-To nie było zabawne; paniczu...- odezwał się Lucian ostrożnie.
-Wiem, Lucian...- przyznał smutno Cristopher Raven patrząc na mnie.- Jesteś tak bardzo podobna do Valerie- wymówił imię mojej matki z uczuciem.
-Wszyscy mówią że bardziej jestem podobna do ciebie- zauważyłam niepewnie, w jakiś sposób wiedząc; że nadchodząca rozmowa będzie trudna dla nas obojga.
-Uparta; jak każdy Raven...- westchnął ojciec patrząc na mnie ciepło.
Zastanawiał się nad czymś przez chwilę.
-Nawet nie przypuszczałem, że z takiego maleńkiego brzdąca wyrośnie tak silna, zdolna i piękna dziewczyna- powiedział zamyślony.
-W dodatku tak samo ironiczna; jak ty, paniczu- dodał Lucian; a ja szturchnęłam go mocno.
Z korytarza usłyszeliśmy dwa kłócące się głosy.
-..niemniej jednak powinieneś nie wdawać się w bójki z kimś takim; jak Horse- zauważył ojciec Michaela.
-Należało mu się. Zresztą nie tylko ja tak myślę- burknął Michael.
-Wolałbym; żebyś nadmiar swojej energii wykorzystał, chociażby na treningach- powiedział Armand Tyler z niezadowoleniem.
-Będę się starał; ale jeśli znów ten koleś wejdzie mi w drogę to chyba go zatłukę- powiedział ze złością zielonooki.- Chyba widziałem na ulicy ojca Callisto.
Kroki jego ojca nagle ucichły.
-Dałbym głowę; że widziałem Cristophera w Stowarzyszeniu- stwierdził ojciec Michaela.- Musiało ci się coś przywidzieć; James...
-Jak to w Stowarzyszeniu??- Michael zbaraniał.
-Może to ja mam zwidy, jeśli nie ty- stwierdził jego ojciec z sarkazmem.
-To nie zwidy; tylko Swan; Armandzie- odezwał się mój ojciec.
-Kim jest Swan?- Zapytał zaskoczony Michael. Podszedł i objął mnie mocno na powitanie, przyglądając się mojemu ojcu.
-To twój bliźniak żyje; Cristopher?- Zdziwił się ojciec Michaela.
-Niestety- przytaknął mój ojciec, obserwując jak Michael siada obok pytając mnie o coś spojrzeniem. Skinęłam głową w odpowiedzi, a on wziął mnie delikatnie za rękę.
-Ładna z nich para, co Armand?- Rzucił szeptem mój ojciec.
-Jakbym widział ciebie za szkolnych czasów- Odparł uszczypliwie Armand Tyler.
-A ja ciebie- odciął się przyjaźnie tato.
Z korytarza rozległo się przeraźliwe miałczenie.
-Kiedyś ukatrupię tego sierściucha..- mruknęłam z irytacją, a Lucian zachichotał z czegoś.
-Gacuś: kici kici- burknął głos Angello- Przygarnęli pchlarza, a dać mu żreć nie ma kto; cholera jasna..- prychnął.
-Nic się nie zmieniłeś: jesteś burkliwy, jak zwykle; Angello- Stwierdził z ironią mój ojciec.
-Spadaj; Raven- rzucił przewodniczący z przyzwyczajenia. Nagle przystanął z puszką kociego żarcia w ręku.- Cristopher; kiedy wróciłeś z zaświatów?- Obaj objęli się po bratersku.
-Jakąś godzinę temu..- odparł z nagłym zakłopotaniem mój ojciec.- Do pełni szczęścia jeszcze tylko Moona tu brakuje...
-O wilku mowa; a wilk tuż...- rzucił tajemniczo Armand Tyler; słysząc mocne beknięcie, rzucił- Zachowuj się. Byle jak, ale się zachowuj; Felix..
-Prosisz się o poprawiony kształt swojego nosa; Tyler?- Zakpił Felix Moon, nagle zbladł.
-Ducha zobaczyłeś?- Zachichotał mój ojciec.
-Cri..sto..pher?- Wyjąkał blady, jak prześcieradło.
-We własnej osobie...- mojemu ojcu przerwały śmiechy Angello i Tylera.
-Zawsze chciałem zobaczyć zdziwioną minę Moona- zarechotał Angello z uciechą
-Powiedział ten; który spaceruje z puszką Whiskas'a- odparł na zaczepkę Felix Moon..
-Szukałem waszego głupiego kota- burknął Angello.
-To kot Jasona; więc niech on go karmi..
-Może szybciej zdechnie...- wpadłam mężczyźnie w słowo z nadzieją, a Michael i Lucian pokładali się ze śmiechu na łóżku.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Chciałabym zapytać ojca o wiele spraw: o to; dlaczego odszedł; co robił przez cały ten czas; o Grace... O wiele rzeczy; które się wydarzyły... Byłam cholernie zagubiona. W ogóle nie wiedziałam; jak powinnam się w tej sytuacji zachować; co zrobić.
-Jesteś zagubiona; Cally- Zauważył ojciec. On również wydawał się niepewny, jakby miał zaraz stąpać po rozżarżonych węglach.
-Chyba oboje trochę się tym denerwujemy- zauważyłam uśmiechając się z trudem.
-To dlatego, że tak wiele się wydarzyło- Brunet odwzajemnił uśmiech nieco opornie.- Powinienem cię przeprosić za to wszystko, co się stało..
-To nie twoja wina- zaczęłam trochę wbrew temu; co czułam. Chyba powiedziałam to bardziej z szacunku do ojca, niż ze szczerości.
-Moja. Przez Christiana przeżyłaś cały ten szok i dowiedziałaś się czegoś, z czym z trudem sobie poradziłaś. Chyba nie jestem dobrym ojcem..- przerwał mi z poczuciem winy.
-Chciałeś mnie chronić przed tym człowiekiem... Swoim bliźniakiem- odparłam z naciskiem, biorąc jego dłoń w swoje.- Nie musisz być dobrym ojcem; żeby być moim ojcem...- Zastanowiłam się nagle.- To zabrzmiało trochę głupio, nie sądzisz?- Spytałam nieco zaskoczona.
Ojciec wpatrywał się w moje dłonie, w których starałam się zamknąć jego dłoń, na której widniał blady ślad po obrączce ślubnej.
-Naprawdę nie jesteś złym człowiekiem; po prostu słabo to wszystko wyszło.
-Niezwykle dyplomatycznie dajesz mi do zrozumienia, że dałem dupy- przyznał uśmiechając się blado.
-Każdy się czasami gubi; tato.. Nawet ja..- przyznałam zaglądając mu w oczy.
-Mimo wszystko zostawiłem własne dziecko i...- powiedział z żalem.
-Miałeś dobre intencje..- Chciałam go pocieszyć, pomóc mu uporać się z jego samotnością i uczuciami; które przez ten czas go niszczyły. W gruncie rzeczy był moim ojcem i nie potrafiłabym mieć do niego żalu z powodu tego; że chciał tylko mojego bezpieczeństwa i szczęścia. Mimo jego nieobecności czułam jakąś (w tamtym czasie niewytłumaczalną) opiekę.
-Tęskniłem za tobą..- powiedział cicho przytulając mnie mocno.
-Ja chyba bardziej; tato..- Odparłam z lekkim uśmiechem opierając głowę o jego ramię.
-Kochasz Michaela, prawda?- Zapytał z nagłym zaciekawieniem.
-Bardzo, ale czasami doprowadza mnie do szału...- przyznałam.
-Spokojnie; ma to po ojcu...- rzucił ze śmiechem tato.
-Słyszałem; Raven- rzucił z korytarza głos Armanda Tylera.
-Bo miałeś usłyszeć- rzucił lekko Cristopher Raven w stronę drzwi, a z korytarza rozległo się znajome prychnięcie- identycznie wyrażał swoje "wal się" Michael.
-Zauważyłem, że jemu też bardzo... Ekhm. Zależy na tobie- Zauważył ojciec.
-I tu zaczyna się masakra..- westchnęłam ciężko.- Już niewiele mi brakuje do poziomu D, a on... On nie widzi powodu; żeby przestać walczyć bez sensu... Z kolei ja... Nie chcę, żeby... Nie chcę, by cierpiał i...- zwierzyłam się ponuro.- Czasem wydaje mi się jakby zamiast mnie; tulił nastroszonego jeża...
Ojciec z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem.
-Nieprawda; Cally- odezwał się z nagłą powagą.- Sam widzę, że przy nim zapominasz o reszcie świata...
-To takie górnolotne, tato...- zaczęłam z zakłopotaniem.
-Bo jesteś w nim zakochana po uszy; Cally- granatowooki powiedział to takim tonem, jakby stwierdzał, że ziemia krąży wokół słońca.- Po tym, co przeszłaś zasługujesz na takiego chłopaka, jakim jest syn Armanda...
-A jaki jest "ten syn Armanda"; panie Raven?- Zapytał Michael nagle.
Zwróciliśmy wzrok w stronę drzwi pokoju- Michael opierał się o framugę spoglądając z zaciekawieniem i uwagą na mojego ojca.
-Poza tym; że podkochuje się w mojej cudnej córeczce?- Zastanowił się brunet taksując badawczym spojrzeniem nastolatka.- Jest zapewne szczery; uparty, wojowniczy... Na pewno skory do kłótni i bójek; ale i potrafi się skupić na ważnych rzeczach...
Michael uniósł brwi wpatrując się ze zdumieniem w mego ojca; jakby ten właśnie perfekcyjnie go rozszyfrował.
-Skąd...?- Zaczął zaskoczony.
-Przez pomyłkę skojarzył mi się Armand ze szkolnych lat- rzucił brunet przepraszającym tonem, patrząc bystro na zielonookiego.- Ale widząc twoją minę jesteś chyba taki sam; jak ojciec.. Przynajmniej patrząc na te urocze zadrapania po niedawnej bójce- stwierdził ojciec.
-Musiałem spuścić łomot pewnemu kolesiowi- przyznał Michael wzruszając lekko ramionami.
-Czyżby kolejna ustawka z Horse'em?- Zapytałam nagle niechętnie.
-Nie moja wina, że lubi mnie prowokować; a sama wiesz, że na jego widok aż mnie ręce swierzbią... Poza tym to była sprawa honoru- oznajmił dumny z siebie.
-Niby czyjego honoru? Zamieniłeś się na mózg z Rodriguezem; czy co?- Zaczęłam trochę zła.
-Nikt nie nazwie mojej dziewczyny tak, jak on to zrobił- odparł Michael z odrazą, ignorując przytyk.
-Niby jak mnie nazwał?- Zaczęłam z ironią.
-Dostatecznie okropnie; bym mógł mu za to wyklepać maskę- oznajmił z niezadowoleniem zielonooki.
Czytaj: nie powiem ci za jasnego diabła. Granatowooki brunet przyglądał się chłopakowi z zaciekawieniem.
-Zostawię was samych- Rzucił Cristopher lekko, wychodząc z pokoju.
-Wiem, Lucian...- przyznał smutno Cristopher Raven patrząc na mnie.- Jesteś tak bardzo podobna do Valerie- wymówił imię mojej matki z uczuciem.
-Wszyscy mówią że bardziej jestem podobna do ciebie- zauważyłam niepewnie, w jakiś sposób wiedząc; że nadchodząca rozmowa będzie trudna dla nas obojga.
-Uparta; jak każdy Raven...- westchnął ojciec patrząc na mnie ciepło.
Zastanawiał się nad czymś przez chwilę.
-Nawet nie przypuszczałem, że z takiego maleńkiego brzdąca wyrośnie tak silna, zdolna i piękna dziewczyna- powiedział zamyślony.
-W dodatku tak samo ironiczna; jak ty, paniczu- dodał Lucian; a ja szturchnęłam go mocno.
Z korytarza usłyszeliśmy dwa kłócące się głosy.
-..niemniej jednak powinieneś nie wdawać się w bójki z kimś takim; jak Horse- zauważył ojciec Michaela.
-Należało mu się. Zresztą nie tylko ja tak myślę- burknął Michael.
-Wolałbym; żebyś nadmiar swojej energii wykorzystał, chociażby na treningach- powiedział Armand Tyler z niezadowoleniem.
-Będę się starał; ale jeśli znów ten koleś wejdzie mi w drogę to chyba go zatłukę- powiedział ze złością zielonooki.- Chyba widziałem na ulicy ojca Callisto.
Kroki jego ojca nagle ucichły.
-Dałbym głowę; że widziałem Cristophera w Stowarzyszeniu- stwierdził ojciec Michaela.- Musiało ci się coś przywidzieć; James...
-Jak to w Stowarzyszeniu??- Michael zbaraniał.
-Może to ja mam zwidy, jeśli nie ty- stwierdził jego ojciec z sarkazmem.
-To nie zwidy; tylko Swan; Armandzie- odezwał się mój ojciec.
-Kim jest Swan?- Zapytał zaskoczony Michael. Podszedł i objął mnie mocno na powitanie, przyglądając się mojemu ojcu.
-To twój bliźniak żyje; Cristopher?- Zdziwił się ojciec Michaela.
-Niestety- przytaknął mój ojciec, obserwując jak Michael siada obok pytając mnie o coś spojrzeniem. Skinęłam głową w odpowiedzi, a on wziął mnie delikatnie za rękę.
-Ładna z nich para, co Armand?- Rzucił szeptem mój ojciec.
-Jakbym widział ciebie za szkolnych czasów- Odparł uszczypliwie Armand Tyler.
-A ja ciebie- odciął się przyjaźnie tato.
Z korytarza rozległo się przeraźliwe miałczenie.
-Kiedyś ukatrupię tego sierściucha..- mruknęłam z irytacją, a Lucian zachichotał z czegoś.
-Gacuś: kici kici- burknął głos Angello- Przygarnęli pchlarza, a dać mu żreć nie ma kto; cholera jasna..- prychnął.
-Nic się nie zmieniłeś: jesteś burkliwy, jak zwykle; Angello- Stwierdził z ironią mój ojciec.
-Spadaj; Raven- rzucił przewodniczący z przyzwyczajenia. Nagle przystanął z puszką kociego żarcia w ręku.- Cristopher; kiedy wróciłeś z zaświatów?- Obaj objęli się po bratersku.
-Jakąś godzinę temu..- odparł z nagłym zakłopotaniem mój ojciec.- Do pełni szczęścia jeszcze tylko Moona tu brakuje...
-O wilku mowa; a wilk tuż...- rzucił tajemniczo Armand Tyler; słysząc mocne beknięcie, rzucił- Zachowuj się. Byle jak, ale się zachowuj; Felix..
-Prosisz się o poprawiony kształt swojego nosa; Tyler?- Zakpił Felix Moon, nagle zbladł.
-Ducha zobaczyłeś?- Zachichotał mój ojciec.
-Cri..sto..pher?- Wyjąkał blady, jak prześcieradło.
-We własnej osobie...- mojemu ojcu przerwały śmiechy Angello i Tylera.
-Zawsze chciałem zobaczyć zdziwioną minę Moona- zarechotał Angello z uciechą
-Powiedział ten; który spaceruje z puszką Whiskas'a- odparł na zaczepkę Felix Moon..
-Szukałem waszego głupiego kota- burknął Angello.
-To kot Jasona; więc niech on go karmi..
-Może szybciej zdechnie...- wpadłam mężczyźnie w słowo z nadzieją, a Michael i Lucian pokładali się ze śmiechu na łóżku.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Chciałabym zapytać ojca o wiele spraw: o to; dlaczego odszedł; co robił przez cały ten czas; o Grace... O wiele rzeczy; które się wydarzyły... Byłam cholernie zagubiona. W ogóle nie wiedziałam; jak powinnam się w tej sytuacji zachować; co zrobić.
-Jesteś zagubiona; Cally- Zauważył ojciec. On również wydawał się niepewny, jakby miał zaraz stąpać po rozżarżonych węglach.
-Chyba oboje trochę się tym denerwujemy- zauważyłam uśmiechając się z trudem.
-To dlatego, że tak wiele się wydarzyło- Brunet odwzajemnił uśmiech nieco opornie.- Powinienem cię przeprosić za to wszystko, co się stało..
-To nie twoja wina- zaczęłam trochę wbrew temu; co czułam. Chyba powiedziałam to bardziej z szacunku do ojca, niż ze szczerości.
-Moja. Przez Christiana przeżyłaś cały ten szok i dowiedziałaś się czegoś, z czym z trudem sobie poradziłaś. Chyba nie jestem dobrym ojcem..- przerwał mi z poczuciem winy.
-Chciałeś mnie chronić przed tym człowiekiem... Swoim bliźniakiem- odparłam z naciskiem, biorąc jego dłoń w swoje.- Nie musisz być dobrym ojcem; żeby być moim ojcem...- Zastanowiłam się nagle.- To zabrzmiało trochę głupio, nie sądzisz?- Spytałam nieco zaskoczona.
Ojciec wpatrywał się w moje dłonie, w których starałam się zamknąć jego dłoń, na której widniał blady ślad po obrączce ślubnej.
-Naprawdę nie jesteś złym człowiekiem; po prostu słabo to wszystko wyszło.
-Niezwykle dyplomatycznie dajesz mi do zrozumienia, że dałem dupy- przyznał uśmiechając się blado.
-Każdy się czasami gubi; tato.. Nawet ja..- przyznałam zaglądając mu w oczy.
-Mimo wszystko zostawiłem własne dziecko i...- powiedział z żalem.
-Miałeś dobre intencje..- Chciałam go pocieszyć, pomóc mu uporać się z jego samotnością i uczuciami; które przez ten czas go niszczyły. W gruncie rzeczy był moim ojcem i nie potrafiłabym mieć do niego żalu z powodu tego; że chciał tylko mojego bezpieczeństwa i szczęścia. Mimo jego nieobecności czułam jakąś (w tamtym czasie niewytłumaczalną) opiekę.
-Tęskniłem za tobą..- powiedział cicho przytulając mnie mocno.
-Ja chyba bardziej; tato..- Odparłam z lekkim uśmiechem opierając głowę o jego ramię.
-Kochasz Michaela, prawda?- Zapytał z nagłym zaciekawieniem.
-Bardzo, ale czasami doprowadza mnie do szału...- przyznałam.
-Spokojnie; ma to po ojcu...- rzucił ze śmiechem tato.
-Słyszałem; Raven- rzucił z korytarza głos Armanda Tylera.
-Bo miałeś usłyszeć- rzucił lekko Cristopher Raven w stronę drzwi, a z korytarza rozległo się znajome prychnięcie- identycznie wyrażał swoje "wal się" Michael.
-Zauważyłem, że jemu też bardzo... Ekhm. Zależy na tobie- Zauważył ojciec.
-I tu zaczyna się masakra..- westchnęłam ciężko.- Już niewiele mi brakuje do poziomu D, a on... On nie widzi powodu; żeby przestać walczyć bez sensu... Z kolei ja... Nie chcę, żeby... Nie chcę, by cierpiał i...- zwierzyłam się ponuro.- Czasem wydaje mi się jakby zamiast mnie; tulił nastroszonego jeża...
Ojciec z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem.
-Nieprawda; Cally- odezwał się z nagłą powagą.- Sam widzę, że przy nim zapominasz o reszcie świata...
-To takie górnolotne, tato...- zaczęłam z zakłopotaniem.
-Bo jesteś w nim zakochana po uszy; Cally- granatowooki powiedział to takim tonem, jakby stwierdzał, że ziemia krąży wokół słońca.- Po tym, co przeszłaś zasługujesz na takiego chłopaka, jakim jest syn Armanda...
-A jaki jest "ten syn Armanda"; panie Raven?- Zapytał Michael nagle.
Zwróciliśmy wzrok w stronę drzwi pokoju- Michael opierał się o framugę spoglądając z zaciekawieniem i uwagą na mojego ojca.
-Poza tym; że podkochuje się w mojej cudnej córeczce?- Zastanowił się brunet taksując badawczym spojrzeniem nastolatka.- Jest zapewne szczery; uparty, wojowniczy... Na pewno skory do kłótni i bójek; ale i potrafi się skupić na ważnych rzeczach...
Michael uniósł brwi wpatrując się ze zdumieniem w mego ojca; jakby ten właśnie perfekcyjnie go rozszyfrował.
-Skąd...?- Zaczął zaskoczony.
-Przez pomyłkę skojarzył mi się Armand ze szkolnych lat- rzucił brunet przepraszającym tonem, patrząc bystro na zielonookiego.- Ale widząc twoją minę jesteś chyba taki sam; jak ojciec.. Przynajmniej patrząc na te urocze zadrapania po niedawnej bójce- stwierdził ojciec.
-Musiałem spuścić łomot pewnemu kolesiowi- przyznał Michael wzruszając lekko ramionami.
-Czyżby kolejna ustawka z Horse'em?- Zapytałam nagle niechętnie.
-Nie moja wina, że lubi mnie prowokować; a sama wiesz, że na jego widok aż mnie ręce swierzbią... Poza tym to była sprawa honoru- oznajmił dumny z siebie.
-Niby czyjego honoru? Zamieniłeś się na mózg z Rodriguezem; czy co?- Zaczęłam trochę zła.
-Nikt nie nazwie mojej dziewczyny tak, jak on to zrobił- odparł Michael z odrazą, ignorując przytyk.
-Niby jak mnie nazwał?- Zaczęłam z ironią.
-Dostatecznie okropnie; bym mógł mu za to wyklepać maskę- oznajmił z niezadowoleniem zielonooki.
Czytaj: nie powiem ci za jasnego diabła. Granatowooki brunet przyglądał się chłopakowi z zaciekawieniem.
-Zostawię was samych- Rzucił Cristopher lekko, wychodząc z pokoju.
-Na pewno wiesz, co robisz; Callisto?- Zapytał zaniepokojony, przesuwając ustami po pieczęci na mojej szyi.
-Pojawiło się kilka komplikacji; Michael; których nikt wcześniej by się nie spodziewał...- złożyłam dłoń z lazurytowym sygnetem na jego splecionych na moim ciele dłoniach.
-Jakich komplikacji?- Zapytał zdenerwowany.
-Powiem ci o wszystkim; ale nie dzisiaj...- Zapewniłam przytulając się mocno do zielonookiego okularnika.
-W porządku. Możemy pogadać o tym jutro- ustąpił przyglądając mi się z troską. Jego ciepły oddech owiewał mój kark, zapach jego krwi zamiast sprawiać mi ból; przyjemnie mnie uspokajał.
Powoli wyciągnęłam rękę w tył i przysuwając go jeszcze bliżej pocałowałam lekko.
-Może...- zaczął nieśmiało z ustami przy moich.
-Nie chcę pić...- odpowiedziałam spokojnie, splatając nasze palce.
-Pracowałaś nad tym dziennikiem?- Spytał zaciekawionym szeptem.
-Jakoś nie mogę się do tego zabrać...- westchnęłam ciężko.
-Jutro zaczniemy- uspokoił lekko.
-Jutro będzie ciężki dzień, co?- Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Z tobą żaden dzień nie jest ciężki- zaprzeczył spokojnie.
-Romantyk się znalazł- szturchnęłam go niby zaczepnie.
-Jestem po prostu szczery- obruszył się, ale zdradził go szeroki uśmiech.
***
Nazajutrz...
-Jaki jest kolejny, pasjonujący powód pani spóźnienia; Raven: słucham- Shark jednak naprawdę mnie nie cierpi.
-Niekoniecznie powiedziałabym, że jest pasjonujący; chyba że pasjonującym nazwałby pan zatrzaśnięcie się w "przybytku rozmyślań nad sensem istnienia"- zauważyłam powoli. Kilkanaście osób parsknęło śmiechem.
-Siadaj; Raven- zdegustowany matematyk odesłał mnie ruchem ręki.
Michael posłał mi pytające spojrzenie; skinęłam głową przekazując mu pod ławką grudkę karbidu; który zwinęłam z pracowni Greya. Rodriguez miał w torbie zatkaną puszkę z otworem. Plan był prosty- ja zagaduję Morgana; chłopaki na umówiony sygnał (słowo "szachy") narobią hałasu; a Tori w tym czasie niepostrzeżenie podprowadzi z biblioteki słownik łaciny.
Miałam tylko nadzieję że to się uda.
***
Cholera... Przeklęty Shark...
Cudem się udało. Naprawdę jestem teraz Collins dozgonnie wdzięczna, za te cenne sekundy, bo nie tylko my, ale i chłopcy zdążyli spieprzyć na czas.
Rzuciłam pytające spojrzenie Tori; pokazała znakiem, że wszystko poszło okej.
-Widziałaś po drodze chłopaków?- Spytałam; gdy zrównała się ze mną.
-Wszystko gra- rzucił tuż przede mną Paul.
-Gdzie Vincent i Michael?
-Przy stacji: PALIWO- odparł ze śmiechem.- Tyler jest ostatnio coraz bardziej zręczny, co?
PALIWO oznaczało maszynę z napojami w puszkach; konkretnie był to skrót trzecioklasistów znaczący: Puszka Aluminiowa Lata i Wali Obuchem; bo nieraz się zdarzyło że ktoś dostał "gratisową" puszką po głowie.
-To znaczy?- Spytała Tori.
-Zdążył złapać gratisa zanim Vincent dostał w... Może nie powiem; gdzie ta puszka celowała- rzucił z nagłym zakłopotaniem.
-Jest po prostu zdolny- Rzuciłam w odpowiedzi.
-Hej; pijawka. Dawno cię nie widziałem- rzucił kilka metrów za nami głos.
-Horse..- warknął Paul z irytacją. Wokół rozległy się zdumione szepty.
-Zjeżdżaj; jeśli nie chcesz kolejnych siniaków "Podkowa"- oznajmiłam chłodno, przystając odwróciłam się w stronę nadchodzącego bliznowatego chłopaka.
-Za dużo kraczesz tym dziobem "Kruk"; uważaj, żebym i ja nie zrobił się zbyt gadatliwy- Odparł przystając tuż przede mną.- "Płomień" ci wtedy nie pomoże- rzucił z groźbą patrząc mi prosto w oczy.
-Pilnuj swojego nosa; Horse- burknął Paul ostro.
-Nie wtrącaj się, Tanner: nie z tobą rozmawiam- odparł Horse nie zaszczycając Paula spojrzeniem.
-Grozisz mi; Horse?- Zapytałam zaglądając mu prosto w oczy uśmiechnęłam się drwiąco.- Lepiej uważaj, do kogo w ten sposób się odzywasz; bo może ci to bardzo zaszkodzić, ty nędzny; tchórzliwy śmieciu. Kilka osób, w tym przewodniczący, może się przypadkiem dowiedzieć; co się tamtego dnia stało- Uśmiechnęłam się szerzej.
-Raven; Horse: co się tutaj dzieje?- Zapytała Vitto widząc wokół nas spory tłum licealistów przysłuchujący się naszej wymianie uprzejmości.
-Właśnie kończyliśmy miłą pogawędkę, pani profesor- rzuciłam uprzejmie.- A tobie; Horse; radzę bardziej uważać na to co mówisz, cześć- odwróciłam się i ruszyłam na półpiętro w stronę siedzących na schodach Michaela i Vincenta, przecinając ręką powietrze szybkim ruchem złapałam w locie kolorową puszkę i otworzyłam ją.
-Udało wam się?- Spytał Vincent ściszając głos.
-Gdyby nie wy; byłaby lipa. Jesteście najlepsi- oznajmiłam z podziwem.
-To Paul uratował nam dupska; więc to on jest najlepszy- powiedział Vincent ze śmiechem.
-Eee tam- odparł Paul machnąwszy ręką lekceważąco.
-Tylko dzięki tobie nie wpadłem po uszy; brachu.- rzucił z wdzięcznością Michael.
-Pojawiło się kilka komplikacji; Michael; których nikt wcześniej by się nie spodziewał...- złożyłam dłoń z lazurytowym sygnetem na jego splecionych na moim ciele dłoniach.
-Jakich komplikacji?- Zapytał zdenerwowany.
-Powiem ci o wszystkim; ale nie dzisiaj...- Zapewniłam przytulając się mocno do zielonookiego okularnika.
-W porządku. Możemy pogadać o tym jutro- ustąpił przyglądając mi się z troską. Jego ciepły oddech owiewał mój kark, zapach jego krwi zamiast sprawiać mi ból; przyjemnie mnie uspokajał.
Powoli wyciągnęłam rękę w tył i przysuwając go jeszcze bliżej pocałowałam lekko.
-Może...- zaczął nieśmiało z ustami przy moich.
-Nie chcę pić...- odpowiedziałam spokojnie, splatając nasze palce.
-Pracowałaś nad tym dziennikiem?- Spytał zaciekawionym szeptem.
-Jakoś nie mogę się do tego zabrać...- westchnęłam ciężko.
-Jutro zaczniemy- uspokoił lekko.
-Jutro będzie ciężki dzień, co?- Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Z tobą żaden dzień nie jest ciężki- zaprzeczył spokojnie.
-Romantyk się znalazł- szturchnęłam go niby zaczepnie.
-Jestem po prostu szczery- obruszył się, ale zdradził go szeroki uśmiech.
***
Nazajutrz...
-Jaki jest kolejny, pasjonujący powód pani spóźnienia; Raven: słucham- Shark jednak naprawdę mnie nie cierpi.
-Niekoniecznie powiedziałabym, że jest pasjonujący; chyba że pasjonującym nazwałby pan zatrzaśnięcie się w "przybytku rozmyślań nad sensem istnienia"- zauważyłam powoli. Kilkanaście osób parsknęło śmiechem.
-Siadaj; Raven- zdegustowany matematyk odesłał mnie ruchem ręki.
Michael posłał mi pytające spojrzenie; skinęłam głową przekazując mu pod ławką grudkę karbidu; który zwinęłam z pracowni Greya. Rodriguez miał w torbie zatkaną puszkę z otworem. Plan był prosty- ja zagaduję Morgana; chłopaki na umówiony sygnał (słowo "szachy") narobią hałasu; a Tori w tym czasie niepostrzeżenie podprowadzi z biblioteki słownik łaciny.
Miałam tylko nadzieję że to się uda.
***
Cholera... Przeklęty Shark...
Cudem się udało. Naprawdę jestem teraz Collins dozgonnie wdzięczna, za te cenne sekundy, bo nie tylko my, ale i chłopcy zdążyli spieprzyć na czas.
Rzuciłam pytające spojrzenie Tori; pokazała znakiem, że wszystko poszło okej.
-Widziałaś po drodze chłopaków?- Spytałam; gdy zrównała się ze mną.
-Wszystko gra- rzucił tuż przede mną Paul.
-Gdzie Vincent i Michael?
-Przy stacji: PALIWO- odparł ze śmiechem.- Tyler jest ostatnio coraz bardziej zręczny, co?
PALIWO oznaczało maszynę z napojami w puszkach; konkretnie był to skrót trzecioklasistów znaczący: Puszka Aluminiowa Lata i Wali Obuchem; bo nieraz się zdarzyło że ktoś dostał "gratisową" puszką po głowie.
-To znaczy?- Spytała Tori.
-Zdążył złapać gratisa zanim Vincent dostał w... Może nie powiem; gdzie ta puszka celowała- rzucił z nagłym zakłopotaniem.
-Jest po prostu zdolny- Rzuciłam w odpowiedzi.
-Hej; pijawka. Dawno cię nie widziałem- rzucił kilka metrów za nami głos.
-Horse..- warknął Paul z irytacją. Wokół rozległy się zdumione szepty.
-Zjeżdżaj; jeśli nie chcesz kolejnych siniaków "Podkowa"- oznajmiłam chłodno, przystając odwróciłam się w stronę nadchodzącego bliznowatego chłopaka.
-Za dużo kraczesz tym dziobem "Kruk"; uważaj, żebym i ja nie zrobił się zbyt gadatliwy- Odparł przystając tuż przede mną.- "Płomień" ci wtedy nie pomoże- rzucił z groźbą patrząc mi prosto w oczy.
-Pilnuj swojego nosa; Horse- burknął Paul ostro.
-Nie wtrącaj się, Tanner: nie z tobą rozmawiam- odparł Horse nie zaszczycając Paula spojrzeniem.
-Grozisz mi; Horse?- Zapytałam zaglądając mu prosto w oczy uśmiechnęłam się drwiąco.- Lepiej uważaj, do kogo w ten sposób się odzywasz; bo może ci to bardzo zaszkodzić, ty nędzny; tchórzliwy śmieciu. Kilka osób, w tym przewodniczący, może się przypadkiem dowiedzieć; co się tamtego dnia stało- Uśmiechnęłam się szerzej.
-Raven; Horse: co się tutaj dzieje?- Zapytała Vitto widząc wokół nas spory tłum licealistów przysłuchujący się naszej wymianie uprzejmości.
-Właśnie kończyliśmy miłą pogawędkę, pani profesor- rzuciłam uprzejmie.- A tobie; Horse; radzę bardziej uważać na to co mówisz, cześć- odwróciłam się i ruszyłam na półpiętro w stronę siedzących na schodach Michaela i Vincenta, przecinając ręką powietrze szybkim ruchem złapałam w locie kolorową puszkę i otworzyłam ją.
-Udało wam się?- Spytał Vincent ściszając głos.
-Gdyby nie wy; byłaby lipa. Jesteście najlepsi- oznajmiłam z podziwem.
-To Paul uratował nam dupska; więc to on jest najlepszy- powiedział Vincent ze śmiechem.
-Eee tam- odparł Paul machnąwszy ręką lekceważąco.
-Tylko dzięki tobie nie wpadłem po uszy; brachu.- rzucił z wdzięcznością Michael.
Historia...
-Ulubiona grupa pierwszoroczniaków; zapraszam- rzucił Bergmann odkładając opasły tom na biurko.
-Zapowiada się ciekawie- rzucił Vincent za mną z ironią.
Zwykle żaden z nauczycieli nie mówił o klasie pierwszej E pozytywnie; a już nazwanie nas "ulubioną grupą" było sennym marzeniem, toteż wszystkich to nieco zaskoczyło. Bergmann poczekał spokojnie aż zajmiemy miejsca- on w przeciwieństwie do innych belfrów miał zawsze czasu aż nadto i potrafił omówić dany temat w niecałe dwa kwadranse. Był wyrozumiały na tyle, by powtórzyć coś nawet trzykrotnie, jeśli zaszłaby taka potrzeba.
-Sand, co wie pani o czternastym stuleciu?- Zapytał uprzejmie Bergmann.
Lekcję taką, jak ta nazywaliśmy krotko: egzekucja- Delacroix stosował ją raz w miesiącu i widocznie Bergmann nie zamierzał rezygnować z sadystycznego pomysłu swego poprzednika.
-Papież Klemens V wybrany. Potem rozwiązał on zakon Temlariuszy, niektórych spalono na stosie; wyprawy krzyżowe, wygnanie Dantego Alighieri z Florencji... Polowania na czarownice...
-Szkoda, że facetka od fizy nie żyła w tamtych czasach- rzucił jeden z chłopaków wpadając Sheili w zdanie.
-Kontynuuj; Black- rzucił w jego stronę Bergmann.
-Legendy o wampirach. Po jakimś trzęsieniu ziemi we Włoszech runęła jedna ze ścian Koloseum, Henryk III-ci został królem Anglii, wojna trzydziestoletnia. W miedzyczasie zmienił się papież...- Black nie stracił głowy.
-Zatrzymajmy się na chwilę przy legendach. Tanner, co pan powie na temat ówczesnej legendy o wampirach?
Paul wstał ze swojego miejsca.
-Ówczesne wampiry były zwyczajnymi ludźmi; których zbyt wcześnie uznano za zmarłych. Gdzieś czytałem że na niektórych cmentarzach przy grobie wkopywano rurkę z zawieszonym dzwonkiem. Niektórych chowano twarzą do dołu. A tych, którzy jakoś wydostali się z grobu uznawano za wampiry i zabijano jesionowym kołkiem.
-Dziękuję; Tanner. Fox, kontynuuj- rzucił nauczyciel.
-Ulubiona grupa...- mruknęła Tori.
-Do gnębienia- Dokończył kwaśno Vincent.
-Rodriguez, co chcesz dopowiedzieć do kwestii XIV-stowiecznych wampirów?.
-Ma dobry słuch- rzucił szeptem Paul.
-Dziękuję, panie Tanner. Słyszę, co trzeba- rzucił Bergmann z ironią; a klasa ostrzelała Paula zdumionymi spojrzeniami.
-Proszę uprzejmie; panie profesorze- rzucił bez zająknięcia Paul.
-Ulubiona grupa pierwszoroczniaków; zapraszam- rzucił Bergmann odkładając opasły tom na biurko.
-Zapowiada się ciekawie- rzucił Vincent za mną z ironią.
Zwykle żaden z nauczycieli nie mówił o klasie pierwszej E pozytywnie; a już nazwanie nas "ulubioną grupą" było sennym marzeniem, toteż wszystkich to nieco zaskoczyło. Bergmann poczekał spokojnie aż zajmiemy miejsca- on w przeciwieństwie do innych belfrów miał zawsze czasu aż nadto i potrafił omówić dany temat w niecałe dwa kwadranse. Był wyrozumiały na tyle, by powtórzyć coś nawet trzykrotnie, jeśli zaszłaby taka potrzeba.
-Sand, co wie pani o czternastym stuleciu?- Zapytał uprzejmie Bergmann.
Lekcję taką, jak ta nazywaliśmy krotko: egzekucja- Delacroix stosował ją raz w miesiącu i widocznie Bergmann nie zamierzał rezygnować z sadystycznego pomysłu swego poprzednika.
-Papież Klemens V wybrany. Potem rozwiązał on zakon Temlariuszy, niektórych spalono na stosie; wyprawy krzyżowe, wygnanie Dantego Alighieri z Florencji... Polowania na czarownice...
-Szkoda, że facetka od fizy nie żyła w tamtych czasach- rzucił jeden z chłopaków wpadając Sheili w zdanie.
-Kontynuuj; Black- rzucił w jego stronę Bergmann.
-Legendy o wampirach. Po jakimś trzęsieniu ziemi we Włoszech runęła jedna ze ścian Koloseum, Henryk III-ci został królem Anglii, wojna trzydziestoletnia. W miedzyczasie zmienił się papież...- Black nie stracił głowy.
-Zatrzymajmy się na chwilę przy legendach. Tanner, co pan powie na temat ówczesnej legendy o wampirach?
Paul wstał ze swojego miejsca.
-Ówczesne wampiry były zwyczajnymi ludźmi; których zbyt wcześnie uznano za zmarłych. Gdzieś czytałem że na niektórych cmentarzach przy grobie wkopywano rurkę z zawieszonym dzwonkiem. Niektórych chowano twarzą do dołu. A tych, którzy jakoś wydostali się z grobu uznawano za wampiry i zabijano jesionowym kołkiem.
-Dziękuję; Tanner. Fox, kontynuuj- rzucił nauczyciel.
-Ulubiona grupa...- mruknęła Tori.
-Do gnębienia- Dokończył kwaśno Vincent.
-Rodriguez, co chcesz dopowiedzieć do kwestii XIV-stowiecznych wampirów?.
-Ma dobry słuch- rzucił szeptem Paul.
-Dziękuję, panie Tanner. Słyszę, co trzeba- rzucił Bergmann z ironią; a klasa ostrzelała Paula zdumionymi spojrzeniami.
-Proszę uprzejmie; panie profesorze- rzucił bez zająknięcia Paul.
Przerwa na lunch; stołówka szkolna.
-Dość stresu na następne trzy dni- jęknął Vincent Rodriguez kładąc na stoliku tacę z żarciem.
Rozluźniłam krawat wzdychając ciężko.
-Mam nadzieję; że ten dziennik nie okaże się totalną lipą- powiedziałam powoli.
-O czym mówił przedtem Horse na korytarzu?- Zapytał Paul.- Wasza rozmowa była trochę...
-Dziwna, wiem.- Wzruszyłam ramionami.- Jako łowcy mówimy do siebie herbami; a on stara się umilić mi życie, jak tylko potrafi. Nieliczni łowcy w Stowarzyszeniu wiedzą, co zaszło tamtej nocy i...
-A twoja groźba w jego stronę?- Spytał Paul ostrożnie.
-Kilka lat temu Horse podczas obławy na wampira poziomu B zwyczajnie zwiał zostawiając jednego z naszych na pewną śmierć. Nikt o tym nie wie poza mną; bo byłam akurat w pobliżu. Będący z nim chłopak zginął; a Horse uciekł, jak zwykły tchórz. On wie, że mogę mu zaszkodzić tym, co wiem. Tylko z tego powodu trzyma dziób na kłódkę; bo gdyby ta sprawa wyszła albo wylądowałby w papierkach; albo zostałoby wszczęte postępowanie wyjaśniające; a Rada prawdopodobnie wykluczyłaby go ze Stowarzyszenia.- Wytłumaczyłam przyciszonym głosem.
-Zresztą wszyscy krzywo patrzą na łowczych rodu Podkowa- odezwał się Michael z namysłem.
-Skąd wiesz?- Zdziwiłam się.
-Widziałem starego Horse'a kilka dni temu w kwaterze głównej. Wredny, stary szczur- rzucił złośliwie Michael.
***
Późny wieczór; pobliże slumsów.
-No, to zaczynamy balangę- Rzuciłam obracając w dłoni miecz.
Szczury doniosły o kolejnym ruchu Rady Wampirów. Czarne peleryny werbowały nowych do swoich szeregów; prawdopodobnie ktoś z wyższego szczebla również dotrzymywał im towarzystwa; dlatego musieliśmy być czujni i mniej hałaśliwi, niż zwykle. I jeszcze te cholerne policyjne patrole...
-Cuchnie krwią..- zauważyłam z nagłym obrzydzeniem rozglądając się po pogrążonych w mroku wąskich uliczkach.
-Callisto...- Michael i mój ojciec równocześnie podtrzymali mnie w pionie.
Zamrugałam szybko. To niczym nieuzasadnione uczucie obezwładniającego strachu, które potwierdzało obecność Czystokrwistego w pobliżu.
-Dwóch; Cristopher- oznajmił wuj Alec za nami.
Ojciec skinął głową machinalnie; poprawiając chwyt dłoni trzymających sztylety.
Wtedy zaatakowało nas kilku Ochroniarzy i wampirów poziomu C.
-Takie coś, to ja rozumiem- rzucił Porter z uciechą; rzucając się na jednego. Wszyscy podążyliśmy za jego przykładem.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Cristopher Raven ogarnął spojrzeniem sytuację i zajął się najbliższym Ochroniarzem.
Zadawał ciosy szybko i precyzyjnie, skutecznie odciągając wampira; kolejnego atakującego przebił sztyletem- jednym susem przeskoczył upadające truchło i pojawiając się za długowłosą z mieczem, oplatającym pnączami jej dłoń z lazurytowym pierścionkiem, wepchnął oba sztylety w jej plecy. Z wampirzycy trysnęła fontanna krwi a truchło zapłonęło błękitnym ogniem.
-Czystokrwista przebrana za Ochroniarza. Twój radar się myli; Alec?- Spytał nagle brata.
-Istnieje taka ewentualność..- Powiedział z zastanowieniem Alec Raven sprzątając kolejnego.- Cześć; Luca- rzucili z humorem widząc przelatującego między nimi najmłodszego brata.
Widząc postać wampira wydostałem się ze środka bitwy i idąc wyciągnąłem z rękawa drugi miecz pozbywałem się atakujących mnie wampirów.
Przede mną; w odległości dwóch metrów otoczony przyboczną gwardią swych sługusów stał przewodniczący Rady Wampirów; Vincenzo Corvin.
Idąc skróciłem kolejnego wampira o głowę. Corvin stał spokojnie i niewzruszony obserwował bitwę.
-Panie...- zaczął z wahaniem jeden z otaczających Corvina wampirów; obserwując zmniejszający się między nami dystans.
-Ian, miecz.- Zażądał lodowato Corvin.
Wampir wyciągnął w stronę wampira dłoń z przykutym doń za pomocą kolczastych łodyg mieczem. Wampir złożył dłoń na kolcach rzucając coś w obcym języku. Pnącza puściły palce Ian'a i oplotły dłoń Corvina zaciskając się, w ostrze wsiąknęła ciemnoczerwona krew, a oczy wampira błysnęły krwawym blaskiem.
Reszta przybocznych cofnęła się za Corvina.
Pozostałe wampiry na sekundę zwróciły wzrok w naszą stronę Łowcy zbili się w grupę i patrzyli ze zdziwieniem na obecną sytuację.
Przystanąłem półtora metra od Corvina patrząc mu prosto w oczy.
-Gotów na śmierć; Corvin?- Zapytałem spokojnie; lecz z powagą.
-Zapłacisz mi za to swoją krwią; Płomień- oznajmił zimno podnosząc miecz; który trzymała dłoń pozbawiona małego palca.
-Zapłacę ci z nawiązką; wampirze..- odparłem bezczelnie.
-Dość stresu na następne trzy dni- jęknął Vincent Rodriguez kładąc na stoliku tacę z żarciem.
Rozluźniłam krawat wzdychając ciężko.
-Mam nadzieję; że ten dziennik nie okaże się totalną lipą- powiedziałam powoli.
-O czym mówił przedtem Horse na korytarzu?- Zapytał Paul.- Wasza rozmowa była trochę...
-Dziwna, wiem.- Wzruszyłam ramionami.- Jako łowcy mówimy do siebie herbami; a on stara się umilić mi życie, jak tylko potrafi. Nieliczni łowcy w Stowarzyszeniu wiedzą, co zaszło tamtej nocy i...
-A twoja groźba w jego stronę?- Spytał Paul ostrożnie.
-Kilka lat temu Horse podczas obławy na wampira poziomu B zwyczajnie zwiał zostawiając jednego z naszych na pewną śmierć. Nikt o tym nie wie poza mną; bo byłam akurat w pobliżu. Będący z nim chłopak zginął; a Horse uciekł, jak zwykły tchórz. On wie, że mogę mu zaszkodzić tym, co wiem. Tylko z tego powodu trzyma dziób na kłódkę; bo gdyby ta sprawa wyszła albo wylądowałby w papierkach; albo zostałoby wszczęte postępowanie wyjaśniające; a Rada prawdopodobnie wykluczyłaby go ze Stowarzyszenia.- Wytłumaczyłam przyciszonym głosem.
-Zresztą wszyscy krzywo patrzą na łowczych rodu Podkowa- odezwał się Michael z namysłem.
-Skąd wiesz?- Zdziwiłam się.
-Widziałem starego Horse'a kilka dni temu w kwaterze głównej. Wredny, stary szczur- rzucił złośliwie Michael.
***
Późny wieczór; pobliże slumsów.
-No, to zaczynamy balangę- Rzuciłam obracając w dłoni miecz.
Szczury doniosły o kolejnym ruchu Rady Wampirów. Czarne peleryny werbowały nowych do swoich szeregów; prawdopodobnie ktoś z wyższego szczebla również dotrzymywał im towarzystwa; dlatego musieliśmy być czujni i mniej hałaśliwi, niż zwykle. I jeszcze te cholerne policyjne patrole...
-Cuchnie krwią..- zauważyłam z nagłym obrzydzeniem rozglądając się po pogrążonych w mroku wąskich uliczkach.
-Callisto...- Michael i mój ojciec równocześnie podtrzymali mnie w pionie.
Zamrugałam szybko. To niczym nieuzasadnione uczucie obezwładniającego strachu, które potwierdzało obecność Czystokrwistego w pobliżu.
-Dwóch; Cristopher- oznajmił wuj Alec za nami.
Ojciec skinął głową machinalnie; poprawiając chwyt dłoni trzymających sztylety.
Wtedy zaatakowało nas kilku Ochroniarzy i wampirów poziomu C.
-Takie coś, to ja rozumiem- rzucił Porter z uciechą; rzucając się na jednego. Wszyscy podążyliśmy za jego przykładem.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Cristopher Raven ogarnął spojrzeniem sytuację i zajął się najbliższym Ochroniarzem.
Zadawał ciosy szybko i precyzyjnie, skutecznie odciągając wampira; kolejnego atakującego przebił sztyletem- jednym susem przeskoczył upadające truchło i pojawiając się za długowłosą z mieczem, oplatającym pnączami jej dłoń z lazurytowym pierścionkiem, wepchnął oba sztylety w jej plecy. Z wampirzycy trysnęła fontanna krwi a truchło zapłonęło błękitnym ogniem.
-Czystokrwista przebrana za Ochroniarza. Twój radar się myli; Alec?- Spytał nagle brata.
-Istnieje taka ewentualność..- Powiedział z zastanowieniem Alec Raven sprzątając kolejnego.- Cześć; Luca- rzucili z humorem widząc przelatującego między nimi najmłodszego brata.
Widząc postać wampira wydostałem się ze środka bitwy i idąc wyciągnąłem z rękawa drugi miecz pozbywałem się atakujących mnie wampirów.
Przede mną; w odległości dwóch metrów otoczony przyboczną gwardią swych sługusów stał przewodniczący Rady Wampirów; Vincenzo Corvin.
Idąc skróciłem kolejnego wampira o głowę. Corvin stał spokojnie i niewzruszony obserwował bitwę.
-Panie...- zaczął z wahaniem jeden z otaczających Corvina wampirów; obserwując zmniejszający się między nami dystans.
-Ian, miecz.- Zażądał lodowato Corvin.
Wampir wyciągnął w stronę wampira dłoń z przykutym doń za pomocą kolczastych łodyg mieczem. Wampir złożył dłoń na kolcach rzucając coś w obcym języku. Pnącza puściły palce Ian'a i oplotły dłoń Corvina zaciskając się, w ostrze wsiąknęła ciemnoczerwona krew, a oczy wampira błysnęły krwawym blaskiem.
Reszta przybocznych cofnęła się za Corvina.
Pozostałe wampiry na sekundę zwróciły wzrok w naszą stronę Łowcy zbili się w grupę i patrzyli ze zdziwieniem na obecną sytuację.
Przystanąłem półtora metra od Corvina patrząc mu prosto w oczy.
-Gotów na śmierć; Corvin?- Zapytałem spokojnie; lecz z powagą.
-Zapłacisz mi za to swoją krwią; Płomień- oznajmił zimno podnosząc miecz; który trzymała dłoń pozbawiona małego palca.
-Zapłacę ci z nawiązką; wampirze..- odparłem bezczelnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Pozwól mu ostatni raz przed śmiercią pocałować ukochaną; Vincenzo!- rzucił ze śmiechem głos z dachu najbliższego budynku.
Stał tam jeden z wampirów Rady o imieniu Grigorij obserwując Michaela ze złośliwym uśmiechem na wąskich wargach.
Michael spojrzał w górę. Na jego twarzy zobaczyłam wyzywający uśmiech doskonale ukazujący nie tylko jego butę, ale i wewnętrzną dumę każdego szanującego się łowcy wampirów.
-Podczas tej walki zdążę pocałować Moją Panią trzy razy; a jego i tak zabiję- oznajmił spokojnie, a starsi łowcy aż zawyli z podziwu.
-Nikt, kto walczył z Vincenzo tego nie dokonał- oznajmił Grigorij.- Zamiast się pysznić; lepiej się pomódl; łowco Rodu Płomień- zauważył przyglądając się podejrzliwie Michaelowi, który zacisnął dłoń na wisiorku w kształcie płomienia przymykając na chwilę oczy.
Sekundę później Corvin zaatakował; Michael podniósł w górę skrzyżowane miecze i odpychając Corvina, odbił się stopami od ziemi i odskoczył. Lądując tuż obok przyciągnął mnie i pocałował delikatnie, jednocześnie trzymanym w prawej dłoni mieczem sparował pierwszy cios wampira, mówiąc szeptem:
-Kocham cię...
Zwarły się miecze.
Walka się rozpoczęła.
***********
Łowcy obserwowali z uwagą starcie; a ja drżąc ze zdenerwowania i strachu, niepokoiłam się o życie Michaela. Przed oczami przebiegały mi wszystkie spędzone przy nim chwile... Żarty, z których oboje się śmialiśmy... Wybuchające między nami kłótnie... Wspólne milczenie... Jego ciepło.. Zapach.. Nawet smak jego krwii.. Nasz pierwszy pocałunek w moim pokoju.. ..taniec na Balu Królowej Śniegu.. Pragnęłam jeszcze wiele mu powiedzieć i bałam się, że to może już nie nastąpić... Chciałam mu powiedzieć, jak bardzo go kocham, jak niezmiernie jestem mu wdzięczna za to, że wyciągnął mnie z rozpaczy... Jak bardzo mu ufam...
Najbardziej przerażająca była myśl; że w każdej chwili Śmierć może mi go odebrać tak samo, jak innych, których kochałam...
***********
Kilka uderzeń serca po zablokowaniu kolejnego z morderczej serii ciosów wampira, Michael zaczął atakować z impetem i pierwszy raz ranił Corvina, który kopniakiem posłał go wprost na mnie. Pod wpływem pędu lecącego chłopaka którego lot usiłowałam zatrzymać, podeszwy moich adidasów trące o asfalt zaczęły się tlić.
-...i chcę cię zapytać o to, czy...- szepnął z nikłym uśmiechem i znów delikatnie mnie pocałował. Odwracając się przodem do przeciwnika zamachnął się trzymaną w obu rękach bronią, odcinając Corvinowi lewą dłoń i rozcinając mu twarz, czmychnął przed kolejnymi ciosami w tył.
Wściekły przewodniczący Rady Wampirów zwrócił się w stronę Michaela i w ataku szału odsłaniając kły natarł na chłopaka z szybkością błyskawicy. Michael nie tracąc opanowania zaczął unikać ciosów, w pewnej chwili w głębokim skupieniu zamknął miecz Corvina między swoimi i wytrącił broń z dłoni wampira dotkliwie go kalecząc.
Na asfaltową nawierzchnię spłynęło trochę krwi. Obserwujący ten pojedynek łowcy patrzyli, jak zasapany chłopak powoli uspokajając oddech mówi:
-Podnieś miecz- zwraca się cicho do Vincenzo Corvina.
-Pozwól mu ostatni raz przed śmiercią pocałować ukochaną; Vincenzo!- rzucił ze śmiechem głos z dachu najbliższego budynku.
Stał tam jeden z wampirów Rady o imieniu Grigorij obserwując Michaela ze złośliwym uśmiechem na wąskich wargach.
Michael spojrzał w górę. Na jego twarzy zobaczyłam wyzywający uśmiech doskonale ukazujący nie tylko jego butę, ale i wewnętrzną dumę każdego szanującego się łowcy wampirów.
-Podczas tej walki zdążę pocałować Moją Panią trzy razy; a jego i tak zabiję- oznajmił spokojnie, a starsi łowcy aż zawyli z podziwu.
-Nikt, kto walczył z Vincenzo tego nie dokonał- oznajmił Grigorij.- Zamiast się pysznić; lepiej się pomódl; łowco Rodu Płomień- zauważył przyglądając się podejrzliwie Michaelowi, który zacisnął dłoń na wisiorku w kształcie płomienia przymykając na chwilę oczy.
Sekundę później Corvin zaatakował; Michael podniósł w górę skrzyżowane miecze i odpychając Corvina, odbił się stopami od ziemi i odskoczył. Lądując tuż obok przyciągnął mnie i pocałował delikatnie, jednocześnie trzymanym w prawej dłoni mieczem sparował pierwszy cios wampira, mówiąc szeptem:
-Kocham cię...
Zwarły się miecze.
Walka się rozpoczęła.
***********
Łowcy obserwowali z uwagą starcie; a ja drżąc ze zdenerwowania i strachu, niepokoiłam się o życie Michaela. Przed oczami przebiegały mi wszystkie spędzone przy nim chwile... Żarty, z których oboje się śmialiśmy... Wybuchające między nami kłótnie... Wspólne milczenie... Jego ciepło.. Zapach.. Nawet smak jego krwii.. Nasz pierwszy pocałunek w moim pokoju.. ..taniec na Balu Królowej Śniegu.. Pragnęłam jeszcze wiele mu powiedzieć i bałam się, że to może już nie nastąpić... Chciałam mu powiedzieć, jak bardzo go kocham, jak niezmiernie jestem mu wdzięczna za to, że wyciągnął mnie z rozpaczy... Jak bardzo mu ufam...
Najbardziej przerażająca była myśl; że w każdej chwili Śmierć może mi go odebrać tak samo, jak innych, których kochałam...
***********
Kilka uderzeń serca po zablokowaniu kolejnego z morderczej serii ciosów wampira, Michael zaczął atakować z impetem i pierwszy raz ranił Corvina, który kopniakiem posłał go wprost na mnie. Pod wpływem pędu lecącego chłopaka którego lot usiłowałam zatrzymać, podeszwy moich adidasów trące o asfalt zaczęły się tlić.
-...i chcę cię zapytać o to, czy...- szepnął z nikłym uśmiechem i znów delikatnie mnie pocałował. Odwracając się przodem do przeciwnika zamachnął się trzymaną w obu rękach bronią, odcinając Corvinowi lewą dłoń i rozcinając mu twarz, czmychnął przed kolejnymi ciosami w tył.
Wściekły przewodniczący Rady Wampirów zwrócił się w stronę Michaela i w ataku szału odsłaniając kły natarł na chłopaka z szybkością błyskawicy. Michael nie tracąc opanowania zaczął unikać ciosów, w pewnej chwili w głębokim skupieniu zamknął miecz Corvina między swoimi i wytrącił broń z dłoni wampira dotkliwie go kalecząc.
Na asfaltową nawierzchnię spłynęło trochę krwi. Obserwujący ten pojedynek łowcy patrzyli, jak zasapany chłopak powoli uspokajając oddech mówi:
-Podnieś miecz- zwraca się cicho do Vincenzo Corvina.
₪₪₪₪₪₪₪₪
W ostatniej chwili odskakuje przed ostrzem przewodniczącego Rady Wampirów i wypuszczając z palców broń, podskakuje chwytając się poręczy rozkładanych metalowych schodów przyspawanych do podestu budynku i wyciągając wyprostowane nogi w stronę przeciwnika kopniakiem drugi raz wytrąca z rąk Czystokrwistego broń, której lot śledzą świadkowie potyczki; a która obracając się kończy zatopiona po rękojeść w piersi Ian'a. Michael po chwili ląduje na nogach i podnosi swoje oba miecze- jest już przygotowany do dalszej walki.
Wykorzystując chwilę zdumienia i zawahania Corvina, podchodzi i całując mnie trzeci raz, kończy zdanie:
-...czy staniesz się moją żoną; Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk..?
Oniemiałam, a moje oczy ze zdumienia przybrały, zapewne, wielkość talerzy obiadowych.
Znów zaczął unikać ciosów, ale nawet, gdy jego plecy napotkały ceglany mur nie stracił głowy.
Corvin wyraźnie pewien swego zwycięstwa zaatakował...
W ostatniej chwili odskakuje przed ostrzem przewodniczącego Rady Wampirów i wypuszczając z palców broń, podskakuje chwytając się poręczy rozkładanych metalowych schodów przyspawanych do podestu budynku i wyciągając wyprostowane nogi w stronę przeciwnika kopniakiem drugi raz wytrąca z rąk Czystokrwistego broń, której lot śledzą świadkowie potyczki; a która obracając się kończy zatopiona po rękojeść w piersi Ian'a. Michael po chwili ląduje na nogach i podnosi swoje oba miecze- jest już przygotowany do dalszej walki.
Wykorzystując chwilę zdumienia i zawahania Corvina, podchodzi i całując mnie trzeci raz, kończy zdanie:
-...czy staniesz się moją żoną; Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk..?
Oniemiałam, a moje oczy ze zdumienia przybrały, zapewne, wielkość talerzy obiadowych.
Znów zaczął unikać ciosów, ale nawet, gdy jego plecy napotkały ceglany mur nie stracił głowy.
Corvin wyraźnie pewien swego zwycięstwa zaatakował...
Ogarnięta paraliżującym strachem zasłoniłam dłońmi twarz i przez palce z rosnącym zdenerwowaniem zmusiłam się, by zobaczyć końcowy wynik tego pojedynku.
....Miecz wampira wbił się w szparę w łączeniu dwóch sąsiednich cegieł- głownia broni utkwiła w wyrwie i pękła kilka centymetrów od jelca, rękojeść została w dłoni zszokowanego wampira... W tej samej chwili Michael wylądował za Corvinem, który odwrócił się, próbując wyrwać mu drugi miecz... Udało mu się to, ale przez utratę sporej ilości krwi nie był już tak silny i szybki, jak wcześniej. Michael patrząc mu prosto w oczy pchnął klingę, która smyknęła się po głowni drugiego miecza i trafiła w serce wampira, który powoli wypuścił z dłoni miecz.
Z ciała Corvina buchnął błękitny ogień trawiąc resztę jego ścierwa.
-Powiedz mi, że to się nie dzieje tu i teraz; Christopher...- Wyszeptał Armand Tyler wpatrując się w dopalające się truchło przewodniczącego Rady Wampirów.
-To ty mi powiedz; że chyba śnię, że twój syn odważył się poprosić moją córkę o rękę...- Odparł szeptem mój ojciec.
-Au! Co ci odbiło?!- Zapytali nasi ojcowie równocześnie, patrząc z pretensjami na wujka Aleca.
-Mogę śmiało powiedzieć; że nic się wam w tym momencie nie śni..- oznajmił z nieśmiałym uśmiechem młodszy brat mego ojca.
Z ciała Corvina buchnął błękitny ogień trawiąc resztę jego ścierwa.
-Powiedz mi, że to się nie dzieje tu i teraz; Christopher...- Wyszeptał Armand Tyler wpatrując się w dopalające się truchło przewodniczącego Rady Wampirów.
-To ty mi powiedz; że chyba śnię, że twój syn odważył się poprosić moją córkę o rękę...- Odparł szeptem mój ojciec.
-Au! Co ci odbiło?!- Zapytali nasi ojcowie równocześnie, patrząc z pretensjami na wujka Aleca.
-Mogę śmiało powiedzieć; że nic się wam w tym momencie nie śni..- oznajmił z nieśmiałym uśmiechem młodszy brat mego ojca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz