-Caro się martwi o ciebie- powiedziała patrząc na mnie z boku uważnie.
-Przecież ona nawet mnie nie lubi- Callisto wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem.- Co w tym zabawnego?- Zapytałem widząc jej reakcję.
Raven przeciągnęła się z przyjemnością.
-Wiesz, co? Idź do okulisty; bo chyba jesteś ślepy- odparła sarkastycznie.
-O co ci chodzi?- Zacząłem ostrożnie.
W odpowiedzi westchnęła głośno z irytacją.
-Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że im facet jest wyższy, tym mniej ma mózgu. Jak Bóg rozdawał mózg, ty stałeś w kolejce po wzrost.- Zauważyła niechętnie.
-Możesz przestać mi dogryzać i powiedzieć wreszcie: o huj ci chodzi?- Zniecierpliwiłem się, trzymając ręce w kieszeniach płaszcza.
Turkusowooka patrząc mi w oczy odezwała się:
-Jeśli myślisz, że Caroline ma cię gdzieś; to jesteś w zajebistym, ale to zajebistym błędzie- stwierdziła patrząc mi prosto w oczy, przez chwilę w jej tęczówkach błysnęła czerwień.- Caroline jest, hmm.. Może wygląda na silną; ale tak naprawdę jest jak szkło.. A ty...- Podeszła i szturchnęła mnie mocno w pierś.- Jeśli skrzywdzisz moją kuzynkę, będziesz miał przejebane; zapamiętaj to sobie- i odeszła bez pożegnania.
Wpatrywałem się w plecy postaci, poki ta nie zniknęła we mgle; rozmyślając nad jej słowami.
-Co jest grane; Paul?- Max objął mnie przyjacielsko ramieniem.
-Matt chyba ma rację- zauważyłem zamyślony, nadal patrząc na dróżkę, gdzie zniknęła Callisto.
Max w samotności siedział z przodu wozu, z notesem na kolanach i długopisem w dłoni patrząc na ruiny starej farmy w oddali.
-Wiolonczela..- Szepnął do siebie w zastanowieniu, po czym zasłonił czymś szybę.
-Nie lubi, jak ktoś patrzy; kiedy pracuje- wyjaśniła Diana widząc moje zdziwienie.
-Pisze teksty?- Spytałem.
-Też. Gra na gitarze i skrzypcach, ale tylko; gdy jest sam.
-Musiał być dobry z muzyki- stwierdziłem.
-Max nie ma wykształcenia muzycznego- odparł Tom.- Z wyuczonego zawodu jest... Ej, Max, kim jesteś z zawodu?- Rzucił z roztargnieniem.
-Złotnik; skończyłem zawodówkę- odparł przytłumiony głos blondyna zza ścianki. Chłopak chwilę potem do nas wrócił.
-Co to za zawód? Nigdy o tym nie słyszałem- zagadnąłem.
-Złotnik to zajęcie artystyczne, moja branża zajmuje się wyrobem biżuterii. Wiesz: kolczyki, obrączki; takie tam- wytłumaczył obojętnie.
-Ładna obrączka- rzuciłem z podziwem patrząc na średniej grubości obrączkę z misternym wzorem składającym się w zdanie.
-Wyrób z egzaminu czeladniczego- odpowiedział uśmiechając się do wspomnień.
Tom wziął dłoń z obrączką.
-Co to za napis..?- Zdumiony oglądał pod różnymi kątami błyskotkę.
-Vivere est militare; to z łaciny- odparł blondyn.
-Życie jest walką- przełożyłem zamyślony.
-Skąd wiesz?- Zapytał Max mrugając.
-Dużo czytam- odparłem ze słabym uśmiechem.
Trzy dni później...
-Paul.. Gdzieś ty był, na wszystko; co święte..?- Zapytał.
-Nie jesteś moim ojcem, więc; co cię to obchodzi?- Odburknąłem z irytacją, jednak kiedy spojrzałem mu w twarz, natychmiast pożałowałem tych słów.
Marcus Tanner był nieogolony i blady, jak trup. Na jego twarzy malował się smutek.
-Jeśli naprawdę chcesz odejść, chociaż pożegnaj się z matką- powiedział w końcu odwracając wzrok.- Mnie nienawidź, ile chcesz; ale nie rań swojej matki i Amy..
Nie odpowiedziałem. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć.
-Paul, posłuchaj..- podjął drugą próbę.- Nawet, jeśli nie jesteś moim dzieckiem; jesteś dla mnie ważną osobą. Nie pal za sobą wszystkich mostów..
-Nie pieprz mi tu bzdur. Oboje mnie okłamaliście, więc nie myśl, że jeszcze uwierzę w te brednie- słowa popłynęły same, a ja za nic nie umiałem ich powstrzymać. Wściekłość wzięła górę.- Nie powinieneś mi mówić, co mam robić lub nie; zresztą nie chce mi się słuchać kłamcy- ruszyłem po schodach na piętro, nie odwracając się.
Pakując ubrania do torby, biłem się z myślami.
W gruncie rzeczy ten człowiek starał i troszczył się o mnie- o nieswojego dzieciaka i choć..
Skłamał- do głosu znów doszły żal, wściekłość i uraza. Nienawidziłem kłamstw- nawet tych w dobrej wierze- dla mnie kłamstwo zawsze było kłamstwem, niezależnie od czyichś intencji. Nawet, gdy sam łgałem.
-Kurwa...- warknąłem z gniewem, kopiąc w biurko.
Próbowałem zapanować nad ogarniającą mnie frustracją. Wrzuciłem do torby fioletowy notes i jeszcze kilka rzeczy, po czym sięgnąłem po coś do półki z książkami. Dłoń wyciągająca tom w czarnej oprawie zahaczyła o album ze zdjęciami, który wylądował na podłodze i otworzył się. Spojrzałem w jego stronę i zobaczyłem fotografię z dzieciństwa- ze szpitala, kiedy leżałem ze złamaną w trzech miejscach nogą. Byliśmy roześmiani i pogrążeni w rozmowie.
Upchnąłem szybko książkę w torbie i zamkając ją szybkim krokiem wyszedłem.
W połowie korytarza usłyszałem szloch, ale zmusiłem się by iść dalej.
-Paul..- powiedział z trudem starając się ukryć ból.
W milczeniu wyszedłem z domu. Spokojnie i w ciszy. Bez żadnego trzaskania drzwiami... Zastanawiając się, gdzie teraz zamieszkam, dokąd pójdę poszedłem w stronę samochodu.
-Paul...!- Właścicielka głosu wtuliła się w moje plecy zaciskając ręce wokół moich żeber.
Po długiej chwili rozpoznałem głos Caroline.
-Odejdź...- byłem gotów z niej zrezygnować; byle nie stało jej się nic złego.- Zostaw mnie.- Idąc ciągnąłem ją za sobą.- Puść mnie.. Puszczaj, do cholery!- Rzuciłem torbę, moja dłoń sięgnęła do jej gardła i oparła ją mocno o jesion. Jednak nie zacisnęła się w taki sposob, bym mógł ją skrzywdzić.
-Zostaw mnie i odejdź..- powiedziałem opuszczając drżącą rękę.
-Ani myślę!- Odparła ze złością.
-Nie jestem dla ciebie tym jedynym- Biiiip! Kłamstwo.!- Nie kocham cię, wcale nic do ciebie nie czułem...- Kłamstwo numer dwa; które miało ją ode mnie odstraszyć. Serce zaczęło walić mocniej, sprawiając mi ból- samo to, że ją raniłem bolało.
Otworzyła usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Jej oczy- nie musiała nic mówić, bym wiedział, że cholernie cierpi.
Podniosłem torbę i z trudem odszedłem. Wsiadając do Mazdy spojrzałem we wsteczne lusterko. Caroline osunęła się po pniu na chodnik. Odjechałem.
|•••|
Tydzień później, knajpa Margherita.
Michael na mój widok powstrzymał Callisto, która wyrywając mu się usiłowała się na mnie rzucić. Szczerze mówiąc nie zdziwiło mnie to.
-Ja to załatwię, Callisto. Usiądź przy stoliku. Pamiętaj, że nie możesz się denerwować- Pchnął ją lekko w stronę jednego z pustych stolików. Z niechęcią wykonała jego prośbę.
-Jeszcze raz to samo- rzuciłem do barmana.
-Ma ochotę wypruć ci flaki i powiesić cię za nie na drzewie- oznajmił na wstępie zielonooki.
-Nie jestem tym zaskoczony- odparłem nie patrząc nań.
-Pewnie nie jesteś też zaskoczony tym, że Caroline omal się przez ciebie nie przekręciła.
Milczałem obracając na kontuarze szklaneczkę z drinkiem.
-Nic jej nie jest?- Wymsknęło mi się odruchowo.
Okularnik kopnął wymownie w ladę baru.
-Poza tym, że w nocy wrzeszczy we śnie, a w dzień chodzi, jak mara? Naprawdę nic wielkiego- odparł udając beztroski ton.
Wypiłem duszkiem zawartość naczynia i skrzywiłem się. Barman przytknął wylot butelki do szklanki, chcąc nalać kolejnego shota, ale pokręciłem przecząco głową, więc odszedł się zająć innym klientem.
-Chcę ją tylko chronić.. Nie mam ochoty odwiedzać jej w szpitalu podłączonej do aparatury podtrzymującej życie- odparłem w końcu.
-Przed czym? Czy ty się w ogóle słyszysz??- Z trudem spuścił z tonu.- Po tym, co jej zrobiłeś wygląda gorzej, niż trup. Nie śmieje się, nie je. Nie robi nic, tylko gapi się bezmyślnie w ścianę.
-Widziałeś, co się stało z Vincentem.. Nie chcę, żeby i ona tak skończyła- zacząłem cicho.
-Używasz Vincenta jako taniego argumentu, żeby się usprawiedliwiać? Jesteś żałosny- powiedział chłodno, zeskakując z barowego stołka.
-Wiesz, że to nie tak.!- Chwyciłem za rękaw płaszcza, ale widząc jego minę, puściłem.- Ja.. Musiałem ją okłamać.. Nie: właśnie to brzmi, jak usprawiedliwianie się...- powiedziałem, unikając tych szczerych zielonych oczu wbiłem wzrok w swoje ubłocone glany.- Te kłamstwa były tylko po to, żeby Caroline mnie znienawidziła. Nie panuję nad tym "przekleństwem"; nad własną agresją. Robię się wściekły zupełnie bez powodu, dlatego chcę... Potrzebuję, żeby trzymała się ode mnie z daleka.
-Sory, koleś; ale ni huj z tego nie rozumiem- odparł zniecierpliwiony Michael.
-Boję się tych przebłysków. Czuję, jakbym od tego wariował.. Coraz częściej tracę nad sobą panowanie. Spytałem nawet Damona; czy mogę być likantropem.. Nie wiedział, co powiedzieć; ale i nie zaprzeczył..
-Nie próbuj mnie złapać na litość, bo nie współczuje łajzom- warknął lodowato.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Mów sobie na mnie, co chcesz.. Może byłoby lepiej, gdybym w ogóle nie istniał. Gdybym nigdy się nie urodził..- Byłem na niego wściekły za to, jak potraktował Caroline, ale nie sądziłbym, że kiedykolwiek usłyszę z jego ust coś tak strasznego.
Cofnąłem się o pół kroku gapiąc się na niego, zapomniałem języka w gębie.
-Co? Zatkało?- Zapytał obojętnie; pomachał w stronę faceta banknotem. Podając mu go, zsunął się z siedziska i mijając mnie wyszedł na ulicę.
Nie potrafiłem jeszcze zrozumieć, że naprawdę chciał, żeby Caroline była szczęśliwa- nieważne z kim; byle tak było.
Zamyślony dołączyłem do Cally.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Ostrożnie pchnęłam drzwi sypialni. Caroline siedziała na łóżku, widząc mnie szybko otarła łzy.
-Zjedz coś..- zaczęłam cicho, podchodząc z tacą.
-Nie jestem głodna- odparła jak automat.
-Co się z tobą dzieje? Pogadaj ze mną..- odstawiając tacę przysiadłam na łóżku i objęłam delikatnie kuzynkę.
-Zostaw mnie.. Chcę być sama...- powiedziała cicho.
-Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć...- powiedziałam wypuszczając ją z uścisku.
-Wiem..- bardzo się starała, żeby jej uśmiech był przekonujący, ale wyszedł słaby i sztuczny.
-Spróbuj coś zjeść..- powiedziałam wychodząc.
Za drzwiami czekał wuj Alec z Devonem.
-Co z nią?- Zapytał cicho jej ojciec. Pokręciłam głową z ponurą miną.
Mijając ich wyskoczyłam oknem i pobiegłam w stronę lasu.
Po długiej chwili rozpoznałem głos Caroline.
-Odejdź...- byłem gotów z niej zrezygnować; byle nie stało jej się nic złego.- Zostaw mnie.- Idąc ciągnąłem ją za sobą.- Puść mnie.. Puszczaj, do cholery!- Rzuciłem torbę, moja dłoń sięgnęła do jej gardła i oparła ją mocno o jesion. Jednak nie zacisnęła się w taki sposob, bym mógł ją skrzywdzić.
-Zostaw mnie i odejdź..- powiedziałem opuszczając drżącą rękę.
-Ani myślę!- Odparła ze złością.
-Nie jestem dla ciebie tym jedynym- Biiiip! Kłamstwo.!- Nie kocham cię, wcale nic do ciebie nie czułem...- Kłamstwo numer dwa; które miało ją ode mnie odstraszyć. Serce zaczęło walić mocniej, sprawiając mi ból- samo to, że ją raniłem bolało.
Otworzyła usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Jej oczy- nie musiała nic mówić, bym wiedział, że cholernie cierpi.
Podniosłem torbę i z trudem odszedłem. Wsiadając do Mazdy spojrzałem we wsteczne lusterko. Caroline osunęła się po pniu na chodnik. Odjechałem.
|•••|
Tydzień później, knajpa Margherita.
Michael na mój widok powstrzymał Callisto, która wyrywając mu się usiłowała się na mnie rzucić. Szczerze mówiąc nie zdziwiło mnie to.
-Ja to załatwię, Callisto. Usiądź przy stoliku. Pamiętaj, że nie możesz się denerwować- Pchnął ją lekko w stronę jednego z pustych stolików. Z niechęcią wykonała jego prośbę.
-Jeszcze raz to samo- rzuciłem do barmana.
-Ma ochotę wypruć ci flaki i powiesić cię za nie na drzewie- oznajmił na wstępie zielonooki.
-Nie jestem tym zaskoczony- odparłem nie patrząc nań.
-Pewnie nie jesteś też zaskoczony tym, że Caroline omal się przez ciebie nie przekręciła.
Milczałem obracając na kontuarze szklaneczkę z drinkiem.
-Nic jej nie jest?- Wymsknęło mi się odruchowo.
Okularnik kopnął wymownie w ladę baru.
-Poza tym, że w nocy wrzeszczy we śnie, a w dzień chodzi, jak mara? Naprawdę nic wielkiego- odparł udając beztroski ton.
Wypiłem duszkiem zawartość naczynia i skrzywiłem się. Barman przytknął wylot butelki do szklanki, chcąc nalać kolejnego shota, ale pokręciłem przecząco głową, więc odszedł się zająć innym klientem.
-Chcę ją tylko chronić.. Nie mam ochoty odwiedzać jej w szpitalu podłączonej do aparatury podtrzymującej życie- odparłem w końcu.
-Przed czym? Czy ty się w ogóle słyszysz??- Z trudem spuścił z tonu.- Po tym, co jej zrobiłeś wygląda gorzej, niż trup. Nie śmieje się, nie je. Nie robi nic, tylko gapi się bezmyślnie w ścianę.
-Widziałeś, co się stało z Vincentem.. Nie chcę, żeby i ona tak skończyła- zacząłem cicho.
-Używasz Vincenta jako taniego argumentu, żeby się usprawiedliwiać? Jesteś żałosny- powiedział chłodno, zeskakując z barowego stołka.
-Wiesz, że to nie tak.!- Chwyciłem za rękaw płaszcza, ale widząc jego minę, puściłem.- Ja.. Musiałem ją okłamać.. Nie: właśnie to brzmi, jak usprawiedliwianie się...- powiedziałem, unikając tych szczerych zielonych oczu wbiłem wzrok w swoje ubłocone glany.- Te kłamstwa były tylko po to, żeby Caroline mnie znienawidziła. Nie panuję nad tym "przekleństwem"; nad własną agresją. Robię się wściekły zupełnie bez powodu, dlatego chcę... Potrzebuję, żeby trzymała się ode mnie z daleka.
-Sory, koleś; ale ni huj z tego nie rozumiem- odparł zniecierpliwiony Michael.
-Boję się tych przebłysków. Czuję, jakbym od tego wariował.. Coraz częściej tracę nad sobą panowanie. Spytałem nawet Damona; czy mogę być likantropem.. Nie wiedział, co powiedzieć; ale i nie zaprzeczył..
-Nie próbuj mnie złapać na litość, bo nie współczuje łajzom- warknął lodowato.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Mów sobie na mnie, co chcesz.. Może byłoby lepiej, gdybym w ogóle nie istniał. Gdybym nigdy się nie urodził..- Byłem na niego wściekły za to, jak potraktował Caroline, ale nie sądziłbym, że kiedykolwiek usłyszę z jego ust coś tak strasznego.
Cofnąłem się o pół kroku gapiąc się na niego, zapomniałem języka w gębie.
-Co? Zatkało?- Zapytał obojętnie; pomachał w stronę faceta banknotem. Podając mu go, zsunął się z siedziska i mijając mnie wyszedł na ulicę.
Nie potrafiłem jeszcze zrozumieć, że naprawdę chciał, żeby Caroline była szczęśliwa- nieważne z kim; byle tak było.
Zamyślony dołączyłem do Cally.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Ostrożnie pchnęłam drzwi sypialni. Caroline siedziała na łóżku, widząc mnie szybko otarła łzy.
-Zjedz coś..- zaczęłam cicho, podchodząc z tacą.
-Nie jestem głodna- odparła jak automat.
-Co się z tobą dzieje? Pogadaj ze mną..- odstawiając tacę przysiadłam na łóżku i objęłam delikatnie kuzynkę.
-Zostaw mnie.. Chcę być sama...- powiedziała cicho.
-Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć...- powiedziałam wypuszczając ją z uścisku.
-Wiem..- bardzo się starała, żeby jej uśmiech był przekonujący, ale wyszedł słaby i sztuczny.
-Spróbuj coś zjeść..- powiedziałam wychodząc.
Za drzwiami czekał wuj Alec z Devonem.
-Co z nią?- Zapytał cicho jej ojciec. Pokręciłam głową z ponurą miną.
Mijając ich wyskoczyłam oknem i pobiegłam w stronę lasu.
Z wampirzą prędkością pokonałam drogę na miasto, licząc, że gdzieś wpadnę na Paula.
***
Szara Mazda stała na chodniku, w pobliżu parku przy kościele Świętej Trójcy. Dzwony zaczęły bić obwieszczając godzinę czwartą po południu. Wysoki chłopak siedział w najdalszej części parku i rozmyślał. Wokół niego był wianuszek chłopaków z drużyny. Większość ubranych w grube niebieskie bluzy z tygrysim łbem w koronie i pomarańczowym napisem: Tygrysy.
-Ale z ciebie sześcienny debil; Tanner- powiedział zniecierpliwiony Dominic Silver.
-Don, nie kop leżącego- zganił go jeden z chłopaków, z trzeciej klasy.
-On ma rację: jestem debilem- odezwał się z porażką Paul, pijąc z puszki Mirindę.
-Po co ci jakaś tam lalunia. Z babami są same problemy, człowieku- jęknął Jim niechętnie.- Zwłaszcza z Ravenami. Myślą, że są tacy piękni i zajebiści..- prychnął kpiąco.- Nie wiem, czemu się zadawałeś z tymi dziwadłami.
Paul zerwał się z ławki i łapiąc chłopaka za bluzę przycisnął go do pnia topoli, warcząc:
-Powiedz na nią jeszcze jedno słowo..!- Zagroził wściekły Paul potrząsając tamtym mocno.- Jeszcze słowo, a powąchasz kwiatki od spodu, pierdolony szmaciarzu.!
-Paul.. Daj spokój, chłopie..- Dominic z innym chłopakiem odciągnęli go od Jima Blacka.
-Lepiej zamknij dziób; Jim; pogarszasz sprawę- oznajmił chłodno Silver.
Paul wyrwał się chłopakom i odszedł szybkim krokiem z dłońmi w kieszeniach płaszcza.
-Paul, zostawiłeś książkę! Czekaj..!- Silver pobiegł za nim z fioletowym notesem w ręku.
Potknął się o coś i upadł, a upuszczony przezeń notes otworzył się. Chłopak spojrzał zaskoczony na pismo Paula. Podniósł zeszyt i szybkim ruchem dłoni zamknął go, nawet nie czytając.
-Oddam go jutro- obiecał sobie cicho, wiedząc; że nie dogoni już Paula, który odpalił silnik samochodu.
Przemknęłam obok niezauważona i znalazłam się tuż przy aucie. Zacisnęłam dłoń na klamce wozu.
Paul powoli spojrzał w moją stronę. Szyba się opuściła.
-Zamierzasz wypruć mi flaki i powiesić mnie za nie na drzewie?- Zapytał niechętnie.
-Owszem, mam na to ochotę; ale Caroline by mi tego nie wybaczyła- odpowiedziałam kulawo.
Paul przekręcił kluczyk do siebie, silnik umilkł, a on oparł się o siedzenie i zacisnął powieki z grymasem bólu wymalowanym na twarzy.
-Nie zasługuję na Caroline..- powiedział po długim milczeniu.
-A może to ona nie zasługuje na ciebie?- Celowo chciałam go wkurzyć. Musiałam sprawdzić, czy rzuci się na mnie tak samo, jak na Jima.
Zrobił to, co oczekiwałam. Chwycił mnie za ramiona i oparł mocno o betonowy słup.
-To wcale nie tak...- pochylił głowę odsuwając się powoli.- Ja.. Naprawdę kocham Caroline, ale... Ona... Wy nic nie rozumiecie!- Wybuchnął z irytacją uderzając pięścią w słup, który pod wpływem ciosu zaczął pękać. Po chwili betonowy blok zsunął się z podstawy i runął na trawę. Paul cofnął się zakrywając usta i z przerażeniem oparł się o samochód..
-Sama to widzisz.. Jestem niekontrolującym się potworem- powiedział z goryczą.
-Od kiedy to się dzieje?- Zapytałam ostrożnie.
-Od kiedy spotkałem tego Ian'a.. Michael pewnie ci powiedział, że Marcus.. Że nie jest moim ojcem..- Zsunął się z błotnika i usiadł ciężko na chodniku opierając się o koło.- Caro musi ode mnie odejść; inaczej.. Nie wiesz; jak to jest się bać, że skrzywdzisz ukochaną osobę..
Moja dłoń wbrew mnie zacisnęła się na jego szalu i podnosząc go przyciągnęła do siebie.
-Akurat wiem, jak to jest..- odparłam ostro.- Co dzień się boję, że zranię Michaela.. Boję się tego, czym jestem. Tej bestii, pieprzonej pijawy!.- Syknęłam.
*•*
Damon Miller, ex- Pretorianin.
-Czuję coś dziwnego- odezwał się w mojej głowie Shawn.
-Dlaczego mu nie powiedziałeś, Damon?- Zapytał Klaus, piaskowy wilk zaszedł mi drogę.
-Mam tylko podejrzenia, że to syn Ian'a. Nie jestem pewny, więc nie będę dzieciaka straszyć. Z drogi- odparłem niechętnie.
-A co, jeśli straci kontrolę przy ludziach?- Zapytał rozsądnie telepatyczny głos Shawn'a. Ciemnoszary basior wpatrywał się w granatowe niebo.
-Właśnie dlatego go obserwuję- odparłem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Wieczór, budynek Stowarzyszenia.
-Gdzie byłaś?- Zapytał z troską zielonooki, oplatając mnie ciepłymi ramionami.
-Pobiegać trochę.. Mam chyba za dużo energii..- westchnęłam ciężko.
Po części była to prawda, ale on nie musiał wiedzieć wszystkiego.
-Paul żyje?- Zapytał zaciekawiony, całując mnie po szyi.
-Czemu o to pytasz?- Zdziwiłam się.
-Smerfuś cię widział- odparł ze śmiechem.
Jakim cudem mógł zobaczyć przemykającego wampira?- przeszło mi przez myśl.
Wtedy sobie przypomniałam.. Przecież Smerfuś jest synem inspektora Silver, który jest emerytowanym łowcą...
-No, tak...- mruknęłam w olśnieniu do swoich myśli.
***
Szara Mazda stała na chodniku, w pobliżu parku przy kościele Świętej Trójcy. Dzwony zaczęły bić obwieszczając godzinę czwartą po południu. Wysoki chłopak siedział w najdalszej części parku i rozmyślał. Wokół niego był wianuszek chłopaków z drużyny. Większość ubranych w grube niebieskie bluzy z tygrysim łbem w koronie i pomarańczowym napisem: Tygrysy.
-Ale z ciebie sześcienny debil; Tanner- powiedział zniecierpliwiony Dominic Silver.
-Don, nie kop leżącego- zganił go jeden z chłopaków, z trzeciej klasy.
-On ma rację: jestem debilem- odezwał się z porażką Paul, pijąc z puszki Mirindę.
-Po co ci jakaś tam lalunia. Z babami są same problemy, człowieku- jęknął Jim niechętnie.- Zwłaszcza z Ravenami. Myślą, że są tacy piękni i zajebiści..- prychnął kpiąco.- Nie wiem, czemu się zadawałeś z tymi dziwadłami.
Paul zerwał się z ławki i łapiąc chłopaka za bluzę przycisnął go do pnia topoli, warcząc:
-Powiedz na nią jeszcze jedno słowo..!- Zagroził wściekły Paul potrząsając tamtym mocno.- Jeszcze słowo, a powąchasz kwiatki od spodu, pierdolony szmaciarzu.!
-Paul.. Daj spokój, chłopie..- Dominic z innym chłopakiem odciągnęli go od Jima Blacka.
-Lepiej zamknij dziób; Jim; pogarszasz sprawę- oznajmił chłodno Silver.
Paul wyrwał się chłopakom i odszedł szybkim krokiem z dłońmi w kieszeniach płaszcza.
-Paul, zostawiłeś książkę! Czekaj..!- Silver pobiegł za nim z fioletowym notesem w ręku.
Potknął się o coś i upadł, a upuszczony przezeń notes otworzył się. Chłopak spojrzał zaskoczony na pismo Paula. Podniósł zeszyt i szybkim ruchem dłoni zamknął go, nawet nie czytając.
-Oddam go jutro- obiecał sobie cicho, wiedząc; że nie dogoni już Paula, który odpalił silnik samochodu.
Przemknęłam obok niezauważona i znalazłam się tuż przy aucie. Zacisnęłam dłoń na klamce wozu.
Paul powoli spojrzał w moją stronę. Szyba się opuściła.
-Zamierzasz wypruć mi flaki i powiesić mnie za nie na drzewie?- Zapytał niechętnie.
-Owszem, mam na to ochotę; ale Caroline by mi tego nie wybaczyła- odpowiedziałam kulawo.
Paul przekręcił kluczyk do siebie, silnik umilkł, a on oparł się o siedzenie i zacisnął powieki z grymasem bólu wymalowanym na twarzy.
-Nie zasługuję na Caroline..- powiedział po długim milczeniu.
-A może to ona nie zasługuje na ciebie?- Celowo chciałam go wkurzyć. Musiałam sprawdzić, czy rzuci się na mnie tak samo, jak na Jima.
Zrobił to, co oczekiwałam. Chwycił mnie za ramiona i oparł mocno o betonowy słup.
-To wcale nie tak...- pochylił głowę odsuwając się powoli.- Ja.. Naprawdę kocham Caroline, ale... Ona... Wy nic nie rozumiecie!- Wybuchnął z irytacją uderzając pięścią w słup, który pod wpływem ciosu zaczął pękać. Po chwili betonowy blok zsunął się z podstawy i runął na trawę. Paul cofnął się zakrywając usta i z przerażeniem oparł się o samochód..
-Sama to widzisz.. Jestem niekontrolującym się potworem- powiedział z goryczą.
-Od kiedy to się dzieje?- Zapytałam ostrożnie.
-Od kiedy spotkałem tego Ian'a.. Michael pewnie ci powiedział, że Marcus.. Że nie jest moim ojcem..- Zsunął się z błotnika i usiadł ciężko na chodniku opierając się o koło.- Caro musi ode mnie odejść; inaczej.. Nie wiesz; jak to jest się bać, że skrzywdzisz ukochaną osobę..
Moja dłoń wbrew mnie zacisnęła się na jego szalu i podnosząc go przyciągnęła do siebie.
-Akurat wiem, jak to jest..- odparłam ostro.- Co dzień się boję, że zranię Michaela.. Boję się tego, czym jestem. Tej bestii, pieprzonej pijawy!.- Syknęłam.
*•*
Damon Miller, ex- Pretorianin.
-Czuję coś dziwnego- odezwał się w mojej głowie Shawn.
-Dlaczego mu nie powiedziałeś, Damon?- Zapytał Klaus, piaskowy wilk zaszedł mi drogę.
-Mam tylko podejrzenia, że to syn Ian'a. Nie jestem pewny, więc nie będę dzieciaka straszyć. Z drogi- odparłem niechętnie.
-A co, jeśli straci kontrolę przy ludziach?- Zapytał rozsądnie telepatyczny głos Shawn'a. Ciemnoszary basior wpatrywał się w granatowe niebo.
-Właśnie dlatego go obserwuję- odparłem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Wieczór, budynek Stowarzyszenia.
-Gdzie byłaś?- Zapytał z troską zielonooki, oplatając mnie ciepłymi ramionami.
-Pobiegać trochę.. Mam chyba za dużo energii..- westchnęłam ciężko.
Po części była to prawda, ale on nie musiał wiedzieć wszystkiego.
-Paul żyje?- Zapytał zaciekawiony, całując mnie po szyi.
-Czemu o to pytasz?- Zdziwiłam się.
-Smerfuś cię widział- odparł ze śmiechem.
Jakim cudem mógł zobaczyć przemykającego wampira?- przeszło mi przez myśl.
Wtedy sobie przypomniałam.. Przecież Smerfuś jest synem inspektora Silver, który jest emerytowanym łowcą...
-No, tak...- mruknęłam w olśnieniu do swoich myśli.
---------------------------
Wieczór...
Zamarłam z łyżeczką pistacjowych lodów w połowie drogi do ust i wbiłam oczy w okno.
-Co jest..?- Zapytał Michael, przyglądając mi się.
Powoli wstałam sprzed biurka i podeszłam do okna. Wyjrzałam przez szybę.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Granatowi przyleźli- westchnęła niechętnie zarzucając na ramiona bluzę. Wciągnęła na stopy buty i wyszliśmy z pokoju kierując się na dół.
-Co was sprowadza w nasze skromne stowarzyszeniowe progi?- Zapytał uprzejmie Michael Angello.
-Sprawa niecierpiąca zwłoki, łowco Rodu Cheruba; Michaelu Angello, dobry wieczór- odparł uprzejmie przyjemny dla ucha kobiecy głos.
Postać sięgnęła do granatowego kaptura płaszcza i odrzuciła go do tyłu, ukazując bladą jak śnieg, piękną twarz o błyszczących czerwienią oczach i malinowych ustach.
-Pani Klanu Vain; minęło sporo czasu odkąd widzieliśmy się ostatni raz- odparł Angello odwzajemniając powitanie skinieniem.
-Owszem; nieco się postarzałeś- odpowiedziała z przyjacielską uszczypliwością.
-Za to ty nadal jesteś piękna i młoda, jak na wampira przystało- odciął się subtelnie przewodniczący.- O co chodzi?- Zapytał uprzejmie, prowadząc kobietę w stronę swojego gabinetu.
-Otóż obecna tu panna Raven zaświadczy, że zgodnie z prawem chcę uchylenia azylu dla..- zaczęła mówić kobieta.
-Z jakiego powodu?- Zapytał Angello wprowadzając nas do gabinetu.
-Paragraf trzysta piętnasty; Kodeksu Praw Stowarzyszenia Łowców, punkt siedem d, z późniejszymi zmianami; Angello- odezwała się Cally spokojnie.
-Wampir nie posłuchał Zwierzchnika i coś przeskrobał?- Zapytał niewinnie niebieskooki.
-Przeskrobał to mało powiedziane- odparła niechętnie Vain.- Jego postępowanie szkodzi nie tylko mojej reputacji; ten szczeniak łamie nie tylko moje prawo, ale też i wasze; Angello.
-Sama złożyłaś wniosek o azyl dla dzieciaka; mimo iż wiedziałaś; że jest niebezpieczny dla ludzi- przypomniał przewodniczący spokojnie.
-Czyli odmawiasz?- Zapytała kobieta w granatowym płaszczu.
-Tego nie powiedziałem- zaprzeczył Angello spokojnie.- Po prostu chcę wiedzieć; czemu pupilek już ci się znudził- zauważył.
-Nie znudził mi się. Jeśli ktoś łamie prawo, musi ponieść konsekwencje swoich czynów- Vain wzruszyła ramionami patrząc w oczy Angello spokojnie.- "Sed lex, dura lex"; a przynajmniej tak było w czasach mojej młodości- zauważyła powoli.
-Z tego, co mi wiadomo wampir znajdował się w granicach Rodu Kruka- stwierdził spoglądając na Callisto.
-Skoro Stowarzyszenie dało mu azyl; to twoja sprawa. Od początku byłam temu przeciwna- odparła czarnowłosa z niechęcią. Siedziała mi na kolanach pałaszując lody.- Zawsze uważałam, że dobry wampir, to martwy wampir; dwa metry pod wodą. Granice Rodu nie mają tu nic do rzeczy- wzruszyła ramionami skrobiąc łyżeczką plastikowy kubeczek.- Jeśli Stowarzyszenie się zgodzi, zrobię to samo, zwłaszcza jeśli mogę zdać się na panią prokurator "Senatu"- zauważyła uprzejmie.
Wieczór...
Zamarłam z łyżeczką pistacjowych lodów w połowie drogi do ust i wbiłam oczy w okno.
-Co jest..?- Zapytał Michael, przyglądając mi się.
Powoli wstałam sprzed biurka i podeszłam do okna. Wyjrzałam przez szybę.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Granatowi przyleźli- westchnęła niechętnie zarzucając na ramiona bluzę. Wciągnęła na stopy buty i wyszliśmy z pokoju kierując się na dół.
-Co was sprowadza w nasze skromne stowarzyszeniowe progi?- Zapytał uprzejmie Michael Angello.
-Sprawa niecierpiąca zwłoki, łowco Rodu Cheruba; Michaelu Angello, dobry wieczór- odparł uprzejmie przyjemny dla ucha kobiecy głos.
Postać sięgnęła do granatowego kaptura płaszcza i odrzuciła go do tyłu, ukazując bladą jak śnieg, piękną twarz o błyszczących czerwienią oczach i malinowych ustach.
-Pani Klanu Vain; minęło sporo czasu odkąd widzieliśmy się ostatni raz- odparł Angello odwzajemniając powitanie skinieniem.
-Owszem; nieco się postarzałeś- odpowiedziała z przyjacielską uszczypliwością.
-Za to ty nadal jesteś piękna i młoda, jak na wampira przystało- odciął się subtelnie przewodniczący.- O co chodzi?- Zapytał uprzejmie, prowadząc kobietę w stronę swojego gabinetu.
-Otóż obecna tu panna Raven zaświadczy, że zgodnie z prawem chcę uchylenia azylu dla..- zaczęła mówić kobieta.
-Z jakiego powodu?- Zapytał Angello wprowadzając nas do gabinetu.
-Paragraf trzysta piętnasty; Kodeksu Praw Stowarzyszenia Łowców, punkt siedem d, z późniejszymi zmianami; Angello- odezwała się Cally spokojnie.
-Wampir nie posłuchał Zwierzchnika i coś przeskrobał?- Zapytał niewinnie niebieskooki.
-Przeskrobał to mało powiedziane- odparła niechętnie Vain.- Jego postępowanie szkodzi nie tylko mojej reputacji; ten szczeniak łamie nie tylko moje prawo, ale też i wasze; Angello.
-Sama złożyłaś wniosek o azyl dla dzieciaka; mimo iż wiedziałaś; że jest niebezpieczny dla ludzi- przypomniał przewodniczący spokojnie.
-Czyli odmawiasz?- Zapytała kobieta w granatowym płaszczu.
-Tego nie powiedziałem- zaprzeczył Angello spokojnie.- Po prostu chcę wiedzieć; czemu pupilek już ci się znudził- zauważył.
-Nie znudził mi się. Jeśli ktoś łamie prawo, musi ponieść konsekwencje swoich czynów- Vain wzruszyła ramionami patrząc w oczy Angello spokojnie.- "Sed lex, dura lex"; a przynajmniej tak było w czasach mojej młodości- zauważyła powoli.
-Z tego, co mi wiadomo wampir znajdował się w granicach Rodu Kruka- stwierdził spoglądając na Callisto.
-Skoro Stowarzyszenie dało mu azyl; to twoja sprawa. Od początku byłam temu przeciwna- odparła czarnowłosa z niechęcią. Siedziała mi na kolanach pałaszując lody.- Zawsze uważałam, że dobry wampir, to martwy wampir; dwa metry pod wodą. Granice Rodu nie mają tu nic do rzeczy- wzruszyła ramionami skrobiąc łyżeczką plastikowy kubeczek.- Jeśli Stowarzyszenie się zgodzi, zrobię to samo, zwłaszcza jeśli mogę zdać się na panią prokurator "Senatu"- zauważyła uprzejmie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz