środa, 24 stycznia 2018

Hunter III: Curse Rozdział I: Pogrzeb, diler i "łowca skarbów".

Siedziałam na parapecie okna sypialni i przekopywałam pamięć telefonu w poszukiwaniu kontaktu do Rodrigueza. Kiedy go w końcu znalazłam, nawiązałam połączenie.
Biip. Biiip. Po trzecim sygnale chłopak odebrał.
-Cześć Vincent; mam małą sprawę- rzuciłam z telefonem przy uchu, drugą dłonią przeczesując włosy.
-Nawijaj; Raven- odparł.
-Jutro o dziesiątej jest pogrzeb Jasona; mógłbyś powiedzieć Collins, że przyjdziemy dopiero na trzecią lekcję?- Zapytałam cicho.
-Możesz na mnie liczyć, pogadam z Modliszką- odparł spokojnie.
-Dzięki; do zobaczenia jutro- rzuciłam cicho z wdzięcznością.
-Od czego ma się przyjaciół; Raven. Do jutra- rzucił na pożegnanie.
Powoli odłożyłam Samsunga na parapet tuż przy ramie okiennej.
***
-Cal...- szeptał jego głos tuż przy moim uchu. Jego ciepły oddech delikatnie owiewał mój policzek. Czułam jego objęcie, ten z początku nieśmiały i lekki pocałunek. W plecy wbijała mi się siatka zdobiąc je w karo.
Tonęłam w jego niebiańskich oczach. Przyciągnęłam go do siebie bardzo mocno i przymknęłam oczy zaledwie na sekundę; a gdy je otworzyłam stał przede mną czarnooki blodyn z kręconymi włosami o anielskiej wręcz urodzie, lecz rogatej i pełnej okrucieństwa duszy. W sumie od najmłodszych lat oglądał tylko okrucieństwo i słuchał krzyku "przesłuchiwanych" Łowców i wreszcie sam przesiąkł nie tylko głęboką nienawiścią do wampirów; ale i bezwzględnością; którą posiadał również jego ojciec; gdy wampir, którego traktował; jak syna zdradził przybraną rodzinę.
-Szafirku...- powiedział z uczuciem jego melodyjny głos, gdy dotknął dłonią mojej twarzy.- Należałem do ciebie od tamtej zimowej nocy, na zawsze..
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Zbudziło mnie jej mamrotanie przez sen i rzucanie się na łóżku.
-Nie mów "na zawsze"... Na zawsze nigdy nie przestaje boleć...- szepnęła, a spod zaciśniętych powiek wymknęła się srebrna łza, którą otarłem delikatnie.
Przewróciłem się na bok, wplotłem palce między jej i pocałowałem ją delikatnie w usta. Przez chwilę na jej twarzy pojawił się uśmiech, jakby śniła o czymś przyjemnym; ale po kilku chwilach uśmiech zniknął; a czarnowłosa nadal pogrążona we śnie zaczęła okropnie krzyczeć.
-Callisto...- szepnąłem próbując ją obudzić.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Kiedy drugi raz zamknęłam oczy...
Michael...
Przyciska mnie sobą do drzwi pokoju. Panuje między nami cisza. Choć przed zaledwie chwilą się pokłóciliśmy, powstrzymał mnie od wyjścia z pokoju. Bicie jego serca; to ciepło, szmer oddechu... Są tylko moje.. Zapach krwi powoli mnie uspokaja.. Czując jego dłoń i delikatny całus, odprężam się zupełnie.
-Weź trochę..- Szepta z prośbą patrząc na mnie wzrokiem słodkiego proszącego szczeniaczka.
-Nie...- kolejny raz próbuję odmówić, choć wiem; że to właściwie nie ma sensu. Że uczucie, które od samego początku próbowałam tłumić- w gruncie rzeczy- coraz bardziej pchało mnie wprost ku niemu. Tak samo; jak zapach jego krwi.
Nie mogę już trzeźwo myśleć; nawet nie mam najmniejszej ochoty się powstrzymywać.
Zdążyłam go złapać i, z przerażeniem zrozumiałam; że nie oddycha. Że go zabiłam..
-Callisto. Cally; obudź się.- Potrząsał mną.
Zerwałam się i rzuciłam mu się w ramiona. Objął mnie mocno.
-Jestem tu..- szepnął mi do ucha.- Jestem. Nie masz się czego bać...
Powoli otrząsnęłam się i uspokoiłam. To sen. Po prostu koszmarny sen; które ostatnio znowu wróciły.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Rano, kościół farny pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła.
Felix Moon siadł w ławce i pogrążył się w myślach wpatrując się w białą trumnę; z kolei Porter w ławce przed nami patrzył wszędzie, tylko nie na trumnę. Chyba nadal nie chciał przyjąć do wiadomości, że Jasona już nie ma.
Undertaker ubrany w ciemny garnitur wraz z innymi zakręcał wieko trumny. Zapewne robił to wielokrotnie, ale dziś wyglądał; jakby nie lubił chować ludzi, którzy mieli przed sobą całe życie.
-Sebastian..- rzucił jeden z mężczyzn.
-Nic mi nie jest- odparł szafirowooki.- Bierzemy..
Wzięli trumnę na ramiona i ruszyli równym krokiem, stukając butami.
-Signo victoriam Tenebris- przetoczył się chór głosów. Ludzie za księdzem i ministrantami wychodzili z kościoła.
Cmentarz..
Biała trumna powoli znikała w dole. Felix patrzył na nią w milczeniu, z rozpaczą. Angello zapytał go o coś szeptem, lecz ten pokręcił głową odmownie; obejmując delikatnie swoją  siostrę.
***
-Dzień dobry; Raven, Tyler- rzuciła godzinę później Black.
-Przepraszamy za spóźnienie; ale..- Zaczęłam szybko.
-Rozumiem; siadajcie- przerwała mi wyrozumiale, a klasa patrzyła na nas dziwnie. Ruszyliśmy do stolika rozmawiając cicho.
W szkole nie działo się nic ciekawego; ani niezwykłego póki z rozpędu nie wpadł na mnie chłopak Meredith.
-Ej! Uważaj; jak leziesz!- Warknął za nim Michael; pomagając mi zebrać książki.
Malcolm zawrócił.
-Przepraszam... Nie widzieliście Meredith? Wszędzie jej szukam- powiedział zdenerwowany.
Wymieniliśmy spojrzenia.
-Coś się stało? Pokłóciliście się?- Zapytałam szybko.
Malcolm oparł się o ścianę.
-Boję się, że ona bierze coś od tego całego Steina..- powiedział cicho.
-Musimy przetrząsnąć szkołę..- Rzuciłam upychając książki w torbie.- Rozdzielmy się...
Byłam w trakcie przeszukiwania toalety na piętrze. Chłopcy szukali po korytarzach.
Spotkaliśmy się w tym samym korytarzu koło sali hiszpańskiego.
-I jak?- Zapytałam Michaela.
-Nadal nic; a ty?- Zapytał  Malcolma
-Też jej nie znalazłem.- odparł zaniepokojony.
Z drugiego piętra usłyszeliśmy krzyk jakichś dziewczyn. Malcolm pobiegł po schodach. Wyskoczyłam przez barierkę i wylądowałam w przyklęku na korytarzu tuż przed Collins.
Minął mnie Porter w stroju ratownika medycznego z torbą w ręku. Biegł do damskiej toalety. Wpadłam za nim.
-Proszę się odsunąć..- rzucił  jeden z ratowników do Jacoba Horse.
-Pozwól nam pracować; Podkowa- rzucił ostro Porter, kładąc torbę.- Przejmę ją, Jacob...
Horse podniósł głowę i spojrzał Jasperowi w oczy. Powoli się odsunął i pozwolił młodzieńcowi pracować.
Nieprzytomna Meredith leżała pod ścianą była blada i nieruchoma. Wyglądała strasznie.. Zachwiałam się i zacisnęłam dłoń na drzwiach.
-Wszystko w porządku?- Zapytał lekarz z karetki.
-Niech mnie pan zastąpi- poprosił Jasper. Po chwili podszedł do mnie i wyprowadził na korytarz.
-To mi się nie podoba, Kruk...- powiedział wolno, biorąc deskę ortopedyczną.
-Mnie też, wierz mi..- odparłam.
Malcolm wpadł na Jaspera i chcąc wejść do łazienki zaczął pytać z niepokojem.
-Nie możesz wejść. Daj nam pracować; wyciągniemy ją z tego..- Zapewniał Jasper. Przekazał deskę drugiemu ratownikowi pilnując by Malcolm nie wszedł do środka.
-Boże w niebiosach...!- Wyszeptał lekarz z przerażeniem.
-Co się dzieje?- Zapytał Bergmann, zastępując Portera stanął w drzwiach.
-Spójrz; Victor...- Lekarz pokazał Bergmannowi jakąś saszetkę z proszkiem.
Nauczyciel historii zbladł, jak ściana i zaklął ledwie słyszalnie.
-Jak znajdę tego; kto jej to dał rozerwę skurwiela na strzępy- powiedział lodowato nauczyciel.- Wszyscy natychmiast rozejść się do klas!- Nakazał.
-Victorze; wiesz, co to jest?- Zapytała Collins.
-Powiadom dyrektora i zadzwoń po policję, Amando; proszę...- oznajmił szorstko Bergmann.
-Ale...- Zaczęła Collins.
-To nie jest odpowiednia pora na pytania- przerwał Bergmann.- Po prostu zrób to; o co cię proszę..
-D-Dobrze...- Collins szybkim krokiem ruszyła korytarzem przeganiając uczniów.- Raven, Tyler i Star: nakaz dotyczy wszystkich.
-Możemy pomóc- odparł Michael szybko; Collins otworzyła usta; ale nie pozwolił dojść jej do słowa mówiąc- Chyba wiem od kogo ona to wzięła..
Collins powoli zamknęła usta i spojrzała na Bergmanna. Mężczyzna skinął głową, nasza wychowawczyni nadal przeganiając licealistów odeszła.
Kwadrans później; gabinet dyrektora.
-Nazywa się pan...- Zwrócił się do Bergmanna policjant.
-Victor Bergmann.
-Zawód- rzucił zaciekawiony policjant.
-Kiedyś byłem lekarzem; a obecnie uczę historii w tym liceum- odparł nauczyciel odwracając wzrok od okna.
-Wie pan, co to jest?- Mundurowy pokazał saszetkę z białym proszkiem.
-To nie tylko silnie uzależniający; ale bardzo groźny narkotyk- Odparł nauczyciel.
-Czy istnieje możliwość przedawkowania?- Wypytywał mundurowy.
Bergmann zwrócił nań pełne zastanowia spojrzenie.
-Mam mówić; jako lekarz, który zetknął się z tą substancją?- Upewnił się.
-Każda wiedza będzie dla nas cenna- oznajmił drugi z policjantów.
Collins i Green przyglądali się mężczyźnie pogrążonemu w myślach.
-Jak już mówiłem to silnie uzależniający i zabójczy narkotyk, jaki widziałem będąc lekarzem.- Oznajmił historyk.- Owszem: można przedawkować; jak każdą używkę tego typu; ale od organizmu danej osoby zależy, czy ta osoba przeżyje- wyjaśnił Bergmann wyjątkowo spokojnie.- W wypadku tego narkotyku ryzyko jest o wiele większe, niż przy przedawkowaniu niemniej popularnych: amfetaminy, czy kokainy.
-Jak to?- Zapytał dyrektor.
-Bo już niewielka ilość tego, co miała w posiadaniu ta dziewczyna, może zabić. Zwłaszcza, jeśli ktoś wpadnie na fatalny pomysł, by wziąć potem jeszcze inny narkotyk.
-Mówi pan o tym?- Policjant przesunął po blacie w stronę historyka strzykawkę w woreczku.
Bergmann podniósł przedmiot i patrząc nań pod światło zmrużył oczy.
-Mogę panu powiedzieć tylko jedno: ta dziewczyna jest już martwa.- W jego kieszeni zadzwonił telefon.
-Proszę odebrać- zwrócił się doń policjant.
-To ze szpitala.- Odebrał.- Bergmann, słucham- rzucił krótko i przełączył na tryb głośnomówiący.
-Cześć; Victor..- odezwał się zmęczony męski głos.- Mam złą wiadomość.
-Mów- Powiedział nasz historyk cicho.
-Nie można jej już pomóc... Mogę ci powiedzieć tylko tyle, że ta mała już z tego nie wyjdzie... Liczymy jedynie na jakiś cud.
Z ust Collins wyrwał się stłumiony jęk; oparty o ścianę Malcolm osunął się po niej na podłogę i ukrył twarz w ramionach drżąc.
-Wiesz, co wzięła; poza tym diabelstwem?- Spytał rzeczowo nauczyciel.
-Badania wykazały; że był to fentanyl- oznajmił rozmówca z rezygnacją.
-Dziękuję; Stone- rzucił Bergmann kończąc rozmowę- Gdyby coś się zmieniło..
-Będziesz wiedział od razu; na razie- odparł Stone i zakończył połączenie.
-Sądzi pan, że stan tej dziewczyny ulegnie poprawie?- Zapytał po dłuższym milczeniu policjant siedzący naprzeciw historyka.
-Nie liczyłbym na to- odpowiedział z namysłem Bergmann.- Z doświadczenia wiem; że już pierwszy narkotyk nawet w niewielkiej ilości jest niebezpieczny, a najgorsze; co mogła zrobić to dodatkowo wziąć fentanyl.
-Czyli; jako lekarz; twierdzi pan..- zaczął niepewnie drugi policjant.
-Nie twierdzę; przedstawiam fakt.- Przerwał mu Bergmann chłodno.- Nawet; gdyby odzyskała przytomność- w co szczerze wątpię- jest możliwość poważnych powikłań. Widziałem już wiele osób które wzięły tylko to diabelstwo, bez żadnych domieszek i skończyły tragicznie.
Trzasnęły drzwi gabinetu. Malcolm wyszedł nie mogąc już tego znieść...
-Tyler, ty prawdopodobnie wiesz, skąd Bell to miała- Zauważyła napiętym głosem Collins.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Ostry głos "Modliszki" wybudził mnie z letargu, a policjanci zwrócili wzrok na Callisto.
-To ja nazywam się Tyler- wyprowadziłem ich z błędu.
-A panienka to...?- Jeden z policjantów kompletnie mnie zignorował.
-Nazywam się Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk- oznajmiła obojętnie Callisto.
-Jest pani córką...- zaczął.
-Nie widzę potrzeby w wypytywaniu mojej uczennicy- zauważyła Collins, ale Callisto podniosła lekko dłoń, mówiąc:
-W porządku; pani profesor- odparła powoli opuszczając dłoń z sygnetem.- Jestem córką Cristophera Johna Raven i Valerie Clair Holy- Raven- odpowiedziała na zadane wcześniej pytanie.
-Wiele o panience słyszałem. To prawda; że należy pani do demonicznego rodu?- Zapytał policjant.
-Dość- warknęli równocześnie nauczyciele i dyrektor.
-Spokojnie...- Callisto rozluźniła krawat patrząc prosto w oczy policjanta.- Owszem; słyszałam, że moją rodzinę nazywa się "demoniczną"; bądź wręcz "diabelską". Pozwoli pan jednak, że zapytam wprost: czy jestem o coś podejrzana?- Odpowiedziała uprzejmie moja narzeczona.
-Oczywiście, że nie. Zna pani niejakiego Luciana Mikaelis?- Ciągnął; a Collins i Bergmann zrobili zdziwione miny.
-Znam; zresztą, co Lucian ma do tego wszystkiego?- Odparła Cally nie pokazując po sobie, że ta rozmowa ją niepokoi.
-Czy pan Mikaelis mógłby mieć coś wspólnego z...?- Drugi "pies" nie zdążył dokończyć; bo Callisto wybuchnęła śmiechem.
-Przepraszam- rzuciła po dłuższej chwili turkusowooka.- Co, jak co; ale wiązać Luciana Mikaelis z jakimkolwiek łamaniem prawa jest zupełnie niedorzeczne; więc nie wiem; co chce pan osiągnąć wypytując nie tylko o moją rodzinę, ale i o przyjaciół domu Raven- zauważyła powoli.
-Ostatnio kilka osób z pani otoczenia dziwnie znika- zauważył.
-Jak pan śmie?.- Warknęła Collins.
-Czyli jednak jestem o coś podejrzana- zaczęła cicho.
-Nic takiego nie powiedziałem- stwierdził policjant.
-Pan wybaczy; ale tak to zabrzmiało- Odpowiedziała ze stoickim spokojem Callisto.- Dokładnie tak; jakby mi pan coś insynuował...- Spojrzała mu w oczy.
-Tuż przed wezwaniem nas tutaj miało miejsce włamanie do kościoła pod wezwaniem Michała Archanioła. Sprawca mówił coś o "Ostatnim Serafie"; może wie pani, o co chodzi...- zauważył uprzejmie.
-Nie sądziłam; że ktoś jest na tyle głupi, by szukać czegoś, co nawet nie istnieje- Callisto wydawała się znudzona.
-Co chce pani przez to powiedzieć?- Zapytał jego partner.
-Tylko tyle; że "Ostatni Seraf" to zwykła legenda- dziewczyna wzruszyła ramionami.
-Jeśli mogę wiedzieć, czym jest "Ostatni Seraf"?
Callisto oparła się o mnie i zmierzyła policjanta długim spojrzeniem.
-Według rodzinnej legendy jest to laurys założyciela rodu Raven.
-Laurys?- Facet chyba pierwszy raz słyszał tę nazwę.
-To średniowieczny topór z podwójnym ostrzem- wytłumaczył Bergmann spokojnie.
-Co takiego interesującego może być w zwykłej broni; która ponoć nie istnieje?- Zastanowił się policjant.
-Poza wartością historyczną? Nie wiem, nie znam się- odparła Callisto.- A może ten włamywacz to jakiś zwykły świr.. Bóg raczy wiedzieć.- W jej kieszeni zadzwonił telefon.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Powoli wyciągnęłam z kieszeni Samsunga i spojrzałam na wyświetlacz.
-Przepraszam; muszę odebrać- rzuciłam krótko; widząc na ekranie napis: Angello.
-Proszę.- odparł krótko policjant.
-Dzień dobry, Angello- powiedziałam z telefonem przy uchu
-Dzień dobry; Kruk.. Chciałem powiadomić cię o Radzie- usłyszałam.
-Kiedy?- Zapytałam krótko.
-Dzisiaj; o północy.
-Rozumiem; co planujesz, Angello?- Zapytałam czując lekki pocałunek na szyi.
-Byłem u tego Starego Diabła. Ma pewną teorię; w końcu o wiele lepiej niż my zna ich prawa..
-Rozumiem... Fèu przyjdzie sam; czy z tą, jak-jej- tam...- zaczęłam
-Sam. Stwierdził, że Antoinetté sprawia czasem więcej kłopotów, niż się na coś przydaje.
-W porządku; Angello. Do zobaczenia później- oznajmiłam krótko.
-Do zobaczenia- pożegnał się Angello.
-Co się stało?- Spytał z obawą Michael szeptem.
-Angello zaprosił do nas tego Starego Diabła na zebranie Rady- odszepnęłam.
-Zaraz... Ty masz na myśli..?- Zdumiał się Michael.
-Muszę zacząć ćwiczyć dyganie- odparłam z sarkazmem.
-On nie jest taki zły- powiedział spokojnie.
-Jeśli mogę przerwać; kim jest "Stary Diabeł"?- Zapytał drugi z policjantów.
Wymieniliśmy spojrzenia i uśmiechy.
-Nazywa się Jean Fèu- powiedział Michael krótko.
Policjanci zbledli i zaczęli rozmawiać szybko przyciszonymi głosami. Collins zdawała się tym zdziwiona; dyrektor nie wiedział, o co chodzi, a Bergmann siedział na krześle niewzruszony.
Po chwili zapadła niezręczna cisza.
-Coś się stało?- Dyrektor postanowił przerwać to dziwne milczenie.
Policjant, który mnie wypytywał powoli podniósł wzrok znad swojego notesu i omiótł wzrokiem mężczyznę.
-Pani twierdziła; że pani wychowanek prawdopodobnie wie; kto sprzedał pannie Bell towar.- Zauważył powoli, jakby sobie przypomniał; po co tu jest.
-Oczywiście- Odparła Collins poprawiając okulary.- Panie Tyler...
Michael skinął głową uprzejmie.
-Nie wiem; czy panowie wiedzą, ale ten koleś jest cwany i nie daje się złapać- zauważył z namysłem.- Być może wiadomo panom też o sprawie śmierci bejsbolistki, kilka lat temu- dodał powoli.
-Skąd o tym wiesz?- Zapytał policjant ostro.
-Widzi pan; Katherine S. Chain była siostrą mojej matki-odpowiedział zielonooki spokojnie.- Ten chłopak nazywa się Heinrich Stein.
Jego partner wstał i zmierzył mojego narzeczonego uważnym spojrzeniem.
-Jest pan synem Armanda Dean'a Tyler?- Zapytał z niespotykaną dotąd uprzejmością.
Zza drzwi usłyszałam niski głos nucący:
-Flaszka, klinik i podpórka. Tak się bawi prawna czwórka. Znowu sesji nie przejdziemy; akademik rozjebiemy- zanucił słabo głos Angello.
-Prawna czwórka skacze z murka po swoje kodeksy, chwilę potem wraca z kastą i pierdoli testy- zawtórował drugi z mężczyzn.
Collins opadła szczęka; gdy tymczasem trzeci głos zanucił:
-Kręć się, kręć butelko; niech to jasny szlag. Jutro studia rzucę i znów pójdę chlać- Zafałszował młodszy brat przewodniczącego.
-Majstersztyk zdolności wokalnych; tylko uszy zatkać, Tyrone- rzucił Angello do brata.
-Dzięki za komplement; braciszku.- Odpowiedział parodią uprzejmości Tyrone.- Kogo dziś zwijamy ze szkoły? Szczury coraz głośniej piszczą w kanałach..- zauważył.
-Na nieskończoną cierpliwość Anioła, dobrze, że mi przypomniałeś..- rzucił przewodniczący; jakby go olśniło.
-Nie ma sprawy- odparł krótko Tyrone.
-Tak; jestem- potwierdził  tymczasem Michael.- Skąd zna pan mojego ojca?- Zapytał wolno.
-Jest prokuratorem, prawda?- Spytał wymownie "pies".
-No; tak.. Zapomniałem..- Michael westchnął.- Wie pan; nie rozmawiamy z ojcem o jego pracy- powoli wzruszył ramionami.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Zwykle częściej się kłócimy, niż rozmawiamy...
Zdziwiło mnie; że w ogóle o to zapytali, ale bardziej zastanawiała mnie ta ich nagła- a nawet przesadna uprzejmość. Objąłem mocniej Callisto, gdy do drzwi ktoś zapukał.
-Proszę.- Rzucił krótko dyrektor.
Do środka weszło dwóch mężczyzn, witając się i przepraszając. Niebieskie oczy omiotły wzrokiem sytuację zatrzymując chwilę dłużej wzrok na wpatrzonym w okno Bergmannie. Z kolei ciemnozielone tęczówki mojego ojca obserwowały mnie z wyraźną ulgą.
-Panowie to..?- Zaczął dyrektor zdziwiony.
-Dzień dobry; Michaelu Angello, herbu Cherub; Armandzie Dean'ie Tyler; herbu Płomień- rzucił niechętnie historyk.
-Victor Bergman, herbu Kilof, dzień dobry..- Angello odwzajemnił spojrzenie równie nieprzychylnie.
Wszyscy obserwowali mierzących się wzrokiem mężczyzn. Funkcjonariusze zdawali się zaskoczeni tą dziwną wymianą powitań.
-Nie wydajesz się zdziwiony moim widokiem tutaj- zauważył spokojnie nauczyciel.
-Poznałem; że wróciłeś do miasta. Ktoś wybił w okolicy wszystkie gołębie- odpowiedział Angello nie spuszczając wzroku z Bergmanna; który uśmiechnął się drwiąco.
-Każdy ma jakieś pasje; nie moja wina, że lubimy polować na tę samą zwierzynę- odciął się subtelnie Bergmann.
Ojciec pilnował, by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli; jednak chyba wszyscy zauważyli; że obaj faceci nie darzą się zbytnią sympatią.
-Lepiej nie wchodź mi w drogę; bo...- zaczął przewodniczący chłodno.
-Mika, hamuj- rzucił tato kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela.
-Panowie...- Zaczął policjant.
-Armandzie, dawno się nie widzieliśmy; więc pozwól nam załatwić stare sprawy- Przerwał historyk uprzejmie; lecz odrobinę chłodniejszym tonem, nie zwracając uwagi na policjanta.
-To idzie za daleko; Victor- zauważył mój ojciec niechętnie.
-To już dawno zaszło za daleko; Armand- odparł zimno Bergmann.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Stołówka szkolna; przerwa na lunch.
Uczniowie stojący w kolejce rozmawiali zbici w ciasne grupki. Większość na pewno plotkowała o tym, co się dziś wydarzyło.
-Właściwie ciekawi mnie to wszystko- Zauważył Michael; gdy szliśmy z tacami do stolika; gdzie czekali na nas Vincent i Paul.
-Też się zastanawiam skąd Angello i Bergmann się znają.. W końcu nasz historyk jest chyba w wieku mistrza- zauważyłam z namysłem.
-Naprawdę sądzisz; że "Ostatni Seraf" to tylko legenda?- Zapytał przyglądając mi się z boku uważnie.
-Sama nie wiem; co o tym myśleć...- odparłam z westchnieniem.- Nawet; gdyby ta broń istniała dostęp do niej mógłby mieć tylko ktoś z rodu. Ktoś kto wie; gdzie ukryto Serafa.
-Mikaelis..- powiedział jakby do swoich myśli.
Przystanęłam jak wryta między stolikami i patrzyłam nań nic z tego nie rozumiejąc. -Dlaczego akurat Lucian? Ostatnio dosyć często zwalasz na niego winę, gdy coś się dzieje- Zauważyłam naburmuszona.
-Mówiłaś, że on służy rodzinie od samego początku- rzucił mi do ucha, gdy szliśmy środkiem stołówki.
-Co to ma do rzeczy?- Zapytałam ostrożnie.
Michael poprawił okulary i spojrzał na mnie zamyślony. Przez chwilę milczał; zastanawiając się, jak najprościej wypowiedzieć swoją teorię.
-Myślałem o tym; od kiedy do ciebie wrócił- powiedział cicho.- Doszedłem do wniosku, że on jako jedyny może znać miejsce ukrycia "Serafa"; jeśli broń w ogóle istnieje. Być może on sam nawet nie ma pojęcia o wiedzy; którą posiada, więc tajemnica jest bezpieczna.
-Nic z tego nie rozumiem. Myślisz, że Lucian może wiedzieć; ale nie zdawać sobie z tego sprawy?- Zapytałam wolno.
-Może od początku... Lucian; jako strażnik rodu Kruka zna wszystkie rodzinne sekrety; nie?
-Nawet te najdrobniejsze, co z tego?- Rzuciłam idąc dalej.
-Nie zastanawia cię, czemu policja uczepiła się; akurat kogoś, kto był jedynie świadkiem włamania?- Zapytał z namysłem.
-Trochę- przytaknęłam powoli. -Jak myślisz; ilu ludzi chciałoby mieć tak potężną broń.?- Zapytał lekko.
-Do czego właściwie zmierzasz; Michael?- Zapytałam nieco nieufnie. Nie pamiętam, żebym mu wspomniała, że broń ma jakąś moc: mówiłam tylko; że sama wybierała sobie właściciela, a to jeszcze niczego nie udowadniało.
Michael zdjął na chwilę okulary i przetarł zmęczone oczy. Na jego przystojnej twarzy malowało się skupienie. Znów zapadła między nami chwila ciszy.
-Może źle to powiedziałem- przyznał wolno.- Po prostu interesuję się bronią i nigdy nie spotkałem się z tym; żeby broń wybierała sobie właściciela... To tak, jakby w pewnym sensie, wiedziała czyją jest własnością.- założył spowrotem okulary.
-Zaczynam się bać; że coś wziąłeś...- powiedziałam zmartwiona; przyglądając mu się uważnie.
-Przecież wiesz; że nie biorę- żachnął się patrząc mi w oczy.- Długo nad tym myślałem i właśnie ten fakt mnie ciekawił.
-Ktoś cię pytał o "Serafa"..- wywnioskowała powoli.
-Nie; skąd ci to przyszło na myśl?- Spytał zdziwiony.
-Nieważne.. Pogadamy o tym później..- Westchnęłam ze zmęczeniem.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Skłamałem; mówiąc, że nikt nie pytał o tę legendarną broń. Jednak powiedziałem prawdę; sądząc, że Mikaelis może coś o tym wszystkim wiedzieć...
-Paniczu..- usłyszałem za sobą cichy głos Jane.
Siedziałem za budynkiem szkoły na schodach przy składziku koło sali gimnastycznej; rozmyślając, czy naprawdę robię dobrze wtrącając się w tajemnice rodu mojej narzeczonej.
-Coś cię martwi; paniczu..- zauważyła Jane opierając się łokciami o metalową barierkę.
-Muszę pogadać z Mikaelisem tak, żeby Callisto się o tym nie dowiedziała..- odparłem powoli.
-Po co...?- Zapytała zdziwiona płomiennooka.
-Chciałem zapytać go o kilka rzeczy- odparłem wymijająco.
-O Serafa; prawda?- Spytała niepewnie.
Odwróciłem wzrok od sunących po sąsiedniej ulicy aut i spojrzałem na nią.
-Skąd wiesz?- Spytałem zaskoczony.
Jane patrzyła na uczniów przesiadujących w pobliskim parku i popalających papierosy.
-Słyszałam, że ktoś włamał się do kościoła Michała Archanioła- odpowiedziała spokojnie.
-Hmm. Zapytasz Luciana, gdzie i kiedy możemy się spotkać?- Rzuciłem w zamyśleniu.
-Oczywiście, paniczu.- Jane skłoniła się krótko i zniknęła.
Wstałem z betonu i ruszyłem w stronę wejścia do szkoły.
Hiszpański...
Nauczyciel tłumaczył kolejne zagadnienie gramatyczne; a ja odpłynąłem myślami gdzie indziej.
Czy Mikaelis będzie chciał powiedzieć mi cokolwiek o Serafie? Czy uzna, że jednak nie powinienem mieszać się w sprawy Ravenów?
-Czy możemy ją chronić nie współpracując ze sobą?- Mruknąłem cicho; bazgrając coś w zeszycie.
-Tyler; odmień "iść" w czasie przeszłym- rzucił nauczyciel.
Taa. Tyler; odmień cokolwiek, bo reszta to głąby...
Wstałem powoli i ze znudzeniem odpowiedziałem na pytanie nauczyciela.
-Jak zawsze świetnie; Tyler- odparł nauczyciel, a kilka osób posłało mi nienawistne spojrzenia.
Usiadłem; lecz dalsze moje rozmyślania przerwało pukanie do drzwi sali.
-Proszę- rzucił nauczyciel hiszpańskiego.
Na horyzoncie zamajaczyła postać dyrektora; powoli wyciągnąłem z ust oprawkę wiecznego pióra. Obaj pracownicy szkoły rozmawiali przez dłuższą chwilę.
-Tyler; spakuj się. Pójdziesz z panem dyrektorem- profesor Santiago skinął na mnie.
Upchnąłem pomoce naukowe w plecaku, który zarzuciłem na ramię. Cała grupa dziwnie się na mnie gapiła. Podszedłem do Green'a.
-Mógłbym zapytać, co się stało...?- Zacząłem uprzejmie, gdy szliśmy korytarzem.
-Dowiesz się w moim gabinecie- oznajmił dyrektor spokojnym tonem.
-Rozumiem- odpowiedziałem przeczuwając kolejne kłopoty.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Zza drzwi gabinetu dyrektora usłyszałem podniesione głosy kilku osób.
Zastanawiałem się, o co chodzi tym razem. Dyrektor pchnął drzwi i kłótnia natychmiast ucichła. Zobaczyłem policjantów; którzy byli tutaj rano; moją wychowawczynię Collins, zwaną wśród uczniów "Modliszką"; oraz Luciana w towarzystwie ojca chrzestnego Callisto.
-Zaręczam panu; że nie mam z tym nic wspólnego- mówił tymczasem Mikaelis wpatrując się czarnymi oczami w mundurowego.
-Zatem twierdzi pan; że nie było pana w kościele Świętego Michała Archanioła, gdy doszło do włamania...
-Tego nie powiedziałem- oznajmił Lucian.- Jak już mówiłem na przesłuchaniu byłem w tym kościele..
-Po co?- Zapytał obojętnie niewysoki brunet.
-A po co ludzie chodzą do kościoła; jak pan myśli?- Zapytał Lucian.
-Czy wiedział pan; że w świątyni są dwa wejścia do podziemi?- Policjant zadał kolejne pytanie.- Być może to klucz do jednego z przejść?- policjant wskazał oczami wisiorek na szyi Luciana.
-Sądzę; że każdy kościół ma jakieś podziemia; jednakże nie wiem o żadnych; ani w tym; ani w innym kościele- odparł Mikaelis spokojnie.- Co do klucza; musiał pan zauważyć, że jest opatrzony znakiem heraldycznym...
-Powiedział pan; że nazywa się Lucian Mikaelis; herb z tego, co widzę należy do pana stojącego obok- zauważył pies.
-Chyba nie do końca pan zrozumiał; więc wyjaśnię od początku.. Nazywam się Lucian Mikaelis i przez pięć lat pracowałem jako lokaj rodu Kruka; a ów klucz dostałem w prezencie od świętej pamięci ojca Callisto Anabelle; Cristophera Johna Raven.
-Z tego; co wiem rodzina tej dziewczyny zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach- zauważył policjant.
-Czy mógłby pan nie zajmować się sprawami mojego rodu; włącznie z tragiczną śmiercią mojego brata i bratowej?- Zapytał niechętnie Luca Raven.
-Po prostu zastanawiałem się, czy śmierć tego małżeństwa może mieć coś wspólnego z tym dziwnym "poszukiwaczem skarbów"- odparł tamten spokojnie.
-Nie sądzę- powiedział uprzejmie Lucian.- "Ostatni Seraf" to jedna ze znanych powszechnie legend Rodu Kruka. Być może włamywacz jest po prostu pasjonatem tych klimatów- Lucian wzruszył ramionami.
-Chciałbym zapytać o coś jeszcze- zauważył policjant uprzejmie.
Lucian skinął głową, że nie ma nic do ukrycia.
Policjant zastanowił się przez chwilę.
-Czy; gdyby był pan na miejscu swojego poprzedniego pracodawcy, gdzie ukryłby pan tak cenny antyk?- Zapytał policjant.
-Z całym szacunkiem; ale obraża pan mojego zmarłego brata- warknął Luca Raven zimno.
-Cristopher nie wierzył w tę  legendę; a tym większym nonsensem było dla niego gadanie, że "Ostatni Seraf" istnieje. Mój szef był realistą, a nie jakimś marzycielem- oznajmił chłodno czarnooki.
-Wydaję mi się; że wie pan więcej; niż chce nam powiedzieć; panie Mikaelis- zauważył drugi z mundurowych.
-Na jakiej podstawie pan tak twierdzi; komisarzu?- Zapytał spokojnie Lucian.
-Choćby po tym; jak pan mówi o swoim byłym szefie. To świadczy o tym, że pracował pan więcej niż przez pięć lat; powiem więcej: to wygląda, jakbyście obaj znali się zdecydowanie dłużej..- zasugerował.
-Twierdzi pan, że kłamię?- Zapytał wprost Lucian, ukradkowym gestem uspokajając najmłodszego z synów czwartego pokolenia rodu Kruka; który wyglądał na rozdrażnionego.
-Wydaję mi się, że coś pan przed nami ukrywa; panie Mikaelis- oznajmił policjant.- Może to nieuprzejme z mojej strony; ale taką mam pracę; więc jeśli kogoś uraziłem; przepraszam.
-Nawet; jeśli nie pracuję już pod skrzydłami Rodu Kruka; mam obowiązek dotrzymywać pewnych tajemnic- oznajmił spokojnie Lucian.- Powiem więcej: muszę strzec dobrego imienia rodu Raven, nawet jako przyjaciel tejże rodziny.
-To tak; jakby był pan kimś więcej; niż kamerdynerem- Zauważył komisarz.
Zapadła niezręczna cisza; zastanawiałem się, jak Mikaelis wybrnie z tej dziwacznej sytuacji. Zgromadzeni zaczęli szeptać.
-Być może tak to dla pana wygląda; jednakże jestem osobą lojalną nie tylko jako "kamerdyner" i; jeśli coś komuś obiecam, nie mówię o tym na prawo i lewo. To się nazywa "wierność"; a ja mam swoje zasady- oznajmił czarnooki.
Szepty po chwili ucichły. Spojrzenia wszystkich skierowane były na ubranego w czerń wysokiego, czarnookiego młodziana o falowanych kruczych włosach; który zawiesił wzrok na krajobrazie za oknem.
-Zatem; dziękuję, panie Mikaelis.. Nie będziemy pana zatrzymywać i przepraszamy za kłopot..- rzucił niższy stopniem funkcjonariusz.
-Cała przyjemność po mojej stronie- wyraz twarzy Luciana ukazywał jedynie wymuszoną uprzejmość. Trzasnęły cicho drzwi; gdy on i Luca Raven wychodzili. Policjanci zaczęli cicho wymieniać uwagi.
-Możemy jednogłośnie stwierdzić, że facet zjawił się tam po prostu przypadkiem i nie ma to żadnego związku ze sprawą..- zawyrokował komisarz.- Pan Tyler, miło pana widzieć drugi raz.
Czułem się gorzej; niż jakby matematyk wywołał mnie do tablicy.
-Nie powiem, że mnie również jest miło. Może przejdzie pan do rzeczy?- Zapytałem "równie uprzejmie".
-Wrócimy teraz do drugiej sprawy. Niech mi pan powie; co wydarzyło się do momentu znalezienia panny Bell w szkolnej toalecie.
Opowiedzialem pokrótce; co się działo w szkole.
-Towarzyszyła panu Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk..- facet zatrzymał się na tym wątku.
-Nie powinno to pana zbytnio dziwić- zauważyła powoli Collins.- Raven i Tyler zwykle nie chodzą osobno; pod warunkiem, ze ich plan zajęć na to pozwala.
-Jest pani dobrze poinformowana; pani profesor- uśmiechnąłem się słabo.- Poza tym..
-Poza tym?- Podjął komisarz.
Odetchnąłem głęboko.
-Prywatnie oboje jesteśmy zaręczeni- oznajmiłem.- Właściwie rzadko chodzimy osobno. Tak; jak mówi profesor Collins: jak nam plan lekcji pozwala. Wyrwał mnie pan z zajęć tylko po to; żeby zapytać o Callisto; czy może zamierza pan wreszcie łaskawie ruszyć dupę i znaleźć Steina; zanim ten koleś znów w tajemniczy sposób rozpłynie się w powietrzu?- Zapytałem parodią uprzejmości.
-Tyler; nie bądź bezczelny- fuknęła "Modliszka". 
-Przepraszam, pani profesor, dyrektorze; ale drażni mnie to, że policja zupełnie bez powodu wypytuje o moją narzeczoną; zamiast zająć się właściwym tematem; czyli tym dilerem- odparłem chłodno; świdrując wzrokiem komisarza.
-Właściwie ten chłopak ma rację, komisarzu- zauważył milczący do tej pory Green.- Nie sądzę; by Raven miała cokolwiek wspólnego ani z tym włamaniem; ani ze stanem Bell.
-Uczniowie twierdzą co innego- zauważył komisarz.
-Uczniowie zwykle plotkują na tematy, o których nie mają bladego pojęcia, komisarzu- oznajmił dyrektor spokojnie; choć chłodno.
-A może broni jej pan; ponieważ Ravenowie wybudowali tę placówkę?- Zapytał policjant z dziwnym uśmiechem.
Otworzyłem usta w głębokim zaskoczeniu.
-To już absolutnie nie ma nic do rzeczy- odpowiedział szorstko Green.- Budynek został uczciwie kupiony, a wszystkie sprawy z tym związane były załatwione zgodnie z prawem- widać było; że dyrektor próbuje nie dać wyprowadzić się policjantom z równowagi.
-Zatem; z jakiego powodu ostatnie piętro szkoły pozostało zamknięte?- Pytał dalej drugi z mundurowych.
Collins i Green wymienili szybkie, pełne niepokoju spojrzenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz