wtorek, 23 stycznia 2018

Hunter II: Bloodlust ~Sin Rozdział XXII: Tajemnice Rodu Kruka -Nauczyciel Półwampir-

-W pociągu wywiązała się walka. Akurat w przedziale, którym jechałem. To był pierwszy raz; gdy widziałem łowców w akcji...

Siedzący w przedziale mężczyzna obserwował przesuwające się w szybkim tempie widoki za oknem, słysząc przesuwające się drzwi spojrzał w tamtą stronę. Kilkunastu ludzi w czarnych strojach o równym kroju, z ośmioletnim chłopcem, blondynem o kręconych włosach z czarnymi, jak noc oczami, który wyczekiwał odpowiedniej chwili na ucieczkę. Był wyraźnie niezadowolony z towarzystwa ubranych w czarne peleryny ludzi; co okazywał obrzucając ich wyzwiskami i prawie co zdanie wtrącając jakieś przekleństwo. Jeden z nich przechodząc pytał o coś pasażerów, pokazując zdjecie. Przystanął nagle widząc mężczyznę z blizną i rzucił coś do towarzysza z drugiej strony. Obaj długą chwilę rozmawiali o czymś.
-Przestań się stawiać; albo tego pożałujesz; szczeniaku- warknął prowadzący chłopca wysoki mężczyzna.
-I niby co mi zrobisz; zapchlony kundlu Rady?- Zapytał dzieciak, patrząc wyzywająco w oczy rozmówcy.
-Otoczę cię szczególną opieką; mały- W tonie faceta pojawiła się ledwo słyszalna groźba. Odwrócił się do swojej towarzyszki i powiedział coś po włosku, ta skinęła głową twierdząco i oboje rozsiedli się wygodnie, sadzając chłopca pomiędzy sobą. Reszta ubranych w czarne stroje porozsiadała się na wolnych miejscach. Ów obserwator przyglądał się z zaciekawieniem chłopcu pyskującemu swemu opiekunowi.
-Jesteś wielkim kapuścianym głąbem; Fiedia- powiedział chłopiec z tajemniczym uśmieszkiem.- Jesteś głupi, jak jasna cholera.
Mężczyzna uderzył mocno dzieciaka; obserwator wstał z miejsca i złapał rękę ubranego w czerń; jeden z przechodzących obok studentów chwycił dziecko i osadziwszy je na miejscu zagadnął:
-To podłe bić takiego malca- zauważył patrząc w oczy ubranego w czerń mężczyzny.
-Mógłbyś się uprzejmie nie wtrącać?- Zapytał pilnujący chłopca facet ostro. Jego oczy przez ułamek sekundy błysnęły czerwienią.
Obserwator z trudem zachował kamienną twarz; lecz w głębi serca był zaskoczony tym, co widział. Zastanawiał się; w co on się właściwie wplątał.
Chłopiec odtrącił szybkim ruchem rękę młodzieńca z niezadowolonym wyrazem twarzy, jakby chciał powiedzieć: "mieliście się zjawić pięć minut temu; gamonie". Atmosfera zgęstniała. Sytuację obserwowali już wszyscy pasażerowie. W powietrzu wyczuwało się bójkę.
-A ty mógłbyś spróbować z kimś równym sobie, zamiast wyżywać się na takim małym aniołku- odparł młodzian zaskakująco spokojnie obracając coś w dłoni. Oczy obserwatora dostrzegły czubek sztyletu wyzierający zza jeansowej kurtki młodzieńca.
Opiekun bezczelnego dzieciaczka zacisnął zęby z wściekłą miną, próbując się opanować. Jednak chwilę później jego dłoń wystrzeliła w stronę młodego szatyna z piwnymi oczami chwytając go za kołnierz koszuli.
Piwnooki zacisnął dłoń z sygnetem, z emblematem lecacego kruka z kluczem w szponach, na wylatującej z rekawa rękojeści noża z wytłoczonymi na jelcu inicjałami: L. R. i chwilę później odciął tamtemu dłoń, która w zetknięciu z podłogą wagonu rozsypała się w proch. Wywiązała się bójka; piwnooki zagwizdał na palcach siłując się z facetem. Do wagonu wbiegło jeszcze kilku ludzi.
-Luca; uważaj! Na prawo!- rzucił ktoś. Piwnooki obrócił się i nacierającego nań "umundurowanego" posłał kopniakiem w drzwi.
-Gdzie młody?- Zapytał.
-Był tuż obok ciebie!- Odezwał się zielonooki okularnik okładając innego w czerni.
Brunet niezwykle podobny do piwnookiego zaklął w obcym języku ze złością.
-Ta suka zwiała z młodym- Burknął, kładąc dłoń na ramieniu piwnookiego, rzucił mu coś do ucha ciszej. Piwnooki poklepał dłoń i ruszył przed siebie obracając w palcach sztylet. Obserwujący to zajście pasażerowie byli zbyt zdziwieni całą sytuacją, by go zatrzymywać.
-Luca- rzucił za nim.
-Wiem; bracie- odparł Luca nie odwracając się. Przesunął drzwi na końcu wagonu i zniknął za nimi.
Młodzieńcy nie tłumacząc się z niczego opuścili przedział rozmawiając. Bójka była skończona. Wśród prochów pozostałych po właścicielach czarnych peleryn połyskiwała ciemnobłękitna biżuteria.
Mężczyzna z blizną usiadł na swoim miejscu obok turkusowookiej studentki, która patrzyła na drzwi poprzedniego przedziału zamyślona. Na szyi nosiła krzyżyk z podobizną jakiegoś anioła. Rysowała coś na rozłożonym na kolanach szkicowniku. Kilkadziesiąt minut później spod jej ręki wyszedł portret jednego ze studentów sprzed zaledwie chwili. Był to wysoki brunet z wisiorkiem nieśmiertelnikiem, z tym samym herbem, który nosił piwnooki.
Z następnego przedziału wracał właśnie Luca. Zajrzał dziewczynie przez ramię i rzucił z podziwem:
-Świetny; panno Holy.
Dziewczyna ze zdziwieniem uniosła wzrok, ale Luca zniknął już za drzwiami poprzedniego przedziału.
Godzinę później pociąg zatrzymał się na stacji docelowej i ludzie zaczęli wysypywać się na peron. Bliznowaty mężczyzna puścił przodem studentkę, która podziękowała mu z uśmiechem. W porę wyskoczył za nią i zdążył odsunąć dziewczynę na bok zamykając czyjąś pięść w mocnym uścisku. Tamten odsłonił kły warcząc:
-Nie wtrącaj się!- Sapnął próbując wyrwać pięść.
-Znalazł się damski bokser; hm?- Spytał z ironicznym grymasem Niemiec zaciskając mocniej dłoń, którą zablokował pięść wampira- kostki palców chrupnęły, a mężczyzna odepchnął syczącego z bólu faceta od siebie.
-Chłopaki; świeże mięcho!- Rzucił jeden ze studentów wyskakując z pociągu oknem.
Wampir zaczął biec stacją, a studenci rzucili się za nim w pościg. Wtedy brunet widząc dziewczynę uderzył w słup i wylądował na betonie.
-Cristopher wypadł z gry- rzucił jeden z młodzieńców ze śmiechem.
Wokół chłopaka zebrał się spory tłum ludzi. Bliznowaty przepchnął się mówiąc:
-Przepraszam, jestem lekarzem..- oznajmił krótko.
-Dranie- wymruczał chłopak z kpiącym uśmiechem, próbując wstać. Lekarz powstrzymał go i otworzył swoją torbę.
-Nic mi nie jest- burknął  niezadowolony Cristopher.
-Masz rozcięty łuk brwiowy, który trzeba opatrzyć; chłopcze- oznajmił mężczyzna z blizną na prawej stronie twarzy.
-Cristopherze Johnie Raven, gdzie reszta twoich piekielnych braci których miałeś obowiązek pilnować?- Zapytał męski głos tonem reprymendy.
-Ojcze, właśnie...- zaczął chłopak chcąc zerwać się na nogi.- Przed chwilą tu byli i.. Oni i tak mnie nie słuchają..- jęknął słabo.
-Nie wstawaj i nic nie mów, chłopcze- pouczył lekarz, opatrując młodziana.
-Lucian- siwowłosy, wąsaty staruszek rzucił to imię lekkim tonem.
-Oczywiście; paniczu- ciemnowłosy, o czarnych jak noc oczach Lucian ruszył biegiem przez peron.
-A my sobie jeszcze porozmawiamy, synu- Zwrócił się do rannego Cristophera.
-Cristopher, syneczku co ci się stało?- Przy chłopaku przycupnęła zmartwiona starsza kobieta.
-Wpadł na słup, proszę pani- oznajmił lekarz uprzejmie.- To prowizoryczny opatrunek; więc niech chłopak zgłosi się do najbliższego szpitala najprędzej, jak to tylko możliwe- oznajmił wstając.- Trzymaj się, młody.
-Pan też niech na siebie uważa- rzucił uprzejmie, patrząc mu w oczy z tajemniczym uśmiechem.
-Cristopher John Raven. Ten chłopak wiedział o mnie więcej, niż ja sam..- zakończył opowieść Bergmann.
-Zauważyłam, że profesor Grey...- zaczęłam.
-Nicholas i ja niezbyt za sobą przepadamy- przerwał mi spokojnie.
-Z jakiego powodu?- Zapytałam ostrożnie.
Bergmann uśmiechnął się krzywo, mrużąc oczy w słońcu.
-Ocaliłem kogoś; kto nie do końca był tego wart; panno Raven- powoli zgasił papierosa w popielniczce przy koszu i wstał.- Do zobaczenia w szkole- rzucił krótko, żegnając się ze mną.
-Do zobaczenia; profesorze- odparłam pogrążona w myślach.
Tuż za mną z drzewa zeskoczył Lucian.
-Martwiłem się. Długo nie wracałaś; panienko..- powiedział na powitanie z troską.
-Wracajmy do Stowarzyszenia, jestem już bardzo zmęczona...- powiedziałam sennie.
-Oczywiście; panienko- szepnął biorąc mnie na ręce. Oplotłam rękoma jego szyję, kładąc głowę na jego piersi i przymknęłam na chwilę oczy.
-Lucian.. Mogę cię o coś zapytać?- Szepnęłam mu do ucha; unosząc powieki.
-Oczywiście; panienko- odparł usłużnie zaglądając mi w oczy.
-Pamiętasz, jak moi rodzice się poznali?- Spytałam, a Lucian zachichotał lekko.
-Jak mógłbym zapomnieć coś tak zabawnego i ważnego dla mojego panicza?- Powiedział ze śmiechem.
-Zabawnego?- Zdziwiłam się.
-Panicz tak bardzo zapatrzył się na twoją matkę, że z rozpędu przywalił w słup na stacji kolejowej w Monachium.
-Ale oferma..- skomentowałam ze śmiechem. Wtedy zobaczyłam jadącego rowerem chłopaka- drugoklasistę naszego liceum- który widząc mnie w ramionach Luciana jechał dalej wlepiając w nas zdumiony wzrok. Jego przejażdżka skończyła się z kołem roweru między sztachetami płota; a Jon wylądował w krzewach róż- sąsiadki Tori; panny Forbes.
-Mniej więcej tak to wyglądało- zauważył Lucian; spoglądając na przeklinającego cicho chłopaka, przewrócił oczami; gdy poruszyłam ustami układając je w słowo "oferma".- Pani była piękną kobietą; przyciągała wzrok każdego chłopaka w akademiku. Właściwie głównie o pannę Holy wybuchały wśród młodzieży bójki. Kiedy zaczęła się spotykać z paniczem reszta studentów przybrała żałobę; co nie przeszkadzało im jednak, przesyłać kolejnych kartek na walentynki dla panny Holy- to ostatnie zdanie powiedział z takim niedowierzaniem, jakby nie mógł się nadziwić, jacy ludzie są czasami dziwni.
-Czyli z mojej mamy był "niezły towar"- rzuciłam śmiejąc się.
-To mało powiedziane; Cally- z najbliższej topoli zwisał...
Mój ojciec..
-Panicz...- Wyszeptał Lucian wpatrując się w granatowe oczy ukłonił się lekko, nie wypuszczając mnie z rąk.
-Co ty tu robisz?- Zapytałam ostrożnie; przyglądając mu się.
-Chciałem zobaczyć własną córkę; Callisto Anabelle- powiedział cicho.
-Zatem; gdzie byłeś po tamtej nocy; skoro żyjesz; ojcze?- Zapytałam z goryczą.
-Myślałem, że tak będzie lepiej, Callisto- odpowiedział z żalem brunet.- Chciałem porozmawiać.. Wytłumaczyć ci to wszystko..
-Wciągając w to wszystko przewodniczącego Stowarzyszenia i niewiadomo kogo jeszcze? Okłamując mnie?- Zeskoczyłam z ramion Luciana i stanęłam twarzą w twarz z własnym ojcem.
-Chciałem was chronić..- oznajmił cicho muskając dłonią moją twarz.
-I dlatego kazałeś Lucianowi zabić Grace??- Wybuchnęłam ze złością, nie słuchając go.
-Ja...?? O czym ty mówisz, Callisto Anabelle??- Zapytał blady jak ściana, z rozszerzonymi w zdumieniu oczami; którymi wpatrywał się we mnie, licząc, że okrutnie sobie z niego żartuję.- Nigdy nie skrzywdziłbym Grace... Nigdy nie pozwoliłbym...- Jego oczy nagle pociemniały gniewem- Mój bliźniaczy brat.! To jego sprawka!- Warknął nagle, domyślając się czegoś.
-Brat bliźniak panicza??- Lucian był tym faktem równie zdumiony, co ja.
-No, no... Wreszcie sobie o mnie przypomniałeś starszy braciszku- rzucił za nami głos.  Odwróciłam się i przetarłam oczy ze zdumienia! Wysoki brunet o granatowych oczach szedł w naszą stronę z drwiącym uśmieszkiem na twarzy.
Ojciec zagarnął mnie reką za siebie.
-Powinienem cię wtedy utopić; Christian- oznajmił lodowato mój ojciec; a Lucian obserwował Christiana nieufnie.
-Twoja piękna córeczka nawet nie zauważyła różnicy- na widok tego uśmiechu zrobiło mi się niedobrze.- Cally, chciałbym zamienić z tobą słówko, pamiętasz?- Zwrócił się do mnie lekko.
Zakręciło mi się w głowie. Lucian natychmiast pojawił się tuż za mną łapiąc mnie w powietrzu.
-Zabiję cię ty; łajdaku! Rozerwę cię na strzępy!- Warknął Cristopher Raven ruszając z miejsca z gniewem w twarzy.
Wyciągnęłam rękę i zacisnęłam palce na kapturze bluzy mego ojca, zatrzymał się rzucając przez ramię spojrzenie.
-Ojcze..- zaczęłam ochrypłym  głosem, było mi słabo coraz bardziej wirowało mi w głowie.
Mężczyzna przede mną wahał się drżąc z gniewu.
-Dopadnę cię; Christian, przysięgam...-zapewnił biegnąc za trzymającym mnie w ramionach Lucianem.
***
Pół godziny później; kwatera główna Stowarzyszenia Łowców..
-Co ty tu robisz; Cristopher?- Zapytał nieufny głos mojego ojca chrzestnego.
-Ojcze...- szepnęłam przez sen. Nagle otworzyłam oczy i rozejrzałam się nieprzytomnie po pokoju.
-Musimy bardzo poważnie porozmawiać; Luca- oznajmił napięty głos mojego ojca z powagą.- Alec i Jonathan są tutaj?
-O czym ty chcesz jeszcze rozmawiać? Już dość Callisto przez ciebie wycierpiała, powi...
-O moim bliźniaczym bracie; Luca...- przerwał mu najstarszy z braci; Luca zamilkł wpół słowa i mrugając oczami wpatrywał się oszołomiony w brata.
-Jakim bliźniaczym bracie??- Zapytał wstrząśnięty Luca Raven- Zaraz... Moment... To Christian żyje??!- Wypalił zdumiony.
-Zawołaj Aleca i Jonathana; proszę...- powiedział zmęczonym głosem mój ojciec. -Więc to nie ty byłeś wtedy z tą Czystokrwistą...- zaczął rozmyślać Luca.
-Wyjaśnię to, teraz idź; Luca, proszę.. - Ojciec złożył dłoń na ramieniu młodszego brata i spojrzał mu w oczy błagalnie.
Piwnooki skinął głową i wyszedł z pokoju.
******************
-Co jest ważniejszego; niż mój sen przed jutrzejszym dniem w robocie?- burknął wujek Jonathan, ziewając.
-Czego, grzecznie się pytam: czego?- Wymamrotał sennie Alec; drzwi się otworzyły.- Moi, kochani bracia; jak zwykle...- rzucił jadowitym tonem.
-Czepiaj się jego: mnie też wywlókł z łóżka niby pod ważnym pretekstem- wymruczał Jonathan.
-Mamy brata...- Zaczął Luca.
-No, coś ty.? Właśnie na niego patrzę.- rzucił Alec nadal jadowicie.
-Nie chodzi o mnie; barani łbie. Mamy piątego brata- powiedział Luca Raven.
-Chyba coś ci się przyśniło; Luca...- stwierdził z ironicznym grymasem Jonathan.
-A mówi ci coś Christian Swan; głąbie?- zaczął uszczypliwie wujek Luca.
-To on żyje?  Właściwie od kogo niby to wiesz?- Zapytał podejrzliwie Alec.
-Od Luciana- skłamał swobodnie mój chrzestny; gdy szli do mojej sypialni.
Piwnooki celowo wszedł ostatni i zamknąwszy drzwi na klucz rzucił go do mojego ojca.
-Cristopher, co ty tu..- zaczął Jonathan.
-Nie cieszysz się z widoku starszego brata?- Spytał z ironią mój ojciec.
-Chyba "zmartwychwstałego starszego brata"; chciałeś powiedzieć- zauważył Alec z naciskiem.- Nie  zapominaj, że byliśmy na twoim domniemanym pogrzebie.
-Zawsze byłem bardzo pomysłowy; co?- Mój ojciec uśmiechnął się blado.
-Aż za bardzo; Cristopher- stwierdził Jonathan wolno.
-O, rany...- Jęknęłam podnosząc się z łóżka.
-Callisto, o nim wie?- Zapytał cicho Alec.
-Niestety. Widziała go wielokrotnie; nie zdając sobie z tego sprawy. Dzisiaj poznała prawdę- oznajmił głos mojego ojca patrząc na mnie.- Cally..
-To mi się jednak nie śniło- mruknęłam przyglądając się ojcu.- Chcę znać całą prawdę...- zmierzyłam natarczywym spojrzeniem ojca i jego braci.
Mój ojciec pogrążył się w rozmyślaniach.
-Sam właściwie nie wiem, od czego zacząć. Twoi dziadkowie powiedzieli mi; że miałem brata bliźniaka, ale ułożyli historyjkę, że zmarł zaraz po urodzeniu. Wierzyłem w to bardzo, bardzo długo. Potem na świecie pojawili się kolejno Alec; Jonathan i Luca; więc zapomniałem o moim bliźniaku, rozbawiając twoich wujków rozrabiaków... Do czasu, gdy poszedłem do liceum. W połowie drugiego roku pojawił się on. Christian Swan: nie nadano mu naszego nazwiska, ale, gdy go zobaczyłem w szkole.. Wtedy zrozumiałem, że coś tu nie gra.. Długo nad tym myślałem i obserwowałem tego chłopaka. Wreszcie po kilku miesiącach zrozumiałem, że to wszystko kompletnie nie trzymało się kupy..- rozpoczął opowieść mój ojciec.
-To było wtedy; gdy pokłóciłeś się z ojcem?- Zapytał powoli Alec.
-Nie ładnie tak donosić na kolegów; Raven- rzucił za idącym w tłumie przyjaciół Cristopherem niezwykle podobny do niego chłopiec.
-Ktoś tu marzy o poprawionym kształcie swojego nosa- rzucił niebieskooki dryblas do Cristophera.
-Zignorujmy go; Angello- rzucił lekko Cristopher żując gumę.
-Nie udawaj głuchego, kiedy do ciebie mówię; Raven..!- warknął Swan odwracając ku sobie bruneta.- Pożałujesz tego, cholerny kapusiu...
-Czego chcesz; Swan?- nieco wyższy od niego Cristopher zbladł nagle widząc w stojącym tuż przed nim nastolatku swoje lustrzane odbicie. W ostatniej chwili uchylił się przed ciosem chłopaka; lecz nie omieszkał przy tym oddać przeciwnikowi. Angello i jakiś inny chłopak próbowali  rozdzielić walczących.
-Twój ojciec nie powiedział ci prawdy?- Zapytał drwiącym tonem Swan, okładając broniącego się Cristophera; który zapytał szybko:
-Prawdy o czym?- Zaczął zdziwiony. Odepchnął z zasięgu ciosu jednego z przyjaciół.
-Jesteś naprawdę tak głupi, czy tylko udajesz; kablu?- Zapytał drwiąco Christian; walcząc z młodym Ravenem.
-Możesz mi, łaskawie powiedzieć, o co ci chodzi?!- Wybuchnął Cristopher ostro.
-Ty naprawdę o niczym nie wiesz; braciszku...- Christian roześmiał się z uciechą, wepchnął przeciwnika w płot. Cristopher podciął mu nogi i obaj turlając się po trawie boiska kontynuuowali bójkę rozmawiając o czymś niezrozumiale. Przyjaciele jednego z walczących bezskutecznie próbowali ich rozdzielić.
-Chłopaki; rozdzielcie ich jakoś! König z Blackiem... O, mamo: ratuj...- jęknął najniższy z przyjaciół widząc, że obaj nauczyciele przyspieszają.
Angello zgiął się w pół łapiąc haust powietrza i tłumiąc cisnące się na usta przekleństwo.
-Kogo my tutaj mamy..?- Syknął König chłodno, rozdzielając obu chłopaków.- Raven i Swan. Widzę, że znaleźliście sobie cudowny dzień na bójkę.
-To nie ja zacząłem- zaprotestował Raven ze złością.
-Będziesz tłumaczył się w gabinecie dyrektora; Raven. Obaj za mną- rozkazał nauczyciel.- Jim, zajmiesz się resztą?
-Taa. Nic ci nie jest; Angello?- Zapytał nauczyciel niebieskookiego nastolatka.
-Przejdzie mi, profesorze..- odparł z jękiem nastolatek.
-Moon; Tyler: pomożecie koledze dojść do klasy i módlcie się; żebyście nie spóźnili się na lekcję pani Horst..- zaczął groźnie.- A, przy okazji powiedzcie jej; gdzie są Raven i ten drugi zabijaka. Skaranie boskie z tą klasą...- Black westchnął ciężko mijając uczniów szybkim krokiem.
-Obaj wylądowaliśmy w przytulnym gabinecie dyrektorki, która usłużnie wezwała naszych rodziców na pogadankę na temat: "Niewyczerpanych, głupich pomysłów i bójek z udziałem Ravena i Swana"; jak to ujęła.- ciągnął mój ojciec.
-Ogólnie mówiąc; Cristopher miał ciepło- zarechotał Alec.
-Taa. Ojciec, kiedy zobaczył Swana chciał przenieść nas do innej szkoły- odparł granatowooki.- Od razu po powrocie do domu poruszyłem ten temat, ale ojciec kazał mi zejść sobie z oczu.
***
-Owszem; panie Raven. Chodzi o pańskiego najstarszego syna; Cristophera- rzuciła pani dyrektor do słuchawki telefonu niechętnie.- Tak, znów wdał się w bójkę. Dziękuję uprzejmie; do zobaczenia, panie Raven.
-To on zaczął- burknął Cristopher, syknął z bólu i ostrożnie dotknął szczęki.
-Nieważne, który z was zaczął; Raven. Obaj poniesiecie konsekwencje swego skandalicznego zachowania- przerwała mu ostro dyrektor Greenway, odkładając słuchawkę telefonu.- Szkoła to nie ring bokserski. Spójrzcie na siebie.. Jak wy wyglądacie..?- dyrektorka była bliska załamania nerwowego patrząc na dwóch  uczniów, z których najgorzej wyglądał właśnie syn Ravenów.
Swan siedział cicho wpatrując się tępo w blat biurka. Nie był już tak śmiały, jak jeszcze dwadzieścia minut wcześniej.  Przedstawiał stan opłakany: poszarpany mundurek, rozdarta zakrwawiona koszula... Twarz chłopca pokrywały siniaki, zadrapania i opuchlizna po wybitych dwóch zębach oraz rozcięta dolna warga. Młody Raven miał podbite oko, rozkwaszony nos, rozciętą skroń i opuchniętą szczękę z prawej strony twarzy. Jego mundurek szary od piachu i pognieciony, krawat puszczony luźno na szyi- za to sam chłopak sprawiał wrażenie niezwykle z siebie zadowolonego.
-Ojciec; gdy zobaczył Swana zbladł, jak trup. Z dyrektorką rozmawiał jednak dziwnie spokojnie; potem szybko zwolnił mnie ze szkoły. To był dopiero początek późniejszych kłopotów- zauważył mój ojciec powoli.
-Zapewniam panią; że porozmawiam na ten temat z moim synem i wybiję mu z głowy te głupoty- oznajmił Sebastian Raven chłodno.- Cristopher; wyglądasz jakbyś wyszedł z piekła, niech cię tylko matka zobaczy...- mruknął z groźbą- Za mną, synu.
Chłopak wziął plecak i mrucząc pożegnanie wyszedł za ojcem.
-Miesięczny szlaban był niczym; w porównaniu z niezadowoleniem ojca. Był wręcz wściekły. W domu natychmiast, ignorując moje pytania, kazał mi iść do pokoju i przemyśleć swoje postępowanie oraz dał mi miesiąc "zakazu opuszczania koszar"; co oznaczało powrót do domu zaraz po szkole...
-Cristopher; dziecko! Jak ty wyglądasz?- Załamała ręce niska szatynka; patrząc ze strachem na syna.
-Wpakował się w szkolną bójkę- wytłumaczył jego ojciec.
-Tato ten chłopak powiedział..- zaczął granatowooki.
-Milcz, Cristopher- oznajmił chłodno jego ojciec.
-To prawda; że on jest moim bratem?- Wydyszał szybko Cristopher ignorując rozkaz ojca.
-Gdy matka cię opatrzy natychmiast pójdziesz do swojego pokoju i przemyślisz swoje postępowanie. Dodatkowo przez miesiąc natychmiast po lekcjach będziesz wracał prosto do domu.- Mężczyzna zignorował pytanie syna i zniknął w korytarzu idąc do swojego gabinetu. Próbował, więc wypytać matkę; ale ta udawała, że nie wie, o czym jej syn mówi.
-Potem dowiedziałem się, zupełnie przez przypadek, że ojciec chce przenieść mnie do innego liceum. Wróciłem ze szkoły wcześniej z powodu skróconych lekcji i usłyszałem rozmowę rodziców... Wtedy dowiedziałem się o wszystkim...
***
Nastolatek pchnął lekko drzwi i zamarł tuż przed kuchennymi drzwiami słysząc strzęp rozmowy, przeplatany gaworzeniem najmłodszego brata:
-Alec zajmij się bratem przez chwilę- rzucił ojciec w stronę salonu.- To był nasz syn, Ligio...
Chłopak szedł właśnie korytarzem, zauważył starszego brata, który szybko uciszył go gestem ręki. Alec posłuchał i w milczeniu skierował się do kuchni, odebrał od matki trzyletniego brata i ruszył spowrotem do salonu.
-Ty chyba nie chcesz mi powiedzieć, że Cristopher pobił się z własnym bratem bliźniakiem...- zaczęła moja matka ostrożnie.
Podsłuchujący pod drzwiami Cristopher zbladł jak kreda; szybko kładąc dłoń na ustach, żeby jękiem nie zdradzić swojej obecności.
-Właśnie tak; Ligio.. Musimy to utrzymać w tajemnicy... Przeniesiemy Cristophera do innej szkoły- oznajmił jego ojciec.
-Nie ma mowy!- Cristopher słysząc to wpadł do kuchni jak wicher. Był blady i miał w oczach zdumienie.- Poza tym, wszystko słyszałem i chcę wiedzieć; jakim cudem on..
-Kiedy wróciłeś? Powinieneś mieć jeszcze lekcje- Zapytał ojciec.
-W odpowiedniej chwili, by dowiedzieć się prawdy- odszczeknął się nastolatek.
-Nie pyskuj; ojcu i wytłumacz się- zganiła go matka ostro.
-Skrócili lekcje o dwie. Chcę wiedzieć- oznajmił z uporem Cristopher.
-Marsz do siebie i bez dyskusji; Cristopher- oznajmił zimno jego ojciec.
-Będziesz musiał wyprowadzić mnie stąd siłą.- odparował siedemnastolatek ostro.- I na pewno nie pozwolę wam na przeniesienie mnie do innej budy.
-Och; doprawdy?- Zasyczał Sebastian Raven patrząc prosto w oczy najstarszego z synów; który nie ugiął się pod naporem wściekłego wzroku ojca.- Po pierwsze jestem twoim ojcem i nie życzę sobie od ciebie  podobnych uwag, pyskaty szczeniaku. Po drugie: jeszcze raz odnieś się w ten sposób do mnie lub do matki, a twój szlaban się nie skończy. I wreszcie, po trzecie: z niczego nie musimy ci się tłumaczyć; więc grzecznie przeproś i marsz do swojego pokoju- warknął ojciec.
-Przepraszam, ale nie wyjdę stąd póki nie dowiem się prawdy i...- powiedział potulnie nastolatek. Zarobił krzywe spojrzenie od ojca; ale stał w milczeniu z zaciętą miną.
-Nie dyskutuj ze mną, Cristopher..- zaczął groźnie ojciec.
Dumny chłopak wiedział, że z ojcem nie wygra; dlatego odwrócił się i wyszedł klnąc i mrucząc coś pod nosem.
-Słyszałem- oznajmił ojciec chłodno.
-Bitwę o pozostanie w szkole wygrałem, ale po tej kłótni  nie rozmawiałem z ojcem przez pół roku. Wiele razy próbowałem dowiedzieć się czegokolwiek na własną rękę; ale nic z tego nie wyszło. Po studiach myślałem; że Christian sobie odpuścił.. Teraz wiem, że tylko czekał; żeby znów namieszać mi w życiu...- zakończył opowieść Cristopher Raven.- Że też mu się to nie znudziło...- dodał z nagłą niechęcią.
-Czyli tamtego wieczora widzieliśmy...- zaczął Jonathan, żeby się upewnić.
-Christiana, tak- potwierdził mój ojciec.- Zaraz po tamtej nocy zniknąłem z miasta i robiłem wszystko; żeby chronić przed nim Callisto; ale...
-Dałeś dupy, bracie- rzucił z ironią Alec.
-Gdyby nie to; nadal byłbym martwy- mój ojciec wzruszył ramionami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz