Kilka dni po wizycie Wielkiej Inkwizycji...
Dzisiejsze "posiedzenie" Zjednoczonej Rady Łowczych zyskało miano zgromadzenia nadzwyczajnego; co znaczyło, że każdy mógł nie tylko jawnie kląć na durne pomysły Inkwizycji; ale i proponować rozwiązania co do kwestii likwidacji niewygodnych członków Rządu Wampirów, wliczając w to także ich Radę.
-Tym fanatykom już totalnie odjebało. W większości siedzib Stowarzyszenia brakuje wyszkolonych łowców- odezwał się wujek Luca nie kryjąc rozdrażnienia.
-Pierdolona banda kundli ze stołkami przyśrubowanymi do zadków- zaklął Kostenlos również popierając wypowiedź przewodniczącego, sprzed zaledwie trzech minut.
-Może jeszcze każą nam wysyłać do walki nasze dzieci?- Warknęła jedna z kobiet.
-Zapewniam cię; że do tego nie dopuszczę, Janett- Oznajmił Angello chłodno; jego niebieskie oczy swym wyrazem przypominały kryształy lodu- były zimne, twarde i nieugięte.- Jeśli wyższa władza Stowarzyszenia nie pozostawi nam wyjścia; będziemy działać bez ich udziału. Zagłosujmy: kto za?- Wszystkie ręce uprawnionych do głosowania łowców (czyli tych; którzy ukończyli lat siedemnaście) powędrowały w górę. Angello westchnął.- To może być uznane za bunt z naszej strony. Mam nadzieję, że zdajecie sobie z tego sprawę.
-Jeden za wszystkich; wszyscy za jednego; Angello- oznajmił stary Romanow.- Signo victoriam Tenebris: Inkwizycja chyba zapomniała, co te słowa znaczą. Oni sobie siedzą w przytulnej budzie i zajmują się papierami: widocznie już dawno zapomnieli, czym grozi ufanie pijawom- dodał z jawną pogardą dla wyższej władzy.
-Jeśli my nie wykończymy ich; oni wykończą nas- zauważył Nick-Rozpuszczalnik.
-Zrzeszenie widocznie już nie pamięta o Kryształowej Nocy- dodał równie niechętnie Armand Tyler; a Michael przyglądał się ojcu ze zmartwieniem.
Jacob Horse milczał wpatrzony w przeciwległą ścianę.
-Sprzątanie ich po kolei nic nie da- powiedział równocześnie z przewodniczącym.- Przydałby się jakiś cichy plan.
W sali zawrzało, Angello bezskutecznie próbował zapanować nad emocjami pozostałych członków Stowarzyszenia.
-Atak na Radę odpada; bo jak już ktoś mówił: jest nas za mało- odezwał się Michael z namysłem.
Felix Moon siedział zamyślony, czytając jakiś dokument.
-Chyba czas na naszą słynną Sekcję Czarną- zauważył zamyślony.
Szum głosów ucichł nagle, jak ucięty nożem.
Powoli podniosłam głowę znad raportu Wielkiej Inkwizycji i przesunęłam oczy na mężczyznę, lecz nim otworzyłam usta odezwała się Hunter:
-To na pewno odpowiedni moment; Nox?- Zapytała ostrożnie.
-Obawiam się, że nie; ale możemy nie mieć lepszej okazji- odparł z namysłem.
***
Jeszcze długo trwały rozmowy na temat wkręcenia w plan Szczurów.
Wskazówki zegara obwieszczały godzinę czwartą wieczorem; gdy odbyły się ostatnie poprawki planu i głosowanie na temat wcielenia go w życie; oraz wdrożenie ludzi.
-Mówiłeś, że są blisko; Felix- stwierdził nieco zniecierpliwiony Grey.
-Zaraz się zjawią, lubią mieć wejście..- odparł Moon z nikłym uśmiechem.
Podwójne drzwi jadalni otworzyły się na oścież. Do środka równym krokiem wkroczył szereg młodych ludzi liczący dziesięciu chłopaków. Na czele orszaku szedł Vincent. Stanęli w szyku, buty stuknęły na baczność.
-Dobry wieczór; Angello. Dobry wieczór Rado- powitał wszystkich spokojnie Vincent Rodriguez.- Sekcja Czarna melduje swoje przybycie.
-Spocznij. Siadajcie chłopaki- rzucił Moon ciepło.
Chłopaczyska usiadły spokojnie na przygotowanych dla nich miejscach. Cała dziewiątka obserwowała Vincenta; jakby to właśnie on był opoką tej grupy.
Dzisiejsze "posiedzenie" Zjednoczonej Rady Łowczych zyskało miano zgromadzenia nadzwyczajnego; co znaczyło, że każdy mógł nie tylko jawnie kląć na durne pomysły Inkwizycji; ale i proponować rozwiązania co do kwestii likwidacji niewygodnych członków Rządu Wampirów, wliczając w to także ich Radę.
-Tym fanatykom już totalnie odjebało. W większości siedzib Stowarzyszenia brakuje wyszkolonych łowców- odezwał się wujek Luca nie kryjąc rozdrażnienia.
-Pierdolona banda kundli ze stołkami przyśrubowanymi do zadków- zaklął Kostenlos również popierając wypowiedź przewodniczącego, sprzed zaledwie trzech minut.
-Może jeszcze każą nam wysyłać do walki nasze dzieci?- Warknęła jedna z kobiet.
-Zapewniam cię; że do tego nie dopuszczę, Janett- Oznajmił Angello chłodno; jego niebieskie oczy swym wyrazem przypominały kryształy lodu- były zimne, twarde i nieugięte.- Jeśli wyższa władza Stowarzyszenia nie pozostawi nam wyjścia; będziemy działać bez ich udziału. Zagłosujmy: kto za?- Wszystkie ręce uprawnionych do głosowania łowców (czyli tych; którzy ukończyli lat siedemnaście) powędrowały w górę. Angello westchnął.- To może być uznane za bunt z naszej strony. Mam nadzieję, że zdajecie sobie z tego sprawę.
-Jeden za wszystkich; wszyscy za jednego; Angello- oznajmił stary Romanow.- Signo victoriam Tenebris: Inkwizycja chyba zapomniała, co te słowa znaczą. Oni sobie siedzą w przytulnej budzie i zajmują się papierami: widocznie już dawno zapomnieli, czym grozi ufanie pijawom- dodał z jawną pogardą dla wyższej władzy.
-Jeśli my nie wykończymy ich; oni wykończą nas- zauważył Nick-Rozpuszczalnik.
-Zrzeszenie widocznie już nie pamięta o Kryształowej Nocy- dodał równie niechętnie Armand Tyler; a Michael przyglądał się ojcu ze zmartwieniem.
Jacob Horse milczał wpatrzony w przeciwległą ścianę.
-Sprzątanie ich po kolei nic nie da- powiedział równocześnie z przewodniczącym.- Przydałby się jakiś cichy plan.
W sali zawrzało, Angello bezskutecznie próbował zapanować nad emocjami pozostałych członków Stowarzyszenia.
-Atak na Radę odpada; bo jak już ktoś mówił: jest nas za mało- odezwał się Michael z namysłem.
Felix Moon siedział zamyślony, czytając jakiś dokument.
-Chyba czas na naszą słynną Sekcję Czarną- zauważył zamyślony.
Szum głosów ucichł nagle, jak ucięty nożem.
Powoli podniosłam głowę znad raportu Wielkiej Inkwizycji i przesunęłam oczy na mężczyznę, lecz nim otworzyłam usta odezwała się Hunter:
-To na pewno odpowiedni moment; Nox?- Zapytała ostrożnie.
-Obawiam się, że nie; ale możemy nie mieć lepszej okazji- odparł z namysłem.
***
Jeszcze długo trwały rozmowy na temat wkręcenia w plan Szczurów.
Wskazówki zegara obwieszczały godzinę czwartą wieczorem; gdy odbyły się ostatnie poprawki planu i głosowanie na temat wcielenia go w życie; oraz wdrożenie ludzi.
-Mówiłeś, że są blisko; Felix- stwierdził nieco zniecierpliwiony Grey.
-Zaraz się zjawią, lubią mieć wejście..- odparł Moon z nikłym uśmiechem.
Podwójne drzwi jadalni otworzyły się na oścież. Do środka równym krokiem wkroczył szereg młodych ludzi liczący dziesięciu chłopaków. Na czele orszaku szedł Vincent. Stanęli w szyku, buty stuknęły na baczność.
-Dobry wieczór; Angello. Dobry wieczór Rado- powitał wszystkich spokojnie Vincent Rodriguez.- Sekcja Czarna melduje swoje przybycie.
-Spocznij. Siadajcie chłopaki- rzucił Moon ciepło.
Chłopaczyska usiadły spokojnie na przygotowanych dla nich miejscach. Cała dziewiątka obserwowała Vincenta; jakby to właśnie on był opoką tej grupy.
-Niezłe wyzwanie- rzucił szeptem niski brunet wyglądający na Europejczyka.
-Nie wiem, jak ty; ale ja bym w to wszedł- rzucił siedzący obok niego średniego wzrostu szatyn z brązowymi oczami.
Dostrzegając ostre spojrzenie Vincenta zamilkli i wbili w niego pełne zaufania spojrzenia. Barczysty Hiszpan rozmyślał przez chwilę.
-O mnie prawdopodobnie już wiedzą, Angello- odezwał się z zastanowieniem Vincent.- Z jednej strony muszę zostać w cieniu; a z drugiej... Trudno. Wchodzimy w to.- Oznajmił krótko.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Kolacja...
-Ej; bez takich!- Jęknął brązowooki szatyn; wpychając w siebie kolejną porcję tłuczonych ziemniaków i kawałek dziczyzny. Kopnął siedzącego obok w kostkę.
-Nie możemy dać dupy; więc nie zachowuj się; jak berbeć; koleś- zauważył inny z ubranych na czarno nastolatków zapodając kopa szatynowi.
-Więc lepiej bardziej się postaraj; (Fujaro[?])- rzucił brunet; ostatnie słowo rzucając po swojemu, tonem wyzwiska.
-Osz; ty Zwiędły Fiucie- odciął się z humorem szatyn.- Ale tak na poważnie: trzymamy się razem i nie odpierdalamy numerów- zauważył spokojnie. -Spróbuj szczęścia; jeśli chcesz mieć w dupie but Szefuńcia- rzucił inny rozglądając się, czy w pobliżu nie ma Vincenta. Reszta chłopaków zareagowała na to niekontrolowanym rechotem.
-Nie wiem, jak ty; ale ja bym w to wszedł- rzucił siedzący obok niego średniego wzrostu szatyn z brązowymi oczami.
Dostrzegając ostre spojrzenie Vincenta zamilkli i wbili w niego pełne zaufania spojrzenia. Barczysty Hiszpan rozmyślał przez chwilę.
-O mnie prawdopodobnie już wiedzą, Angello- odezwał się z zastanowieniem Vincent.- Z jednej strony muszę zostać w cieniu; a z drugiej... Trudno. Wchodzimy w to.- Oznajmił krótko.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Kolacja...
-Ej; bez takich!- Jęknął brązowooki szatyn; wpychając w siebie kolejną porcję tłuczonych ziemniaków i kawałek dziczyzny. Kopnął siedzącego obok w kostkę.
-Nie możemy dać dupy; więc nie zachowuj się; jak berbeć; koleś- zauważył inny z ubranych na czarno nastolatków zapodając kopa szatynowi.
-Więc lepiej bardziej się postaraj; (Fujaro[?])- rzucił brunet; ostatnie słowo rzucając po swojemu, tonem wyzwiska.
-Osz; ty Zwiędły Fiucie- odciął się z humorem szatyn.- Ale tak na poważnie: trzymamy się razem i nie odpierdalamy numerów- zauważył spokojnie. -Spróbuj szczęścia; jeśli chcesz mieć w dupie but Szefuńcia- rzucił inny rozglądając się, czy w pobliżu nie ma Vincenta. Reszta chłopaków zareagowała na to niekontrolowanym rechotem.
-Jesteś ich pewien?- Zapytał Michael ostrożnie.
Vincent spoglądając na rozgadaną grupę odparł:
-Może nie wyglądają zbyt poważnie; ale są naprawdę najlepsi.- Oznajmił poważnie.
-Nigdy nie mówiłeś, że dowodzisz sekcją- zauważyłam powoli.
-Im mniej wiesz; tym krócej Rząd będzie cię przesłuchiwać- odparł z lekkim uśmiechem Vincent.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Vincent spoglądając na rozgadaną grupę odparł:
-Może nie wyglądają zbyt poważnie; ale są naprawdę najlepsi.- Oznajmił poważnie.
-Nigdy nie mówiłeś, że dowodzisz sekcją- zauważyłam powoli.
-Im mniej wiesz; tym krócej Rząd będzie cię przesłuchiwać- odparł z lekkim uśmiechem Vincent.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Z ust wyrwało mi się potężne beknięcie; Callisto nie unosząc wzroku znad katalogu sukien ślubnych wydała z siebie jeszcze dłuższe- przypominające mi ryk geparda.
-Wy faceci to macie dobrze- zauważyła.- Założycie sobie garniak i hasta la vista bejbe. Już mi się w głowie kręci od tych trenów, welonów i innych- rzuciła z niechęcią katalog na biurko.
-Tylko to nie jest taki sobie garniak. Musi być odpowiedni- odparłem akcentując ostatnie słowo.
-Odpowiedni.! Piękniś się znalazł- rzuciła z ironicznym uśmieszkiem; rzucając we mnie cukierkiem. Złapałem go i podszedłem do niej.
-Przy tak pięknej dziewczynie, facet też chce ładnie wyglądać.- Powiedziałem całując ją lekko w szyję.
-Romantico- rzuciła śmiejąc się.
-A żebyś wiedziała- pochyliłem się przytulając się do niej mocno. Zadrżała.
-Co się dzieje?- Zapytałem zaniepokojony.
-Nie... W porządku..- odparła tłumiąc jęk.
-Callisto..- zacząłem z prośbą.
-To przez ten lek.. Czasem...- Jęknęła przysuwając dłoń do gardła.- Boli..
-Weź trochę ode mnie- zaproponowałem szybko.
Callisto Raven postrach ogólniaka.
Nie mogę oddychać... Duszno.. Kolejny raz wstrząsają mną dreszcze- moje ciało naprzemian zalewa fala zimna i gorąca. Zamglony wzrok stara się dostrzec strzykawkę z lekiem.
To niebezpieczne.. Druga dawka może cię zabić; Callisto..- słyszę w tej samej chwili cichy głos Devona.
Michael odciąga mnie od przedmiotu na biurku. Rzuca się ze mną na łóżko- próbuje mnie uspokoić; przekonać, że to nie jest dobre rozwiązanie.
-Michael... Nie..- Chcę go z siebie zrzucić, ale on blokuje mi ręce.
Nie... Przed oczami widzę dwie czarne plamy.
-Na co czekasz..? Idź po Marco- rzuca naglący głos Vincenta.- Opatrz to; Michael..
Z ust wyrwało mi się potężne beknięcie; Callisto nie unosząc wzroku znad katalogu sukien ślubnych wydała z siebie jeszcze dłuższe- przypominające mi ryk geparda.
-Wy faceci to macie dobrze- zauważyła.- Założycie sobie garniak i hasta la vista bejbe. Już mi się w głowie kręci od tych trenów, welonów i innych- rzuciła z niechęcią katalog na biurko.
-Tylko to nie jest taki sobie garniak. Musi być odpowiedni- odparłem akcentując ostatnie słowo.
-Odpowiedni.! Piękniś się znalazł- rzuciła z ironicznym uśmieszkiem; rzucając we mnie cukierkiem. Złapałem go i podszedłem do niej.
-Przy tak pięknej dziewczynie, facet też chce ładnie wyglądać.- Powiedziałem całując ją lekko w szyję.
-Romantico- rzuciła śmiejąc się.
-A żebyś wiedziała- pochyliłem się przytulając się do niej mocno. Zadrżała.
-Co się dzieje?- Zapytałem zaniepokojony.
-Nie... W porządku..- odparła tłumiąc jęk.
-Callisto..- zacząłem z prośbą.
-To przez ten lek.. Czasem...- Jęknęła przysuwając dłoń do gardła.- Boli..
-Weź trochę ode mnie- zaproponowałem szybko.
Callisto Raven postrach ogólniaka.
Nie mogę oddychać... Duszno.. Kolejny raz wstrząsają mną dreszcze- moje ciało naprzemian zalewa fala zimna i gorąca. Zamglony wzrok stara się dostrzec strzykawkę z lekiem.
To niebezpieczne.. Druga dawka może cię zabić; Callisto..- słyszę w tej samej chwili cichy głos Devona.
Michael odciąga mnie od przedmiotu na biurku. Rzuca się ze mną na łóżko- próbuje mnie uspokoić; przekonać, że to nie jest dobre rozwiązanie.
-Michael... Nie..- Chcę go z siebie zrzucić, ale on blokuje mi ręce.
Nie... Przed oczami widzę dwie czarne plamy.
-Na co czekasz..? Idź po Marco- rzuca naglący głos Vincenta.- Opatrz to; Michael..
Nie.. To nie może być prawda.. Nie, ja...
Zraniłam go. Jestem potworem..
Zraniłam go. Jestem potworem..
Michael wyszedł.
-Seth, wszystko gra?- Zapytał Vincent towarzysza.
-Ten jej spokój jest.. Dziwnie niepokojący..- odparł cichy lekko ochrypły głos.
-Seth, wszystko gra?- Zapytał Vincent towarzysza.
-Ten jej spokój jest.. Dziwnie niepokojący..- odparł cichy lekko ochrypły głos.
Mogłam go zabić..
Ten zapach... Doprowadza mnie do szaleństwa.
Ten zapach... Doprowadza mnie do szaleństwa.
Nie stawiam już oporu. Czy taki miał być twój podły plan; Grace? Jeśli chciałaś; żebym cierpiała i znienawidziła samą siebie; właśnie ci się to udało..
Czy naprawdę spotka mnie ten sam koniec, jak inne poziomy D?
Głupio zrobiłam stawiając honor łowcy ponad własne życie- nie przyjmując krwi; która mogła ocalić mnie od stoczenia się na samo wampirze dno..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
- To nie może się tak skończyć...
Biegnę w stronę pokoju jej kuzyna. Trzymając dłoń przy krwawiącej ranie na przedramieniu, staram się nie myśleć o Torres'ie.
A, jeśli wiem; kto może zatrzymać upadek tej dziewczyny?...
Zapewniam, że zwrócisz się do mnie szybciej; niż myślisz...
Wpadłem do gabinetu.
-Płomień!- Marco chwycił mnie za ramię i przyciągnął, zanim upadłem na podłogę.
-To nic! Callisto... Ona jest ważniejsza..- wydyszałem. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie. Rana chyba nie była tak mała; jak mi się zdawało.
-Zajmę się nim- odezwał się cicho kobiecy głos. Szybko doprowadziła mnie i położyła na łóżku.
-Callisto..- Próbowałem się podnieść, ale mi nie pozwoliła.
-Leż. Mocno krwawisz- oznajmiła powstrzymując mnie od jakiegokolwiek ruchu.
Pokój zaczął wirować, jak karuzela. Obraz przed moimi oczami dziwnie się wyginał, jakbym był w pokoju pełnym luster.. Było mi słabo..
-Rozmawiaj ze mną...- Powiedziała kobieta ostro.
Co miałem jej niby powiedzieć...? Że Callisto dostała ataku szału? Że to moja wina i wiem, że nie powinienem jej kusić?
-To nic takiego...- zacząłem z trudem. Obrazy przed oczami stawały się coraz bardziej dziwne i dalekie od rzeczywistości.
A, jeśli wiem; kto może zatrzymać upadek tej dziewczyny?...
Zapewniam, że zwrócisz się do mnie szybciej; niż myślisz...
Wpadłem do gabinetu.
-Płomień!- Marco chwycił mnie za ramię i przyciągnął, zanim upadłem na podłogę.
-To nic! Callisto... Ona jest ważniejsza..- wydyszałem. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie. Rana chyba nie była tak mała; jak mi się zdawało.
-Zajmę się nim- odezwał się cicho kobiecy głos. Szybko doprowadziła mnie i położyła na łóżku.
-Callisto..- Próbowałem się podnieść, ale mi nie pozwoliła.
-Leż. Mocno krwawisz- oznajmiła powstrzymując mnie od jakiegokolwiek ruchu.
Pokój zaczął wirować, jak karuzela. Obraz przed moimi oczami dziwnie się wyginał, jakbym był w pokoju pełnym luster.. Było mi słabo..
-Rozmawiaj ze mną...- Powiedziała kobieta ostro.
Co miałem jej niby powiedzieć...? Że Callisto dostała ataku szału? Że to moja wina i wiem, że nie powinienem jej kusić?
-To nic takiego...- zacząłem z trudem. Obrazy przed oczami stawały się coraz bardziej dziwne i dalekie od rzeczywistości.
- Dlaczego widzę Billa?
- Co się ze mną dzieje...??
Rozluźniam dłoń.. Coś wysuwa się z moich zdrętwiałych palców i...
-O, Boże..- Z ust kobiety wyszedł przerażony szept.
Słuch wychwycił podzwanianie szkła; chwilę potem... Nicość.
-O, Boże..- Z ust kobiety wyszedł przerażony szept.
Słuch wychwycił podzwanianie szkła; chwilę potem... Nicość.
Jakiś czas później otworzyłem oczy i rozejrzałem się nieprzytomnie wokół siebie.
Mrowienie w palcach ustało. Nagle nie czułem się taki ciężki, jak kłoda drewna. Wziąłem głęboki wdech i zacząłem kaszleć odsuwając coś z twarzy..
Maska z tlenem.
Obrazy sprzed zaledwie chwili również zniknęły..
-Nie zdejmuj- Maska spowrotem spoczęła na mojej twarzy.
Katem oka dostrzegłem zużyte gaziki.
-Ile spałem?- Zapytałem półprzytomnie. Byłem jeszcze tak cholernie senny..
-Nigdy więcej mi tego nie rób; koleś- zauważyła z nagłą złością.
-Czego? Co ja takiego zrobiłem..?- Zapytałem słabo, uchylając lekko podajnik tlenu.
-Prawie mi odjechałeś. Do aniołków. To nie jest śmieszne, chłoptasiu.- Ochrzaniła mnie.
-Nie chciałem... Przepraszam- zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć; więc rzuciłem pierwsze co mi przyszło do głowy.
Chyba ją tym rozbroiłem, bo zaczęła się dziwnie trząść. W pewnej chwili jej głośny śmiech wypełnił pokój.
-Jesteś zabawny...- powiedziała po dłuższej chwili ocierając łzy z oczu.- Ale się uśmiałam... Mój Boże...
-To miłe, że mogłem panią rozśmieszyć- odparłem trochę zakłopotany. Ten dekolt był nieco zbyt blisko..
Przysunęła dłoń do mojego policzka. Przemyślała coś i potrzasnęła głową chichocząc. Jedno spojrzenie na stalowy bok jeżdżącego stolika utwierdziło mnie w przekonaniu, że... Spaliłem cholernego buraka.!
Mrowienie w palcach ustało. Nagle nie czułem się taki ciężki, jak kłoda drewna. Wziąłem głęboki wdech i zacząłem kaszleć odsuwając coś z twarzy..
Maska z tlenem.
Obrazy sprzed zaledwie chwili również zniknęły..
-Nie zdejmuj- Maska spowrotem spoczęła na mojej twarzy.
Katem oka dostrzegłem zużyte gaziki.
-Ile spałem?- Zapytałem półprzytomnie. Byłem jeszcze tak cholernie senny..
-Nigdy więcej mi tego nie rób; koleś- zauważyła z nagłą złością.
-Czego? Co ja takiego zrobiłem..?- Zapytałem słabo, uchylając lekko podajnik tlenu.
-Prawie mi odjechałeś. Do aniołków. To nie jest śmieszne, chłoptasiu.- Ochrzaniła mnie.
-Nie chciałem... Przepraszam- zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć; więc rzuciłem pierwsze co mi przyszło do głowy.
Chyba ją tym rozbroiłem, bo zaczęła się dziwnie trząść. W pewnej chwili jej głośny śmiech wypełnił pokój.
-Jesteś zabawny...- powiedziała po dłuższej chwili ocierając łzy z oczu.- Ale się uśmiałam... Mój Boże...
-To miłe, że mogłem panią rozśmieszyć- odparłem trochę zakłopotany. Ten dekolt był nieco zbyt blisko..
Przysunęła dłoń do mojego policzka. Przemyślała coś i potrzasnęła głową chichocząc. Jedno spojrzenie na stalowy bok jeżdżącego stolika utwierdziło mnie w przekonaniu, że... Spaliłem cholernego buraka.!
Callisto Raven postrach ogólniaka.
-Jestem kompletnie beznadziejna! Psia mać!- Kopnęłam z wściekłością w biurko.
Seth przyglądał się z zaciekawieniem, jak wyżywam się na meblu; przeklinając w kilku językach naraz.
-Już mi lepiej...- Odsunęłam się od biurka i rzuciłam się na łóżko.
-Od dawna masz te ataki agresji?- Zapytał Seth wolno, a Vincent spojrzał nań ze zdziwieniem.
Zwróciłam wzrok na bruneta z brązowymi oczami.
-W zasadzie nigdy wcześniej nie traciłam kontroli. Owszem, ataki bólu się zdarzały, ale nigdy nie coś takiego... Jeszcze do tego Michael...- w tym momencie miałam kolejny niekontrolowany napad furii- najbliższym obiektem na którym wyładowałam gniew stała się poduszka.
Seth zawahał się przez chwilę. Odczekał aż przestanę mścić się na jaśku i zadał kolejne pytanie.
-Od jak dawna pijesz ludzką krew?- Zapytał ostrożnie.
-Od zawsze. Transfuzyjna to...- zaczęłam.
-Chodzi mi o Jego krew- przerwał mi z naciskiem.
Bardzo powoli podniosłam głowę i ściskając w drżących dłoniach wzorzystą poduszkę spojrzałam w skupieniu na Seth'a.
-To trwa...- Nie potrafiłam zebrać myśli. Szumiało mi w głowie.- ...stanowczo za długo..- nie umiałam powiedzieć, kiedy przestałam odmawiać sobie jego krwii. Czułam okropne wyrzuty sumienia.
-Tak myślałem..- Zauważył cicho z zastanowieniem; jakby zaraz miał wygarnąć mi; jak okropną bestią, według niego, jestem.- To czasem się zdarza... Jesteś po prostu uzależniona.
-Nigdy o czymś takim nie słyszałem- zauważył Vincent.
-Wierz mi; Rząd Pijawek prawdopodobnie też o tym nie wie. Tutaj to stosunkowo nowe zjawisko, ale na innych obszarach; na ten przykład: w Europie, już nie. Spytaj Miecia: epidemia tego cholerstwa zaczęła się u nich. Tam pijawy nie wybrzydzają- wyjaśnił wzruszając ramionami.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Spojrzałem na obandażowane przedramię obojętnie. Nie byłem na nią zły.. Nie mogłem być zły na Callisto.
Patrzyłem w sufit i rozmyślałem. Ile czasu jej zostało? Czy kiedy upadnie; ktoś bedzie musiał ją...?
Gwałtownie podniosłem się z łóżka i odetchnąłem głęboko. Musiałem szybko stąd prysnąć zanim Elena wróci, więc chyłkiem wyszedłem i ruszyłem w stronę tylnego wyjścia; gdy wpadłem na kogoś. Odskoczyłem szybko zaskoczony.
-Paniczu..- usłyszałem lekki głos Jane.
-Przynieś mój miecz; Jane; proszę.. Muszę wyjść na trochę..- Rozejrzałem się, czy nikogo nie ma w pobliżu.
-Mogę zapytać, dokąd idziesz paniczu?- Zapytała szeptem.
-Już dawno powinienem tam iść. Do Torres'a- oznajmiłem z determinacją.
-Oczywiście.- Jane zniknęła w widowiskowym czerwonym płomieniu.
-Zajebiste..- mruknąłem. Nagle potrząsnąłem głową.
Chyba leki nie przestały działać i mam jakieś zwidy...
-Jestem kompletnie beznadziejna! Psia mać!- Kopnęłam z wściekłością w biurko.
Seth przyglądał się z zaciekawieniem, jak wyżywam się na meblu; przeklinając w kilku językach naraz.
-Już mi lepiej...- Odsunęłam się od biurka i rzuciłam się na łóżko.
-Od dawna masz te ataki agresji?- Zapytał Seth wolno, a Vincent spojrzał nań ze zdziwieniem.
Zwróciłam wzrok na bruneta z brązowymi oczami.
-W zasadzie nigdy wcześniej nie traciłam kontroli. Owszem, ataki bólu się zdarzały, ale nigdy nie coś takiego... Jeszcze do tego Michael...- w tym momencie miałam kolejny niekontrolowany napad furii- najbliższym obiektem na którym wyładowałam gniew stała się poduszka.
Seth zawahał się przez chwilę. Odczekał aż przestanę mścić się na jaśku i zadał kolejne pytanie.
-Od jak dawna pijesz ludzką krew?- Zapytał ostrożnie.
-Od zawsze. Transfuzyjna to...- zaczęłam.
-Chodzi mi o Jego krew- przerwał mi z naciskiem.
Bardzo powoli podniosłam głowę i ściskając w drżących dłoniach wzorzystą poduszkę spojrzałam w skupieniu na Seth'a.
-To trwa...- Nie potrafiłam zebrać myśli. Szumiało mi w głowie.- ...stanowczo za długo..- nie umiałam powiedzieć, kiedy przestałam odmawiać sobie jego krwii. Czułam okropne wyrzuty sumienia.
-Tak myślałem..- Zauważył cicho z zastanowieniem; jakby zaraz miał wygarnąć mi; jak okropną bestią, według niego, jestem.- To czasem się zdarza... Jesteś po prostu uzależniona.
-Nigdy o czymś takim nie słyszałem- zauważył Vincent.
-Wierz mi; Rząd Pijawek prawdopodobnie też o tym nie wie. Tutaj to stosunkowo nowe zjawisko, ale na innych obszarach; na ten przykład: w Europie, już nie. Spytaj Miecia: epidemia tego cholerstwa zaczęła się u nich. Tam pijawy nie wybrzydzają- wyjaśnił wzruszając ramionami.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Spojrzałem na obandażowane przedramię obojętnie. Nie byłem na nią zły.. Nie mogłem być zły na Callisto.
Patrzyłem w sufit i rozmyślałem. Ile czasu jej zostało? Czy kiedy upadnie; ktoś bedzie musiał ją...?
Gwałtownie podniosłem się z łóżka i odetchnąłem głęboko. Musiałem szybko stąd prysnąć zanim Elena wróci, więc chyłkiem wyszedłem i ruszyłem w stronę tylnego wyjścia; gdy wpadłem na kogoś. Odskoczyłem szybko zaskoczony.
-Paniczu..- usłyszałem lekki głos Jane.
-Przynieś mój miecz; Jane; proszę.. Muszę wyjść na trochę..- Rozejrzałem się, czy nikogo nie ma w pobliżu.
-Mogę zapytać, dokąd idziesz paniczu?- Zapytała szeptem.
-Już dawno powinienem tam iść. Do Torres'a- oznajmiłem z determinacją.
-Oczywiście.- Jane zniknęła w widowiskowym czerwonym płomieniu.
-Zajebiste..- mruknąłem. Nagle potrząsnąłem głową.
Chyba leki nie przestały działać i mam jakieś zwidy...
Jane zjawiła się kilka chwil później. W dłoniach miała moje ciuchy i miecz.
-Noc będzie chłodna; paniczu- zauważyła wciskając mi w dłonie ubrania. Przebrałem się szybko.
-Dziękuję; Jane- Odparłem ściskając ją mocno.
-Nie trzeba; to w końcu mój obowiązek, paniczu- odpowiedziała nieśmiało.
-Mimo wszystko ci dziękuję- pocałowałem ją lekko w policzek i zniknąłem w korytarzu.
Wiedziałem, że prędzej, czy później ruszy moim śladem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Dwie godziny później, mały park za kościołem Świętej Trójcy.
Rozejrzałem się. Leki przestały działać, więc czułem się.. Cóż, nie powiedziałbym; że normalnie- mimo późnego wieczora wprost rozpierała mnie energia.
-Właściwie powinienem się pewnie jakoś umówić, czy coś...- mruknąłem do swoich myśli.
W ostatniej sekundzie zablokowałem atak. Krwawiące Ostrze wampira-ochroniarza ześliznęło się po głowni mojego miecza. Nastąpił kolejny cios. Podskoczyłem i lądując za wampirem przystawiłem jej ostrze do gardła.
-Kim jesteś, pijawo?- Zapytałem ostro.
Poczułem chłód i obejrzałem się. Ochroniarz odtrącił moją broń i znów zaatakował. Pogrążony w walce dostrzegłem idącego ścieżką mężczyznę. Zbliżał się w naszą stronę.
Kopniakiem odrzuciłem kobietę z mieczem. Natarła na mnie z impetem.
-Dość, Antoinetté- rzucił wampir krótko.
Kobieta zniknęła. Kilka uderzeń serca później stała u boku Jean'a Féu.
-Michael James Tyler; herbu Płomień.- Rzucił lekkim usypiającym tonem.
-Jean Féu, Czystokrwisty z lini Starszych. Mnie również miło cię widzieć, wampirze- odparłem z ironią, chowając miecz w pochwę pod rękawem bluzy.
Wampir przyglądał mi się uważnie.
-Sądzę, że chciałeś skrócić sobie drogę do Torres'a- zauważył z namysłem.
-Przepraszam za nieporozumienie. Zapomniałem, że wampiry są uczulone na kwestie terytorialne- oznajmiłem spokojnie, przechodząc obok wampira.
Féu złożył mi rękę na ramieniu, przystanąłem i spojrzałem nań z boku nieufnie.
-Ona jest kartą przetargową w całej tej bzdurnej wojnie. Wiem, że bardzo ci na niej zależy; więc jeśli chcesz by dołączyła do Klasztoru Rady idź do tej szumowiny, Torres'a. Tym samym podpiszesz na nią wyrok śmierci- oznajmił zimno.
-Cofnij się, wampirze- nakazał lodowato głos Jane. Rudowłosa stała tuż przy Féu z ręką gotową do ciosu.
-Jane... nie- powiedziałem cicho; drżącym głosem.- On ma rację...
-Paniczu..- zaczęła w głębokim zdumieniu. Skłoniła się lekko i stanęła przy mnie.
Anastasia Forbes- zmieniona w wampira. W porę uciekła z klubu "Fallen Angel" w dzielnicy wampirów. Chciała tylko ekstra imprezy, a w zamian dostała prezent w postaci zmiany życia w totalne piekło. Wszyscy nasi podejrzewają, że jej przyjaciółka, Meredith Bell- którą śledzi Mikaelis- prawdopodobnie współpracuje z Rządem. Czym ją przekupili, nie wiem; ale od tamtej pory ani razu nie odwiedziła Stacii. Poza tym to wszystko ma sens: Rząd już od dawna chciał; by Callisto do nich dołączyła; najpierw prośbą- teraz groźbami. Jaki jest w tym udział Torres'a(?)- od jakiegoś czasu zastanawiałem się, co- tak naprawdę- ten wampir knuje i po czyjej jest stronie. I dlaczego- mimo, że wiedział, że Tori jest naszą wtyką- nic jej nie zrobił...?
Za to Jean Féu.. Od kiedy ponownie wrócił do miasta, tylko raz pojawił się w gmachu Rady Wampirów, właśnie wtedy, gdy była tam Tori i, gdy jeszcze żył Vincenzo Corvin. Tori twierdziła, że jawnie kpił sobie z Rady i namawiał ich do wstrzymania się od tego konfliktu; mówiąc, że Rząd więcej na tym straci, niż zyska... Wtedy w celi Stowarzyszenia; powiedział, że nie jest po żadnej ze stron i, co więcej: stwierdził, że z przyjemnością popatrzy, jak wyrzynamy się nawzajem.
-Noc będzie chłodna; paniczu- zauważyła wciskając mi w dłonie ubrania. Przebrałem się szybko.
-Dziękuję; Jane- Odparłem ściskając ją mocno.
-Nie trzeba; to w końcu mój obowiązek, paniczu- odpowiedziała nieśmiało.
-Mimo wszystko ci dziękuję- pocałowałem ją lekko w policzek i zniknąłem w korytarzu.
Wiedziałem, że prędzej, czy później ruszy moim śladem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Dwie godziny później, mały park za kościołem Świętej Trójcy.
Rozejrzałem się. Leki przestały działać, więc czułem się.. Cóż, nie powiedziałbym; że normalnie- mimo późnego wieczora wprost rozpierała mnie energia.
-Właściwie powinienem się pewnie jakoś umówić, czy coś...- mruknąłem do swoich myśli.
W ostatniej sekundzie zablokowałem atak. Krwawiące Ostrze wampira-ochroniarza ześliznęło się po głowni mojego miecza. Nastąpił kolejny cios. Podskoczyłem i lądując za wampirem przystawiłem jej ostrze do gardła.
-Kim jesteś, pijawo?- Zapytałem ostro.
Poczułem chłód i obejrzałem się. Ochroniarz odtrącił moją broń i znów zaatakował. Pogrążony w walce dostrzegłem idącego ścieżką mężczyznę. Zbliżał się w naszą stronę.
Kopniakiem odrzuciłem kobietę z mieczem. Natarła na mnie z impetem.
-Dość, Antoinetté- rzucił wampir krótko.
Kobieta zniknęła. Kilka uderzeń serca później stała u boku Jean'a Féu.
-Michael James Tyler; herbu Płomień.- Rzucił lekkim usypiającym tonem.
-Jean Féu, Czystokrwisty z lini Starszych. Mnie również miło cię widzieć, wampirze- odparłem z ironią, chowając miecz w pochwę pod rękawem bluzy.
Wampir przyglądał mi się uważnie.
-Sądzę, że chciałeś skrócić sobie drogę do Torres'a- zauważył z namysłem.
-Przepraszam za nieporozumienie. Zapomniałem, że wampiry są uczulone na kwestie terytorialne- oznajmiłem spokojnie, przechodząc obok wampira.
Féu złożył mi rękę na ramieniu, przystanąłem i spojrzałem nań z boku nieufnie.
-Ona jest kartą przetargową w całej tej bzdurnej wojnie. Wiem, że bardzo ci na niej zależy; więc jeśli chcesz by dołączyła do Klasztoru Rady idź do tej szumowiny, Torres'a. Tym samym podpiszesz na nią wyrok śmierci- oznajmił zimno.
-Cofnij się, wampirze- nakazał lodowato głos Jane. Rudowłosa stała tuż przy Féu z ręką gotową do ciosu.
-Jane... nie- powiedziałem cicho; drżącym głosem.- On ma rację...
-Paniczu..- zaczęła w głębokim zdumieniu. Skłoniła się lekko i stanęła przy mnie.
Anastasia Forbes- zmieniona w wampira. W porę uciekła z klubu "Fallen Angel" w dzielnicy wampirów. Chciała tylko ekstra imprezy, a w zamian dostała prezent w postaci zmiany życia w totalne piekło. Wszyscy nasi podejrzewają, że jej przyjaciółka, Meredith Bell- którą śledzi Mikaelis- prawdopodobnie współpracuje z Rządem. Czym ją przekupili, nie wiem; ale od tamtej pory ani razu nie odwiedziła Stacii. Poza tym to wszystko ma sens: Rząd już od dawna chciał; by Callisto do nich dołączyła; najpierw prośbą- teraz groźbami. Jaki jest w tym udział Torres'a(?)- od jakiegoś czasu zastanawiałem się, co- tak naprawdę- ten wampir knuje i po czyjej jest stronie. I dlaczego- mimo, że wiedział, że Tori jest naszą wtyką- nic jej nie zrobił...?
Za to Jean Féu.. Od kiedy ponownie wrócił do miasta, tylko raz pojawił się w gmachu Rady Wampirów, właśnie wtedy, gdy była tam Tori i, gdy jeszcze żył Vincenzo Corvin. Tori twierdziła, że jawnie kpił sobie z Rady i namawiał ich do wstrzymania się od tego konfliktu; mówiąc, że Rząd więcej na tym straci, niż zyska... Wtedy w celi Stowarzyszenia; powiedział, że nie jest po żadnej ze stron i, co więcej: stwierdził, że z przyjemnością popatrzy, jak wyrzynamy się nawzajem.
Wampiry nigdy nie będą żyć w pokoju z ludźmi. To podłe, kierujące się pragnieniem krwi bestie, które potrafią tylko krzywdzić i zabijać..- wspomniałem słowa mojego ojca.
-Co proponujesz; Féu?- Zapytałem powoli, budząc się z rozmyślań.
-Nie wiem; czy moja oferta przypadnie do gustu tak honorowemu łowcy; jak ty- zauważył zamyślony Czystokrwisty.
-Zrobię wszystko, by ocalić Callisto- odparłem wpatrzony w niego lodowato.- Żyję tylko dla niej i nieważne; czego zechcesz: dam ci to bez wahania.
-Paniczu, nie możesz..- Zaczęła z przestrachem Jane.
-Milcz- uciąłem zimno.
-Nie zmilczę. Dla tej pijawy ryzykujesz własne cenne życie; jako związany Paktem anioł nie mogę tego tolerować- powiedziała z wściekłością. Jej ogniste oczy błysnęły groźnie.
Chwyciłem ją za klapy skórzanej kurtki i oparłem ją mocno o pień dębu.
-Albo jesteś ze mną; albo przeciwko mnie: wybieraj Jane!- Warknąłem, patrząc jej w oczy.- Wybieraj..- Z trudem opanowałem gniew i odsunąłem się.
Płomiennowłosa wbiła wzrok w ziemię. Zaciskając usta, długo stała w ciszy.
-Twoje postępowanie kłóci się z moją przysięgą; paniczu..- powiedziała w końcu cicho; jakby miała się zaraz rozpłakać. Mówiąc to nadal patrzyła na trawę.- Mimo to; ja...- Odbiła się od pnia i wyprostowała się. Powoli podeszła w moją stronę i przykleknęła na kolano biorąc moją prawą dłoń w swoje pocałowała ją delikatnie.
Wampiry patrzyły na to pełne zdumienia.
-Wstań... Nie powinienem; po prostu mnie poniosło i..- Zacząłem cicho.- Ja... Przepraszam..
Wampirzyca rozdziawiła usta w zaskoczeniu; zresztą sam Féu był tym faktem równie zdumiony.
-Zawsze będę przy twoim boku... Zawsze, mój paniczu..- na moich oczach zmieniła się w płomień. Przez chwilę pomyślałem, że to kolejne przywidzenia spowodowane lekami, ale wampir przyglądał się temu z nieopisanym zdumieniem.
Chwilę potem ogień zniknął; a ja przez moment zapomniałem oddychać; widząc przed sobą piękno olbrzymich, lśniących śnieżną bielą skrzydeł postaci w długiej do ziemi, karmazynowej sukni wiązanej na karku. Nie mogłem odwrócić od niej wzroku; jakby przed zaledwie sekundą stała się jakąś częścią mnie.
Trwało to może kilka chwil; a ja czułem; jakbym przez długie godziny patrzył na tę niewysłowioną i pełną majestatu urodę.
**************************
-Co proponujesz; Féu?- Zapytałem powoli, budząc się z rozmyślań.
-Nie wiem; czy moja oferta przypadnie do gustu tak honorowemu łowcy; jak ty- zauważył zamyślony Czystokrwisty.
-Zrobię wszystko, by ocalić Callisto- odparłem wpatrzony w niego lodowato.- Żyję tylko dla niej i nieważne; czego zechcesz: dam ci to bez wahania.
-Paniczu, nie możesz..- Zaczęła z przestrachem Jane.
-Milcz- uciąłem zimno.
-Nie zmilczę. Dla tej pijawy ryzykujesz własne cenne życie; jako związany Paktem anioł nie mogę tego tolerować- powiedziała z wściekłością. Jej ogniste oczy błysnęły groźnie.
Chwyciłem ją za klapy skórzanej kurtki i oparłem ją mocno o pień dębu.
-Albo jesteś ze mną; albo przeciwko mnie: wybieraj Jane!- Warknąłem, patrząc jej w oczy.- Wybieraj..- Z trudem opanowałem gniew i odsunąłem się.
Płomiennowłosa wbiła wzrok w ziemię. Zaciskając usta, długo stała w ciszy.
-Twoje postępowanie kłóci się z moją przysięgą; paniczu..- powiedziała w końcu cicho; jakby miała się zaraz rozpłakać. Mówiąc to nadal patrzyła na trawę.- Mimo to; ja...- Odbiła się od pnia i wyprostowała się. Powoli podeszła w moją stronę i przykleknęła na kolano biorąc moją prawą dłoń w swoje pocałowała ją delikatnie.
Wampiry patrzyły na to pełne zdumienia.
-Wstań... Nie powinienem; po prostu mnie poniosło i..- Zacząłem cicho.- Ja... Przepraszam..
Wampirzyca rozdziawiła usta w zaskoczeniu; zresztą sam Féu był tym faktem równie zdumiony.
-Zawsze będę przy twoim boku... Zawsze, mój paniczu..- na moich oczach zmieniła się w płomień. Przez chwilę pomyślałem, że to kolejne przywidzenia spowodowane lekami, ale wampir przyglądał się temu z nieopisanym zdumieniem.
Chwilę potem ogień zniknął; a ja przez moment zapomniałem oddychać; widząc przed sobą piękno olbrzymich, lśniących śnieżną bielą skrzydeł postaci w długiej do ziemi, karmazynowej sukni wiązanej na karku. Nie mogłem odwrócić od niej wzroku; jakby przed zaledwie sekundą stała się jakąś częścią mnie.
Trwało to może kilka chwil; a ja czułem; jakbym przez długie godziny patrzył na tę niewysłowioną i pełną majestatu urodę.
**************************
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz