Poranek...
-Dobry Jezu, a nasz panie... Dziś wyjadę w karawanie.. Cały Senat mnie podwiezie, wjebie ziemi, ile wlezie.. Nie postawi nawet krzyża, taka kurwa jest fałszywa..- zanuciłam słabo.- Nie mogę wstać... O, matko..- wydyszałam, próbując podnieść się z łóżka.
-Jak się czujesz?- Rzucił od progu zielonooki, za pomocą buta otworzył szerzej drzwi. Poczułam zapachy dzisiejszego śniadania i przeszyła mnie fala kręgów Mocy. Bezsilnie opadłam na poduszki.
-Tragedia.. Jakbym całą noc spędziła w trumnie..- odparłam zbołałym głosem.
-Powiedz aaa- zarechotał podsuwając mi widelec z sałatką rybną.
-Aaa?- Zakpiłam otwierając usta. Zaczęłam żuć.- Co to jest za żarcie..?- Spytałam powoli.
-Śledzik- rzucił przewracając oczami. Skrzywiłam się, bo nie lubiłam tej ryby.
-Dawaj jeszcze- powiedziałam ochoczo, co mnie samą zastanowiło.
-Przecież nie lubisz- zaskoczony poruszył temat moich ulubionych i znienawidzonych dań.
-Spoko, mnie też to dziwi- odpowiedziałam wzruszając ramionami. Skierował widelec w moją stronę.- Pychota..- rzuciłam z pełnymi ustami.
-Cały świat oszalał...- stwierdził ze śmiechem znów wywracając oczami.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-Wszystko z panią w porządku?- Zapytał uprzejmie facet sprawdzający nasze dokumenty.
-Tak... Zaraz mi przejdzie- odparłam cicho.
-Może napije się pani wody? Słabo pani wygląda- oznajmił przyglądając mi się.
-Dziękuję- odmówiłam spokojnie, oddał nam paszporty.
Michael wziął moją torbę na ramię i obejmując pocałował mnie lekko.
-Teraz żadnych ostrych akcji; kochanie- szepnął obsypując mnie całusami.
-Chcesz mi zabronić dobrej zabawy?- Spytałam nieco obrażona.
-Chcę; żebyś bardziej na siebie uważała; pani Tyler- odparł nęcąc mnie czekoladowym batonikiem.
-Nie wyślesz mnie na przymusowy urlop- odparłam odgryzając kawałeczek wafelka z kremem oblanego czekoladą.
-Ale będę cię pilnował- wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, a ja odgryzłam kolejny kęs słodyczy. Dostrzegłam przyglądającą mi się dziwnie starszą kobietę. Po prostu stała i wbijała we mnie wzrok. Nie minęło nawet pięć minut; gdy nazywając mnie potworem, rzuciła się na mnie z bronią.
Michael zagarnął mnie za siebie i odbił ręką pierwszy cios. Pracownicy lotniska zaczęli wzywać ochronę, a ludzie po prostu się gapili.
Michael szybko wytrącił sztylet z ręki brunetki i spojrzał z ulgą na nadchodzących ochroniarzy. Objął mnie mocno.
-Znów ta szajbuska...?- Jęknął ochroniarz. Chwilę później było już po strachu.
-Przepraszamy państwa za ten kłopot- zwrócił się do Michaela przepraszająco.- To już się więcej nie powtórzy.
-Niepotrzebnie tylko przestraszyła i zdenerwowała moją przyszłą żonę- oznajmił Michael; patrząc na kobietę wleczoną przez policjantów do radiowozu.- Ta kobieta jest nie tylko szurnięta; ale także niebezpieczna dla otoczenia. Powinni się nią zająć specjaliści; proszę pana...- Burknął poirytowany zielonooki, obejmując mnie wręczył mi czekoladę malinową; na którą właśnie miałam ochotę.
-Naprawdę państwa przepraszam... Czemu pańska żona tak dziwnie na mnie patrzy?- Spytał nagle Michaela.
-Po prostu spodobał mi się ten wisiorek, na pana szyi- odparłam uprzejmie, jedząc czekoladę.
-No, cóż... Życzę miłej podróży- rzucił odchodząc.
-Co on tak szybko zwiał?- Spytał zdziwiony zielonooki.
-Chyba się skapnął, że wcale nie nosi wisiorka- zauważyłam z ironią.
-To twoje sarkastyczne poczucie humoru; Callisto- rzucił z udawaną naganą; a po chwili oboje się roześmialiśmy.
-Tak naprawdę to ładnie pachniał; jak na goryla- szepnęłam mu do ucha.
-Pachniał lepiej ode mnie?- Zapytał naburmuszony.
-Ty pachniesz najlepiej.. Kwiatuszku- pocałowałam go lekko w szczękę.
***
Na pokład samolotu wsiedliśmy o siódmej miejscowego czasu.
-Nareszcie wracamy do domu- westchnął z przymkniętymi oczami Michael; rozmarzony.
-A ja zostałabym jeszcze kilka dni- odparłam ze śmiechem, przytulając się do niego.
-"Romantyczne miasto", co?- Spytał lekko.
|***|
Kilka godzin później; budynek "rodzimej" kwatery głównej Stowarzyszenia...
-Padam z nóg...- Wymamrotałam.- A głodna jestem, jak wilk.
-Teraz musisz jeść za dwóch- Szepnął i obejmując mnie zaczął się ze mną kołysać.
-Trochę mnie to przeraża...- zauważyłam powoli.
***
Dwudziesty listopada. Budynek liceum.
-Idzie Kolubryna!- Rzucił Fox złośliwie.
-Słyszałam; że podobają ci się krąglejsze dziewczyny; Fox- odcięłam się uprzejmie; przyglądając mu się z ukosa.
-Krąglejsze; owszem, ale nie wieloryby twojego rozmiaru; Raven- Zakpił z lekkim uśmiechem.
-Co ty nie powiesz..- odparłam ironicznie, klepiąc go po plecach.- Najważniejsze, że podobam się mojemu Michaelowi- Uśmiechnęłam się przepychając go lekko na bok. Michael podszedł. Z zaskoczenia zarzucił mi ręce na ramiona obejmując mnie. Spojrzał na Fox'a rzucając:
-Chyba słyszałem; że ktoś nazwał moją piękną dziewczynę bardzo paskudnie- zauważył powoli; Fox uciekł wzrokiem i cofnął się wolno. Michael uśmiechnął się z wyższością; gdy Collins otwierała drzwi sali.
-Dobry Jezu, a nasz panie... Dziś wyjadę w karawanie.. Cały Senat mnie podwiezie, wjebie ziemi, ile wlezie.. Nie postawi nawet krzyża, taka kurwa jest fałszywa..- zanuciłam słabo.- Nie mogę wstać... O, matko..- wydyszałam, próbując podnieść się z łóżka.
-Jak się czujesz?- Rzucił od progu zielonooki, za pomocą buta otworzył szerzej drzwi. Poczułam zapachy dzisiejszego śniadania i przeszyła mnie fala kręgów Mocy. Bezsilnie opadłam na poduszki.
-Tragedia.. Jakbym całą noc spędziła w trumnie..- odparłam zbołałym głosem.
-Powiedz aaa- zarechotał podsuwając mi widelec z sałatką rybną.
-Aaa?- Zakpiłam otwierając usta. Zaczęłam żuć.- Co to jest za żarcie..?- Spytałam powoli.
-Śledzik- rzucił przewracając oczami. Skrzywiłam się, bo nie lubiłam tej ryby.
-Dawaj jeszcze- powiedziałam ochoczo, co mnie samą zastanowiło.
-Przecież nie lubisz- zaskoczony poruszył temat moich ulubionych i znienawidzonych dań.
-Spoko, mnie też to dziwi- odpowiedziałam wzruszając ramionami. Skierował widelec w moją stronę.- Pychota..- rzuciłam z pełnymi ustami.
-Cały świat oszalał...- stwierdził ze śmiechem znów wywracając oczami.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-Wszystko z panią w porządku?- Zapytał uprzejmie facet sprawdzający nasze dokumenty.
-Tak... Zaraz mi przejdzie- odparłam cicho.
-Może napije się pani wody? Słabo pani wygląda- oznajmił przyglądając mi się.
-Dziękuję- odmówiłam spokojnie, oddał nam paszporty.
Michael wziął moją torbę na ramię i obejmując pocałował mnie lekko.
-Teraz żadnych ostrych akcji; kochanie- szepnął obsypując mnie całusami.
-Chcesz mi zabronić dobrej zabawy?- Spytałam nieco obrażona.
-Chcę; żebyś bardziej na siebie uważała; pani Tyler- odparł nęcąc mnie czekoladowym batonikiem.
-Nie wyślesz mnie na przymusowy urlop- odparłam odgryzając kawałeczek wafelka z kremem oblanego czekoladą.
-Ale będę cię pilnował- wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, a ja odgryzłam kolejny kęs słodyczy. Dostrzegłam przyglądającą mi się dziwnie starszą kobietę. Po prostu stała i wbijała we mnie wzrok. Nie minęło nawet pięć minut; gdy nazywając mnie potworem, rzuciła się na mnie z bronią.
Michael zagarnął mnie za siebie i odbił ręką pierwszy cios. Pracownicy lotniska zaczęli wzywać ochronę, a ludzie po prostu się gapili.
Michael szybko wytrącił sztylet z ręki brunetki i spojrzał z ulgą na nadchodzących ochroniarzy. Objął mnie mocno.
-Znów ta szajbuska...?- Jęknął ochroniarz. Chwilę później było już po strachu.
-Przepraszamy państwa za ten kłopot- zwrócił się do Michaela przepraszająco.- To już się więcej nie powtórzy.
-Niepotrzebnie tylko przestraszyła i zdenerwowała moją przyszłą żonę- oznajmił Michael; patrząc na kobietę wleczoną przez policjantów do radiowozu.- Ta kobieta jest nie tylko szurnięta; ale także niebezpieczna dla otoczenia. Powinni się nią zająć specjaliści; proszę pana...- Burknął poirytowany zielonooki, obejmując mnie wręczył mi czekoladę malinową; na którą właśnie miałam ochotę.
-Naprawdę państwa przepraszam... Czemu pańska żona tak dziwnie na mnie patrzy?- Spytał nagle Michaela.
-Po prostu spodobał mi się ten wisiorek, na pana szyi- odparłam uprzejmie, jedząc czekoladę.
-No, cóż... Życzę miłej podróży- rzucił odchodząc.
-Co on tak szybko zwiał?- Spytał zdziwiony zielonooki.
-Chyba się skapnął, że wcale nie nosi wisiorka- zauważyłam z ironią.
-To twoje sarkastyczne poczucie humoru; Callisto- rzucił z udawaną naganą; a po chwili oboje się roześmialiśmy.
-Tak naprawdę to ładnie pachniał; jak na goryla- szepnęłam mu do ucha.
-Pachniał lepiej ode mnie?- Zapytał naburmuszony.
-Ty pachniesz najlepiej.. Kwiatuszku- pocałowałam go lekko w szczękę.
***
Na pokład samolotu wsiedliśmy o siódmej miejscowego czasu.
-Nareszcie wracamy do domu- westchnął z przymkniętymi oczami Michael; rozmarzony.
-A ja zostałabym jeszcze kilka dni- odparłam ze śmiechem, przytulając się do niego.
-"Romantyczne miasto", co?- Spytał lekko.
|***|
Kilka godzin później; budynek "rodzimej" kwatery głównej Stowarzyszenia...
-Padam z nóg...- Wymamrotałam.- A głodna jestem, jak wilk.
-Teraz musisz jeść za dwóch- Szepnął i obejmując mnie zaczął się ze mną kołysać.
-Trochę mnie to przeraża...- zauważyłam powoli.
***
Dwudziesty listopada. Budynek liceum.
-Idzie Kolubryna!- Rzucił Fox złośliwie.
-Słyszałam; że podobają ci się krąglejsze dziewczyny; Fox- odcięłam się uprzejmie; przyglądając mu się z ukosa.
-Krąglejsze; owszem, ale nie wieloryby twojego rozmiaru; Raven- Zakpił z lekkim uśmiechem.
-Co ty nie powiesz..- odparłam ironicznie, klepiąc go po plecach.- Najważniejsze, że podobam się mojemu Michaelowi- Uśmiechnęłam się przepychając go lekko na bok. Michael podszedł. Z zaskoczenia zarzucił mi ręce na ramiona obejmując mnie. Spojrzał na Fox'a rzucając:
-Chyba słyszałem; że ktoś nazwał moją piękną dziewczynę bardzo paskudnie- zauważył powoli; Fox uciekł wzrokiem i cofnął się wolno. Michael uśmiechnął się z wyższością; gdy Collins otwierała drzwi sali.
-Jestem głodna..- stwierdziłam niezadowolona, gdy szliśmy na stołówkę.
Moja taca wzbudziła zaciekawienie wszystkich. Była pełna rzeczy; których w normalnym stanie nigdy bym nawet nie tknęła.
-Smacznego, Kolubrynko- zachichotał zielonooki poprawiając okulary na nosie.
-O, żesz ty...- jęknęłam kładąc dłoń na brzuchu; przymykając na chwilę oczy odetchnęłam głęboko. Wzięłam do ust pierwszy gryz smażonej ryby.
Po chwili cała taca zniknęła w moich ustach.
-Niezłe... Przydałby się jeszcze deserek..- rzuciłam z rozmarzeniem.
-Wcinaj- Okularnik wcisnął mi w usta czekoladowy batonik. Spojrzałam nań wesoło, przewracając oczami.
Moja taca wzbudziła zaciekawienie wszystkich. Była pełna rzeczy; których w normalnym stanie nigdy bym nawet nie tknęła.
-Smacznego, Kolubrynko- zachichotał zielonooki poprawiając okulary na nosie.
-O, żesz ty...- jęknęłam kładąc dłoń na brzuchu; przymykając na chwilę oczy odetchnęłam głęboko. Wzięłam do ust pierwszy gryz smażonej ryby.
Po chwili cała taca zniknęła w moich ustach.
-Niezłe... Przydałby się jeszcze deserek..- rzuciłam z rozmarzeniem.
-Wcinaj- Okularnik wcisnął mi w usta czekoladowy batonik. Spojrzałam nań wesoło, przewracając oczami.
Fizyka...
-Raven, nie jedz na lekcji- rzuciła tonem reprymendy Black.
-Przepraszam...- odparłam uprzejmie, cofając dłoń od kolejnej kostki czekolady.
-Raven, nie jedz na lekcji- rzuciła tonem reprymendy Black.
-Przepraszam...- odparłam uprzejmie, cofając dłoń od kolejnej kostki czekolady.
Matematyka..
-Panno Raven.. Widzę; że humor pani dopisuje.- Stwierdził Shark powoli.
-Cóż.. Mam dziś wręcz świetny humor; panie profesorze..- odparłam uśmiechając się od ucha do ucha.
-Wobec tego zapraszam do tablicy- oznajmił, chcąc zepsuć mi samopoczucie.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co ona taka dzisiaj wesoła? Wsypałeś jej LSD do napoju; czy co..?- Spytał Paul; oddając mu szturchańca odparłem:
-Odpoczęła trochę w Paryżu to i humor się poprawił- rzuciłem szeptem.
-Taa, to nawet widać- zauważył pokazując mi język złośliwie.
-O co ci chodzi?- Zapytałem powoli.
-Chciał powiedzieć, że Kruk daleko nie odleci; ale stchórzył- stwierdził Vincent z ironią.
-Ha. Ha. Ha. Bardzo śmieszne; Rodriguez. Lepiej pilnuj swojego wielorybka- odpowiedziałem ze śmiechem; przechyliłem się za Paula i szturchnąłem go w ramię.
-Spoko, mój wielorybek jeszcze smacznie śpi.- Rzucił lekko.- Działo wjechało- rzucił patrząc na Callisto z ironią.
-Uważaj, bo jak to działo wystrzeli; bedziesz cały w śnieżnej bieli- zarechotał za nami bujający się na krześle Fox.
-Och; przymknij się; padalcu- syknęła Cordellia posyłając go kopniakiem na glebę.
-Za co; Concord?- Jęknął z udawanym smutkiem.
-A w pysk byś nie chciał; Lisku?- Spojrzała nań wrednie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Historia...
Wszyscy szli; jak na ścięcie, ponieważ wyczuwali, że nadszedł czas na słynną lekcję, zwaną potocznie "egzekucją". Bergmann był nawet gorszy od swojego poprzednika- nigdy nie można było przewidzieć, kiedy skorzysta z ulubionego rodzaju szkolnych tortur.
-Za jakie grzechy..?- Jęknął Vincent ziewając.
-Kto pierwszy na odstrzał?- Zakpiłam z ironią.
-Raz, dwa, trzy: egzekucję masz dziś ty- rzucił ze śmiechem Paul.
-Wiesz, co? Dzięki, mam dla kogo żyć..- prychnęłam udając urażoną.
-Ech, ten jej sarkazm; nie?- Spytał wesoło Paul Michaela, obejmując mnie przyjacielsko.
-Panno Raven.. Widzę; że humor pani dopisuje.- Stwierdził Shark powoli.
-Cóż.. Mam dziś wręcz świetny humor; panie profesorze..- odparłam uśmiechając się od ucha do ucha.
-Wobec tego zapraszam do tablicy- oznajmił, chcąc zepsuć mi samopoczucie.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co ona taka dzisiaj wesoła? Wsypałeś jej LSD do napoju; czy co..?- Spytał Paul; oddając mu szturchańca odparłem:
-Odpoczęła trochę w Paryżu to i humor się poprawił- rzuciłem szeptem.
-Taa, to nawet widać- zauważył pokazując mi język złośliwie.
-O co ci chodzi?- Zapytałem powoli.
-Chciał powiedzieć, że Kruk daleko nie odleci; ale stchórzył- stwierdził Vincent z ironią.
-Ha. Ha. Ha. Bardzo śmieszne; Rodriguez. Lepiej pilnuj swojego wielorybka- odpowiedziałem ze śmiechem; przechyliłem się za Paula i szturchnąłem go w ramię.
-Spoko, mój wielorybek jeszcze smacznie śpi.- Rzucił lekko.- Działo wjechało- rzucił patrząc na Callisto z ironią.
-Uważaj, bo jak to działo wystrzeli; bedziesz cały w śnieżnej bieli- zarechotał za nami bujający się na krześle Fox.
-Och; przymknij się; padalcu- syknęła Cordellia posyłając go kopniakiem na glebę.
-Za co; Concord?- Jęknął z udawanym smutkiem.
-A w pysk byś nie chciał; Lisku?- Spojrzała nań wrednie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Historia...
Wszyscy szli; jak na ścięcie, ponieważ wyczuwali, że nadszedł czas na słynną lekcję, zwaną potocznie "egzekucją". Bergmann był nawet gorszy od swojego poprzednika- nigdy nie można było przewidzieć, kiedy skorzysta z ulubionego rodzaju szkolnych tortur.
-Za jakie grzechy..?- Jęknął Vincent ziewając.
-Kto pierwszy na odstrzał?- Zakpiłam z ironią.
-Raz, dwa, trzy: egzekucję masz dziś ty- rzucił ze śmiechem Paul.
-Wiesz, co? Dzięki, mam dla kogo żyć..- prychnęłam udając urażoną.
-Ech, ten jej sarkazm; nie?- Spytał wesoło Paul Michaela, obejmując mnie przyjacielsko.
Popołudnie spędziliśmy w domu Tori.
-Cześć, piękna- Niska szatynka rzuciła się na mnie i powitała objęciem i buziakiem w policzek.
-Niedługo nie będziemy się mogły objąć przez te brzuszki- rzuciłam do niej cicho.
-I co ci powiedział?- Spytała z zaciekawieniem.
-Potwierdził- odszepnęłam.
-Jejku... Bosko- ucieszyła się szatynka.
-O co chodzi z tym zacieszem, Miles?- Zapytał Paul.
Tori zmierzyła go uważnym spojrzeniem.
-To taki nasz babski sekrecik- odparła z uśmiechem, obejmując mnie ramieniem.
-Yyy... Tajemnica głębin i świata wielorybów?- Zarechotał i złapał rzucone przez Tori jabłko o włos przed swoją twarzą.- Oj; nie złość się; jędzo- rzucił mrugając porozumiewawczo, odrzucił jej owoc.
Vincent i Michael weszli ostatni.
-Opowiadajcie, jak było we Francji- rzuciła Tori z zainteresowaniem.
-Cześć, piękna- Niska szatynka rzuciła się na mnie i powitała objęciem i buziakiem w policzek.
-Niedługo nie będziemy się mogły objąć przez te brzuszki- rzuciłam do niej cicho.
-I co ci powiedział?- Spytała z zaciekawieniem.
-Potwierdził- odszepnęłam.
-Jejku... Bosko- ucieszyła się szatynka.
-O co chodzi z tym zacieszem, Miles?- Zapytał Paul.
Tori zmierzyła go uważnym spojrzeniem.
-To taki nasz babski sekrecik- odparła z uśmiechem, obejmując mnie ramieniem.
-Yyy... Tajemnica głębin i świata wielorybów?- Zarechotał i złapał rzucone przez Tori jabłko o włos przed swoją twarzą.- Oj; nie złość się; jędzo- rzucił mrugając porozumiewawczo, odrzucił jej owoc.
Vincent i Michael weszli ostatni.
-Opowiadajcie, jak było we Francji- rzuciła Tori z zainteresowaniem.
-I jeszcze, jakby wszystkiego było mało Związek wącha się z Senatem- zakończyłam z niechęcią.
-Brudasy Senatu. Chcieli przesłuchiwać Callisto w związku ze śmiercią Linka- dodał zielonooki zły.
-Do przesłuchania nie doszło; a Tower wylądowała w pudle.- Westchnęłam.- Nawet nie miałam pojęcia, że Féu jest Sędzią w Senacie. A, jak się sprawy mają tutaj?- Spytałam.
Vincent; Paul i Tori wymienili szybkie spojrzenia.
-No; co jest?- Zapytał niecierpliwie Michael.
-Ty im powiedz- Vincent szturchnął Paula.
-W porządku..- Paul westchnął cicho.- W mieście znowu giną ludzie. Jake powiedział; że głownie są to przyjezdni. Tropy prowadzą do dwóch lokali w mieście..
-Do "Fallen Angel" i "Siriusa"?- Spytałam wolno.
-Skąd wiesz...?- Zdziwili się.
-W mieście są trzy speluny prowadzone przez pijawy: bar Sirius; klub Fallen Angel i mało znana hiszpańska restauracja pod nazwą Flamenco. Niech nazwa was nie myli; bo ta restauracja to po prostu burdel- odparłam powoli.- Nie liczę już klubu Grave, który spłonął rok temu; a który podpalono za długi u jakichś mafiozów..
-Skąd tyle wiesz?- Zdumiał się Vincent.
-Urodziłam się i wychowałam w podziemiu; chłoptasiu. Kiedyś Stowarzyszenie nazywało siebie dumnie "Psami Anioła"- odparłam lekko.- Dopiero dziesięć lat temu zmieniono nazwę; ale przyzwyczajenia zostały te same- wzruszyłam ramionami.
-Węszyć, węszyć i jeszcze raz węszyć, co?- Spytał Vincent wymownie.
-Dlatego macie tak mało roboty; Szczury- szturchnęłam go lekko.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Kolejnej nocy na mieście nie towarzyszyło żadne niepokojące przeczucie.
-Raven; coś ci się przytyło- zauważył złośliwie Jacob Horse.
-Fakt, wreszcie nie wygląda, jak deska z tartaku- zarechotał Vładimir.
-Miłość działa cudnie: jedno tyje; drugie chudnie- dorzuciła Amber ze śmiechem.
-Od kiedy to tak interesujecie się moją wagą?- Spytałam drwiąco.
-No, wiesz.. Trudno nie zauważyć, że wyglądasz kwitnąco, Kruk- Powiedział Jasper za mną.
-W końcu każdy piękny kwiat kiedyś kwitnie; nie?- Zapytał tajemniczo Michael.
-Co prawda, to prawda- Stwierdził Porter, tym samym uciszając wszelkie komentarze.
-Brudasy Senatu. Chcieli przesłuchiwać Callisto w związku ze śmiercią Linka- dodał zielonooki zły.
-Do przesłuchania nie doszło; a Tower wylądowała w pudle.- Westchnęłam.- Nawet nie miałam pojęcia, że Féu jest Sędzią w Senacie. A, jak się sprawy mają tutaj?- Spytałam.
Vincent; Paul i Tori wymienili szybkie spojrzenia.
-No; co jest?- Zapytał niecierpliwie Michael.
-Ty im powiedz- Vincent szturchnął Paula.
-W porządku..- Paul westchnął cicho.- W mieście znowu giną ludzie. Jake powiedział; że głownie są to przyjezdni. Tropy prowadzą do dwóch lokali w mieście..
-Do "Fallen Angel" i "Siriusa"?- Spytałam wolno.
-Skąd wiesz...?- Zdziwili się.
-W mieście są trzy speluny prowadzone przez pijawy: bar Sirius; klub Fallen Angel i mało znana hiszpańska restauracja pod nazwą Flamenco. Niech nazwa was nie myli; bo ta restauracja to po prostu burdel- odparłam powoli.- Nie liczę już klubu Grave, który spłonął rok temu; a który podpalono za długi u jakichś mafiozów..
-Skąd tyle wiesz?- Zdumiał się Vincent.
-Urodziłam się i wychowałam w podziemiu; chłoptasiu. Kiedyś Stowarzyszenie nazywało siebie dumnie "Psami Anioła"- odparłam lekko.- Dopiero dziesięć lat temu zmieniono nazwę; ale przyzwyczajenia zostały te same- wzruszyłam ramionami.
-Węszyć, węszyć i jeszcze raz węszyć, co?- Spytał Vincent wymownie.
-Dlatego macie tak mało roboty; Szczury- szturchnęłam go lekko.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Kolejnej nocy na mieście nie towarzyszyło żadne niepokojące przeczucie.
-Raven; coś ci się przytyło- zauważył złośliwie Jacob Horse.
-Fakt, wreszcie nie wygląda, jak deska z tartaku- zarechotał Vładimir.
-Miłość działa cudnie: jedno tyje; drugie chudnie- dorzuciła Amber ze śmiechem.
-Od kiedy to tak interesujecie się moją wagą?- Spytałam drwiąco.
-No, wiesz.. Trudno nie zauważyć, że wyglądasz kwitnąco, Kruk- Powiedział Jasper za mną.
-W końcu każdy piękny kwiat kiedyś kwitnie; nie?- Zapytał tajemniczo Michael.
-Co prawda, to prawda- Stwierdził Porter, tym samym uciszając wszelkie komentarze.
Tuż za kościołem Świętego Michała Archanioła; bliżej znanym jako farny poczułam rozchodzące się w moim ciele kręgi Mocy, lecz tym razem odbijały się tuż pod moimi żebrami. Do tej pory nic takiego nie czułam- ten sygnał brzmiał alarmująco, jakby mówił: ktoś się zbliża. Podskoczyłam, jak oparzona; a Michael spojrzał na mnie lekko zdziwiony; w odpowiedzi uśmiechnęłam się uspokajająco.
-Radar Raven zadziałał- rzucił Horse, obracając w dłoni sztylet.
-Taa; mamy blisko pijawki.- Dorzucił Devon.
-Bardzo blisko- Dodała Amber patrząc w pogrążony w półmroku zaułek...
-Radar Raven zadziałał- rzucił Horse, obracając w dłoni sztylet.
-Taa; mamy blisko pijawki.- Dorzucił Devon.
-Bardzo blisko- Dodała Amber patrząc w pogrążony w półmroku zaułek...
-Z prawej, Devon!- Rzucił Jasper, kopniakiem posyłając wampira pod mój miecz. Rozcięłam go szybko.
Jacob odbił cios broni wampira i wbił ostrze w pierś przeciwnika. Szybko uskoczył przed strzelającym z truchła niebieskim ogniem i zajął się następnym Rządowym.
Michael wyciągnął coś z wewnętrznej kieszeni. Jajowaty przedmiot pofrunął wprost pod nogi grupy wampirów; a Jasper, Devon i Jacob w mig czmychnęli z pola walki.
Huknęło, jakby wybuchła petarda a uliczka pogrążyła się w dymie.
-To nad tym tak majstrowałeś..?- Zapytałam unosząc brwi.
-Mam jeszcze kilka w zanadrzu- odparł z tajemniczym uśmiechem.
-Tylko nie wygryź naszego kochanego Dorianka; Płomień- zarechotał Jasper.
-Spokojna twoja rozczochrana; Jasper- uśmiechnął się zielonooki.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Miesiąc później, dwunasty grudnia.
Jasper hałaśliwie przetrząsał szafę w swojej sypialni.
-Gdzie ja to wetknąłem...?- Jęknął zniecierpliwiony.
Przechodząc zdążyłam złapać słoiczek pasty do butów.
-Nie rzucaj w ludzi czym popadnie; Porter- rzuciłam ze śmiechem, opierając się ramieniem o framugę drzwi.
Młodzieniec spojrzał na mnie; rzucając:
-Sorki; Kruk- przerzucił przez ramię jeansy i znów pogrążył się w przeszukiwaniu szafy.
-Wyglądasz jakbyś wybierał się na randkę- Zarechotałam lekko ironicznie.
-A nawet jeśli tak, to co?- Zapytał uśmiechając się tajemniczo.
Nieco mnie tym zaskoczył, więc spojrzałam na niego zdziwiona.
-Zatem, jeśli tak jest życzę udanego randez vous-rzuciłam w niego okrągłym metalowym pudełeczkiem, odchodząc.
-Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć- odparł Jasper, podrzucając przedmiot.
***
-A ten co się tak odpicował?- Spytał Michael obserwując z okna Jaspera.
-Nie mam pojęcia- skłamałam. Wlewając w siebie czwarty woreczek transfuzyjnej, równocześnie obżerałam się ciastkami.
-Włożył swoją "szczęśliwą koszulę", to podejrzane- odparł z ironicznym uśmiechem. Uniósł brwi przyglądając mi się uważnie.
-No, co...?- Zapytałam obronnym tonem z pełnymi ustami.
-Nic, smacznego..- Odparł z zakłopotaniem i szybko uciekł wzrokiem gdzie indziej.
-O co ci chodzi?- Spytałam patrząc nań wyczekująco.
Michael westchnął.
-Lubię patrzeć, jak jesz- wzruszył ramionami.
-Jak się opycham; chciałeś powiedzieć...- burknęłam przeglądając się w dużym lustrze.- Niedługo będę wyglądać jak słoń..- Stanęłam z profilu i spojrzałam krytycznie na swe odbicie w tafli szkła.
-Nie przesadzaj- objął mnie delikatnie splatając ręce na moich żebrach. Uśmiechnął się opierając podbródek o moje ramię.
Poczułam prąd, a w moim ciele uderzyła fala ciepła. To uczucie było takie przyjemne... Wtedy coś jakby mnie lekko stuknęło w środku.
-Co to było?- Spytał zaskoczony zielonooki.
Drugie "stuknięcie" w moim ciele było nieco mocniejsze i jakby bardziej zdecydowane.
-Małe wampirzątko chyba reaguje na twój głos- stwierdziłam powoli.
Odciągnął mnie od lustra i kierując się na łóżko posadził mnie sobie na kolanach.
-To ja; twój tatuś- Szepnął całując mnie po brzuchu.
-Ej, mam łaskotki, głupolu- Zarechotałam.
-Nie wykręcaj mi się tu łaskotkami- odpowiedział całując mnie delikatniej.
-Michael.!- Rzuciłam z udawanym wyrzutem i oboje się roześmialiśmy.
Jacob odbił cios broni wampira i wbił ostrze w pierś przeciwnika. Szybko uskoczył przed strzelającym z truchła niebieskim ogniem i zajął się następnym Rządowym.
Michael wyciągnął coś z wewnętrznej kieszeni. Jajowaty przedmiot pofrunął wprost pod nogi grupy wampirów; a Jasper, Devon i Jacob w mig czmychnęli z pola walki.
Huknęło, jakby wybuchła petarda a uliczka pogrążyła się w dymie.
-To nad tym tak majstrowałeś..?- Zapytałam unosząc brwi.
-Mam jeszcze kilka w zanadrzu- odparł z tajemniczym uśmiechem.
-Tylko nie wygryź naszego kochanego Dorianka; Płomień- zarechotał Jasper.
-Spokojna twoja rozczochrana; Jasper- uśmiechnął się zielonooki.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Miesiąc później, dwunasty grudnia.
Jasper hałaśliwie przetrząsał szafę w swojej sypialni.
-Gdzie ja to wetknąłem...?- Jęknął zniecierpliwiony.
Przechodząc zdążyłam złapać słoiczek pasty do butów.
-Nie rzucaj w ludzi czym popadnie; Porter- rzuciłam ze śmiechem, opierając się ramieniem o framugę drzwi.
Młodzieniec spojrzał na mnie; rzucając:
-Sorki; Kruk- przerzucił przez ramię jeansy i znów pogrążył się w przeszukiwaniu szafy.
-Wyglądasz jakbyś wybierał się na randkę- Zarechotałam lekko ironicznie.
-A nawet jeśli tak, to co?- Zapytał uśmiechając się tajemniczo.
Nieco mnie tym zaskoczył, więc spojrzałam na niego zdziwiona.
-Zatem, jeśli tak jest życzę udanego randez vous-rzuciłam w niego okrągłym metalowym pudełeczkiem, odchodząc.
-Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć- odparł Jasper, podrzucając przedmiot.
***
-A ten co się tak odpicował?- Spytał Michael obserwując z okna Jaspera.
-Nie mam pojęcia- skłamałam. Wlewając w siebie czwarty woreczek transfuzyjnej, równocześnie obżerałam się ciastkami.
-Włożył swoją "szczęśliwą koszulę", to podejrzane- odparł z ironicznym uśmiechem. Uniósł brwi przyglądając mi się uważnie.
-No, co...?- Zapytałam obronnym tonem z pełnymi ustami.
-Nic, smacznego..- Odparł z zakłopotaniem i szybko uciekł wzrokiem gdzie indziej.
-O co ci chodzi?- Spytałam patrząc nań wyczekująco.
Michael westchnął.
-Lubię patrzeć, jak jesz- wzruszył ramionami.
-Jak się opycham; chciałeś powiedzieć...- burknęłam przeglądając się w dużym lustrze.- Niedługo będę wyglądać jak słoń..- Stanęłam z profilu i spojrzałam krytycznie na swe odbicie w tafli szkła.
-Nie przesadzaj- objął mnie delikatnie splatając ręce na moich żebrach. Uśmiechnął się opierając podbródek o moje ramię.
Poczułam prąd, a w moim ciele uderzyła fala ciepła. To uczucie było takie przyjemne... Wtedy coś jakby mnie lekko stuknęło w środku.
-Co to było?- Spytał zaskoczony zielonooki.
Drugie "stuknięcie" w moim ciele było nieco mocniejsze i jakby bardziej zdecydowane.
-Małe wampirzątko chyba reaguje na twój głos- stwierdziłam powoli.
Odciągnął mnie od lustra i kierując się na łóżko posadził mnie sobie na kolanach.
-To ja; twój tatuś- Szepnął całując mnie po brzuchu.
-Ej, mam łaskotki, głupolu- Zarechotałam.
-Nie wykręcaj mi się tu łaskotkami- odpowiedział całując mnie delikatniej.
-Michael.!- Rzuciłam z udawanym wyrzutem i oboje się roześmialiśmy.
Popołudnie spędziliśmy na mieście. Chodziliśmy po sklepach i w ogóle. Wreszcie zdecydowaliśmy, że przejdziemy się do złotnika.
Wystawy biżuterii u pani Burnett w centrum miasta były urzekające. Michael rozglądał się po obrączkach w gablotce umieszczonej w ladzie. Dołączyłam do niego i zajrzałam przez szybę.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Idąc z kina rozmawialiśmy i śmialiśmy się. W pewnej chwili naszedł mnie ogromny niepokój. Przystanęłam raptownie.
-Co się dzieje?- Zapytał Michael.
-Kroki- odparłam szeptem. Obróciłam się wokół własnej osi nasłuchując.
W pobliżu słychać dzwonek do drzwi. Cicha rozmowa. Zaskoczony głos kobiety odmawiał wpuszczenia nieznajomego do mieszkania; tłumacząc, że jest już późno.
Ruszyliśmy w tamtą stronę.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Idąc z kina rozmawialiśmy i śmialiśmy się. W pewnej chwili naszedł mnie ogromny niepokój. Przystanęłam raptownie.
-Co się dzieje?- Zapytał Michael.
-Kroki- odparłam szeptem. Obróciłam się wokół własnej osi nasłuchując.
W pobliżu słychać dzwonek do drzwi. Cicha rozmowa. Zaskoczony głos kobiety odmawiał wpuszczenia nieznajomego do mieszkania; tłumacząc, że jest już późno.
Ruszyliśmy w tamtą stronę.
Ukryłam się za węgłem budynku i dyskretnie wyjrzałam. Michael widząc, że trzymam już w palcach sztylety, lekko wysunął spod rękawa rękojeść miecza.
-Wpuść mnie; złotko- Dostrzegłam iskrzące czerwienią oczy wampira i jego obrzydliwy "uprzejmy" uśmieszek.
-N-Nie..- szepnęła z trudem stawiając opór. Cofnęła się od drzwi, ale w ułamku sekundy wyczulony słuch wychwycił świst ostrza.
-Chyba trafiłeś pod zły adres; pijawo- rzucił znajomy głos.
-Pijawo?- Zdumiona kobieta rzuciła spojrzenie na wysokiego młodzieńca; który sprzedał kopniaka nieznajomemu.
Mrugająca latarnia oświetliła wychodzącego.
-Jasper L. Porter, herbu Pochodnia; kopę lat łowcze szczenię..- Zasyczał głos wampira.
-Miło; że mnie jeszcze pamiętasz; ścierwo- Jasper odsunął brunetkę za siebie i postąpił krok do przodu.
-Nie idź..- kobieta zacisnęła dłonie na jego ramieniu i przytuliła się doń mocno. Spojrzał na nią przez ramię zaskoczony.
Wampir zaatakował. Jasper odbił cios i zadał kolejny.
-Idź do pokoju- powiedział z prośbą do dziewczyny.
-Nie zostawię cię tu...- odparła płaczliwie.
-Idź- odepchnął ją z zasięgu Krwawego Ostrza i szybko sparował kolejny cios. Miecze obu walczących krzesały iskry. Jasper kopniakiem odrzucił wampira i ruszył w jego stronę.
-Nie pozwolę ci uciec, jak ostatnim razem- warknął Jasper szybkim ruchem ręki z mieczem pozbył się innego wampira nacierającego nań z prawej. Z ust brunetki rozległ się zduszony okrzyk; gdy kolejny krwiopijca padł tuż obok Portera w zetknięciu z chodnikiem zmieniając się w popiół.
-Idziemy mu pomóc?- Spytał Michael obserwując walkę.
Skinęłam głową i pobiegliśmy ku Jasperowi.
-Wpuść mnie; złotko- Dostrzegłam iskrzące czerwienią oczy wampira i jego obrzydliwy "uprzejmy" uśmieszek.
-N-Nie..- szepnęła z trudem stawiając opór. Cofnęła się od drzwi, ale w ułamku sekundy wyczulony słuch wychwycił świst ostrza.
-Chyba trafiłeś pod zły adres; pijawo- rzucił znajomy głos.
-Pijawo?- Zdumiona kobieta rzuciła spojrzenie na wysokiego młodzieńca; który sprzedał kopniaka nieznajomemu.
Mrugająca latarnia oświetliła wychodzącego.
-Jasper L. Porter, herbu Pochodnia; kopę lat łowcze szczenię..- Zasyczał głos wampira.
-Miło; że mnie jeszcze pamiętasz; ścierwo- Jasper odsunął brunetkę za siebie i postąpił krok do przodu.
-Nie idź..- kobieta zacisnęła dłonie na jego ramieniu i przytuliła się doń mocno. Spojrzał na nią przez ramię zaskoczony.
Wampir zaatakował. Jasper odbił cios i zadał kolejny.
-Idź do pokoju- powiedział z prośbą do dziewczyny.
-Nie zostawię cię tu...- odparła płaczliwie.
-Idź- odepchnął ją z zasięgu Krwawego Ostrza i szybko sparował kolejny cios. Miecze obu walczących krzesały iskry. Jasper kopniakiem odrzucił wampira i ruszył w jego stronę.
-Nie pozwolę ci uciec, jak ostatnim razem- warknął Jasper szybkim ruchem ręki z mieczem pozbył się innego wampira nacierającego nań z prawej. Z ust brunetki rozległ się zduszony okrzyk; gdy kolejny krwiopijca padł tuż obok Portera w zetknięciu z chodnikiem zmieniając się w popiół.
-Idziemy mu pomóc?- Spytał Michael obserwując walkę.
Skinęłam głową i pobiegliśmy ku Jasperowi.
-Siemasz; Porter- Rzucił Michael pozbywając się następnego Rządowego.
-Wy tutaj?- Jasper uniknął ciosu i walnął przeciwnika rękojeścią broni łamiąc mu nos i wybijając kilka zębów.
-Szliśmy właśnie z kina- odparłam okładając ubraną na czarno pijawę.
-Kino... Dawno nie byłem; grają coś ciekawego?- Spytał z zaciekawieniem próbując wytrącić miecz z ręki wampira.
-Szczerze mówiąc sam chłam; chyba że za interesujące uznasz komedie romantyczne; albo horrory- zakpiłam odcinając przeciwnikowi łeb.
-Totalne dno puszczają..- skwitował przebijając wampira mieczem.- Zastąp mnie na chwilę..- Dostrzegł, że dziewczyna robi krok za bezpieczne drzwi domu uciekając przed inną pijawką. Wskakując na murek odbił się od niego stopami i lądując tuż przed atakującym ją wampirem przebił jego plecy klingą. Wiatr rozwiał prochy, a brunetka zasłaniając usta dłońmi jęknęła przerażona. Kwadrans później po grupie wampirów pozostał proch.
-Nic ci nie zrobił..?- Jasper schował miecz w pochwie pod rękawem koszuli.
-N-nie.. Kim oni byli??- Wybuchnęła.- Kim ty jesteś...??- Jasper wpatrywał się w nią prosząco.
-Powiem ci całą prawdę, tylko się uspokój..- zaczął cicho.
-Jak... Jak ja mam się uspokoić?! Jak mam być spokojna do kurwy nędzy, skoro czuję się jakbyś robił ze mnie idiotkę?!- Była naprawdę wściekła i starała się ukryć to, że jest roztrzęsiona.
-Przepraszam..- powiedział smutno Jasper.
Brunetka przerwała swój monolog i wbiła w niego zaskoczone spojrzenie otwierając usta. Była totalnie zamurowana.
-Za co ty mnie przepraszasz...?- Zapytała drżącymi wargami wpatrując się w niego oszołomiona.
-Chyba za to- przyciągnął ją do siebie i pocałował delikatnie jej usta.
-Ale tak na pierwszej randce?- Szepnęłam Michaelowi do ucha z lekkim uśmiechem.
-Szybki Johny. Zostawmy te gołąbki same- Odszepnął wesoło ciągnąc mnie za sobą.
××××××××××××××××××××××××
Jasper leżał na łóżku w swojej sypialni i z rękami za głową gapił się w sufit zamyślony.
-Jak tam randka; Casanova?- Rzucił Jacob Horse z zaciekawieniem, przewracając w szafie szukał koszulki.
-Świetnie- rzucił krótko Jasper nie odwracając wzroku od sufitu.
-Tylko tyle?- Zapytał zdziwiony Horse rzucając w niego samolocikiem.
-Aż tyle, jak dla mnie- Jasper wzruszył ramionami i spojrzał na młodego Podkowę kocim wzrokiem.
-Jaka ona jest?- Horse próbował podejść Jaspera, żeby dowiedzieć się czegoś o przebiegu wczorajszej schadzki.
-Nie wkładaj paluchów między drzwi; Jake- odpowiedział z tajemniczym uśmiechem Porter.
-Jestem zwyczajnie ciekawy, czy ci się udało- Horse wzruszył ramionami.
-Taak?- Spytał przeciagle Jazzy spoglądając nań z boku ironicznie.- Jeszcze nie wiem; czy coś z tego wyjdzie...- powiedział nagle nieco zmartwiony.
-Nie dramatyzuj; Jazzy. Załóż czasami różowe okulary, chłopie- szturchnął go lekko.- Zaraz będzie obiad.
-Nie jestem głodny- odparł Porter znudzony.
-Miłością się nie najesz- zachichotał bliznowaty chłopak wychodząc z pokoju.
-Spadaj, Podkowa- rzucił lekceważąco Porter podrzucając papierową kulkę. -Może ten ośli łeb jednak ma rację..?- Zastanowił się na głos. Wstał z łóżka.
-Wy tutaj?- Jasper uniknął ciosu i walnął przeciwnika rękojeścią broni łamiąc mu nos i wybijając kilka zębów.
-Szliśmy właśnie z kina- odparłam okładając ubraną na czarno pijawę.
-Kino... Dawno nie byłem; grają coś ciekawego?- Spytał z zaciekawieniem próbując wytrącić miecz z ręki wampira.
-Szczerze mówiąc sam chłam; chyba że za interesujące uznasz komedie romantyczne; albo horrory- zakpiłam odcinając przeciwnikowi łeb.
-Totalne dno puszczają..- skwitował przebijając wampira mieczem.- Zastąp mnie na chwilę..- Dostrzegł, że dziewczyna robi krok za bezpieczne drzwi domu uciekając przed inną pijawką. Wskakując na murek odbił się od niego stopami i lądując tuż przed atakującym ją wampirem przebił jego plecy klingą. Wiatr rozwiał prochy, a brunetka zasłaniając usta dłońmi jęknęła przerażona. Kwadrans później po grupie wampirów pozostał proch.
-Nic ci nie zrobił..?- Jasper schował miecz w pochwie pod rękawem koszuli.
-N-nie.. Kim oni byli??- Wybuchnęła.- Kim ty jesteś...??- Jasper wpatrywał się w nią prosząco.
-Powiem ci całą prawdę, tylko się uspokój..- zaczął cicho.
-Jak... Jak ja mam się uspokoić?! Jak mam być spokojna do kurwy nędzy, skoro czuję się jakbyś robił ze mnie idiotkę?!- Była naprawdę wściekła i starała się ukryć to, że jest roztrzęsiona.
-Przepraszam..- powiedział smutno Jasper.
Brunetka przerwała swój monolog i wbiła w niego zaskoczone spojrzenie otwierając usta. Była totalnie zamurowana.
-Za co ty mnie przepraszasz...?- Zapytała drżącymi wargami wpatrując się w niego oszołomiona.
-Chyba za to- przyciągnął ją do siebie i pocałował delikatnie jej usta.
-Ale tak na pierwszej randce?- Szepnęłam Michaelowi do ucha z lekkim uśmiechem.
-Szybki Johny. Zostawmy te gołąbki same- Odszepnął wesoło ciągnąc mnie za sobą.
××××××××××××××××××××××××
Jasper leżał na łóżku w swojej sypialni i z rękami za głową gapił się w sufit zamyślony.
-Jak tam randka; Casanova?- Rzucił Jacob Horse z zaciekawieniem, przewracając w szafie szukał koszulki.
-Świetnie- rzucił krótko Jasper nie odwracając wzroku od sufitu.
-Tylko tyle?- Zapytał zdziwiony Horse rzucając w niego samolocikiem.
-Aż tyle, jak dla mnie- Jasper wzruszył ramionami i spojrzał na młodego Podkowę kocim wzrokiem.
-Jaka ona jest?- Horse próbował podejść Jaspera, żeby dowiedzieć się czegoś o przebiegu wczorajszej schadzki.
-Nie wkładaj paluchów między drzwi; Jake- odpowiedział z tajemniczym uśmiechem Porter.
-Jestem zwyczajnie ciekawy, czy ci się udało- Horse wzruszył ramionami.
-Taak?- Spytał przeciagle Jazzy spoglądając nań z boku ironicznie.- Jeszcze nie wiem; czy coś z tego wyjdzie...- powiedział nagle nieco zmartwiony.
-Nie dramatyzuj; Jazzy. Załóż czasami różowe okulary, chłopie- szturchnął go lekko.- Zaraz będzie obiad.
-Nie jestem głodny- odparł Porter znudzony.
-Miłością się nie najesz- zachichotał bliznowaty chłopak wychodząc z pokoju.
-Spadaj, Podkowa- rzucił lekceważąco Porter podrzucając papierową kulkę. -Może ten ośli łeb jednak ma rację..?- Zastanowił się na głos. Wstał z łóżka.
-Zdecydowałeś się dołączyć; czy przyciągnęły cię te pyszne zapachy?- Zapytał uszczypliwie Jacob spoglądając na siadającego Jaspera.
-Po prostu stwierdziłem, że ten jeden raz się poświęcę i zjem coś, co ugotowała twoja matka- odparował kpiącym tonem Jasper; a Romanow omal nie udławił się pierogiem.
-Teraz już rozumiem, czemu jesteś taki chudy; Jake- zarechotał Vładimir; mrugnął porozumiewawczo do Jaspera; który przewrócił oczami z pokrętnym uśmieszkiem.
-Ja po prostu staram się trzymać właściwą wagę..- oznajmił spokojnie Jacob.
-Wagę kościotrupa- poprawił wymownie Dimitrij, a Jasper i jego starszy brat parsknęli śmiechem.
-Dzieci i ryby głosu nie mają, paszczurku- Odciął się przyjaźnie Jacob.
-Nie jestem "paszczurkiem"- burknął Dimitrij.- A ty byś mu coś powiedział..- zwrócił się do brata urażonym tonem.
-Horse, mówię ci: coś- rzucił ironicznie Władia.
-Kutas- burknął czternastolatek naburmuszony.
-Nie pyskuj, bo powiem ojcu, że zamiast się uczyć grasz z kumplami w karty- rzucił półgębkiem Vładimir.
-Nie zrobisz mi tego- odparł niepewnie chłopiec.
-Zrobię, jeśli nie przymkniesz się, kiedy trzeba- zagroził spokojnie starszy z synów rodu Romanow.
-Dobra, masz mnie- mruknął z niechęcią Dimitrij zabierając się za jedzenie.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Sprzątałam naszą sypialnię, Michael czytał gazetę, a w tle słuchaliśmy wiadomości.
-Z ostatniej chwili: w kraju nastąpiła seria tajemniczych zaginięć. Według nieoficjalnych doniesień jest to związane z trasą koncertową nowej grupy pod nazwą Suriel's Grave- mówił właśnie prezenter.
Michael podniósł wzrok znad gazety, a ja zamarłam z batonikiem w połowie drogi do ust wpatrzona w ekran telewizora.
-Muzycy dementują plotki, a organizatorzy trasy odmawiają wszelkich komentarzy w tej sprawie. Oto wypowiedź wokalisty tego zespołu..- Obraz się zmienił ukazując członków grupy.
-Dziwne...- zauważył Michael powoli.
-Podejrzewam, że zamieszanie spowodowało coś innego...- stwierdziłam z namysłem.
-Rządowi..?- Zaczął z nutą pytania.
-Jeszcze nie wiem; ale się dowiem...- odparłam.
***
-Na szachownicy niepokój...- mruknęłam w zamyśleniu, poprawiając książki w rękach szłam z niemieckiego na chemię.
Czy ten zespół jest jedną ze znaczących figur na planszy? Jeśli tak, to jaką?- Zastanawiałam się.
-A może to tylko zbieg okoliczności?- Mruknęłam do siebie w zastanowieniu.
-Po prostu stwierdziłem, że ten jeden raz się poświęcę i zjem coś, co ugotowała twoja matka- odparował kpiącym tonem Jasper; a Romanow omal nie udławił się pierogiem.
-Teraz już rozumiem, czemu jesteś taki chudy; Jake- zarechotał Vładimir; mrugnął porozumiewawczo do Jaspera; który przewrócił oczami z pokrętnym uśmieszkiem.
-Ja po prostu staram się trzymać właściwą wagę..- oznajmił spokojnie Jacob.
-Wagę kościotrupa- poprawił wymownie Dimitrij, a Jasper i jego starszy brat parsknęli śmiechem.
-Dzieci i ryby głosu nie mają, paszczurku- Odciął się przyjaźnie Jacob.
-Nie jestem "paszczurkiem"- burknął Dimitrij.- A ty byś mu coś powiedział..- zwrócił się do brata urażonym tonem.
-Horse, mówię ci: coś- rzucił ironicznie Władia.
-Kutas- burknął czternastolatek naburmuszony.
-Nie pyskuj, bo powiem ojcu, że zamiast się uczyć grasz z kumplami w karty- rzucił półgębkiem Vładimir.
-Nie zrobisz mi tego- odparł niepewnie chłopiec.
-Zrobię, jeśli nie przymkniesz się, kiedy trzeba- zagroził spokojnie starszy z synów rodu Romanow.
-Dobra, masz mnie- mruknął z niechęcią Dimitrij zabierając się za jedzenie.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Sprzątałam naszą sypialnię, Michael czytał gazetę, a w tle słuchaliśmy wiadomości.
-Z ostatniej chwili: w kraju nastąpiła seria tajemniczych zaginięć. Według nieoficjalnych doniesień jest to związane z trasą koncertową nowej grupy pod nazwą Suriel's Grave- mówił właśnie prezenter.
Michael podniósł wzrok znad gazety, a ja zamarłam z batonikiem w połowie drogi do ust wpatrzona w ekran telewizora.
-Muzycy dementują plotki, a organizatorzy trasy odmawiają wszelkich komentarzy w tej sprawie. Oto wypowiedź wokalisty tego zespołu..- Obraz się zmienił ukazując członków grupy.
-Dziwne...- zauważył Michael powoli.
-Podejrzewam, że zamieszanie spowodowało coś innego...- stwierdziłam z namysłem.
-Rządowi..?- Zaczął z nutą pytania.
-Jeszcze nie wiem; ale się dowiem...- odparłam.
***
-Na szachownicy niepokój...- mruknęłam w zamyśleniu, poprawiając książki w rękach szłam z niemieckiego na chemię.
Czy ten zespół jest jedną ze znaczących figur na planszy? Jeśli tak, to jaką?- Zastanawiałam się.
-A może to tylko zbieg okoliczności?- Mruknęłam do siebie w zastanowieniu.
Może chcą odwrócic od czegoś naszą uwagę?- Przyszło mi nagle na myśl.
-Mimo to trzeba trochę powęszyć..- Znów poczułam rozchodzące się w moim ciele spiralne uderzenia Mocy i kilka "stuknięć".- I ty; Brutusie przeciwko mnie..?- Syknęłam z bólu i zachwiałam się.
Ktoś zdążył mnie podtrzymać zanim upadłam.
-Wszystko w porządku, Raven?- Usłyszałam z boku niski głos, spojrzałam w dwukolororowe tęczówki.- Usiądź...- Posadził mnie szybko na ławce.
Rafael rozejrzał się. Jego oczy błysnęły złowieszczym karmazynem; w tej samej chwili od zakrętu przybiega Michael. -Co jej jest?- Zapytał ostro zielonooki. Spod uchylonych powiek dostrzegłam jego nieufność wobec Rafaela.
-Jest bardzo słaba..- poczułam jego lodowatą dłoń; którą przesunął po mojej twarzy.- Boże... Ona ma gorączkę..
-Przecież jest zimna- odparł zaskoczony Michael. Odpłynęłam...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Wampiry inaczej przechodzą choroby- odparł z naciskiem nieco wyższy ode mnie chłopak.
Hm, dobrze wiedzieć...- pomyślałem z rozdrażnieniem biorąc ją na ręce. Ułożyła się wygodniej i zarzucając mi ręce na barki przytuliła się do mnie mocno mrucząc coś po francusku. Trzęsła się. Spojrzałem pytająco na Rafaela.
-Majaczy... Musimy ją stąd zwinąć, zanim nauczyciele się skapują; że coś jest nie... A to co, u cholery...?- Zamarł w bezruchu wpatrując się ze zdumieniem w niewysoką osóbkę idącą korytarzem. Jak każdy nosiła czarny mundurek szkolny, a ciemnoczerwony krawat puściła luźno na szyi. Na stopach miała buty na platformie; a bardzo długie czerwone włosy ułożone były w dziwną fryzurę- jakby szukała czegoś pod łóżkiem; albo całkiem rozmyślnie wsadziła gwóźdź do kontaktu. Jej podkreślone ciemnym makijażem oczy o czekoladowych tęczówkach przybrały zdziwiony wyraz, a ozdobiona kolczykiem brew powędrowała lekko w górę. Rafael spojrzał na mnie; a ja na niego. Chyba obaj byliśmy zdziwieni.
Podeszła do mnie i pieszczotliwym gestem pogłaskała Callisto.
Skądś kojarzyłem tę twarzyczkę; więc próbowałem sobie przypomnieć gdzie i kiedy to było.
-Co tak ci się gały świecą: prąd cię kopnął?- Spytała wesoło.
-Ty jesteś z tego zespołu...- Powiedziałem ze zdziwieniem na wydechu.
***********************
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Budynek stowarzyszenia łowców; godzinę później.
-Spójrz na mnie... Rybka..- Głos Marco odegnał kolejne senne majaki. Powoli uniosłam powieki i popatrzyłam na mojego kuzyna.
-Co jej jest?- Dopytywał się Michael; troskliwie trzymając mnie za rękę.
-To nic poważnego- odpowiedział mój kuzyn, zajmując się mną.- Tylko chwilowe osłabienie- Michael spojrzał nań z powątpiewaniem, ale powstrzymał się od komentarza.
-Jest coś, o czym nie wiem?- Zapytał Holy przyglądając mi się uważnie.
Michael spojrzał na mnie, a ja na niego.
-Co masz na myśli; Marco?- Spytałam ostrożnie, słabym głosem.
Turkusowe oczy Marco spoglądały na bloczek w swojej dłoni.
-Poznałem po wynikach krwi- Zauważył wolno.- Poza tym masz ostatnio wręcz wilczy apetyt; nie mówiąc już o tym, że odrobinę przytyłaś..- Marco powiedział to dyplomatycznie; bo wiedział, że mam fioła na punkcie swojej wagi.
-Aha.. Odrobinę przytyłam...- spojrzałam nań krzywo, cedząc słowa przez zęby.
-Starałem się cię nie urazić, Callisto..- powiedział powoli; chcąc mnie udobruchać.
Sytuacja stała się cholernie niezręczna...
-Nic nie ukrywam- Skłamałam po dłuższej chwili wzruszając ramionami.
-Więc wyniki badań są jakąś anomalią?- Zapytał odkładając moją kartę na biurko. Udając zaciekawienie świdrował mnie wzrokiem.
-Może to jakaś choroba tropikalna, czy coś...- rzuciłam z kpiną.
-Paryż nie leży w tropikach- zauważył podejrzliwie Marco Holy.- Ty coś mi tu kręcisz; Rybka...
-Ja tam się na chorobach nie znam.. W końcu to ty jesteś lekarzem- odpowiedziałam obojętnie patrząc nań spod oka, narzuciłam na ramiona białą koszulę i zaczęłam zapinać guziki. Michael milczał. Chyba nie miał zbytniej ochoty, by uczestniczyć w tej dziwacznej rozmowie.
-Przy mnie nic jej się nie stanie; Holy- oznajmił cicho.
Marco westchnął ciężko; ale odpuścił.
-Może jestem tylko przewrażliwiony- mruknął, nerwowo poprawiając stojące w szafce buteleczki.
Michael wychodząc rzucił nań spojrzenie przez ramię.
-Co w niego wstąpiło?- Mruknął zaskoczony.
-Nie wiem...- westchnęłam przerzucając żakiet przez ramię.
-Mimo to trzeba trochę powęszyć..- Znów poczułam rozchodzące się w moim ciele spiralne uderzenia Mocy i kilka "stuknięć".- I ty; Brutusie przeciwko mnie..?- Syknęłam z bólu i zachwiałam się.
Ktoś zdążył mnie podtrzymać zanim upadłam.
-Wszystko w porządku, Raven?- Usłyszałam z boku niski głos, spojrzałam w dwukolororowe tęczówki.- Usiądź...- Posadził mnie szybko na ławce.
Rafael rozejrzał się. Jego oczy błysnęły złowieszczym karmazynem; w tej samej chwili od zakrętu przybiega Michael. -Co jej jest?- Zapytał ostro zielonooki. Spod uchylonych powiek dostrzegłam jego nieufność wobec Rafaela.
-Jest bardzo słaba..- poczułam jego lodowatą dłoń; którą przesunął po mojej twarzy.- Boże... Ona ma gorączkę..
-Przecież jest zimna- odparł zaskoczony Michael. Odpłynęłam...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Wampiry inaczej przechodzą choroby- odparł z naciskiem nieco wyższy ode mnie chłopak.
Hm, dobrze wiedzieć...- pomyślałem z rozdrażnieniem biorąc ją na ręce. Ułożyła się wygodniej i zarzucając mi ręce na barki przytuliła się do mnie mocno mrucząc coś po francusku. Trzęsła się. Spojrzałem pytająco na Rafaela.
-Majaczy... Musimy ją stąd zwinąć, zanim nauczyciele się skapują; że coś jest nie... A to co, u cholery...?- Zamarł w bezruchu wpatrując się ze zdumieniem w niewysoką osóbkę idącą korytarzem. Jak każdy nosiła czarny mundurek szkolny, a ciemnoczerwony krawat puściła luźno na szyi. Na stopach miała buty na platformie; a bardzo długie czerwone włosy ułożone były w dziwną fryzurę- jakby szukała czegoś pod łóżkiem; albo całkiem rozmyślnie wsadziła gwóźdź do kontaktu. Jej podkreślone ciemnym makijażem oczy o czekoladowych tęczówkach przybrały zdziwiony wyraz, a ozdobiona kolczykiem brew powędrowała lekko w górę. Rafael spojrzał na mnie; a ja na niego. Chyba obaj byliśmy zdziwieni.
Podeszła do mnie i pieszczotliwym gestem pogłaskała Callisto.
Skądś kojarzyłem tę twarzyczkę; więc próbowałem sobie przypomnieć gdzie i kiedy to było.
-Co tak ci się gały świecą: prąd cię kopnął?- Spytała wesoło.
-Ty jesteś z tego zespołu...- Powiedziałem ze zdziwieniem na wydechu.
***********************
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Budynek stowarzyszenia łowców; godzinę później.
-Spójrz na mnie... Rybka..- Głos Marco odegnał kolejne senne majaki. Powoli uniosłam powieki i popatrzyłam na mojego kuzyna.
-Co jej jest?- Dopytywał się Michael; troskliwie trzymając mnie za rękę.
-To nic poważnego- odpowiedział mój kuzyn, zajmując się mną.- Tylko chwilowe osłabienie- Michael spojrzał nań z powątpiewaniem, ale powstrzymał się od komentarza.
-Jest coś, o czym nie wiem?- Zapytał Holy przyglądając mi się uważnie.
Michael spojrzał na mnie, a ja na niego.
-Co masz na myśli; Marco?- Spytałam ostrożnie, słabym głosem.
Turkusowe oczy Marco spoglądały na bloczek w swojej dłoni.
-Poznałem po wynikach krwi- Zauważył wolno.- Poza tym masz ostatnio wręcz wilczy apetyt; nie mówiąc już o tym, że odrobinę przytyłaś..- Marco powiedział to dyplomatycznie; bo wiedział, że mam fioła na punkcie swojej wagi.
-Aha.. Odrobinę przytyłam...- spojrzałam nań krzywo, cedząc słowa przez zęby.
-Starałem się cię nie urazić, Callisto..- powiedział powoli; chcąc mnie udobruchać.
Sytuacja stała się cholernie niezręczna...
-Nic nie ukrywam- Skłamałam po dłuższej chwili wzruszając ramionami.
-Więc wyniki badań są jakąś anomalią?- Zapytał odkładając moją kartę na biurko. Udając zaciekawienie świdrował mnie wzrokiem.
-Może to jakaś choroba tropikalna, czy coś...- rzuciłam z kpiną.
-Paryż nie leży w tropikach- zauważył podejrzliwie Marco Holy.- Ty coś mi tu kręcisz; Rybka...
-Ja tam się na chorobach nie znam.. W końcu to ty jesteś lekarzem- odpowiedziałam obojętnie patrząc nań spod oka, narzuciłam na ramiona białą koszulę i zaczęłam zapinać guziki. Michael milczał. Chyba nie miał zbytniej ochoty, by uczestniczyć w tej dziwacznej rozmowie.
-Przy mnie nic jej się nie stanie; Holy- oznajmił cicho.
Marco westchnął ciężko; ale odpuścił.
-Może jestem tylko przewrażliwiony- mruknął, nerwowo poprawiając stojące w szafce buteleczki.
Michael wychodząc rzucił nań spojrzenie przez ramię.
-Co w niego wstąpiło?- Mruknął zaskoczony.
-Nie wiem...- westchnęłam przerzucając żakiet przez ramię.
××××××××××××××××××××××××
-Jebie śnieg; jebie śnieg... Wszędzie zaspy są... Nie ma chęci iść do szkoły; bo jest hujowo- Zanuciłam z niechęcią, zapinając kozaczki.- Jebie śnieg; jebie śnieg... Śniegu aż po okna... Zanim wejdę w szkolny próg będę cała mokra.
-Kiepski humor, co?- Spytał z troską Michael.
-Nawet nie skomentuję... Znowu haftowałam pół nocy..- jęknęłam zniecierpliwiona, padając spowrotem na łóżko wbiłam wzrok w sufit i odetchnęłam głęboko.- Niech ten mini potworek da mi wreszcie żyć...- burknęłam ze złością.
-Ten "mini potworek" będzie później twoim centrum wszechświata; zobaczysz- zapewnił, starając się poprawić mi nastrój musnął ustami wyglądającą lekko zza kołnierza koszuli pieczęć na mojej szyi.
-Pewnie tak...- szepnęłam, gdy pociągnął mnie w górę, przytuliłam się do niego dając mu całusa.
-Kiepski humor, co?- Spytał z troską Michael.
-Nawet nie skomentuję... Znowu haftowałam pół nocy..- jęknęłam zniecierpliwiona, padając spowrotem na łóżko wbiłam wzrok w sufit i odetchnęłam głęboko.- Niech ten mini potworek da mi wreszcie żyć...- burknęłam ze złością.
-Ten "mini potworek" będzie później twoim centrum wszechświata; zobaczysz- zapewnił, starając się poprawić mi nastrój musnął ustami wyglądającą lekko zza kołnierza koszuli pieczęć na mojej szyi.
-Pewnie tak...- szepnęłam, gdy pociągnął mnie w górę, przytuliłam się do niego dając mu całusa.
-Smacznego; panno Raven- Rzuciła wrednie nauczycielka sztuki, pani Lee, a grupa utkwiła we mnie pełne wyrzutu spojrzenia.
-Przecież nie jem, pani profesor..- obruszyłam się chowając pod ławką paczkę misiowych żelków. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że kłamię i zanim zabrzmi dzwonek paczka słodkości tajemniczo zniknie.
W tej samej chwili rozdzwoniła się czyjaś komórka. Ostre gitarowe brzmienie wypełniło klasę, a ja myślałam; że Lee zaraz dostanie ataku apopleksji.
-Przepraszam; zapomniałam wyciszyć- rzuciła czerwonowłosa i szybko odrzuciła połączenie; po czym ukryła telefon w kieszeni żakietu mundurka.
-To, że jesteś sławna, wcale nie oznacza, że będziesz traktowana pobłażliwie, młoda damo- oznajmiła chłodno Lee.
-Naprawdę panią przepraszam..
-Przecież nie jem, pani profesor..- obruszyłam się chowając pod ławką paczkę misiowych żelków. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że kłamię i zanim zabrzmi dzwonek paczka słodkości tajemniczo zniknie.
W tej samej chwili rozdzwoniła się czyjaś komórka. Ostre gitarowe brzmienie wypełniło klasę, a ja myślałam; że Lee zaraz dostanie ataku apopleksji.
-Przepraszam; zapomniałam wyciszyć- rzuciła czerwonowłosa i szybko odrzuciła połączenie; po czym ukryła telefon w kieszeni żakietu mundurka.
-To, że jesteś sławna, wcale nie oznacza, że będziesz traktowana pobłażliwie, młoda damo- oznajmiła chłodno Lee.
-Naprawdę panią przepraszam..
-Nowa, uważaj!.- Ostrzegłam odpychając ją z pola rażenia automatu z puszkami. Szybko pochwyciłam wylatujące z niego trzy gratisowe puszki.
-Dzięki..- odetchnęła z ulgą.- Co z tą maszyną jest nie halo..?
Michael dołączył i stuknął lekko otwartą dłonią w maszynę. Po chwili złapał frunącą kolorową puszkę. Czerwonowłosa gapiła się nań zaskoczona z uniesionymi brwiami. Zaciekawił ją napis na boku automatu wykonany sprayem przez jednego z licealistów.
-PALIWO?- Odczytała ze zdziwieniem.
-Puszka aluminiowa lata i wali obuchem- wyjaśnił ze śmiechem Michael.
-Ta szkoła jest pełna dziwnych niespodzianek- zauważyła spoglądając krytycznie na automat.- O, nie...- jęknęła dostrzegając tłum rozwrzeszczanych fanów, ukryła się szybko za mną.
Tłum rozglądając się pobiegł schodami. W szumie rozmów słyszało się: gdzie ONA zniknęła(?); jak nie zdobędę autografu to się zajebię, inne tym podobne stwierdzenia i pytania.
-Poszli...?- Zapytała z wahaniem wyglądając zza mnie nieśmiało.
-Poszli- przytaknęłam.
-Całe szczęście...- westchnęła przeczesując szkarłatne włosy.
-Dzięki..- odetchnęła z ulgą.- Co z tą maszyną jest nie halo..?
Michael dołączył i stuknął lekko otwartą dłonią w maszynę. Po chwili złapał frunącą kolorową puszkę. Czerwonowłosa gapiła się nań zaskoczona z uniesionymi brwiami. Zaciekawił ją napis na boku automatu wykonany sprayem przez jednego z licealistów.
-PALIWO?- Odczytała ze zdziwieniem.
-Puszka aluminiowa lata i wali obuchem- wyjaśnił ze śmiechem Michael.
-Ta szkoła jest pełna dziwnych niespodzianek- zauważyła spoglądając krytycznie na automat.- O, nie...- jęknęła dostrzegając tłum rozwrzeszczanych fanów, ukryła się szybko za mną.
Tłum rozglądając się pobiegł schodami. W szumie rozmów słyszało się: gdzie ONA zniknęła(?); jak nie zdobędę autografu to się zajebię, inne tym podobne stwierdzenia i pytania.
-Poszli...?- Zapytała z wahaniem wyglądając zza mnie nieśmiało.
-Poszli- przytaknęłam.
-Całe szczęście...- westchnęła przeczesując szkarłatne włosy.
Przerwa na lunch; stołówka szkolna.
-Nie chce mi się... Nauka jest do chrzanu..- Jęknął Paul popijając sok pomarańczowy.
-Raven; znowu będziesz wpierniczać śledzie?- Spytał zaciekawiony Rodriguez.
-Rany... Odczep się już od tych śledzi, człowieku..- rzuciłam niecierpliwie kładąc swoją tacę na blacie.
-Nie mów, że to zjesz..- zaczął Paul, obracał na nadgarstku ametystową bransoletkę od Wayland.
-Zapewniam cię; że jeszcze będzie głodna- zarechotał Michael.
-Dzięki, że w niedalekiej przyszłości widzisz mnie jako Kruka nielota- odparłam z sarkazmem.
-Ja tylko stwierdzam fakt- Michael uśmiechnął się lekko.
-Chciałabym mieć taki luz; jak wy...- Powiedziała z rozmarzeniem czerwonowłosa, gryząc ciastko zbożowe zapatrzyła się na zimową scenerię za oknem.
-I to mówi sławna gitarzystka- Stwierdził Paul z westchnieniem.
Niewysoka spojrzała nań niechętnie.
-Co mi po sławie; skoro nie mam czasu się nawet wyspać?- Zapytała z goryczą.- Gdybym mogła chociaż na kilka dni być zwyczajna...
-Tanner... Nawet o tym nie myśl- zaczęłam widząc, że spogląda to na mnie; to na nią z zamyślonym wyrazem twarzy.
-Co ci szkodzi; Kruk?- Spytał unosząc brwi.
-Skapują się, że jestem o połowę wyższa i...
-Grubsza- Vincent wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu Rzuciłam w niego jabłkiem z wściekłą miną.
-Jesteś niedelikatny- zauważył Paul w stronę śniadego dryblasa.
-Jak słoń w składzie porcelany; poza tym w życiu nie przefarbuję włosów.
-Nie chcę sprawiać nikomu kłopotów..- powiedziała nieśmiało.
-Nasza ekipa załatwi każdy, nawet niemożliwy problem- zarechotał Paul.
-Jesteś tu tylko na doczepkę; Tanner- rzucił złośliwie Michael dając brązowookiemu mocnego szturchańca, a Vincent przewrócił oczami.
-Uważaj sobie; Tyler- odciął się Paul z humorem.
W tym momencie ktoś na cały głos rzucił:
-Kolubryna, Modliszka cię szuka!
-Mogę go zabić? Działa mi na nerwy..- Jęknęłam z irytacją patrząc spode łba na Fox'a.- Na nieskończoną cierpliwość Anioła: czego ona znowu chce ode mnie...?- Jęknęłam znudzonym tonem przeciągając się, wstałam z krzesła.- Do zobaczenia na chemii; bo coś czuję, że Modliszka trochę mnie u siebie przytrzyma...- rzuciłam; odchodząc pocałowałam zielonookiego.
-Dobrze, że już jesteś; Raven- oznajmiła Amanda Collins spoglądając na mnie znad okularów wskazując mi miejsce naprzeciw siebie.
-O co chodzi; pani profesor?- Zapytałam spokojnie; siadając spojrzałam jej w oczy.
-Zauważyłam, że teraz czynnie uczestniczysz w życiu szkoły; Raven- Zauważyła uprzejmie.
-Po prostu ostatnio mam wprost niewyczerpane pokłady energii i w ogóle; pani profesor- odparłam spokojnie.
-Właściwie chciałabym cię o coś poprosić..- stwierdziła nagle zamyślona wychowawczyni.
-To znaczy?- Spytałam powoli.
Amanda Collins zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem.
-Jak wiesz w klasie jest nowa uczennica.
-Diana Gold; pseudo Seiren; gitarzystka Suriel's Grave. Wywiad uczniowski działa szybciej, niż gazetka szkolna- odparłam wzruszając ramionami.- Co, w związku z tym? Mam być jej niańką? Chronić przed narwanymi fanami? Czy ki diabeł...?
-Powstrzymaj się od sarkazmu; Raven- zganiła mnie niechętnie.- Chciałabym, żeby ta nowa dobrze się czuła w tej szkole- zauważyła.
-To się da zrobić- odpowiedziałam uprzejmie.- Zresztą tutaj nie trudno o dobrą rozrywkę.
Nauczycielka spojrzała na mnie nieco zaskoczona.
-Skoro tak... Spisz się- rzuciła lekko się uśmiechając.
-Postaram się nie zepsuć reputacji tej szkole- Zabrzmiał dzwonek.- Muszę lecieć; pani profesor.. Edukacja wzywa- rzuciłam wymownie i biorąc torbę zniknęłam za drzwiami.
-Nie chce mi się... Nauka jest do chrzanu..- Jęknął Paul popijając sok pomarańczowy.
-Raven; znowu będziesz wpierniczać śledzie?- Spytał zaciekawiony Rodriguez.
-Rany... Odczep się już od tych śledzi, człowieku..- rzuciłam niecierpliwie kładąc swoją tacę na blacie.
-Nie mów, że to zjesz..- zaczął Paul, obracał na nadgarstku ametystową bransoletkę od Wayland.
-Zapewniam cię; że jeszcze będzie głodna- zarechotał Michael.
-Dzięki, że w niedalekiej przyszłości widzisz mnie jako Kruka nielota- odparłam z sarkazmem.
-Ja tylko stwierdzam fakt- Michael uśmiechnął się lekko.
-Chciałabym mieć taki luz; jak wy...- Powiedziała z rozmarzeniem czerwonowłosa, gryząc ciastko zbożowe zapatrzyła się na zimową scenerię za oknem.
-I to mówi sławna gitarzystka- Stwierdził Paul z westchnieniem.
Niewysoka spojrzała nań niechętnie.
-Co mi po sławie; skoro nie mam czasu się nawet wyspać?- Zapytała z goryczą.- Gdybym mogła chociaż na kilka dni być zwyczajna...
-Tanner... Nawet o tym nie myśl- zaczęłam widząc, że spogląda to na mnie; to na nią z zamyślonym wyrazem twarzy.
-Co ci szkodzi; Kruk?- Spytał unosząc brwi.
-Skapują się, że jestem o połowę wyższa i...
-Grubsza- Vincent wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu Rzuciłam w niego jabłkiem z wściekłą miną.
-Jesteś niedelikatny- zauważył Paul w stronę śniadego dryblasa.
-Jak słoń w składzie porcelany; poza tym w życiu nie przefarbuję włosów.
-Nie chcę sprawiać nikomu kłopotów..- powiedziała nieśmiało.
-Nasza ekipa załatwi każdy, nawet niemożliwy problem- zarechotał Paul.
-Jesteś tu tylko na doczepkę; Tanner- rzucił złośliwie Michael dając brązowookiemu mocnego szturchańca, a Vincent przewrócił oczami.
-Uważaj sobie; Tyler- odciął się Paul z humorem.
W tym momencie ktoś na cały głos rzucił:
-Kolubryna, Modliszka cię szuka!
-Mogę go zabić? Działa mi na nerwy..- Jęknęłam z irytacją patrząc spode łba na Fox'a.- Na nieskończoną cierpliwość Anioła: czego ona znowu chce ode mnie...?- Jęknęłam znudzonym tonem przeciągając się, wstałam z krzesła.- Do zobaczenia na chemii; bo coś czuję, że Modliszka trochę mnie u siebie przytrzyma...- rzuciłam; odchodząc pocałowałam zielonookiego.
-Dobrze, że już jesteś; Raven- oznajmiła Amanda Collins spoglądając na mnie znad okularów wskazując mi miejsce naprzeciw siebie.
-O co chodzi; pani profesor?- Zapytałam spokojnie; siadając spojrzałam jej w oczy.
-Zauważyłam, że teraz czynnie uczestniczysz w życiu szkoły; Raven- Zauważyła uprzejmie.
-Po prostu ostatnio mam wprost niewyczerpane pokłady energii i w ogóle; pani profesor- odparłam spokojnie.
-Właściwie chciałabym cię o coś poprosić..- stwierdziła nagle zamyślona wychowawczyni.
-To znaczy?- Spytałam powoli.
Amanda Collins zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem.
-Jak wiesz w klasie jest nowa uczennica.
-Diana Gold; pseudo Seiren; gitarzystka Suriel's Grave. Wywiad uczniowski działa szybciej, niż gazetka szkolna- odparłam wzruszając ramionami.- Co, w związku z tym? Mam być jej niańką? Chronić przed narwanymi fanami? Czy ki diabeł...?
-Powstrzymaj się od sarkazmu; Raven- zganiła mnie niechętnie.- Chciałabym, żeby ta nowa dobrze się czuła w tej szkole- zauważyła.
-To się da zrobić- odpowiedziałam uprzejmie.- Zresztą tutaj nie trudno o dobrą rozrywkę.
Nauczycielka spojrzała na mnie nieco zaskoczona.
-Skoro tak... Spisz się- rzuciła lekko się uśmiechając.
-Postaram się nie zepsuć reputacji tej szkole- Zabrzmiał dzwonek.- Muszę lecieć; pani profesor.. Edukacja wzywa- rzuciłam wymownie i biorąc torbę zniknęłam za drzwiami.
-Raven; powód pani spóźnienia?- Rzucił Grey.
-Pogadanka z profesor Collins nieco się przeciągnęła- odparłam uprzejmie.
-W porządku, siadaj- odpowiedział krótko.
Zajęłam miejsce obok Michaela przy swoim stanowisku doświadczeń; a Grey zaczął omawianie kolejnego tematu.
-Jak brzmi główna zasada chemika; ktoś pamięta?- Zapytał Grey.
-Pamiętaj chemiku młody, wlewaj zawsze..- zaczęła Julie.
-Spryt do wody- rzucił z ironią Fox.
-Alkohole skończyliśmy tydzień temu, panie Fox- zganił Nicholas Grey.- Kwas do wody. Kwas; chłopcze. Jakie znacie kwasy w użytku domowym?
Przez chwilę na twarzach całej klasy wyraz "śniętych ryb".
-Ocet- rzuciła nowa uczennica.
-Owszem; kwas octowy dziesięcioprocentowy. Co jeszcze?- Rzucił Grey z aprobatą.
-Akumulator- powiedział z grubej rury Paul; a cała klasa buchnęła śmiechem.
-Kwas solny, świetnie.
-Kwas acetylosalicylowy- dodała na wydechu czerwonowłosa.
Wszyscy wbili w nią zdziwione spojrzenia.
-Gdzie jest spotykany?- Spytał Nieogarnięty.
Wszyscy spoglądali po sobie pytająco.
-Tabletki przeciwbólowe- odezwała się czerwonowłosa.
-Co wam się kojarzy z zakwasami?- zapytał z ironią Grey.
-Lekcja wuefu- rzuciło wesoło kilku chłopaków.
Grey miał minę, jakby miał zaraz powiedzieć: "uczę kompletnych kretynów".
-Kwas mlekowy. Organizm wytwarza go, kiedy się przeciążymy.
-Panna Gold ratuje honor klasy. Godne pożałowania; żeby nowa uczennica ratowała waszą inteligencję- zakpił.
-Jesteśmy w końcu najlepszą grupą- rzucił dumnie Brandt.
-Do gnębienia- dodała Sheila Sand; a chemik z trudem zachował kamienną twarz, mówiąc:
-Trzeba was czegoś nauczyć, zanim stąd wyfruniecie.. Może kiedyś będziesz dobrze wspominać starego chemika- rzucił lekko.
Sheila uśmiechnęła się z rozmarzeniem.
-Być może pomyślę o panu za jakieś dwadzieścia lat- odpowiedziała z rozmarzeniem, a cała grupa się roześmiała.
***
Dziś postanowiliśmy się przejść. Idąc ze szkoły skróciliśmy sobie drogę przez park i wyszliśmy przy farze; gdy pod blokiem usłyszeliśmy kłótnię.
-Czy ja ci już kiedyś nie mówiłam, żebyś nie wpieprzał się z butami w moje życie; Max?- Zapytała ostro czerwonowłosa zwracając się do wysokiego blondyna.
-Nie chodzi mi o wpieprzanie się w cokolwiek, tylko o twoje bezpieczeństwo..- odparował Max, opierając się o ścianę budynku.- Czemu się tak upierasz; żeby tu zostać?
-A czemu ty się upierasz, żeby nadal grać? Wszystko jest dla ciebie proste: ale dla innych niekoniecznie. Dla mnie też nie: ta dziunia kompletnie mi się nie podoba- kopnęła ze złością w kosz przy ławce i zaklęła.
-Och, nie bądź; jak dziecko.. To nie moja wina; że wszystko się popierdoliło. Po ostatnim nagraniu Simon wsiąkł bez śladu i...
-I dziwnym zbiegiem okoliczności znalazła się ta... Ta raszpla.- Powiedziała pogardliwie.- I się zaczęło..
-Niby co się zaczęło?- Przerwał jej z rozdrażnieniem.
-Nie ciekawi cię; jakim cudem po każdym naszym koncercie ktoś tajemniczo znika?- Zapytała z niepokojem.
-Nie mów, że zaczynasz wierzyć w bzdury; które wygadują te telewizyjne kurwiszony- odparł ironicznie.
-Nie wiem już, w co mam wierzyć...- westchnęła ciężko siadając na ławce.- Po prostu.. Nie wiem czemu, ale jakoś... Jakoś nie podoba mi się to wszystko...
-A może jesteś zazdrosna; hm?- Spytał lekko.
-Przecież wiesz, że ci ufam- odpowiedziała cicho nie patrząc nań.- Po prostu denerwuje mnie to, że nic o niej nie wiem.. Zresztą sam wiesz; że lubiłam Simona- wzruszyła ramionami, z ponurą miną upiła łyk czerwonego napoju. Z otwartego okna na poddaszu dało się słyszeć dźwięki gitary elektrycznej.
-Matt, budź Toma! Idziemy się trochę rozerwać!- Blondyn rzucił kamykiem w okno na poddaszu wołając.
-Jezu, człowieku...- Jęknął jakiś chłopak wychylając się z tego okna.- Ale ziąb.. Brr! Zaraz zejdziemy!
-Pogadanka z profesor Collins nieco się przeciągnęła- odparłam uprzejmie.
-W porządku, siadaj- odpowiedział krótko.
Zajęłam miejsce obok Michaela przy swoim stanowisku doświadczeń; a Grey zaczął omawianie kolejnego tematu.
-Jak brzmi główna zasada chemika; ktoś pamięta?- Zapytał Grey.
-Pamiętaj chemiku młody, wlewaj zawsze..- zaczęła Julie.
-Spryt do wody- rzucił z ironią Fox.
-Alkohole skończyliśmy tydzień temu, panie Fox- zganił Nicholas Grey.- Kwas do wody. Kwas; chłopcze. Jakie znacie kwasy w użytku domowym?
Przez chwilę na twarzach całej klasy wyraz "śniętych ryb".
-Ocet- rzuciła nowa uczennica.
-Owszem; kwas octowy dziesięcioprocentowy. Co jeszcze?- Rzucił Grey z aprobatą.
-Akumulator- powiedział z grubej rury Paul; a cała klasa buchnęła śmiechem.
-Kwas solny, świetnie.
-Kwas acetylosalicylowy- dodała na wydechu czerwonowłosa.
Wszyscy wbili w nią zdziwione spojrzenia.
-Gdzie jest spotykany?- Spytał Nieogarnięty.
Wszyscy spoglądali po sobie pytająco.
-Tabletki przeciwbólowe- odezwała się czerwonowłosa.
-Co wam się kojarzy z zakwasami?- zapytał z ironią Grey.
-Lekcja wuefu- rzuciło wesoło kilku chłopaków.
Grey miał minę, jakby miał zaraz powiedzieć: "uczę kompletnych kretynów".
-Kwas mlekowy. Organizm wytwarza go, kiedy się przeciążymy.
-Panna Gold ratuje honor klasy. Godne pożałowania; żeby nowa uczennica ratowała waszą inteligencję- zakpił.
-Jesteśmy w końcu najlepszą grupą- rzucił dumnie Brandt.
-Do gnębienia- dodała Sheila Sand; a chemik z trudem zachował kamienną twarz, mówiąc:
-Trzeba was czegoś nauczyć, zanim stąd wyfruniecie.. Może kiedyś będziesz dobrze wspominać starego chemika- rzucił lekko.
Sheila uśmiechnęła się z rozmarzeniem.
-Być może pomyślę o panu za jakieś dwadzieścia lat- odpowiedziała z rozmarzeniem, a cała grupa się roześmiała.
***
Dziś postanowiliśmy się przejść. Idąc ze szkoły skróciliśmy sobie drogę przez park i wyszliśmy przy farze; gdy pod blokiem usłyszeliśmy kłótnię.
-Czy ja ci już kiedyś nie mówiłam, żebyś nie wpieprzał się z butami w moje życie; Max?- Zapytała ostro czerwonowłosa zwracając się do wysokiego blondyna.
-Nie chodzi mi o wpieprzanie się w cokolwiek, tylko o twoje bezpieczeństwo..- odparował Max, opierając się o ścianę budynku.- Czemu się tak upierasz; żeby tu zostać?
-A czemu ty się upierasz, żeby nadal grać? Wszystko jest dla ciebie proste: ale dla innych niekoniecznie. Dla mnie też nie: ta dziunia kompletnie mi się nie podoba- kopnęła ze złością w kosz przy ławce i zaklęła.
-Och, nie bądź; jak dziecko.. To nie moja wina; że wszystko się popierdoliło. Po ostatnim nagraniu Simon wsiąkł bez śladu i...
-I dziwnym zbiegiem okoliczności znalazła się ta... Ta raszpla.- Powiedziała pogardliwie.- I się zaczęło..
-Niby co się zaczęło?- Przerwał jej z rozdrażnieniem.
-Nie ciekawi cię; jakim cudem po każdym naszym koncercie ktoś tajemniczo znika?- Zapytała z niepokojem.
-Nie mów, że zaczynasz wierzyć w bzdury; które wygadują te telewizyjne kurwiszony- odparł ironicznie.
-Nie wiem już, w co mam wierzyć...- westchnęła ciężko siadając na ławce.- Po prostu.. Nie wiem czemu, ale jakoś... Jakoś nie podoba mi się to wszystko...
-A może jesteś zazdrosna; hm?- Spytał lekko.
-Przecież wiesz, że ci ufam- odpowiedziała cicho nie patrząc nań.- Po prostu denerwuje mnie to, że nic o niej nie wiem.. Zresztą sam wiesz; że lubiłam Simona- wzruszyła ramionami, z ponurą miną upiła łyk czerwonego napoju. Z otwartego okna na poddaszu dało się słyszeć dźwięki gitary elektrycznej.
-Matt, budź Toma! Idziemy się trochę rozerwać!- Blondyn rzucił kamykiem w okno na poddaszu wołając.
-Jezu, człowieku...- Jęknął jakiś chłopak wychylając się z tego okna.- Ale ziąb.. Brr! Zaraz zejdziemy!
-Nawet ona coś podejrzewa- zauważył Michael.
-Trzeba się temu przyjrzeć. Może rzeczywiście coś się święci- odpowiedziałam z namysłem.
-To świetnie, bo już mam bilety- rzucił ze śmiechem.
-Ciekawe skądś je wytrzasnął skoro podobno wszystkie rozeszły się w kwadrans od całego info o koncercie- rzuciłam patrząc nań z powątpiewaniem.
Zielone oczy błysnęły.
-Jestem po prostu zdolny- odparł z moim ulubionym seksownym półuśmiechem, całując mnie lekko.
-I mój- odpowiedziałam pieszczotliwie odwzajemniając całusa.
-Trzeba się temu przyjrzeć. Może rzeczywiście coś się święci- odpowiedziałam z namysłem.
-To świetnie, bo już mam bilety- rzucił ze śmiechem.
-Ciekawe skądś je wytrzasnął skoro podobno wszystkie rozeszły się w kwadrans od całego info o koncercie- rzuciłam patrząc nań z powątpiewaniem.
Zielone oczy błysnęły.
-Jestem po prostu zdolny- odparł z moim ulubionym seksownym półuśmiechem, całując mnie lekko.
-I mój- odpowiedziałam pieszczotliwie odwzajemniając całusa.
Nazajutrz, trzynasty grudnia, piątek.
-Pechowy dzień- Prychnął Michael idąc korytarzem, nagle usłyszałam huk i jęk bólu, po którym nastąpiła wiązanka głośnych przekleństw z ust zielonookiego.
Zerwałam się szybko z łóżka i wyszedłszy z pokoju ukradkiem wyjrzałam, co się stało.
Michael podniósł się z podłogi i spoglądając niechętnie na schody ruszył do kuchni.
-Pechowy dzień- Prychnął Michael idąc korytarzem, nagle usłyszałam huk i jęk bólu, po którym nastąpiła wiązanka głośnych przekleństw z ust zielonookiego.
Zerwałam się szybko z łóżka i wyszedłszy z pokoju ukradkiem wyjrzałam, co się stało.
Michael podniósł się z podłogi i spoglądając niechętnie na schody ruszył do kuchni.
Godzinę później; budynek liceum..
Wszyscy uciekali przed śniegiem do szkoły. Vincent zdjął płaszcz i szybko go wytrzepał.
-To jakaś masakra jest...- mruknął zdenerwowany.
-Pieprzona zima- usłyszałam z boku głos Malcolma.
-Pada śnieg; pada śnieg, jebią sie bałwanki...-zanuciła obok niego Hannah. Zauważyłam, że miała usztywniony nadgarstek.- Trzynasty. Jeszcze do tego piątek... Wyczuwam pechowe wibracje- burknęła ze złością.
-Pechowe wibracje...? Klasówka z historii- rzucił z ironią Paul.
-Lepiej mnie nie załamuj...- Jęknęłam.- Ja nic, kurwa, nie umiem...
-Lepiej zapytaj, kto się w ogóle kuł na historię- zauważył Vincent z ironią.
-Okej, nie było gadki- odparłam, dalej grzebiąc w szafce.
Michael nie odzywał się. Ukryty za niebieskimi drzwiczkami przekopywał swoją szafkę.
-Tyler, coś ty taki cichy? Zły humor?- Paul jako jedyny poruszył temat.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Po ostatnim nagraniu Simon wsiąkł bez śladu i dziwnym zbiegiem okoliczności pojawiła się ta... Ta raszpla.- usłyszałem kolejny raz głos tej nowej.
Czy owa "raszpla" może mieć z tym wszystkim coś wspólnego? Dlaczego ich poprzedni manager zniknął? Coś wiedział, albo był niewygodnym świadkiem..?- Pojawiły się w mojej głowie pytania.
-Coś mnie zastanawia- zauważyłem powoli.
-Co takiego?- Spytał Vincent ostrożnie.
-Chodzi o "Raszplę"?- Spytała Callisto.
Paul i Vincent wymienili zdziwione spojrzenie.
-Aha- przytaknąłem i już miałem powiedzieć coś jeszcze, gdy usłyszałem za sobą "cześć" z ust czerwonowłosej Diany.
-Cześć- rzuciliśmy równo, zamigałem do reszty, że wrócimy do tematu; kiedy będziemy sami.
Wszyscy uciekali przed śniegiem do szkoły. Vincent zdjął płaszcz i szybko go wytrzepał.
-To jakaś masakra jest...- mruknął zdenerwowany.
-Pieprzona zima- usłyszałam z boku głos Malcolma.
-Pada śnieg; pada śnieg, jebią sie bałwanki...-zanuciła obok niego Hannah. Zauważyłam, że miała usztywniony nadgarstek.- Trzynasty. Jeszcze do tego piątek... Wyczuwam pechowe wibracje- burknęła ze złością.
-Pechowe wibracje...? Klasówka z historii- rzucił z ironią Paul.
-Lepiej mnie nie załamuj...- Jęknęłam.- Ja nic, kurwa, nie umiem...
-Lepiej zapytaj, kto się w ogóle kuł na historię- zauważył Vincent z ironią.
-Okej, nie było gadki- odparłam, dalej grzebiąc w szafce.
Michael nie odzywał się. Ukryty za niebieskimi drzwiczkami przekopywał swoją szafkę.
-Tyler, coś ty taki cichy? Zły humor?- Paul jako jedyny poruszył temat.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Po ostatnim nagraniu Simon wsiąkł bez śladu i dziwnym zbiegiem okoliczności pojawiła się ta... Ta raszpla.- usłyszałem kolejny raz głos tej nowej.
Czy owa "raszpla" może mieć z tym wszystkim coś wspólnego? Dlaczego ich poprzedni manager zniknął? Coś wiedział, albo był niewygodnym świadkiem..?- Pojawiły się w mojej głowie pytania.
-Coś mnie zastanawia- zauważyłem powoli.
-Co takiego?- Spytał Vincent ostrożnie.
-Chodzi o "Raszplę"?- Spytała Callisto.
Paul i Vincent wymienili zdziwione spojrzenie.
-Aha- przytaknąłem i już miałem powiedzieć coś jeszcze, gdy usłyszałem za sobą "cześć" z ust czerwonowłosej Diany.
-Cześć- rzuciliśmy równo, zamigałem do reszty, że wrócimy do tematu; kiedy będziemy sami.
-Zdechł pies- mruknął ponuro Paul widząc na biurku historyka arkusze testowe.
-No; to leżymy..- dodał Vincent grobowo.
-Leżymy to mało powiedziane- oznajmiłam zrezygnowana.- Dziś jest wyjątkowo pechowy dzień..
Przerwa na lunch; stołówka szkolna.
-Czyli mówisz; że obie rzeczy mogą się w jakiś sposób łączyć..- Stwierdziła turkusowooka z namysłem.
-Tak mi się wydaje- odparłem powoli; przegryzłem kolejny kęs pączka i mówiłem dalej- Są dwie sprawy, które mnie ciekawią.
-Mianowicie?- Zapytał Vincent nadal grzebiąc w telefonie. Odpisywał na sms-a.
-Ten cały Simon...
-Co z Simonem?- Drgnąłem słysząc za sobą cichy głos nowej. Byliśmy tak pochłonięci rozmową, że dziewczyna dołączyła do nas niezauważona.
-Co z Simonem?- Powtórzyła widząc naszą wymianę spojrzeń.
Vincent z telefonem w dłoniach nagle podskoczył i zaklął soczyście.
-Co jest...?- Zapytała Callisto.
-Miecio się odezwał. Słuchajcie: W dzielnicy slumsów gadałem z Undertakerem. Powiedział, że podobno Snake widział chłopaka; którego zdjęcie pokazują w telewizji. Nie jesteśmy pewni, ale jest podobny do Simona Noire.- odczytał.
Diana zamilkła. Przestała pytać i wzięła się za jedzenie. Dostrzegłem, że zbladła i zacisnęła na chwilę usta.
-Czekaj... Czy to przypadkiem nie jest jakaś rodzina z... No wiesz..- zacząłem zamyślony.
Callisto jedząc rozmyślała przez chwilę; ze wzrokiem utkwionym w zimę za oknem.
-Noire ma syna, ale jak ten koleś miał na imię....?- Przymknęła na chwilę oczy i upiła łyk soku jagodowego.- Na pierwsze mu było (chyba) Jonathan; jeśli dobrze kojarzę..- odezwała się Cally po chwili ciszy.
-Jonathan Simon Noire- wtrąciła nagle czerwonowłosa.
-Ile on miał lat... Hm..- Callisto była tak zamyślona, że zignorowała nową.
-Dwadzieścia dziewięć- Powiedziała Diana trochę głośniej.
-Co?- Turkusowooka spojrzała całkiem przytomnie na nieco podobną do niej Dianę.
-Skąd znasz Simona?- Zapytała wolno czerwonowłosa przyglądając się nam uważnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Jonathana Simona? Kto by go nie znał?- Zarechotałam z ironią.- Jego ulubiony sposób ubioru: "czarny i luźny, jak przebita dętka rowerowa". Największe zboczenie: miejsce na 'panienki' jest zawsze przy kostkach. Ulubiony sport: "polowanie na sztywną łanię".
-Psychol- skomentował Paul.
-Jak my wszyscy- odpowiedział Michael wzruszając ramionami, czym wzbudził zaciekawienie Diany.
-Co chcesz powiedzieć przez "my"?- Spytała ciekawsko.
Michael przyciągając mnie do siebie przytulił lekko.
-Tajemnica- rzucił patrząc na nią kocim wzrokiem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Końcówka grudnia przywitała miasto chłodem i licznymi śnieżycami.
Suriel's Grave zaplanował swój koncert na piątek, ósmego stycznia, więc mieliśmy sporo czasu, by nie tylko załatwić swoje sprawy, ale i bez udziału Diany powęszyć co do "tajemniczego zniknięcia" jej przyjaciela.
Kawiarnia Margherita, przedostatni dzień grudnia; popołudnie.
Siedzieliśmy przy stoliku i rozmawiając czekaliśmy na Seth'a i Miecia, którzy mieli przyjechać razem z Undertakerem. Tori również miała dla nas kilka wieści.
-Przymknęli Steina na naszym osiedlu- powiedziała niska szatynka na wstępie.- Wpadł na cywilny patrol i znaleźli przy nim towar.
-To zbyt piękne; żeby mogło być prawdziwe..- zauważył powoli Michael.
-A jednak. Co dziwniejsze Stein wyglądał; jakby liczył, że w pudle będzie jakby bezpieczniejszy- stwierdziła Tori z namysłem.- Zupełnie, jakby wolał dać się zamknąć, niż stale oglądać się przez ramię...
-Pewnie znów z kimś zadarł.. Chociaż to bardzo niepodobne do Steina, żeby tak spokojnie iść do paki- Michael zamyślony mieszał słomką w drinku przed sobą. Rozmyślał.
-To jeszcze nie wszystko. Nasz kościelny "Indiana Jones" powrócił.
-Jak to?- Podniosłam głowę znad przeglądarki w telefonie spojrzałam na przyjaciółkę.
-Zwyczajnie. Ta stara jędza Hornett przyniosła wczoraj mamie spódnicę do przerobienia i wszystko wygadała.- Tori rozejrzała się uważnie po zatłoczonej kawiarni.- Podobno...
-Ten szajbus próbował otworzyć grobowiec Corvinusa- dokończył tuż za mną szepczący półgłos.
-Cześć; Undertaker. Co dalej? Udało mu się?- Zapytałam zaciekawiona.
-Nie; biorąc pod uwagę alarm w cmentarnej kaplicy. Jedyne, co zdążył zrobić to lekko odsunąć marmurową płytę. Wtedy ktoś usłyszał alarm i powiadomił policję.- Sebastian oraz Seth i Miecio przysiedli się do nas.
-Ciekawe, kto i po co szuka czegoś istniejącego tylko w legendzie- zauważył Paul.
-Też mnie to zastanawia- potaknęłam.- Poza tym... Macie coś o tym kolesiu od zespołu?- Spytałam chłopaków.
Seth upił łyk coli.
-Widzieliśmy chłopaka odpowiadającego rysopisowi szwendającego się późną nocą w dzielnicy slumsów.
-Raphael niby przypadkiem na niego wpadł. Stwierdził, że to na sześćdziesiąt procent ten sam koleś- dodał szafirowooki Undertaker.
-Hmmm. Pozostaje tylko dorwanie naszej "Raszpli"- Zauważył Michael powoli.
-Taaa, trzeba wymyślić jakiś plan..- powiedział z zastanowieniem Paul.
-Skoro mamy już ochotnika; to twoja działka, Paul- rzuciłam ze śmiechem.
Nie wiedziałam jeszcze; że jego pomysł będzie arcygenialny w swojej prostocie.
----------------------------------
Paul Vince Tanner; lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
Pierwszy dzień nowego roku powitał mnie potężnym kacem i młodszą siostrą śpiąca na mnie.
Sufit jeszcze raz zawirował mi przed oczami, więc przymknąłem je na chwilę.
-Dobra... Żyję- zdjąłem z siebie Amy i ułożywszy ją na poduszce, szczelniej okryłem dziewczynkę kołdrą wstając.
Powoli powlokłem się na dół wziąć coś do picia- suszyło mnie, jak jasna cholera.
-No; to leżymy..- dodał Vincent grobowo.
-Leżymy to mało powiedziane- oznajmiłam zrezygnowana.- Dziś jest wyjątkowo pechowy dzień..
Przerwa na lunch; stołówka szkolna.
-Czyli mówisz; że obie rzeczy mogą się w jakiś sposób łączyć..- Stwierdziła turkusowooka z namysłem.
-Tak mi się wydaje- odparłem powoli; przegryzłem kolejny kęs pączka i mówiłem dalej- Są dwie sprawy, które mnie ciekawią.
-Mianowicie?- Zapytał Vincent nadal grzebiąc w telefonie. Odpisywał na sms-a.
-Ten cały Simon...
-Co z Simonem?- Drgnąłem słysząc za sobą cichy głos nowej. Byliśmy tak pochłonięci rozmową, że dziewczyna dołączyła do nas niezauważona.
-Co z Simonem?- Powtórzyła widząc naszą wymianę spojrzeń.
Vincent z telefonem w dłoniach nagle podskoczył i zaklął soczyście.
-Co jest...?- Zapytała Callisto.
-Miecio się odezwał. Słuchajcie: W dzielnicy slumsów gadałem z Undertakerem. Powiedział, że podobno Snake widział chłopaka; którego zdjęcie pokazują w telewizji. Nie jesteśmy pewni, ale jest podobny do Simona Noire.- odczytał.
Diana zamilkła. Przestała pytać i wzięła się za jedzenie. Dostrzegłem, że zbladła i zacisnęła na chwilę usta.
-Czekaj... Czy to przypadkiem nie jest jakaś rodzina z... No wiesz..- zacząłem zamyślony.
Callisto jedząc rozmyślała przez chwilę; ze wzrokiem utkwionym w zimę za oknem.
-Noire ma syna, ale jak ten koleś miał na imię....?- Przymknęła na chwilę oczy i upiła łyk soku jagodowego.- Na pierwsze mu było (chyba) Jonathan; jeśli dobrze kojarzę..- odezwała się Cally po chwili ciszy.
-Jonathan Simon Noire- wtrąciła nagle czerwonowłosa.
-Ile on miał lat... Hm..- Callisto była tak zamyślona, że zignorowała nową.
-Dwadzieścia dziewięć- Powiedziała Diana trochę głośniej.
-Co?- Turkusowooka spojrzała całkiem przytomnie na nieco podobną do niej Dianę.
-Skąd znasz Simona?- Zapytała wolno czerwonowłosa przyglądając się nam uważnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Jonathana Simona? Kto by go nie znał?- Zarechotałam z ironią.- Jego ulubiony sposób ubioru: "czarny i luźny, jak przebita dętka rowerowa". Największe zboczenie: miejsce na 'panienki' jest zawsze przy kostkach. Ulubiony sport: "polowanie na sztywną łanię".
-Psychol- skomentował Paul.
-Jak my wszyscy- odpowiedział Michael wzruszając ramionami, czym wzbudził zaciekawienie Diany.
-Co chcesz powiedzieć przez "my"?- Spytała ciekawsko.
Michael przyciągając mnie do siebie przytulił lekko.
-Tajemnica- rzucił patrząc na nią kocim wzrokiem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Końcówka grudnia przywitała miasto chłodem i licznymi śnieżycami.
Suriel's Grave zaplanował swój koncert na piątek, ósmego stycznia, więc mieliśmy sporo czasu, by nie tylko załatwić swoje sprawy, ale i bez udziału Diany powęszyć co do "tajemniczego zniknięcia" jej przyjaciela.
Kawiarnia Margherita, przedostatni dzień grudnia; popołudnie.
Siedzieliśmy przy stoliku i rozmawiając czekaliśmy na Seth'a i Miecia, którzy mieli przyjechać razem z Undertakerem. Tori również miała dla nas kilka wieści.
-Przymknęli Steina na naszym osiedlu- powiedziała niska szatynka na wstępie.- Wpadł na cywilny patrol i znaleźli przy nim towar.
-To zbyt piękne; żeby mogło być prawdziwe..- zauważył powoli Michael.
-A jednak. Co dziwniejsze Stein wyglądał; jakby liczył, że w pudle będzie jakby bezpieczniejszy- stwierdziła Tori z namysłem.- Zupełnie, jakby wolał dać się zamknąć, niż stale oglądać się przez ramię...
-Pewnie znów z kimś zadarł.. Chociaż to bardzo niepodobne do Steina, żeby tak spokojnie iść do paki- Michael zamyślony mieszał słomką w drinku przed sobą. Rozmyślał.
-To jeszcze nie wszystko. Nasz kościelny "Indiana Jones" powrócił.
-Jak to?- Podniosłam głowę znad przeglądarki w telefonie spojrzałam na przyjaciółkę.
-Zwyczajnie. Ta stara jędza Hornett przyniosła wczoraj mamie spódnicę do przerobienia i wszystko wygadała.- Tori rozejrzała się uważnie po zatłoczonej kawiarni.- Podobno...
-Ten szajbus próbował otworzyć grobowiec Corvinusa- dokończył tuż za mną szepczący półgłos.
-Cześć; Undertaker. Co dalej? Udało mu się?- Zapytałam zaciekawiona.
-Nie; biorąc pod uwagę alarm w cmentarnej kaplicy. Jedyne, co zdążył zrobić to lekko odsunąć marmurową płytę. Wtedy ktoś usłyszał alarm i powiadomił policję.- Sebastian oraz Seth i Miecio przysiedli się do nas.
-Ciekawe, kto i po co szuka czegoś istniejącego tylko w legendzie- zauważył Paul.
-Też mnie to zastanawia- potaknęłam.- Poza tym... Macie coś o tym kolesiu od zespołu?- Spytałam chłopaków.
Seth upił łyk coli.
-Widzieliśmy chłopaka odpowiadającego rysopisowi szwendającego się późną nocą w dzielnicy slumsów.
-Raphael niby przypadkiem na niego wpadł. Stwierdził, że to na sześćdziesiąt procent ten sam koleś- dodał szafirowooki Undertaker.
-Hmmm. Pozostaje tylko dorwanie naszej "Raszpli"- Zauważył Michael powoli.
-Taaa, trzeba wymyślić jakiś plan..- powiedział z zastanowieniem Paul.
-Skoro mamy już ochotnika; to twoja działka, Paul- rzuciłam ze śmiechem.
Nie wiedziałam jeszcze; że jego pomysł będzie arcygenialny w swojej prostocie.
----------------------------------
Paul Vince Tanner; lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
Pierwszy dzień nowego roku powitał mnie potężnym kacem i młodszą siostrą śpiąca na mnie.
Sufit jeszcze raz zawirował mi przed oczami, więc przymknąłem je na chwilę.
-Dobra... Żyję- zdjąłem z siebie Amy i ułożywszy ją na poduszce, szczelniej okryłem dziewczynkę kołdrą wstając.
Powoli powlokłem się na dół wziąć coś do picia- suszyło mnie, jak jasna cholera.
Szukałem w lodówce jakiegoś soku; gdy usłyszałem niepokojący pisk z ust Amy. Szklanka i karton wypadły mi z rąk, a ja szybko pobiegłem na górę do pokoju.
Amy siedziała na łóżku z otwartymi oczami i szklistym wzrokiem utkwionym w pudełko płyty Suriel's Grave, którą kupiłem ze zwykłej ciekawości, szepcząc dziwnie uwodzicielsko:
-Zaproś mnie, kochanie..- to nie przypominało dziecięcego szeptu. Miałem wrażenie; jakby mówiła to dorosła kobieta.- Zaproś mnie, kochanie...
Z głośników wieży płynęła wolna poważna melodia; w odpowiednim momencie spleciona z ostrym rockowym brzmieniem. Zaniepokojony patrzyłem na Amy, gdy nagły dzwonek do drzwi sprawił, że drgnąłem szybko. Spojrzenie mojej siostry stało się całkiem trzeźwe, jak na tak wczesną porę; a mała niespodziewanie uderzyła w szloch. Zacząłem uspokajać małą, gdy znowu..
Dzwonek... Jego głośny i niezwykle irytujący dźwięk nasilił się. Wiedziałem, że to nie rodzice- bo mieli wrócić dopiero po południu; ale postanowiłem zejść i szybko tego kogoś spławić.
-Kto i po co zawraca mi gitarę o szóstej rano..? Kuuurwa...- burknąłem ze złością zbiegając po schodach.
Amy siedziała na łóżku z otwartymi oczami i szklistym wzrokiem utkwionym w pudełko płyty Suriel's Grave, którą kupiłem ze zwykłej ciekawości, szepcząc dziwnie uwodzicielsko:
-Zaproś mnie, kochanie..- to nie przypominało dziecięcego szeptu. Miałem wrażenie; jakby mówiła to dorosła kobieta.- Zaproś mnie, kochanie...
Z głośników wieży płynęła wolna poważna melodia; w odpowiednim momencie spleciona z ostrym rockowym brzmieniem. Zaniepokojony patrzyłem na Amy, gdy nagły dzwonek do drzwi sprawił, że drgnąłem szybko. Spojrzenie mojej siostry stało się całkiem trzeźwe, jak na tak wczesną porę; a mała niespodziewanie uderzyła w szloch. Zacząłem uspokajać małą, gdy znowu..
Dzwonek... Jego głośny i niezwykle irytujący dźwięk nasilił się. Wiedziałem, że to nie rodzice- bo mieli wrócić dopiero po południu; ale postanowiłem zejść i szybko tego kogoś spławić.
-Kto i po co zawraca mi gitarę o szóstej rano..? Kuuurwa...- burknąłem ze złością zbiegając po schodach.
Zajrzałem przez judasza i szybko odskoczyłem od drzwi omal się nie wywracając.
-Chyba się jeszcze nie obudziłem...- Szepnąłem do siebie w głębokim oszołomieniu. Przetarłem oczy i jeszcze raz wyjrzałem judaszem, kto stoi po drugiej stronie.
Znów zobaczyłem Amy. Stała w piżamie i drżała z zimna ściskając w objęciu misia. Na jej zapłakanej twarzyczce zamarzały łzy. Amy.. Poczułem niczym nieuzasadniony, lecz paraliżujący strach. Próbowałem się uspokoić. Zacząć myśleć racjonalnie; a kac niewiele mi w tym pomagał...
-Chyba się jeszcze nie obudziłem...- Szepnąłem do siebie w głębokim oszołomieniu. Przetarłem oczy i jeszcze raz wyjrzałem judaszem, kto stoi po drugiej stronie.
Znów zobaczyłem Amy. Stała w piżamie i drżała z zimna ściskając w objęciu misia. Na jej zapłakanej twarzyczce zamarzały łzy. Amy.. Poczułem niczym nieuzasadniony, lecz paraliżujący strach. Próbowałem się uspokoić. Zacząć myśleć racjonalnie; a kac niewiele mi w tym pomagał...
Która z nich to moja siostra?
Która z nich jest prawdziwa?
Która z nich jest prawdziwa?
Zamknąłem oczy i zasłoniłem twarz dłońmi biorąc kilka głębszych wdechów, żeby się uspokoić.
Zrobiłem ostrożny krok ku drzwiom i wtedy zauważyłem, że bransoletka na moim lewym nadgarstku pulsuje coraz mocniejszym fioletowym światłem.
Rzuciłem okiem na lustro, obok drzwi frontowych w maleńkim przedpokoju i aż mnie zmroziło.
W szklanej tafli przemknął mglisty, czarny cień o wielkich czerwonych ślepiach.
Mimo to zbliżyłem się jeszcze krok do drzwi. Nieznana siła pociągnęła moją lewą rękę do tyłu i pchnęła mnie spowrotem ku schodom na piętro, jakby mając na celu; bym nie podszedł do klona mojej siostry stojącego za drzwiami.
Zrobiłem ostrożny krok ku drzwiom i wtedy zauważyłem, że bransoletka na moim lewym nadgarstku pulsuje coraz mocniejszym fioletowym światłem.
Rzuciłem okiem na lustro, obok drzwi frontowych w maleńkim przedpokoju i aż mnie zmroziło.
W szklanej tafli przemknął mglisty, czarny cień o wielkich czerwonych ślepiach.
Mimo to zbliżyłem się jeszcze krok do drzwi. Nieznana siła pociągnęła moją lewą rękę do tyłu i pchnęła mnie spowrotem ku schodom na piętro, jakby mając na celu; bym nie podszedł do klona mojej siostry stojącego za drzwiami.
Godzinę później wreszcie zapadła cisza.
Całe szczęście, że ten cholerny dzwonek się przepalił...
-Jestem głodna- jak nigdy ucieszyło mnie marudzenie młodej.
-Na co masz ochotę; Kurczaczku?- Spytałem odstawiając pustą butelkę po piwie.
Amy popatrzyła na mnie nieco podejrzliwie.
-A nie powiesz tacie?- Zapytała nieufnie.
-Ten jeden raz mogę zrobić wyjątek- odparłem mrugając do niej szelmowsko.- No?
-Deserek z bitą śmietaną czekoladą i truskawkami- powiedziała wesoło.
-Okej, Kurczaczku- pieszczotliwie poczochrałem jej czekoladowe loki i zszedłem na dół.
Całe szczęście, że ten cholerny dzwonek się przepalił...
-Jestem głodna- jak nigdy ucieszyło mnie marudzenie młodej.
-Na co masz ochotę; Kurczaczku?- Spytałem odstawiając pustą butelkę po piwie.
Amy popatrzyła na mnie nieco podejrzliwie.
-A nie powiesz tacie?- Zapytała nieufnie.
-Ten jeden raz mogę zrobić wyjątek- odparłem mrugając do niej szelmowsko.- No?
-Deserek z bitą śmietaną czekoladą i truskawkami- powiedziała wesoło.
-Okej, Kurczaczku- pieszczotliwie poczochrałem jej czekoladowe loki i zszedłem na dół.
Przygotowując deser przypomniałem sobie, co Callisto mówiła mi kiedyś na temat werbeny. Niektórzy łowcy wampirów używali tej rośliny nie tylko jako talizmanu, ale również w formie "przyprawy"; więc postanowiłem to sprawdzić i dodałem trochę do deseru.
***
-Ta-dam- podałem małej pucharek pełen słodkości.- Wcinaj- Rzuciłem otwierając drugie piwo.
-Dziwnie się zachowujesz; braciszku- zauważyła przyglądając mi się znad pucharka.
-Czemu?- Zapytałem udając zdziwienie.
Amy popatrzyła na mnie z tą swoją dziecięcą powagą, mówiąc:
-Jakbyś się o nas martwił. O mamę, tatę i mnie- oznajmiła z łyżeczką opartą na ustach.
-Skąd ci to przyszło do głowy; Kurczaczku?- Zapytałem spoglądając spod oka na młodszą siostrzyczkę.
Mała skrobiąc łyżeczką dno naczynia zamyśliła się na krótko.
-Ostatnio ciągle jesteś taki... Obecny, nieprzytomny- powiedziała zamyślona.
-Takie są uroki szkoły średniej, Amy. Jak będziesz miała tyle lat, co ja teraz; to zrozumiesz- wyjaśniłem spokojnie.
-Mówisz tak; jakbyś nie miał na nic czasu; Paul- zauważyła. Naprawdę była z niej mądra dziewczynka.
-To nie do końca tak, Kurczaczku- Westchnąłem głęboko.
-Zaczynasz mówić, jak tata...- powiedziała nieco naburmuszona.- Martwię się; że staniesz się zbyt... Zbyt dorosły, żeby się mną przejmować...
-Och, Amy.. Co ty mówisz.?- Przygarnąłem małą ramieniem i przytuliłem ją mocno.- Zawsze będziesz moim małym Kurczaczkiem. Nieważne, ile będziemy mieli lat- zapewniłem poważnie, całując ją lekko w czoło.- Po prostu staram się załatwić wszystkie sprawy naraz, maleńka- uśmiechnąłem się do Amy.
[...] chronić was wszystkich naraz przed tym; co dzieje się w mieście..- poprawiłem w myślach; przytulając mocniej Amy.
Nadal jednak zastanawiałem się, czym było to, co stało za drzwiami.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Dzielnica slumsów, rano..
-Raph, widzisz tam coś ciekawego?- Zapytał z dołu Snake.
-Ni huj, zniknął. Wsiąkł, jak kamfora- Odparł bliźniaczy brat Undertakera siedząc w zdemolowanym oknie.
Kiepsko się zapowiada..- pomyślałem rozglądając się; w tej samej chwili ktoś na mnie wpadł. Wylądowałem w kupie worków ze śmieciami; a postać w czerni zniknęła w wąskiej uliczce za zakrętem. Nie dostrzegłem twarzy, którą zasłaniał szalik.
-Dziwnie biegł- mruknąłem z zastanowieniem. Nie myślałem nad tym dłużej, ponieważ trochę mi się śpieszyło.
***
-Ta-dam- podałem małej pucharek pełen słodkości.- Wcinaj- Rzuciłem otwierając drugie piwo.
-Dziwnie się zachowujesz; braciszku- zauważyła przyglądając mi się znad pucharka.
-Czemu?- Zapytałem udając zdziwienie.
Amy popatrzyła na mnie z tą swoją dziecięcą powagą, mówiąc:
-Jakbyś się o nas martwił. O mamę, tatę i mnie- oznajmiła z łyżeczką opartą na ustach.
-Skąd ci to przyszło do głowy; Kurczaczku?- Zapytałem spoglądając spod oka na młodszą siostrzyczkę.
Mała skrobiąc łyżeczką dno naczynia zamyśliła się na krótko.
-Ostatnio ciągle jesteś taki... Obecny, nieprzytomny- powiedziała zamyślona.
-Takie są uroki szkoły średniej, Amy. Jak będziesz miała tyle lat, co ja teraz; to zrozumiesz- wyjaśniłem spokojnie.
-Mówisz tak; jakbyś nie miał na nic czasu; Paul- zauważyła. Naprawdę była z niej mądra dziewczynka.
-To nie do końca tak, Kurczaczku- Westchnąłem głęboko.
-Zaczynasz mówić, jak tata...- powiedziała nieco naburmuszona.- Martwię się; że staniesz się zbyt... Zbyt dorosły, żeby się mną przejmować...
-Och, Amy.. Co ty mówisz.?- Przygarnąłem małą ramieniem i przytuliłem ją mocno.- Zawsze będziesz moim małym Kurczaczkiem. Nieważne, ile będziemy mieli lat- zapewniłem poważnie, całując ją lekko w czoło.- Po prostu staram się załatwić wszystkie sprawy naraz, maleńka- uśmiechnąłem się do Amy.
[...] chronić was wszystkich naraz przed tym; co dzieje się w mieście..- poprawiłem w myślach; przytulając mocniej Amy.
Nadal jednak zastanawiałem się, czym było to, co stało za drzwiami.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Dzielnica slumsów, rano..
-Raph, widzisz tam coś ciekawego?- Zapytał z dołu Snake.
-Ni huj, zniknął. Wsiąkł, jak kamfora- Odparł bliźniaczy brat Undertakera siedząc w zdemolowanym oknie.
Kiepsko się zapowiada..- pomyślałem rozglądając się; w tej samej chwili ktoś na mnie wpadł. Wylądowałem w kupie worków ze śmieciami; a postać w czerni zniknęła w wąskiej uliczce za zakrętem. Nie dostrzegłem twarzy, którą zasłaniał szalik.
-Dziwnie biegł- mruknąłem z zastanowieniem. Nie myślałem nad tym dłużej, ponieważ trochę mi się śpieszyło.
Skracając sobie drogę przez park wróciłem myślami do tego dziwnego spotkania.
Nagle mnie olśniło. Chłopak nosi w butach poświęcone sztylety.
Jonathan Simon Noire jest łowcą..
-Być może dlatego odszedł...- Mruknąłem do swoich myśli.
-Kto?- Zapytał ktoś za mną. Drugi; wyraźnie dziewczęcy głos rzucił krótkie 'cześć'.
-Cześć; Diana- Rzuciłem przystając. Odwróciłem się ku nim.
Blondyn, imieniem Max przyglądał mi się podejrzliwie.
-Kto odszedł.?- Powtórzył pytanie.
-Podobno wasz kumpel z zespołu zaginął- zagadnąłem niewinnie.
Diana spojrzała na mnie, jakby pytała, co kombinuję.
-Te telewizyjne kurwiszony niedługo zaczną się zastanawiać; jaki mam rozmiar slipów- parsknął ironicznie Max.
-Albo czy Seiren w ogóle nosi jakieś majtki!- Zarechotał niski szarooki brunet.
-Wal się; Matthew- burknęła Diana rzucając w niego śnieżną kulą.- Wiadomo coś o nim?- Zwróciła się do mnie.
-Nie zauważyłaś, żeby twój kolega nosił jakąś broń w butach?- Spytałem powoli.
-Chyba nie wygadałaś, że Simon ma broń?- Max nagle naskoczył na Dianę.
-Odzywaj się grzeczniej do damy- odparowałem nie patrząc nań.
-Czemu aż tak węszysz; amigo?- Zapytał chłodno Max.
-Bo wydaje mi się, że go widziałem.- Odparłem nadal nań nie patrząc.
-Policja szuka Simona od trzech miesięcy, a ty próbujesz mi wmówić, że go widziałeś? Chrzanisz- stwierdził blondyn z powątpiewaniem. Między nami przemknęła kobieca postać, która mocno oparła Maxa o drzewo, z gniewem.
-Jane- upomniałem spokojnie.
Płomiennowłosa powoli się odsunęła i stanęła za mną; patrząc spode łba na blondyna.
Nagle mnie olśniło. Chłopak nosi w butach poświęcone sztylety.
Jonathan Simon Noire jest łowcą..
-Być może dlatego odszedł...- Mruknąłem do swoich myśli.
-Kto?- Zapytał ktoś za mną. Drugi; wyraźnie dziewczęcy głos rzucił krótkie 'cześć'.
-Cześć; Diana- Rzuciłem przystając. Odwróciłem się ku nim.
Blondyn, imieniem Max przyglądał mi się podejrzliwie.
-Kto odszedł.?- Powtórzył pytanie.
-Podobno wasz kumpel z zespołu zaginął- zagadnąłem niewinnie.
Diana spojrzała na mnie, jakby pytała, co kombinuję.
-Te telewizyjne kurwiszony niedługo zaczną się zastanawiać; jaki mam rozmiar slipów- parsknął ironicznie Max.
-Albo czy Seiren w ogóle nosi jakieś majtki!- Zarechotał niski szarooki brunet.
-Wal się; Matthew- burknęła Diana rzucając w niego śnieżną kulą.- Wiadomo coś o nim?- Zwróciła się do mnie.
-Nie zauważyłaś, żeby twój kolega nosił jakąś broń w butach?- Spytałem powoli.
-Chyba nie wygadałaś, że Simon ma broń?- Max nagle naskoczył na Dianę.
-Odzywaj się grzeczniej do damy- odparowałem nie patrząc nań.
-Czemu aż tak węszysz; amigo?- Zapytał chłodno Max.
-Bo wydaje mi się, że go widziałem.- Odparłem nadal nań nie patrząc.
-Policja szuka Simona od trzech miesięcy, a ty próbujesz mi wmówić, że go widziałeś? Chrzanisz- stwierdził blondyn z powątpiewaniem. Między nami przemknęła kobieca postać, która mocno oparła Maxa o drzewo, z gniewem.
-Jane- upomniałem spokojnie.
Płomiennowłosa powoli się odsunęła i stanęła za mną; patrząc spode łba na blondyna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz