środa, 24 stycznia 2018

Hunter III: Curse Rozdział XII: Sekrety i tajemnice ~Kapryśny Anioł~

Jedenasty lutego.
Spór w społeczności wampirów narastał, poza tym Senat oskarżał naszą kwaterę główną o wyniszczenie pijaw na terenie miasta.
-Chyba już kompletnie rozum ci odjęło, Thunder- odezwał się usypiający ton głosu od drzwi. Ku nam szedł Jean Féu w towarzystwie swej ochroniarz.- Dzień dobry Angello; panno Raven.
-Dzień dobry. Czy pan Sędzia także zamierza nas o coś oskarżać?- Zapytał niechętnie przewodniczący.
-Skądże znowu- Zaprzeczył Starszy.- Po prostu doszły mnie słuchy, że w mieście źle się dzieje- zauważył.
-To nie mnie rozum odjęło. Trzystu naszych pobratymców nie mogło od tak sobie zniknąć- warknął Thunder.
-Jak już mówiłem Stowarzyszenie tymczasowo zawiesiło wszelką działalność. Policja siedzi mi na karku- oznajmił lodowato Angello.
-Lepiej trzy razy pomyśl, zanim zaczniesz kłapać pyskiem, Balthazarze- odparł znudzonym tonem Féu- Gdyby łowcy wybili wszystkie wampiry na swoim terenie; umarliby z nudów- dodał z wesołym śmiechem.
-W co ty sobie pogrywasz; Jean?- Zapytał podejrzliwie wampir.
-Próbuję ci uświadomić, że robisz z siebie kretyna- oznajmił wprost Féu.- Żaden łowca przy zdrowych zmysłach nie wybiłby wszystkich klanów; jeśli nie ma między nami wojny.
-Chyba wzrok ci się przytępił, skoro nie widzisz w tym jakiegoś ich wybryku- zauważył Thunder.
Féu zniknął. W mgnieniu oka złapał marszałka Senatu za szmaty i wgniótł go w mur.
-Wybryk to ty masz na drugie- oznajmił lodowato.- Lepiej nie nadwerężaj mojej cierpliwości, bo źle skończysz- zagroził puszczając go. Thunder zdecydował się zejść nam z oczu.
-Jednego głąba mniej- westchnął z ulgą Starszy.
-Właściwie co cię sprowadza w nasze skromne progi?- Zapytał uprzejmie Angello.
-Anastasia Forbes..
-Co z nią?- Zapytałam powoli.
Féu zamyślił się na moment.
-Kilka dni temu złożyła mi wizytę. Zapytała, czy mogłaby dołączyć do klanu- opowiedział zwięźle.- Od początku wydało mi się to nieco dziwne, w końcu Kurtyny nigdy nie przynależały do żadnego klanu...- zauważył niespokojnie.- Co jeszcze dziwniejsze, twierdziła; że mówi zupełnie poważnie.
-Już od jakiegoś czasu nie pojawia się w Stowarzyszeniu, ale nikt nie był tym zaskoczony. Dostała stypendium, więc myślałam; że zakopała się w książkach- odpowiedziałam zdziwiona.
-To rzeczywiście zaskakujące- przyznał Angello.
***
Przystanęłam przed bramą żółtej piętrówki, z czerwonym dachem. Powoli pchnęłam furtkę, gdy coś wpadło na mnie z impetem i powalając na ziemię przycisnęło do bramy i zaczęło się przymilać.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam ślepia wielkiego owczarka.
-Czarnuś, noga- rzucił męski głos. Pies odsunął się i szczekając radośnie pobiegł do starszego mężczyzny.
-Rany...- jęknęłam dźwigając się na nogi.- Dzień dobry...- rzuciłam otrzepując się ze śniegu.- Jest Stacia?
-Dzień dobry. Wejdź, wejdź- odparł z uśmiechem.
-Callisto..- Blondynka nie zdawała się zaskoczona moim widokiem.
-Co tam?- Rzuciłam lekko.
Poszłyśmy na górę do jej pokoju.
-Chyba wiem, o czym chcesz pogadać- zauważyła Stacia. Przez jej oczy przeszedł czerwony błysk, a zza drzwi pokoju rozległ się syk i szybkie kroki.
Przysiadłam na pufie rozpinając płaszcz.
-To prawda, że chcesz dołączyć do klanu Féu?- Zapytałam ostrożnie.
-Wujek zaczyna coś podejrzewać.. Poza tym omal nie zabiłabym Malcolma.. Jeszcze do tego Hannah i Thomas- westchnęła ciężko.- No i Merri w tym cholernym szpitalu..
-I może mi jeszcze wciśniesz, że to twoja wina?- Zapytałam niechętnie.
-Jestem potworem, chyba to rozumiesz..?- Zaczęła z goryczą.
-Nieprawda- zaprzeczyłam ostro.- Gdybyś naprawdę była potworem, już dawno ktoś by zginął.
-To nie ma sensu; Raven..- Anastasia leżała na łóżku i gapiła się w sufit.- Ile będę mogła z tym walczyć? Rok...? Dwa..?
-Hej, ty tam!- Krzyknął głos wujka Anastasii.- Natychmiast złaź z muru!
-Zaraz..!- Jęknął chłopak.
-Zabijesz się, durny dzieciaku! Złaź stamtąd!
Obie wybiegłyśmy na balkon. Stacii opadła szczęka na widok wspinającego się po cegłach Thomasa.
-Co, ty idioto robisz??!! Chcesz zlecieć na łeb i się zabić, ty bezmózga amebo??! Zejdź stamtąd debilu, i to już!- Krzyknęła z wściekłością. Rzuciła w niego czymś.- Złaź natychmiast!
Stojący na dole pan Forbes gapił się zdumiony na bratanicę ochrzaniającą chłopaka.
Thomas nie odpowiedział. Podniósł głowę i zrozumiałam dlaczego. W zębach trzymał czerwoną różę.
Nagle jego stopa zesmyknęła się z cegły, a Thomas zacząl spadać. Forbes zbladł, a Stacia bez wahania wyskoczyła. Pochwyciła spadającego i delikatnie sprowadziła go na ziemię.
Mężczyzna z przerażeniem zamknął oczy.
Stacia wylądowała twardo na ziemi i nim Thomas się obejrzał zarobił przez łeb.
-Jak już chcesz jebnąć samobója, to idź sobie gdzie indziej, sześcienny debilu- zwymyślała go wściekła blondynka.
-To dla ciebie- powiedział speszony zaciskając jej palce na kwiecie.
-Możesz wziąć tę różę i ją sobie wsadzić..- burknęła urażona blondi.
-I tak będę się starać, Ana- rzucił lekko. Odchodząc, jednym susem przeskoczył dwumetrowy płot. Jeszcze przez sekundę mignęły mi podeszwy jego glanów.
-Cooo..??- Stacia zamarła w bezruchu opuszczając dłoń z kwiatem do boku.
Forbes powoli otworzył oczy. Zobaczył Stacię, nie zauważył mokrej plamy po Thomasie i zaczął się zastanawiać, o co tu chodzi.
-Ktoś mi wyjaśni; co się tutaj dzieje; do jasnej anielki??- Zapytał głośno wstrząśnięty.
Wyskoczyłam barierką i chwytając się konaru drzewa rozbujałam się i wylądowałam na twardym gruncie.
***
-I chcesz mi tu wmówić, że Anastasia jest...? Żarty sobie stroisz, czy ki czort..?- Wybuchnął rozdrażniony facet.
-Ona nie robi sobie żartów, wujku- powiedziała cicho blondynka. Nerwowo obracała na stole kubek z herbatą.
-Stacia- nastolatek rzucił w nią czymś. Blondynka złapała grzechoczące pudełko.
-Mówiłam ci, chyba, żebyś nie grzebał w moich rzeczach; nie?- Syknęła ze złością.
-O co ten cały hałas..? Jeju...- Jęknął znudzony chłopaczyna.
-Mogę..?- Spytałam. Stacia podała mi pudełeczko z wyrzeźbioną na przesuwnej deseczce Księżycową Różą. Odsunęłam otwarcie i spojrzałam na białe tabletki z wytłoczonym na nich..
-SBP-X-003- odczytałam.- Skąd to masz..?- Zapytałam zaskoczona.
-Stary Carlos zwinął komuś dostawę..- odparła krótko.
-Co to jest?- Zapytał podejrzliwie pan Forbes.
-Suplement krwi. Pijawy dałyby się za to pokroić- odparłam z namysłem.
-Wampiry nie istnieją- Forbes upierał się przy swoim.
-Och, doprawdy?- Spytał Bathory chwytając szybko chłopaka.
-Powinieneś zostać zaproszony..- zauważyłam chłodno, sięgając do lewej cholewy.
-Zaproszony, zaproszony.. Pfff!- Zakpił Bathory.- Zostałem zaproszony przez poprzedniego pana domu.
-Uważaj, bo ci uwierzę. Poza tym puść go, jeśli nie chcesz mnie wkurzyć- syknęłam z groźbą.
-A co, jeśli chcę cię wkurzyć..?- Zadrwił.
Wtedy jego ubranie zabarwiła krew. Czyjaś dłoń przeszła na wylot przez pierś Bathor'ego; który puścił chłopaka.
-To, nędzna padlino- Odparł usypiający ton, a Stacia poruszyła się niespokojnie na zapach krwi.
-Nie trafiłeś w serce.. Coś słabo z twoją celnością; Jean- rzucił z sykiem Bathory.
-Nie zabiłem cię; bo jeszcze mi się przydasz- Wampir opuścił rękę, a na podłogę skapnęło trochę krwi. spokojnie odsunął nastolatka i spoliczkował Bathorego; który ukląkł z dłonią przy sercu.
-Żebym cię więcej nie widział z jakimkolwiek dzieckiem- prychnął Starszy ruchem głowy wskazując Bathor'emu drzwi. Blondyn zniknął.
-Jak wygłodniałe hieny..- skomentował Féu pogardliwie.
-Kim..? Właściwie to..- Forbes był zmieszany obecnością Wampira.- D-Dziękuję za..
-To drobnostka- Féu skinął nam głową na powitanie. Stacia skłoniła lekko głowę, a ja wsunęłam broń spowrotem odwzajemniając powitanie skinieniem.
-Możemy porozmawiać, Anastasio?- Zapytał Wampir uprzejmie.
-Oczywiście- Stacia wstała od stołu i poprowadziła Starszego do salonu, po czym zamknęła za sobą drzwi, a chłopak obserwował z zainteresowaniem Wampira.
-Jak to się stało..?- Zaczął zdumiony pan Forbes.
-Nadal podważa pan istnienie wampirów po tym przed chwilą?- Zapytałam spokojnie.
-On jest totalnie zajebisty..- wymamrotał z podziwem nastoletni brunet, wpatrując się w drzwi salonu.
-Sam już nie wiem- oznajmił cicho.- Staram się spróbować zastąpić jej rodziców, ale czasem nie potrafię jej zrozumieć..
-Chyba coś o tym wiem...- westchnęłam ciężko.
Nagły trzask sprawił, że wszyscy podskoczyliśmy.
-To twoja ostateczna odpowiedź, Jeanie Féu..?- Zapytała z niedowierzaniem Stacia.
-Owszem; Anastasio. Zastanów się: masz kochającą rodzinę i przyjaciół; jesteś uroczą dziewczyną. Dołączając do klanu, stracisz to wszystko- powiedział Starszy spokojnie, ale i smutno.
-Lepiej byłoby im beze mnie- odparła z porażką.
-Jest też drugi powód mojej odmowy, Anastasio- przyznał Féu z powagą.- Szczerze mówiąc, w pewnym sensie mnie także jesteś bardzo bliską osobą. Mógłbym nawet nazwać cię przyjaciółką- dodał ciepło.
-Jak to..?- Zapytała Stacia z niemałym zaskoczeniem.
-Zwyczajnie. Jesteś wyjątkowym wampirem- odparł Starszy.- Drzwi mojego domu zawsze będą dla ciebie otwarte, gdybyś potrzebowała rady; ale nie wracajmy już więcej do tej rozmowy, mon cher.- Féu pchnął drzwi salonu i żegnając się wyszedł z domu.
Stacia siedziała przy okrągłym stoliku i zamyślona patrzyła na grubą lazurytową obrączkę, na kciuku prawej dłoni. Po jej twarzy spłynęła błyszcząca łza.
-Przyjaciele; hmm?- Mruknęła z zastanowieniem.- Taa, przyjaciele; Jean..- westchnęła ledwie słyszalnie, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Wieczór był chłodny, prószył śnieg. Nasz stowarzyszeniowy pupil, Gacuś buszował po pokojach, jakby szukając czegoś. Zaciekawiony wsunął spłaszczony pyszczek przez drzwi i miałknął mniej przeraźliwie, niż zwykle.
-Dobry sierściuch..- mruknęłam chcąc by trzymał się z daleka. W odpowiedzi przekrzywił łepek i spojrzał identycznie, jak patrzył na mnie Jason, kiedy żył.
-Spadaj na tłuste myszy- rzuciłam w niego miękkim kapciem.
Ku mojemu zdziwieniu czarny kocur wziął go w pysk i przyciągnął mi spowrotem.
-Dziwny zwierzak- rzucił od progu zielonooki, obserwując kota bawiącego się laczkiem.
Gacuś nagle puścił but i z postawionymi uszami wbił ślepia pod łóżko. Przyczaił się i obserwował. Zaatakował. Spod mebla czmychnęło białe futerko na małych łapkach, za którym Gacuś rzucił się w pościg.
-No, patrz.. Mysz Devona się znalazła- zarechotał Michael.
-Będzie wesoło- rzuciłam z ironią.
-Zostaw ją, ty mały morderco!- Devon sprintem gonił kota, a my pokładaliśmy się ze śmiechu; obserwując tę gonitwę.
Myszka po zasłonie wdrapała się na karnisz, Gacuś wyhamował i wbił patrzały w górę. Devon nie zdążył.
Potknął się o coś i z rozpędu wyłamując drzwi wpadł do graciarni. Przeklinając soczyście zaczął wygrzebywać się z rupieci.
Kot prychnął, jakby pogardliwie, i zamiatając postawionym ogonem odszedł.
-Ciekawe, jak ją teraz stamtąd zdejmę..- burknął pod nosem Devon ze złością.- Pieprzony mały morderca..
-Vicky: Gacuś; jeden: zero- zarechotał Michael.
-Bardzo śmieszne, Płomień- sarknął mój kuzyn.- Jeszcze te cholerne drzwi do naprawy.. Wszystko przez tego cholernego kota..
***
Kilka dni później, piątkowy wieczór..
Devon zatrzymał się, jak wryty w progu swojej sypialni gapiąc się na coś.
-Co to ma być do...?- Zaczął wolno.
-O co biega..?- Stanęłam za nim i opadła mi szczęka.
Gacuś leżał na swoim posłaniu i popchnął nosem porzucony chrupek w stronę siedzącej w pobliżu białej myszki. Ta poruszyła wąsikami i zapiszczała, po czym żarcie zniknęło w jej pyszczku. Kot podniósł się i biorąc mysz...
Devon poruszył się niespokojnie. Michael powstrzymał go.
-Zobaczymy, co zrobi..- szepnął zaciekawiony.
...w pysk wskoczył na szafę.
-On ją pożre..- zaczął Devon z przestrachem.
Nadal obserwowałam dziwne zachowanie kota. Gacuś oparł przednie łapy o zamkniętą klatkę i miałknął majstrując coś przy drzwiczkach. Widocznie próbował je otworzyć.
Delikatnie odłożył Vicky na blat i wrócił ku klatce. Znów się o nią oparł i sięgnał przez pręty do blokady. Mocował się przez długą chwilę; ale w końcu ją otworzył.
-Co ten głupi pchlarz robi..?- Zaczął Devon zaskoczony.
Vicky wskoczyła Gacusiowi na łeb popiskując radośnie, kot odsunął się od klatki z trudem wyjmując łapę spomiędzy prętów machnął nią w stronę wejścia z miałknięciem, jakby mówił: naucz ciula, żeby nie zamykał klatki, dobranoc.
Mysz zsunęła się po łapie kocura i z mega radochą wylądowała w trocinach, a Gacuś podreptał dumnie na swoje posłanie. Kładąc się zamknął ślepia i udawał, że śpi.
-Niedowiary...- wymamrotał oszołomiony Devon.
-Ten kot jest naprawdę extra dziwny- zawtórowałam z zaskoczeniem.
-A może ostatnio chciał się z Vicky pobawić?- Spytał Michael unosząc brew.
-Taa, pobawić. Już to widzę- odparł orzechowooki powątpiewająco.
Tydzień później; sobota, piętnasty dzień lutego.
Obudził nas wrzask Devona i jego bieganina po pokoju.
-Choleeeera jasnaaa! Zaspałeeem!- Jęknął głośno rozzłoszczony. Trzasnęły drzwi, Devon przebiegł korytarzem aż się za nim kurzyło. Zauważyłam, że był ubrany na jakąś specjalną okazję.
-Gdzie zaspał? Przecież weekend jest...- mruknął sennie zielonooki.
-A żebym to ja wiedziała- jęknęłam ironicznie.- I te ciuchy...- skomentowałam wolno.
W drodze na śniadanie usłyszeliśmy taką oto wymianę zdań:
-Od rana narobi rabanu...- rzucił Horse ziewając.
-I weź tu potem zaśnij, kurna..- dodał Vładimir. Ziewnął głośno.- Ciekawe po co sie tak odpicował..
Przysłuchiwaliśmy się trochę z boku, zastanawiając się po cichu; jakie wyjdą z tego plotki.
•••
-Co tam, ciulu?- Rzucił Horse i z zaskoczenia walnął Devona.- O, w mordkę..- Zdumiał się.- Spotkałem anioła..- Wymamrotał z podziwem, wpatrując się w dziewczynę.
-Co, żulu?- Devon zapodał mu kopa w zad.
Horse nadal gapił się na dziewczynę okrytą kurtką Devona.
-Przepraszam cię na chwileczkę- rzucił uprzejmie Devon i pociągnął Horse'a za sobą. Dziewczyna kiwnęła głową pochłonięta podziwianiem wiszącego na ścianie obrazu z historii łowców.
Michael szedł właśnie do pokoju. Na jej widok nie trafił w drzwi i przywalił nosem w futrynę. Klnąc pod nosem wszedł do sypialni.
-Patrz czasem, gdzie chodzisz- uśmiechnęłam się całując go lekko.
-Co to za laska?- Spytał szeptem.
-Prawdopodobnie obecna narzeczona Devona. Przyszli razem- odparłam patrząc z zaciekawieniem na blondwłosą piękność.
-Nawet ładna.. Co..?- Zapytał łapiąc poduszkę, którą w niego rzuciłam.
-Ty się jeszcze pytasz: co?- Rzuciłam w niego kolejną poduszką. Zniknęłam i pojawiłam się tuż za nim obejmując go.- Jesteś mój i tylko MÓJ- powiedziałam z zazdrością.
-Moja ty zazdrośnico...- zamruczał wesoło. Obrócił się i wziął mnie na ręce.- Ale jesteś ciężka...- Westchnął z lekkim śmiechem.
-Fajnie, że jestem gruba.. Dzięki..- Burknęłam obrażona.
-Kochanego ciałka nigdy za wiele, mój grubasku- zarechotał zielonooki, odgarnął mi grzywkę pieszczotliwie. Szturchnęłam go mocno.- Może byś coś jeszcze zjadła?- Zapytał troskliwie patrząc na mnie ciepło.
Przeciągnęłam się w jego ramionach.
-Pączki- powiedziałam z rozmarzeniem.
-Czy ktoś tu mówił pączki?- Zapytał Devon. Wchodząc z torbami ze spożywczego. Towarzyszyła mu blondi.
Trzask. Lucian przycisnął rudą do ściany.
-Mam wrażenie, że wiesz zdecydowanie więcej, niż mówisz- oznajmił podejrzliwie czarnooki, patrząc prosto w ogniste tęczówki.
-Ty też skłamałeś- odparła miażdżąc go wzrokiem.
Lucian puścił i cofnął się o krok opuszczając rękę.
-Nie wiem, do czego zmierzasz..- powiedział wolno.
-Nie udawaj, że nie wiesz- żachnęła się.
-Nie mów, że dałaś Mu się omotać!.- Warknął ostro Lucian.
-O czym gadacie?- Zapytał Michael wchodząc do sypialni.
-O niczym- odparł Lucian nagle obojętnie. Mijając nas spojrzał Michaelowi w oczy z dziwną miną. Wyszedł mrucząc coś pod nosem.
-Właściwie o co wam poszło?- Zaczęłam wolno.
-Luciana coś martwi- odparła cicho zapatrzona na las.
-A... Mogę wiedzieć, kim był ten..?- Michael oddychał głęboko.
-Który z was wszczął walkę?- Zapytała.
-Jeśli chodzi ci o to, kto zaatakował pierwszy, to on- odparł cicho.
-Tak myślałam- westchnęła do swoich myśli.- To był właśnie wasz łowczy Anioł.
-Czemu Lucian pytał, czy widziałem jego twarz?- Zdziwił się Michael.
-Przesąd mówi, że jeśli ktoś zobaczy Lico Anioła nie dożyje trzydziestki- powiedziałam cicho.
-Czy łowcy naprawdę są aż tak przesądni?- Jęknął z irytacją.
-"Przyjdę w odpowiednią godzinę"- Zacytowała Jane z namysłem. Stanęła przed Michaelem i objęła dłońmi jego twarz.- Powiedz mi prawdę; paniczu..- zaczęła błagalnie patrząc mu w oczy.
-Nie widziałem jego twarzy, Jane; przysięgam na nasz Pakt- odpowiedział poważnie patrząc w jej ogniste oczy.
Rudowłosa odsunęła się opuszczając ręce.
-Patrzyłeś na niego- odezwała się z wahaniem.
-Miał ładny płaszcz- Michael starał się obrócić to wszystko w żart.
-Nie żartuj sobie; Paniczu- Odparła ostrym tonem.
Anioł Rodu Płomień, Jane.
Lucian siedział w rozłożystej koronie dębu i patrzył w dal na las. Czy naprawdę pocałowałam Archanioła wyższej rangi?
Zamknęłam oczy półleżąc w fotelu, w jednym z salonów budynku Stowarzyszenia, starając sobie przypomnieć, jak zaczęła się moja przygoda z Rodem Płomienia...
Linia rodu ma swoje korzenie we Francji. Mój pierwszy panicz, imieniem Armand- niemniej przystojny, jak sławny rycerz oczarował mnie od pierwszego spotkania, a ja- buntowniczy Anioł, któremu groziła utrata skrzydeł- postanowiłam się zmienić.
-Naprawdę ten szlachcic? Masz kiepski gust- Jęknął z boku Archanioł Gabriel.
-Ten i żaden inny- odparłam zdecydowanie.
-Stawiasz sobie wysoką poprzeczkę- stwierdził. W jego dłoni pojawił się kajet, który otworzył.- Armand Jacquess Féu, szlachcic herbu Płomień. Uparty, nieugięty i zatwardziały niewierzący. Porzucił wiarę po stracie ukochanej żony, która..
-Wiem, wiem zmarła w połogu..- jęknęłam niecierpliwie.
-Jesteś szalona, Angel.. Widziałaś, jak wygląda jego Stróż.. To beznadziejny przypadek- zauważył z niechęcią.
-Sam mówiłeś, że każdego da się podnieść z upadku- odcięłam się z ironią.
-Twoja determinacja mnie powala, ale w porządku.- zauważył wyciągając zza szaty pieczątkę. Podbił i coś zapisał.- Od tej chwili jesteś zdana na siebie. Powodzenia- Rzucił na pożegnanie takim tonem, jakby nie wierzył, że coś z tego wyjdzie.
-Narka; Gabryś- mruknęłam ucieszona, że pozbyłam się upierdliwego towarzysza.
Nie sądziłam jednak, że ów szlachcic jest nawet bardziej upierdliwy, niż sam Archanioł.
-Ale leeejeee!.- Jęknęłam idąc ku posiadłości w oddali, którą wskazał mi jeden z okolicznych chłopów, przeklinając szlachcica, o którego pytałam, w żywy kamień.- Przemmokkłłammm- zagrzechotałam zębami trzęsąc się z zimna.
Usłyszałam huk wystrzału.
-Czego strzelasz, głupi?! Dziecko zbudzisz!- Warknął głos od otwartej okiennicy jednej z frontowych komnat.
-Baby się boi, to strzela- odparł z rubasznym śmiechem inny mężczyzna.
Szłam dalej ku posiadłości.
Zapukałam do drzwi..
-Kogo tam diabli niosą?!- Zaklął jego głos.- Marié otwórz. Jeśli to jakiś żebrak, każ mu się wynosić.
-Oczywiście, paniczu- zająknęła się dziewczynina.
**
-Ktoś ty..?- Zapytała po otwarciu odrzwi.
-Chciałabym poprosić o schronienie. Koń mi uciekł i zaskoczyła mnie burza- odpowiedziałam cicho.
-Jeszcze nie widziałam kobiety, która jeździłaby konno. Odejdź- oznajmiła zamykając mi drzwi przed nosem. Zza nich usłyszałam strzęp rozmowy.
-Przynieś wina- Rzucił Armand Féu, usłyszałam jego kroki. Drzwi znów się otwarły.- Kim żeś jest?- Zapytał nieufnie. Zobaczyłam jego przystojną twarz i promieniście zielone oczy.
Powtórzyłam bajeczkę o koniu i całej reszcie.
-To tylko jedna noc..- powiedziałam błagalnie.
Przyglądał mi się srogo.
-Wejdź- powiedział w końcu.- Nawet psa nie wyrzuciłbym w taką pogodę.. Marié, zajmij się naszym niezapowiedzianym go...- gdy zdjęłam kaptur urwał, gapiąc się na mnie zdumiony.
-Paniczu..?- Zaczęła zaniepokojona Marié. Mężczyzna nie mógł wypowiedzieć słowa, zbladł jak kreda i zachwiał się, opierając o coś dłoń, by utrzymać równowagę.
-Waszmość...?- Zapytał drugi z mężów wychodząc z komnaty.
-To ona...- szepnął przerażony Féu. Chyba zaczął majaczyć.- Ona... Ratuj... Bij..
-Wybacz, pani... Ostatnio nie najlepiej ze zdrowiem panicza..- powiedziała cicho blondynka.
-Mogę pomóc?- Zapytałam z troską.
-Powinnaś się ogrzać, pani. Zaraz przyniosę odzienie- mówiąc to powiodła mnie za sobą.
*
Następnego poranka.
-Zaniosę to- oznajmiłam odbierając jednej z dziewek tacę z dzbankiem pełnym wody i jakimś lekarstwem.
-Ale..
-Chcę pomóc- oznajmiłam idąc z nią do sypialni. Zapukałam i weszłam.
-Gloire, co ty wyprawiasz, na..- Zaczęła rozzłoszczona Marié.
Dziewczyna skuliła się wbijając wzrok w podłogę.
-Wróćcie do obowiązków, proszę, zajmę się paniczem- powiedziałam uprzejmie.
-Panicz się wścieknie, jeśli ci na to pozwo.. Boże w niebiosach.. Czarownica..- wyszeptała przerażona Marié.
-Nie jestem żadną czarownicą...- wzięłam z tacy jakieś zioło i powąchałam.- Chcecie go otruć, na Boga..?- Zdumiałam się.
-Otruć panicza..? Czyś ty..?- Zaczęła z oburzeniem Marié.
-To zioło jest trujące- sięgnęłam do sakwy przy ubraniu i sama zaczęłam sporządzać napar.
Mężczyzna przebudził się i rozejrzał. Zobaczył mnie i zbladł.
-Zostawcie nas..- nakazał dziwnie spokojnie. Głos miał słaby, był zlany potem.
Służba wyszła, a mężczyzna przyglądał mi się w milczeniu.
-Skoro masz mnie zabić, zrób to..- oznajmił cicho.
Znieruchomiałam, a po chwili wybuchnęłam śmiechem.
-Zabić cię?- Zapytałam wesoło, ocierając łzy z oczu.- Co też, waszmość, wygaduje?
Wcale nie mam zamiaru cię uśmiercić- odparłam zaskoczona.
-Nie pogrywaj sobie- prychnął ze złością.- Kto cię nasłał?
-Nikt- odparłam wzruszając ramionami. Przytknęłam szkło z lekarstwem do jego ust i przechyliłam.- To ci pomoże.
Z wahaniem przełknął i odetchnął ciężko.
-Czego chcesz, jeśli nie mojej zguby? Kim jesteś?- Zaczął pytać.
-Właściwie to przyszłam tu, bo...- i podjęłam opowieść.
*
-To wierutna bzdura- zaczął oddychając ciężko.- Anioły nie istnieją. Bóg nie istnieje- zatkałam uszy, żeby tego nie słyszeć.
-Pogrzebałeś wiarę, bo straciłeś żonę?- Zapytałam nie wiedząc, że tylko go tym rozdrażnię.
-Skąd o tym wiesz??!- Złapał mnie za gardło i przyciągnął mocno do siebie.
-Wiem o tobie wszystko- odparłam spokojnie patrząc w te zielone oczy.- Wiem też, że bardzo cierpisz po jej stracie; a upijanie się niewiele ci w tym wszystkim pomoże, wierz mi.
Jego wyraz twarzy się zmienił, dłoń puściła, a on zaczął cicho płakać.
-Łatwo mówić komuś, kto nikogo nie stracił..- powiedział zrozpaczony.- Czego właściwie chcesz? Czego..?- Wyglądał tak, jakby wcale nie mu zależało na poznaniu odpowiedzi.
-Chodzi o to, że...- zaczęłam mówić.
-Nie może to być!.- Oznajmił zaskoczony.- Wyglądasz na szlachciankę, a prosisz o służbę.. To szaleństwo.. Jesteś szalona..- powiedział z przekonaniem.
Gdzieś już to słyszałam..- przemknęło mi przez myśl.
-Nie mogę cię zmusić, byś w to uwierzył; ale mogę na to zapracować- odparłam chytrze się uśmiechając.
Zastanowił się przez chwilę.
-Skoro wiesz o mnie wszystko, powiedz, jakie imię nadałem synowi..
-Gabriel Armand; drugie miano nadała mu matka na łożu śmierci, każąc ci obiecać, że nie znienawidzisz syna- odparłam spokojnie.
-Nie wiedział o tym nikt, poza mną- potwierdził zaskoczony. Pogrążył się w rozmyślaniach.- Muszę to przemyśleć, zostań ile zechcesz..- Lekarstwo zaczęło działać. Zasnął.
Powróciłam do rzeczywistości i otwierając oczy westchnęłam głęboko.
-Jane...?- Na dźwięk głosu Michaela podskoczyłam.
-Nie strasz mnie, paniczu...- wydyszałam z przestrachem.
-Kurczę, coś ty taka?- Zapytał zdziwiony.
-Zaskoczyłeś mnie i tyle- odparłam lekko.
Michael rozwalił się na drugim fotelu i spoglądając na mnie z boku zastanawiał się nad czymś.
-Czemu wszyscy łowcy są tak zajebiście zabobonni?- Burknął nagle rozdrażniony.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Dlaczego?- Spytała leniwie.- Od zawsze ludzie byli przesądni. Zaczęło się w średniowieczu..
-Czasem mam wrażenie, jakby nadal było to całe "Średniowiecze"; a ja w tym wszystkim to jakiś ciul i wszystko dlatego, że przez pół życia nie miałem o niczym pojęcia- jęknąłem urażony.
CIUL, czyli: Całe Istnienie Urabiany Laluś.
-Twój ojciec chciał cię chronić- O, matko: znów się zaczyna..
-Taaa. Wiem. Łapię- prychnąłem.- Gdzie jesteś? O której wrócisz? Bla, bla, bla. Obiad masz... A nie, wróć!. Do tego nie mam zastrzeżeń- stwierdziłem powoli.
-Jesteś na niego o to zły?- Zapytała cicho.
Westchnąłem ciężko.
-Sam nie wiem... Po prostu denerwuje mnie ta jego nadopiekuńczość- powiedziałem cicho.
-Zrozum... On ma tylko ciebie, a ty jego..- słowa Callisto.
Skrzywiłem się.
-Rozumiem to, ale nie może przez całe życie prowadzić mnie...
-Chcesz powiedzieć co innego- zauważyła płomiennooka.
-To znaczy?- Zapytałem ostrożnie.
-"Nie może mnie cały czas ograniczać"- Zacytowała.
-Podobno nie możesz grzebać mi w głowie- zauważyłem wolno.
-I nie grzebię. Zwyczajnie czuję, że jesteś zły na...
-Tu nie chodzi o złość, Jane...- westchnąłem ponuro.- Nie lubię tego, że zamiast normalnie porozmawiać, żremy się jak wściekłe psy.. Ciągle, jak cholerny bumerang, wraca śmierć Billa.. Czasem nie mam po prostu sił.. Nie mam sił, by o tym gadać. W kółko to samo. Na okrągło. Jakby.. Jakby miał o to żal..- Udając, że poprawiam okulary, szybko otarłem łzy.
Zawsze z trudem wspominałem starszego brata, bo... W jakiś sposób czułem się winny jego śmierci. Kiedy żył potrafiliśmy się bić i kłócić o błahostki lub spędzaliśmy czas- godzina za godziną- na grze w karty i rozmowie o byle czym.. Tęskniłem za tym. Za jego ulubionym przezwiskiem, którym we mnie rzucał. W sumie nigdy nie rozumiałem czemu nazywa mnie "czterookim".
*******************************
Kilka dni później, cmentarz w leżącym nieopodal mieście.
Szedłem alejką ze zniczem w dłoni rozglądając się po nagrobkach. Wreszcie stanąłem przed grobem. Z płyty patrzył na mnie utrwalony na fotografii mój brat.
-Dawno mnie tu nie było, co?- Mruknąłem przesuwając palcami po literach jego imienia. Trzęsącą się dłonią odgarnąłem śnieg z grobu i zapaliłem znicz.- Powiedz mamie..
-Pani wiedziała- usłyszałem za sobą cichy głos Jane.
-Skąd mogła wiedzieć, byłem bardzo mały, gdy.. Gdy..- znowu poczułem pustkę samotność i zagubienie, jak zawsze, kiedy przychodziłem na ich grób. Bez słowa położyła mi dłoń na ramieniu.
I to zdanie...
"Przyjdę w odpowiednią godzinę"
Zadawałem sobie różne pytania. Po co lub kogo Suriel chce przyjść? Po mnie, choć nie widziałem Jego twarzy; jak mówił przesąd? Kiedy zamierza przyjść? Czego zechce?
I najważniejsze.
Co zechce mi odebrać??
Bałem się poznać odpowiedzi na te dręczące mnie pytania.
A jeśli to On podsuwał mi te sny(?)- według legend to przecież upadły anioł przywrócony do..
-Jeśli coś im grozi...- szepnąłem z determinacją, jednocześnie obiecując sobie, że będę je obie chronił.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Poczułam muśnięcie dłoni na swej twarzy. Przewróciłam się na drugi bok, szepcząc pytająco:
-Michael...?
Wyciągam rękę w tamtą stronę i czuję obok siebie pustkę. Otwierając oczy nieprzytomnie rozglądam się po sypialni.
To wyraźne uczucie czyjejś obecności..
W tej samej chwili, czując poranne mdłości zrywam się z łóżka i niemal biegiem zmierzam w stronę łazienki.
-Kiedy to się skończy.. Jezu..- wymamrotałam z trudem.- Stanowczo wolę całować się z twoim ojcem, niż z muszlą klozetową- mruknęłam z jawną niechęcią, wlokąc się spowrotem do pokoju.
Na łóżku po jego stronie stał koszyk.
"Ze wszystkich słodyczy świata, to Ty jesteś tą najsłodszą"- Napisał na wyrwanej z notesu karteczce, która leżała we wnętrzu wielkiego kosza z łakociami.
-Mój Pyszczulek..- mruknęłam pieszczotliwie sięgając po transfuzyjną. Wbiłam słomkę w plastik i poczułam dość mocne kopnięcie.- Co..?- prychnęłam cicho.
Kopnięcia zmieniły się w delikatne szmeranie w brzuchu. Zatrzęsłam się z trudem powstrzymując chichot.
Rozłożyłam się wygodniej owinięta w pościel.
-Jesteś kochany...- Mruknęłam pod adresem Michaela.
Zawsze, gdy wstawał wcześniej, by przynieść mi śniadanie, po jego stronie łóżka czekało na mnie coś słodkiego. Byłam przez niego strasznie rozpieszczana.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Podniosłem wzrok i spojrzałem w dal nadal rozmyślając. Podobno nikt nigdy nie widział Anioła, więc co zamierzał on osiągnąć ukazując się teraz?
-Paniczu..- Jane zasłoniła mnie, w jej dłoni błysnął stary klucz zmieniając się w miecz.
Przed oczami mignął mi czarny prochowiec.
-Anioł Rodu Płomienia- miałem dziwne wrażenie, że Suriel się uśmiecha.
-Czego chcesz od mojego panicza?- Zapytała ostro.
Odpowiedział jej śmiech.
-Od panicza... Hm..- Udał, że się zastanawia.- Właściwie mam pewne plany co do tego maleństwa, które jest taką tajemnicą- przez ułamek sekundy zdawało mi się, że spod kaptura błysnęły lazurowe oczy.
-Co chcesz powiedzieć przez "małe plany"?- Zapytałem powoli.
-Dowiesz się. W swoim czasie- Jane zaatakowała, ale Anioł zniknął.
-A niech to..- mruknęła rozglądając się nieufnie.
Stojąc nad grobem zacząłem się zastanawiać, co z tego wszystkiego wyniknie.
Jednak, jeśli zajdzie taka potrzeba, będę je obie chronić.
***
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
-Cześć, kochanie- rzucił, całując mnie na powitanie.- Nie jesteś głodna?- Spytał troskliwie.
-Jadłam już. Te dietetyczne hamburgery a' laaaa- beknęłam przeciągle- Caroline były nawet pyszne.
-Znów to śmieciowe żarcie?- Zapytał z niezadowoleniem.
-Sam spróbuj- odparłam podsuwając mu talerzyk z hamburgerem pod nos.
Zaczął gryźć bułkę z dodatkami. Długą chwilę żuł w ciszy.
-Ale pychota...- powiedział z pełnymi ustami.
-Nie mówiłam, że świetne?- Rzuciłam wymownie.
-Wiadomo, czyja szkoła- powiedział z dumą kobiecy głos.
-Ciocia Anne!- Rzuciłam się kobiecie na szyję.
-Witaj, Callisto. Widzę, że promieniejesz- odpowiedziała wysoka ciemnooka.
-Dzień dobry- Rzucił uprzejmie Michael.
-Dzień dobry, ty pewnie jesteś ten najcudowniejszy Michael. Callisto wiele o tobie wspominała..- Cała ciocia Anne! Straszna z niej papla.
-Ej, kto to był?- Spytał powoli.
-Matka Caro i Devona, ciocia Anne- odparłam.
-Trochę się już gubię w tej twojej rodzince...- przyznał zakłopotany.
-A to dopiero jej jedna trzecia- zarechotałam przytulając go.
-Jesteś w humorze- zauważył.
-Zawsze mam humor, gdy jesteś obok- odpowiedziałam wesoło.- Pyszczulku..?
-Co, Moje Kochanie?- Spytał zamykając moje splecione ręce w swoich. Te zielone oczy spojrzały na mnie.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nic, kocham cię- odparła całując mnie lekko za uchem.
-Ja ciebie bardziej- odpowiedziałem.
-Taaaa? Jak bardzo?- Szepnęła mi do ucha.
-Że chyba bardziej nie można- przyznałem.
***
Callisto przekręciła się na bok i przytuliła się mocniej do poduszki. Lubiłem patrzeć, jak śpi. W porę przytrzymałem kołdrę, zanim mi ją zwinęła. Uśmiechnęła się przez sen i przysunęła się bliżej.
Nie mogłem zasnąć. Ciągle rozmyślałem, jakie intencje ma wobec mojej małej córeczki.
Właściwie mam pewne plany co do tego maleństwa, które jest aż taką tajemnicą...
-Wcale nie jest tajemnicą, tylko niespodzianką..- mruknąłem do siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz