środa, 24 stycznia 2018

Hunter III: Curse Rozdział VII: "Syndrom Anioła"

Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
Następnego dnia.
-Paul; a śniadanie..?- Zapytała moja matka zamierając ze słoikiem masła orzechowego i kartonem soku jabłkowego w dłoniach.
Wciągałem właśnie na stopę prawy but z drugą ręka wyciągniętą w stronę wiszącej na wieszaku kurtki; lecz zanim zdążyłem odpowiedzieć; twarz mojego ojca- Marcusa Tannera, wynurzyła się zza dzisiejszego wydania "Telegraph".
-Dokąd wychodzisz?- Zapytał powoli przyglądając mi się uważnie; lecz jakby z niepokojem.
-Na spacer- odparłem zdawkowo.
-Kiedy wrócisz?- Cały tato! Znów zaczynał te swoje, cholerne przesłuchania.!
-Trudno powiedzieć. Może zahaczę o kilka miejsc- wzruszyłem ramionami, widząc zaciekawiony wzrok Amy; wcinającej drobiowe parówki.
-W porządku..- Ojciec niespodziewanie wyłączył tryb "Ojcowskie Biuro Śledcze"; a ja mogłem odetchnąć z ulgą.
-To; do zobaczenia później- rzuciłem i biorąc kurtkę szybko zniknąłem za drzwiami.
Spacerowałem po osiedlu zupełnie bez celu. Rozmyśając nad tym wszystkim; zastanawiałem się, co się ze mną dzieje, równocześnie zadawałem sobie różne pytania- nawet o to, czy z moją psychiką  jest wszystko okej.
-Kurwa mać. Nie ja jestem nienormalny; tylko to miasto- mruknąłem pod nosem dobitnie. Idąc z dłońmi w kieszeniach podbiłem butem porzuconą butelkę po setce wódki, mijając kolejne ogłoszenie z kilkoma fotografiami i napisem "zaginęli", wrzuciłem ją do kosza.
-Czwarte synów pokolenie, a wśród nich Serafa tchnienie- powtórzyłem po raz niewiadomo który.
Zdecydowałem się pójść najpierw do biblioteki miasta; a jeśli tam nic nie znajdę pójdę do Wayland- ona musi coś wiedzieć o tych cieniach.
Zresztą jedynie do niej mogłem się zwrócić.. Gdybym powiedział to komuś innemu; uznałby, że jestem pijany; naćpany lub szurnięty..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Dzień dobry; Angello. Mamy coś?- Spytałam siadając po drugiej stronie masywnego ciemnego biurka; na którym prócz nieodłącznego kubka pełnego mocnej kawy stał równy stos dokumentów Stowarzyszenia.
-Nie mam dobrych wiadomości; Kruk- oznajmił Angello grobowo.
-Słucham- rzuciłam poważnie patrząc mu w oczy.
-Policja siedzi nam na głowie. Wczoraj było u nas przeszukanie.
-Znaleźli coś?- Pytałam dalej.
-Nie; ale prześwietlają życiorysy wszystkich rodów łowczych- odparł niechętnie.
-To przez te zaginięcia- wywnioskowałam powoli.- Jedynym; co można teraz zrobić, to rozwiązać tę sprawę przed policją- zauważyłam.
-Zamierzasz bawić się w detektywa; Raven?- Spytał niechętnie.
-A masz lepsze wyjście? Trzeba ich tylko czymś zająć, żeby nie plątali mi się pod nogami...- odezwałam się z namysłem. -Masz plan; Kruk?- Zaczął ostrożnie.
-Do zebrania Rady na pewno coś wymyślę-odparłam z zawziętą miną.- Myślałam też nad tym, by na jakiś czas "zawiesić"- pokazałam w powietrzu cudzysłów- działalność stowarzyszenia łowców.
-Co chcesz powiedzieć przez "zawiesić działalność"?- zapytał Angello przyglądając mi się uważnie.
-Wykorzystać starą dobrą przykrywkę; obudź się Angello- Rzucił od drzwi gabinetu przewodniczącego Nick-Rozpuszczalnik.
Niebieskooki potarł zmęczoną twarz.
-Nawet o tym nie pomyślałem...- westchnął ciężko; odbierając gruby brulion należący do Spears'a; sekretarza Stowarzyszenia. Otworzył biurko i wsunął przedmiot w drugie dno szuflady.
Paul Vince Tanner; lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
O tej porze biblioteka była jeszcze pusta. Panna Scott układała na regałach książki z leżącego na stoliku rozpakowanego kartonu; na którym widniał adres, mieszczącej się dziesięć kilometrów od miasta księgarni.
-Paul; skarbie- rzuciła z uśmiechem na powitanie. Szczerze nie znosiłem; gdy tak mnie nazywała.
-Dzień dobry; Jenna- rzuciłem cicho, wchodząc między regały na drugim końcu czułem na swoich plecach jej wzrok.
-Wszystko z tobą w porządku; Paul?- Zapytała ostrożnie.- Może mogę ci jakoś pomóc?- Książka upadła z pacnięciem na dywan.
-Nie. Wezmę tylko parę książek i znikam- rzuciłem szukając dwutomowej kroniki miasta.
Idąc z biblioteki ze wzrokiem wlepionym w ekran telefonu wpadłem na kogoś.
-Dokumenty poproszę- rzucił męski głos.
Uniosłem wzrok znad telefonu i spojrzałem półprzytomnie na mundurowego.
-Aaa.. Dokumenty..- Ocknąłem się i zacząłem grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu portfela.
Wszystkie kieszenie świeciły pustkami. Nieco się tym zdenerwowałem i zaniepokoiłem.
Wtedy przypomniało mi się; gdzie zostawiłem papiery. Przyłożyłem dłoń do czoła mówiąc ze zdumieniem:
-Portfel został w samochodzie, sierżancie..- Powoli rozejrzałem się po ulicy. Nie dostrzegłem jednak nic podejrzanego; ani niezwykłego.
-Imię i nazwisko; sprawdzimy pana- Wredny pies. Czemu zawsze musi trafić na mnie?.
-Paul Vince Tanner- przedstawiłem się obojętnie.
-Wiek?
-W październiku skończę osiemnaście- wzruszyłem ramionami.
Sierżant przez krotkofalówkę połączył się z dyżurnym, który po moich danych poprosił także o mój rysopis.
-Wszystko pasuje, zero pięć - odezwał się w krotkofalówce głos oficera dyżurnego.
-Dzięki, zero zero. Bez odbioru.- Sierżant wsunął radio za pas.- Skoro się zgadza; nie zatrzymuję pana, ale na przyszłość proszę pamiętać o dokumentach.. Tyle się teraz tutaj dzieje... Miłego dnia życzę- stuknął w daszek i ruszył przed siebie.
-Taa, nawzajem- odpowiedziałem zamyślony.
Postanowiłem jeszcze trochę pospacerować, zanim wrócę do domu.
W okolicach domu Wayland znalazłem się przypadkiem. Oczywiście myślałem, by ją odwiedzić w związku z tym; co się dzieje, ale...
Tuż przed furtką zgniłozielonego domku, z głośnym miałknięciem otarła mi się o kostki czarna kotka.
-Cześć; Hekate- mruknąłem do wpatrującego się we mnie z nadzieją zwierzęcia. Rzuciłem kotce kawałek parówki; który połknęła w momencie, po czym odwróciła się i zamiatając w powietrzu puszystym ogonem ruszyła ku domostwu.
Przekarmiony pers ledwie już mieścił się w swoim wejściu do domu. Zrobił krok do tyłu i prychnął patrząc nieprzychylnie na małą klapę w drzwiach, które otworzyły się zanim zdążyłem wyciągnąć dłoń do dzwonka.
-Tak też myślałam; że cię tu spotkam; chłoptasiu- Rzuciła Wayland z dobrodusznym uśmiechem, przepuszczając mnie w drzwiach.
-Dzień dobry, pani Wayland- odpowiedziałem uprzejmie.
Hekate z przeraźliwym miałczeniem wyleciała, jak strzała z saloniku i wskoczyła na szafkę w przedpokoju.
-Co z tym kotem jest nie teges?- Zdziwił się wychodzący stamtąd chłopiec.- Cze...ść- przywitał się, wolno opuszczając dłoń z zeszytem.
Odwzajemniłem powitanie skinieniem głowy.
Chłopiec przechodząc zniknął na schodach.
-Coś cię martwi? Blado wygladasz- powiedziała Wayland nastawiając wodę na herbatę.
-Wie pani... Właściwie chciałem o coś zapytać- powiedziałem niepewnie, przygryzając lekko wargę.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
-Callisto?.- Rzucił za mną głos.
Zatrzymałam się i obróciłam. Widząc zbliżającego się szybko, gitarzystę Suriel's Grave, Matta uniosłam brwi zdziwiona.
-Co tam?- rzuciłam krótko.
-Przydałaby się nam mała pomoc, wpadniesz?- zapytał powoli.
-Ale tak teraz?- Zdziwiłam się.
-No, chyba; że masz coś jeszcze do zrobienia- potwierdził wolno.
-Właściwie to nie bardzo- odezwałam się po dłuższej chwili. Przeciągając się dorzuciłam.- Na pewno nie bedzie nudno?
-Wcale- odparł ze śmiechem, gdy szliśmy w stronę ich mieszkanka.
Weszliśmy do środka; Max i Diana natychmiast oderwali się od jakichś notatek; a Tom przestał walić w bębny. Zdziwiłam się, że z zewnątrz nic nie było słychać.
Pewnie wytłumili to pomieszczenie; albo mają tu...- w tej samej chwili z boku dostrzegłam dwie osoby. Facet siedział za sprzętem; rozmawiając z jakąś kobietą.
...studio nagraniowe.
-Cześć- rzucili.
-Hej- rozejrzałam się po saloniku.
Kobieta wyszła z pomieszczenia i widząc mnie stanęła jak wryta wbijając we mnie dziwne spojrzenie.
Atmosfera zgęstniała; Max i reszta wymieniali zaniepokojone spojrzenia, trzydziestokilkulatka powoli zamknęła usta; z których wyszedł pełen podziwu szept:
-Idéal...- obeszła mnie dookoła, przyglądając mi się zdumiona. Powoli wyciągnęła dłoń w stronę moich włosów i odgarnęła je pieszczotliwie.
-Elena?- Zapytał zdziwiony Max; przyglądając się złotowłosej.
-Och, przepraszam panią bardzo..- powiedziała speszona kobieta, cofając się. Powoli opuściła rękę.
-Nie ma sprawy- odparłam spokojnie; próbując ukryć wrodzoną nieufność.
Zapadła niezręczna cisza; którą przerwał facet; rzucając lekko:
-Coś nie tak?- Zauważył mnie.- Skąd tutaj takie cudo..?- jego fiołkowe oczy przybrały wyraz głębokiego zachwytu.
-Ja? Cudo? Dobry żart; proszę pana- rzuciłam zdejmując płaszcz. Zdjęłam z szyi szal, a Tom odebrał ode mnie okrycie, żeby je powiesić.
Elena szybko wyciągnęła faceta do innego pokoju.
-Co z nimi?- Diana patrzyła za nimi zamyślona.
-Ona zawsze się tak zachowuje?- Spytałam nieco zdziwiona; poprawiając włosy.
-Nigdy nie widziałem, żeby coś ją aż tak zaciekawiło..- stwierdził Max.- Zwykle jest tak zarobiona, że na nic nie zwraca uwagi. A ty znalazłaś jakiś trop?- Zapytał po chwili.
-Pytałam kilku znajomych ostatniej zaginionej osoby i spotkałam się z kilkoma dziwnymi rzeczami.
-Słyszeliśmy od policji. Podobno zaginęła o tej samej porze; co wszyscy; zachowywała się inaczej i mówiła o jakimś Serafie..- zauważył Tom.
-Najpierw myśleliśmy, że chodzi o Suriela, ale policja wspomniała, że ta dziewczyna poszła do.. - w tym momencie odezwała się Diana.
-Do dużego parku za kościołem świętego Michała Archanioła i tam ślad po niej zaginął..- wpadł jej w słowo Matt.- Co jest?- Zapytał widząc moją minę.
-Policja twierdziła, że wszyscy mówili o "Ostatnim Serafie", tak?- Zapytałam, jakby chcąc się upewnić.
-Skąd o tym wiesz?- Zaczął blondyn podejrzliwie.
-Właściwie, co jest takiego strasznego w tym dużym parku?- Zaczęła Diana.
-"Seraf" to legenda związana z założycielem miasta i moim przodkiem- odparłam spokojnie.- Co do parku to nikt tam nie chodzi. Wszyscy boją się ruin katedry. Z kronik wynika, że prawdopodobnie była to świątynia Wikingów, ale nie wiadomo z jakiego powodu do pojawienia się tu Jamesa Corvinusa miasto było puste; jakby poprzedni mieszkańcy uciekali w pośpiechu. Już od dawna ludzie mówią; że okolice katedry to nasz prywatny "trójkąt bermudzki"; dochodziło tam też do niewytłumaczalnych ataków; ale policja twierdziła; że to dzikie zwierzęta- uśmiechnęłam się przelotnie.- Właściwie tam nawet nie ma zwierząt; bo żadna roślina nie nadaje się dla nich do jedzenia. Same trujące rzeczy tam rosną.
-Byłaś tam kiedyś?- Zapytał Matt z zaciekawieniem.
-Kiedyś się tam zapuściłam; dostałam potem miesięczny szlaban od chrzestnego- odparłam.
-A twoi rodzice? No, co?- Zapytał obronnie Max patrząc na Dianę pytająco.
-Siódmego lutego będzie druga rocznica ich śmierci. Zostali zamordowani- odparłam niechętnie.
-Przepraszam, nie wiedziałem- odparł Max.
-Nie ma sprawy.. Po prostu nie wracajmy do tego- westchnęłam ciężko. Poczułam dłoń Matta na mojej. Chłopak ścisnął delikatnie moje palce.
-Najważniejsze, że masz na kogo liczyć- powiedział pocieszająco.
-A wy? Zauważyliście coś niepokojącego podczas ostatniego koncertu?- Spytałam powoli.
-Poza spalonym syntezatorem i dziwną teleportacją ciuchów Seiren niewiele- odezwał się Matt.
-Znalazłem też coś u siebie- odezwał się Tom. Zaczął szukać po saloniku.- Gdzie ja to znów wyjebałem...?- Mruknął przewracając w jakiejś torbie.- Jest.. Mam..- wrócił do nas kładąc na stole plik fotek i szkicownik.
Powoli zaczęłam je przeglądać.
-Przecież to nasze logo. Co w tym interesującego?- Spytał znudzony Max.
-Lepiej się przyjrzyj- zasugerowała Diana.
-Co masz na myśli?- Zdziwił się Max podając mi fotografię.
Spojrzałam na nią i opadła mi szczęka.
Zdjęcie przedstawiało wzór. Odwróconą Księżycową Różę; w której centrum zamiast księżyca widniał znak Saturna, a w samym jej "kwiecie" umieszczono kilka niewyraźnych słów...
-Gdzieś to już chyba widziałam...- odezwałam się w zamyśleniu.
-Co masz na szyi?- Matt zauważył pieczęć i automatycznie przesunął wzrok na rysunek ze zdjęcia.
-To nie to samo; Matt...- oznajmiłam powoli.- Skąd to się w Niej wzięło?
-W niej? Możesz wyjaśnić, o co chodzi?- Zapytał zaskoczony Max.
-Chyba niewiele wiecie o Aniele- zauważyłam po chwili milczenia próbując odcyfrować napis na wzorze.
-Dużo wiesz o Surielu?- Spytał z zainteresowaniem Matt.
-Nie wymawiamy imienia Anioła, to taki nasz przesąd.
-Czy to ma związek z ludźmi rozsypującymi się w piasek?- Spytała nagle Diana, a chłopcy spojrzeli na nią ogromnie zaskoczeni.
Zastanawiałam się; ile mogę im powiedzieć.
-To nie są ludzie; Diana- westchnęłam ciężko.
-Więc kto?- Zapytał Max powoli.
-Przypuszczałem; że to ma związek z Nimi- odezwał się cichy głos.
-Simon??- Zdumiał się Tom.
-Chwała Aniołowi; Kruk- rzucił z lekkim uśmiechem.
-A Jego dzieciom oręż; Sowa- odparłam.- Miłe spotkanie po latach...- stwierdziłam uprzejmie.
-Kruk? Sowa? O co tu biega?- Matt spoglądał zaskoczony to na mnie to na Simona.
-To nasze herby rodzinne- wyjaśnił powoli Simon.
-Gdzie się znów podziewałeś?- Zapytał Max świdrując Simona uważnym  spojrzeniem.
Diana milczała wpatrując się w Noire'a; który podrzucając sztylet rzucił tajemniczo:
-Miałem coś do zrobienia- oznajmił krótko.
-To znaczy co?- Ciągnął swoje przesłuchania blondyn.
-Tak nagle cię to obchodzi?- Droczył się Simon.
-Po prostu chciałbym wiedzieć, o co tu, do cholery; chodzi- wybuchnął Max.- Co to ma; kurwa; w ogóle być??
-Chyba koniec z twoim "chodzonym"; Jonathan- uśmiechnęłam się ironicznie, szturchając go niby zaczepnie.
-Chyba tak.. Trzeba powiedzieć im prawdę; Anabelle- westchnął ciężko.- A, co to takiego?- Zapytał biorąc ze stolika zdjęcie.
-Widziałeś to już kiedyś?- Spytałam wolno.
-Nie; ale słyszałem o tym- odezwał się z namysłem. Usiadł obok i obejrzał zdjęcie przez lupę.
-Napis jest zbyt zamazany; żeby go odczytać...
Wtedy nawiedził mnie  zamazany obraz; jeszcze z moich ludzkich wspomnień.
-Ej; wyłaź z tej rozjebanej szafy.. To był żart. Tu nie ma żadnych duchów; Kruk!- usłyszałam zniecierpliwiony głos Mariusa.- Szafirku, daj spokój! Wkręcałem cię- kopnięta przez niego psia czacha załomotała w nadszarpnięte zębem czasu drzwi szafy, w której siedziałam. Rozwalone drzwiczki otworzyły się z charakterystycznym skrzypnięciem.
-Nie lubię; kiedy się tak zachowujesz...- burknęłam obrażonym tonem rzucając w niego czymś.
-Przepraszam; Szafirku.- Złapał przedmiot i zarechotał.- Kita?- Rzucił zachęcająco podsuwając mi go pod nos.
-Zjazd; kurwa- warknęłam odskakując przerażona.
-Strachliwa jesteś ostatnio; Callisto- zauważył z troską, wyrzucając gdzieś ogon jaszczurki. Czarne oczy zajrzały głęboko w moje.
-To wszystko przez to twoje straszenie mnie. Powiem wszystko tacie..
-Nie powiesz- uśmiechnął się tryumfalnie.- Zabroniłby ci tu przychodzić; a wiem, że lubisz to miejsce..- rzucił czachą w kilka plastikowych doniczek imitujących kręgle. Zbił wszystkie.
-Jesteś zdrowo szajbnięty; Wadera- powiedziałam obrażona idąc ustawić "kręgle". Dołączyłam do niego  i rzuciłam lekko czachą. Upiorny hałas toczącego się gnata zwielokrotniła akustyka dawnej sali balowej. Marius uwiesił się żyrandola  kołysząc się lekko obserwował. Łeb zatrzymał się tuż przed kręglami nie dotykając ani jednego.
-Kit- rzuciliśmy równocześnie. Wysoki nagle zapatrzył się na coś i zeskakując zerwał jakąś blaszkę z żyrandola. Przyglądając się jej uważnie szepnął w głębokim zaskoczeniu:
-O; kurwa mać...
Doskoczyłam doń; myśląc, że się zranił.
-Co się stało?- Zaczęłam zmartwiona. Spojrzałam na blaszkę w jego palcach.
-Co to jest?- Zaczęłam.
Na kawałku metalu był wytłoczony ten sam symbol.

-Już wiem gdzie to widziałam...- wymruczałam cicho.
-Gdzie?- Zapytał Simon.
-Dom Strachu. To herb Crossów... Widzisz? To krzyż spleciony z szablą.
-Ja tu widzę znak Saturna- zauważył powoli.
-Ta fotka ma słabą jakość; ledwo coś widać- zauważył Matt.- I ten napis czy coś..
-Na herbie Crossów nie było żadnego napisu- powiedział Simon. Otworzył stojącego na blacie laptopa i klikając w wyszukiwarkę wpisał hasło "róża saturna"; po czym kliknął w grafikę. Przeskoczył i w drugiej karcie wpisał: herb rodu Cross..
Zaczęliśmy porównywać obie fotki; rozmawiając po francusku.
-Masz rację. To Saturn..- zaczęłam zaskoczona.- Ignis. Sanguis. Et angelorum psallentium chori..- odczytałam wolno  spojrzałam na dół ozdobnej tarczy z fotki.- S. R. S. Co to za litery.?
-Ogień. Krew. I anielskich chórów śpiew- przetłumaczył powoli Noire patrząc na wydrukowane zdjęcie na stole.- S. R. S.
-Mówicie tak; jakby ktoś umarł- zauważył wolno Tom.
-Samael. Razjel i Su...- szybko szturchnęłam Simona; sycząc znacząco:
-Przesąd.
Simon zerwał się na  i tupiąc trzy razy rzucił:
-Niech nas Anioł ciągle chroni; kiedy dobywamy broni. Dba o wszystkie łowców rody i pilnuje wszelkiej zgody. Daje łowcom wszelkie siły; by po dziś dzień Mu służyły. Amen- obrócił się i udał ze spluwa przez lewe ramię.
Reszcie ze zdumienia opadły szczęki.
-Co to miało być??- Zdumiał się Max gapiąc się na nas wielkimi oczami.
-Właściwie co za przesąd..?- Zawtórował Matt.
-To dlatego zawsze przekręcasz naszą nazwę?- Spytała Diana.
-Może od początku..- zasugerował Simon.- Jestem.. Jesteśmy łowcami wampirów.
-Taaa; a ja dorabiam wieczorami pod latarnią- rzucił kpiąco Max.- Wampiry nie istnieją.
-Właśnie z jednym rozmawiasz- odparłam stojąc tuż za kanapą, na której siedzieli.
-Jakim cudem?- Zapytał z lekka przerażony.- Z czego się cieszysz; Noire?- Zapytał patrząc ze złością na uśmiechającego się kpiąco młodzieńca.
-Z twojej głupiej miny.. Max. Ja widziałam rozsypującego się faceta; więc..
-Seiren. Ty też zaczynasz?- Jęknął zniecierpliwiony blondas.
-Widziałam to na własne oczy- warknęła Diana ostro.
Stanęłam w cieniu i zdjąwszy sygnet wystawiłam dłoń w stronę światła padającego z okna.
-Jesteś pewna; Kruk?- Zapytał wolno Simon.
Wszyscy wpatrywali się jak w dziennym świetle moje palce wyglądają jak żar  dogasający w kominie.
-Teraz wierzycie?- Powoli cofnęłam rękę od okna; Seiren chwyciła ją i z rozchylonymi ustami obserwowała gojące się oparzenie.
-J-Jak...?- Wyszeptała zadziwiona. Unosząc głowę spojrzała mi prosto w oczy.
Powoli wsunęłam sygnet na środkowy palec lewej dłoni. -Moich rodziców zabił wampir. Ten sam, który zmienił mnie w tą bestię..
-Zaraz.. Nazywasz się Callisto Raven.. Jesteś tą Callisto Raven; która kilka razy pomagała w policyjnych śledztwach?- Zapytał nagle Matt.
-Skąd o tym wiesz?- Zdziwiłam się.
-Półtora roku temu pomogłaś wpakować do pudła tego świra..- powiedział cicho.
-Ty mówisz... Zaraz..- pogrążyłam się w myślach. Nagle z rytmu wytrącił mnie dźwięk mojego Samsunga. Wyciągnęłam go z kieszeni i wbiłam wzrok w wyświetlacz marszcząc czoło. Na ekranie widniał opis: J. Tanner.- Przepraszam- Odebrałam połączenie.- Cześć; podkomisarzu.
-Callisto; potrzebuję twojej pomocy- usłyszałam zmęczenie w głosie Jacoba.
-Nawijaj; co jest grane- rzuciłam krótko.
-Znaleźliśmy jedną z zaginionych osób; ale ona... Zupełnie nie wiem; jak ci to wytłumaczyć... Chyba powinnaś sama ją  zobaczyć..
-Jesteś tego pewien? Co na to komendant?- Zapytałam ostrożnie.
-Sam poprosił, żebym cię tu ściągnął- odparł wolno.
-W porządku; za kwadrans jestem- Oznajmiłam ubierając się szybko.
-Do zobaczenia- rzucił kończąc rozmowę. Wsunęłam telefon do kieszeni.
-Co jest..?- Zapytał z wahaniem Max.
-Znaleźli jedną z zaginionych. Spotkamy się później- rzuciłam znikając za drzwiami.
W pośpiechu zbiegłam po spiralnych schodach i wypadłam wprost w dość  mroźne wczesne popołudnie. Skierowałam się najbliższą drogą w stronę centrum.
Tuż przed placem rynku odbiłam w prawo i po dystansie liczącym niecały kilometr znalazłam się przed komisariatem policji.
Pokonałam frontowe schody i weszłam do budynku.
-Ta mała chyba do ciebie; Jake- rzucił jeden z nieznanych mi stróżów prawa.
Zmierzyłam go chłodnym spojrzeniem przechodząc.
-Cześć; Jake- rzuciłam wchodząc do gabinetu.
Kilku policjantów, w tym komendant podnieśli głowy znad jakichś papierów.
-Miło, że wpadłaś; Raven- oznajmił ten ostatni.
-Dzień dobry; panie Silver; mnie też jest miło- rzuciłam uprzejmie.- Co mamy?- Zapytałam krótko.
Reszta zgromadzonych w pokoju mundurowych przygladała mi się z zaciekawieniem.
-Wczoraj, koło jedenastej wieczorem znaleziono jedną z zaginionych, związanych z ostatnią sprawą.
-Wiecie kto to?- Zapytałam wolno.
-Prawdopodobnie ona- przesunął ku mnie jedno z ogłoszeń. Spojrzałam na zdjęcie; pytając:
-Co znaczy "prawdopodobnie"; inspektorze?- Spojrzałam uważnie na Silvera.
-To chyba jedyna rzecz; której nie potrafię wytłumaczyć. Jake zapozna cię z dokumentami i dołączycie do nas.
-W porządku..- rzuciłam siadając przy biurku Jacoba. Wzięłam się za studiowanie papierów.
    "Odnaleziona nie zachowuje się normalnie. Siedzi w sali przesłuchań i w milczeniu  piorunuje funkcjonariusza wzrokiem. Nie odpowiada na pytania. Do biegłego psychiatry dziwacznie się  uśmiecha."
- Przeczytałam ledwie fragment raportu z przesłuchania i sięgnęłam do torebki po ciastka.
-Nigdy wcześniej nie widziałem, żebyś jadła słodycze- zauważył Jacob Tanner powoli.
-Chyba zauważyłeś, że odrobinę przytyłam- spojrzałam nań ironicznie znad kartki; gryząc ciastko.
-Odrobinę?- Spytał, z trudem tłumiąc cisnący się na usta uśmiech.- Bez obrazy; ale wygladasz, jak panda wielka.
-Raczej; jak wieloryb- odparłam rechocząc.
-Więc co za tym stoi?- Zaczął zaintrygowany.
-Po prostu jestem w ciąży- wzruszyłam ramionami.
-Myślałem, że wampiry..- przyciszył głos.
-Też tak myślałam; ale... Życie jest; jak pudełko czekoladek, nie?- Rzuciłam lekko.
***
Jakiś czas później stanęliśmy przed szybą sali przesłuchań. Zobaczyłam niewysoką długowłosą nastolatkę o ciemnozielonych dużych oczach. Była ładna i modna; jakby należała do szkolnej elity.
-Cały czas gapi się na tę ścianę?- Zapytałam przyglądając się dziewczynie.
-Taa. Psychiatra wykluczył, że ześwirowała i nie potrafi określić, co jej w ogóle jest..- Nagle odskoczył przeklinając soczyście. Niewzruszona pomachałam do niej przez grubą szybę i uśmiechnęłam się ukazując wydłużone kły. Długowłosa odskoczyła od dzielącego nas szkła i znów siedziała na krześle tym razem unikając mojego wzroku. Przestała się też dziwnie uśmiechać.
-Co to; do huja; miało być??- Zapytał na równi przestraszony i rozdrażniony Jacob.
-Dobre pytanie..- Zauważyłam równocześnie z jednym z policjantów.
-Dokąd idziesz?- Zapytał zaskoczony brunet w mundurze.
-Może mnie powie cokolwiek- pchnęłam drzwi i weszłam do dziewczyny.
Nastolatka z wahaniem odwróciła oczy od ściany i dłuższe minuty lustrowała mnie uważnym spojrzeniem. Nadal jednak nie odezwała się ani słowem.
-Rozumiem; że możesz być jeszcze w szoku po tym gdzie zniknęłaś i co mogłaś zobaczyć- powiedziałam cicho i spokojnie.
Przekręciła głowę pod dziwnym kątem i spojrzała na mnie z niepokojącym zainteresowaniem. Na jej twarzy znów widniał ten przerażający uśmiech. Znów nie odpowiedziała.
-Chyba wiesz; że możemy ci pomóc- kontunuowałam cicho.- Musisz tylko powiedzieć; co się wtedy stało... Wszystko; co pamiętasz może być cenne i pomóc złapać tego popaprańca- ze zdziwieniem zauważyłam, że jej kark nienaturalnie okręcił głowę w taki sposób, że patrzyła na mnie jakby z dołu. Z jej ust wydobyło się coś na kształt chichotu; na dźwięk którego przeszły
mnie dreszcze.
-Nazywasz się Haylee Simmons i masz lat piętnaście. Chodzisz do miejscowego gimnazjum publicznego. Byłaś na koncercie tej grupy- przesunęłam ku niej po stoliku znalezioną przy niej płytę Suriel's Grave.
Głowa odkręciła się do normalnej pozycji. Miałam nadzieję; że to tylko iluzja optyczna; czy coś w tym rodzaju; ale dziewczyna zrobiła coś, co przeczyło wszelkiemu rozsądkowi: jej ciało powyginało się tak, że wszystkie stawy były odwrotnie. Jej oczy zaświeciły się jak dwie latarnie; a z ust wysunął się język, którym zamachała, sycząc jak żmija.
Patrząc zaczepnie zaczęła pełzać ku mnie po podłodze. Syk zmienił się w warkot; a oczy pojaśniały jeszcze bardziej. Rzuciłam szybkie spojrzenie na szybę. Policjanci wlepiali pełne przerażenia i niedowierzania oczy w dziewczynę.
-Spokojnie; Haylee...- powiedziałam cofając się ostrożnie, ona nadal pełzła w moją stronę.- Nie zrobię ci krzywdy.. Po prostu chcę wiedzieć; co się stało..
Dziewczyna rzuciła się na mnie. W ułamku sekundy otworzyłam drzwi i uciekając zdążyłam je za sobą zatrzasnąć.
-Nic ci się nie stało??- Zapytał policjant łapiąc mnie zanim upadłam.
-Co tu się dzieje; na nieskończoną cierpliwość Anioła..?- Wyszeptałam słabo. Potem ciemność.
-Panienko.. Callisto..??- Dotarł do mnie cichy głos Luciana. Poczułam czyjąś dłoń splecioną z moją. Powoli uniosłam powieki.
Leżałam na pryczy w jakiejś otwartej celi.
-Czy tobie całkowicie odbiło??- Warknął Michael dopadając z wściekłą miną do Jacoba. Jeden z policjantów odciągnął go szybko.
-To wszystko nie jest normalne..- odparł cicho Jacob. Wbijał wzrok w podłogę.
-Ostatnio wiele nienormalnych rzeczy się tu dzieje; Jacob- odpowiedziałam podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Ale nie takie coś...!- Wybuchnął komisarz przerażonym tonem.
-Jacob.. Uspokój się- powiedział cicho policjant, opierając mu dłoń na ramieniu.- Wszyscy to widzieliśmy... Nie jesteś z tym sam; Jake..- powiedział uspokajająco.
-Czym jest "to"?- Zapytał z wahaniem Michael.
Jacob oparł się o ścianę celi i osunął się po niej. Usiadł na podłodze i ukrył twarz w dłoniach. Nigdy nie widziałam go tak rozdartego; niepewnego i przerażonego; jak małe dziecko.
-Nic z tego nie rozumiem... Musi być jakieś racjonalne wytłumaczenie..- powiedział stłumionym głosem.- Musi być racjonalne wyjaśnienie tego wszystkiego- powtórzył z uporem.
-Mogę wiedzieć; co się tu dzieje?- Zapytał niecierpliwie Michael. Nagle zadzwonił telefon.
-Kto dzwoni?- Zapytałam powoli.
-Stacia- odparł podając mi mój telefon.
Powoli odebrałam.
-Co tam?- Zapytałam wolno.
Stacia wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.
-Czegoś takiego w życiu nie widziałam...- wydyszała Anastasia; kończąc relację.- To wybiło szybę w aucie Malcolma i prawie zeżarło mu ramię...
-Masz zdjęcie tego czegoś?- Zaczęłam wolno.
-Prześlę ci je- odparła.- Jedziemy do Wayland.. Ta stara wiedźma chyba wie dużo więcej, niż chce mówić..
Rozmowa urwała się. Dźwięk mms-a. Powoli otworzyłam wiadomość i na widok zdjęcia odrzuciłam z przestrachem i obrzydzeniem telefon.
Złapał go Jacob i spojrzał na zdjęcie.
-Co to jest...??- Zapytał drżącym głosem.
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
Naszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Hekate zaczęła prychać i syczeć jeżąc puszystą sierść.
-Dzień dobry; pani- powiedział znajomy głos.
-Wejdźcie i opowiadajcie...- Wayland pomogła wprowadzić słaniającego się chłopaka. Rozpoznałem Malcolma Star, chłopaka leżącej w szpitalu Meredith Bell.
-Jechaliśmy przez las do Malcolma i... Zaatakowały nas takie.. Latające ślimaki z taaaakiiimi zębiskami..
-I jeden z nich ugryzł chłopaka- wywnioskowała z chaotycznego opowiadania staruszka.
-To coś chciało go pożreć...!- Pisnęła Hannah.
-Połknęło mu prawie całe ramię...- Wtrącił Thomas.
-Pomożesz mi; chłoptasiu?- Spytała mnie Wayland.
-Nie ma problemu. Co mam robić?- Zapytałem rzeczowo.
-Muszę obejrzeć ranę- oznajmiła Wayland idąc po coś do kuchni.
-Pomóż mi zdjąć mu bluzę- rzuciłem do Thomasa.
Chłopak drżącymi rękami rozpiął guziki grubej bluzy i podtrzymał nieprzytomnego Malcolma; gdy zdejmowałem mu ubranie.
-Stacia??- Hannah potrząsnęła blondynką.
Rękaw oderwał się od ręki Malcolma. Krew wyraźnie podgrzała atmosferę.
Stacia odepchnęła przyjaciółkę i rzuciła się w naszą stronę. W ułamku sekundy powalił ją na podłogę o wiele mniejszy czarny wilk z białą łatą, przypominającą skarpetkę, na łapie.
Oboje warczeli na siebie długą chwilę. Stacia nagle się uspokoiła i patrzyła na wilka całkiem inaczej. Kły cofnęły się a dziewczyna odepchnęła lekko likantropa, który kłapnął szczękami.
-Co tu jest grane..?- Zdumieli się przyjaciele Stacii.
-Dean; zejdź z niej- rzuciła Wayland idąc z opatrunkami.
-Co to ma, kurwa, znaczyć?- Hannah była tak zdenerwowana, że zaklęła.
Wilk rozmył się. Na jego miejscu stał podobny do Damona dwunastolatek.
-Dean??- Thomasowi opadła szczęka.
-Co jest, doktorku?- Rzucił dwunastolatek zgrabnie naśladując królika Bugs'a.
-Znasz tego dzieciaka?- Hannah wychyliła się ostrożnie zza ramienia Thomasa.
-To mój kuzyn- Thomas wzruszył ramionami. Nie wydawał się zdziwiony tym; co się stało z Dean'em. Bardziej zainteresowało i zaskoczyło go zachowanie Stacii.
-Muszę stąd wyjść...- wymamrotała blondynka; słaniając się na nogach szła do wyjścia.
-Co ci jest?- Thomas zaniepokojony ruszył za nią.
-Nic... Po prostu muszę... Zaczerpnąć.. Powietrza- wydyszała słabo Anastasia Forbes zaciskając palce na framudze drzwi. Unikagjąc ich spojrzeń wyszła na dwór i przysiadła na zadaszonych schodach patrząc pustym wzrokiem w dal.
-Ktoś może mi wyjaśnić, co tu się odpierdala??- Wybuchnęła pół godziny później rozzłoszczona i wystraszona Hannah.
Wayland podniosła wzrok znad opatrywanego ramienia Malcolma i spojrzała na dziewczynę.
-Nie masz się czego bać..
-Nie? Naprawdę?- Hannah drwiąco wydęła dolną wargę.- Zaatakował nas potwór omal nie pożerając Malcolma; mojej przyjaciółce odwaliło; a pani hoduje w domu człowieka- wilka. I to ma być NIC??! Czy wam kompletnie odjebało??!- Zapytała równocześnie wściekła i przerażona.
-Uspokój się; Hannah- Powiedział cicho Thomas chcąc ją objąć; lecz ona odsunęła się gwałtownie.
Thomas powoli opuścił ręce i westchnął ciężko.
Staruszka owinęła bandażem położony na ranie ziołowy kompres i zawiązała lekko opatrunek.
-Nie ma mowy.. Jesteście jacyś nienormalni po prostu..- Hannah zerwała się na nogi, nie chcąc słuchać wyjaśnień.- Odpadam. Nawet nie chcę mieć z tym nic wspólnego.. Do widzenia- krótkowłosa szybkim krokiem wyszła z domu. Lekko trzasnęły drzwi.
-Przepraszam za nią- powiedział cicho Thomas.
-To zrozumiałe; że się zdenerwowała. Za dużo wrażeń, jak na jeden dzień- powiedziała pocieszająco Wayland.
-A to, co stało się Stacii?- Zapytał z wahaniem Thomas.
-Powinna wam sama powiedzieć- odparłem cicho. Dean nie odzywał się. Usłyszałem ciche kroki Anastasii. Chwilę później szła już chodnikiem ku centrum miasta z pochyloną głową i wzrokiem wbitym w miejscami zaśnieżony chodnik.
-Dokąd ona idzie??- Zdumiał się Thomas; wybiegając za nią.
Przez okno zobaczyłem ich wzburzoną rozmowę. Blondynka odtrąciła jego rękę; ale on pochwycił ją mocniej i przyciągając dziewczynę objął ją przyjacielsko.
-Puść mnie.!- Warknęła wyrywając mu się.- Puszczaj. Zostaw mnie. Jestem potworem..- Zaskoczony Thomas wyraźnie nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Powoli puścił blondynkę i stał niemalże nieruchomo patrząc, jak Anastasia szybkim krokiem odchodzi.
Po długiej chwili odwrócił się i ruszył spowrotem do domku Wayland. Na jego twarzy widniały smutek i zrezygnowanie.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Gabinet Jacoba Tannera; kwadrans później.
Chłopak wyciągnął kabel USB i podłączył telefon Callisto do służbowego komputera. Pomajstrował coś na komputerze i wyświetliło się powiększone i wyraźne zdjęcie.
Przedstawiało dziwne stworzenie: wyglądem  przypominające sinawo-brunatnego ślimaka z czterema parami oczu i olbrzymią okrągłą gębą z której sterczała masa ostrych ijak igły zębów. Na tyle i bokach potwora były wielkie płetwy; jak u latających ryb, które omawialiśmy niedawno na biologii.
-Co to za obrzydlistwo..?- Zaczął ze zdumieniem podkomisarz Tanner.
-Sama chciałabym wiedzieć. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego- powiedziała z namysłem Callisto. Jedząc kolejne ciastko przygladała się cyfrowej fotografii.
-Jak możesz jeść patrząc na to..?- Zaczął z obrzydzeniem Jake.
-Jestem głodna- obruszyła się turkusowooka popychając karmelowe ciastko czekoladą. Nagle drgnęła; jakby kopnął ją prąd.- Czekaj... Zgrałeś tę fotkę?- Spytała nagle.
-Po co?- Jacob spojrzał na nią zaskoczony.
-Chcę ją pokazać tej dziewczynie- Callisto miała plan.
-Niby czemu?- podkomisarz zaczął zgrywać plik na komputer.
-Może to odpowiada za jej zachowanie..- Callisto starała się wykonać jakąś akrobację swoją szyją. Westchnęła ciężko zrezygnowana.- Nie potrafię tak; jak ona... I to pełzanie...
-To obrzydliwe...- Jacob wyglądał jakby potrzebował lekarza pierwszego kontaktu.
W tym momencie doszły nas krzyki policjantów.
Zerwaliśmy się z miejsc i popędziliśmy w stronę sali przesłuchań.
Za szybą dziewczyna przyciskała mundurowego do ściany. Szeptała coś przystawiając się do niego. Próbował ją jakoś od siebie odsunąć; ale wyglądało na to; że nastolatka była od mężczyzny dużo silniejsza- zupełnie, jakby przewyższała siłą fizyczną normalnego człowieka.
-Callisto..?- Potrząsnąłem delikatnie czarnowłosą; która niecierpliwie; choć lekko odtrąciła moje palce i ruszyła ku drzwiom.
-Lucian.. Nie; ona wie, co robi- zacząłem z prośbą do czarnookiego, próbującego powstrzymać Callisto.
-Jeśli coś jej się stanie..- zaczął groźnie czarnooki patrząc na mnie krzywo.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Pchnęłam drzwi i wkroczyłam do środka. Piętnastolatka kompletnie mnie ignorując nadal szeptała coś do przerażonego nie na żarty policjanta. Po dokładniejszym przysłuchaniu się zrozumiałam, że dziewczyna szepta same sprośne rzeczy.
-Zabierz ją ode mnie..- Policjant patrzył na mnie błagalnie; nadal usiłując jakoś odsunąć od siebie nastolatkę. Był wyraźnie spanikowany.- Proszę cię.. Odklej ją ode mnie..!
-Koniec zabawy, mały potworku- Rzuciłam łapiąc ją za szmaty. Z trudem oderwałam ją od funkcjonariusza prawie łamiąc jej palce. Zawlokłam ją za kaptur bluzy do kąta i postraszyłam ją kłami.
Piętnastolatka nagle przybrała normalny wyraz twarzy. Rozejrzała się błędnym wzrokiem po sali przesłuchań i zwróciła wzrok spowrotem na mnie. -Gdzie ja jestem..?- Zaczęła zdziwiona. Jej oczy wcale nie były zielone; tylko szare z ciemną obwódką wokół tęczówki.
Przez chwilę gapiłam się na nią zamyślona; zastanawiając się; czy akcja sprzed godziny nie była dobrze zorganizowanym wkrętem. -Dziwne.. Nie pełza...- mruknęłam do siebie.
-Czemu miałabym pełzać? Co jest grane?- Oszołomiona dziewczyna patrzyła na mnie podejrzliwie.
-Muszę się nad tym nieźle nagłowić...- mruknęłam do siebie.- Macie jeszcze tego psychopatrę?- Zwróciłam się do policjanta.
-Psycho- co?-Zdziwił się.
-No, tego faceta od czubków- wyjaśniłam z irytacją.- Cholera.. Potrzebuję więcej cukru..- stwierdziłam zamyślona.
-Automat ze słodyczami jest kawałek dalej za zakrętem..- powiedział mundurowy uprzejmie.- Co panią tak nagle napadło na słodycze?- Spytał odrobinę zaskoczony.
-Po prostu załatwcie mi tego lekarza- wzruszyłam ramionami.- Naprawdę muszę zjeść coś słodkiego..
-Panienko?- Usłyszałam zdziwiony ton głosu Luciana; lecz nadal, jak zombie kierowałam się w stronę, gdzie miał być automat z upragnioną porcją batoników; ciastek i...
-Czekolada..- Wymruczałam z rozmarzeniem.
-To nie ten korytarz. Automat jest w tamtą stronę- rzuciła ciepło policjantka. Chyba była z wydziału drogowego.
-Serio..?- Ocknęłam się z trybu "Czekoladowe szaleństwo" i wbiłam zdziwiony wzrok w młodą policjantkę.
-Mhm. Dobrze to rozumiem...- stwierdziła prowadząc mnie do automatu.- Też obżerałam się słodyczami; przed urodzeniem córki- spojrzała na mnie i mrugnęła porozumiewawczo.
-Dawno to było?- Zapytałam; patrząc z podziwem na jej wysportowaną figurę.
-Rok temu- uśmiechnęła się kobieta.
-I ma pani taką figurę?? Po ciąży??- Zdumiałam się.
-Co w tym dziwnego?- Spytała zaskoczona. Zaśmiała się perliście widząc moją minę.- Nie każda kobieta po dziecku jest gruba. To nieprawda; więc nie martw się tym. O; dotarłyśmy- Rzuciła wskazując maszynę. Pomachała mi odchodząc, a ja patrzyłam za nią chwilę.
Obładowana słodyczami wróciłam w korytarz przy salach przesłuchań. Lucian szturchnął Michaela i przyglądając mi się zapytał go o coś.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Czy moja panienka nie jest przypadkiem przy nadziei..?- Zapytał powoli.
-Skąd ci to przyszło do głowy; Mikaelis?- Zapytałem nieco zaskoczony przyglądając się z boku czarnookiemu młodzieńcowi o ostrej urodzie i czarnych oczach.
-Zanim Callisto przyszła na świat; Pani również jadła duże ilości czekolady..- odparł z namysłem nadal obserwując turkusowooką.
-Może jednak Cally je słodycze bez wyraźnego powodu?- Spytałem lekceważąco.
-Panienka nie cierpi słodyczy- powiedział podejrzliwie.- Coś tu trąci rybami; Płomień..- Zauważył świdrując mnie natarczywym wzrokiem.
-Lucian.. Michael..- Callisto chrupiąc batonik spoglądała po nas wyraźnie zaciekawiona, o czym rozmawiamy.
-W porządku; panienko- Czarnooki wreszcie ustąpił. Turkusowooka przytuliła się lekko zajadając wafelek z nadzieniem oblany czekoladą. Zauważyłem że  każdą kieszeń płaszcza miała wypchaną słodyczami. Żelki; cukierki; wafelki...
-Trybik ci się przestawił?- Spytałem pieszczotliwie, całując ją lekko.
Lucian znów spacerował po korytarzu.
-Co z nim?- Zapytała obserwując go.
-Podejrzewa; że jesteś w ciąży- odszepnąłem cicho patrząc za nim.- Czasami mam wrażenie; że on za dużo wie.- Słysząc wesoły chichot Callisto spojrzałem na nią zdziwiony.- Co..?
-To mój Anioł. Wie o mnie praaaawie wszystko- uśmiechnęła się tryumfalnie.
***
Callisto Raven, postrach ogólniaka
Siedziałam w gabiniecie Jacoba i obracając się na fotelu, w zastanowieniu gryzłam czekoladowe cukierki.
-Rozdwojenie jaźni...? Odpada- powiedziałam cicho do siebie. Czytając raport toksykologiczny jęknęłam do swoich myśli.- Prochy i napoje wyskokowe.. Odpada. Zero punktu zaczeeepienia- beknęłam przeciągle.
-Dzień dobry; czy pani to panna Raven- rzucił nieśmiało kobiecy głos od drzwi.
-Pani jest..?- Zapytałam powoli.
-Biegłym psychiatrą. Miałam styczność z tą dziewczyną.- Oznajmiła patykowata kobieta w okularach. Przypominała mi bardziej cień człowieka; aniżeli wielkiej sławy lekarkę.
Zatrzymałam kolejny swój obrót, zapierając się butem o środek mebla i omal się nie wypieprzyłam.
-Spodziewałam się kogoś... Hm..- zaczęłam nieco niepewnie; przytrzymując się blatu powoli się wyprostowałam.
-Starszego wąsatego faceta po pięćdziesiątce?- Spytała z lekką ironią.
-Mniej więcej; ale nieważne. Niech pani siada- uśmiechnęłam się uprzejmie.
-O czym chce panna porozmawiać.?- Zaczęła wolno.
-Coś mnie zastanawia w związku z tą odnalezioną..- zauważyłam powoli.
-To znaczy?- Spytałam.
-Chciałabym wiedzieć; czy kiedy była pani u tej małej.. Czy zachowywała się nienaturalnie.
-To zależy, co pani rozumie przez to określenie- zauważyła poważnie.
-Mam fragment z kamery; o który prosiłaś; Raven- Silver podszedł i podał mi płytę.
-Dziękuję; inspektorze. Jak się ma Jacob?- Spytałam.
-Trudno powiedzieć. Próbuje to jakoś ogarnąć. Przegląda akta sprawy od początku. Chyba liczy; że czegoś nie zauważył- odparł Silver.
-Dawno nie miał do czynienia z czymś tak... Niezwykłym- westchnęłam ciężko.
-Po prostu zrób coś; żeby się pozbierał. Nie chcę stracić najlepszego kryminalnego na wydziale-Komendant westchnął.
-Zrobię, co się da; panie Silver- odparłam gdy wychodził.
-Konkretnie chodzi mi o to- powiedziałam po chwili puszczając materiał wypalony na płycie odwróciłam monitor komputera w jej stronę.
Kobieta oglądała rzut z policyjnego monitoringu. Z każdą sekundą jej twarz nabierała wyrazu zaskoczenia i trwogi.
-To... Ta sama dziewczyna?- Zapytała ochrypłym głosem.
-Owszem. Nie spotkała się pani z czymś takim z jej strony?- Zdziwiłam się.
-Na mnie tylko patrzyła i się uśmiechała. Nie odpowiedziała na żadne pytanie niczym; poza chichotem lub...
-Sykiem?- Wtrąciłam wolno.
-Właśnie- odparła lekarka.- Nigdy się z czymś takim nie spotkałam w swojej dwudziestoletniej pracy z tego typu ludźmi.
Zastanowiłam się nagle.
-A.. Ta dziewczyna w jakiś sposób się do pani... No... Przystawiała..?- Zaczęłam z wahaniem.
-Do czego pani zmierza..?- Zaczęła podejrzliwie doktor Hunt.
-Zdaję sobie sprawę, że to brzmi dość dziwnie; ale ta dziewczyna naprawdę nie zachowuje się normalnie. Widziała pani nagranie. Ona pełzała; niemożliwie powyginana.. Syczała; nawet więcej: Warczała i chciała się na mnie rzucić- odparłam spokojnie.- Natomiast do jednego z policjantów; co chyba najbardziej mnie zaskoczyło; zaczęła się przystawiać. Szeptała różne, niekiedy bardzo nieprzyzwoite rzeczy, do których niejeden zbok by się nie przyznał. Była też bardzo silna. Silniejsza niż zwykły człowiek. Jak mnie zobaczyła, jakby dostała świra... Z trudem ją odciągnęłam.. Jednak, co chyba najbardziej zaskakujące... Nagle zapytała gdzie jest. Gdzie tu logika?- Zaczęłam ze zdziwieniem.
-Nie zauważyłam tego; o czym pani opowiedziała- oznajmiła z zastanowieniem kobieta.
-Callisto, ta dziewczyna... Ona to znowu robi- Do gabinetu wpadł policjant, któremu pomogłam; Baker.
-Niech mnie pani uważa za walniętą, ale musi to pani zobaczyć..- Porwałam z blatu paczkę żelków i poprowadziłam ją za sobą.
Michael stał tuż przy szybie obserwując powyginaną postać pełznącą po podłodze; która wesoło śpiewała cieńkim dziecięcym głosikiem wyjątkowo wulgarną i nieprzyzwoitą piosenkę seksistowską.
-Tego też pani nie zauważyła??- Zapytałam wolno.
-Chryste; Panie! Uciszcie tę małą... Tego się słuchać nie da...- Jęknął Jacob chodząc po korytarzu.
-Callisto... To mi się nie podoba- zaczął zielonooki.
-A gdzie Lucian?- Zdziwiłam się.
-On... Uciekł; gdy próbowała go tam wciągnąć...- Michael przygladał się powykręcanej w dziwnej pozie Haylee. Znów miała błyszczące oczy w barwie zgniłej zieleni.
Zamarłam.
-Próbowała wciągnąć tam Luciana? Po co?- Zaczęłam oszołomiona.
-Lucian!! Kochanie; nie wstydź się!- Zawołała pełzająca poczwara chichocząc uwodzicielsko.- Będzie nam przyjemnie! Ta dziwka nie jest ciebie warta!
-Kogo ona nazywa dziwką?-Zdumiała się Hunt.
-Muszę iść do Luciana..- powiedziałam półprzytomnie.
-Poszedł w tamtym kierunku- powiedział Michael puszczając moją dłoń pocałował mnie delikatnie.
Ruszyłam w tamtą stronę.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nie spodziewałam się tego po tobie; misiaczku- powiedziała z pretensją zamknięta w pomieszczeniu nastolatka patrząc wprost na mnie.- Wolałeś tę pieprzoną dziwkę; zamiast mnie??!- Cokolwiek nią sterowało było naprawdę wściekłe.- Nie było ci ze mną dobrze?
-Co się z nią dzieje...?- Zacząłem zdziwiony.
Dziewczyna ku zdumieniu i przerażeniu wszystkich zaczęła się rozbierać...
-Nie mogę na to patrzeć..- Odwróciłem się i blady; jak trup wyszedłem stamtąd.
-Wszystko z panem dobrze?- Zaniepokoiła się wątła kobieta.
-To jakiś koszmar... Ona plecie od rzeczy..- Usiadłem na schodach na kolejne piętro opierając się o ścianę.- Nawet jej nie znam.. A co dopiero miałbym...- Nie mieściło mi się to w głowie.
-Wierzę panu.. Widziałam; jak pan patrzy na żonę- powiedziała kobieta, która przyszła z Cally.
-Ja i Callisto nie jesteśmy jeszcze małżeństwem.
-Naprawdę?- Jej oczy za szkłami okularów przybrały wyraz zaskoczenia.
-Naprawdę- zanim zdążyłem odpowiedzieć odezwała się Callisto.- Nie mogę znaleźć Luciana.. Co się wydarzyło zanim tam dotarłam?
Westchnąłem ciężko.
-Ona... Ta dziewczyna się do niego przystawiała i..- byłem niepewny; jak Callisto na to zareaguje, ale nie chciałem kłamać.- Kiedy go tam wciągnęła... Ona prawie go rozebrała; Callisto.. Po prostu zdarła z niego koszulę i nie wiadomo; do czego doszłoby dalej; gdyby nie uciekł.. Ona zębami chciała rozpiąć mu...- urwałem kręcąc głową z niedowierzaniem.
-Nie kończ. Nawet nie chcę tego słuchać...- zaczęła zła.
-On mówi prawdę; panienko..- Odezwał się cichy głos Mikaelisa. Kobieta patrzyła z podziwem na atletyczny tors pozbawionego koszuli chłopaka i szerokie umięśnione barki. Zlustrowała zaciekawionym wzrokiem także szczupły  wyrzeźbiony brzuch.- Przepraszam; że jestem taki... Nie do końca ubrany...- Lucian westchnął ciężko, poprawiając na sobie płaszcz.
Wróć! Ta lekarka wręcz pożerała go wzrokiem. Jakby miała na niego chęci..
-Ja pierdolę... Co mi chodzi po łbie...?- Mruknąłem potrząsając głową.
-Jak to...?- Zapytała turkusowooka zaskoczona.
-A jak myślisz; panienko? Dlaczego nie mam już koszuli?- Zapytał z przekąsem czarnooki; machając jej przed nosem strzępem czarnego materiału.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Tylko tyle ci zostawiła?- Zapytałam próbując powstrzymać ironiczny chichot; co mi się nie udało; bo wyparowałam śmiechem, zanim w ogóle zdążyłam pomyśleć.
-To wcale nie jest zabawne; Callisto Anabelle- powiedział urażonym tonem Lucian.- Zwłaszcza po tym; jak cię nazwała...
-Aaaa; więc "dziwka" było do mnie- Zauważyłam obojętnie.- Czyżby szykowała się kolejna rozgrywka?- Mruknęłam zamierając z ciastkiem w połowie drogi do ust. Poczułam w ciele drżenie; jakby nastąpiło mini trzęsienie ziemi. Przeciągnęłam się- nie z wyraźnej potrzeby; ale jakbym po prostu właśnie teraz musiała to zrobić.
Michael zaniepokojony oparł mnie o siebie i spojrzał na mnie z boku pytająco. Posłałam mu delikatny uśmieszek; czując ruchy w moim brzuchu.
Zauważyłam; że Lucian obserwuje mnie uważnie.
-Widzę; że rozumiecie się prawie bez słów- zauważyła Hunt poprawiając okulary; przyglądała się Michaelowi; jak dokarmia mnie kolejnym ciastkiem; co wzbudziło wyraźne podejrzenia Luciana.
-Teraz chce badać nas pod kątem świra?- Szepnął mi do ucha zielonooki, a ja zachichotałam.
-Czubek- Odszepnęłam szturchając go lekko.
-Świruska- rzucił pieszczotliwie.
Hunt była tym zaskoczona; popatrzyła pytająco na Luciana, który tylko uśmiechnął się zagadkowo.
Drgnęłam; jakby kopnął mnie prąd.
-Nie potrzebujesz odpocząć..?- Zaczął troskliwym tonem zielonooki.
-Chciałabym... No; wiesz- spojrzałam na niego z ukosa z lekkim chichotem.
-Callisto- wyjątkowo nie spodobało mu się pojawienie się kolejnej osoby.- Chyba nic więcej dzisiaj nie zrobimy..- Powiedział Jacob podając mi jakąś teczkę.
-Wpadnę w poniedziałek. Trzymaj się Jacob...- rzuciłam; odwracając się do odejścia walnęłam go mocno w plecy.- Głowa do góry: nie takie sprawy rozwiązaliśmy; Tanner- rzuciłam z otuchą.
-Bardzo śmiała dziewczyna; co?- Usłyszałam za sobą głos Hunt.
-Callisto to Callisto- odparł cicho komisarz.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Trzasnęłam drzwiami pokoju mocując się z zacinającym się zamkiem jego bluzy. Oparłam go o te drzwi z opóźnieniem zauważając, że zgubiłam gdzieś sweterek.
-Tego szukasz?- Spytał z tym seksownym półuśmiechem wyrzucając gdzieś ubranie.
Zdarłam z niego koszulkę i zdejmując mu okulary odłożyłam je na bok. Ciągnąc go w stronę łóżka pozbywałam się kolejnych części jego garderoby. Michael nie pozostawał mi dłużny w końcu zostałam w samej bieliźnie, która po chwili też wylądowała na podłodze.
-Czemu zawsze doprowadzasz mnie do szału..?- Zapytał z tym łobuzerskim uśmieszkiem; lądując na materacu pociągnął mnie za sobą i z cichym okrzykiem wylądowałam na nim. Pożerając wyostrzonym wzrokiem każdy milimetr jego wyrzeźbionego morderczymi treningami szczupłego ciała; jednocześnie nie potrafiłam przestać się do niego dobierać.
***
-Jesteś naprawdę...- skomentował oddychając głęboko. Wyglądał jakby przebiegł maraton: był rozczochrany, w oczach miał ogień; a na zarumienionej twarzy szeroki uśmiech.
-Jaka?- Spytałam z zaciekawieniem patrząc mu w oczy.
-Niemożliwa...- szepnął całując mnie mocno.
-Jaka jeszcze...?- Dopytywałam.
-Moja- wymruczał z satysfakcją; przytulając mnie.
Wstawał niedzielny poranek.
-Dzisiaj nasza grupa robi śniadanie...- powiedziałam niechętnie.
-Ogłaszam strajk i nie wstaję- odparł leniwie.
-Wstajesz; wstajesz- wylazłam z łóżka i zaczęłam szukać ciuchów. Rzuciłam w niego jego koszulką.
-Muszę..?- Jęknął chwytając pocisk. Wstał i zaczęliśmy się ubierać. 
-Angello, chyba mamy w domu myszy..- Zauważyła Hunter powoli.
-Też słyszałaś to skrobanie i piszczenie?- Dołączył do rozmowy Felix Moon.
W tym momencie ze schodów do podziemi wylazł gruby, lśniący kocur trzymając w pysku tłustą mysz.
-To chyba nie nasz Gacuś- powiedział z niedowierzaniem Angello.
Kot wydobył z siebie przeraźliwe miałknięcie i biorąc zdobycz spowrotem w pysk ruszył w stronę otwierających się drzwi.
-Uff. Myślałem, że to my tak hałasowaliśmy- szepnął z ulgą Michael.
Zachichotałam szturchając go niby zaczepnie.
-Kruk jest widać w świetnym humorze; jak na szóstą trzydzieści w niedzielę- zauważyła Hunter.
-Porter powiedz coś- rzucił Angello.
-Hmmmyyym?- Mruknął Jasper przeciągając się aż mu kości zatrzeszczały.
-Powiedział to, co zwykle. Poranek odbył się normalnie- skwitował Angello; a Moon przewrócił oczami do zaskoczonego Jaspera.
-O co tu biega?- Zdziwił się Jazzy.
-Być może przewodniczący jeszcze się nie rozbudził- rzuciłam znikając z Michaelem w kuchni.
Rozmowa nagle ucichła; a Devon miał taką minę; jakby wydała się jakaś mega tajemnica.
-O czym plotkujecie?- Spytałam wpatrując się w mojego kuzyna.
-O niczym- Devon zaczął grzebać w szafce unikając mojego wzroku.
Wymieniłam szybkie spojrzenie z Michaelem. Amber i reszta mieli równie zakłopotane miny, co Devon.
-Mogę wiedzieć, co jest grane?- Spytałam powoli.
-Nic- rzuciła Caroline krojąc łososia.
-Dobra. I tak się dowiem- wzruszyłam ramionami zabierając się do roboty.
Podczas śniadania miałam dziwne wrażenie, że wszyscy obserwują, jak jem. Jacob Horse zignorował kompletnie łososia i w zastraszającym tempie pochłonął wszystko, co miał na talerzu. Popił sokiem i po chwili zniknął w korytarzu.
-A temu co?- Zapytała Amber lekko zdziwiona.
-Chyba ma robotę- zauważył Romanow.
***
-Wszyscy zachowują się dziwnie- stwierdziłam; gdy spacerowaliśmy po lesie.
-Te ich tajemnice i w ogóle...- Zgodził się zielonooki.
-Podejrzana sprawa- rzuciliśmy równocześnie.
-Długi Jęzor- prychnął Jason przepychając mocno siostrę.
-Wszystko powiem Cally; głupi debilu!- Burknęła Clarissa nacierając go śniegiem.
-A ja powiem że kłamiesz; Kłamczucho.- Oboje zaczęli się bić; tarzając się w białym puchu.
-Sam jesteś Kłamczuch! I ci najebie- Odparła wpychając starszego brata w zaspę.
Opadła mi kopara; gdyby wujek to usłyszał...
Pobiegłam tam i szybko rozdzieliłam walczące kuzynostwo.
-Jak wy wyglądacie?- Jęknęłam załamana; oglądając ich zadrapania i siniaki.
-Clarissa; co chciałaś powiedzieć Cally?- Zapytał z ciekawością zielonooki.
Clarissa zaczęła rysować patykiem w śniegu.
-No, bo...- zaczęła nieśmiało; rozkopując butem śnieg.
-Jak mi powiesz dam ci batona- Rzucił Michael, starając się ją przekupić.
-A dostanę dwa?- Cały Długi Jęzor. Pierwsza do negocjacji; jeśli komuś na czymś zależało.
-Niech stracę: dwa batony i paczka cukierków- Zielonooki podbił cenę.
-To za mało- rzuciła sprytnie Clarissa.
-To straszna kłamczucha. Ona nic nie wie- prychnął Jason.
-A ty wiesz?- Spytałam.
-Na pewno więcej od niej- Jason nagle zatkał dłonią buzię; jakby się skapował, że powiedział coś, czego nie powinien.
-Papla!- Zawołała Clarissa śmiejąc się złośliwie.
-Ja się nie dam przekupić; o- rzucił drwiąco chłopiec.
-Masz pierwszą transzę?- Rzuciłam zielonookiemu do ucha.
-Coś w formie bonusu się znajdzie- odparł wymownie grzebiąc w kieszeniach płaszcza.
Clarissie na widok batonika zaświeciły się oczy.
-N-Nie- po chwili oparła się pokusie.- Obiecałam..
-Nie powiesz? Szkoda- Michael pokazał dwa batoniki.
-To niespodzianka- burknęła mała.- Jak wygadam to "niespodzianka w dupę węża pójdzie"- Powiedziała żałośnie.
-Nic tu po nas. Devon już ją przekabacił- zauważyłam.
-Macie za dotrzymanie słowa- Michael uśmiechnął się dając im łakocie.
-Ciekawe; co to za mega niespodzianka- stwierdził; gdy szliśmy w stronę budynku.
-Też mnie to zastanawia- odpowiedziałam zamyślona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz