czwartek, 10 maja 2018

Hunter III Curse Rozdział XXIV Nasza mała księżniczka

Powoli ukryłem miecz w pochwie i rozglądając się po lesie rozmyślałem; co z tego wszystkiego wyniknie.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Leżałam na łóżku, zabawiając małą i rozmyślałam, z jakiego powodu sam Anioł Suriel ukląkł oferując służbę mojej córce i, czy ta obecność; którą czułam pisząc raport dla Angello- była Nim- naszym Łowczym Patronem.
Nazwał ją „swoją Małą Księżniczką”; jakby całym sobą pragnął należeć do niej- być jej Własnością i ochraniać Lily bez względu na wszystko.
-Niczego ci nie obiecałam; Aniele- szepnęłam przytulając z miłością córkę.

Nikomu nie ufać.
Do nikogo się nie przywiązywać..
To przynosi tylko niepotrzebne cierpienie...
Bzdura! Gdybym nie zaprzyjaźniła się z Michaelem, nadal byłabym tamtą Callisto. Pełną rozpaczy, goryczy i pragnienia zemsty łowczynią- i jednocześnie- po brzegi naładowanym wściekłością, krzywdą i bólem wampirem poziomu D na skraju upadku.
Nikomu nie ufać...
Gdybym tego nie zrobiła, nie byłoby mnie tu teraz. Owszem; czasem miałam pretensje do Michaela, że ryzykuje karmiąc mnie swoją krwią, ale to on- ten chudy ciemnowłosy okularnik o jasnozielonych tęczówkach- podniósł mnie z otchłani rozpaczy i napełnił moje serce nadzieją.
Do nikogo się nie przywiązywać..
W tamtym czasie wiele razy myślałam o śmierci. Pragnęłam umrzeć. Nic nie czuć. Po tamtej nocy wszystko straciło sens. Nienawiść Grace paliła moje serce, jakby ktoś rzucił je prosto w płomienie i nadal nie potrafiłam zrozumieć; dlaczego zamiast powiedzieć; jak bardzo jej nienawidzę, powiedziałam, że ciągle ją kocham- mimo tego, co mi zrobiła.
To przynosi tylko niepotrzebne cierpienie...
Bałam się kolejnej zdrady. Nie chciałam pokochać kolejnej osoby, która potraktowałaby mnie, jak śmiecia..
Zbyt wiele nocy płakałam w poduszkę.
Zbyt wiele postawiłam na szali, żeby, mimo przeciwności losu, nadal żyć..

-I zbyt wiele mam teraz do stracenia, żeby się poddać- szepnęłam całując Lily.
Zaczynałam rozumieć, co miała na myśli ciotka Sussan, mówiąc "zobaczysz, jak ta Kruszynka będzie rosnąć"; jednak.. Chyba nigdy nie pojmę; dlaczego nie walczyła o mego ojca, skoro go kochała- tak samo; jak nie zrozumiem, czemu wujek Luca nie walczył o moją matkę; do której także czuł coś więcej...
Mój chrzestny już drugi miesiąc był w Bułgarii, gdzie załatwiał jakieś sprawy Stowarzyszenia. Nie kontaktował się z nikim, oprócz ciotki, dzieciaków i przewodniczącego. Nasze relacje bardzo się zmieniły. Unikał mnie coraz bardziej.
Nawet, gdy mijaliśmy się w budynku Stowarzyszenia mówiliśmy sobie tylko cześć i na razie, poza tym zero jakiejś rozmowy.
Teraz wylądowałam w pieluchach, ubrankach i całej reszcie...
-Jezu, Liluś..- jęknęłam zrywając się na dźwięk płaczu małej. Wstając wzięłam ją na ręce.
-Odłamkowym ładuj- rzucił od progu zielonooki, widząc jak przewijam małą.
-Masakra- wetknęłam jej smoka w buźkę.- Chryste Panie, znów chcesz jeść, czy co, na Kulawe Aniołki..?- Pomachałam grzechotką, próbując jakoś rozweselić małą.- Na Świętego Anioła...- jęknęłam z westchnieniem.
Płacz ucichł, Lily zajęła się wywracaniem zabawek, które miała w zasięgu rączki, a mnie opadła szczęka. Przez moment nie wiedziałam, o co biega.
-Co jej..? Michael.?- Rozejrzałam się, ale mój przystojniak gdzieś wsiąkł.
Okazało się, że zniknął tylko na chwilę, po której zjawił się z butelką cieplutkiego mleka.
Lily zaczęła klaskać na widok jedzenia i wyciągnęła rączki w stronę pojemnika, który Michael mi podał.
-Chodź, mój ty malutki potworku- rzuciłam biorąc Lily na ręce, obsypałam ją całusami.
-Ga pfrrpypy.. Bach!.- zachichotała wesoło, patrząc na mnie i zaczęła wcinać.
-Moja żarłoczna bestyjka- wymruczałam dając jej całusa. Nie mogłam się napatrzeć, jak je- wyglądała wtedy tak słodko.. Jak aniołeczek.
Zawartość butelki zniknęła, a Lily beknęła lekko. Jej oczka były takie duże i słodkie.. Wyglądały, jak błękitne dropsy.. Mała zaczęła coś pokazywać marudząc.
-Co, kochanie?- Szepnęłam do małej. Michael wziął się na sposób i pokazywał córce różne przedmioty.
Grzechotka. Przytulanka.. Kocyk... Jego dłoń trąciła butelkę z krwią.
-Maruda jest nadal głodna..- Zielonooki podał mi pojemnik.- A ty..? Nie chce ci się pić, Moje Kochanie?- Zapytał z troską, całując mnie po szyi.
-Wszystko w porządku- skłamałam cicho.
-Kochanie Moje- szepnął z prośbą.
***
Angello tuż przed zebraniem Rady poprosił mnie do swego gabinetu.
Z pozoru nic się nie zmieniło: na ciemnym biurku stał kubek mocnej kawy, teki z dokumentami oraz moje akta, na których leżał dokument raportu.
Niepewna, czego mogę się spodziewać usiadłam naprzeciwko przewodniczącego.
-Przepraszam, że kolejny raz do tego wracam, ale zastanawia mnie coś- zagadnął Angello.
-Co takiego?- Zapytałam powoli.
-Wadera- oznajmił krótko.
-Więc ty też nie wiedziałeś, że on...- sama nie wiedziałam, czy słowo "żyje" jest w tym momencie na miejscu.
-Nie miałem pojęcia- odparł z namysłem.- Jak sama pewnie wiesz, w Barcelonie grasuje "seryjny morderca" likwidujący stare klany.
-Bliżej znany, jako "Pan Czyścioch"- rzuciłam z ironią.
Angello uśmiechnął się lekko.
-Po sposobie sprzątania i masakrze, jaką urządzał, obstawiałem Wolfa, ale... Ze wszystkim kłócił się fakt, że jako tako był martwy.. Teraz wszystko jest takie...
-Cholernie poplątane, wiem- westchnęłam.
-Czyli to on cię stamtąd wyciągnął- zaczął.
-Taa. Do teraz zastanawiam się, czy miałam minę, jakbym zobaczyła ducha... Jakoś nie dochodziło do mnie, że.. No, wiesz- westchnęłam ciężko, kręcąc głową z niedowierzaniem.- Coś nowego w mieście..?- Zmieniłam szybko temat.
Przerwało nam pukanie do drzwi.
-Proszę- zaprosił spokojnie Angello.
Otworzyły się drzwi. Na widok Silvera zbladłam.
-Dzień dobry, Michael- rzucił inspektor miejskiej komendy.
-Dzień dobry; Shane- odpowiedział Angello uprzejmie.
-Callisto, dzień dobry- Silver lekko się zdziwił.
-Dzień dobry, inspektorze- odwzajemniłam powitanie równie zaskoczona.
-Mam kopię nagrania, o które prosiłeś- Silver kładąc na biurku opakowanie z płytą CD przesunął je po blacie ku Angello.
-Coś w śledztwie się ruszyło?- Zapytał przewodniczący.
-Martwy punkt- odparł niechętnie policjant.- Bathory wczoraj oznajmił, że się stąd wynosi..
-Firma "Rzeźnik" ucieka?- Spytałam unosząc brwi.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Odpowiedział pytaniem mężczyzna.
-Bathory zawsze zwija interes, jak coś się pieprzy. Siedem lat temu, po podpisaniu Traktatu, zwiał do Paragwaju. Nie mamy z tamtejszym Zrzeszeniem umowy ekstradycyjnej, więc poczekał aż sprawa się przedawni- westchnęłam i obaj parsknęli śmiechem.
-No, fakt.. Zapomniałem- Silver spojrzał na mnie i znowu się roześmiał.
***
Po obiedzie weszłam do pokoju. Michael drzemał na bujanym fotelu z małą w ramionach. Stanęłam za nim i cmoknęłam go delikatnie w kark.
-N-Nie śpię...- rzucił nieco nieprzytomnie zwracając na mnie wzrok.
Pieszczotliwie poprawiłam bryle na jego nosie, gdy Lily otwarła te swoje oczyska i wyciągnąwszy łapki...
-Maa... Maa.. Tata!- Zapiszczała radośnie.
-???- Tak ogólnie wyglądała nasza wymiana spojrzeń. Chyba nam obojgu poopadały szczęki.
-Ty mała oszustko... Coś wcześnie zaczynasz nawijać- Stwierdził zielonooki przyglądając się naszemu skarbusiowi.
-To półwampir, więc nie ma powodu do obaw- rzucił od progu Marco; wchodząc postawił na biurku turystyczną lodówkę.- Co, maleństwo?- Rzucił lekko, a Lily w odpowiedzi pokazała mu czubek języka i wychyliła się w jego stronę.
-Co, chcesz się przytulić do wujka?- Spytał Michael.
-Nie jestem aż taki stary- prychnął Marco udając obrażonego.
Wziął Lily w ramiona i zaczął się z nią bawić.
-Wszyscy się w niej zakochali, hm?- Spytał zielonooki obejmując mnie lekko.
-Włącznie z jej tatusiem- odcięłam się nieco złośliwie.
-W końcu to moja Perełeczka- zachichotał.
-A ja to co?- Zapytałam zazdrosna.
-Mój ty cudny Turkusiku- wymruczał czule z tym seksownym półuśmiechem.
W tym momencie usłyszeliśmy głośny trzask i przekleństwo.
-Co tam się znów dzieje?- zdziwiłam się wychylając się zza framugi.- Na Kulawe Aniołki..
Devon leżał na podłodze z wielkim pakunkiem w uniesionych lekko rękach.
-Uff, złapałem..- odetchnął z ulgą.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz