Próbowałam się odsunąć; ale Michael nie puścił mnie z objęcia.
-Nie powinnam tego robić, puść..- mówię słabym głosem.
-Nic się nie zmieniło, przecież wiesz..- odparł przytulony do mnie mocno.- Wiesz, że nadal tego chcę..- poluźniony krawat musnął pieczęć na mojej szyi.
-Tylko dzięki temu jeszcze żyjesz; Raven. Nie stoczyłaś się do poziomu D tylko dzięki mnie.. Inaczej byłabyś tylko zwykłym wrakiem na usługach Linka; tylko tym..- Nadal te słowa były dla mnie nie tylko zniewagą (nie tylko samego nazwiska rodu, ale i mnie samej jako łowcy wampirów); ale były też czymś w rodzaju uświadomienia mi, że jestem ważna mimo wszystkich świństw i obelg; którymi Angello rzucał w moją stronę. Na swój sposób Angello, choć za nim nie przepadałam, był porządnym facetem. Wiedział; że wolałabym kulę w łeb; niż bycie workiem treningowym Rady Wampirów.
-Callisto..- wymruczał mi Michael do ucha.
-Nie wybaczę sobie, jeśli stracę nad sobą kontrolę i..
-Nie boję się- zaczął.
-Ale ja tak- przerwałam mu szybko.- Nie wytrzymam; jeśli stracę kogoś z własnej winy..
-Co masz na myśli mówiąc „kogoś”? Co chciałaś przez to powiedzieć?- Jego zaciekawienie wybiło mnie z rytmu, wyciągnęłam rękę w tył i dotknęłam blizn na jego szyi.
-Wiesz, że nigdy nie chciałam tego robić. Potraktować cię, jak..- zawieszam głos, nie wiedząc jak ująć to, co czuję.
Od odejścia Grace miałam problem z wyrażeniem uczuć; które kiedyś nie potrzebowały nawet żadnego określenia. Po prostu były. Od nocy, w której Link zabił moich rodziców i odebrał mi siostrę; a mnie uczynił tym potworem- wszystko się zmieniło: pozostały tylko: nieufność, strach, ból i pragnienie zemsty.
Mówią; że zemsta jest słodka- moja zemsta miała smak goryczy i rozczarowania; doprawionego sporą ilością cierpienia i łez; bo mimo wszystkiego co zrobiła mi Grace Ann..
Dlaczego; skoro obiecałam sobie; że ją zabiję- nie potrafiłam pchnąć sztyletu prosto w jej serce? Dlaczego nie potrafiłam powiedzieć jej; jak bardzo jej nienawidzę; zamiast tego mówiąc, że nadal ją kocham..? Do teraz nie potrafię tego zrozumieć.
Czemu moje życie jest takie strasznie pokręcone?
-Jak co?- Zapytał wybudzając mnie z rozmyślań.
-Jak… Jak przedmiot.!- Wybuchnęłam wściekła na siebie i całą tą sytuację.- Jakbym już się stoczyła..
-Callisto..- westchnął głęboko, opierając brodę o moje ramię.- Nie jesteś taka; jak on..
-Link był potworem; ale też miał jakieś uczucia…
Michael spojrzał na mnie z boku zaskoczony.
-On był zwykłym świrem i w dodatku podłym bydlakiem- przerwał mi nagle ostro.
-Nie widziałeś; jak patrzył na Grace.. Nie było cię tam wtedy, gdy jego truchło sypało się w proch; gdy Grace cierpiała..
-Zapomnij o niej. Powinnaś to zrobić; dla własnego dobra- powiedział spokojnie.
-Dam ci swoją krew; tylko mnie nie zostawiaj! Nie zostawiaj mnie, Ethan; słyszysz?!- Jej szept i płacz. Płaszcz poplamiony krwią..
-Nie. Nigdy nie staniesz się wampirem- odparł chłodno, łzy Grace kapały na jego twarz.- Ich życie jest zbyt krótkie; a twoje..- przez jego twarz przemknął smutny uśmiech. Oczy błysnęły szkarłatnym płomieniem.- Twoje było dla mnie warte..- Zamknął oczy. Odszedł…
-Nie chciał… Nawet jej nie tknął. Nawet, jak na bydlaka, potrafił pokochać kruchego człowieka.. On naprawdę kochał Grace, Michael..
-Powinnaś się cieszyć; że zdechł- zauważył niechętnie.
-Jakoś niespecjalnie jest mi wesoło. Ja też byłam zabójcą; Michael.. Byłam nawet większym potworem, niż Link.. Nie wiesz; co robiłam..- powiedziałam cicho, z naciskiem.
-Rozumiem. Czasem też mam tego typu ochotę skierowaną w stronę ojca..- westchnął ciężko.
-Nadal się kłócicie..
-Tu już nawet nie chodzi o te kłótnie; tylko o jego nadopiekuńczość..- zaczął uśmiechając się krzywo.
-Postaw się na jego miejscu.. Masz tylko jego, a on ciebie. Sama oddałabym wszystko; żeby mieć spowrotem rodziców.. Czasem ci zazdroszczę- całuję go lekko w szyję. Nagle się odsuwam i patrzę z przerażoną miną na jego szyję.
-Co jest..?- Pyta zdziwiony; przesuwając palcami po szyi. Śmieje się widząc na dłoni ciemnoczerwoną plamę.- To nic takiego.. Pigment malarski; nic więcej- uspokaja mnie i całuje w usta.- Teraz oboje mamy usta od farby…- podał mi chusteczkę.
-Pigment malarski. Który facet maluje ściany na czerwono?- Prychnęłam.
-Nie malowaliśmy ścian; tylko wieszak na klucze. Ojciec twierdzi; że mam problem ze wzrokiem, skoro nie widzę, gdzie rzucam klucze.
-Ale czemu akurat czerwony…?- Jeknęłam zaskoczona.
-Bo lubię- pokazał mi język złośliwie.
***
Następnego dnia, szkoła..
-Callisto..?- Rzuca Tori zaniepokojona, że za długo się nie odzywam.
-Nic mi nie jest- mówię krótko siadając na ławce przed klasą. Rzuciłam torbę i oparłam się o ścianę.
Mija trzeci tydzień mojego powrotu do szkoły. W piątek wieczorem kolejna szkolna impreza, ale niezbyt mam na nią nastrój. Raczej wolałabym zakopać się w pościeli, w swojej kochanej jaskini i nie ruszyć się stamtąd wcale, ale poświęcę się dla Michaela. Teraz mam dla kogo żyć. Chcę żyć.
-Tori? Tori; co z toba?- Vincent szybko złapał dziewczynę, nim upadła i potrzasnął nią lekko.
Obok nas przeszedł Rafael. Patrzył wprost na mnie. Dopadłam do niego i oparłam go z trzaskiem o szafki.
-Callisto..- Michael widząc Rafaela cofnął się, nawet nie próbując mnie powstrzymać.
Chłopak milczał z przymkniętymi oczami. Spodziewał się ciosu?.
Po chwili otworzył oczy i spojrzał na mnie swymi dwukolorowymi oczami.
-Wszystko barwi się kolorem krwi; Callisto Raven..- powiedział do mnie po francusku.
Bardzo powoli cofnęłam się o krok w tył, trwając nadal z uniesioną lekko ręka. Rafael nie patrząc na nikogo ruszył w swoją stronę.
-Co on powiedział..?- Zaczął Michael.- Callisto..- objął mnie lekko w żebrach.
-Co z tym kolesiem jest nie tak?- Zapytał Vincent.
Patrzyłam za Rafaelem w milczeniu, zastanawiając się do czego to wszystko zmierza…
Posadziłam Tori na ławce.
-To tylko chwilowe osłabienie wywołane obecnością czystokrwistego. Zaraz przejdzie- uspokoiłam Vincenta; oglądając bladą twarz i zamglone spojrzenie Tori.- Od kiedy się tak czujesz?- Zapytałam rzeczowo.
Tori uniosła opadające powieki i spojrzała na mnie; jakby nie wiedziała, o czym mówię.
-Tori; zrozum: ukrywając to możesz zrobić sobie krzywdę- powiedziałam sięgając za pazuchę, wyciągnęłam z kieszeni złoty łańcuszek z zawieszką- kulą z wytłoczonym nań herbem Ravenów, w której środku pływała zanurzona w świeżej wodzie gałązka z kwiatem werbeny.
-Nie powinnaś się o mnie troszczyć po tym; jaka byłam wobec ciebie- powiedziała z poczuciem winy.- Nie wiem, po co mnie znalazłaś i ocaliłaś..
Uderzyłam ją mocno w twarz. Michael i Paul szybko powstrzymali Vincenta od rzucenia się w moją stronę.
-Właśnie dlatego to robię.. Po to, żebyś zrozumiała.. Nie. Dlatego, że jesteś dla mnie ważną osobą. Dlatego nie pozwoliłam Linkowi..- odwróciłam głowę i spojrzałam w bok krzywiąc się. Opuściłam dłoń z wisiorem, który zadzwonił delikatnie.
Vincent wyrwał się chłopakom i podszedł do mnie. Poczułam; jak oparł mnie mocno o szafki.
-Tknij ją jeszcze raz; a nie ręczę za siebie, Raven- powiedział ostro.
-Nie próbuj jej grozić- warknął Michael wściekły.
-Wszystkiemu w tym mieście winne są wampiry; oraz to, że nie potrafiłam powstrzymać Linka tamtej nocy..- rozluźniłam krawat i rozpięłam lekko guziki koszuli.- Mogłam go zabić, ale popełniłam błąd- zobaczyłam w jego oczach odbicie moich szkarłatnych oczu. Oczu wampira.
-Niby jaki?- Zapytał Vincent wolno; przyglądając mi się podejrzliwie.
-Zależność między mną; a Linkiem była prosta. Byłam jego własnością- powiedziałam zimno patrząc mu w oczy. Cofnął się o pół kroku, nie spuszczając ze mnie oka.- Mógłby nawet kazać mi zabić Tori; a ja nie potrafiłabym nie wykonać słów Linka.
-A jednak nie pozwoliłaś mu mnie zmienić..- odezwała się Tori cicho.
Michael wpatrywał się we mnie zaskoczony. Paul rozdzielił mnie i Vincenta stając między nami.
Podeszłam do niej i założyłam wisiorek na jej szyję, mówiąc:
-Jestem tylko piekielnie dobrym łowcą wampirów. Odstaję od innych mnie podobnych wampirów- mówię z delikatnym uśmiechem, biorąc torbę, widzę nadchodzącą resztę klasy wraz z profesorem Delacroix.- Nie pytaj mnie, dlaczego zrobiłam coś lub nie; bo większość moich decyzji jest decyzjami podjętymi zupełnie bez zastanowienia. Jakby podejmowała je za mnie ona- moje oczy błysnęły na sekundę czerwonym płomieniem.
***
Dostrzegłam, że Michael i Tori zwolnili kroku i zniknęli mi z oczu. Wiedziałam, że Michael nadal się o mnie martwi i próbuje znaleźć każdy- choćby nawet niewiadomo jak niemożliwy- sposób by nie dopuścić; żebym upadła.
-Znów popełniasz samobójstwo; Michael- mówię pod nosem, pogrążona w myślach.- Uczucia też potrafią być bronią obosieczną, co?
Przeczułam wymianę spojrzeń między Vincentem i Paulem; który przez długą chwilę się wahał, wtedy usłyszałam jego pytanie:
-Co masz na myśli mówiąc „samobójstwo”?- zaczął ostrożnie.
-Nie jesteś jednym z nas; więc nigdy tego nie zrozumiesz; Paul- mówię spokojnie i cicho.- Prawda; Michael?- Pytam nie odwracając się.
-Uhm.- Pada z jego ust potwierdzenie. Jego palce zacisnęły się mocniej na mojej dłoni.
-To tylko chwilowe osłabienie wywołane obecnością czystokrwistego. Zaraz przejdzie- uspokoiłam Vincenta; oglądając bladą twarz i zamglone spojrzenie Tori.- Od kiedy się tak czujesz?- Zapytałam rzeczowo.
Tori uniosła opadające powieki i spojrzała na mnie; jakby nie wiedziała, o czym mówię.
-Tori; zrozum: ukrywając to możesz zrobić sobie krzywdę- powiedziałam sięgając za pazuchę, wyciągnęłam z kieszeni złoty łańcuszek z zawieszką- kulą z wytłoczonym nań herbem Ravenów, w której środku pływała zanurzona w świeżej wodzie gałązka z kwiatem werbeny.
-Nie powinnaś się o mnie troszczyć po tym; jaka byłam wobec ciebie- powiedziała z poczuciem winy.- Nie wiem, po co mnie znalazłaś i ocaliłaś..
Uderzyłam ją mocno w twarz. Michael i Paul szybko powstrzymali Vincenta od rzucenia się w moją stronę.
-Właśnie dlatego to robię.. Po to, żebyś zrozumiała.. Nie. Dlatego, że jesteś dla mnie ważną osobą. Dlatego nie pozwoliłam Linkowi..- odwróciłam głowę i spojrzałam w bok krzywiąc się. Opuściłam dłoń z wisiorem, który zadzwonił delikatnie.
Vincent wyrwał się chłopakom i podszedł do mnie. Poczułam; jak oparł mnie mocno o szafki.
-Tknij ją jeszcze raz; a nie ręczę za siebie, Raven- powiedział ostro.
-Nie próbuj jej grozić- warknął Michael wściekły.
-Wszystkiemu w tym mieście winne są wampiry; oraz to, że nie potrafiłam powstrzymać Linka tamtej nocy..- rozluźniłam krawat i rozpięłam lekko guziki koszuli.- Mogłam go zabić, ale popełniłam błąd- zobaczyłam w jego oczach odbicie moich szkarłatnych oczu. Oczu wampira.
-Niby jaki?- Zapytał Vincent wolno; przyglądając mi się podejrzliwie.
-Zależność między mną; a Linkiem była prosta. Byłam jego własnością- powiedziałam zimno patrząc mu w oczy. Cofnął się o pół kroku, nie spuszczając ze mnie oka.- Mógłby nawet kazać mi zabić Tori; a ja nie potrafiłabym nie wykonać słów Linka.
-A jednak nie pozwoliłaś mu mnie zmienić..- odezwała się Tori cicho.
Michael wpatrywał się we mnie zaskoczony. Paul rozdzielił mnie i Vincenta stając między nami.
Podeszłam do niej i założyłam wisiorek na jej szyję, mówiąc:
-Jestem tylko piekielnie dobrym łowcą wampirów. Odstaję od innych mnie podobnych wampirów- mówię z delikatnym uśmiechem, biorąc torbę, widzę nadchodzącą resztę klasy wraz z profesorem Delacroix.- Nie pytaj mnie, dlaczego zrobiłam coś lub nie; bo większość moich decyzji jest decyzjami podjętymi zupełnie bez zastanowienia. Jakby podejmowała je za mnie ona- moje oczy błysnęły na sekundę czerwonym płomieniem.
***
Dostrzegłam, że Michael i Tori zwolnili kroku i zniknęli mi z oczu. Wiedziałam, że Michael nadal się o mnie martwi i próbuje znaleźć każdy- choćby nawet niewiadomo jak niemożliwy- sposób by nie dopuścić; żebym upadła.
-Znów popełniasz samobójstwo; Michael- mówię pod nosem, pogrążona w myślach.- Uczucia też potrafią być bronią obosieczną, co?
Przeczułam wymianę spojrzeń między Vincentem i Paulem; który przez długą chwilę się wahał, wtedy usłyszałam jego pytanie:
-Co masz na myśli mówiąc „samobójstwo”?- zaczął ostrożnie.
-Nie jesteś jednym z nas; więc nigdy tego nie zrozumiesz; Paul- mówię spokojnie i cicho.- Prawda; Michael?- Pytam nie odwracając się.
-Uhm.- Pada z jego ust potwierdzenie. Jego palce zacisnęły się mocniej na mojej dłoni.
Lekcja historii mija mi na słuchaniu nudnego wykładu o czternastym stuleciu i rozmyślaniu nad dziwnymi słowami Rafaela.
No, właśnie… Rafael od naszego ostatniego spotkania w kwaterze Stowarzyszenia omijał mnie szerokim łukiem. Jego typowe dla czystokrwistego zdolności takie, jak; na przykład: przyprawianie ludzi o bóle głowy i osłabienie, nieco przygasły; choć były nie tyle mimowolne, co zwyczajnie naturalne.
I to, co widziałam w jego oczach- samotność i straszne zagubienie.. Nie bardzo wierzyłam; że jego przeklęty klan jest pokojowo nastawiony wobec ludzi; lecz teraz sama nie wiem; co o tym myśleć.
Te słowa… W jakiś sposób odczuwałam, że to nie tylko swego rodzaju ostrzeżenie, ale coś więcej..
-Przeklęty…- mruknęłam do siebie w zastanowieniu.
-Doskonale; panno Raven- zwrócił się do mnie Delacroix.
-Co..?- Zapytałam zaskoczona pochwałą nauczyciela.
-W owych czasach przekleństwo mógł rzucić każdy. Było to powszechne i dawano temu wiarę..- kontynuował nauczyciel.
Znów odpłynęłam do własnych spraw.
Czy Rafael dobrowolnie pozwolił Linkowi na przejęcie własnego ciała na jakiś czas? A skoro tak; to czy nie zrobił tego w określonym celu?
Co takiego musiało się wydarzyć, że ten ród tak bardzo ukrywał pokrewieństwo z Linkiem i czy w jakiś sposób jest to związane bezpośrednio ze mną? Z nami?
Musiałam się tego dowiedzieć za wszelką cenę.
-Panno Raven; zna pani jakieś klątwy związane z czternastym wiekiem?- Zapytał nauczyciel.
Wstałam powoli.
-Ludzie w tym stuleciu przeklinali nie tylko siebie nawzajem; ale też przedmioty. Podobno- wzruszyłam ramionami.- Były przeklęte skarby, przedmioty, nawet posiadłości zyskiwały to miano; gdy przeklęty został szlachic. Teraz oglądamy to raczej na filmach, aniżeli doświadczamy w praktyce.- Odpowiedziałam na pytanie profesora.
No, właśnie… Rafael od naszego ostatniego spotkania w kwaterze Stowarzyszenia omijał mnie szerokim łukiem. Jego typowe dla czystokrwistego zdolności takie, jak; na przykład: przyprawianie ludzi o bóle głowy i osłabienie, nieco przygasły; choć były nie tyle mimowolne, co zwyczajnie naturalne.
I to, co widziałam w jego oczach- samotność i straszne zagubienie.. Nie bardzo wierzyłam; że jego przeklęty klan jest pokojowo nastawiony wobec ludzi; lecz teraz sama nie wiem; co o tym myśleć.
Te słowa… W jakiś sposób odczuwałam, że to nie tylko swego rodzaju ostrzeżenie, ale coś więcej..
-Przeklęty…- mruknęłam do siebie w zastanowieniu.
-Doskonale; panno Raven- zwrócił się do mnie Delacroix.
-Co..?- Zapytałam zaskoczona pochwałą nauczyciela.
-W owych czasach przekleństwo mógł rzucić każdy. Było to powszechne i dawano temu wiarę..- kontynuował nauczyciel.
Znów odpłynęłam do własnych spraw.
Czy Rafael dobrowolnie pozwolił Linkowi na przejęcie własnego ciała na jakiś czas? A skoro tak; to czy nie zrobił tego w określonym celu?
Co takiego musiało się wydarzyć, że ten ród tak bardzo ukrywał pokrewieństwo z Linkiem i czy w jakiś sposób jest to związane bezpośrednio ze mną? Z nami?
Musiałam się tego dowiedzieć za wszelką cenę.
-Panno Raven; zna pani jakieś klątwy związane z czternastym wiekiem?- Zapytał nauczyciel.
Wstałam powoli.
-Ludzie w tym stuleciu przeklinali nie tylko siebie nawzajem; ale też przedmioty. Podobno- wzruszyłam ramionami.- Były przeklęte skarby, przedmioty, nawet posiadłości zyskiwały to miano; gdy przeklęty został szlachic. Teraz oglądamy to raczej na filmach, aniżeli doświadczamy w praktyce.- Odpowiedziałam na pytanie profesora.
Jeśli cokolwiek grozi Michaelowi, zabiję cię..
-Trochę rozminęła się pani z tematem; ale chętnie posłuchamy; co ma pani do powiedzenia.. Kontynuuj; Raven- oznajmił.
Westchnęłam ciężko. Delacroix uwielbiał mnie gnębić. Wiedział; że wiem o wiele więcej, niż reszta uczniów. Spojrzałam niechętnie na podręcznik historii.
-No; cóż…- rzuciłam w zamyśleniu.- Były to czasy; gdy we wszystkie decyzje rządzących wtrącała się nie tylko arystokracja; ale też duchowni. Bardziej jednak ci ostatni. Właśnie wówczas zaczęły się polowania na czarownice; legendy o wstających z grobów wampirach, o przerośniętych wilkach; et cetera. Medycyna była na niewielkim poziomie, co czyni legendę o wampirach kompletną bzdurą.
-Ponieważ?- Oczy nauczyciela i klasy utkwione były we mnie.
-Ponieważ niektórych ludzi uznawano za zmarłych zbyt… jakby to ująć.. wcześnie. Natomiast ci zmarli, niczego nieświadomi; albo umierali w trumnach, albo ginęli tuż po wydostaniu się z grobów. Jednak najgorszym elementem byli samobójcy.
-Pozwól; że ci przerwę…- rzucił Delacroix.- Do dziś na niektórych cmentarzach istnieje część; gdzie chowano wyłącznie samobójców.. Kontynuuj; Raven.
-A propos przekleństw: według duchownych z tamtych czasów każdy człowiek który zmarł nagłą śmiercią; lub sam odebrał sobie życie mógł zostać wampirem. I; wróćmy jeszcze na chwilę do cmentarzy: ktoś słyszał nazwę „niepoświęcona ziemia”?- Rzuciłam pytanie w przestrzeń.
Tak, jak liczyłam wywiązała się dyskusja.
-Dziękuję; panno Raven- rzucił nauczyciel.
Usiadłam powoli; a Tori przechyliła się w moją stronę; mówiąc:
-Skąd tyle wiesz; Callisto?- Zapytała z zaciekawieniem.
-Bo sama jestem osobą przeklętą, a przynajmniej tak nazywanoby mnie w czternastym wieku- odpowiedziałam ironicznie.- Wyobrażasz sobie resztę klasy goniącą mnie z krzyżami; osikowymi kołkami i wodą święconą?- Spytałam tłumiąc śmiech.
-Hm… Chciałabym widzieć, jakie byłyby ich miny; gdyby cię nie znaleźli- szturchnęła mnie z ciepłym uśmiechem.
***
Wszyscy wychodzili z klasy historii w dobrym humorze; rozmawiając i żartując.
***
Michael..
Dlaczego musisz przeze mnie tak cierpieć? Dlaczego nie możesz po prostu odejść, nie: zostawić mnie w spokoju i pokochać kogoś..
-Kogoś, kto jest tego wart..- mówię znów do swoich myśli, a reszta zatrzymuje sie wpół kroku zdumiona.
-Ty jesteś tą osobą- chwyta mnie za ramię i osadza w miejscu.
Odwracam się z wyrazem bólu na twarzy.
-…nadal jestem dla ciebie nikim.
-To się nie uda, wierz mi..
-Powiedz, że nic do mnie nie czujesz..
-To grzech..
Nasze słowa. Ile razy pragnął wyleczyć moje rany, nie zwracając uwagi, że rani jednocześnie samego siebie?
To grzech…
Dlaczego nie wahasz się grzeszyć tym…?
-Jesteśmy jednym; Callisto Anabelle.- Mówi Michael cicho.
Odwracam się szybko. Michael klęka nagle; zwracając tym gestem uwagę całej szkoły i dyżurującego nauczyciela.
Westchnęłam ciężko. Delacroix uwielbiał mnie gnębić. Wiedział; że wiem o wiele więcej, niż reszta uczniów. Spojrzałam niechętnie na podręcznik historii.
-No; cóż…- rzuciłam w zamyśleniu.- Były to czasy; gdy we wszystkie decyzje rządzących wtrącała się nie tylko arystokracja; ale też duchowni. Bardziej jednak ci ostatni. Właśnie wówczas zaczęły się polowania na czarownice; legendy o wstających z grobów wampirach, o przerośniętych wilkach; et cetera. Medycyna była na niewielkim poziomie, co czyni legendę o wampirach kompletną bzdurą.
-Ponieważ?- Oczy nauczyciela i klasy utkwione były we mnie.
-Ponieważ niektórych ludzi uznawano za zmarłych zbyt… jakby to ująć.. wcześnie. Natomiast ci zmarli, niczego nieświadomi; albo umierali w trumnach, albo ginęli tuż po wydostaniu się z grobów. Jednak najgorszym elementem byli samobójcy.
-Pozwól; że ci przerwę…- rzucił Delacroix.- Do dziś na niektórych cmentarzach istnieje część; gdzie chowano wyłącznie samobójców.. Kontynuuj; Raven.
-A propos przekleństw: według duchownych z tamtych czasów każdy człowiek który zmarł nagłą śmiercią; lub sam odebrał sobie życie mógł zostać wampirem. I; wróćmy jeszcze na chwilę do cmentarzy: ktoś słyszał nazwę „niepoświęcona ziemia”?- Rzuciłam pytanie w przestrzeń.
Tak, jak liczyłam wywiązała się dyskusja.
-Dziękuję; panno Raven- rzucił nauczyciel.
Usiadłam powoli; a Tori przechyliła się w moją stronę; mówiąc:
-Skąd tyle wiesz; Callisto?- Zapytała z zaciekawieniem.
-Bo sama jestem osobą przeklętą, a przynajmniej tak nazywanoby mnie w czternastym wieku- odpowiedziałam ironicznie.- Wyobrażasz sobie resztę klasy goniącą mnie z krzyżami; osikowymi kołkami i wodą święconą?- Spytałam tłumiąc śmiech.
-Hm… Chciałabym widzieć, jakie byłyby ich miny; gdyby cię nie znaleźli- szturchnęła mnie z ciepłym uśmiechem.
***
Wszyscy wychodzili z klasy historii w dobrym humorze; rozmawiając i żartując.
***
Michael..
Dlaczego musisz przeze mnie tak cierpieć? Dlaczego nie możesz po prostu odejść, nie: zostawić mnie w spokoju i pokochać kogoś..
-Kogoś, kto jest tego wart..- mówię znów do swoich myśli, a reszta zatrzymuje sie wpół kroku zdumiona.
-Ty jesteś tą osobą- chwyta mnie za ramię i osadza w miejscu.
Odwracam się z wyrazem bólu na twarzy.
-…nadal jestem dla ciebie nikim.
-To się nie uda, wierz mi..
-Powiedz, że nic do mnie nie czujesz..
-To grzech..
Nasze słowa. Ile razy pragnął wyleczyć moje rany, nie zwracając uwagi, że rani jednocześnie samego siebie?
To grzech…
Dlaczego nie wahasz się grzeszyć tym…?
-Jesteśmy jednym; Callisto Anabelle.- Mówi Michael cicho.
Odwracam się szybko. Michael klęka nagle; zwracając tym gestem uwagę całej szkoły i dyżurującego nauczyciela.
Jesteśmy
Jednym
Callisto Anabelle..
Jednym
Callisto Anabelle..
Pochylam głowę.
-Nie możemy.. Nie możesz się tak dla mnie poświęcać..!- Książki wypadają mi z rąk.
Ból i pragnienie krwi staje się nie do zniesienia.
Biegnę
W
Przeciwną
Stronę
Nie mam pojęcia, co robić.
Łzy… Kiedy ostatnio płakałam? Nie pamiętam. Nawet na pogrzebie rodziców nie potrafiłam uronić ani jednej łzy.
Cierpienie. W milczeniu. Bez żadnych skarg- do tego się przyzwyczaiłam..
To grzech, Cally..
Milcz, przeklęta pijawo!
Masz serce zimniejsze, niż ja..
Stul pysk!
Lodowato zimne..
Idę. Zataczając się. Kilka metrów od szkolnej bramy osuwam się na kolana. Obejmując się ramionami.
-Nie pozwolę ci… Dłużej… Przeze mnie..cierpieć..- mówię ochrypłym urywanym głosem, wyjmując spod żakietu pistolet…
Pada strzał. Broń wypada z mojej dłoni i z trzaskiem ląduje kilka kroków dalej pod drzewem.
Patrzę na swoją poharataną przez pocisk dłoń. Kula dymi wbita w słup energetyczny..
Michael. Zranił mnie.
Zrób to.. Dla kogoś; kogo kochasz
Dla kogoś…
Kogo kochasz…
Oddycham ciężko. Boli.!
Wszystko znów jest takie; jak wtedy.
Nawet nasz ból jest.. taki sam.
Padam na mokry asfalt i zamykam oczy.
Twoje uczucia…
One…
W końcu cię zniszczą..
-Nie możemy.. Nie możesz się tak dla mnie poświęcać..!- Książki wypadają mi z rąk.
Ból i pragnienie krwi staje się nie do zniesienia.
Biegnę
W
Przeciwną
Stronę
Nie mam pojęcia, co robić.
Łzy… Kiedy ostatnio płakałam? Nie pamiętam. Nawet na pogrzebie rodziców nie potrafiłam uronić ani jednej łzy.
Cierpienie. W milczeniu. Bez żadnych skarg- do tego się przyzwyczaiłam..
To grzech, Cally..
Milcz, przeklęta pijawo!
Masz serce zimniejsze, niż ja..
Stul pysk!
Lodowato zimne..
Idę. Zataczając się. Kilka metrów od szkolnej bramy osuwam się na kolana. Obejmując się ramionami.
-Nie pozwolę ci… Dłużej… Przeze mnie..cierpieć..- mówię ochrypłym urywanym głosem, wyjmując spod żakietu pistolet…
Pada strzał. Broń wypada z mojej dłoni i z trzaskiem ląduje kilka kroków dalej pod drzewem.
Patrzę na swoją poharataną przez pocisk dłoń. Kula dymi wbita w słup energetyczny..
Michael. Zranił mnie.
Zrób to.. Dla kogoś; kogo kochasz
Dla kogoś…
Kogo kochasz…
Oddycham ciężko. Boli.!
Wszystko znów jest takie; jak wtedy.
Nawet nasz ból jest.. taki sam.
Padam na mokry asfalt i zamykam oczy.
Twoje uczucia…
One…
W końcu cię zniszczą..
Michael
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz