środa, 24 stycznia 2018

Hunter II: Bloodlust ~Sin Rozdział XXXI: Szept pokusy -Grzech- ~Callisto Raven

Kilka dni po wizycie Wielkiej Inkwizycji...
Dzisiejsze "posiedzenie" Zjednoczonej Rady Łowczych zyskało miano zgromadzenia nadzwyczajnego; co znaczyło, że każdy mógł nie tylko jawnie kląć na durne pomysły Inkwizycji; ale i proponować rozwiązania co do kwestii likwidacji niewygodnych członków Rządu Wampirów, wliczając w to także ich Radę.
-Tym fanatykom już totalnie odjebało. W większości siedzib Stowarzyszenia brakuje wyszkolonych łowców- odezwał się wujek Luca nie kryjąc rozdrażnienia.
-Pierdolona banda kundli ze stołkami przyśrubowanymi do zadków- zaklął Kostenlos również popierając wypowiedź przewodniczącego, sprzed zaledwie trzech minut.
-Może jeszcze każą nam wysyłać do walki nasze dzieci?- Warknęła jedna z kobiet.
-Zapewniam cię; że do tego nie dopuszczę, Janett- Oznajmił Angello chłodno; jego niebieskie oczy swym wyrazem przypominały kryształy lodu- były zimne, twarde i nieugięte.- Jeśli wyższa władza Stowarzyszenia nie pozostawi nam wyjścia; będziemy działać bez ich udziału. Zagłosujmy: kto za?- Wszystkie ręce uprawnionych do głosowania łowców (czyli tych; którzy ukończyli lat siedemnaście) powędrowały w górę. Angello westchnął.- To może być uznane za bunt z naszej strony. Mam nadzieję, że zdajecie sobie z tego  sprawę.
-Jeden za wszystkich; wszyscy za jednego; Angello- oznajmił stary Romanow.- Signo victoriam Tenebris: Inkwizycja chyba zapomniała, co te słowa znaczą. Oni sobie siedzą w przytulnej budzie i zajmują się papierami: widocznie już dawno zapomnieli, czym grozi ufanie pijawom- dodał z jawną pogardą dla wyższej władzy.
-Jeśli my nie wykończymy ich; oni wykończą nas- zauważył Nick-Rozpuszczalnik.
-Zrzeszenie widocznie już nie pamięta o Kryształowej Nocy- dodał równie niechętnie Armand Tyler; a Michael przyglądał się ojcu ze zmartwieniem.
Jacob Horse milczał wpatrzony w przeciwległą ścianę.
-Sprzątanie ich po kolei nic nie da- powiedział równocześnie z przewodniczącym.- Przydałby się jakiś cichy plan.
W sali zawrzało, Angello bezskutecznie próbował zapanować nad emocjami pozostałych członków Stowarzyszenia.
-Atak na Radę odpada; bo jak już ktoś mówił: jest nas za mało- odezwał się Michael z namysłem.
Felix Moon siedział zamyślony, czytając jakiś dokument.
-Chyba czas na naszą słynną  Sekcję Czarną- zauważył zamyślony.
Szum głosów ucichł nagle, jak ucięty nożem.
Powoli podniosłam głowę znad raportu Wielkiej Inkwizycji i przesunęłam oczy na mężczyznę, lecz nim otworzyłam usta odezwała się Hunter:
-To na pewno odpowiedni moment; Nox?- Zapytała ostrożnie.
-Obawiam się, że nie; ale możemy nie mieć lepszej okazji- odparł z namysłem.
***
Jeszcze długo trwały rozmowy na temat wkręcenia w plan Szczurów.
Wskazówki zegara obwieszczały godzinę czwartą  wieczorem; gdy odbyły się ostatnie poprawki planu i głosowanie na temat wcielenia go w życie; oraz wdrożenie ludzi.
-Mówiłeś, że są blisko; Felix- stwierdził nieco zniecierpliwiony Grey.
-Zaraz się zjawią, lubią mieć wejście..- odparł Moon z nikłym uśmiechem.
Podwójne drzwi jadalni otworzyły się na oścież. Do środka równym krokiem wkroczył szereg młodych ludzi liczący dziesięciu chłopaków. Na czele orszaku szedł Vincent. Stanęli w szyku, buty stuknęły na baczność.
-Dobry wieczór; Angello. Dobry wieczór Rado- powitał wszystkich spokojnie Vincent Rodriguez.- Sekcja Czarna melduje swoje przybycie.
-Spocznij. Siadajcie chłopaki- rzucił Moon ciepło.
Chłopaczyska usiadły spokojnie na przygotowanych dla nich miejscach. Cała dziewiątka   obserwowała Vincenta; jakby to właśnie on był opoką tej grupy.
-Niezłe wyzwanie- rzucił szeptem niski brunet wyglądający na Europejczyka.
-Nie wiem, jak ty; ale ja bym w to wszedł- rzucił siedzący obok niego średniego wzrostu szatyn z brązowymi oczami.
Dostrzegając ostre spojrzenie Vincenta zamilkli i wbili w niego pełne zaufania spojrzenia. Barczysty Hiszpan rozmyślał przez chwilę.
-O mnie prawdopodobnie już wiedzą, Angello- odezwał się z zastanowieniem Vincent.- Z jednej strony muszę zostać w cieniu; a z drugiej... Trudno. Wchodzimy w to.- Oznajmił krótko.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Kolacja...
-Ej; bez takich!- Jęknął brązowooki szatyn; wpychając w siebie kolejną porcję tłuczonych ziemniaków i kawałek dziczyzny. Kopnął siedzącego obok w kostkę.
-Nie możemy dać dupy; więc nie zachowuj się; jak berbeć; koleś- zauważył inny z ubranych na czarno nastolatków zapodając kopa szatynowi.
-Więc lepiej bardziej się postaraj; (Fujaro[?])- rzucił brunet; ostatnie słowo rzucając po swojemu, tonem wyzwiska.
-Osz; ty Zwiędły Fiucie- odciął się z humorem szatyn.- Ale tak na poważnie: trzymamy się razem i nie odpierdalamy numerów- zauważył spokojnie. -Spróbuj szczęścia; jeśli chcesz mieć w dupie but Szefuńcia- rzucił inny rozglądając się, czy w pobliżu nie ma Vincenta. Reszta chłopaków zareagowała na to niekontrolowanym rechotem.
-Jesteś ich pewien?- Zapytał Michael ostrożnie.
Vincent spoglądając na rozgadaną grupę odparł:
-Może nie wyglądają zbyt poważnie; ale są naprawdę najlepsi.- Oznajmił poważnie.
-Nigdy nie mówiłeś, że dowodzisz sekcją- zauważyłam powoli.
-Im mniej wiesz; tym krócej Rząd będzie cię przesłuchiwać- odparł z lekkim uśmiechem Vincent.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Z ust wyrwało mi się potężne beknięcie; Callisto nie unosząc wzroku znad katalogu sukien ślubnych wydała z siebie jeszcze dłuższe- przypominające mi ryk geparda.
-Wy faceci to macie dobrze- zauważyła.- Założycie sobie garniak i hasta la vista bejbe. Już mi się w głowie kręci od tych trenów, welonów i innych- rzuciła z niechęcią katalog na biurko.
-Tylko to nie jest taki sobie garniak. Musi być odpowiedni- odparłem akcentując ostatnie słowo.
-Odpowiedni.! Piękniś się znalazł- rzuciła z ironicznym uśmieszkiem; rzucając we mnie cukierkiem. Złapałem go i podszedłem do niej.
-Przy tak pięknej dziewczynie, facet też chce ładnie wyglądać.- Powiedziałem całując ją lekko w szyję.
-Romantico- rzuciła śmiejąc się.
-A żebyś wiedziała- pochyliłem się przytulając się do niej mocno. Zadrżała.
-Co się dzieje?- Zapytałem zaniepokojony.
-Nie... W porządku..- odparła tłumiąc jęk.
-Callisto..- zacząłem z prośbą.
-To przez ten lek.. Czasem...- Jęknęła przysuwając dłoń do gardła.- Boli..
-Weź trochę ode mnie- zaproponowałem szybko.
Callisto Raven postrach ogólniaka.
Nie mogę oddychać... Duszno.. Kolejny raz wstrząsają mną dreszcze- moje ciało naprzemian zalewa fala zimna i gorąca. Zamglony wzrok stara się dostrzec strzykawkę z lekiem.
To niebezpieczne.. Druga dawka może cię zabić; Callisto..- słyszę w tej samej chwili cichy głos Devona.
Michael odciąga mnie od przedmiotu na biurku. Rzuca się ze mną na łóżko- próbuje mnie uspokoić; przekonać, że to nie jest dobre rozwiązanie.
-Michael... Nie..- Chcę go z siebie zrzucić, ale on blokuje mi ręce.
Nie... Przed oczami widzę dwie czarne plamy.
-Na co czekasz..? Idź po Marco- rzuca naglący głos Vincenta.- Opatrz to; Michael..
Nie.. To nie może być prawda.. Nie, ja...
Zraniłam go. Jestem potworem..
Michael wyszedł.
-Seth, wszystko gra?- Zapytał Vincent towarzysza.
-Ten jej spokój jest.. Dziwnie niepokojący..- odparł cichy lekko ochrypły głos.
Mogłam go zabić..
Ten zapach... Doprowadza mnie do szaleństwa.
Nie stawiam już oporu. Czy taki miał być twój podły plan; Grace? Jeśli chciałaś; żebym cierpiała i znienawidziła samą siebie; właśnie ci się to udało..
Czy naprawdę spotka mnie ten sam koniec, jak inne poziomy D?
Głupio zrobiłam stawiając honor łowcy ponad własne życie- nie przyjmując krwi; która mogła ocalić mnie od stoczenia się na samo wampirze dno..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
    To nie może się tak skończyć...
Biegnę w stronę pokoju jej kuzyna. Trzymając dłoń przy krwawiącej ranie na przedramieniu, staram się nie myśleć o Torres'ie.
A, jeśli wiem; kto może zatrzymać upadek tej dziewczyny?...
Zapewniam, że zwrócisz się do mnie szybciej; niż myślisz...

Wpadłem do gabinetu.
-Płomień!- Marco chwycił mnie za ramię i przyciągnął, zanim upadłem na podłogę.
-To nic! Callisto... Ona jest ważniejsza..- wydyszałem. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie. Rana chyba nie była tak mała; jak mi się zdawało.
-Zajmę się nim- odezwał się cicho kobiecy głos. Szybko doprowadziła mnie i położyła na łóżku.
-Callisto..- Próbowałem się podnieść, ale mi nie pozwoliła.
-Leż. Mocno krwawisz- oznajmiła powstrzymując mnie od jakiegokolwiek ruchu.
Pokój zaczął wirować, jak karuzela. Obraz przed moimi oczami dziwnie się wyginał, jakbym był w pokoju pełnym luster.. Było mi słabo..
-Rozmawiaj ze mną...- Powiedziała kobieta ostro.
Co miałem jej niby powiedzieć...? Że Callisto dostała ataku szału? Że to moja wina i wiem, że nie powinienem jej kusić?
-To nic takiego...- zacząłem z trudem. Obrazy przed oczami stawały się coraz bardziej dziwne i dalekie od rzeczywistości.
      Dlaczego widzę Billa?

    Co się ze mną dzieje...??
Rozluźniam dłoń.. Coś wysuwa się z moich zdrętwiałych palców i...
-O, Boże..- Z ust kobiety wyszedł przerażony szept.
Słuch wychwycił podzwanianie szkła; chwilę potem... Nicość.
Jakiś czas później otworzyłem oczy i rozejrzałem się nieprzytomnie wokół siebie.
Mrowienie w palcach ustało. Nagle nie czułem się taki ciężki, jak kłoda drewna. Wziąłem głęboki wdech i zacząłem kaszleć odsuwając coś z twarzy..
Maska z tlenem.
Obrazy sprzed zaledwie chwili również zniknęły..
-Nie zdejmuj- Maska spowrotem spoczęła na mojej twarzy.
Katem oka dostrzegłem zużyte gaziki.
-Ile spałem?- Zapytałem półprzytomnie. Byłem jeszcze tak cholernie senny..
-Nigdy więcej mi tego nie rób; koleś- zauważyła z nagłą złością.
-Czego? Co ja takiego zrobiłem..?- Zapytałem słabo, uchylając lekko podajnik tlenu.
-Prawie mi odjechałeś. Do aniołków. To nie jest śmieszne, chłoptasiu.- Ochrzaniła mnie.
-Nie chciałem... Przepraszam-  zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć; więc rzuciłem pierwsze co mi przyszło do głowy.
Chyba ją tym rozbroiłem, bo zaczęła się dziwnie trząść. W pewnej chwili jej głośny  śmiech wypełnił pokój.
-Jesteś zabawny...- powiedziała po dłuższej chwili ocierając łzy z oczu.- Ale się uśmiałam... Mój Boże...
-To miłe, że mogłem panią rozśmieszyć- odparłem trochę  zakłopotany. Ten dekolt był nieco zbyt blisko..
Przysunęła dłoń do mojego policzka. Przemyślała coś i potrzasnęła głową chichocząc. Jedno spojrzenie na stalowy bok jeżdżącego stolika utwierdziło mnie w przekonaniu, że... Spaliłem cholernego buraka.!
Callisto Raven postrach ogólniaka.
-Jestem kompletnie beznadziejna! Psia mać!- Kopnęłam z wściekłością w biurko.
Seth przyglądał się z zaciekawieniem, jak wyżywam się na meblu; przeklinając w kilku językach naraz.
-Już mi lepiej...- Odsunęłam się od biurka i rzuciłam się na łóżko.
-Od dawna masz te ataki agresji?- Zapytał Seth wolno, a Vincent spojrzał nań ze zdziwieniem.
Zwróciłam wzrok na bruneta z brązowymi oczami.
-W zasadzie nigdy wcześniej nie traciłam kontroli. Owszem, ataki bólu się zdarzały, ale nigdy nie coś takiego... Jeszcze do tego Michael...- w tym momencie miałam kolejny niekontrolowany napad furii- najbliższym obiektem na którym wyładowałam gniew  stała się poduszka.
Seth zawahał się przez chwilę. Odczekał aż przestanę mścić się na jaśku i zadał kolejne pytanie.
-Od jak dawna pijesz ludzką  krew?- Zapytał ostrożnie.
-Od zawsze. Transfuzyjna to...- zaczęłam.
-Chodzi mi o Jego krew- przerwał mi z naciskiem.
Bardzo powoli podniosłam głowę i ściskając w drżących  dłoniach wzorzystą poduszkę spojrzałam w skupieniu na Seth'a.
-To trwa...- Nie potrafiłam zebrać myśli. Szumiało mi w głowie.- ...stanowczo za długo..- nie umiałam powiedzieć, kiedy przestałam odmawiać sobie jego krwii. Czułam okropne wyrzuty sumienia.
-Tak myślałem..- Zauważył cicho z zastanowieniem; jakby zaraz miał wygarnąć mi; jak okropną bestią, według niego, jestem.- To czasem się zdarza... Jesteś po prostu uzależniona.
-Nigdy o czymś takim nie słyszałem- zauważył Vincent.
-Wierz mi; Rząd Pijawek prawdopodobnie też o tym nie wie. Tutaj to stosunkowo nowe zjawisko, ale na innych obszarach; na ten przykład: w Europie, już nie. Spytaj Miecia: epidemia tego cholerstwa zaczęła się u nich. Tam pijawy nie wybrzydzają- wyjaśnił wzruszając ramionami.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Spojrzałem na obandażowane przedramię obojętnie. Nie byłem na nią zły.. Nie mogłem być zły na Callisto.
Patrzyłem w sufit i rozmyślałem. Ile czasu jej zostało? Czy kiedy upadnie; ktoś bedzie musiał ją...?
Gwałtownie podniosłem się z łóżka i odetchnąłem głęboko. Musiałem szybko stąd prysnąć zanim Elena wróci, więc chyłkiem wyszedłem i ruszyłem w stronę tylnego wyjścia; gdy wpadłem na kogoś. Odskoczyłem szybko zaskoczony.
-Paniczu..- usłyszałem lekki głos Jane.
-Przynieś mój miecz; Jane;  proszę.. Muszę wyjść na trochę..- Rozejrzałem się, czy nikogo nie ma w pobliżu.
-Mogę zapytać, dokąd idziesz paniczu?- Zapytała szeptem.
-Już dawno powinienem tam iść. Do Torres'a- oznajmiłem z determinacją.
-Oczywiście.- Jane zniknęła w widowiskowym czerwonym płomieniu.
-Zajebiste..- mruknąłem. Nagle potrząsnąłem głową.
Chyba leki nie przestały działać i mam jakieś zwidy...
Jane zjawiła się kilka chwil później. W dłoniach miała moje ciuchy i miecz.
-Noc będzie chłodna; paniczu- zauważyła wciskając mi w dłonie ubrania. Przebrałem się szybko.
-Dziękuję; Jane- Odparłem ściskając ją mocno.
-Nie trzeba; to w końcu mój obowiązek, paniczu- odpowiedziała nieśmiało.
-Mimo wszystko ci dziękuję- pocałowałem ją lekko w policzek i zniknąłem w korytarzu.
Wiedziałem, że prędzej, czy później ruszy moim śladem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Dwie godziny później, mały  park za kościołem Świętej Trójcy.
Rozejrzałem się. Leki przestały działać, więc czułem się.. Cóż, nie powiedziałbym; że normalnie- mimo późnego wieczora wprost rozpierała mnie energia.
-Właściwie powinienem się pewnie jakoś umówić, czy coś...- mruknąłem do swoich myśli.
W ostatniej sekundzie zablokowałem atak. Krwawiące Ostrze wampira-ochroniarza ześliznęło się po głowni mojego miecza. Nastąpił kolejny cios. Podskoczyłem i lądując za wampirem przystawiłem jej ostrze do gardła.
-Kim jesteś, pijawo?- Zapytałem ostro.
Poczułem chłód i obejrzałem się. Ochroniarz odtrącił moją broń i znów zaatakował. Pogrążony w walce dostrzegłem idącego ścieżką mężczyznę. Zbliżał się w naszą stronę.
Kopniakiem odrzuciłem kobietę z mieczem. Natarła na mnie z impetem.
-Dość, Antoinetté- rzucił wampir krótko.
Kobieta zniknęła. Kilka uderzeń serca później stała u boku Jean'a Féu.
-Michael James Tyler; herbu Płomień.- Rzucił lekkim usypiającym tonem.
-Jean Féu, Czystokrwisty z lini Starszych. Mnie również miło cię widzieć, wampirze- odparłem z ironią, chowając miecz w pochwę pod rękawem bluzy.
Wampir przyglądał mi się uważnie.
-Sądzę, że chciałeś skrócić sobie drogę do Torres'a- zauważył z namysłem.
-Przepraszam za nieporozumienie. Zapomniałem, że wampiry są uczulone na kwestie terytorialne- oznajmiłem spokojnie, przechodząc obok wampira.
Féu złożył mi rękę na ramieniu, przystanąłem i spojrzałem nań z boku nieufnie.
-Ona jest kartą przetargową w całej tej bzdurnej wojnie. Wiem, że bardzo ci na niej zależy; więc jeśli chcesz by dołączyła do Klasztoru Rady idź do tej szumowiny, Torres'a. Tym samym podpiszesz na nią wyrok śmierci- oznajmił zimno.
-Cofnij się, wampirze- nakazał lodowato głos Jane. Rudowłosa stała tuż przy Féu  z ręką gotową do ciosu.
-Jane... nie- powiedziałem cicho; drżącym głosem.- On ma rację...
-Paniczu..- zaczęła w głębokim zdumieniu. Skłoniła się lekko i stanęła przy mnie.
Anastasia Forbes- zmieniona w wampira. W porę uciekła z klubu "Fallen Angel" w dzielnicy wampirów. Chciała tylko ekstra imprezy, a w zamian dostała prezent w postaci zmiany życia w totalne piekło. Wszyscy nasi podejrzewają, że jej przyjaciółka, Meredith Bell- którą śledzi Mikaelis- prawdopodobnie współpracuje z Rządem. Czym ją przekupili, nie wiem; ale od tamtej pory ani razu nie odwiedziła Stacii. Poza tym to wszystko ma sens: Rząd już od dawna chciał; by Callisto do nich dołączyła; najpierw prośbą- teraz groźbami. Jaki jest w tym udział Torres'a(?)- od jakiegoś czasu zastanawiałem się, co- tak naprawdę- ten wampir knuje i po czyjej jest stronie. I dlaczego- mimo, że wiedział, że Tori jest naszą wtyką- nic jej nie zrobił...?
Za to Jean Féu.. Od kiedy ponownie wrócił do miasta, tylko raz pojawił się w gmachu Rady Wampirów, właśnie wtedy, gdy była tam Tori i, gdy jeszcze żył Vincenzo Corvin. Tori twierdziła, że jawnie kpił sobie z Rady i namawiał ich do wstrzymania się od tego konfliktu; mówiąc, że Rząd więcej na tym straci, niż zyska... Wtedy w celi Stowarzyszenia; powiedział, że nie jest po żadnej ze stron i, co więcej: stwierdził, że z przyjemnością popatrzy, jak wyrzynamy się nawzajem.
Wampiry nigdy nie będą żyć w pokoju z ludźmi. To podłe, kierujące się pragnieniem krwi bestie, które potrafią tylko krzywdzić i zabijać..- wspomniałem słowa mojego ojca.
-Co proponujesz; Féu?- Zapytałem powoli, budząc się z rozmyślań.
-Nie wiem; czy moja oferta przypadnie do gustu tak honorowemu łowcy; jak ty- zauważył zamyślony Czystokrwisty.
-Zrobię wszystko, by ocalić Callisto- odparłem wpatrzony w niego lodowato.- Żyję tylko dla niej i nieważne; czego zechcesz: dam ci to bez wahania.
-Paniczu, nie możesz..- Zaczęła z przestrachem Jane.
-Milcz- uciąłem zimno.
-Nie zmilczę. Dla tej pijawy ryzykujesz własne cenne życie; jako związany Paktem anioł nie mogę tego tolerować- powiedziała z  wściekłością. Jej ogniste oczy błysnęły groźnie.
Chwyciłem ją za klapy skórzanej kurtki i oparłem ją mocno o pień dębu.
-Albo jesteś ze mną; albo przeciwko mnie: wybieraj Jane!- Warknąłem, patrząc jej w oczy.- Wybieraj..- Z trudem opanowałem gniew i odsunąłem się.
Płomiennowłosa wbiła wzrok w ziemię. Zaciskając usta, długo stała w ciszy.
-Twoje postępowanie kłóci się z moją przysięgą; paniczu..- powiedziała w końcu cicho; jakby miała się zaraz rozpłakać. Mówiąc to nadal patrzyła na trawę.- Mimo to; ja...- Odbiła się od pnia i wyprostowała się. Powoli podeszła w moją stronę i przykleknęła na kolano biorąc moją prawą dłoń w swoje pocałowała ją delikatnie.
Wampiry patrzyły na to pełne  zdumienia.
-Wstań... Nie powinienem; po prostu mnie poniosło i..- Zacząłem cicho.- Ja... Przepraszam..
Wampirzyca rozdziawiła usta w zaskoczeniu; zresztą sam Féu był tym faktem równie zdumiony.
-Zawsze będę przy twoim boku... Zawsze, mój paniczu..- na moich oczach zmieniła się w płomień. Przez chwilę pomyślałem, że to kolejne przywidzenia spowodowane lekami, ale wampir przyglądał się temu z nieopisanym zdumieniem.
Chwilę potem ogień zniknął; a ja przez moment zapomniałem oddychać; widząc przed sobą piękno olbrzymich, lśniących śnieżną bielą skrzydeł postaci w długiej do ziemi, karmazynowej sukni wiązanej na karku. Nie mogłem odwrócić od niej wzroku; jakby przed zaledwie sekundą stała się jakąś częścią mnie.
Trwało to może kilka chwil; a ja czułem; jakbym przez długie godziny patrzył na tę  niewysłowioną i pełną  majestatu urodę.
**************************

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz