Wzbierała we mnie coraz większa wściekłość, zaczęło robić mi się gorąco.
-Kruk...- Angello podtrzymał mnie w pionie zanim upadłam.
Moje dziecko..
Chcą dopaść moje dziecko- moją maleńką kruszynkę.
Szybko odsunęłam się od Angello i przytrzymałam się blatu stołu.
-Rozszarpię...- warknęłam rozzłoszczona na maksa, odsłaniając wydłużone kły.- Rozszarpię to coś na strzępy!- warknęłam.
-Nie wyjdziesz stąd w takim stanie Callisto Anabelle..- Felix Moon starał się jakoś mnie uspokoić.
-Chce się pan przekonać?- Spojrzałam mu w oczy wyzywająco.
-Jeśli się nie uspokoisz, popełnisz błąd i zginiesz. Chcesz, żeby dziecko dorastało bez matki?- Zapytał ze śmiertelną powagą odwzajemniając mój wzrok.
-Więc, niby co mam zrobić?!
-Nie histeryzować.
Trzasnęłam pięścią w stół, a kilkanaście osób drgnęło.
-To nie jest żadna histeria, do cholery! Nie chcę, żeby ci mali psychopaci zrobili cokolwiek mojej córce!- Warknęłam idąc do drzwi.
Michael zareagował. Po chwili zatonęłam w jego mocnym objęciu.
-Spokojnie, Moje Kochanie- szepnął tuląc mnie.- Nikt nie skrzywdzi Lily.. Nie, póki ja żyję- zapewnił opierając brodę o moje ramię.
-Puść mnie... Rozerwę te przeklęte kitsune...- zaczęłam usiłując uwolnić się z jego ramion.
-Nie chcę stracić was obu; Moje Kochanie- objął mnie jeszcze mocniej.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Od kiedy poznałem Cally zrozumiałem, czym jest życie. Walką o wszystko i... Ochroną ukochanych osób.
Chciałem JE chronić- zrobiłbym wszystko, byle moje kobiety zawsze były bezpieczne...
Będą bezpieczne, nawet jeśli miałbym dla nich zginąć.
|***|
-Aniele?- Szepnąłem cicho w ciemną i pustą przestrzeń.
-To niebezpieczne; paniczu- Jane starała się odwieść mnie od zamiaru ostatecznego rozmówienia się z Surielem.
-Cicho bądź, Jane- odburknąłem z niezadowoleniem.- Aniele?- Rzuciłem znów w mrok.
Powiał lekki wiatr, a gdy ucichł zabrzmiał baryton:
-Odeślij swą Strażniczkę- odparł spokojnym tonem.
-Nigdzie się stąd nie ruszę- zaprotestowała płomiennooka.
-Idź, proszę.. Zajmij się moją rodziną..- powiedziałem cicho.- Proszę, Jane...- spojrzałem na nią błagalnie.
-Nie ufam Mu- zaczęła ostrożnie.
-Jane, błagam.. Chroń moje kobiety..- Odpowiedziałem. Wbijając wzrok w ziemię, otarłem szybko łzy.
Nie mogłem się teraz rozklejać- musiałem wziąć się w garść i być ich tarczą.
-Paniczu...- poczułem jej dłoń na swojej twarzy.- Ja... Zrobię wszystko, czego sobie zażyczysz, ale... Pod żadnym pozorem nie waż się zginąć- powiedziała z naciskiem, patrząc mi prosto w oczy.
-Jestem jeszcze za młody na trumnę- odparłem cicho.
Jane czasem przypominała mi moje wyobrażenie matki. Ilekroć robiłem coś ryzykownego, zawsze czułem, że jest blisko mnie. To, co przysięgła wykonywała strasznie sumiennie. Służyła radą, gdy nie miałem pojęcia, co robić. Była cierpliwa, pomocna i nie ochrzaniała mnie, gdy pieprzyłem głupoty; choć bywało też, że krytykowała moje postępowanie. Czasem nawet widywałem w jej oczach twarz mamy...
Anioł Rodu Płomień, Jane.
Odchodząc obróciłam się jeszcze przez ramię, by spojrzeć na mojego młodego panicza..
Na mojego chłopca.. Nawet Armand nie wiedział, że zawarłam pewną umowę z Panią, w dzień jej śmierci.. Nim zginęła z rąk Linka, poprosiła mnie, bym była jej oczami i uszami- chciała patrzeć, jak jej młodszy syn dorasta i... Czasem czułam jej uczucia i sama zaczynałam traktować Michaela Jamesa, jak własne dziecko.
-Gdybym była człowiekiem, byłabym dumna z takiego syna- szepnęłam cicho.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Czarny prochowiec wyszedł zza najbliższego drzewa.
-Po co mnie wezwałeś? Zwykle to ja muszę na ciebie czekać- zauważył odrobinę złośliwie.
-Chodzi o miasto- zacząłem ostrożnie.
-Ta zapadła dziura mnie nie interesuje- przerwał mi obojętnie.
-Czyli moja córka też przestała cię interesować- odparłem odwracając się do odejścia.
-Co z Moją Księżniczką??.- Warknął ostro, a ostrze topora pojawiło się przy moim gardle.
-Opuść broń. To nie czas, ani miejsce- odpowiedziałem cicho.- Kitsune chcą czegoś od naszej córki..
Suriel zamarł w bezruchu. Powoli odsunął topór od mojego gardła i opuścił rękę do boku.
-Od Niej? Czego chcą?- Zapytał z naciskiem. Oczy pod kapucą błysnęły błękitem.
-Sam chciałbym wiedzieć. Jedno wiem na pewno: oni są niebezpieczni..
-Co chcesz zrobić?- ton Suriela stał się ostry i bardziej rzeczowy.
-Myślałem, że sam podsuniesz jakiś pomysł- stwierdziłem z zastanowieniem.
-Hmmm. Te małe, śmierdzące kitsune mają kilka słabości..- Anioł zamyślił się na dłuższy moment.- Jedną z nich jest kawałek żelaza, ale nie jestem pewien, że to zadziała- drgnął nagle, jakby coś przyszło mu do głowy.- Ta dziewczyna w kimonie.. Jest kapłanką, prawda?
-No, tak... Zupełnie o tym zapomniałem- odezwałem się powoli.- Zaraz: jest mały problem..
-Czyżby twoja zazdrosna żona?- Miałem wrażenie, że uśmiecha się złośliwie.
-Callisto mi ufa, tak samo, jak ja jej- odparłem ze stoickim spokojem.
-Jesteś tego pewien całkowicie?- Zapytał nie kryjąc wesołości.
-Do czego zmierzasz?- Zapytałem prosto z mostu.
Zabrzmiał jego cichy śmiech.
-Cóż za niezachwiana wiara- stwierdził z podziwem.- A co, jeśli twoja przepiękna małżonka ma inne plany?
-O co ci, kurwa, chodzi?- Zdziwiłem się patrząc nań podejrzliwie.
-O nic- odparł niewinnie.- Sugeruję tylko, że twoja żona być może chce wywieźć twoje dziecko i...
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
W pośpiechu pakowałam ciuszki i akcesoria potrzebne mojej małej Lily, w międzyczasie przygotowywałam do podróży również Michaela.
Nie mogłam pozwolić by mojej córce stała się jakakolwiek krzywda. Mój teść miał zawiadomić siostrę, by zwinęła ich do siebie, jakieś sto kilometrów od Fallen.
-Byle z dala od tego przeklętego zadupia- mruknęłam. Nagle zamarłam tuż przy szybie widząc, że Michael z kimś rozmawia.
-Wyjedziesz, nawet jeśli będę musiała cię do tego zmusić..- Szepnęłam smutno.- Musisz się nią opiekować..
-Wszystko gotowe?- Zapytał Armand Tyler wchodząc do sypialni.
-Tak. Które z nas mu powie?- Zapytałam ostrożnie.
-Cristopher to zrobi- odparł spokojnie.- Nie denerwuj się, James zrozumie- powiedział pocieszająco, kładąc mi ręce na ramionach.
-Martwię się, jak on na to wszystko zareaguje...- westchnęłam ciężko.
-Uprzedziłem Mary, że w razie problemów wpakuję własnego syna do bagażnika wozu.
-Wątpię, że Michael na to pozwoli- stwierdziłam kwaśno.
-Zawsze istnieje perswazja siłowa, choć nie chciałbym jej użyć- przytaknął niechętnie.
-Jeśli go nie przekonamy, nie będzie wyjścia- sama w tamtej chwili nie wiedziałam, czy postępuję słusznie. Byłam niepewna swej decyzji i bałam się, że będzie wściekły, że zdecydowałam za niego.
Chyba jednak bardziej bałam się kolejnej kłótni między nami.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Lily jest zbyt mała by... Ty chyba oszalałeś...- Zacząłem zdumiony, łapiąc ten cały haczyk.
-No, cóż... Arrivederci Roma- w tym momencie oberwałem i straciłem przytomność...
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Michael,
przepraszam, że to robię; ale tylko Ty, jako mój mąż i jej ojciec możesz ochronić naszą najdroższą Lily. Wyjaśnię Ci to wszystko później, gdy tutaj się uspokoi.. Proszę, nie bądź na mnie zły...
Kocham Was,
Cally.
Wsunęłam liścik i zacisnęłam lekko jego palce, całując go delikatnie. Opatuliłam szczelniej małą, która patrzyła na mnie w ciszy, z zaskakującą powagą.
-Pilnuj tatusia; skarbuś- szepnęłam i ocierając łzy, ucałowałam małą w czoło.
-Musimy jechać- ponagliła cicho „ciocia” Mary.
-Bezpiecznej podróży- powiedziałam przez łzy, gdy samochód odjeżdżał.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Dziesięć minut wcześniej...
Ktoś- być może mój teść, bo skądś znałem ten szelest koszuli- zanim zdążyłem się odwrócić, zdzielił mnie mocno po bani.
Budzę się w pędzącym aucie i podnosząc się przykładam dłoń do łba, ze zbolałą miną... Zamroczony, przez chwilę nie ogarniam całej sytuacji..
Rozluźniam dłoń. Kartka papieru, po której przebiegam wzrokiem.
Liścik Callisto. Musiała pisać w ogromnym pośpiechu.
Blednę i zrywam się szybko z tylnej kanapy, warcząc:
-Gdzie ja, kurwa mać, jestem??
-Mów ciszej, obudzisz tą malutką kruszynkę- rozpoznaję głos siostry ojca, cioci Mary.
-Możesz mi wyjaśnić, co tu jest grane??- Zapytałem świszczącym szeptem. Strasznie bolała mnie głowa. Ten cholerny, pulsujący ból nie pozwalał mi trzeźwo myśleć.
"Proszę, nie bądź na mnie zły...
Kocham Was,
Cally."- Wtedy wszystko sobie uświadamiam...
Zrobiła to, by chronić naszą córeczkę..
Zrobiła to, bo nas kocha i wiedziała, że JĄ ochronię..
Zrobiła to wbrew mnie. To takie dziwne, ale nie potrafiłem być zły na Callisto. Ten czyn był tylko dowodem na to, jak bezgranicznie potrafiła mi zaufać...
-Michael...
-Co. Jest. Grane.?- Zapytałem z naciskiem.
-Wściekniesz się, jeśli powiem ci prawdę- zauważyła ciocia.
-Nie pierdol, tylko nawijaj- moja ostra odpowiedź nawet mnie samego zaskoczyła.
-Ona bardzo cię kocha. Uknuła ten plan, żeby chronić was oboje...
-Nie pierdol czegoś, o czym dobrze wiem!.- Prychnąłem z irytacją- Chryste Panie... Ale mnie baniak nawala- jęknąłem nadal z dłonią przy bolącym miejscu.
-Wykapany braciszek; rzuca mięsem, kiedy jest zły lub nie ogarnia- westchnęła, jakby do siebie.
-Dokąd jedziemy...?- Zapytałem opierając się słabo o kanapę przyłożyłem dłoń do głowy, przymykając oczy. Ten pieprzony, tępy ból głowy...
-Do mnie...
*******
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Tydzień później.
-Tu Płomień: wiesz, co zrobić po sygnale. Jeśli chcesz się umówić na karty, spadaj: mam ważniejsze rzeczy na łbie- faceci i ich automatyczne sekretarki... Mimo to cieszyło mnie, że mogłam słyszeć jego głos w tej oschłej wiadomości na poczcie głosowej.. Jego głos mi wystarczał- nieważne, co mówił- nieistotne, że to zwyczajne, suche nagranie.
Liczyło się tylko, że to..
Jego głos.
-Chcę ci tylko powiedzieć trzy słowa: kocham cię i przepraszam... Ucałuj ode mnie Lily...- powiedziałam cicho ocierając łzy.
W sumie nie dziwiło mnie, że nie chciał ze mną rozmawiać...
Powoli zakończyłam połączenie. Padłam spowrotem na łóżko. Zakopując się w ciepłej pościeli, przymknęłam oczy i wtuliłam twarz w jedną z jego koszulek.
-Cześć, piękna- słysząc głos Tori powoli otwieram oczy i podnosząc się, szybko ocieram łzy, odkładając ubranie..- Spokojnie... No, przytul się- szepnęła obejmując mnie mocno.
-Przepraszam...- rzuciłam ze wstydem, próbując się odsunąć, ale Tori przygarnęła mnie mocno ramieniem.
-Nie martw się. Michael sobie poradzi- starała się mnie pocieszyć.
-Tęsknię za nimi..- mruknęłam płaczliwie.- Nie wiem, czy dobrze zrobiłam...
-Chcesz ich chronić- odparła cicho.- Michael na pewno to zrozumie, laska.
-Pewnie jest na mnie mega wściekły.. Na nieskończoną cierpliwość Anioła, co mi; do jasnej cholery; odbiło?- Byłam na siebie zła, że nie przedyskutowałam z nim... Że nawet nie próbowałam pogadać z Michaelem.
-Jestem mega kretynką...- nagle rozchyliłam usta w zaskoczeniu.- No, właśnie...- zaczęłam w nagłym olśnieniu.
-Co: właśnie??- Tori gapiła się na mnie nic nie kapując.
Wyskoczyłam z łóżka, jak z procy i pojawiłam się tuż przy oknie.
-Ciekawe, czy nadal na Nią czekasz; Aniele- rzuciłam patrząc na majaczący niedaleko las.
-O, żesz kurna!- Niska szatynka potknęła się i wylądowała na podłodze.
-Tak, jak mówiłem, będę czekał na Moją Księżniczkę- oznajmił baryton.
-Myślałam, że ruszysz za nią- zauważyłam podejrzliwie.
Dłoń z toporem wystrzeliła do przodu i zatrzymała się tuż przy gardle Tori, która stanęła między nami.
-Nic do ciebie nie mam, z drogi- zwrócił się do niej.
-Jeśli masz coś do Cally, masz coś do mnie; jasne?- Zapytała ostro dziewczyna.
-Klucz do JEJ bezpieczeństwa leży w tej zabitej dechami dziurze- Suriel zwracając się do mnie, powoli opuścił topór do boku.- Nie mam potrzeby strzec Mojej Księżniczki tam, gdzie jest bezpieczna.
-Jeszcze nie Zaprzysiężyłam cię mojej córce, Aniele- zauważyłam powoli.
-Czyżbyś nie zamierzała tego zrobić?- Zapytał chłodno.
-Niczego ci nie obiecałam- odwarknęłam poirytowana.
Oczy Tori skakały po nas ze zdziwieniem.
-To prawda, ale wiesz; że mogę ci pomóc- potwierdził spokojnie.
-Równie dobrze mogę poprosić tę owiniętą w prześcieradło dziewuchę- wzruszyłam ramionami, starając się, by mój głos brzmiał obojętnie.
-Nie zrobisz tego, bo nie tylko owej nie lubisz, ale i jej nie ufasz- Miałam wrażenie, że Anioł złośliwie się uśmiecha.
Niestety miał rację. W życiu nie upadłabym tak nisko, by prosić o pomoc kogoś, kogo traktowałam, jak wroga. To byłoby dla mnie strasznie upokarzające. Co innego Suriel. Jako Anioł był mi zupełnie obojętny.
-Nie zapominaj, że pochodzę z diabelskiego rodu- zauważyłam dumnie.
-Nawet Diabeł dotrzymuje obietnic- odciął się ironicznie.
-Niczego ci nie obiecałam. Zaślubię córkę z kim zechcę, a ty, Aniele, jesteś ostatni w kolejce- wiedziałam, że pyskując Mu, igram z ogniem; ale mało mnie to obchodziło.
Ostrze w mgnieniu oka oparło się na mojej tętnicy. Suriel zazgrzytał zębami z wściekłości. Tori wystraszona obserwowała wydarzenia.
-Szkoda, że nosisz Moją Pieczęć- warknął lodowato.
-Powstrzymuje cię to, Aniele?- Spytałam nieco zaintrygowana.
Anioł wsunął broń za pas i zasłonił ją połą prochowca.
-Nie tylko to wstrzymuje mnie od zabicia cię, wampirze- odparł z niechęcią.
-Jeszcze raz obraź Moją Panią, a będziesz miał ze mną do czynienia!.- Lucian pojawił się u mojego boku zupełnie niespodziewanie.
-Mój ulubiony starszy brat, Archanioł Chóru...
Lucian przerwał mu w śpiewnym języku, którego nie zrozumiałam.
-Powinna wiedzieć, Bracie- odpowiedział tajemniczo nasz Łowczy Anioł.
-Żałuję, że nie pozwolił odebrać ci Skrzydeł- odwarknął zimno czarnooki, wpatrując się w Suriela nieufnie.- Nie dość, że mieszasz się w nieswoje sprawy i kombinujesz pod moim nosem, to jeszcze nękasz moją Panią- Lucian chyba naprawdę się wkurzył, bo jego postać płonęła błękitnym ogniem, a w ręce opuszczonej do boku błyszczał miecz.
-Chcesz walki, Mika..elis?- Zapytał drwiąco Anioł.
-Wyzywasz mnie?- Odpowiedział pytaniem czarnooki.
-A jeśli nawet..?- Suriel zaśmiał się cicho, nie kryjąc wesołości.
Kilka sekund później znaleźliśmy się tuż przy ponurej ścianie lasu, a Suriel ruszył na Luciana. Przystojny młodzieniec zastawił się mieczem, a Anioł poczęstował go kopniakiem. Czarnooki odleciał kilka metrów i lądując na nogach, szybko uskoczył przed następnym ciosem topora.
Broń zwierała się krzesząc snopy iskier. Lucian odbił kolejny cios, a topór furknął w górę. Anioł syknął coś przez zaciśnięte zęby i zniknął mi z oczu. Pojawił się trzy metry dalej i złapał broń, a jego kapuca...
-Tori zamknij oczy- nakazałam szybko.
-Czemu?- Zdziwiła się.
-Przesąd, wyjaśnię później- rzuciłam krótko.
-Spoko- Zamknęła oczy, a ja zrobiłam to samo.
Jego głos.
-Chcę ci tylko powiedzieć trzy słowa: kocham cię i przepraszam... Ucałuj ode mnie Lily...- powiedziałam cicho ocierając łzy.
W sumie nie dziwiło mnie, że nie chciał ze mną rozmawiać...
Powoli zakończyłam połączenie. Padłam spowrotem na łóżko. Zakopując się w ciepłej pościeli, przymknęłam oczy i wtuliłam twarz w jedną z jego koszulek.
-Cześć, piękna- słysząc głos Tori powoli otwieram oczy i podnosząc się, szybko ocieram łzy, odkładając ubranie..- Spokojnie... No, przytul się- szepnęła obejmując mnie mocno.
-Przepraszam...- rzuciłam ze wstydem, próbując się odsunąć, ale Tori przygarnęła mnie mocno ramieniem.
-Nie martw się. Michael sobie poradzi- starała się mnie pocieszyć.
-Tęsknię za nimi..- mruknęłam płaczliwie.- Nie wiem, czy dobrze zrobiłam...
-Chcesz ich chronić- odparła cicho.- Michael na pewno to zrozumie, laska.
-Pewnie jest na mnie mega wściekły.. Na nieskończoną cierpliwość Anioła, co mi; do jasnej cholery; odbiło?- Byłam na siebie zła, że nie przedyskutowałam z nim... Że nawet nie próbowałam pogadać z Michaelem.
-Jestem mega kretynką...- nagle rozchyliłam usta w zaskoczeniu.- No, właśnie...- zaczęłam w nagłym olśnieniu.
-Co: właśnie??- Tori gapiła się na mnie nic nie kapując.
Wyskoczyłam z łóżka, jak z procy i pojawiłam się tuż przy oknie.
-Ciekawe, czy nadal na Nią czekasz; Aniele- rzuciłam patrząc na majaczący niedaleko las.
-O, żesz kurna!- Niska szatynka potknęła się i wylądowała na podłodze.
-Tak, jak mówiłem, będę czekał na Moją Księżniczkę- oznajmił baryton.
-Myślałam, że ruszysz za nią- zauważyłam podejrzliwie.
Dłoń z toporem wystrzeliła do przodu i zatrzymała się tuż przy gardle Tori, która stanęła między nami.
-Nic do ciebie nie mam, z drogi- zwrócił się do niej.
-Jeśli masz coś do Cally, masz coś do mnie; jasne?- Zapytała ostro dziewczyna.
-Klucz do JEJ bezpieczeństwa leży w tej zabitej dechami dziurze- Suriel zwracając się do mnie, powoli opuścił topór do boku.- Nie mam potrzeby strzec Mojej Księżniczki tam, gdzie jest bezpieczna.
-Jeszcze nie Zaprzysiężyłam cię mojej córce, Aniele- zauważyłam powoli.
-Czyżbyś nie zamierzała tego zrobić?- Zapytał chłodno.
-Niczego ci nie obiecałam- odwarknęłam poirytowana.
Oczy Tori skakały po nas ze zdziwieniem.
-To prawda, ale wiesz; że mogę ci pomóc- potwierdził spokojnie.
-Równie dobrze mogę poprosić tę owiniętą w prześcieradło dziewuchę- wzruszyłam ramionami, starając się, by mój głos brzmiał obojętnie.
-Nie zrobisz tego, bo nie tylko owej nie lubisz, ale i jej nie ufasz- Miałam wrażenie, że Anioł złośliwie się uśmiecha.
Niestety miał rację. W życiu nie upadłabym tak nisko, by prosić o pomoc kogoś, kogo traktowałam, jak wroga. To byłoby dla mnie strasznie upokarzające. Co innego Suriel. Jako Anioł był mi zupełnie obojętny.
-Nie zapominaj, że pochodzę z diabelskiego rodu- zauważyłam dumnie.
-Nawet Diabeł dotrzymuje obietnic- odciął się ironicznie.
-Niczego ci nie obiecałam. Zaślubię córkę z kim zechcę, a ty, Aniele, jesteś ostatni w kolejce- wiedziałam, że pyskując Mu, igram z ogniem; ale mało mnie to obchodziło.
Ostrze w mgnieniu oka oparło się na mojej tętnicy. Suriel zazgrzytał zębami z wściekłości. Tori wystraszona obserwowała wydarzenia.
-Szkoda, że nosisz Moją Pieczęć- warknął lodowato.
-Powstrzymuje cię to, Aniele?- Spytałam nieco zaintrygowana.
Anioł wsunął broń za pas i zasłonił ją połą prochowca.
-Nie tylko to wstrzymuje mnie od zabicia cię, wampirze- odparł z niechęcią.
-Jeszcze raz obraź Moją Panią, a będziesz miał ze mną do czynienia!.- Lucian pojawił się u mojego boku zupełnie niespodziewanie.
-Mój ulubiony starszy brat, Archanioł Chóru...
Lucian przerwał mu w śpiewnym języku, którego nie zrozumiałam.
-Powinna wiedzieć, Bracie- odpowiedział tajemniczo nasz Łowczy Anioł.
-Żałuję, że nie pozwolił odebrać ci Skrzydeł- odwarknął zimno czarnooki, wpatrując się w Suriela nieufnie.- Nie dość, że mieszasz się w nieswoje sprawy i kombinujesz pod moim nosem, to jeszcze nękasz moją Panią- Lucian chyba naprawdę się wkurzył, bo jego postać płonęła błękitnym ogniem, a w ręce opuszczonej do boku błyszczał miecz.
-Chcesz walki, Mika..elis?- Zapytał drwiąco Anioł.
-Wyzywasz mnie?- Odpowiedział pytaniem czarnooki.
-A jeśli nawet..?- Suriel zaśmiał się cicho, nie kryjąc wesołości.
Kilka sekund później znaleźliśmy się tuż przy ponurej ścianie lasu, a Suriel ruszył na Luciana. Przystojny młodzieniec zastawił się mieczem, a Anioł poczęstował go kopniakiem. Czarnooki odleciał kilka metrów i lądując na nogach, szybko uskoczył przed następnym ciosem topora.
Broń zwierała się krzesząc snopy iskier. Lucian odbił kolejny cios, a topór furknął w górę. Anioł syknął coś przez zaciśnięte zęby i zniknął mi z oczu. Pojawił się trzy metry dalej i złapał broń, a jego kapuca...
-Tori zamknij oczy- nakazałam szybko.
-Czemu?- Zdziwiła się.
-Przesąd, wyjaśnię później- rzuciłam krótko.
-Spoko- Zamknęła oczy, a ja zrobiłam to samo.
-Możecie patrzeć- oznajmił Lucian, po długich minutach.
Obie otworzyłyśmy oczy.
Zakapturzony Anioł spychał czarnookiego w tył, gdy nagle zatrzymał się. Lekki ruch dłoni i topór obracając się furknął w powietrzu. Lucian uskoczył, gdy dwadzieścia metrów później usłyszeliśmy przerażony okrzyk i kilka piskliwych słów; które prawdopodobnie były przekleństwami.
-Ciekawe, kogo złapałem.. Hm?- Spojrzał z boku na Luciana, który trzymał płonący miecz przy jego gardle.
-Trzeba to sprawdzić- zgodził się mój Strażnik. Opuszczając lekko ostrze zakręcił młynka i po chwili w jego dłoni pojawił się stary klucz.
Uprzedziłyśmy ich i ruszyłyśmy przodem.
***
-Puszczaj, ty draniu! Zettai yurusenai; kimkolwiek jesteś!- Warczał głos dziewczyny.
Stanęłam raptownie, jakby wryło mnie w ziemię. Zadrżały mi wargi, a w oczach stanęły łzy. Z trudem opanowałam drżenie rąk, które zacisnęłam w pięści i zmusiłam się, by tam pójść.
Wszystko wróciło. Brudna, ciemna i zimna cela. Kij grający na kratach upiorną melodię. I piskliwy, szyderczy śmiech tej...
-Suka..!- Moja pięść wystrzeliła w stronę przyszpilonej toporem do klonu Kurushimi i zderzyła się z jej twarzą.
-Zabiję... Rozszarpię cię na strzępy za to, co zrobiłaś- warknęła wściekle, próbując się wyrwać.
-Nie ona przybiła cię do tego drzewa- właściciel barytonu wyprowadził ją z błędu.
-Więc kto?- Syknęła rozdrażniona.
-Ja to uczyniłem- przyznał Suriel łobuzerskim tonem.
Oczy Kurushimi przybrały ten znienawidzony przeze mnie dziki, demoniczny wygląd. Potężny konar klonu rosnąc w zastraszającym tempie pędził ku Aniołowi, który z opanowaniem pochwycił szpic tuż przed swoją piersią.
-To ona?- Zapytał, patrząc na mnie. Potaknęłam skinieniem.
Z jego lewej dłoni wyszedł jęzor ognia, który pełznąc po konarze przysmażył dziewczynce rękę. Chwile potem gałąź rozsypała się w popiół.
-Smażony kitsune. Rarytas prosto z Japonii. Oishii desu!- Zarechotała Tori.
-Twój japoński jest koszmarny, więc się zamknij, bo tak cię urządzę; że własna matka cię nie rozpozna!- odpyskowała.
-Kurushimi ga ochiru, ochiru, ochiru, goban no gēto wa sudeni hōkai shite imasu. Kago wa mada tonde iru, tonde iru, tonde iru. Kurushimi wa fushidaradesu, Chīsana chūgokujin josei.- Widząc po minie Kurushimi, ta owinięta w prześcieradło dziewucha musiała nucić coś naprawdę wrednego.
-Rany... Nie wyrywaj się tak, bo zrobisz sobie kuku.- Yuri zachichotała wyjątkowo złośliwie.
-Mogłam się ciebie wcześniej pozbyć, ty...- zasyczała wściekle Kurushimi, wyrywając się.
-Żałuj zmarnowanej okazji, hihihihihi- Hanayakana wstydliwie zasłoniła twarz szerokim rękawem kimona, chichocząc drwiąco.
-Mogę ją jeszcze podsmażyć?- Zapytał z nadzieją Anioł.
-Twoja wola, Aniele. Legendy mówią, że lubisz tortury- rzuciłam z ironią.
-Zatem trzymajmy się legend- Miałam dziwne wrażenie, że mówiąc to przewrócił oczami.
-Yamette! Dostaniesz, co chcesz, tylko tego nie rób!
-Jeśli mogę prosić o przysługę; zamknij jej pysk, Bracie- zasugerował Anioł.
Stanęłam tuż przed nią i zajrzałam w jej fioletowe tęczówki.
-I co, Kurushimi? Karty się odwróciły, hm?- Spytałam uśmiechając się paskudnie.
Zamachała rękami próbując mnie dosięgnąć. Docisnęłam jedną z jej rąk do pnia i przybiłam ją sztyletem. Zaczęła wrzeszczeć, kląć i grozić. Lucian bez wahania wymierzył jej siarczysty policzek.
-Soshite, anata ga ochiru yō ni, Tenshi! Jigoku de anata o tabe saseyou!- Warknęła pogardliwie.
-Będzie buba- skomentował zakapturzony Suriel drżąc ze śmiechu.
-Co ona powiedziała?- Spytałam Yuri.
-"A żebyś upadł, Aniele i niech cię piekło pochłonie"- Zacytowała „panna prześcieradło”.
Lucian słysząc to pociągnął jej mocno z buta.
-Nie spoufalaj się tak, ścierwo. Pożałujesz, że śmiałaś tknąć Moją Panią, bachorze- drugi mocny kopniak, po którym coś dziwnie chrupnęło.- Nawet, gdybyś miała wszystkie dziewięć ogonów, nie dorównałabyś mi.
-Lucian, mam sprawę...- zaczęła nieśmiało Tori.
-Jaką?- Spytał lekko.
-Polecony, do rąk własnych- odparła podrzucając gruby drut.
-To niech leci- odparł półżartem.
-To za mojego męża i dziecko- Tori przywaliła mocno lisicy.- Drugi za moją najlepszą kumpelę- zdzieliła Kurushimi w żebra.- Aha, i ze specjalną dedykacją, franco!- Niska szatynka wbiła kitsune pręt, w ramię.
-Aian! Sore wa itai! Itai!- Warknęła Kurushimi. W jej oczach zaszkliły się łzy.- Coś ty zrobiła, puszczalska dziwko?! Zniszczę cię! Zrujnuję! Pożałujesz tego!!
-Za słabo? Wolisz hardcore?- Tori uśmiechnęła się wrednie, spoglądając z ukosa na pręt.- Zaraz.. Wiem! Rozgrzejemy to ustrojstwo!.- Ucieszyła się, spoglądając na czarny prochowiec.
-Ta dziewka naprawdę nie jest Łowcą?- Zapytał szeptem Luciana.
-Nie, a co?- Zdziwił się czarnooki.
Obie otworzyłyśmy oczy.
Zakapturzony Anioł spychał czarnookiego w tył, gdy nagle zatrzymał się. Lekki ruch dłoni i topór obracając się furknął w powietrzu. Lucian uskoczył, gdy dwadzieścia metrów później usłyszeliśmy przerażony okrzyk i kilka piskliwych słów; które prawdopodobnie były przekleństwami.
-Ciekawe, kogo złapałem.. Hm?- Spojrzał z boku na Luciana, który trzymał płonący miecz przy jego gardle.
-Trzeba to sprawdzić- zgodził się mój Strażnik. Opuszczając lekko ostrze zakręcił młynka i po chwili w jego dłoni pojawił się stary klucz.
Uprzedziłyśmy ich i ruszyłyśmy przodem.
***
-Puszczaj, ty draniu! Zettai yurusenai; kimkolwiek jesteś!- Warczał głos dziewczyny.
Stanęłam raptownie, jakby wryło mnie w ziemię. Zadrżały mi wargi, a w oczach stanęły łzy. Z trudem opanowałam drżenie rąk, które zacisnęłam w pięści i zmusiłam się, by tam pójść.
Wszystko wróciło. Brudna, ciemna i zimna cela. Kij grający na kratach upiorną melodię. I piskliwy, szyderczy śmiech tej...
-Suka..!- Moja pięść wystrzeliła w stronę przyszpilonej toporem do klonu Kurushimi i zderzyła się z jej twarzą.
-Zabiję... Rozszarpię cię na strzępy za to, co zrobiłaś- warknęła wściekle, próbując się wyrwać.
-Nie ona przybiła cię do tego drzewa- właściciel barytonu wyprowadził ją z błędu.
-Więc kto?- Syknęła rozdrażniona.
-Ja to uczyniłem- przyznał Suriel łobuzerskim tonem.
Oczy Kurushimi przybrały ten znienawidzony przeze mnie dziki, demoniczny wygląd. Potężny konar klonu rosnąc w zastraszającym tempie pędził ku Aniołowi, który z opanowaniem pochwycił szpic tuż przed swoją piersią.
-To ona?- Zapytał, patrząc na mnie. Potaknęłam skinieniem.
Z jego lewej dłoni wyszedł jęzor ognia, który pełznąc po konarze przysmażył dziewczynce rękę. Chwile potem gałąź rozsypała się w popiół.
-Smażony kitsune. Rarytas prosto z Japonii. Oishii desu!- Zarechotała Tori.
-Twój japoński jest koszmarny, więc się zamknij, bo tak cię urządzę; że własna matka cię nie rozpozna!- odpyskowała.
-Kurushimi ga ochiru, ochiru, ochiru, goban no gēto wa sudeni hōkai shite imasu. Kago wa mada tonde iru, tonde iru, tonde iru. Kurushimi wa fushidaradesu, Chīsana chūgokujin josei.- Widząc po minie Kurushimi, ta owinięta w prześcieradło dziewucha musiała nucić coś naprawdę wrednego.
-Rany... Nie wyrywaj się tak, bo zrobisz sobie kuku.- Yuri zachichotała wyjątkowo złośliwie.
-Mogłam się ciebie wcześniej pozbyć, ty...- zasyczała wściekle Kurushimi, wyrywając się.
-Żałuj zmarnowanej okazji, hihihihihi- Hanayakana wstydliwie zasłoniła twarz szerokim rękawem kimona, chichocząc drwiąco.
-Mogę ją jeszcze podsmażyć?- Zapytał z nadzieją Anioł.
-Twoja wola, Aniele. Legendy mówią, że lubisz tortury- rzuciłam z ironią.
-Zatem trzymajmy się legend- Miałam dziwne wrażenie, że mówiąc to przewrócił oczami.
-Yamette! Dostaniesz, co chcesz, tylko tego nie rób!
-Jeśli mogę prosić o przysługę; zamknij jej pysk, Bracie- zasugerował Anioł.
Stanęłam tuż przed nią i zajrzałam w jej fioletowe tęczówki.
-I co, Kurushimi? Karty się odwróciły, hm?- Spytałam uśmiechając się paskudnie.
Zamachała rękami próbując mnie dosięgnąć. Docisnęłam jedną z jej rąk do pnia i przybiłam ją sztyletem. Zaczęła wrzeszczeć, kląć i grozić. Lucian bez wahania wymierzył jej siarczysty policzek.
-Soshite, anata ga ochiru yō ni, Tenshi! Jigoku de anata o tabe saseyou!- Warknęła pogardliwie.
-Będzie buba- skomentował zakapturzony Suriel drżąc ze śmiechu.
-Co ona powiedziała?- Spytałam Yuri.
-"A żebyś upadł, Aniele i niech cię piekło pochłonie"- Zacytowała „panna prześcieradło”.
Lucian słysząc to pociągnął jej mocno z buta.
-Nie spoufalaj się tak, ścierwo. Pożałujesz, że śmiałaś tknąć Moją Panią, bachorze- drugi mocny kopniak, po którym coś dziwnie chrupnęło.- Nawet, gdybyś miała wszystkie dziewięć ogonów, nie dorównałabyś mi.
-Lucian, mam sprawę...- zaczęła nieśmiało Tori.
-Jaką?- Spytał lekko.
-Polecony, do rąk własnych- odparła podrzucając gruby drut.
-To niech leci- odparł półżartem.
-To za mojego męża i dziecko- Tori przywaliła mocno lisicy.- Drugi za moją najlepszą kumpelę- zdzieliła Kurushimi w żebra.- Aha, i ze specjalną dedykacją, franco!- Niska szatynka wbiła kitsune pręt, w ramię.
-Aian! Sore wa itai! Itai!- Warknęła Kurushimi. W jej oczach zaszkliły się łzy.- Coś ty zrobiła, puszczalska dziwko?! Zniszczę cię! Zrujnuję! Pożałujesz tego!!
-Za słabo? Wolisz hardcore?- Tori uśmiechnęła się wrednie, spoglądając z ukosa na pręt.- Zaraz.. Wiem! Rozgrzejemy to ustrojstwo!.- Ucieszyła się, spoglądając na czarny prochowiec.
-Ta dziewka naprawdę nie jest Łowcą?- Zapytał szeptem Luciana.
-Nie, a co?- Zdziwił się czarnooki.
-Nadawałaby się znakomicie- stwierdził Suriel z rozmarzeniem. Spod kaptura błysnęły błękitne tęczówki, a drut w ramieniu kitsune zaczął zmieniać kolor. Po jakimś czasie najpierw stał się czerwony. Fioletowooka zaczęła wrzeszczeć z bólu.
-Czego chcesz od Mojej Księżniczki?- Zapytał ją Anioł, a czarne tęczówki Luciana patrzyły nań z boku podejrzliwie.
Z ust Kurushimi, zamiast sensownej odpowiedzi, wydobył się złośliwy chichot. Pręt zmienił kolor na intensywny pomarańcz, a dziewczynka zawyła z bólu.
-Jeśli nie zaczniesz gadać, z przyjemnością cię usmażę- odezwał się wesoło Suriel.
-Jestem nieśmiertelna, jak wszystkie kitsune- warknęła w odpowiedzi.
-A jeśli znajdę twoją Kulę?- Spytał zaciekawiony, świdrując ją wzrokiem.
Kurushimi ignorując drut w ciele wyrwała się do przodu z groźbami na ustach.
-Hihihihi, tylko spróbuj- znów ten irytujący, psotny chichot.
-Na pewno spróbuję- zapewnił Anioł Suriel.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów.
-Witamy w Guadalupie, a właściwie w Czarnej Dupie- stwierdziłem kwaśno.
-Telefony i internet działają, więc nie dramatyzuj; Michael- stwierdziła ciotka Mary.
-Taa, racja. Zawsze mogło być gorzej- westchnąłem tęsknie.
-Co chcesz przez to powiedzieć..?- Spytała wjeżdżając w bramę. Samochód stanął, a silnik zgasł.
-To skomplikowane- odparłem wysiadając szybko.
-Twoja żona też zbyt wiele nie wyjaśniła- zauważyła nieco podejrzliwie.- Od Armanda również nic nie dało się wyciągnąć i...
-To drobnostka- odparłem na odczepne.
Chyba wiedziała, że ją zbywam, ale skwitowała to tylko ciężkim westchnieniem.
-Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, Michael- zapewniła, gdy wziąłem nosidełko, ze śpiącą kruszynką.
Dziewczynka nagle się zbudziła i zacisnęła paluszki na mojej prawej dłoni.
Kolejny obraz...
Leżąca na łóżku Callisto zaciskająca palce na telefonie, ociera łzy.
-Nie jestem zły na mamusię, skarbie- szepnąłem pieszczotliwie do córki.
Przyglądała mi się dziwnie natarczywie.
-Naprawdę- zapewniłem dając jej buziaka.
***
Siedziałem w pokoju i zajmując się Lily, wyciągnąłem z kieszeni telefon.
-Jak nie brak zasięgu, to ci padnie bateria.. Na nieskończoną cierpliwość Anioła...- westchnąłem z irytacją podłączając telefon pod ładowarkę.- Masz, nażryj się- burknąłem niechętnie. Kładąc Lily na łóżku położyłem się obok, bawiąc się z córką.
Martwiłem się tym wszystkim. Bałem się, że coś stanie się mojej Cally.
Dźwięk telefonu wyrwał mnie z ponurych rozmyślań. Ostra, rockowa melodia sprawiła, że mała zaczęła się wiercić, machając rączkami i nóżkami.
-Mój skarbuś kochany sobie dyla...- uśmiechnąłem się do dziecinki, sięgając po urządzenie. Widząc na wyświetlaczu zdjęcie Callisto odebrałem.- Kochanie moje..- rzuciłem do słuchawki.
Lily znieruchomiała na chwilę.
-Pewnie jesteś na mnie wściekły- odezwała się smutna.
-Nie jestem. Miałaś powody- odparłem cicho, widząc że mała wyciąga rączki do telefonu.- Ktoś chce się z tobą przywitać..- skierowałem Motorolę w stronę Lily.
-Maa.. Ba, bach..- zapiszczała radośnie.
-Cześć, skarbuś.. Pilnujesz taty?- Spytała z miłością.
-Gaaa pffry. Buu..- odpowiedziała po swojemu Lily, z dziwną powagą.
-Też bardzo tęsknię, kochanie- odpowiedziała cicho.
-Coś w mieście się zmieniło?- Zapytałem.
-Widzieliśmy Corę- odezwała się z wahaniem.- To straszne... Ona nie jest sobą i...
-To znaczy?..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Kiedy u niej byliśmy... W pokoju jest bałagan i mrok. Wszędzie pełno ciuchów.. Ona wygląda okropnie, jest pokaleczona, rozczochrana... Chodzi na czworakach, jakaś poskręcana, mówi wspak i... Rzuciła w Paula jakąś patelnią..
-Skąd w jej pokoju patelnia?- Zapytał zaskoczony.
-A żebym to ja wiedziała, ale to jeszcze nic. Najgorsze jest to, że... Jej matka twierdzi, że Cora śpi pod biurkiem, albo w szafie..
-Wiadomo, kiedy to się zaczęło?- Zapytał z namysłem.
-Co sugerujesz?- Zapytałam ostrożnie.
Przez dłuższą chwilę w słuchawce zapanowała cisza.
-Mam na myśli to, że Cora spotkała kogoś opętanego przez kitsune i złapała to samo- zauważył.
-Mówisz tak, jakby to była choroba..- stwierdziłam wolno.
-Ech, kto wie.. Może coś w tym jest.. Jak twierdziła Yuri..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Demony tak samo, jak ludzie lubią gry- zacytowała ponuro.- Gorsze jest to, że te ich gry... To czysta makabra.. Oni bawią się tymi ludźmi, jak zabawkami... Tak, jak... Jak bawili się mną...- przyznała z rozpaczą.- Nie mogę stać bezczynnie i patrzeć, jak rujnują Mój Bajzel... To jest, kurwa, mój bajzel i nie pozwolę się nikomu wpierdolić- zaklęła z irytacją.
-Potomkini Założyciela chce chronić tą zabitą dechami dziurę?- Nie wiem, dlaczego sobie zakpiłem.
-Och, daj spokój... Może i to totalny wypiździaj, ale.. Gdyby nie to zadupie, nie byłoby nas i naszej słodziaśnej Kruszynki- przyznała rozsądnie.
-Kocham to MEGA-zadupie- zarechotaliśmy zgodnie.
-Trzeba ich jakoś wykurzyć z miasta. Poszperam w sieci, może znajdę coś ciekawego..- stwierdziłem zamyślony, włączając laptopa.
-Czego chcesz od Mojej Księżniczki?- Zapytał ją Anioł, a czarne tęczówki Luciana patrzyły nań z boku podejrzliwie.
Z ust Kurushimi, zamiast sensownej odpowiedzi, wydobył się złośliwy chichot. Pręt zmienił kolor na intensywny pomarańcz, a dziewczynka zawyła z bólu.
-Jeśli nie zaczniesz gadać, z przyjemnością cię usmażę- odezwał się wesoło Suriel.
-Jestem nieśmiertelna, jak wszystkie kitsune- warknęła w odpowiedzi.
-A jeśli znajdę twoją Kulę?- Spytał zaciekawiony, świdrując ją wzrokiem.
Kurushimi ignorując drut w ciele wyrwała się do przodu z groźbami na ustach.
-Hihihihi, tylko spróbuj- znów ten irytujący, psotny chichot.
-Na pewno spróbuję- zapewnił Anioł Suriel.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów.
-Witamy w Guadalupie, a właściwie w Czarnej Dupie- stwierdziłem kwaśno.
-Telefony i internet działają, więc nie dramatyzuj; Michael- stwierdziła ciotka Mary.
-Taa, racja. Zawsze mogło być gorzej- westchnąłem tęsknie.
-Co chcesz przez to powiedzieć..?- Spytała wjeżdżając w bramę. Samochód stanął, a silnik zgasł.
-To skomplikowane- odparłem wysiadając szybko.
-Twoja żona też zbyt wiele nie wyjaśniła- zauważyła nieco podejrzliwie.- Od Armanda również nic nie dało się wyciągnąć i...
-To drobnostka- odparłem na odczepne.
Chyba wiedziała, że ją zbywam, ale skwitowała to tylko ciężkim westchnieniem.
-Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, Michael- zapewniła, gdy wziąłem nosidełko, ze śpiącą kruszynką.
Dziewczynka nagle się zbudziła i zacisnęła paluszki na mojej prawej dłoni.
Kolejny obraz...
Leżąca na łóżku Callisto zaciskająca palce na telefonie, ociera łzy.
-Nie jestem zły na mamusię, skarbie- szepnąłem pieszczotliwie do córki.
Przyglądała mi się dziwnie natarczywie.
-Naprawdę- zapewniłem dając jej buziaka.
***
Siedziałem w pokoju i zajmując się Lily, wyciągnąłem z kieszeni telefon.
-Jak nie brak zasięgu, to ci padnie bateria.. Na nieskończoną cierpliwość Anioła...- westchnąłem z irytacją podłączając telefon pod ładowarkę.- Masz, nażryj się- burknąłem niechętnie. Kładąc Lily na łóżku położyłem się obok, bawiąc się z córką.
Martwiłem się tym wszystkim. Bałem się, że coś stanie się mojej Cally.
Dźwięk telefonu wyrwał mnie z ponurych rozmyślań. Ostra, rockowa melodia sprawiła, że mała zaczęła się wiercić, machając rączkami i nóżkami.
-Mój skarbuś kochany sobie dyla...- uśmiechnąłem się do dziecinki, sięgając po urządzenie. Widząc na wyświetlaczu zdjęcie Callisto odebrałem.- Kochanie moje..- rzuciłem do słuchawki.
Lily znieruchomiała na chwilę.
-Pewnie jesteś na mnie wściekły- odezwała się smutna.
-Nie jestem. Miałaś powody- odparłem cicho, widząc że mała wyciąga rączki do telefonu.- Ktoś chce się z tobą przywitać..- skierowałem Motorolę w stronę Lily.
-Maa.. Ba, bach..- zapiszczała radośnie.
-Cześć, skarbuś.. Pilnujesz taty?- Spytała z miłością.
-Gaaa pffry. Buu..- odpowiedziała po swojemu Lily, z dziwną powagą.
-Też bardzo tęsknię, kochanie- odpowiedziała cicho.
-Coś w mieście się zmieniło?- Zapytałem.
-Widzieliśmy Corę- odezwała się z wahaniem.- To straszne... Ona nie jest sobą i...
-To znaczy?..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Kiedy u niej byliśmy... W pokoju jest bałagan i mrok. Wszędzie pełno ciuchów.. Ona wygląda okropnie, jest pokaleczona, rozczochrana... Chodzi na czworakach, jakaś poskręcana, mówi wspak i... Rzuciła w Paula jakąś patelnią..
-Skąd w jej pokoju patelnia?- Zapytał zaskoczony.
-A żebym to ja wiedziała, ale to jeszcze nic. Najgorsze jest to, że... Jej matka twierdzi, że Cora śpi pod biurkiem, albo w szafie..
-Wiadomo, kiedy to się zaczęło?- Zapytał z namysłem.
-Co sugerujesz?- Zapytałam ostrożnie.
Przez dłuższą chwilę w słuchawce zapanowała cisza.
-Mam na myśli to, że Cora spotkała kogoś opętanego przez kitsune i złapała to samo- zauważył.
-Mówisz tak, jakby to była choroba..- stwierdziłam wolno.
-Ech, kto wie.. Może coś w tym jest.. Jak twierdziła Yuri..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Demony tak samo, jak ludzie lubią gry- zacytowała ponuro.- Gorsze jest to, że te ich gry... To czysta makabra.. Oni bawią się tymi ludźmi, jak zabawkami... Tak, jak... Jak bawili się mną...- przyznała z rozpaczą.- Nie mogę stać bezczynnie i patrzeć, jak rujnują Mój Bajzel... To jest, kurwa, mój bajzel i nie pozwolę się nikomu wpierdolić- zaklęła z irytacją.
-Potomkini Założyciela chce chronić tą zabitą dechami dziurę?- Nie wiem, dlaczego sobie zakpiłem.
-Och, daj spokój... Może i to totalny wypiździaj, ale.. Gdyby nie to zadupie, nie byłoby nas i naszej słodziaśnej Kruszynki- przyznała rozsądnie.
-Kocham to MEGA-zadupie- zarechotaliśmy zgodnie.
-Trzeba ich jakoś wykurzyć z miasta. Poszperam w sieci, może znajdę coś ciekawego..- stwierdziłem zamyślony, włączając laptopa.
-Powinieneś odpocząć- odezwała się troskliwie.
-Znowu chcesz robić wszystko sama, Callisto.. - zacząłem niechętnie.
-Nie, że sama- zaprzeczyła spokojnie.- Chodzi o to, że... Że...- jej ton nagle stał się płaczliwy.
-Że: co, Kochanie Moje..?- Szepnąłem zmartwiony.
-Nie chcę, żeby coś wam się stało, dlatego...- Callisto nagle urwała.
-Dlatego..?- Podchwyciłem.
-Obiecaj mi coś- powiedziała ledwie słyszalnie.
-Wiesz, że obiecałbym ci nawet gwiazdkę z nieba, Moje Kochanie- odparłem szeptem.
Westchnęła, jakby bała się, że to będzie dla mnie zbyt wiele.
-Przysięgnij, że... Jeśli coś mi się stanie... Przysięgnij na wszystko, co kochasz, że zaopiekujesz się naszą córką...
-Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk, nawet tak nie żartuj!- Wykrzyknąłem ze strachem.
-Michael.. Pyszczulku, proszę...- szepnęła cichutko.
-Na wszystko, co kocham i, czego pragnę, przysięgam, ale błagam cię; Callisto: nie zostawiaj nas tu samych.. Moje Kochanie...- Szepnąłem ocierając łzy.
-Kocham cię... Kocham was oboje i zrobię wszystko, żeby wydostać miasto z tego syfu i do was wrócić... Wrócę- to nie było tylko stwierdzenie. To jedna z jej obietnic...
-Będę czekał, Moje Kochanie.. Oboje będziemy- odparłem na pożegnanie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Wiedziałam, że się o mnie boi. Czułam to, ale nie wybaczyłabym sobie, gdyby stało im się coś złego. Zadręczałabym się, że jednak mogłam zrobić dla nich coś więcej.
|•••|
Otwieram oczy i zamykam usta otwarte w niemym wrzasku przerażenia.
Ten cholerny sen nadal mnie prześladuje...
Pękająca kamienna trumna opleciona łańcuchami.. Tonąca w krwawym błocie kłódka ze znakiem saturna...
Ignis. Sanguis. Et angelorum psallentium chori.
-Niech to diabli...- szepnęłam siadając na łóżku.
Przetarłam zmęczone oczy patrząc na nadgarstek prawej ręki, z której znów nie zdjęłam zegarka. Zielone cyfry wskazywały czwartą czterdzieści cztery..
-Kuso! Przeklęte kitsune, niech was szlag!- Rozpoznałam akcent „panny prześcieradło”. Coś musiało ją naprawdę- nie tyle zdenerwować, co zwyczajnie- wkurwić.
Wyczłapałam się spod cieplutkiej kołdry i wyszłam na korytarz.
-Coś ty taka wściekła? Stało się coś?
-Sumimasen, Karisuto-san.. Obudziłam cię..- rzuciła przepraszająco.
-Nie spałam już. Doushite mo?- to było jedyne pytanie, którego się tam nauczyłam.
-Kurushimi. Mści się na dziewczynach z miasta..- odezwała się cicho.
-Powinnam Mu pozwolić usmażyć tę dziwkę...- mruknęłam z rozdrażnieniem.
Trzasnęłam otwartą dłonią we framugę.
-Hideyoshi. On wiedziałby, co robić- westchnęłam ciężko.
-Skąd go znasz?- Zdziwiła się Hanayakana.
Powoli podniosłam głowę i spojrzałam na nią z zastanowieniem.
-Nie mogę powiedzieć, że się znamy.. Bardziej ujęłabym to tak, że byliśmy sąsiadami... No, wiesz.. Tam- odpowiedziałam niepewnie.
-Zaraz... On jest w...? Kuso!- Zaklęła po swojemu z wściekłością.- Muszę go stamtąd wyciągnąć, zanim...- ruszyła z miejsca.
-Też chcę iść- chwyciłam ją mocno za rękę.
-Nie- odparła uwalniając dłoń z mojej.- To sprawy pomiędzy kitsune- oznajmiła z naciskiem.
Obróciłam ją i przyparłam do ściany.
-Obiecałam sobie, że go stamtąd uwolnię- Powiedziałam ostro, patrząc jej w oczy.
-A ja obiecałam komuś, że będziesz bezpieczna- odwarknęła ze złością.
-Komu? Michaelowi?- Zapytałam szybko.
Wbiła wzrok w panele. Milczała, jakby zrozumiała, że powiedziała za dużo.
-Nieważne, komu obiecałam- odezwała się przerywając ciszę.
-Ty...- Mimo, że chciałam wiedzieć, co takiego ich łączy; nadal wahałam się, czy zadać to pytanie.- Ty Go kochasz..?- Ach, ten mój niewyparzony język.. Zawsze odzywa się jakby wbrew mnie, cholera..
Dziewczyna nadal patrzyła w podłogę.
-Jeśli kogoś kochasz, puść go wolno. Jeśli wróci, jest twój. Jeśli nie wróci; nigdy nie był- powiedziała cicho.
Odsunęłam się zaskoczona, a ona odeszła. Długo patrzyłam w korytarz wiodący na schody, nie wiedząc; co o tym myśleć.
-Cally, wszystko gra?- Zapytała Tori. Odwróciła się przyglądając mi się uważnie.
Podniosłam wzrok i tuż przed moimi oczami zamajaczyła uliczna latarnia.
-Taa, okej- odparłam omijając betonowy słup.
W uszach ciągle słyszałam słowa Yuri i nie potrafiłam przestać się zastanawiać, co by było gdyby wszystko potoczyło się inaczej...
Jakiś czas szłyśmy w milczeniu, a ja starałam się ignorować zatroskane spojrzenie Tori.
-Czymś się martwisz, Callisto- zauważyła powoli, gdy usiadłyśmy na ławce w parku.
-Naprawdę wszystko gra- odparłam ziewając.
-Powiedz, o co chodzi.. Pobiłaś się z Prześcieradłem?- Spytała żartobliwie, lecz nawet się nie uśmiechnęłam. Ten żart nagle przestał być zabawny.
-Och, nie... Zupełnie nie o nią chodzi- skłamałam zamyślona.
-Więc o kogo?- Zdziwiła się.
Westchnęłam ciężko wlepiając wzrok w trawę.
-Nie chcę cię dołować, więc nie gadajmy o tym...- westchnęłam cicho.- Chodźmy się rozerwać- zaproponowałam.- Przecież jest festyn.
-Znowu chcesz robić wszystko sama, Callisto.. - zacząłem niechętnie.
-Nie, że sama- zaprzeczyła spokojnie.- Chodzi o to, że... Że...- jej ton nagle stał się płaczliwy.
-Że: co, Kochanie Moje..?- Szepnąłem zmartwiony.
-Nie chcę, żeby coś wam się stało, dlatego...- Callisto nagle urwała.
-Dlatego..?- Podchwyciłem.
-Obiecaj mi coś- powiedziała ledwie słyszalnie.
-Wiesz, że obiecałbym ci nawet gwiazdkę z nieba, Moje Kochanie- odparłem szeptem.
Westchnęła, jakby bała się, że to będzie dla mnie zbyt wiele.
-Przysięgnij, że... Jeśli coś mi się stanie... Przysięgnij na wszystko, co kochasz, że zaopiekujesz się naszą córką...
-Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk, nawet tak nie żartuj!- Wykrzyknąłem ze strachem.
-Michael.. Pyszczulku, proszę...- szepnęła cichutko.
-Na wszystko, co kocham i, czego pragnę, przysięgam, ale błagam cię; Callisto: nie zostawiaj nas tu samych.. Moje Kochanie...- Szepnąłem ocierając łzy.
-Kocham cię... Kocham was oboje i zrobię wszystko, żeby wydostać miasto z tego syfu i do was wrócić... Wrócę- to nie było tylko stwierdzenie. To jedna z jej obietnic...
-Będę czekał, Moje Kochanie.. Oboje będziemy- odparłem na pożegnanie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Wiedziałam, że się o mnie boi. Czułam to, ale nie wybaczyłabym sobie, gdyby stało im się coś złego. Zadręczałabym się, że jednak mogłam zrobić dla nich coś więcej.
|•••|
Otwieram oczy i zamykam usta otwarte w niemym wrzasku przerażenia.
Ten cholerny sen nadal mnie prześladuje...
Pękająca kamienna trumna opleciona łańcuchami.. Tonąca w krwawym błocie kłódka ze znakiem saturna...
Ignis. Sanguis. Et angelorum psallentium chori.
-Niech to diabli...- szepnęłam siadając na łóżku.
Przetarłam zmęczone oczy patrząc na nadgarstek prawej ręki, z której znów nie zdjęłam zegarka. Zielone cyfry wskazywały czwartą czterdzieści cztery..
-Kuso! Przeklęte kitsune, niech was szlag!- Rozpoznałam akcent „panny prześcieradło”. Coś musiało ją naprawdę- nie tyle zdenerwować, co zwyczajnie- wkurwić.
Wyczłapałam się spod cieplutkiej kołdry i wyszłam na korytarz.
-Coś ty taka wściekła? Stało się coś?
-Sumimasen, Karisuto-san.. Obudziłam cię..- rzuciła przepraszająco.
-Nie spałam już. Doushite mo?- to było jedyne pytanie, którego się tam nauczyłam.
-Kurushimi. Mści się na dziewczynach z miasta..- odezwała się cicho.
-Powinnam Mu pozwolić usmażyć tę dziwkę...- mruknęłam z rozdrażnieniem.
Trzasnęłam otwartą dłonią we framugę.
-Hideyoshi. On wiedziałby, co robić- westchnęłam ciężko.
-Skąd go znasz?- Zdziwiła się Hanayakana.
Powoli podniosłam głowę i spojrzałam na nią z zastanowieniem.
-Nie mogę powiedzieć, że się znamy.. Bardziej ujęłabym to tak, że byliśmy sąsiadami... No, wiesz.. Tam- odpowiedziałam niepewnie.
-Zaraz... On jest w...? Kuso!- Zaklęła po swojemu z wściekłością.- Muszę go stamtąd wyciągnąć, zanim...- ruszyła z miejsca.
-Też chcę iść- chwyciłam ją mocno za rękę.
-Nie- odparła uwalniając dłoń z mojej.- To sprawy pomiędzy kitsune- oznajmiła z naciskiem.
Obróciłam ją i przyparłam do ściany.
-Obiecałam sobie, że go stamtąd uwolnię- Powiedziałam ostro, patrząc jej w oczy.
-A ja obiecałam komuś, że będziesz bezpieczna- odwarknęła ze złością.
-Komu? Michaelowi?- Zapytałam szybko.
Wbiła wzrok w panele. Milczała, jakby zrozumiała, że powiedziała za dużo.
-Nieważne, komu obiecałam- odezwała się przerywając ciszę.
-Ty...- Mimo, że chciałam wiedzieć, co takiego ich łączy; nadal wahałam się, czy zadać to pytanie.- Ty Go kochasz..?- Ach, ten mój niewyparzony język.. Zawsze odzywa się jakby wbrew mnie, cholera..
Dziewczyna nadal patrzyła w podłogę.
-Jeśli kogoś kochasz, puść go wolno. Jeśli wróci, jest twój. Jeśli nie wróci; nigdy nie był- powiedziała cicho.
Odsunęłam się zaskoczona, a ona odeszła. Długo patrzyłam w korytarz wiodący na schody, nie wiedząc; co o tym myśleć.
-Cally, wszystko gra?- Zapytała Tori. Odwróciła się przyglądając mi się uważnie.
Podniosłam wzrok i tuż przed moimi oczami zamajaczyła uliczna latarnia.
-Taa, okej- odparłam omijając betonowy słup.
W uszach ciągle słyszałam słowa Yuri i nie potrafiłam przestać się zastanawiać, co by było gdyby wszystko potoczyło się inaczej...
Jakiś czas szłyśmy w milczeniu, a ja starałam się ignorować zatroskane spojrzenie Tori.
-Czymś się martwisz, Callisto- zauważyła powoli, gdy usiadłyśmy na ławce w parku.
-Naprawdę wszystko gra- odparłam ziewając.
-Powiedz, o co chodzi.. Pobiłaś się z Prześcieradłem?- Spytała żartobliwie, lecz nawet się nie uśmiechnęłam. Ten żart nagle przestał być zabawny.
-Och, nie... Zupełnie nie o nią chodzi- skłamałam zamyślona.
-Więc o kogo?- Zdziwiła się.
Westchnęłam ciężko wlepiając wzrok w trawę.
-Nie chcę cię dołować, więc nie gadajmy o tym...- westchnęłam cicho.- Chodźmy się rozerwać- zaproponowałam.- Przecież jest festyn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz