czwartek, 10 maja 2018

Hunter III Curse Rozdział XXIV Nasza mała księżniczka

Claude Marius Wolf, herbu Wadera, ex-łowca. 
Zwiałem tuż przed nosem miejscowej policji
-Kurewskie szczęście- mruknąłem siedząc na dachu budynku, należącego do jednego z klanów, podziemnego miasta z moich sennych koszmarów, od których nie mogłem się uwolnić i obserwowałem z przyklęku całe to zamieszanie, odnajdując w pamięci kolejne nazwisko.
-Idę po ciebie, Dark- rzuciłem wesoło, idąc na drugą stronę budynku. Zszedłem z krawędzi i pofrunąłem w dół. Wylądowałem zgrabnie na ziemi i nie rzucając się w oczy, ruszyłem chodnikiem z dłońmi w kieszeniach bluzy.
Kolejny cel był w pobliżu.

Nie budząc niczyich podejrzeń poszedłem spokojnie do drzwi domostwa, w którym rezydował kolejny znienawidzony klan krwiopijców.
Odetchnąłem głęboko i zapukałem.
Rozglądając się dyskretnie po okolicy usłyszałem szczęk klucza w zamku. Drzwi uchyliły się.
-Kim jesteś i czego chcesz?- Zapytał nieufnie głos zza nich.
-Wolałbym widzieć twarz osoby, z którą mam zamiar rozmawiać- zauważyłem tłumiąc chęć roześmiania się.
Drzwi otworzyły się szerzej stojący za nimi wampir zarobił ode mnie z pięści, a ja spokojnie przekroczyłem próg.
Zadałem mu kolejny cios.
-Poznajesz mnie?- Zapytałem z zaciekawieniem, patrząc mu w oczy.
-Ty, diabelski łowczy pomiocie!- Rzucił wrogo obelgę, atakując mnie.
-Nie porównuj mnie do siebie, Brudna Bestio- odwarknąłem, robiąc uniki. Uchyliłem się przed sztychem Krwawego Oręża i spojrzałem na dłoń z bronią, koncentrując całą swoją Moc na niej.
Kolczaste pnącza przykuwające broń do dłoni przeciwnika zacieśniały się bardzo powoli i boleśnie. Wampir zawył z bólu i dopadł do mnie, starając się odpłacić mi za krzywdę. Wypróbowałem na nim swego buta. Odsunął się zamroczony, gdy jego dłoń rozerwała się. Miecz pofrunął w moją stronę- pochwyciłem go, paląc Mocą kolczaste pędy i poszedłem korytarzem.

-Hęęę? Znowu w chowanego?- Jęknąłem znudzony.- Wystraszyli się, czy co..?
Skądś nadleciał sztylet. Idąc zamachnąłem się mieczem, zmieniając tor lotu broni, której zawtórował głuchy trzask upadającego ścierwa.
-Jesteś otoczony; wampirze- odezwał się głos, którego nie zapomnę do końca swoich dni. Pamięć przywołała obraz ciemnych cel, łańcuchów i tortur.- Będę tak łaskawy i pozwolę ci odejść bezkarnie- czułem na sobie jego ohydny władczy wzrok.
-Czyżbyś mnie nie poznał, Dark?- Zapytałem, nie patrząc nań obracałem w dłoni rapier.
-Znam ten głos- zauważył wolno.- Odwróć się.
-Pan Łaskawca mógłby „Łaskawie” ruszyć swoje tysiącletnie dupsko, by mi się przyjrzeć- odparłem swobodnie. Pierwszą grupę położyłem jednym ruchem. Znieruchomieli, gdy rozbrzmiał odgłos kroków. Spojrzałem w górę na piętro. Przede mną stał Czystokrwisty poziomu B, Jason Dark; herbu Smok.
-Tak też myślałem. Numer sześćset sześdziesiąt siedem; miano: Claude Marius Wolf, klejnot rodowy: Wadera, kasta: Pogromca- Splunąłem pogardliwie i zlikwidowałem kolejnych dwóch: pierwszego mieczem, drugiego przed śmiercią upodliłem, rozrywając kłami żyłę.
-Przyszedłeś się pokłonić, diabelski pomiocie?- Zapytał prześmiewczo.
-Jeśli uklęknę, to tylko po to by pozabijać twoje ścierwa. Ciebie zostawię sobie na deser- odszczeknąłem się, następna atakująca mnie wampirzyca stała się moim obiadem, pięciu innych zabijałem mieczem, lub Mocą.
-Szkoda, że nie powspominamy- Kontynuowałem. Idąc ku niemu, przy pomocy ostrza pozbywałem się kolejnych jego sługusów.- Trochę mi się spieszy- odciąłem wampirowi łeb, który poturlał się w stronę Czystokrwistego, zatrzymując się tuż u jego stóp. Stojący po jego bokach Ochroniarze rzucili się do ataku. Jeden z wywróconych przeze mnie posągów przygniótł wampira, któremu włócznia wyskoczyła z rąk. Pochwyciłem pikę i obracając ją w dłoni przebiłem wampira. Po sekundzie cisnąłem nią w drugiego z Ochroniarzy, który zwalił się ciężko na płyty podłogi.
-J-Jak?- Zapytał zszokowany Starszy, rozglądając się po leżących pokotem trupach wampirów.
-Wiesz, Jasonie..- zwróciłem się doń tak samo, jak on zwracał się do mnie w tym przeklętym miejscu, z łagodną groźbą, wyciągając włócznię z truchła.- Wykorzystałem twoją drobną radę...- z każdym moim krokiem bliżej, on cofał się w tył.
-Radę?- Zapytał, nie wiedząc, w co gram.
-Pozwól, że ci przypomnę- widząc że próbuje uciec, rzuciłem w niego drzewcem. Celnie- idealnie tak; jak chciałem. Ostrze przyszpiliło go do ramy, usiłował się wyrwać. Złapałem go za gardło i patrząc mu w twarz dokończyłem:
-Zemsta jest jak słodki owoc: dojrzewa z czasem- rozerwałem go na strzępy i podpaliłem jego zwłoki rzucając specjalnie przygotowaną do tego celu nasączoną benzyną szmatę. Słysząc pukanie do drzwi z szerokim uśmiechem na ustach rzuciłem miecz i spokojnie wszedłem do pokoju obok, po czym wyskoczywszy oknem zniknąłem w tłumie ludzi.

Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Sępy nie przestają nadawać- zauważyłam z uciechą.
-Sadystka- skomentował. Wpatrzony w ekran telewizora upił łyk herbaty i zakrztusił się widząc mrożący krew w żyłach obraz z posiadłości Dark- kolejnego celu Wadery.
-Chryste Panie- wyszeptał zielonooki, patrząc na gaszone przez strażaków truchło.
Kamera telewizyjna przez okno ukazywała makabryczny widok. Leżące  wampirze ścierwa. Porozrzucana wszędzie broń. Jednym słowem totalna demolka. Jeden z pracujących tam policjantów sięgnął po miecz, z którego wystrzeliły kolczaste pnącza. Odskoczył przeklinając soczyście. Kamera pojechała w stronę piętra i zrobiła zbliżenie na ugaszone zwłoki, które zmieniły się w proch.
Mundurowi rozmawiali cicho między sobą.
Jeden z policjantów wyszedł z domu. Kamera pobiegła w jego stronę. Przekrzykujący się nawzajem dziennikarze zadawali pytania.
-Są już jakieś poszlaki? Motywy zabójcy?- Zapytała dziennikarka.
-Jedyne, co mogę na ten temat powiedzieć to, że wykluczyliśmy tło rabunkowe. Nadal trwają czynności..
-Podejrzewa pan, że on znów zabije?- Zapytał inny dziennikarz.
Claude Marius Wolf, herbu Wadera, ex-łowca.
-On jeszcze nie skończył- oznajmił grobowo policjant, przedzierając się przez tłum.
Stojąc niedaleko pod drzewem, odpaliłem papierosa.
-Masz rację, on dopiero zaczął- mruknąłem śledząc go wzrokiem. Moc wyrwała mi się spod kontroli, a jeden z gargulców na dachu pękł i runął w dół, wprost na ludzi.
W ułamku sekund pokonałem dystans dziesięciu metrów i chwytając w ramiona jakąś kobietę odbiłem się stopami od ziemi i odskoczyłem w tył.

Nasze spojrzenia się spotkały. Patrzyłem na jej twarz, nie mogąc odwrócić wzroku, jakby czas nagle zwolnił. Żądni kolejnej sensacji dziennikarze biegli w naszą stronę. Pozostali ludzie obserwowali mnie szepcząc.
-Dz-Dziękuję..- Powiedziała drżącym głosem.
-Nie jesteś ranna?- Zapytałem.
-W.. W porządku..- odparła zaskoczona.
-Proszę pana! Niech pan poczeka!- Sępy poczuły smaczny kąsek i zostałem otoczony przez rozwrzeszczaną hordę. Oślepiające błyski fleszy, mikrofony i oczy kamer zaczęły mnie irytować.
-Przepraszam, ale się spieszę- odparłem stawiając nieznajomą na chodniku.
-Spotkamy się jeszcze?- Zapytała nieśmiało.
-Kto wie?- Rzuciłem w zamyśleniu, odchodząc pomachałem jej na pożegnanie.
Zmierzałem do domu klanu Fowler.

Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Miękka pajęcza sieć; utkana by dręczyć cię. Zadać los gorszy, niż śmierć..
Pogrążyć w otchłani rozpaczy.. Uciekaj, nim On cię wypatrzy..- nucił idący ulicą Wolf.
-Co to za piosenka?!. Niech pan zaczeka!!- Dziennikarka i operator kamery biegli w jego stronę, ale Marius szedł dalej.
-Ostatni most spalony, już nie zobaczysz żony..
Do celi czas już iść, oplata cię pajęcza nić- Marius przeciągnął się, nawet nie przystając.- Witaj smutku, precz radości: przypominasz mi stos kości.
Porzucony. Zapomniany.. Mały Wilczur zapłakany..- głos lekko zadrżał. Blondyn przystanął nagle i spojrzał przez ramię w kamerę.
-Chodzenie za nieznajomym bywa niebezpieczne- ostrzegł tajemniczo, wsuwając w usta wyciągniętego z paczki papierosa. Podpalił zaciągając się dymem.- Zmień zawód, jesteś warta więcej, niż zwyczajnych wiadomości- rzucił.
Latarnie na chwilę przygasły, a gdy spowrotem zaświeciły, po Wolf'ie nie było już śladu.
-Co to miało być..?- Zapytał powoli zielonooki.
-Idzie wybić kolejne pijawy- odparłam, biorąc kilka głębokich wdechów.
-Co się dzieje??- Zaniepokoił się.
-Znowu skurcze...- wydyszałam słabo, opierając się o jego pierś.
-Ty.. Chyba nie rodzisz??- Zaczął patrząc na mnie spanikowany.
-Jeszcze chyba nie...- zaczęłam oddychając ciężko. Czułam, jakby walec drogowy przejeżdżał po moich wnętrzościach. Strasznie bolało, ale starałam się nie pokazywać tego przy nim.
-Kochanie Moje...- Michael objął palcami mój brzuch i zaczął obsypywać go lekkimi pocałunkami.
Przymknęłam oczy powoli uspokajając oddech.. Ból zmalał...

Cristopher John Raven, najstarszy syn Rodu Kruka. 
Barcelona.
-Jebana psiarnia.. Nękać trupa.. Masakra- nie pamiętam, skąd przejąłem to określenie, ale było bardzo adekwatne do obecnej sytuacji.
-Posiada pan broń?- Zapytał facet na lotnisku.
-Jezu Chryste... Całkowicie ohujał..
-Cristopher...- Chrześniak podtrzymał mnie w pionie.
-W porządku...- odparłem stając prosto. Pozwoliłem mu mówić mi po imieniu: koniec końców to on uratował mi życie Tamtej Nocy.
Mimo to.. Nadal nie potrafiłem uwierzyć, że Grace bez mrugnięcia okiem nas wtedy zdradziła. To prawda: nie byłem jej prawdziwym ojcem, ale kochałem ją, jak własne dziecko. Traktowałem, jak córkę. Potrafiłem dzielić swą ojcowską miłość równo między nie obie...

Callisto Anabelle..
Grace Ann..
Moja najdroższa Valerie... 

-Cristopher- Marco podtrzymał mnie szybko.
Pociemniało mi przed oczami, poczułem w piersi ból.
Marco posadził mnie siłą na najbliższym krześle. Rzucił kilka słów do faceta.
-Mówiłem tyle razy, żebyś brał leki...- powiedział zły.
-Każdy kiedyś umiera- odparłem z wrodzoną ironią.
-Przestań pieprzyć głupoty- burknął z niezadowoleniem, wciskając mi w ręce kubeczek wody i garść kolorowych tabletek.
-Jestem jeszcze młody i piękny- prychnąłem z niechęcią.
-Byłeś. Zanim na świat przyszła moja kuzynka- odciął się wesoło.- No, bierz.
Spojrzałem nań przewracając oczami.
-Wal się- uśmiechnąłem się wbrew sobie, biorąc tablety.
-Z tobą? Nie, dzięki- odparł uprzejmie.
Z trudem przełknąłem łyk wody i buchnąłem rechotem.
Był tak bardzo podobny do mojej drogiej Valerie.. Te turkusowe oczy, zadarty nos i zawadiacki uśmieszek..
-Cristopher?- Przyłożył mi dłoń do czoła.
-W porządku- odparłem spokojnie.- Załatwię Angello po powrocie- rzuciłem wesoło, a facet gapił się na mnie zaskoczony.
-Przewodniczący dba o twoje zdrowie- zauważył Marco przyglądając mi się.
-To dlatego cię na mnie nasłał. Chce mnie typowo udupić.
-Bo wie, że o siebie nie dbasz- odparł złośliwie.
-Och, wypchaj się, chrześniak- prychnąłem szturchając go mocno, a facet gapił się na mnie zaskoczony.
***
-Nisko latające Kruki!- Rzucił z uciechą Pietro Garcia.
-Mi compadré, Garcia jedzie na diable- odparłem na powitanie.
-Holy: z pijawami się nie pierdoli- rzucił Pietro na widok wysiadającego z taksówki.
-Pietro Garcia, wredny, jak żmija- odciął się przyjaźnie Marco.
-Okej, pijawę w mordę lej, jeps- rzuciła niska Hiszpanka, potknęła się i z gracją przeskoczyła ostatnie dwa stopnie schodów.- Witam w tymczasowej kwaterze, nie liczcie na urlop- rzuciła z uśmiechem.
-Nie przyjechaliśmy tu odpoczywać- odparł Marco, chciał chyba mi dowalić, ale się powstrzymał.
-Wiadomo coś na temat Callisto?- Zapytałem.
-Na razie nic...
W tym momencie odezwał się telefon Marco. Wyciągnął go z kieszeni i spojrzał zaskoczony na ekran. Odebrał.
-Co tam, Płomień??- Spytał. Chwilę słuchał.- Uspokój się, nie panikuj... Gdzie jesteś?- Rzucił rzeczowo.-Posiadłość Wadery; rozumiem. Już jadę; przygotuj wszystko, tak jak ci kiedyś mówiłem...- zakończył rozmowę.
-Co się dzieje?- Zapytałem.
-Mała w drodze- odparł biorąc torbę.- Są w posiadłości Wilczura.
Pietro pobiegł do swojego Seata i odpalił silnik.
-Pakujcie się- rzucił.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Oddychaj.. Oddychaj, Moje Kochanie...- coraz mocniej zaciskała dłoń na mojej.
-Boli... Cholernie BOLI- wysapała z trudem.

Nie wiem, ile czekaliśmy. Trząsłem się z nerwów, gdy usłyszałem szczęk klucza w zamku.
-Płomień??- Odetchnąłem z ulgą, rzucając:
-Tu jesteśmy..!
Marco i ojciec Cally weszli do środka.
Turkusowooki podszedł do Cally.
-Już jestem, Rybka...- powiedział uspokajająco, podając jej jakiś zastrzyk.- Pietro, zabierz go; zanim odleci...
-Chcę zostać przy Cally..- zacząłem zdenerwowany.
-Wrócisz, kiedy się uspokoisz- odparł patrząc mi w oczy.
Musiałem ustąpić, wiedziałem; że ma rację. Ucałowałem jej palce i czoło, a moje miejsce zajął jej ojciec. Rzuciłem ostatnie zdenerwowane spojrzenie wychodząc.
-No, Callisto Anabelle: jazda za Anioła.. Przyj, Rybka.. Spokojnie..- usłyszałem zza drzwi.

Kilka godzin później...
Krążyłem zdenerwowany po salonie. Z sypialni słyszałem odgłosy porodu- Cally wrzeszczała i przeklinała w kilku językach.
-Oddychaj głęboko, Rybka...- pouczał spokojnie Marco.- No... Teraz- rzucił.
-Nie mogę!- Wrzasnęła boleśnie zza drzwi.- Jak to kurwa boli..!
Osunąłem się na sofę. Na swoich kolanach poczułem coś ciężkiego.
Maze miałknął wpatrzony we mnie.
-Ostatni raz- usłyszałem głos Marco.- Mocno, Rybka.
Callisto z przekleństwem na ustach, wrzasnęła przez zaciśnięte zęby.
-Jeszcze mocniej, ostatni raz.
-Przed chwilą miał być ostatni!- Warknęła z uporem.
-Jest. Jeszcze trochę... Przyj..
-Cholera..- zaklęła z trudem.
Chwila cichej rozmowy, przerwana nagłym płaczem. Zerwałem się na równe nogi, zrzucając kota; który prychnął obrażony.
-Sorry, Maze..- rzuciłem cicho, idąc tam.

Wszedłem w korytarz i wpadłem na Wolfa..
-To już..?- Zapytał krótko.
Skinąłem głową, pchnąwszy drzwi.
-Wybacz, że tak bez zapowiedzi- rzucił zakłopotany Marco.
-Nagła sytuacja- odparł Wolf krótko.
-Dajcie mi... Ją...- szepnęła słabo.
-Kochanie Moje...- szepnąłem podchodząc.
-Mar..co.. Chcę..- drżace ręce, które wyciągała w jego kierunku opadły na materac.
-Straciłaś dużo krwi.. Musisz odpocząć..- Marco przekazał mi zawiniątko.- Zabierz ją na chwilę..
-Krew- Marius podskoczył, jak oparzony i wyszedł szybko, wyprowadzając mnie.
-Chcę ją zoba...czyć- wyszeptała słabo.
-Zobaczysz, Cally.. Trochę później- pocieszył ją Cristopher Raven.

Siedziałem w salonie trzymając na rękach najpiękniejsze maleństwo, jakie widziałem w swoim życiu. Blondyn krzątał się niedaleko, kursując od chłodni do sypialni i spowrotem, a ja...
Wpatrywałem się w małą, jak zaklęty- wręcz nie mogłem odwrócić wzroku od tej piękności o jasnobłękitnych oczkach. Była taka malutka i piękniusia...
-Mój skarbuś.. Ciii- szepnąłem pieszczotliwie kołysząc ją delikatnie.
Po kwadransie Marco wynurzył się z korytarza.
-Wołała cię- powiedział cicho.
-A maleńka...? Kto się nią zajmie?- Zapytałem zaniepokojony.
-Wezmę ją.. Sprawdzę czy jest zdrowa- odparł, zabierając mi dziecko.- Idź do Callisto.. Ona cię teraz potrzebuje- powiedział cicho.

Poniedziałek rano, szkoła.
-Coś ty taki cały w skowronkach?- Zdumiał się Vega, gdy nucąc coś otwierałem szafkę.
-Szaleństwo, człowieku. Szaleństwo- ledwo do mnie docierało, że wczoraj tyle się wydarzyło.
-Co się stało? Bo niewiele z tego kapuję- zauważył.- Ostatnio wypadłeś ode mnie z chaty, jak wariat. Teraz cieszysz się, jak wariat.. Po prostu... JA odpadam- zauważył z porażką, przyglądając mi się.
Poprawiłem w rękach stos książek.
-Cally.. Znalazła się i... Wczoraj urodziła... Mam córeczkę... Kurwa, córeczkę, czaisz?- Położyłem książki na ławce i chwytając go za ramiona potrząsnąłem nim mocno, uradowany.
-Co jest grane?- Damén i Tiberius dołączyli do nas.
-Gratulacje.. Nie wiem, co powiedzieć..- zaczął zaskoczony Vega.
-Czy ktoś może mi powiedzieć, o co tu bryka?- Zapytał zaskoczony Damén.
-Gringo został ojcem- wyjaśnił Miguel, zanim zdążyłem się odezwać.
-Malusie.. Piękniusie i moje kochaniusie...- chyba totalnie mi odjebało, bo zacząłem się bujać wesoło.- Lily Valerie, pewnego dnia ci przyypierdzieeeli la la la..
-Szajbus- rzucił zaskoczony Damén.
-Całkowicie go rozumiem- odparł na to Vega, uśmiechając się do wspomnień.

-Señor Tyler, widzę; że bardzo panu dziś wesoło- zauważył Dicarlo.
-Och, to..- Uśmiechem skwitowałem całą sytuację.- Życie jest piękne, profesorze..
Z tyłu rozległ się metaliczny huk, jeden z naszej grupy wylądował na glebie.
Facet gapił się na mnie odrobinę zaskoczony, lecz nie skomentował tego.
-Miło, że zniknął ten twój wisielczy humor, Tyler- rzucił z aprobatą.

-Ten koleś ma mega pierdolca- zauważył zaskoczony Damén, gdy znikałem za rogiem; idąc na kolejną lekcję.
-Kiedyś to zrozumiesz- odparł Vega tonem znawcy.
-Czyli kiedy?- Zapytał powoli Damén.
-Pewnie niezbyt szybko- zakpił Tiberius.

Biologia...
Nareszcie ostatnia lekcja...
Ostatnia i wrócę do moich skarbów..- zachichotałem cicho do siebie.
-Tyler...- nauczycielka zadała jakieś pytanie.
Odpowiedziałem bezbłędnie i znów wyjrzałem tęsknie przez okno.
***
Wróciłem do domu. Callisto półleżała na sofie i z poduszką pod głową popijała transfuzyjną, obserwując coś z ironicznym śmiechem.
Marco, trzymał małą karmiąc ją butelką. Beknęła przeciągle krzywiąc się z obrzydzeniem i odwracając buzię.
-Co, niedobre?- Zdziwił się Holy.- Nie wtrynisz za mamusię?- Mała znów odwróciła buzię od butelki.- A za tatusia?- Spojrzała nań z zaciekawieniem i ziewnęła słodko. Po chwili zrobiła odgłos, jakby chciała mu przekazać, żeby wsadził sobie gdzieś to ohydztwo.
-Szkoda- Holy wziął drugą buteleczkę, wypełnioną czerwonym płynem. Małej na jej widok zaświeciły się oczka i zakwiliła radośnie, chcąc dosięgnąć pojemnik.- Trafiłem, co?- Rzucił, gdy wzięła w buzię smoczek. Po niecałych dwóch minutach zawartość butelki zniknęła, a mała walnęła grubego beka.
-O, wrócił tata- rzucił do małej Marco.
Ucałowałem Callisto, przytulając ją delikatnie. Marco przekazał mi dziewczynkę. Wziąłem ją na ręce, a on zajął się szykowaniem kolejnej porcji krwi.
Usiadłem obok Cally.
-Jest taka piękna.. Zupełnie, jak mama- Powiedziałem rozanielony.
-Jest podobna do tatusia- zaprzeczyła. Widziałem, że jest jeszcze bardzo zmęczona.
-Moje skarby- przytuliłem delikatnie obie najważniejsze dla mnie kobiety, pocałowałem z uczuciem moją narzeczoną.
-No, to kaplica. Facet jest pogrzebany- stwierdził Marius do ojca Callisto.
-Pogrzebany, zaklepany, zakochany- rzucił z ironią Raven.- Jeszcze jestem za młody na dziadka... Nie mam nawet czterdziestki...- jęknął.
Mała położyła mi rączkę na twarzy i zobaczyłem twarz Cristophera, jakby pytała kto to.
-Nie zrzędź, ojcze...- rzuciła nieco niecierpliwie Callisto, spoglądając nań wesoło.
-Wygląda tak samo, jak ty kiedy byłaś mała- stwierdził przyglądając się małej.- Jak ją nazwiecie?
Spojrzeliśmy na siebie. Callisto pocałowała lekko naszą córkę.
-Uzgodniliśmy, że będzie Lily Valerie- powiedziała cicho.
Cristopher chyba był zarówno zaskoczony, jak i w duszy odetchnął z ulgą; że jego wnuczka nie będzie nosiła jakichś dziwacznie nowoczesnych imion.
××××××××
Kilka dni później pożegnałem się ze "świętą trójcą".
-Wpadnijcie kiedyś do nas, do Fallen- rzuciłem szturchając mocno Miguela.
-Może was kiedyś odwiedzimy- przytaknął w odpowiedzi.- Miłego powrotu do domu...
-Być może: do zobaczenia- rzuciliśmy na pożegnanie.

Lotnisko.
-Panna Raven, Pan Tyler- odczytał z paszportów.- Dokumenty dziecka?- Spytał.
Wyciągnąłem z kieszeni stos papierów od Marco.
-Ach, tak... Lily Valerie Tyler.. Urodzona tydzień temu- odczytał cicho.- W porządku..- oddał mi dokumenty.
-Do domku...- westchnęła z rozmarzeniem Callisto, trzymając na rękach śpiącą Kruszynkę.
-Mam nadzieję, że to ostatni raz, gdy lecę samolotem- stwierdziłem z ironią.
-Poproś Angello o tacierzyński- zarechotała wesoło.
-Jesteś ironiczna, Moje Kochanie- dziecinka obudziła się, robiąc "syrenę", a wszystkie spojrzenia zwróciły się na nas.
-No, już... Już, malutka...- Siadając wyciągnęła z torebki nieprzezroczystą dziecięcą buteleczkę.- Głodna jesteś, hm?
Dziewczynka zaczęła ciągnąć smoka machając lekko rączką. Gdy wyciągnąłem dłoń do Callisto, zacisnęła paluszki na moim kciuku.

Na pokład samolotu wsiedliśmy coś po trzeciej miejscowego czasu.
-Pojechaliśmy we dwoje, a wracamy już we troje- rzuciła ze śmiechem.
-Moje kochane kobitki- rzuciłem wesoło.

Kwatera Główna Stowarzyszenia, Fallen. Jakiś czas później.
Weszliśmy do budynku i rozmawiając szliśmy na piętro.
-Cicho tu jakoś- stwierdziła podejrzliwie Callisto, rozglądając się uważnie.
-Ciekawe, czy chcą nam wykręcić jakiś numer- rzuciłem z ironicznym uśmieszkiem.
-[...] no i ten ksiądz z uśmiechem do policjanta tak: no może i jestem od pogrzebów, ale przyszedłem tylko zawiadomić najbliżsżą rodzinę- dokończył kawał, a starsi łowcy buchnęli rechotem.
-Niezły, ale mam lepszy...- ojciec nagle wbił wzrok w drzwi.- Michaelu Jamesie Tyler; synu herbu Płomienia; co tu się odpierdala?- Zapytał bezgranicznie zdumiony, gapiąc się na dziecko na rękach Callisto.
-Uprzejmie cię informuję, że zostałeś dziadkiem- odpowiedziałem spokojnie.
Zmarszczył brwi w zastanowieniu, przyglądając się bacznie Callisto. Zapadła cisza, a wszyscy zgromadzeni w jednym z salonów kwatery, łowczy gapili się na nas z rozdziawionymi gębami.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Armand Tyler wstał ze szklanką soku w dłoni, reszta zgromadzonych również powstała.
-Za moją wnuczkę- rzucił podnosząc toast.
-Za Małą- rzucili wszyscy.
Powoli odstawił naczynie i podszedł do nas. Przyciągnął syna obejmując go mocno.
-Callisto Anabelle..- pocałował mnie w czoło i spojrzał na wystrojoną dziewczynkę oniemiały z zachwytu. Dostrzegłam w ciemnozielonych oczach ślad łez wzruszenia.
-Jest taka podobna do Lily...- powiedział drżącym głosem.
Mała Lily otworzyła oczka i popatrzyła na swojego drugiego dziadka z zainteresowaniem. Kiedy się do niej uśmiechnął, odpowiedziała mu jedną ze swoich najsłodszych minek.
-Jak ją nazwaliście..?- Spytał nagle odzyskując głos.
-Lily Valerie Tyler; herbu Płomień- odparłam cicho.
-Nadaliście małej JEJ imię..- Wyszeptał ocierając szybko oczy.
-Tak to uzgodniliśmy, tato- odparł Michael kładąc dłoń na ramieniu ojca.
-Jaka ona cudna..- Ojciec Michaela patrzył na wnuczkę, jak zaczarowany. Nagle zamrugał.- Świeżo upieczona mama powinna odpoczywać- zganił Callisto, patrząc na czarnowłosą z troską.
-Zajmę się tym, tato- zapewnił Michael gorliwie.

-Nie mam ochoty znów się wylegiwać- jęknęłam urażona.
-Wiem, ale chociaż udawaj- odparł całując mnie delikatnie.- Teraz obaj nasi ojcowie będą świrować i nie raz usłyszymy jakieś kazania- zachichotał całując mnie po szyi. Był trochę niezadowolony, że musi przerwać i otworzyć mi drzwi.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
-A to co, u...?- Zdumiała się Callisto gapiąc się wgłąb naszej sypialni zaskoczona.
Stanąłem za nią i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Na środku pokoju stała góra prezentów dla malutkiej: ubranka, buciki, grzechotki, gryzaki i różne inne potrzebne rzeczy.
Do jednej z nich przyczepiony był przewiązany różową wstążką rulonik.

-Kochani świeżoupieczeni rodzice!- Zacząłem czytać.- Przekazujemy wam dary zebrane w stowarzyszeniowej akcji: "Mały Płomień w drodze" i gratulujemy ślicznego maleństwa oraz życzymy temu małemu Aniołkowi wszystkiego najlepszego; w tym zdrowia, miłości i błogosławieństw Świętego Anioła. Dla Was, natomiast, gratulacje,  życzenia wytrwałości i wysypiania się.. Wszystkiego dobrego- odczytałem.
-To pewnie w to wciągnęli "Długi Jęzor"- zauważyła podejrzliwie Cally.
-Clarrisa wybrała najlepszy prezent. Na bank Wam się spodoba- dokończyłem liścik.
-O, kurczę... Taka góra...- powiedziała szeptem, a po jej twarzy spływał potok łez.
-Moje Kochanie, ty płaczesz..?- Zapytałem obejmując ją z miłością.
-To... Ze szczęścia- zachlipała, patrząc na stos pakunków.- Byłam dla wszystkich taka wredna i złośliwa...
-Byłaś w ciąży, to zupełnie normalne- powiedział cichy kobiecy głos od progu.
W drzwiach stała żona najmłodszego z synów czwartego pokolenia Rodu Kruka, Sussan Raven.
Objęła Cally i naznaczyła na czole Lily krzyż, po czym ucałowała je lekko. Dziewczynka zaśmiała się po swojemu tak samo, jak wtedy, gdy zobaczyła ojca Callisto.
Sussan podała mojej narzeczonej pokaźne atłasowe pudełko w kolorze turkusowym.
-Co to jest?- Zapytała drżącym ze zdenerwowania głosem Cally.
-Twoja matka na tydzień przed śmiercią poprosiła mnie, bym ci to przekazała kiedy sama zostaniesz matką- powiedziała cicho.- Przyjmujesz?- Zapytała dziwnie uroczyście.
-Przyjmuję...- odparła poważnie turkusowooka. Sussan Raven złożyła na jej dłoniach otwartą szkatułę.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
W środku połyskiwał wisior z topornym krzyżem z podobizną Uriela. Był to zabytek przekazywany tradycyjnie młodym matkom mającym w żyłach choć odrobinę krwi Pogromców z klanu Holy.
Moja córka wpatrywała się zauroczona w wisior, a przed moimi oczami stanęła postać ukochanej matki...
Poczułam na szyi ciężar krzyża. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz