie Torres'a. Z jakiego powodu przekazywał informacje Tori i chronił ją odwracając od niej uwagę Rządu? Dlaczego zgodził się z ich rozkazami i zamieszkał z dala od w miarę bezpiecznego podziemia? Jakie korzyści chce osiągnąć dla klanu działając w ten sposób? Czemu działa pod samym nosem Rady i Stowarzyszenia? I najważniejsza kwestia: czy coś go łączy z Jean'em Fèu, a jeśli tak; to; czy w jakiś sposób zagraża to Stowarzyszeniu?
-Może mógłbyś trochę przystopować...- zasugerowała tymczasem Callisto.
-Muszę być w formie na przyszły egzamin- odszepnąłem nieco ostrożniej.
-Nie chciałabym; żebyś się nadwerężał..- odszepnęła z troską.
-Czy chcesz mi wypomnieć; że ostatnio mamy dla siebie za mało czasu?- Zapytałem z lekkim uśmiechem, zaglądając jej głęboko w oczy.
-Powiedzmy; że brakuje mi trochę tych twoich wygłupów- przytaknęła całując mnie delikatnie.
-Postaram się coś na to poradzić- obiecałem odwzajemniając całusa.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Dwie godziny później pojechaliśmy za miasto. Vincent zjechał na parking przed ceglanym budynkiem i zgasił silnik. Odebrał od Tori plecak i wysiedliśmy. Pod ostrzałem zdziwionych spojrzeń kilku osób ruszyliśmy w stronę niskiego budynku.
-Panienka Callisto Anabelle- przywitał mnie radośnie staruszek.
-Dzień dobry; widzę, że zdrowie dopisuje, panie Wayland- odparłam z uśmiechem.
-Bywało lepiej; ale dziękuję- rzucił ze śmiechem.- Dawno pana nie było; paniczu Tyler- rzucił uprzejmie w stronę Michaela.
-Chyba myli mnie pan z kimś..- zauważył Michael równie uprzejmie, ale i ostrożnie.
-Młodszy syn Lily i Armanda; jak mniemam?- Zagadnął Wayland swobodnie.
-Eee... Zgadza się- odparł mój narzeczony z lekkim zaskoczeniem.
-Zatem nie ma mowy o pomyłce- Wayland uśmiechnął się dobrodusznie.- Czego potrzebujecie, moi drodzy?- Przeszedł zgrabnie do rzeczy.
-Chcielibyśmy zajrzeć do Kroniki Rodu od roku 1762. do mniej więcej 1792. Poza tym interesowałyby nas raporty z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych poprzedniego stulecia- oznajmiłam spokojnie.
-Oczywiście mam rozumieć; że nikogo z was tu nie było; gdyby ktoś pytał- powiedział konspiracyjnym tonem.
-Byłabym bardzo wdzięczna- odpowiedziałam spokojnie, a Tori i Paul wymienili zdumione spojrzenia. Przystanęliśmy na odległym końcu obszernej biblioteki. Wayland wszedł na drabinkę i przesuwając palcami po grzbietach oprawionych w czarną skórę ksiąg szukał.
-Kronika Rodu Kruka, wiek osiemnasty... Jest- zdjął z drugiej od góry półki trzy średniej grubości tomy i zszedłszy z drabinki, położył je na najbliższym stoliku. Ruszył w lewo i wszedł między regały w sam środek biblioteki.- Raporty z końca dwudziestego wieku... Gdzieś powinny tutaj być.. Vici...- Mruknął wyciągając z trzeciej półki od dołu dwie grube księgi w skórzanej bordowej oprawie. Złożył obie na stole. -Gdybyście czegoś potrzebowali szukajcie mnie w kanciapie- rzucił Wayland odchodząc.
-Na razie dziękujemy- odpowiedziałam lekko.
-Właściwie czego szukamy?- Zapytał Paul biorąc jedną z kronik.
-Czegoś mającego związek z Damonem Raven- odparłam.
-Co ma twój krewny do Bergmanna?- Zdziwiła się Tori.
-Radar?- Spytał Michael znad raportów.
-Radar- odpowiedziałam wymownie. To słowo w kręgach łowców było synonimem przeczucia.
Dwie godziny później...
-Chyba coś mam...- zauważył Paul z namysłem.
-Dawaj- rzuciłam.
-Kronikarz pisze: lipiec A. D. 1788...
Lipiec A. D. 1788.
Panicz Damon wrócił późną nocą stawiając na nogi całą posiadłość. Był oszalały z przerażenia; mówił nieskładnie, a co gorsza zachowywał się bardzo dziwnie. Panicz Sebastian natychmiast posłał po lekarza; a sam zaczął uspokajać brata. Ostatnimi czasy z paniczem Damonem jest coraz gorzej; doszły do tego także koszmary. Właściwie od tamtej czerwcowej nocy; gdy panicz zachorował, posiadłość huczy od plotek- służba cichnie tylko wówczas; gdy panicz Sebastian jest w pobliżu. Większość szepcze; że panicz Damon oszalał... Jeśli te bzdury wyjdą na jaw, polecą głowy...-To niemożliwe...- powiedziałam cicho do swoich myśli. Wpatrywałam się dłuższą chwilę w sufit, zanim bez słowa podałam Vincentowi Kodeks. Podniosłam krzesło i usiadłam. Cała grupa chwilę wbijała w nas zaciekawiony wzrok. Vincent zagłębił się w lekturze.
-Teoretycznie jest to możliwe; ale... Musiałbym zajrzeć do starych akt; tam na pewno coś jest- zauważył zamyślony.
-Co powiesz na zbiory Rodu Kruka?- Zapytałam z ironicznym uśmiechem.
-Jestem za- oznajmił skinąwszy głową uprzejmie.
Historia...
Bergmann siedział przy biurku czytając swoje tomiszcze. Z projektora leciał jakiś dokument o rycerzach. Większość ze znudzonym wyrazem twarzy wlepiała wzrok w film, niektórzy grali w karty; albo przeglądali internet w poszukiwaniu lepszej rozrywki. Natomiast Michael... Zielonooki w skupieniu czytał jakąś książkę chrupiąc czekoladę.
-Jaka nuda...- mruknął ziewając. Odłożył tom na ławkę. Dostrzegłam tytuł: Podstawowa broń antywampirza: obrona rozszerzona. Przez ostatnie kilka dni Michael niewiele się odzywał. Był bardzo małomówny, często zasypiał zanim padł na łóżko; a jeśli już nie spał, to gdzieś znikał.
-Czymś się martwisz- szepnął obejmując mnie ramieniem.
-Zastanawia mnie; gdzie znikasz wieczorami- odparłam odruchowo.
-Musiałem się przejść- odszepnął spokojnie.
-Coś ukrywasz; Michael...- zajrzałam mu w oczy.
-Nie, po prostu... Te treningi mnie wykańczają i...- Westchnął ze zmęczeniem.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Miałem szczerą nadzieję; że Callisto kupi to tanie kłamstewko. W tajemnicy przed ojcem szukałem informacji o Marco Torres'ie- wampirze Rady, którego obserwację powierzyłem Jane. Wczorajsze nasze spotkanie trochę mnie zdenerwowało, bo Jane nie miała zbyt wielu sensownych informacji; poza tym, co już wiedziałem. Chyba potraktowałem ją trochę zbyt ostro.. Nie chciałbym, żeby się teraz na mnie obraziła i czułem się trochę winny, że tak ją zbeształem za Bóg zapłać... Obiecałem sobie, że przy następnym spotkaniu ją przeproszę... Ogólnie zastanawiało mnie zachowanie Torres'a. Z jakiego powodu przekazywał informacje Tori i chronił ją odwracając od niej uwagę Rządu? Dlaczego zgodził się z ich rozkazami i zamieszkał z dala od w miarę bezpiecznego podziemia? Jakie korzyści chce osiągnąć dla klanu działając w ten sposób? Czemu działa pod samym nosem Rady i Stowarzyszenia? I najważniejsza kwestia: czy coś go łączy z Jean'em Fèu, a jeśli tak; to; czy w jakiś sposób zagraża to Stowarzyszeniu?
-Może mógłbyś trochę przystopować...- zasugerowała tymczasem Callisto.
-Muszę być w formie na przyszły egzamin- odszepnąłem nieco ostrożniej.
-Nie chciałabym; żebyś się nadwerężał..- odszepnęła z troską.
-Czy chcesz mi wypomnieć; że ostatnio mamy dla siebie za mało czasu?- Zapytałem z lekkim uśmiechem, zaglądając jej głęboko w oczy.
-Powiedzmy; że brakuje mi trochę tych twoich wygłupów- przytaknęła całując mnie delikatnie.
-Postaram się coś na to poradzić- obiecałem odwzajemniając całusa.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Dwie godziny później pojechaliśmy za miasto. Vincent zjechał na parking przed ceglanym budynkiem i zgasił silnik. Odebrał od Tori plecak i wysiedliśmy. Pod ostrzałem zdziwionych spojrzeń kilku osób ruszyliśmy w stronę niskiego budynku.
-Panienka Callisto Anabelle- przywitał mnie radośnie staruszek.
-Dzień dobry; widzę, że zdrowie dopisuje, panie Wayland- odparłam z uśmiechem.
-Bywało lepiej; ale dziękuję- rzucił ze śmiechem.- Dawno pana nie było; paniczu Tyler- rzucił uprzejmie w stronę Michaela.
-Chyba myli mnie pan z kimś..- zauważył Michael równie uprzejmie, ale i ostrożnie.
-Młodszy syn Lily i Armanda; jak mniemam?- Zagadnął Wayland swobodnie.
-Eee... Zgadza się- odparł mój narzeczony z lekkim zaskoczeniem.
-Zatem nie ma mowy o pomyłce- Wayland uśmiechnął się dobrodusznie.- Czego potrzebujecie, moi drodzy?- Przeszedł zgrabnie do rzeczy.
-Chcielibyśmy zajrzeć do Kroniki Rodu od roku 1762. do mniej więcej 1792. Poza tym interesowałyby nas raporty z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych poprzedniego stulecia- oznajmiłam spokojnie.
-Oczywiście mam rozumieć; że nikogo z was tu nie było; gdyby ktoś pytał- powiedział konspiracyjnym tonem.
-Byłabym bardzo wdzięczna- odpowiedziałam spokojnie, a Tori i Paul wymienili zdumione spojrzenia. Przystanęliśmy na odległym końcu obszernej biblioteki. Wayland wszedł na drabinkę i przesuwając palcami po grzbietach oprawionych w czarną skórę ksiąg szukał.
-Kronika Rodu Kruka, wiek osiemnasty... Jest- zdjął z drugiej od góry półki trzy średniej grubości tomy i zszedłszy z drabinki, położył je na najbliższym stoliku. Ruszył w lewo i wszedł między regały w sam środek biblioteki.- Raporty z końca dwudziestego wieku... Gdzieś powinny tutaj być.. Vici...- Mruknął wyciągając z trzeciej półki od dołu dwie grube księgi w skórzanej bordowej oprawie. Złożył obie na stole. -Gdybyście czegoś potrzebowali szukajcie mnie w kanciapie- rzucił Wayland odchodząc.
-Na razie dziękujemy- odpowiedziałam lekko.
-Właściwie czego szukamy?- Zapytał Paul biorąc jedną z kronik.
-Czegoś mającego związek z Damonem Raven- odparłam.
-Co ma twój krewny do Bergmanna?- Zdziwiła się Tori.
-Radar?- Spytał Michael znad raportów.
-Radar- odpowiedziałam wymownie. To słowo w kręgach łowców było synonimem przeczucia.
Dwie godziny później...
-Chyba coś mam...- zauważył Paul z namysłem.
-Dawaj- rzuciłam.
-Kronikarz pisze: lipiec A. D. 1788...
Lipiec A. D. 1788.
-To zastanawiające- powiedziałam podpierając głowę na ręku.
-Co jest ciekawego w tym, że Damon Raven był uważany za świra?- Zapytała powoli Tori.
-Damon wcale nie był świrem- zaprzeczył ku mojemu zdziwieniu Vincent, wyciągając z plecaka opasłą teczkę.
-Jak to nie?- Tori była zdezorientowana.
-Facet był chory; ale nie na szajbę...- Vincent otworzył akta. Michael nadal czytając księgę raportów zapytał:
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Jego oczy rozszerzyło zdumienie.- A to co; u diabła..?- Zaczął nagle z nutą pytania.- Callisto; spójrz...- wskazał coś na karcie. Pod data z tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt dwa widniał czytelny podpis:
- Damon W. Raven
Poruszałam ustami jak ryba wyciągnięta z wody; gapiąc się na kartkę.
-Il est impossible- zaczęłam wyciągając z kroniki rodowej drzewo genealogiczne.
₪₪₪
-Trzecie pokolenie rodu Kruka: Damon William Raven; syn Jima i Beth Raven; młodszy brat Sebastiana. Urodzony szesnastego marca tysiąc siedemset pięćdziesiątego ósmego. Zmarł w tysiąc osiemset szóstym.- Oznajmiłam powoli.
-Więc skąd tu jego podpis?- Zapytała Tori wolno.
-Może był wampirem?- Zasugerował Paul.
-Coś w tym musi być...- zauważyła Tori; wyjmując z kieszeni notes i długopis.- No, to od początku; Cally. Trzeba uporządkować fakty- rzuciła krótko.
Zegar wskazywał godzinę za piętnaście szóstą; gdy Tori odezwała się tymi słowy:
-Z tego co wynika z papierów: Damon Raven zachorował w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym ósmym. Jego brat wspomina też o walce z klanem Torres.
-Jaki to ma właściwie związek?- Zapytałam powoli.
-W Rządzie Wampirów jest Marco Torres; który pojawił się tutaj w tym samym roku; co pierwszy Raven.
-Jaki z tego wniosek; Tori?- Zapytał z lekkim niepokojem Vincent. Tori wyprostowała się na krześle i zmierzyła nas kocim wzrokiem.
-Jak pisze w dzienniku Sebastian Raven; choroba jego brata zaczęła się po rozbiciu klanu Torres. Z tego co mówił dziś rano Paul; Bergmann jechał w stronę podziemia wampów.
-Co ma piernik do wiatraka?- Zapytałam niecierpliwie. Tori uśmiechnęła się drapieżnie; a Michael zamknął z trzaskiem książkę.
-To; że natrafiliście na paragraf o półwampirach nie jest przypadkowe. Z kolei postacie Bergmanna i Damona Raven są dziwnie do siebie podobne. Obaj byli znakomicie wyszkolonymi łowcami, z zaskakująco spokojnym charakterem. Bergmann wyglądał na chorego; a u Ravena również zdiagnozowano jakąś chorobę.
-Nadal nic z tego nie rozumiem- zauważyłam z porażką. Tori zaczerpnęła powietrza; ale nim zdążyła się odezwać; Michael powiedział:
-Tori ma na myśli; że Bergmann i Damon Raven to może być ta sama osoba- powiedział z namysłem.
-Przecież jest data śmierci i...- zaczęłam z niedowierzaniem.
-Mamy już pewien przykład "cudownego zmartwychwstania"- Zauważył ostrożnie Vincent.
Zamarłam i pogrążyłam się w rozmyślaniach.
-Moment... Ta pijawa; pamiętasz Michael?- Zapytałam w pewnej chwili.
-"Takich; jak ty nie powinno się w ogóle tworzyć"...- Zacytował z namysłem zielonooki.- Tak powiedziała; zanim ją zastrzelił... Tori; jesteś genialna- powiedział z nagłym olśnieniem.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Wiedziałem, że z Bergmannem jest coś nie w porządku... Cholera, naprawdę powinienem przeprosić Jane...
-Sądzę; że powinniśmy go obserwować- zauważył Vincent. W tym samym momencie miałem bliskie zapoznanie z podłogą.- Tyler, żyjesz?- Spytał zdziwiony.
-Nic mi nie jest..- odpowiedziałem podnosząc się na nogi.- Chyba nic tu po nas; skoro mamy trop..- zauważyłem swobodnie.
-Znalazłeś coś w aktach; Vincent?- Callisto również wstała i zamykając księgi ułożyła je w stos.
-Zdarzyło się kilka przypadków Purpurowego Łańcucha, ale nie ma żadnych wzmianek tej o półwampirach- oznajmił Vincent upychając teki w plecaku. Ruszyliśmy ku drzwiom biblioteki.
Widząc opierającą się o czarny motor płomiennie rudą Jane przystanąłem zaskoczony. Callisto wpadła na mnie i wyjrzała mi zza ramienia. Od kłopotliwych pytań uratowała mnie Tori; rzucając lekko:
-Cześć, Jane. Dawno cię nie było- Czasem ta jej gadatliwość była mi bardzo na rękę.
-To miłe; że ktoś o mnie pamięta- uśmiechnęła się Jane.- Dzień dobry; paniczu..
-Cześć; Jane- odpowiedziałem podchodząc. Rzuciłem jej pytające spojrzenie. Skinęła głową podając mi listy ze skrzynki pod domem. -Prąd... Rachunki...- mruknąłem niechętnie.- Dzięki; Jane... Mogłabyś coś jeszcze dla mnie zrobić?- Zapytałem spokojnie.
-Oczywiście; paniczu..- oznajmiła uprzejmie.
-W domu; na biurku leży ładowarka od telefonu; mogłabyś mi ją przywieźć?- A bezgłośnie dodałem: Dzisiaj; o dziesiątej w klubie Sirius.
-Nie ma sprawy- odparła uprzejmie, wsiadając na motocykl; przekręciła kluczyk, uruchamiając silnik.- To; do zobaczenia, paniczu.- Włożyła kask i włączając kierunkowskaz, lewą stopą włączyła bieg. Patrzyłem za nią chwilę, przeciągając się.
-Paul...?- Callisto pomachała chłopakowi dłonią przed nosem.
-Yyy... Sorry; drobna zawiecha- odparł nieco nieprzytomnie. Spojrzałem na zegarek.
-Za niecałą godzinę mam trening...- mruknąłem w zastanowieniu; czując obejmujące mnie ramiona Callisto.
-Martwię się o ciebie; Michael- powiedziała cicho.
-Wszystko w porządku- skłamałem kładąc dłoń na jej splecionych na moim ciele. Nienawidziłem kłamać; ale szukałem tego wampira tylko z jednego powodu. Tym powodem była Ona; a Fèu mógł zatrzymać jej upadek do poziomu D. Zapłacę każdą cenę; byle Callisto nie stała się jednym z tych bezmyślnych potworów... - Chodźmy..- odwróciłem się w jej ramionach i pocałowałem ją niespodziewanie; mając nadzieję jakoś odwrócić jej uwagę ode mnie i moich planów. W jej oczach zobaczyłem lekkie zaskoczenie. -Co? Nie podobało się?- Zapytałem z delikatnym uśmiechem.
-Podobało- odparła odruchowo. Kolejny raz od dłuższego czasu na jej twarzy zagościł ten cudowny uśmiech.
-Później się pomigdalicie- rzucił Vincent poganiając nas.
-Ja ci nie wypominam migdalenia się z Tori; choć czasem trudno jest mi odróżnić; która ręka jest czyja- odciąłem się z kpiną.
-Raven nie ma z ciebie pożytku skoro ledwie znajdziesz łóżko; a już chrapiesz w locie- odpyskował mi ciemnooki.
-Muszę ci zaprzeczyć Vincent: Michael jest świetny w łóżku- zauważyła Callisto tonem uprzejmej rozmowy.
***
Budynek Stowarzyszenia; kilka godzin później...
Szedłem z treningu; gdy ktoś szarpnięciem wciągnął mnie w krzaki. Chciałem tego kogoś wyjatkowo taktownie ochrzanić, ale zobaczyłem gest nakazujący ciszę.
-Po cholerę siedzicie w krzakach?- Zapytałem bezgłośnie.
-Sam zobaczysz- odparła zagadkowo Tori gapiąc się na zacienioną ścianę budynku.
-Strata czasu, przenieśli schadzkę gdzie indziej- oznajmił głos z gałęzi nad nami. Na topoli ukryty za liśćmi siedział Jonathan Raven. Tori zrobiła zgłupiałą minę.
-Skąd pan wie?- Spytała z zaciekawieniem. Mężczyzna zwisł tuż przed nią do góry nogami.
-Cóż... Tutaj nawet ściany mają uszy- odparł zagadkowo. Powoli zeskoczył z drzewa i zwrócił się w kierunku lasu rzucając w przestrzeń.- Luca; widzisz coś ciekawego w tych chaszczach?.
-Nic! Lipa! Idziemy na obiad; co Cristopher??- Rzucił głos z lasu.
-Zaraz jej tu nie zepsują; ani nie zdeprawują; a jedynie pocałują.- Odparł ze śmiechem ojciec Callisto.- Uch; job tvojiu mat'! Przeklęte wyboje- zasyczał; ale zaraz obaj mężczyźni parsknęli śmiechem, rozmawiając szli do nas.
-Ej; o co chodzi z tą całą "schadzką"?- Zapytałem powoli.
-To ty nie wiesz?- Zapytała ze zdumieniem Tori. Spojrzałem na nią pytająco. Vincent rozejrzał się.
-Paul znalazł dziewczynę.. I nie uwierzysz z kim się spiknął- zauważył powoli.
-Czyżby z Caroline Raven?- Zapytałem udając, że zgaduję.
-I całe napięcie diabli wzięli..- rzuciła teatralnie Tori.
-Zaczekaj! Nie nadążam!- Zawołał Paul biegnąc.- Caroline, co jest grane?
-W krzaki- rzuciłem szybko. Szum między drzewami i bojowy okrzyk Caroline. Zgrzyt wydobywanej z pochwy broni...
-Biegnij; Paul!- Caroline przeleciała przez krzaki i uderzyła w drzewo tuż obok mnie. Z trudem podniosła się i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę zdrętwiałego z przerażenia Paula; w którego stronę szedł wampir.
-Co... się ze mną...- Tori zrobiło się słabo.
-Zostańcie tu- wstałem wyciągając miecz z pochwy. Wbiegłem w las... Caroline zdjęła bluzę i odrzuciła ją odbijając miecz wampira.
-Tylko go tknij; Sępie Rady- warknęła zawzięcie atakując wampira przed sobą. Wychodząc zza grubego pnia dębu kopniakiem posłałem wampira w drzewo.
-Miło; że wpadłeś; Płomień- rzuciła krótko; odskakując z zasięgu miecza. Zablokowałem skierowany w stronę Caroline atak. Uchyliłem się i obserwując, co z Paulem; przebiłem wampira mieczem. Wampirzyca przycisnęła Paula do drzewa. Chłopak był blady i trząsł się.
-Pysznie pachniesz; chłopczyku- Uchyliła się przed atakiem Caroline.- Leż, suko...!- Zasyczała uderzając dziewczynę, która przeleciała po ziemi i wpadła w krzaki. Z trudem powstała opierając się na wbitym w ziemię mieczu. Rozwichrzone włosy przesłaniały jej wykrzywioną w wyrazie nienawiści twarz. Zacisnęła mocno palce na rękojeści broni. Chciałem ruszyć do walki; ale kuzynka Callisto odezwała się:
-To moja sprawa: Płomień- oznajmiła lodowato ruszając z miejsca.
-Poświęcisz kolejne cenne życie?- Zapytała z pogardliwym uśmiechem wampirzyca dobierając się do Paula. Caroline rzuciła się w stronę pijawy z mieczem w ręku. Paul osunął się na leśne poszycie. Stracił przytomność.
***
-Caroline Glory Amando Raven; herbu Kruk: twoje postępowanie przyprawia mnie o ból głowy- oznajmił surowym tonem Alec Raven chodząc w tę i spowrotem po pokoju.- Zachowujesz się nie tylko nieostrożnie; ale i skrajnie nieodpowiedzialnie. Mogliście oboje zginąć. Wplątałaś chłopaka w niepotrzebne kłopoty.
-Wiem; ojcze...- odparła potulnie Caroline. Była rozczochrana; zakrwawiona i posiniaczona. Jej ręka wisiała pod dziwnym kątem.
-Powinnaś wreszcie spoważnieć; moja droga. Wyszkolenie to nie wszystko, do walki trzeba podchodzić z głową; Caroline... A ty nie panujesz nad emocjami...
-Przepraszam ojcze...- Caroline wstała z pufy i zatoczyła się. Oparła szybko dłoń na blacie szafy, Alec przyskoczył do córki i podtrzymując ją, doprowadził spowrotem do pufy.
-Nie ruszaj się stąd- rzucił wychodząc z pokoju.
-Co z Paulem?- Zapytała słabo.
-Wszystko w porządku. Ocknął się- oznajmiła Callisto wchodząc do pokoju.
-Ojciec ma rację; jestem nieodpowiedzialna... Powinnam sobie odpuścić Paula.. Miałam go chronić, a ma przeze mnie pełno kłopotów..- powiedziała z poczuciem winy Caroline.- Uch! Przeklęta pijawa!- Zaklęła zrywając się z miejsca. Callisto posadziła ją spowrotem. Usłyszałem kroki Paula w korytarzu.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Złamanie. Bez przemieszczeń; na szczęście. Gips pewny.- oznajmił Marco Holy godzinę później; oglądając pod światło zdjęcie rentgenowskie.- Kilka powierzchownych sińców; rozcięte ramię lewe; do szycia. Kręgosłup w porządku...- oznajmił nadal przyglądając się zdjęciom RTG.
-Zajebiście- skomentowała ponuro Caroline, wpatrując się w podłogę.- Niech to wszystko szlag... Kurwa!- Zaklęła wściekle; ocierając z irytacją łzy z oczu.
-Wszystko będzie dobrze Caroline...- Zaczęłam cicho; chcąc ją jakoś pocieszyć.
-Nie będzie- odparła z naciskiem.- Cholerne Sępy Rady... Ojciec ma rację: nie nadaję się na łowcę... Na najbliższej Radzie odejdę ze Stowarzyszenia...
-Nie mówisz poważnie...- zaczęłam niemal osłupiała.
-Mówię bardzo poważnie; Callisto Anabelle. Odchodzę ze Stowarzyszenia. Nie chcę; żeby znowu ktoś zginął przeze mnie...- Nadal wbijała wzrok w podłogę.- Nie chcę; żeby skrzywdziła kogoś jeszcze..
-Boisz się o Paula..- zauważył Michael wolno.
Paul Vince Tanner; lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Il est impossible- zaczęłam wyciągając z kroniki rodowej drzewo genealogiczne.
₪₪₪
-Trzecie pokolenie rodu Kruka: Damon William Raven; syn Jima i Beth Raven; młodszy brat Sebastiana. Urodzony szesnastego marca tysiąc siedemset pięćdziesiątego ósmego. Zmarł w tysiąc osiemset szóstym.- Oznajmiłam powoli.
-Więc skąd tu jego podpis?- Zapytała Tori wolno.
-Może był wampirem?- Zasugerował Paul.
-Coś w tym musi być...- zauważyła Tori; wyjmując z kieszeni notes i długopis.- No, to od początku; Cally. Trzeba uporządkować fakty- rzuciła krótko.
Zegar wskazywał godzinę za piętnaście szóstą; gdy Tori odezwała się tymi słowy:
-Z tego co wynika z papierów: Damon Raven zachorował w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym ósmym. Jego brat wspomina też o walce z klanem Torres.
-Jaki to ma właściwie związek?- Zapytałam powoli.
-W Rządzie Wampirów jest Marco Torres; który pojawił się tutaj w tym samym roku; co pierwszy Raven.
-Jaki z tego wniosek; Tori?- Zapytał z lekkim niepokojem Vincent. Tori wyprostowała się na krześle i zmierzyła nas kocim wzrokiem.
-Jak pisze w dzienniku Sebastian Raven; choroba jego brata zaczęła się po rozbiciu klanu Torres. Z tego co mówił dziś rano Paul; Bergmann jechał w stronę podziemia wampów.
-Co ma piernik do wiatraka?- Zapytałam niecierpliwie. Tori uśmiechnęła się drapieżnie; a Michael zamknął z trzaskiem książkę.
-To; że natrafiliście na paragraf o półwampirach nie jest przypadkowe. Z kolei postacie Bergmanna i Damona Raven są dziwnie do siebie podobne. Obaj byli znakomicie wyszkolonymi łowcami, z zaskakująco spokojnym charakterem. Bergmann wyglądał na chorego; a u Ravena również zdiagnozowano jakąś chorobę.
-Nadal nic z tego nie rozumiem- zauważyłam z porażką. Tori zaczerpnęła powietrza; ale nim zdążyła się odezwać; Michael powiedział:
-Tori ma na myśli; że Bergmann i Damon Raven to może być ta sama osoba- powiedział z namysłem.
-Przecież jest data śmierci i...- zaczęłam z niedowierzaniem.
-Mamy już pewien przykład "cudownego zmartwychwstania"- Zauważył ostrożnie Vincent.
Zamarłam i pogrążyłam się w rozmyślaniach.
-Moment... Ta pijawa; pamiętasz Michael?- Zapytałam w pewnej chwili.
-"Takich; jak ty nie powinno się w ogóle tworzyć"...- Zacytował z namysłem zielonooki.- Tak powiedziała; zanim ją zastrzelił... Tori; jesteś genialna- powiedział z nagłym olśnieniem.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Wiedziałem, że z Bergmannem jest coś nie w porządku... Cholera, naprawdę powinienem przeprosić Jane...
-Sądzę; że powinniśmy go obserwować- zauważył Vincent. W tym samym momencie miałem bliskie zapoznanie z podłogą.- Tyler, żyjesz?- Spytał zdziwiony.
-Nic mi nie jest..- odpowiedziałem podnosząc się na nogi.- Chyba nic tu po nas; skoro mamy trop..- zauważyłem swobodnie.
-Znalazłeś coś w aktach; Vincent?- Callisto również wstała i zamykając księgi ułożyła je w stos.
-Zdarzyło się kilka przypadków Purpurowego Łańcucha, ale nie ma żadnych wzmianek tej o półwampirach- oznajmił Vincent upychając teki w plecaku. Ruszyliśmy ku drzwiom biblioteki.
Widząc opierającą się o czarny motor płomiennie rudą Jane przystanąłem zaskoczony. Callisto wpadła na mnie i wyjrzała mi zza ramienia. Od kłopotliwych pytań uratowała mnie Tori; rzucając lekko:
-Cześć, Jane. Dawno cię nie było- Czasem ta jej gadatliwość była mi bardzo na rękę.
-To miłe; że ktoś o mnie pamięta- uśmiechnęła się Jane.- Dzień dobry; paniczu..
-Cześć; Jane- odpowiedziałem podchodząc. Rzuciłem jej pytające spojrzenie. Skinęła głową podając mi listy ze skrzynki pod domem. -Prąd... Rachunki...- mruknąłem niechętnie.- Dzięki; Jane... Mogłabyś coś jeszcze dla mnie zrobić?- Zapytałem spokojnie.
-Oczywiście; paniczu..- oznajmiła uprzejmie.
-W domu; na biurku leży ładowarka od telefonu; mogłabyś mi ją przywieźć?- A bezgłośnie dodałem: Dzisiaj; o dziesiątej w klubie Sirius.
-Nie ma sprawy- odparła uprzejmie, wsiadając na motocykl; przekręciła kluczyk, uruchamiając silnik.- To; do zobaczenia, paniczu.- Włożyła kask i włączając kierunkowskaz, lewą stopą włączyła bieg. Patrzyłem za nią chwilę, przeciągając się.
-Paul...?- Callisto pomachała chłopakowi dłonią przed nosem.
-Yyy... Sorry; drobna zawiecha- odparł nieco nieprzytomnie. Spojrzałem na zegarek.
-Za niecałą godzinę mam trening...- mruknąłem w zastanowieniu; czując obejmujące mnie ramiona Callisto.
-Martwię się o ciebie; Michael- powiedziała cicho.
-Wszystko w porządku- skłamałem kładąc dłoń na jej splecionych na moim ciele. Nienawidziłem kłamać; ale szukałem tego wampira tylko z jednego powodu. Tym powodem była Ona; a Fèu mógł zatrzymać jej upadek do poziomu D. Zapłacę każdą cenę; byle Callisto nie stała się jednym z tych bezmyślnych potworów... - Chodźmy..- odwróciłem się w jej ramionach i pocałowałem ją niespodziewanie; mając nadzieję jakoś odwrócić jej uwagę ode mnie i moich planów. W jej oczach zobaczyłem lekkie zaskoczenie. -Co? Nie podobało się?- Zapytałem z delikatnym uśmiechem.
-Podobało- odparła odruchowo. Kolejny raz od dłuższego czasu na jej twarzy zagościł ten cudowny uśmiech.
-Później się pomigdalicie- rzucił Vincent poganiając nas.
-Ja ci nie wypominam migdalenia się z Tori; choć czasem trudno jest mi odróżnić; która ręka jest czyja- odciąłem się z kpiną.
-Raven nie ma z ciebie pożytku skoro ledwie znajdziesz łóżko; a już chrapiesz w locie- odpyskował mi ciemnooki.
-Muszę ci zaprzeczyć Vincent: Michael jest świetny w łóżku- zauważyła Callisto tonem uprzejmej rozmowy.
***
Budynek Stowarzyszenia; kilka godzin później...
Szedłem z treningu; gdy ktoś szarpnięciem wciągnął mnie w krzaki. Chciałem tego kogoś wyjatkowo taktownie ochrzanić, ale zobaczyłem gest nakazujący ciszę.
-Po cholerę siedzicie w krzakach?- Zapytałem bezgłośnie.
-Sam zobaczysz- odparła zagadkowo Tori gapiąc się na zacienioną ścianę budynku.
-Strata czasu, przenieśli schadzkę gdzie indziej- oznajmił głos z gałęzi nad nami. Na topoli ukryty za liśćmi siedział Jonathan Raven. Tori zrobiła zgłupiałą minę.
-Skąd pan wie?- Spytała z zaciekawieniem. Mężczyzna zwisł tuż przed nią do góry nogami.
-Cóż... Tutaj nawet ściany mają uszy- odparł zagadkowo. Powoli zeskoczył z drzewa i zwrócił się w kierunku lasu rzucając w przestrzeń.- Luca; widzisz coś ciekawego w tych chaszczach?.
-Nic! Lipa! Idziemy na obiad; co Cristopher??- Rzucił głos z lasu.
-Zaraz jej tu nie zepsują; ani nie zdeprawują; a jedynie pocałują.- Odparł ze śmiechem ojciec Callisto.- Uch; job tvojiu mat'! Przeklęte wyboje- zasyczał; ale zaraz obaj mężczyźni parsknęli śmiechem, rozmawiając szli do nas.
-Ej; o co chodzi z tą całą "schadzką"?- Zapytałem powoli.
-To ty nie wiesz?- Zapytała ze zdumieniem Tori. Spojrzałem na nią pytająco. Vincent rozejrzał się.
-Paul znalazł dziewczynę.. I nie uwierzysz z kim się spiknął- zauważył powoli.
-Czyżby z Caroline Raven?- Zapytałem udając, że zgaduję.
-I całe napięcie diabli wzięli..- rzuciła teatralnie Tori.
-Zaczekaj! Nie nadążam!- Zawołał Paul biegnąc.- Caroline, co jest grane?
-W krzaki- rzuciłem szybko. Szum między drzewami i bojowy okrzyk Caroline. Zgrzyt wydobywanej z pochwy broni...
-Biegnij; Paul!- Caroline przeleciała przez krzaki i uderzyła w drzewo tuż obok mnie. Z trudem podniosła się i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę zdrętwiałego z przerażenia Paula; w którego stronę szedł wampir.
-Co... się ze mną...- Tori zrobiło się słabo.
-Zostańcie tu- wstałem wyciągając miecz z pochwy. Wbiegłem w las... Caroline zdjęła bluzę i odrzuciła ją odbijając miecz wampira.
-Tylko go tknij; Sępie Rady- warknęła zawzięcie atakując wampira przed sobą. Wychodząc zza grubego pnia dębu kopniakiem posłałem wampira w drzewo.
-Miło; że wpadłeś; Płomień- rzuciła krótko; odskakując z zasięgu miecza. Zablokowałem skierowany w stronę Caroline atak. Uchyliłem się i obserwując, co z Paulem; przebiłem wampira mieczem. Wampirzyca przycisnęła Paula do drzewa. Chłopak był blady i trząsł się.
-Pysznie pachniesz; chłopczyku- Uchyliła się przed atakiem Caroline.- Leż, suko...!- Zasyczała uderzając dziewczynę, która przeleciała po ziemi i wpadła w krzaki. Z trudem powstała opierając się na wbitym w ziemię mieczu. Rozwichrzone włosy przesłaniały jej wykrzywioną w wyrazie nienawiści twarz. Zacisnęła mocno palce na rękojeści broni. Chciałem ruszyć do walki; ale kuzynka Callisto odezwała się:
-To moja sprawa: Płomień- oznajmiła lodowato ruszając z miejsca.
-Poświęcisz kolejne cenne życie?- Zapytała z pogardliwym uśmiechem wampirzyca dobierając się do Paula. Caroline rzuciła się w stronę pijawy z mieczem w ręku. Paul osunął się na leśne poszycie. Stracił przytomność.
***
-Caroline Glory Amando Raven; herbu Kruk: twoje postępowanie przyprawia mnie o ból głowy- oznajmił surowym tonem Alec Raven chodząc w tę i spowrotem po pokoju.- Zachowujesz się nie tylko nieostrożnie; ale i skrajnie nieodpowiedzialnie. Mogliście oboje zginąć. Wplątałaś chłopaka w niepotrzebne kłopoty.
-Wiem; ojcze...- odparła potulnie Caroline. Była rozczochrana; zakrwawiona i posiniaczona. Jej ręka wisiała pod dziwnym kątem.
-Powinnaś wreszcie spoważnieć; moja droga. Wyszkolenie to nie wszystko, do walki trzeba podchodzić z głową; Caroline... A ty nie panujesz nad emocjami...
-Przepraszam ojcze...- Caroline wstała z pufy i zatoczyła się. Oparła szybko dłoń na blacie szafy, Alec przyskoczył do córki i podtrzymując ją, doprowadził spowrotem do pufy.
-Nie ruszaj się stąd- rzucił wychodząc z pokoju.
-Co z Paulem?- Zapytała słabo.
-Wszystko w porządku. Ocknął się- oznajmiła Callisto wchodząc do pokoju.
-Ojciec ma rację; jestem nieodpowiedzialna... Powinnam sobie odpuścić Paula.. Miałam go chronić, a ma przeze mnie pełno kłopotów..- powiedziała z poczuciem winy Caroline.- Uch! Przeklęta pijawa!- Zaklęła zrywając się z miejsca. Callisto posadziła ją spowrotem. Usłyszałem kroki Paula w korytarzu.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Złamanie. Bez przemieszczeń; na szczęście. Gips pewny.- oznajmił Marco Holy godzinę później; oglądając pod światło zdjęcie rentgenowskie.- Kilka powierzchownych sińców; rozcięte ramię lewe; do szycia. Kręgosłup w porządku...- oznajmił nadal przyglądając się zdjęciom RTG.
-Zajebiście- skomentowała ponuro Caroline, wpatrując się w podłogę.- Niech to wszystko szlag... Kurwa!- Zaklęła wściekle; ocierając z irytacją łzy z oczu.
-Wszystko będzie dobrze Caroline...- Zaczęłam cicho; chcąc ją jakoś pocieszyć.
-Nie będzie- odparła z naciskiem.- Cholerne Sępy Rady... Ojciec ma rację: nie nadaję się na łowcę... Na najbliższej Radzie odejdę ze Stowarzyszenia...
-Nie mówisz poważnie...- zaczęłam niemal osłupiała.
-Mówię bardzo poważnie; Callisto Anabelle. Odchodzę ze Stowarzyszenia. Nie chcę; żeby znowu ktoś zginął przeze mnie...- Nadal wbijała wzrok w podłogę.- Nie chcę; żeby skrzywdziła kogoś jeszcze..
-Boisz się o Paula..- zauważył Michael wolno.
Paul Vince Tanner; lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
- Nie chcę; żeby odchodziła ze Stowarzyszenia tylko ze względu na mnie...
-A żeby to cholera wzięła.- Syknąłem kopiąc kamyk. Usiadłem ciężko na schodach przy wejściu do budynku i oparłem plecy o jeden z filarów. Nawet pokiereszowana była dla mnie piękną dziewczyną. Właściwie to chłodne piękno będące znakiem szczególnym rodziny Raven ukazywało jednocześnie ukrytą w niej siłę... To prawda- lubię twarde dziewczyny i Caroline ewidentnie się do takich zalicza; ale...
Nie chcę by robiła cokolwiek ze względu na mnie.
...w zasadzie, w żaden sposób nie należałem do jej świata- do tajemniczego; pełnego mroku świata łowców wampirów.. Wpatrując się w księżyc próbowałem pomyśleć o czymś innym; jednak moje myśli uparcie pozostawały przy Caroline Raven.
-Kolejna piękna pełnia; co?- Rzucił głos obok mnie.
-Taa; piękna...- Odpowiedziałem; zapinając granatową bluzę. Głos należał do Luciana Mikaelis; kolejnej osoby; która była nie z tego świata. W sumie nikt z nas, tak naprawdę, nie wiedział skąd Lucian pochodzi i jakie nosi imię... To wszystko było tak cholernie pokręcone; że sam nie potrafiłem się w tym odnaleźć...
Nie chcę by robiła cokolwiek ze względu na mnie.
...w zasadzie, w żaden sposób nie należałem do jej świata- do tajemniczego; pełnego mroku świata łowców wampirów.. Wpatrując się w księżyc próbowałem pomyśleć o czymś innym; jednak moje myśli uparcie pozostawały przy Caroline Raven.
-Kolejna piękna pełnia; co?- Rzucił głos obok mnie.
-Taa; piękna...- Odpowiedziałem; zapinając granatową bluzę. Głos należał do Luciana Mikaelis; kolejnej osoby; która była nie z tego świata. W sumie nikt z nas, tak naprawdę, nie wiedział skąd Lucian pochodzi i jakie nosi imię... To wszystko było tak cholernie pokręcone; że sam nie potrafiłem się w tym odnaleźć...
- W żaden sposób nie należałem do jej świata...
Życie jest totalnie do bani. Lucian w milczeniu patrzył w księżyc. Był zatopiony we własnych myślach.
-Co raz utracone; nigdy już nie powróci...- mruknął do siebie w pewnej chwili. Spojrzałem nań z boku. Siedział oparty o ten sam filar i paląc papierosa, obracał w dłoni stary klucz. Jego czarne oczy były puste i bezdenne; jakby on sam nie posiadał żadnych uczuć..
Gdybym mógł przez chwilę nic nie czuć; by móc spojrzeć na to wszystko z boku... -
-To szurnięte...- zaśmiałem się z własnej głupoty.
-Co jest szurnięte?- Podchwycił temat czarnooki.
-Nieważne..- westchnąłem chcąc go zbyć; jednak jego natarczywy wzrok wiercił we mnie dziurę...- Tak sobie pomyślałem; że czasem byłoby dobrze przez chwilę nie mieć uczuć..- podjąłem trochę opornie.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Spytał nagle ostrożnie.
-Chodziło mi o to, że... Hmmm..- W zastanowieniu wbiłem wzrok w ponurą ścianę lasu.- Czasem uczucia przesłaniają rzeczywisty obraz danej sytuacji, a potem.. Dobre intencje trafia szlag- wzruszyłem ramionami.
-Gdybyście się nie mylili nie bylibyście tak bardzo interesujący- Zauważył powoli.
-O co ci chodzi?- Zacząłem zdziwiony.- W sumie to tak; jakbyś się ze mnie nabijał..- dodałem urażony.
-Nie nabijam się- oznajmił spokojnie Lucian Mikaelis.- Po prostu; jakby to ująć... Właśnie przez uczucia ludzie są nie tyle zaskakujący; co zwyczajnie ciekawi- uśmiech przemknął przez jego twarz.
-Może to dlatego, że jesteś pozbawionym emocji aniołem?- Spytałem lekko.
-Chwilami wydaje mi się, że za dużo wiesz- zauważył z udawaną podejrzliwością.
-To groźba, czy ostrzeżenie?- Szturchnąłem go przyjaźnie.
***
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Cholerna speluna- mruknąłem wchodząc do baru.
-Zjeżdżaj; koleś!- Jane odepchnęła natręta. Siedziała przy barze pijąc kawę.
-Hej, nie graj takiej niedostępnej; laluniu- Rzucił sznapsbarytonem facet.
-Ona jest tu ze mną- Odsunąłem faceta, rzucając krótkie powitanie.
-Dobry wieczór; Paniczu- odpowiedziała Jane z lekkim ukłonem.
-A; to przepraszam uprzejmie- Obserwowałem nieufnie faceta; który odwracając się rozwalił o bar trzymaną w ręku butelkę. Kilka sekund później on miał miecz przy gardle; a ja rozbitą butelkę tuż przy tętnicy.
-Odłóż to i spływaj- rozkazałem chłodno. Wisiorek-płomień na mojej szyi zapłonął ognistym blaskiem; takim samym, jak oczy Jane. Przeciwnik powoli odłożył "tulipana" na kontuar; a gdy odsunąłem miecz uciekł z baru aż się za nim kurzyło. Wsunąłem broń w ukrytą w rękawie pochwę i siadłem na barowym stołku obok płomiennookiej.
-Co podać?- Rzucił barman przyglądając mi się.
-Kawę- odparłem obojętnie, spojrzałem na Jane.- W sumie to powinienem cię przeprosić.. Ostatnio za bardzo na ciebie naskoczyłem i w ogóle...
-Nie ma sprawy- uśmiechnęła się, podając mi ładowarkę. Odebrałem przedmiot i wsunąłem go w zapinaną kieszeń bluzy. Przez długi czas piliśmy w milczeniu kawę. -Féu nadal jest w mieście. Ukrył się z dala od łowców i Rządu. Przez ostatni tydzień z nikim nie rozmawiał; ale był u niego jakiś dostawca.
-Co dostarczał?- Podchwyciłem temat.
-Po prostu krew- wzruszyła ramionami.
-Sprawdziłaś?
-Zgadza się- oznajmiła krótko.- W międzyczasie widziałam również Bergmanna. Zmierzał w kierunku posiadłości Torres. Nie mając nic do roboty u Féu; ruszyłam za Bergmannem...
-Dawaj; robi się coraz ciekawiej- rzuciłem z lekkim uśmiechem.
Bingo! Czyżbym cię miał Bergmann; czy jak ci tam..?
-Otóż Bergmann był u Torres'a tylko w jednym celu. Odbierał od niego jakiś karton. Po tym; jak się z nim obchodził podejrzewam; że w środku było jakieś szkło lub coś cennego- oznajmiła Jane.- Nie rozmawiali zbyt wiele; ale wyglądało na to; że znają się od dłuższego czasu- Zauważyła Jane.
-Znają się od dłuższego czasu...- powtórzyłem zamyślony. Te puzzle zaczynały dziwnie do siebie pasować; tworząc zastanawiającą układankę...
-Co raz utracone; nigdy już nie powróci...- mruknął do siebie w pewnej chwili. Spojrzałem nań z boku. Siedział oparty o ten sam filar i paląc papierosa, obracał w dłoni stary klucz. Jego czarne oczy były puste i bezdenne; jakby on sam nie posiadał żadnych uczuć..
Gdybym mógł przez chwilę nic nie czuć; by móc spojrzeć na to wszystko z boku... -
-To szurnięte...- zaśmiałem się z własnej głupoty.
-Co jest szurnięte?- Podchwycił temat czarnooki.
-Nieważne..- westchnąłem chcąc go zbyć; jednak jego natarczywy wzrok wiercił we mnie dziurę...- Tak sobie pomyślałem; że czasem byłoby dobrze przez chwilę nie mieć uczuć..- podjąłem trochę opornie.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Spytał nagle ostrożnie.
-Chodziło mi o to, że... Hmmm..- W zastanowieniu wbiłem wzrok w ponurą ścianę lasu.- Czasem uczucia przesłaniają rzeczywisty obraz danej sytuacji, a potem.. Dobre intencje trafia szlag- wzruszyłem ramionami.
-Gdybyście się nie mylili nie bylibyście tak bardzo interesujący- Zauważył powoli.
-O co ci chodzi?- Zacząłem zdziwiony.- W sumie to tak; jakbyś się ze mnie nabijał..- dodałem urażony.
-Nie nabijam się- oznajmił spokojnie Lucian Mikaelis.- Po prostu; jakby to ująć... Właśnie przez uczucia ludzie są nie tyle zaskakujący; co zwyczajnie ciekawi- uśmiech przemknął przez jego twarz.
-Może to dlatego, że jesteś pozbawionym emocji aniołem?- Spytałem lekko.
-Chwilami wydaje mi się, że za dużo wiesz- zauważył z udawaną podejrzliwością.
-To groźba, czy ostrzeżenie?- Szturchnąłem go przyjaźnie.
***
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Cholerna speluna- mruknąłem wchodząc do baru.
-Zjeżdżaj; koleś!- Jane odepchnęła natręta. Siedziała przy barze pijąc kawę.
-Hej, nie graj takiej niedostępnej; laluniu- Rzucił sznapsbarytonem facet.
-Ona jest tu ze mną- Odsunąłem faceta, rzucając krótkie powitanie.
-Dobry wieczór; Paniczu- odpowiedziała Jane z lekkim ukłonem.
-A; to przepraszam uprzejmie- Obserwowałem nieufnie faceta; który odwracając się rozwalił o bar trzymaną w ręku butelkę. Kilka sekund później on miał miecz przy gardle; a ja rozbitą butelkę tuż przy tętnicy.
-Odłóż to i spływaj- rozkazałem chłodno. Wisiorek-płomień na mojej szyi zapłonął ognistym blaskiem; takim samym, jak oczy Jane. Przeciwnik powoli odłożył "tulipana" na kontuar; a gdy odsunąłem miecz uciekł z baru aż się za nim kurzyło. Wsunąłem broń w ukrytą w rękawie pochwę i siadłem na barowym stołku obok płomiennookiej.
-Co podać?- Rzucił barman przyglądając mi się.
-Kawę- odparłem obojętnie, spojrzałem na Jane.- W sumie to powinienem cię przeprosić.. Ostatnio za bardzo na ciebie naskoczyłem i w ogóle...
-Nie ma sprawy- uśmiechnęła się, podając mi ładowarkę. Odebrałem przedmiot i wsunąłem go w zapinaną kieszeń bluzy. Przez długi czas piliśmy w milczeniu kawę. -Féu nadal jest w mieście. Ukrył się z dala od łowców i Rządu. Przez ostatni tydzień z nikim nie rozmawiał; ale był u niego jakiś dostawca.
-Co dostarczał?- Podchwyciłem temat.
-Po prostu krew- wzruszyła ramionami.
-Sprawdziłaś?
-Zgadza się- oznajmiła krótko.- W międzyczasie widziałam również Bergmanna. Zmierzał w kierunku posiadłości Torres. Nie mając nic do roboty u Féu; ruszyłam za Bergmannem...
-Dawaj; robi się coraz ciekawiej- rzuciłem z lekkim uśmiechem.
Bingo! Czyżbym cię miał Bergmann; czy jak ci tam..?
-Otóż Bergmann był u Torres'a tylko w jednym celu. Odbierał od niego jakiś karton. Po tym; jak się z nim obchodził podejrzewam; że w środku było jakieś szkło lub coś cennego- oznajmiła Jane.- Nie rozmawiali zbyt wiele; ale wyglądało na to; że znają się od dłuższego czasu- Zauważyła Jane.
-Znają się od dłuższego czasu...- powtórzyłem zamyślony. Te puzzle zaczynały dziwnie do siebie pasować; tworząc zastanawiającą układankę...
- Chwycę się wszystkiego; byle tylko ocalić Callisto...
-Mam do ciebie małą prośbę; Jane..- zauważyłem z namysłem.
-Jaką?- Zapytała z wahaniem; przyglądając mi się uważnie.
-Umożliwisz mi spotkanie z Jean'em Féu..
-To zbyt niebezpieczne; paniczu- oznajmiła rozsądnie.
-Równie dobrze mogę się z nim spotkać bez twojej pomocy- odparłem obojętnie.
-Właściwie po co chcesz tam iść?- Zapytała ostrożnie; upijając kolejny łyk kawy.
-Jest coś; co mnie w tym wszystkim ciekawi- powiedziałem po prostu.
-Nie mogę pozwolić...- zaczęła.
-Doniesiesz na mnie ojcu?- Przerwałem jej z niechęcią.
-Paniczu..- zaczęła z niezadowoleniem.
-Skoro nie chcesz mi pomóc; nie będę cię do tego zmuszać- rzuciłem wstając. Ruszyłem ku wyjściu z baru; gdy nagle zarobiłem z drzwi. Wpadłem na kontuar; którego się przytrzymałem i zobaczyłem tamtego faceta w towarzystwie kilku kumpli.
-Pięciu na jednego.. Jestem tak bardzo niebezpieczny; żebyś nie dał sobie ze mną rady sam, cieniasie?- Zapytałem z drwiącym uśmiechem.
-Ty; mały...- warknął facet robiąc krok w moją stronę. Jane pojawiła się tuż obok z wyprostowaną ręką tuż przy jego gardle.
-Jeszcze krok; a coś ci zrobię- oznajmiła z błyszczącymi furią oczami.
-Nie wtrącaj się; Jane. Sam to załatwię- odparłem patrząc na nią ostro.
-Paniczu..- Nagle odsunęła się z lekkim ukłonem.- Jak sobie życzysz...
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.
-Sądzę, że będziemy tu mieć za mało miejsca; koteczku- Rzuciłem z kpiną.
-Ja ci zaraz pokażę "koteczka"!- Warknął rzucając się do ataku. Zdążyłem mocno odbić się od podłogi i wskoczyć na bar- facet z rozpędu i przeleciał przez bramkę wpadając w butelki z alkoholem.
-Przepraszam pana uprzejmie; mogę pożyczyć tę butelkę?- Rzuciłem stojąc na rękach poczęstowałem kopniakiem drugiego z grupy zadymiarzy. Mężczyzna skinął głową; gdy stawałem spowrotem na nogach.- Dziękuję- dodałem w przyklęku puszczając szkło w ruch. Butelka po piwie leciała poziomo wprost w kolejnego z oprychów.
-Przepraszam, piękną panią- rzuciłem waląc z pięści blondyna; który wcześniej zaczepiał Jane.- Ta pani ma przepiękny kapelusz; nie sądzisz kolego?- Złapałem go za szmaty i uchylając się przed ciosem innego pchnąłem faceta w stronę stolików; atakującego mnie zdzieliłem stojącą na blacie baru blaszaną tacą. Zeskoczyłem z baru i robiąc salto w powietrzu wylądowałem tuż przed przeciwnikiem.
Wyciągnął nóż. Wszyscy mierzyli nas wzrokiem. Zrobiło się niebezpiecznie. Jeden z facetów założył mi chwyt na gardło. Niski obcokrajowiec obracając w ręku ostrze; gestem ręki nakazał tamtemu mnie puścić. Wszyscy jego kumple stanęli za nim.
-Mały Płomień. Syneczek Armanda- oznajmił mściwie; zdążyłem dostrzec przypinkę ze znakiem Rady Wampirów.
-Chyba nie zdążyliśmy się jeszcze poznać; Sępie Rządu- odparłem.
-Czyli mnie nie pamiętasz- stwierdził z groźbą.
-Przyznaję, że gdzieś już widziałem twój paskudny pysk...- powiedziałem po chwili zastanowienia.- Niech pomyślę... Aha, już sobie przypominam: byłeś tam tamtego wieczora. Ochroniarz Grigorija. Teraz, gdy zrezygnowaliście ze swoich czarnych fatałaszków jesteście nawet brzydsi, niż normalnie- rzuciłem drwiąco.
Cały bar obserwował nas uważnie i patrząc nieufnie na zadymiarzy przysłuchiwał się naszej wymianie zdań. Właściciel baru był blady ze strachu.
-Ty przeklęte łowcze szczenię...!- Warknął rzucając się na mnie z nożem. W jednej chwili obnażyłem ukryte w rękawie ostrze i zablokowałem cios.
-Nie piłem z tobą bruderschafta; ścierwo!- odepchnąłem go mocno i szybko odtrąciłem Krwawiące Ostrze w ręku drugiego z wampirów.
-Twój właściciel ma zbyt długą smycz dla tak agresywnego kundla- prychnąłem kopniakiem posyłając go w ścianę. Kontynuowałem walkę z blondynem. Obejrzałem się na Jane; która w zamyśleniu obracała w palcach stary klucz.
Jeden z nich przyciągnął do siebie jakąś kobietę.
-Zabieraj od niej te brudne łapy!- Warknąłem ostro ruszając w jego stronę. Nacierającego na mnie z lewej wampira przeciąłem jednym ruchem ręki z mieczem. Truchło upadło ciężko tuż za mną zmieniając się w piach; kolejny wampir zaatakował mnie z wrzaskiem furii.- Z drogi; psinko!- Kopniakiem posłałem go w drzwi baru; za które wyleciał ślizgiem.
-Nie zbliżaj się; bo ją zabiję- zagroził wysoki z czerwonymi oczami.
-Chyba powiedziałem, żebyś ją puścił...- zasyczałem z groźbą. W porę obróciłem się i przywaliłem następnej pijawie w mordę. Wylądował pod barem.- Nie jesteś aż tak głupi; żeby się ujawnić- dorzuciłem patrząc na przeciwnika obojętnie.
Jeśli się nie uspokoję... Nie trafię idealnie i zranię; albo zabiję tę kobietę.. Z kolei; jeśli czegoś nie zrobię ta pijawa zabije ją na oczach ludzi. Ujawni nie tylko siebie; ale i mnie..
Spojrzałem obojętnie na prochy wysypujące się z łachów na podłodze. Właściwie to już wiedzą; kim jestem..
-Nie mam nic do stracenia- rzuciłem w zamyśleniu obracając lekko w dłoni miecz.
-Czyżbyś sobie odpuścił; Płomień?- Zapytał obejmując przerażoną kobietę.
-Zrób coś, chłopaku; no!- Zaczął jakiś facet zdenerwowany.
-Mówiłem; że nie przeszliśmy na ty; ścierwo Rady- odpowiedziałem lodowato; nie spuszczając wzroku z wampira. Podniosłem oszołomionego bruneta spod baru i zacząłem go okładać.- To twój brat? Może ktoś z rodziny?- Zapytałem swobodnie; z ust bruneta rozległ się wrzask bólu; gdy złamałem mu rękę.- A może to tylko przyjaciel..?- Kolejny wrzask; gdy uderzyłem rękojeścią miecza w złamaną kość.- Zresztą nieważne.. Nie bardzo mnie to obchodzi. Trzymający kobietę drgnął szybko; jego oczy wyrażały żądzę mordu. Blondyn; prawdopodobnie przywódca tej grupy pijawek rzucił się ku mnie.
-Wasz kolega chyba był mądrzejszy; bo wygląda na to, że zwiał- skomentowałem patrząc na pustą ulicę. Leżącego wampira potraktowałem butem; a cios blondyna odbiłem, posyłając go w naprzeciwległą ścianę baru wprost pod nogi...
...Marco Torres'a; który zwrócił się do stojącego przede mną wampira po francusku z groźbą. Jego oczy błysnęły szkarłatnym płomieniem. Wampir natychmiast puścił ciemnowłosą; która z histerycznym płaczem wpadła mi w ramiona. Opuściłem miecz i objąłem ją ramieniem.
-Rozprawię się z wami po powrocie- warknął Torres ruchem ręki wskazując im drzwi. Trzech wampirów uciekło.- Schowaj broń; Płomień. Mam pokojowe zamiary- oznajmił normalnym językiem.
-Lepiej pilnuj swoich psów; trochę za głośno dziś szczekały- odparłem chłodno; wsuwając szablę w pochwę.- A poza tym nie ufam takim; jak ty. Jane; idziemy..- rzuciłem; idąc w stronę wyjścia przekazałem kobietę mężowi.
-A jeśli wiem, kto może zatrzymać upadek tej dziewczyny?- Zapytał lekko.
Zatrzymałem się tuż przed drzwiami speluny.
-Nie powiedziałem, że przyjmuję twoją ofertę, Torres- oznajmiłem chłodno.
-Skoro nie chcesz; to idź w paszczę lwa. Droga wolna- odrzekł obojętnie.- Zapewniam że zwrócisz się do mnie o pomoc szybciej, niż myślisz- mruknął jakby do siebie.
-A kto mi zapłaci za zdemolowany bar?- Zapytał właściciel za mną.
-Zapłacę ci, ile chcesz; tylko nikomu ani słowa o tym; co tu zaszło- odparł obojętnie Torres, gdy wychodziłem.
Siedziałem na krawężniku dzielnicy slumsów obracając w dłoni otwartą butelkę piwa i wpatrując się w dal rozmyślałem; czy jednak postąpiłem słusznie odrzucając ofertę Torres'a. Może on, tak naprawdę, chce dla miasta tego samego; co my, czyli świętego spokoju?
-Czymś się martwisz; paniczu- zaczęła nieśmiało Jane.
-Zastanawiam się, co jeśli Stowarzyszenie dowie się o tym incydencie... Jane spojrzała na mnie z boku uśmiechając się drapieżnie i składając dłoń na sercu odparła:
-Istnieję tutaj tylko po to; by nikt nie dowiedział się o tajemnicach mojego panicza.
-A; gdyby od takiej tajemnicy zależało moje życie?- Zapytałem ostrożnie.
-Przysięgałam również być twoją tarczą- odparła z powagą.
-To trochę wstyd, żeby broniła mnie kobieta- zauważyłem z lekkim zakłopotaniem.
-Czyżbym uraziła twoją męską dumę?- Zapytała ze śmiechem. Szturchnąłem ją mocno; prychając śmiechem.
-Jaką?- Zapytała z wahaniem; przyglądając mi się uważnie.
-Umożliwisz mi spotkanie z Jean'em Féu..
-To zbyt niebezpieczne; paniczu- oznajmiła rozsądnie.
-Równie dobrze mogę się z nim spotkać bez twojej pomocy- odparłem obojętnie.
-Właściwie po co chcesz tam iść?- Zapytała ostrożnie; upijając kolejny łyk kawy.
-Jest coś; co mnie w tym wszystkim ciekawi- powiedziałem po prostu.
-Nie mogę pozwolić...- zaczęła.
-Doniesiesz na mnie ojcu?- Przerwałem jej z niechęcią.
-Paniczu..- zaczęła z niezadowoleniem.
-Skoro nie chcesz mi pomóc; nie będę cię do tego zmuszać- rzuciłem wstając. Ruszyłem ku wyjściu z baru; gdy nagle zarobiłem z drzwi. Wpadłem na kontuar; którego się przytrzymałem i zobaczyłem tamtego faceta w towarzystwie kilku kumpli.
-Pięciu na jednego.. Jestem tak bardzo niebezpieczny; żebyś nie dał sobie ze mną rady sam, cieniasie?- Zapytałem z drwiącym uśmiechem.
-Ty; mały...- warknął facet robiąc krok w moją stronę. Jane pojawiła się tuż obok z wyprostowaną ręką tuż przy jego gardle.
-Jeszcze krok; a coś ci zrobię- oznajmiła z błyszczącymi furią oczami.
-Nie wtrącaj się; Jane. Sam to załatwię- odparłem patrząc na nią ostro.
-Paniczu..- Nagle odsunęła się z lekkim ukłonem.- Jak sobie życzysz...
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.
-Sądzę, że będziemy tu mieć za mało miejsca; koteczku- Rzuciłem z kpiną.
-Ja ci zaraz pokażę "koteczka"!- Warknął rzucając się do ataku. Zdążyłem mocno odbić się od podłogi i wskoczyć na bar- facet z rozpędu i przeleciał przez bramkę wpadając w butelki z alkoholem.
-Przepraszam pana uprzejmie; mogę pożyczyć tę butelkę?- Rzuciłem stojąc na rękach poczęstowałem kopniakiem drugiego z grupy zadymiarzy. Mężczyzna skinął głową; gdy stawałem spowrotem na nogach.- Dziękuję- dodałem w przyklęku puszczając szkło w ruch. Butelka po piwie leciała poziomo wprost w kolejnego z oprychów.
-Przepraszam, piękną panią- rzuciłem waląc z pięści blondyna; który wcześniej zaczepiał Jane.- Ta pani ma przepiękny kapelusz; nie sądzisz kolego?- Złapałem go za szmaty i uchylając się przed ciosem innego pchnąłem faceta w stronę stolików; atakującego mnie zdzieliłem stojącą na blacie baru blaszaną tacą. Zeskoczyłem z baru i robiąc salto w powietrzu wylądowałem tuż przed przeciwnikiem.
Wyciągnął nóż. Wszyscy mierzyli nas wzrokiem. Zrobiło się niebezpiecznie. Jeden z facetów założył mi chwyt na gardło. Niski obcokrajowiec obracając w ręku ostrze; gestem ręki nakazał tamtemu mnie puścić. Wszyscy jego kumple stanęli za nim.
-Mały Płomień. Syneczek Armanda- oznajmił mściwie; zdążyłem dostrzec przypinkę ze znakiem Rady Wampirów.
-Chyba nie zdążyliśmy się jeszcze poznać; Sępie Rządu- odparłem.
-Czyli mnie nie pamiętasz- stwierdził z groźbą.
-Przyznaję, że gdzieś już widziałem twój paskudny pysk...- powiedziałem po chwili zastanowienia.- Niech pomyślę... Aha, już sobie przypominam: byłeś tam tamtego wieczora. Ochroniarz Grigorija. Teraz, gdy zrezygnowaliście ze swoich czarnych fatałaszków jesteście nawet brzydsi, niż normalnie- rzuciłem drwiąco.
Cały bar obserwował nas uważnie i patrząc nieufnie na zadymiarzy przysłuchiwał się naszej wymianie zdań. Właściciel baru był blady ze strachu.
-Ty przeklęte łowcze szczenię...!- Warknął rzucając się na mnie z nożem. W jednej chwili obnażyłem ukryte w rękawie ostrze i zablokowałem cios.
-Nie piłem z tobą bruderschafta; ścierwo!- odepchnąłem go mocno i szybko odtrąciłem Krwawiące Ostrze w ręku drugiego z wampirów.
-Twój właściciel ma zbyt długą smycz dla tak agresywnego kundla- prychnąłem kopniakiem posyłając go w ścianę. Kontynuowałem walkę z blondynem. Obejrzałem się na Jane; która w zamyśleniu obracała w palcach stary klucz.
Jeden z nich przyciągnął do siebie jakąś kobietę.
-Zabieraj od niej te brudne łapy!- Warknąłem ostro ruszając w jego stronę. Nacierającego na mnie z lewej wampira przeciąłem jednym ruchem ręki z mieczem. Truchło upadło ciężko tuż za mną zmieniając się w piach; kolejny wampir zaatakował mnie z wrzaskiem furii.- Z drogi; psinko!- Kopniakiem posłałem go w drzwi baru; za które wyleciał ślizgiem.
-Nie zbliżaj się; bo ją zabiję- zagroził wysoki z czerwonymi oczami.
-Chyba powiedziałem, żebyś ją puścił...- zasyczałem z groźbą. W porę obróciłem się i przywaliłem następnej pijawie w mordę. Wylądował pod barem.- Nie jesteś aż tak głupi; żeby się ujawnić- dorzuciłem patrząc na przeciwnika obojętnie.
Jeśli się nie uspokoję... Nie trafię idealnie i zranię; albo zabiję tę kobietę.. Z kolei; jeśli czegoś nie zrobię ta pijawa zabije ją na oczach ludzi. Ujawni nie tylko siebie; ale i mnie..
Spojrzałem obojętnie na prochy wysypujące się z łachów na podłodze. Właściwie to już wiedzą; kim jestem..
-Nie mam nic do stracenia- rzuciłem w zamyśleniu obracając lekko w dłoni miecz.
-Czyżbyś sobie odpuścił; Płomień?- Zapytał obejmując przerażoną kobietę.
-Zrób coś, chłopaku; no!- Zaczął jakiś facet zdenerwowany.
-Mówiłem; że nie przeszliśmy na ty; ścierwo Rady- odpowiedziałem lodowato; nie spuszczając wzroku z wampira. Podniosłem oszołomionego bruneta spod baru i zacząłem go okładać.- To twój brat? Może ktoś z rodziny?- Zapytałem swobodnie; z ust bruneta rozległ się wrzask bólu; gdy złamałem mu rękę.- A może to tylko przyjaciel..?- Kolejny wrzask; gdy uderzyłem rękojeścią miecza w złamaną kość.- Zresztą nieważne.. Nie bardzo mnie to obchodzi. Trzymający kobietę drgnął szybko; jego oczy wyrażały żądzę mordu. Blondyn; prawdopodobnie przywódca tej grupy pijawek rzucił się ku mnie.
-Wasz kolega chyba był mądrzejszy; bo wygląda na to, że zwiał- skomentowałem patrząc na pustą ulicę. Leżącego wampira potraktowałem butem; a cios blondyna odbiłem, posyłając go w naprzeciwległą ścianę baru wprost pod nogi...
...Marco Torres'a; który zwrócił się do stojącego przede mną wampira po francusku z groźbą. Jego oczy błysnęły szkarłatnym płomieniem. Wampir natychmiast puścił ciemnowłosą; która z histerycznym płaczem wpadła mi w ramiona. Opuściłem miecz i objąłem ją ramieniem.
-Rozprawię się z wami po powrocie- warknął Torres ruchem ręki wskazując im drzwi. Trzech wampirów uciekło.- Schowaj broń; Płomień. Mam pokojowe zamiary- oznajmił normalnym językiem.
-Lepiej pilnuj swoich psów; trochę za głośno dziś szczekały- odparłem chłodno; wsuwając szablę w pochwę.- A poza tym nie ufam takim; jak ty. Jane; idziemy..- rzuciłem; idąc w stronę wyjścia przekazałem kobietę mężowi.
-A jeśli wiem, kto może zatrzymać upadek tej dziewczyny?- Zapytał lekko.
Zatrzymałem się tuż przed drzwiami speluny.
-Nie powiedziałem, że przyjmuję twoją ofertę, Torres- oznajmiłem chłodno.
-Skoro nie chcesz; to idź w paszczę lwa. Droga wolna- odrzekł obojętnie.- Zapewniam że zwrócisz się do mnie o pomoc szybciej, niż myślisz- mruknął jakby do siebie.
-A kto mi zapłaci za zdemolowany bar?- Zapytał właściciel za mną.
-Zapłacę ci, ile chcesz; tylko nikomu ani słowa o tym; co tu zaszło- odparł obojętnie Torres, gdy wychodziłem.
Siedziałem na krawężniku dzielnicy slumsów obracając w dłoni otwartą butelkę piwa i wpatrując się w dal rozmyślałem; czy jednak postąpiłem słusznie odrzucając ofertę Torres'a. Może on, tak naprawdę, chce dla miasta tego samego; co my, czyli świętego spokoju?
-Czymś się martwisz; paniczu- zaczęła nieśmiało Jane.
-Zastanawiam się, co jeśli Stowarzyszenie dowie się o tym incydencie... Jane spojrzała na mnie z boku uśmiechając się drapieżnie i składając dłoń na sercu odparła:
-Istnieję tutaj tylko po to; by nikt nie dowiedział się o tajemnicach mojego panicza.
-A; gdyby od takiej tajemnicy zależało moje życie?- Zapytałem ostrożnie.
-Przysięgałam również być twoją tarczą- odparła z powagą.
-To trochę wstyd, żeby broniła mnie kobieta- zauważyłem z lekkim zakłopotaniem.
-Czyżbym uraziła twoją męską dumę?- Zapytała ze śmiechem. Szturchnąłem ją mocno; prychając śmiechem.
- A, jeśli wiem; kto może zatrzymać upadek tej dziewczyny?...
- Zapewniam, że zwrócisz się do mnie szybciej; niż myślisz...
-Niech cię diabli...- mruknąłem ze zmęczeniem.
-Kogo posyłasz do diabła?- Zapytał Lucian odsuwając dłoń od czoła Callisto.
-Nieważne. Co z nią?- Zapytałem biorąc jej palce w swoje. Zdziwił mnie lodowaty chłód jej dłoni i trupioblada twarz.
Czy to się nigdy nie skończy? Będę musiał wiecznie walczyć o ciebie nie tylko z Rządem Wampirów; ale i ze Śmiercią...?
-To ostatnie stadium upadku do poziomu D- powiedział z goryczą.
Nogi się pode mną ugięły, szybko usiadłem na łóżku. Zmęczenie od razu mi minęło.
-Powiedz, że to jakiś okropny sen... Że to mi się tylko śni- Wpatrywałem się w niego szeroko otwartymi oczami. Chwyciłem go za materiał czarnej koszuli i potrząsnąłem nim mocno.
-To nie jest sen.. Sam chciałbym, żeby to był tylko koszmar..- odparł zaciskając mocno dłoń na mojej.
Powoli cofnąłem rękę i potarłem zmęczoną twarz.
-Kogo posyłasz do diabła?- Zapytał Lucian odsuwając dłoń od czoła Callisto.
-Nieważne. Co z nią?- Zapytałem biorąc jej palce w swoje. Zdziwił mnie lodowaty chłód jej dłoni i trupioblada twarz.
Czy to się nigdy nie skończy? Będę musiał wiecznie walczyć o ciebie nie tylko z Rządem Wampirów; ale i ze Śmiercią...?
-To ostatnie stadium upadku do poziomu D- powiedział z goryczą.
Nogi się pode mną ugięły, szybko usiadłem na łóżku. Zmęczenie od razu mi minęło.
-Powiedz, że to jakiś okropny sen... Że to mi się tylko śni- Wpatrywałem się w niego szeroko otwartymi oczami. Chwyciłem go za materiał czarnej koszuli i potrząsnąłem nim mocno.
-To nie jest sen.. Sam chciałbym, żeby to był tylko koszmar..- odparł zaciskając mocno dłoń na mojej.
Powoli cofnąłem rękę i potarłem zmęczoną twarz.
- Muszę coś zrobić.. Nie mogę tak po prostu siedzieć w miejscu.!
-Dokąd znów idziesz?- Zapytał Lucian widząc; że zarzucam na siebie bluzę i biorę w palce miecz. Pochyliłem się nad śpiącą nieruchomo Callisto i ucałowałem lekko jej usta. Spojrzałem prosto w jego czarne oczy, mówiąc:
-Rób to; co robisz najlepiej: opiekuj się nią- oznajmiłem wychodząc.
-Nie możesz mi rozkazywać; łowczy rodu Płomień- pouczył mnie chłodno.
Stojąc przy uchylonych drzwiach odparłem:
-To nie jest rozkaz. Skoro kochamy ją obaj potraktuj to jako prośbę- i wyszedłem.
-Rób to; co robisz najlepiej: opiekuj się nią- oznajmiłem wychodząc.
-Nie możesz mi rozkazywać; łowczy rodu Płomień- pouczył mnie chłodno.
Stojąc przy uchylonych drzwiach odparłem:
-To nie jest rozkaz. Skoro kochamy ją obaj potraktuj to jako prośbę- i wyszedłem.
Gabriel Mikaelis; anioł Rodu Kruka.
[...] Skoro kochamy ją obaj...
-Co raz utracone...- Westchnąłem ciężko.- W końcu powróciło...
Jest tak bardzo podobna do mojej Pani...
Wybacz mi; Valerie...
Mogłem cię ocalić...
[...] Skoro kochamy ją obaj...
-Co raz utracone...- Westchnąłem ciężko.- W końcu powróciło...
Jest tak bardzo podobna do mojej Pani...
Wybacz mi; Valerie...
Mogłem cię ocalić...
- Ojcze... Dlaczego nie pozwoliłeś mi chronić ważnych dla mnie osób...?
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Park za kościołem farnym; kwadrans po opisanych wydarzeniach..
Jeden sygnał.. Drugi..
-Co tam; Tyler?- Zapytał głos Tori po drugiej stronie linii.
-Przepraszam, że cię budzę- zacząłem.
-Nie spałam już. Co jest grane: masz dziwny głos; Michael..- Zauważyła nieco zmartwiona.
-To znowu się dzieje; Tori... Z Cally jest coraz gorzej..
-Jak to gorzej??- wychwyciłem szum przewracanej strony w książce.
-Callisto... Ona... Upada..- Z telefonem przy uchu oparłem się plecami o jesion.- Lucian powiedział; że to drugie stadium.. Ona niedługo...- urwałem. Nie mogło mi to przejść przez gardło.
Ona niedługo...
Zacznie zabijać..
Stanie się tym bezmyślnym- nastawionym na ludzką krew- potworem...
Potworem; którego tak bardzo nienawidzi..
-To moja wina.. Nie powinienem jej..
-Powinieneś- przerwała.-Ona się nie podda; Michael. Znam Cally: ona nie poddaje się tak łatwo.
-A jak z Paulem?
-Udaje; że wszystko jest okej, ale... Żadne z nas mu nie wierzy. On chyba naprawdę kocha Caroline- zauważyła cicho.- Mój plan jest taki: spotykamy się u Vincenta i pomyślimy, co dalej..
-Teraz? Przecież jest czwarta rano..- zauważyłem ostrożnie.
-Vincent już nie śpi. Dzwonił do mnie coś po północy; że Paul przyszedł pijany, zdołowany i z butelką wódki. Naprawdę źle z nim...
-Rozumiem.. Uprzedzisz Vincenta?
-Pewnie; do zobaczenia- rzuciła kończąc rozmowę.
-Cześć..- pożegnałem się.
Zjechałem po pniu ukrywając głowę w ramionach.
Nie...
Nie mogę się poddać..
Potrzebuje mnie...
Park za kościołem farnym; kwadrans po opisanych wydarzeniach..
Jeden sygnał.. Drugi..
-Co tam; Tyler?- Zapytał głos Tori po drugiej stronie linii.
-Przepraszam, że cię budzę- zacząłem.
-Nie spałam już. Co jest grane: masz dziwny głos; Michael..- Zauważyła nieco zmartwiona.
-To znowu się dzieje; Tori... Z Cally jest coraz gorzej..
-Jak to gorzej??- wychwyciłem szum przewracanej strony w książce.
-Callisto... Ona... Upada..- Z telefonem przy uchu oparłem się plecami o jesion.- Lucian powiedział; że to drugie stadium.. Ona niedługo...- urwałem. Nie mogło mi to przejść przez gardło.
Ona niedługo...
Zacznie zabijać..
Stanie się tym bezmyślnym- nastawionym na ludzką krew- potworem...
Potworem; którego tak bardzo nienawidzi..
-To moja wina.. Nie powinienem jej..
-Powinieneś- przerwała.-Ona się nie podda; Michael. Znam Cally: ona nie poddaje się tak łatwo.
-A jak z Paulem?
-Udaje; że wszystko jest okej, ale... Żadne z nas mu nie wierzy. On chyba naprawdę kocha Caroline- zauważyła cicho.- Mój plan jest taki: spotykamy się u Vincenta i pomyślimy, co dalej..
-Teraz? Przecież jest czwarta rano..- zauważyłem ostrożnie.
-Vincent już nie śpi. Dzwonił do mnie coś po północy; że Paul przyszedł pijany, zdołowany i z butelką wódki. Naprawdę źle z nim...
-Rozumiem.. Uprzedzisz Vincenta?
-Pewnie; do zobaczenia- rzuciła kończąc rozmowę.
-Cześć..- pożegnałem się.
Zjechałem po pniu ukrywając głowę w ramionach.
Nie...
Nie mogę się poddać..
Potrzebuje mnie...
Nie...
To JA jej potrzebuję.
To JA jej potrzebuję.
Może jednak powinienem podkulić ogon i poprosić o pomoc tę pijawę..? Może..
Już wiesz, za co tak bardzo nienawidzę wampirów...- Jej głos przywołuje mnie do porządku; odganiając wątpliwości. Ona by tego nie chciała- zawdzięczać życie Czystokrwistemu było dla niej; jako łowcy, najgorszego rodzaju hańbą.
Wolałaby umrzeć; niż napić się krwi; która mogłaby ją ocalić..
Już wiesz, za co tak bardzo nienawidzę wampirów...- Jej głos przywołuje mnie do porządku; odganiając wątpliwości. Ona by tego nie chciała- zawdzięczać życie Czystokrwistemu było dla niej; jako łowcy, najgorszego rodzaju hańbą.
Wolałaby umrzeć; niż napić się krwi; która mogłaby ją ocalić..
Jestem Wampirem Czystej Krwi w najprostszej linii. Dzięki mojej krwi nie upadnie. Nie oszaleje..
-Wampiry są naprawdę obrzydliwe- mruknąłem z niesmakiem; podnosząc się na nogi. Kopnąłem porzuconą puszkę po napoju idąc z dłońmi w kieszeniach bluzy. Do domu Vincenta było niedaleko.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Biała rezydencja rodziny Rodriguez była rozświetlona- chyba płonęły wszystkie lampy w całym domu. Ojciec Vincenta; Octavio stał na ganku ze szklaneczką alkoholu w dłoni. Facet był rodowitym Hiszpanem: wysoki i barczysty czarnowłosy o przystojnej; choć poznaczonej zmarszczkami opalonej twarzy i oczach w odcieniu mlecznej czekolady. Vincent byłby wierną kopią ojca; gdyby nie kawowe tęczówki, które odziedziczył po matce. Właściwie niewiele o niej mówi; w sumie to prawie nic. Poza tym; że jego rodzice są po rozwodzie i bywa u matki bardzo rzadko; Vincent zwykle nie dodaje nic więcej- mógłbym nawet przyznać; że ten temat go drażni.
Vincent powoli minął ojca; który zapytał go o coś po hiszpańsku. Vincent nagle przystanął i powoli odwrócił się w stronę swego ojca.
-Nie chcę jej tu widzieć- odparł z wyjątkową niechęcią. Ojciec chłopaka westchnął ciężko znów mówiąc coś po swojemu.
-Przestała być moją matką; gdy zaczęła szlajać się z tym łajdakiem.
-Nie nazywaj w ten sposób Miguela; to nie...
-Masz rację: to nie jego wina; że moja matka była puszczalska- odparł bezczelnie Vincent.
-Santa Marià, madré di Dio! Czy ty nigdy nie przestaniesz być tak piekielnie uparty?- Westchnął ze zmęczeniem Octavio.- Mógłbyś wreszcie zacząć ją szanować..
-Chyba sobie żartujesz; ojcze. Jak mam ją szanować; skoro przez dwanaście lat w ogóle dla niej nie istniałem?- Vincent z trudem zapanował nad sobą, by nie podnieść zbytnio głosu.
-Caramelo; Victoria naprawdę się stara..
Niechętnie byłem świadkiem tej rozmowy; ale gdybym teraz im przerwał...
-Mogła starać się dwanaście lat temu; może nie byłaby teraz dla mnie nikim- oznajmił lodowato Vincent.- Nie chcę jej widzieć. Koniec tematu; ojcze- jego głos choć nadal chłodny, po chwili wyraźnie złagodniał.- Lepiej skończmy tę rozmowę, bo nie chcę, żebyśmy znów się kłócili..- skierował pilot w stronę samochodu; zamrugały kierunkowskazy. Ruszył w stronę domu; ale nagle, jakby coś wyczuł zwrócił się ku mnie i podszedł.
-Cześć; Michael- podskoczyłem słysząc za sobą szept Tori.
-Siema- odparłem.
Przywitaliśmy się splotem dłoni. Przytulił i pocałował lekko Tori.
-Jak z Paulem?- Rzuciłem krótko.
-Jest w dołku... Nie wiem, czy się pokłócili, czy co.. Przyszedł przed północą; lekko na bani, z butelką wódki. Teraz kima u mnie.
Przywitaliśmy się z ojcem Vincenta i ruszyliśmy po schodach na piętro. Chłopak wyciągnął z szafki dwa piwa i oranżadę dla Tori. Otworzył butelki jedną o drugą; a jeden z kapsli poleciał w stronę Paula; który nie otwierając oczu złapał pocisk i odrzucił do Vincenta. Powoli uniósł powieki i usiadł na skraju łóżka, przeciągając się.
-Siema.- Odbiło mu się potężnie.- Przepraszam..- uśmiechnął się słabo.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Biała rezydencja rodziny Rodriguez była rozświetlona- chyba płonęły wszystkie lampy w całym domu. Ojciec Vincenta; Octavio stał na ganku ze szklaneczką alkoholu w dłoni. Facet był rodowitym Hiszpanem: wysoki i barczysty czarnowłosy o przystojnej; choć poznaczonej zmarszczkami opalonej twarzy i oczach w odcieniu mlecznej czekolady. Vincent byłby wierną kopią ojca; gdyby nie kawowe tęczówki, które odziedziczył po matce. Właściwie niewiele o niej mówi; w sumie to prawie nic. Poza tym; że jego rodzice są po rozwodzie i bywa u matki bardzo rzadko; Vincent zwykle nie dodaje nic więcej- mógłbym nawet przyznać; że ten temat go drażni.
Vincent powoli minął ojca; który zapytał go o coś po hiszpańsku. Vincent nagle przystanął i powoli odwrócił się w stronę swego ojca.
-Nie chcę jej tu widzieć- odparł z wyjątkową niechęcią. Ojciec chłopaka westchnął ciężko znów mówiąc coś po swojemu.
-Przestała być moją matką; gdy zaczęła szlajać się z tym łajdakiem.
-Nie nazywaj w ten sposób Miguela; to nie...
-Masz rację: to nie jego wina; że moja matka była puszczalska- odparł bezczelnie Vincent.
-Santa Marià, madré di Dio! Czy ty nigdy nie przestaniesz być tak piekielnie uparty?- Westchnął ze zmęczeniem Octavio.- Mógłbyś wreszcie zacząć ją szanować..
-Chyba sobie żartujesz; ojcze. Jak mam ją szanować; skoro przez dwanaście lat w ogóle dla niej nie istniałem?- Vincent z trudem zapanował nad sobą, by nie podnieść zbytnio głosu.
-Caramelo; Victoria naprawdę się stara..
Niechętnie byłem świadkiem tej rozmowy; ale gdybym teraz im przerwał...
-Mogła starać się dwanaście lat temu; może nie byłaby teraz dla mnie nikim- oznajmił lodowato Vincent.- Nie chcę jej widzieć. Koniec tematu; ojcze- jego głos choć nadal chłodny, po chwili wyraźnie złagodniał.- Lepiej skończmy tę rozmowę, bo nie chcę, żebyśmy znów się kłócili..- skierował pilot w stronę samochodu; zamrugały kierunkowskazy. Ruszył w stronę domu; ale nagle, jakby coś wyczuł zwrócił się ku mnie i podszedł.
-Cześć; Michael- podskoczyłem słysząc za sobą szept Tori.
-Siema- odparłem.
Przywitaliśmy się splotem dłoni. Przytulił i pocałował lekko Tori.
-Jak z Paulem?- Rzuciłem krótko.
-Jest w dołku... Nie wiem, czy się pokłócili, czy co.. Przyszedł przed północą; lekko na bani, z butelką wódki. Teraz kima u mnie.
Przywitaliśmy się z ojcem Vincenta i ruszyliśmy po schodach na piętro. Chłopak wyciągnął z szafki dwa piwa i oranżadę dla Tori. Otworzył butelki jedną o drugą; a jeden z kapsli poleciał w stronę Paula; który nie otwierając oczu złapał pocisk i odrzucił do Vincenta. Powoli uniósł powieki i usiadł na skraju łóżka, przeciągając się.
-Siema.- Odbiło mu się potężnie.- Przepraszam..- uśmiechnął się słabo.
-...Z Callisto z dnia na dzień jest gorzej. Próbowała to ukrywać; ale od tamtego jej ataku w szkole wiedziałem. Lucian powiedział; że to drugie stadium..- zakończyłem ponuro.
-Czyli to już przesądzone?- Zapytał niechętnie Paul.
-Nawet tak nie mów- zaczęła z oburzeniem Tori.
-Istnieje sposób; żeby ją ocalić, ale...- Zacząłem.
-...Ale Raven się na to nie zgodzi- dokończył Vincent; upił łyk piwa.
-Więc ty też wiesz; jaki to sposób?- Zapytała Tori przyglądając się narzeczonemu badawczo.
-Tak; wiem... Z tym; że to coś w stylu rosyjskiej ruletki- odparł ostrożnie Vincent.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytałem powoli.
Ciemnooki zmierzył mnie długim spojrzeniem.
-Na pewno chcesz wiedzieć?- Zapytał po chwili wahania.
Zastanowiłem się przez krótki moment.
-Mów; jakoś to wytrzymam- odpowiedziałem w końcu.
-Z jednej strony jesteście wy jako Purpurowy Łańcuch, natomiast z drugiej; w przypadku Callisto.. Może inaczej.- Vincent spojrzał na mnie.- Morgenstern mówił ci kiedyś; skąd się biorą wampiry poziomu D?- Zapytał powoli.
-To głównie wampiry, które były kiedyś ludźmi.
-Właśnie: między Czystokrwistym; a człowiekiem zmienionym w wampira powstaje więź... Nazywają to Szklaną Więzią- Kontynuował Vincent.
-No; wiem, ale jaki to ma związek.?- Zacząłem powoli.
-Bo u niektórych nowoprzemienionych; z którymi Czystokrwisty nie wymienił krwi ta więź z czasem zanika całkowicie. U jednych szybciej; u innych później- Rodriguez wzruszył ramionami.
-Mistrz wspominał mi o czymś takim, ale nadal nie łapię, co Callisto ma z tym wspólnego..- Stwierdziłem nadal nic nie rozumiejąc.
Przez twarz Hiszpana przemknął cień uśmiechu.
-Wiesz czemu Raven wyczuwała obecność Linka na kilometr?- Spytał nagle, jakby z innej beczki.
Paul nagle ocknął się z zadumy.
-Ty chyba nie mówisz poważnie- zacząłem rozumieć; do czego Vincent zmierza.
-Zaraz. Przecież przed chwilą mówiłeś że ta "więź" z czasem zanika- zauważył powoli Paul.
-W zasadzie mnie też to trochę zdziwiło; ale poszedłem twoim tropem, Płomień.
Zamrugałem oszołomiony.
-Jak to moim tropem?- Spytałem z niemałym zdziwieniem.
-Purpurowy Łańcuch nigdy nie dotyczył ludzi zmienionych w wampiry; więc więź między wami także jest czymś w rodzaju anomalii.
-Obrażasz mnie- odparłem wolno.
-Nie chciałem, zresztą poznałem już twój prawy prosty- Vincent uśmiechnął się blado.- Cally jest chyba mistrzynią nie tylko w naginaniu wszelkich zasad; ale i w ustanawianiu nowych, jeszcze bardziej niemożliwych.- Zauważył.
-Czyli chcesz powiedzieć; że tak: połączenie między Wroną...
-Krukiem- poprawiła Tori wpadając Paulowi w zdanie.
-Właśnie: Krukiem i tym wampem nigdy nie zostało zerwane, a poza tym, że sama Callisto (podobnie; jak wspomniany wamp) jakimś cudem przywiązała do siebie Michaela?- Zapytał Paul; żeby się upewnić.
-Mniej więcej- skwitował Rodriguez.
-Hola, hola!. To był zwykły przypadek, że...- próbowałem się bronić.
-Nie wierzysz w przypadki tak samo, jak my- zauważyła Tori; wyciągając nogi.
-Nie wierzę w przeznaczenie i inne tego typu pierdoły; a to znacząca różnica; Miles- zaprzeczyłem.
-Już niedługo: Rodriguez- rzuciła ze śmiechem.
-Czyli to już przesądzone?- Zapytał niechętnie Paul.
-Nawet tak nie mów- zaczęła z oburzeniem Tori.
-Istnieje sposób; żeby ją ocalić, ale...- Zacząłem.
-...Ale Raven się na to nie zgodzi- dokończył Vincent; upił łyk piwa.
-Więc ty też wiesz; jaki to sposób?- Zapytała Tori przyglądając się narzeczonemu badawczo.
-Tak; wiem... Z tym; że to coś w stylu rosyjskiej ruletki- odparł ostrożnie Vincent.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytałem powoli.
Ciemnooki zmierzył mnie długim spojrzeniem.
-Na pewno chcesz wiedzieć?- Zapytał po chwili wahania.
Zastanowiłem się przez krótki moment.
-Mów; jakoś to wytrzymam- odpowiedziałem w końcu.
-Z jednej strony jesteście wy jako Purpurowy Łańcuch, natomiast z drugiej; w przypadku Callisto.. Może inaczej.- Vincent spojrzał na mnie.- Morgenstern mówił ci kiedyś; skąd się biorą wampiry poziomu D?- Zapytał powoli.
-To głównie wampiry, które były kiedyś ludźmi.
-Właśnie: między Czystokrwistym; a człowiekiem zmienionym w wampira powstaje więź... Nazywają to Szklaną Więzią- Kontynuował Vincent.
-No; wiem, ale jaki to ma związek.?- Zacząłem powoli.
-Bo u niektórych nowoprzemienionych; z którymi Czystokrwisty nie wymienił krwi ta więź z czasem zanika całkowicie. U jednych szybciej; u innych później- Rodriguez wzruszył ramionami.
-Mistrz wspominał mi o czymś takim, ale nadal nie łapię, co Callisto ma z tym wspólnego..- Stwierdziłem nadal nic nie rozumiejąc.
Przez twarz Hiszpana przemknął cień uśmiechu.
-Wiesz czemu Raven wyczuwała obecność Linka na kilometr?- Spytał nagle, jakby z innej beczki.
Paul nagle ocknął się z zadumy.
-Ty chyba nie mówisz poważnie- zacząłem rozumieć; do czego Vincent zmierza.
-Zaraz. Przecież przed chwilą mówiłeś że ta "więź" z czasem zanika- zauważył powoli Paul.
-W zasadzie mnie też to trochę zdziwiło; ale poszedłem twoim tropem, Płomień.
Zamrugałem oszołomiony.
-Jak to moim tropem?- Spytałem z niemałym zdziwieniem.
-Purpurowy Łańcuch nigdy nie dotyczył ludzi zmienionych w wampiry; więc więź między wami także jest czymś w rodzaju anomalii.
-Obrażasz mnie- odparłem wolno.
-Nie chciałem, zresztą poznałem już twój prawy prosty- Vincent uśmiechnął się blado.- Cally jest chyba mistrzynią nie tylko w naginaniu wszelkich zasad; ale i w ustanawianiu nowych, jeszcze bardziej niemożliwych.- Zauważył.
-Czyli chcesz powiedzieć; że tak: połączenie między Wroną...
-Krukiem- poprawiła Tori wpadając Paulowi w zdanie.
-Właśnie: Krukiem i tym wampem nigdy nie zostało zerwane, a poza tym, że sama Callisto (podobnie; jak wspomniany wamp) jakimś cudem przywiązała do siebie Michaela?- Zapytał Paul; żeby się upewnić.
-Mniej więcej- skwitował Rodriguez.
-Hola, hola!. To był zwykły przypadek, że...- próbowałem się bronić.
-Nie wierzysz w przypadki tak samo, jak my- zauważyła Tori; wyciągając nogi.
-Nie wierzę w przeznaczenie i inne tego typu pierdoły; a to znacząca różnica; Miles- zaprzeczyłem.
-Już niedługo: Rodriguez- rzuciła ze śmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz