Zrób to… Dla kogoś; kogo kochasz
Jego słowa wprawiały moją rozstrojoną wampirzą stronę w drżenie. Dla kogoś, kogo kochasz..- kocham Michaela; ale nie potrafię pogodzić się z tym, że jeśli, go stracę… Boję się; że nie panując nad swoją gorszą stroną mogę go skrzywdzić.
Od kilku miesięcy mam wreszcie powód, by żyć i nadal walczyć.
Baw się dobrze na balu, siostro
Czy ta dziewczyna; którą często mijam na szkolnych korytarzach może być Grace Ann? Dlaczego odezwała się teraz? Czemu w ogóle się odezwała? Jaki ma w tym wszystkim cel?
-W co ty; u cholery; pogrywasz?- Mruknęłam do siebie w zastanowieniu.
Zmęczenie nagle mi minęło. Usiadłam przy biurku i wsunęłam kluczyk do jednej z szuflad biurka.
-Zamek znów się zaciął…- burknęłam. Trzymając kluczyk nieruchomo, drugą dłonią walnęłam w szufladę równocześnie przekręcając klucz. Zamek puścił; wysunęłam.
Po śmierci rodziców, wyprowadzając się, zabierałam z domu wszystko; co wpadło mi w ręce. Na dnie szuflady leżało sporo drobiazgów: ulubiony wisiorek ojca ze srebrną zawieszką- nieśmiertelnikiem, na ktorym wygrawerowano herb rodu Raven; kilka noży i sztyletów z dość pokaźnego arsenału rodziców; należącą do mojej matki szpilkę do włosów z orientalnym motywem- „gałązka kwiatów wiśni”; oraz ozdobny krzyż z herbem mojej matki wywodzącej się z rodu Holy- aniołem skruchy, którym to jest archanioł Uriel. I największa tajemnica- zamknięty na małą kłódkę pamiętnik Grace Ann.
Owa kłódka była dla mnie teraz pestką. Wyciągnęłam go z szuflady i pilniczkiem do paznokci zaczęłam mocować się z zamkniętą książeczką.
Liczyłam, że może tu znajdę kilka odpowiedzi…
Jego słowa wprawiały moją rozstrojoną wampirzą stronę w drżenie. Dla kogoś, kogo kochasz..- kocham Michaela; ale nie potrafię pogodzić się z tym, że jeśli, go stracę… Boję się; że nie panując nad swoją gorszą stroną mogę go skrzywdzić.
Od kilku miesięcy mam wreszcie powód, by żyć i nadal walczyć.
Baw się dobrze na balu, siostro
Czy ta dziewczyna; którą często mijam na szkolnych korytarzach może być Grace Ann? Dlaczego odezwała się teraz? Czemu w ogóle się odezwała? Jaki ma w tym wszystkim cel?
-W co ty; u cholery; pogrywasz?- Mruknęłam do siebie w zastanowieniu.
Zmęczenie nagle mi minęło. Usiadłam przy biurku i wsunęłam kluczyk do jednej z szuflad biurka.
-Zamek znów się zaciął…- burknęłam. Trzymając kluczyk nieruchomo, drugą dłonią walnęłam w szufladę równocześnie przekręcając klucz. Zamek puścił; wysunęłam.
Po śmierci rodziców, wyprowadzając się, zabierałam z domu wszystko; co wpadło mi w ręce. Na dnie szuflady leżało sporo drobiazgów: ulubiony wisiorek ojca ze srebrną zawieszką- nieśmiertelnikiem, na ktorym wygrawerowano herb rodu Raven; kilka noży i sztyletów z dość pokaźnego arsenału rodziców; należącą do mojej matki szpilkę do włosów z orientalnym motywem- „gałązka kwiatów wiśni”; oraz ozdobny krzyż z herbem mojej matki wywodzącej się z rodu Holy- aniołem skruchy, którym to jest archanioł Uriel. I największa tajemnica- zamknięty na małą kłódkę pamiętnik Grace Ann.
Owa kłódka była dla mnie teraz pestką. Wyciągnęłam go z szuflady i pilniczkiem do paznokci zaczęłam mocować się z zamkniętą książeczką.
Liczyłam, że może tu znajdę kilka odpowiedzi…
- tu wpis się urywa.
Kolejny wpis:
- przerwałam lekturę i rzucając dziennik pobiegłam do łazienki. Zwymiotowałam.
-Na wychwalanie wampirów ci się zebrało; co?- Mruknęłam wpatrując się w swoje lustrzane odbicie. Znów zaczęłam haftować. Otarłam usta wierzchem dłoni.- Psiakrew…- odkręciłam wodę i przepłukałam usta. Splunęłam.- Wampiry..- prychnęłam gniewnie.
Wyglądałam gorzej, niż trup. Czarne oczy z sinymi kręgami, poszarzała twarz- jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy…
Spojrzałam na zegarek na nadgarstku. Dochodziła czwarta; a ja nie posunęłam się ani kroku do przodu.
Ten dziennik to kicha. Zawarte w nim zdania utwierdziły mnie tylko w przekonaniu; że Grace Ann była świadoma tego, co robi- nie była pod wpływem czystokrwistego.
I zdradziła nas bez mrugnięcia okiem.
Wyszłam z łazienki i sięgnęłam do przenośnej lodówki. Otworzyłam ją i widząc, wśród torebek transfuzyjnej, kilka puszek Fanty na mojej twarzy natychmiast pojawił się uśmiech.
-Czubek..- skomentowałam odruchowo; wpatrując się w to dziwne znalezisko. Wyciągnęłam jedną i wbiłam słomkę w plastikową torebkę
-Dzięki; „Vampire on the beach”- rzucił od drzwi jego głos.
Na powitanie rzuciłam w niego puszką napoju. Szybkim ruchem złapał i otworzył z trzaskiem.
-Jak się masz?- Zapytałam.
-Ogólnie? Świetnie. Znów pokłóciliśmy się z ojcem; więc dzień rozpoczęty normalnie- wzruszył ramionami.
-Nie sądzisz, że powinniście się w końcu pogodzić?- Zaczęłam wolno.
-Myślisz, że tego nie próbowałem?- przerwał mi niechętnie, obejmując mnie na powitanie.- Próbowałem i to wiele razy, ale… Cóż, lipa z sosną równo rosną- podsumował obojętnie.
-Właściwie twój ojciec może i ma rację..- zaczęłam niepewnie.
Spojrzał na mnie krzywo; pytając:
-Co masz na myśli?
-Może… Nie, nieważne.- Odparłam powoli.
-Dziwnie się zachowujesz; Callisto- zaczął z troską.
-Przepraszam za tamto.. To było głupie..- westchnęłam cieżko.
-Pięknie wyglądasz- zauważył, chcąc jakoś poprawić mi nastrój.
-Dzięki, widziałam się już w lustrze- zgrabnie obróciłam jego nieudolny komplement w żart; z którego oboje zarechotaliśmy.
-Nie wyglądasz tak strasznie- Stwierdził próbując mnie pocieszyć.
-Nawet „Koszmar z Ulicy Wiązów” to przy mnie pikuś- rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem.
***
-Na wychwalanie wampirów ci się zebrało; co?- Mruknęłam wpatrując się w swoje lustrzane odbicie. Znów zaczęłam haftować. Otarłam usta wierzchem dłoni.- Psiakrew…- odkręciłam wodę i przepłukałam usta. Splunęłam.- Wampiry..- prychnęłam gniewnie.
Wyglądałam gorzej, niż trup. Czarne oczy z sinymi kręgami, poszarzała twarz- jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy…
Spojrzałam na zegarek na nadgarstku. Dochodziła czwarta; a ja nie posunęłam się ani kroku do przodu.
Ten dziennik to kicha. Zawarte w nim zdania utwierdziły mnie tylko w przekonaniu; że Grace Ann była świadoma tego, co robi- nie była pod wpływem czystokrwistego.
I zdradziła nas bez mrugnięcia okiem.
Wyszłam z łazienki i sięgnęłam do przenośnej lodówki. Otworzyłam ją i widząc, wśród torebek transfuzyjnej, kilka puszek Fanty na mojej twarzy natychmiast pojawił się uśmiech.
-Czubek..- skomentowałam odruchowo; wpatrując się w to dziwne znalezisko. Wyciągnęłam jedną i wbiłam słomkę w plastikową torebkę
-Dzięki; „Vampire on the beach”- rzucił od drzwi jego głos.
Na powitanie rzuciłam w niego puszką napoju. Szybkim ruchem złapał i otworzył z trzaskiem.
-Jak się masz?- Zapytałam.
-Ogólnie? Świetnie. Znów pokłóciliśmy się z ojcem; więc dzień rozpoczęty normalnie- wzruszył ramionami.
-Nie sądzisz, że powinniście się w końcu pogodzić?- Zaczęłam wolno.
-Myślisz, że tego nie próbowałem?- przerwał mi niechętnie, obejmując mnie na powitanie.- Próbowałem i to wiele razy, ale… Cóż, lipa z sosną równo rosną- podsumował obojętnie.
-Właściwie twój ojciec może i ma rację..- zaczęłam niepewnie.
Spojrzał na mnie krzywo; pytając:
-Co masz na myśli?
-Może… Nie, nieważne.- Odparłam powoli.
-Dziwnie się zachowujesz; Callisto- zaczął z troską.
-Przepraszam za tamto.. To było głupie..- westchnęłam cieżko.
-Pięknie wyglądasz- zauważył, chcąc jakoś poprawić mi nastrój.
-Dzięki, widziałam się już w lustrze- zgrabnie obróciłam jego nieudolny komplement w żart; z którego oboje zarechotaliśmy.
-Nie wyglądasz tak strasznie- Stwierdził próbując mnie pocieszyć.
-Nawet „Koszmar z Ulicy Wiązów” to przy mnie pikuś- rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem.
***
Chodziliśmy bez celu po mieście. Wzięłam butelkę transfuzyjnej- w końcu przezorny zawsze ubezpieczony, bo Michaela za nic nie chciałam tknąć.
Mijaliśmy różnych ludzi; rozmawiając o różnych sprawach. Michael nagle został trochę w tyle. Zawróciłam. Stał zapatrzony w wystawę jednego ze sklepów z biżuterią i gapił się na coś.
-Hej, co tak stoisz?- Zapytałam ze śmiechem.
-Nie, nic- odparł wolno. Spojrzał na zegarek.- Lepiej chodźmy do tego kina, bo się spóźnimy- rzucił ciągnąc mnie za sobą.
Dostrzegłam na wystawie złoty łańcuszek z błyszczącą turkusową łezką.
***
-Ten film był do bani.!- Rzucił ze śmiechem; gdy wychodziliśmy z sali.
-Totalnie do bani- zgodziłam się popijając z butelki.
-Pijawa na wakacjach?- Spytał drwiąco, wsuwając zapiekankę.
Kilka osób spojrzało za nami z zaciekawieniem.
-Wiesz, co o tym myślę..- rzuciłam cicho, przeczesując dłonią włosy.
-Wiem, ale…- odetchnął głębiej i dodał ciszej.- Martwi mnie, że źle się czujesz i…
-Nic mi nie będzie- odparłam uśmiechając się ciepło.
-Callisto, proszę cię…- jęknął nieco poirytowany.
-Nie musisz się o mnie martwić- zapewniłam spokojnie; ale zauważyłam, że nadal patrzy na mnie z niepokojem.
Zapanowało między nami dłuższe milczenie.
Troszczył się o mnie. Ufał mi jak nikomu innemu; nieczęsto się zwierzał, ale lubił ze mną rozmawiać. Zresztą czułam to samo wobec niego i nie wybaczyłabym sobie, gdybym…
Otrząsnęłam się z tych ponurych myśli i rzuciłam:
-Ta nowa jak-jej-tam…
-Isobel Benett- wpadł mi w słowo.
Zamyślłam się nagle.
-Nazwisko się zgadza..- odezwałam się przykładając dłoń do pieczęci na szyi.
-Zaraz… O czym ty mówisz?- Zdziwił się.
-Mogła przefarbować włosy i założyć kolorowe soczewki…- rozmyślałam na głos.
-Nie rozumiem. Możesz jaśniej; Callisto?- Zapytał zaniepokojony.
-To dlatego bolała mnie wtedy głowa… Idiot! Remplissez à cent pour cent fou!- Warknęłam po francusku kopiąc w śmietnik przed kinem.- Boîte..!
Michael gapił się na mnie nic nie rozumiejąc. Oparł mnie o budynek i wpatrując się we mnie zapytał:
-O czym ty mówisz; Callisto??- Dopytywał się ostro.
-Isobel właściwie nie ma na imię Isobel.
Wybałuszył oczy zdumiony.
-Nadal nie rozumiem, o co ci chodzi…- powiedział zrezygnowany.
-Ona…- odetchnęłam głęboko.- To moja przybrana siostra: Grace Ann Benett. Zmieniła się; żebym jej nie rozpoznała…
-A to trochę wcześniej.? Je ne sais pas..- Powiedział łamanym francuskim.
-Może lepiej, żebym tego nie tłumaczyła.. Kiedy spotkasz mistrza zapytaj go o Kanister- rzuciłam z namysłem.
-Dziwnie się zachowujesz; Callisto..- wziął mnie za rękę i spojrzał mi głęboko w oczy.- Możesz wziąć ode mnie, kiedy chcesz- spojrzał nieprzychylnie na butelkę, która wystawała z torebki.
-Nie- powiedziałam z naciskiem, opierając dłoń na jego piersi.
-Chcę tego, Cally..- odparł z wahaniem.
Cally, zejdź na dół kochanie. Chciałbym zamienić z tobą słówko- Skrzywiłam się i przymknęłam na chwilę oczy, słysząc głos ojca ze wspomnień.
-Przepraszam… Nie chciałem- powiedział cicho. Chyba zauważył mój smutek.
-Czasem miło oderwać się od nadopiekuńczego chrzestnego- uśmiechnęłam się sztucznie.
-Nie chciałem przypominać ci…
-Śmierci moich rodziców?- Zapytałam spokojnie.- Przynajmniej to wciąż przypomina mi, że nadal jestem człowiekiem..- nawet wymuszony uśmiech zniknął.
Ruszyliśmy spod kina wprost w chłodną noc.
***
Mijaliśmy różnych ludzi; rozmawiając o różnych sprawach. Michael nagle został trochę w tyle. Zawróciłam. Stał zapatrzony w wystawę jednego ze sklepów z biżuterią i gapił się na coś.
-Hej, co tak stoisz?- Zapytałam ze śmiechem.
-Nie, nic- odparł wolno. Spojrzał na zegarek.- Lepiej chodźmy do tego kina, bo się spóźnimy- rzucił ciągnąc mnie za sobą.
Dostrzegłam na wystawie złoty łańcuszek z błyszczącą turkusową łezką.
***
-Ten film był do bani.!- Rzucił ze śmiechem; gdy wychodziliśmy z sali.
-Totalnie do bani- zgodziłam się popijając z butelki.
-Pijawa na wakacjach?- Spytał drwiąco, wsuwając zapiekankę.
Kilka osób spojrzało za nami z zaciekawieniem.
-Wiesz, co o tym myślę..- rzuciłam cicho, przeczesując dłonią włosy.
-Wiem, ale…- odetchnął głębiej i dodał ciszej.- Martwi mnie, że źle się czujesz i…
-Nic mi nie będzie- odparłam uśmiechając się ciepło.
-Callisto, proszę cię…- jęknął nieco poirytowany.
-Nie musisz się o mnie martwić- zapewniłam spokojnie; ale zauważyłam, że nadal patrzy na mnie z niepokojem.
Zapanowało między nami dłuższe milczenie.
Troszczył się o mnie. Ufał mi jak nikomu innemu; nieczęsto się zwierzał, ale lubił ze mną rozmawiać. Zresztą czułam to samo wobec niego i nie wybaczyłabym sobie, gdybym…
Otrząsnęłam się z tych ponurych myśli i rzuciłam:
-Ta nowa jak-jej-tam…
-Isobel Benett- wpadł mi w słowo.
Zamyślłam się nagle.
-Nazwisko się zgadza..- odezwałam się przykładając dłoń do pieczęci na szyi.
-Zaraz… O czym ty mówisz?- Zdziwił się.
-Mogła przefarbować włosy i założyć kolorowe soczewki…- rozmyślałam na głos.
-Nie rozumiem. Możesz jaśniej; Callisto?- Zapytał zaniepokojony.
-To dlatego bolała mnie wtedy głowa… Idiot! Remplissez à cent pour cent fou!- Warknęłam po francusku kopiąc w śmietnik przed kinem.- Boîte..!
Michael gapił się na mnie nic nie rozumiejąc. Oparł mnie o budynek i wpatrując się we mnie zapytał:
-O czym ty mówisz; Callisto??- Dopytywał się ostro.
-Isobel właściwie nie ma na imię Isobel.
Wybałuszył oczy zdumiony.
-Nadal nie rozumiem, o co ci chodzi…- powiedział zrezygnowany.
-Ona…- odetchnęłam głęboko.- To moja przybrana siostra: Grace Ann Benett. Zmieniła się; żebym jej nie rozpoznała…
-A to trochę wcześniej.? Je ne sais pas..- Powiedział łamanym francuskim.
-Może lepiej, żebym tego nie tłumaczyła.. Kiedy spotkasz mistrza zapytaj go o Kanister- rzuciłam z namysłem.
-Dziwnie się zachowujesz; Callisto..- wziął mnie za rękę i spojrzał mi głęboko w oczy.- Możesz wziąć ode mnie, kiedy chcesz- spojrzał nieprzychylnie na butelkę, która wystawała z torebki.
-Nie- powiedziałam z naciskiem, opierając dłoń na jego piersi.
-Chcę tego, Cally..- odparł z wahaniem.
Cally, zejdź na dół kochanie. Chciałbym zamienić z tobą słówko- Skrzywiłam się i przymknęłam na chwilę oczy, słysząc głos ojca ze wspomnień.
-Przepraszam… Nie chciałem- powiedział cicho. Chyba zauważył mój smutek.
-Czasem miło oderwać się od nadopiekuńczego chrzestnego- uśmiechnęłam się sztucznie.
-Nie chciałem przypominać ci…
-Śmierci moich rodziców?- Zapytałam spokojnie.- Przynajmniej to wciąż przypomina mi, że nadal jestem człowiekiem..- nawet wymuszony uśmiech zniknął.
Ruszyliśmy spod kina wprost w chłodną noc.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz