poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter Shadow of Life Rozdział XIX: Niezamazany obraz

Zrób to… Dla kogoś; kogo kochasz
Jego słowa wprawiały moją rozstrojoną wampirzą stronę w drżenie. Dla kogoś, kogo kochasz..- kocham Michaela; ale nie potrafię pogodzić się z tym, że jeśli, go stracę… Boję się; że nie panując nad swoją gorszą stroną mogę go skrzywdzić.
Od kilku miesięcy mam wreszcie powód, by żyć i nadal walczyć.
Baw się dobrze na balu, siostro
Czy ta dziewczyna; którą często mijam na szkolnych korytarzach może być Grace Ann? Dlaczego odezwała się teraz? Czemu w ogóle się odezwała? Jaki ma w tym wszystkim cel?
-W co ty; u cholery; pogrywasz?- Mruknęłam do siebie w zastanowieniu.
Zmęczenie nagle mi minęło. Usiadłam przy biurku i wsunęłam kluczyk do jednej z szuflad biurka.
-Zamek znów się zaciął…- burknęłam. Trzymając kluczyk nieruchomo, drugą dłonią walnęłam w szufladę równocześnie przekręcając klucz. Zamek puścił; wysunęłam.
Po śmierci rodziców, wyprowadzając się, zabierałam z domu wszystko; co wpadło mi w ręce. Na dnie szuflady leżało sporo drobiazgów: ulubiony wisiorek ojca ze srebrną zawieszką- nieśmiertelnikiem, na ktorym wygrawerowano herb rodu Raven; kilka noży i sztyletów z dość pokaźnego arsenału rodziców; należącą do mojej matki szpilkę do włosów z orientalnym motywem- „gałązka kwiatów wiśni”; oraz ozdobny krzyż z herbem mojej matki wywodzącej się z rodu Holy- aniołem skruchy, którym to jest archanioł Uriel. I największa tajemnica- zamknięty na małą kłódkę pamiętnik Grace Ann.
Owa kłódka była dla mnie teraz pestką. Wyciągnęłam go z szuflady i pilniczkiem do paznokci zaczęłam mocować się z zamkniętą książeczką.
Liczyłam, że może tu znajdę kilka odpowiedzi…
      *27. kwiecień*

      Z każdą sekundą; gdy na nich patrzę; coraz bardziej ich nienawidzę.. Ale, czy mogę nienawidzić własną rodzinę?

      Nie mogę być dobrym łowcą wampirów.

      Nie mogę być bliżej Callisto.

      Nie mogę być jedną z nich.

      Jestem zbyt słaba i ciągle choruję. Gdybym tylko była taka; jak ona. Zazdroszczę jej wszystkiego; co mi zabrano: rodziców, szczęścia; humoru.. Jest po prostu kims; nie to, co ja- zwykła żałosna znajda niewiadomo skąd. Za to jej nienawidzę, ale jednocześnie bardzo ją kocham i szanuję.

    Spotkałam kogoś…
- tu wpis się urywa.
      *29 kwiecień*

      Uwielbiam; gdy tak na mnie patrzy..

      Cally nie pozwoliła mi się do niego zbliżyć. Powiedziała, że to wampir.. Jak to poznała..? Naprawdę jest niesamowicie uzdolniona. Szkoda, że ja nigdy nie będę taka super.

      Lasciate che l’inferno! A tutti loro per l’inferno.

    Kocham ich i nienawidzę równocześnie. Jestem rozdarta. Chyba dziś nie zasnę…
Kolejny wpis:
      *8 maj*

      Znalazłam się daleko od domu i zamieniłam z Nim parę słów.

    Jest… Cudowny!
- przerwałam lekturę i rzucając dziennik pobiegłam do łazienki. Zwymiotowałam.
-Na wychwalanie wampirów ci się zebrało; co?- Mruknęłam wpatrując się w swoje lustrzane odbicie. Znów zaczęłam haftować. Otarłam usta wierzchem dłoni.- Psiakrew…- odkręciłam wodę i przepłukałam usta. Splunęłam.- Wampiry..- prychnęłam gniewnie.
Wyglądałam gorzej, niż trup. Czarne oczy z sinymi kręgami, poszarzała twarz- jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy…
Spojrzałam na zegarek na nadgarstku. Dochodziła czwarta; a ja nie posunęłam się ani kroku do przodu.
Ten dziennik to kicha. Zawarte w nim zdania utwierdziły mnie tylko w przekonaniu; że Grace Ann była świadoma tego, co robi- nie była pod wpływem czystokrwistego.
I zdradziła nas bez mrugnięcia okiem.
Wyszłam z łazienki i sięgnęłam do przenośnej lodówki. Otworzyłam ją i widząc, wśród torebek transfuzyjnej, kilka puszek Fanty na mojej twarzy natychmiast pojawił się uśmiech.
-Czubek..- skomentowałam odruchowo; wpatrując się w to dziwne znalezisko. Wyciągnęłam jedną i wbiłam słomkę w plastikową torebkę
-Dzięki; „Vampire on the beach”- rzucił od drzwi jego głos.
Na powitanie rzuciłam w niego puszką napoju. Szybkim ruchem złapał i otworzył z trzaskiem.
-Jak się masz?- Zapytałam.
-Ogólnie? Świetnie. Znów pokłóciliśmy się z ojcem; więc dzień rozpoczęty normalnie- wzruszył ramionami.
-Nie sądzisz, że powinniście się w końcu pogodzić?- Zaczęłam wolno.
-Myślisz, że tego nie próbowałem?- przerwał mi niechętnie, obejmując mnie na powitanie.- Próbowałem i to wiele razy, ale… Cóż, lipa z sosną równo rosną- podsumował obojętnie.
-Właściwie twój ojciec może i ma rację..- zaczęłam niepewnie.
Spojrzał na mnie krzywo; pytając:
-Co masz na myśli?
-Może… Nie, nieważne.- Odparłam powoli.
-Dziwnie się zachowujesz; Callisto- zaczął z troską.
-Przepraszam za tamto.. To było głupie..- westchnęłam cieżko.
-Pięknie wyglądasz- zauważył, chcąc jakoś poprawić mi nastrój.
-Dzięki, widziałam się już w lustrze- zgrabnie obróciłam jego nieudolny komplement w żart; z którego oboje zarechotaliśmy.
-Nie wyglądasz tak strasznie- Stwierdził próbując mnie pocieszyć.
-Nawet „Koszmar z Ulicy Wiązów” to przy mnie pikuś- rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem.
***
Chodziliśmy bez celu po mieście. Wzięłam butelkę transfuzyjnej- w końcu przezorny zawsze ubezpieczony, bo Michaela za nic nie chciałam tknąć.
Mijaliśmy różnych ludzi; rozmawiając o różnych sprawach. Michael nagle został trochę w tyle. Zawróciłam. Stał zapatrzony w wystawę jednego ze sklepów z biżuterią i gapił się na coś.
-Hej, co tak stoisz?- Zapytałam ze śmiechem.
-Nie, nic- odparł wolno. Spojrzał na zegarek.- Lepiej chodźmy do tego kina, bo się spóźnimy- rzucił ciągnąc mnie za sobą.
Dostrzegłam na wystawie złoty łańcuszek z błyszczącą turkusową łezką.
***
-Ten film był do bani.!- Rzucił ze śmiechem; gdy wychodziliśmy z sali.
-Totalnie do bani- zgodziłam się popijając z butelki.
-Pijawa na wakacjach?- Spytał drwiąco, wsuwając zapiekankę.
Kilka osób spojrzało za nami z zaciekawieniem.
-Wiesz, co o tym myślę..- rzuciłam cicho, przeczesując dłonią włosy.
-Wiem, ale…- odetchnął głębiej i dodał ciszej.- Martwi mnie, że źle się czujesz i…
-Nic mi nie będzie- odparłam uśmiechając się ciepło.
-Callisto, proszę cię…- jęknął nieco poirytowany.
-Nie musisz się o mnie martwić- zapewniłam spokojnie; ale zauważyłam, że nadal patrzy na mnie z niepokojem.
Zapanowało między nami dłuższe milczenie.
Troszczył się o mnie. Ufał mi jak nikomu innemu; nieczęsto się zwierzał, ale lubił ze mną rozmawiać. Zresztą czułam to samo wobec niego i nie wybaczyłabym sobie, gdybym…
Otrząsnęłam się z tych ponurych myśli i rzuciłam:
-Ta nowa jak-jej-tam…
-Isobel Benett- wpadł mi w słowo.
Zamyślłam się nagle.
-Nazwisko się zgadza..- odezwałam się przykładając dłoń do pieczęci na szyi.
-Zaraz… O czym ty mówisz?- Zdziwił się.
-Mogła przefarbować włosy i założyć kolorowe soczewki…- rozmyślałam na głos.
-Nie rozumiem. Możesz jaśniej; Callisto?- Zapytał zaniepokojony.
-To dlatego bolała mnie wtedy głowa… Idiot! Remplissez à cent pour cent fou!- Warknęłam po francusku kopiąc w śmietnik przed kinem.- Boîte..!
Michael gapił się na mnie nic nie rozumiejąc. Oparł mnie o budynek i wpatrując się we mnie zapytał:
-O czym ty mówisz; Callisto??- Dopytywał się ostro.
-Isobel właściwie nie ma na imię Isobel.
Wybałuszył oczy zdumiony.
-Nadal nie rozumiem, o co ci chodzi…- powiedział zrezygnowany.
-Ona…- odetchnęłam głęboko.- To moja przybrana siostra: Grace Ann Benett. Zmieniła się; żebym jej nie rozpoznała…
-A to trochę wcześniej.? Je ne sais pas..- Powiedział łamanym francuskim.
-Może lepiej, żebym tego nie tłumaczyła.. Kiedy spotkasz mistrza zapytaj go o Kanister- rzuciłam z namysłem.
-Dziwnie się zachowujesz; Callisto..- wziął mnie za rękę i spojrzał mi głęboko w oczy.- Możesz wziąć ode mnie, kiedy chcesz- spojrzał nieprzychylnie na butelkę, która wystawała z torebki.
-Nie- powiedziałam z naciskiem, opierając dłoń na jego piersi.
-Chcę tego, Cally..- odparł z wahaniem.
Cally, zejdź na dół kochanie. Chciałbym zamienić z tobą słówko- Skrzywiłam się i przymknęłam na chwilę oczy, słysząc głos ojca ze wspomnień.
-Przepraszam… Nie chciałem- powiedział cicho. Chyba zauważył mój smutek.
-Czasem miło oderwać się od nadopiekuńczego chrzestnego- uśmiechnęłam się sztucznie.
-Nie chciałem przypominać ci…
-Śmierci moich rodziców?- Zapytałam spokojnie.- Przynajmniej to wciąż przypomina mi, że nadal jestem człowiekiem..- nawet wymuszony uśmiech zniknął.
Ruszyliśmy spod kina wprost w chłodną noc.
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz