-Co mnie powstrzymało od załatwienia tego brudnego ścierwa?.- Warknęłam z wściekłością.- Brudasy... Uch, kurwa!
-Co się stało, że jesteś taka wnerwiona?- Zdziwił się Cristopher. Wpadł na kogoś.
-Jak leziesz; cholerna ofermo?.- Syknął zaczepnie głos.
Rafael.
Odsunęłam szybko Cristophera i zaszłam Krzyżanowskiemu drogę.
-Zjeżdżaj, Raven- odparł mierząc mnie pogardliwym spojrzeniem. Chciał mnie minąć, ale nie pozwoliłam mu na to.
-Zamierzasz prysnąć, brudasie?- Zapytałam lodowato.
-Nie twój interes, łowczyni- odwarknął odpychając mnie.
Zareagowałam zupełnie odruchowo i zwinąwszy dłoń w pięść wyprowadziłam ręką zamach.
Krzyżanowski cofnął się, a po chwili zjechał po słupie na chodnik.
-Ty brudna wampirza hieno!- Warknęłam tłukąc go.- Sprzedajna dwulicowa szujo- dostał kolejnego strzała.- Vain cię wypuściła, czy zwiałeś?
-Nie twój interes, więc się pierdol; żałosny poziomie D- odparował wściekle, odsłaniając kły.
W mojej dłoni pojawił się pistolet. Postrzeliłam go w ramię.
-Nie pyskuj, tylko szczekaj, psie- znów kopniak, tym razem w twarz.
-Skąd ona ma broń??
-Pilnuj, żeby nie przeszkadzał mi w robocie- rzuciłam przez ramię do Tori.
Usłyszałam za sobą kroki.
-Jezu... Znowu nas wyprzedziłaś; Kruk- jęknął zawiedziony Horse.
-Możesz się przywitać, nie ma sprawy- odparłam obojętnie.
-Czyli już słyszałaś- stwierdził kopiąc leżącego.
-Angello mnie poinformował- wyjaśniłam.- Co ten śmieć tu robi?
-Zwiał tym przygłupim krwiopijcom od Vain. Jest mega wściekła. Powiedziała Angello, że jeśli znajdziemy zbiega to... Urwie mu łeb.- Nachylił się i szepnął.- Dodała też, że zlikwiduje cały ród tego śmiecia..
-Znowu mamy w cholerę roboty, hm?- Spytał Romanow związując Rafaela.
-Co tak pachnie?- Zdziwił się Cristopher.
-A to kto?- Spytał Vładimir nieufnie.
-Przyjezdny, nic nie czai- odparłam obojętnie.
-Realista, w sensie?- Dopytywał.
-Czy realista nie wiem; a o to nawet nie pytam, to wasze sprawy. Wyjebane mam na to- powiedział zszokowany Cristopher.- Co to za zapach?
-Ja pierdolę... Cuchnie gorzej, niż on- jęknęłam z ironią.- Jak ja nie lubię werbeny...
-Już go zwijamy. Nie denerwujmy abstynenta.. „Soczku”?- Rzucił machając mi butelką przed nosem.
-Weź się.. Dzięki, ryju- rzuciłam pieszczotliwie odbierając od niego butelkę.
-To narazicho- rzucili.
-Chwała Aniołowi.
-A Jego dzieciom oręż- rzucili idąc do ciemnego Mercedesa, z wnętrza którego pomachał mi Mistrz.
-Wyżyłam się. Możemy wpaść na drinka- skwitowałam.
***
Pub "Gruba Berta".
-Trzy razy "Anielski Młot"- rzuciłam siadając przy barze.
-I raz "Diabelski Młyn"; cześć brygada- rzucił Paul dosiadając się do baru.
-Jak sprzeczka z Jamesem?- Rzuciłam z ironią.
-Gdyby nie Damon doskoczylibyśmy sobie do gardeł- westchnął.- Skończyło się bez większej bójki. Dzięki- rzucił do barmanki.- A jak w Stowarzyszeniu?
-Jednym słowem? Sajgon- rzuciłam z ironią.- Za półtorej godziny zbiera się Rada, a w większości mamy poszlaki i domysły. To w sumie tyle. A jak w sforze?
W tym momencie telewizor w barze przerwał mecz, rozległy się przekleństwa i zawiedzione jęki.
-Przerywamy program. Tu specjalne wydanie wiadomości, Kanał Czwarty. W lesie na wschodzie miasta Fallen miał miejsce wypadek drogowy. Samochód transmisyjny naszej stacji uderzył w olbrzymiego wilka.
Paul omal nie udławił się kolorowym drinkiem.
Zaraz rozległy się przekleństwa i niepochlebne komentarze klientów baru.
-Cholerne sępy, nie mają już co zmyślać- prychnął jeden z miejscowych.
-Materiał się wyczerpał, czy co? Oddajcie mecz, a nie przynudzacie.
-Ale pierdoły..- skomentowała jakaś kobieta znudzonym tonem.- Tu wielkie wilki, tam wielkie wilki... Taa, a Yeti i Nessie istnieją- dorzuciła z sarkazmem, przechylając do ust kieliszek czystej.
-Nikt już nie wierzy w takie bajki- odezwał się z namysłem milczący dotąd Cristopher.
-Skąd wiesz, że to bajki?- Zapytał z wahaniem Paul.
-Po prostu wiem. Te świry stale coś filmują- stwierdził z przekonaniem blondyn.- Jeśli jest w tym jakaś prawda, to świnie latają- dorzucił z przekąsem. Obracając na kontuarze ozdobną szklaneczkę, mieszał w niej parasolką.
-Aż taki z ciebie sceptyk?- Spytałam powoli.
-Sceptyk? Po prostu myślę, że wszystko da się wyjaśnić, bez wyolbrzymiania faktów. Zwyczajnie robią z igły widły- Cristopher wzruszył ramionami, pijąc drinka.
Poszły dyskretne, lecz porozumiewawcze kopniaki.
-Może lepiej, żeby nie wiedział?- Szepnęła mi do ucha Tori.
-Może..- duszkiem wypiłam drinka i spojrzałam na zegarek.- Muszę jeszcze zrobić papierologię- dodałam zeskakując ze stołka.- Cześć, tymczasem- rzuciłam na pożegnanie.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Wiedziałam, że z jakiegoś powodu Callisto jest bardzo nieufna i podejrzliwa wobec Cristophera. Paul też przez chwilę, gdy patrzył na rozglądającego się po barze blondyna miał podejrzliwy wyraz twarzy.
-Myślisz o tym samym, co ja?- Spytałam.
-Szczurzy Ogon- odparł twierdząco.
|•••|
Przy wyjściu z baru pożegnaliśmy się z Cristopherem. Seth jakby znalazł się znikąd.
-Co tam?- Spytał przyciszonym głosem.
-Szczurzy Ogon- odezwał się Paul.
-Kto jest obiektem?- Zapytał rzeczowo Seth.
-Widzisz tego kolesia z aparatem po drugiej stronie ulicy?- Seth strzelił wzrokiem w stronę chłopaka, po czym skinął.
-Wiecie coś na jego temat?- Zapytał.
-Przedstawił się jako Cristopher, mówił, że pochodzi z Londynu, a teraz mieszka w Horsetown. Podobno lubi robić zdjęcia i studiuje- opowiedziałam pokrótce.
-Co w tym dziwnego?- Zapytał wolno.
-Kto interesujący się ogólnie fotografią robi zdjęcia tylko jednej osobie?- Spytałam.
-Kogo fotografuje?- Zapytał, jakby uznał to za ważne.
-Callisto Raven- odparliśmy.
-Łapię. Zabieram się za niego- odparł. Widząc, że Cristopher patrzy na nas przechodząc rzucił:
-To, cześć; Kotku- rzucił dając mi lekkiego całusa w usta, objął mnie; jak swoją dziewczynę. Załapałam jego grę.
-Cześć, Misiaku.. Będę późno w domku- odparłam uspokajająco.
-Nara, Tanner- rzucił do Paula i ruszył swoją drogą.
-Kotku?- Zdziwił się Paul.
-Mamy drugiego "Vincenta Rodrigueza" i tylko my wiemy który z nich jest prawdziwy- szepnęłam konspiracyjnie.
-Nie łapię- odparł, gdy wsiedliśmy do szarej Mazdy.
-Element zaskoczenia, na wypadek gdyby spotkał mojego Vincenta. Skołujemy go i może sam siebie sypnie- wyjaśniłam, gdy włączał się do ruchu.
-Thrilllery szpiegowskie to nie do końca moje klimaty, ale wierzę, że wiecie; co robicie- uśmiechnął się z otuchą.
-Miejmy nadzieję, że to nie fałszywy trop- przyznałam z westchnieniem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Budynek Stowarzyszenia, kwadrans później.
-Piszesz raport?- Rzucił Jacob wchodząc do pokoju.
-Właśnie się zabieram; Podkowa- odparłam siadając przy biurku. Wyciągnęłam z szafki druk raportu i pióro.-Pomożecie mi i podpiszecie potem?- Zapytałam widząc w drzwiach Władię.
-Nie ma problemu- odparł krótko Vładimir.
"Wampir jest ranny ale przytomny. Został doprowadzony do celi, ale odmawia składania zeznań.
Podpisano:
Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk
Vładimir Michaił Romanow
Jacob Thomas Horse, herbu Podkowa"- tak brzmiał koniec raportu.
-Vain zostaje na Radzie?
-Prawdopodobnie. Wspominała coś o procesie tego brudasa- odparł Jacob.
-Czyli sytuacja robi się nerwowa..
-Jeszcze jak- potwierdził Vładimir.- Wszyscy zaczynają gadać i wymyślać coraz lepsze teorie spiskowe.
-Kto teraz przewodzi w Związku?
-Nasz matematyk, był zastępcą Salvator'a- odparł Jacob.
Rozmowa na chwilę się urwała, a ja pogrążyłam się w myślach.
-Coś mnie zastanawia.. Salvator był jednym z najlepszych w Zawodzie i zawsze był przygotowany na wszystko.
-Cholerny pedancik- prychnął złośliwie Romanow.
-Pedant nie zostawiłby po sobie takiego bajzlu. To niepodobne do niego- zauważyłam zamyślona.
-Ty chyba nie myślisz, że mógł TO zrobić??- Zapytali równocześnie.
Mówiąc "to", pytali o list. W społeczności Zrzeszonych Łowców istniała pewna tradycja: każdy przewodniczący- nieważne, czy chodzi o sam Związek, czy Kwaterę Główną w razie nagłej śmierci miał przygotowany List Nominacyjny. Był to jeden dokumentów nie do sfałszowania, ponieważ pisano go w języku watykańskim i był opatrzony trzema woskowymi pieczęciami: papieską, stowarzyszeniową i rodową łowcy, który był przewodniczącym. Poza tym papier również nie był taki zwyczajny, bo ozdobna obramówka była znakiem wodnym, w którym były litery. Na obu bokach i górze tworzyły imiona trzech Łowczych Patronów, Aniołów: Michała, Suriela i Razjela (od dewizy Związku: „Jedność, Prawda, Tajemnica”), natomiast dolne litery składały się w łacińskie słowa «Signo victoriam Tenebris», przy czym litera "T" była rysunkiem wagi szalowej.
Widziałam ten list tylko raz, przypadkiem. Przyniosłam wówczas kilka raportów do gabinetu przewodniczącego, gdy był zajęty owym dokumentem. Do dziś nie mam pojęcia, kogo wyznaczył na swojego następcę i czasem się nad tym zastanawiam. Nigdy nie odważyłam się zapytać- zresztą, nawet, gdybym to zrobiła; nie zdradziłby mi tego sekretu.
-To tylko przypuszczenia. Może ta kobieta, z którą widział się w dniu swej śmierci coś wie.
Pukanie we framugę. Zwróciłam pytający wzrok na drzwi, w których stał Lucas Lockwood.
-Callisto, przewodniczący prosi na słówko.
-Rozumiem, jest u siebie?- Wstając wzięłam druk raportu.
-Taa- rzucił znikając w korytarzu.
-Komu w drogę, temu trampki. Do zobaczenia na Radzie- rzuciłam.
Idąc do gabinetu przewodniczącego, rozmyślałam o czym Angello chce porozmawiać. Zastanawiało mnie również, czy nie za wcześnie wysuwam wnioski i, czy moja intuicja się nie myli.
Przystanęłam przed drzwiami i zapukałam.
-Wejdź, Kruk- rzucił ze zmęczeniem Angello.
-Wzywałeś mnie, Angello- w tym momencie zauważyłam starszą kobietę, koło siedemdziesiątki.- Dobry wieczór..- powitałam ją uprzejmie.
-Dobry wieczór- odparła dziwnie urażonym tonem. Jakby nie podobało jej się, że chciałam być taktowna.
Nie. Bardziej nie pasowało jej, że musiała się przywitać z pijawą.
-Tak, Callisto.. Siadaj- rzucił wskazując mi miękkie krzesło.
-Raport z dzisiaj- rzuciłam podając mu papier.
-Zatem, mówisz; że Cristian zachowywał się wtedy dziwnie?- Podjął Angello przerwaną rozmowę.
-Jakby nie do końca był sobą; mówiąc w skrócie- oznajmiła kobieta- w pewnej chwili myślałam, że kompletnie oszalał..- Angello nie przerywał.- Rozmawialiśmy całkiem normalnie, do momentu; gdy zaczął nucić piosenkę-zagadkę, której nauczył go ojciec- urwała nagle.
-Rzeczywiście niepokojące- przyznał Angello.
Raczej tajemnicze- przemknęło mi przez myśl.
-Niepokojące? To było.. Wręcz przerażajace- zauważyła.
-A może ktoś go obserwował? Może domyślił się, że jest śledzony?- Wypaliłam niespodziewanie.
Ktoś oprócz, Lucasa- dodałam w myślach.
Ciemnoszare oczy spojrzały na mnie z boku uważnie i jakby z zastanowieniem.
-Cristian? Śledzony?Niemożliwe- odparła bez przekonania.
Zapadła długa cisza.
-Podał mi też tę kartkę- wyciągnęła z kieszeni świstek.
-Nie wyjaśnił, czym są te cyfry?- Zapytał Angello wolno, spisując zeznanie.
-Nie. Może chciał, ale nie zdążył- zauważyła cicho.
Piosenka-zagadka, cyfry, dziwne zachowanie Salvator'a i jego tajemniczy drugi ogon...
Postanowiłam przejrzeć jeszcze raz nagranie z hotelowych kamer, które mam od Lucasa.
I, czy osoba Cristophera ma gdzieś w tym jakieś miejsce?- W mojej głowie pojawiło się pytanie. Wydawało mi się, że gdzieś już widziałam tego całego Cristophera.
-Jeśli to wszystko, Angello chciałabym już jechać. Policja też wzywa mnie na przesłuchanie- zauważyła nieco niechętnie.
-Tak, to wszystko. Dziękuję, pani Salvator..- po niebieskookim widać było zmęczenie.
-Zatem do widzenia- rzuciła wychodząc.
-Do widzenia- pożegnaliśmy się.
-Z jakiego powodu mnie wezwałeś, Angello?- Zapytałam rzeczowo.
Niebieskooki oparł się wygodniej o fotel i odezwał się:
-Coś mi w tym wszystkim nie pasuje- zaczął zamyślonym tonem, zdejmując okulary do czytania odłożył je na blat.
-To znaczy?- Zapytałam wolno.
-To dziwne, bo... Wydaje mi się, że Cristian zginął z jakiegoś konkretnego powodu- zauważył po namyśle.- Zresztą nigdy nie zostawiłby Stowarzyszenia Łowców w takim... Bałaganie- ujął po chwili.
-Tak też pomyślałam, że „Pedancik” nie wzięło się znikąd- zauważyłam.- Może ktoś go załatwił, bo za dużo wiedział..
-To bardzo prawdopodobne- przytaknął.- Albo coś wiedział, albo widział zbyt wiele i chciał sypnąć..
-Tylko co z tym świstkiem?- Zapytałam ostrożnie.
-Oto jest pytanie- westchnął ciężko.- Pomyślimy nad tym później.. Inne obowiązki wzywają.
-Nie jesteś zmęczony? Słabo wyglądasz, Angello- zauważyłam wstając.
-To nic takiego- uspokoił mnie, biorąc stos teczek.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Siedziałem przy laptopie czytając to wampirze forum, na które kiedyś natrafiłem, gdy zobaczyłem to.
Czerwony Cień,
Poziom: nowicjusz;
4444 punktów.
Nie wierzycie, że byłem tam tamtej nocy. [LINK] to dowód, że oni są niebezpieczni i nie można im ufać. To było siedemdziesiąt lat temu..- tu post nagle się urywa.
-Michael, wołałam cię na obiad- podskoczyłem słysząc za sobą głos ciotki Mary.
-Przepraszam, nie słyszałem- odparłem, szybkim kliknięciem zamykając przeglądarkę.- Lily śpi?
-Zasnęła. Zajrzałam do niej kwadrans temu- odparła nie bez uśmiechu.- Wyglądała tak słodziutko.
-Jakoś kiedyś nie podobało się wam, że chcę ożenić się z Cally- powiedziałem tak ostrożnie, jakbym stąpał po kruchym lodzie.
-Sam wiesz, że Armand chciałby dla ciebie jak najlepiej- oznajmiła cicho.
-Dlatego chciał wybierać za mnie?- Zapytałem ponuro.
-Och, to nie tak, Michael- odparła cierpliwie.- Każdy małżonek chce chronić swoje skarby. Tak jak wy chronicie Lily.
Taa. Jeszcze ten przytyk do Callisto. Oby tak dalej, to na bank się pokłócimy...
-Moja córka ma przerąbane już na starcie, przez te głupie lisopodobne bachory- burknąłem z bezsilną wściekłością.
Długa chwila milczenia.
-Myliłam się co do Callisto i przepraszam za to- powiedziała w końcu z żalem.
-A może przepraszasz, bo nie byłaś po mojej stronie, kiedy tego potrzebowałem?- Co się ze mną, do cholery, dzieje?.
-Wiem, że możesz być o to wściekły, ale nie musisz od razu traktować mnie, jak wroga.
-Jak wroga? Myślałem, że zawsze mogę na ciebie liczyć, ale jednak nie mogę...- urwałem widząc jej minę.
Nie wiem, co mnie napadło.
Wcale nie chciałem tego mówić. Co mi, do diaska, odbiło??
-Jesteś bardzo.. szczery- powiedziała starając się opanować drżenie głosu. W jej zielonych oczach szkliły się łzy.
-Ciociu ja... Nie chciałem..- zacząłem smutno, podchodząc, by ją objąć i pocieszyć.
-Nie, Michael..- Zabolało mnie to, że się odsunęła.- Nie przeprasza się za prawdę..
-To wcale nie tak.. Wcale tak nie myślę- zaprzeczyłem zły na siebie.
Jesteś zły, bo zawsze byłeś sam- skąd ten głos...?
To nieprawda!
Co się ze mną dzieje??
***
Obiad przebiegał w milczeniu. Przewracałem widelcem w spaghetti, rozmyślając, co jest ze mną nie w porządku. Westchnąłem ciężko do swoich myśli i zacząłem w końcu jeść.
Nie przeszkadzało mi, że jedzenie było już całkiem zimne. Byłem zbyt zamyślony, żeby się tym przejmować.
Jedno wiedziałem na pewno- działo się ze mną coś niepokojącego...
-Nie zwariowałem... Jeszcze nie zwariowałem- mruknąłem pochylony nad łóżeczkiem, gdzie spała moja córka.
Przesunąłem pieszczotliwie palcami po małej twarzyczce, zastanawiając się, czemu- zupełnie bez powodu- jestem taki sfrustrowany..
Drgnąłem czując paluszki Lily na swojej prawej dłoni. Mała całkiem rozbudzona uśmiechała się do mnie.
-Nie jesteś głodna, skarbeńku?- Spytałem biorąc małą na ręce.- No, przytul się do taty- szepnąłem tuląc moją Kruszynkę.
Jej rączka spoczęła na mojej twarzy, a w mojej głowie pojawił się obraz zatrzaskujących się czarnych drzwi.
-Co chcesz mi powiedzieć, skarbuś..?- Zacząłem zaskoczony, przyglądając się dziewczynce.
Lily patrzyła na mnie tymi swoimi dużymi oczkami, które po raz pierwszy błysnęły wampirzą czerwienią. Moja nieuzasadniona wściekłość zupełnie nagle wyparowała i poczułem, jakby z serca spadł mi tonowy głaz.
-Moja kochana półwampirzyca- rzuciłem z uczuciem obsypując córkę całusami, przytuliłem maleństwo.- Mój skarbuś najdroższy- szepnąłem pieszczotliwie.
Dziewczynka wsłuchiwała się w odgłosy zza uchylonego okna. Pokazała rączką w stronę szyby. Poszedłem z nią na rękach w tamtą stronę. Ciepły wiatr musnął lekko moją twarz, przymrużyłem oczy chroniąc je przed blaskiem słońca.
Motyl wleciał do pokoju i wylądował na rączce Lily, która rozchyliła buzię, patrząc z zaciekawieniem na kolorowe skrzydełka. Zachichotała ucieszona, a kiedy motyl odfrunął przytknęła rączkę do mojego policzka i ukazała mi kolejny obrazek.
Callisto trzymającą ją na rękach.
-Chyba oboje strasznie za nią tęsknimy..- szepnąłem całując małą.
Przesuwające się paluszki dotknęły wisiorka na mojej szyi..
-Dlaczego ogień?- usłyszałem ten cudny głosik.
-To nasz znak rodzinny...- zacząłem.
-Ale... Czy nie pali wszystkiego na swojej drodze...?- Lily była bardzo mądrym półwampirzątkiem.
-Po ciemnej nocy wstaje świt- nie wiem, czemu powtórzyłem słowa Jean'a Féu- Tak samo po płomieniach wszystko odradza się silniejsze, skarbie.
-Ogień jest zły, bo zabija..- nie była do końca pewna tego, co mówi.
Ogień zabija wampiry. Pamiętasz, co zrobiła Stacia na polanie. Zniszczyła ich dusze, choć wątpię; żeby kiedykolwiek je mieli..- usłyszałem przez mgłę wspomnień słowa Cally.
-Jestem z Rodu Płomienia i nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić. Nikomu- szepnąłem poważnie.
-Dlaczego tak bardzo chcesz o mnie walczyć, Daa?- To pytanie było takie... Irracjonalne. Bezsensowne.
-Jesteś moją córeczką.. Moim szczęściem, skarbie- ubierając dziewczynkę, obsypałem ją pocałunkami.
-Czym właściwie jest "szczęście"?- Jak na swój wiek była naprawdę inteligentna.
-Dla mnie „szczęściem” jesteście wy: ty i twoja mama.
-Kochasz Maa?
-Czy kocham? Tego się nie da tak po prostu opisać...- szepnąłem cicho.- No.. Gotowa na spacerek?
Zaczęła się bujać na łóżku i chichrać po swojemu. Nagle jednak spoważniała, a w moich myślach pojawiło się pytanie:
-Czemu dawałeś Maa swojej krwii?- Spytała moja mała Kruszynka.
Tak mnie zaskoczyła, że zapomniałem języka w gębie. Nie wiedziałem, skąd wie; że karmiłem Callisto..
-Chciałem tego..- odparłem zaskoczony, biorąc ją na ręce. Te niebieściutkie tęczówki patrzyły na mnie ze zdziwieniem.
-Ale.. Łowcy nienawidzą wampirów..- zawahała się przez chwilę.
-Twoja mama też jest łowcą, skarbie..
-A ja..? Ja też będę łowcą..?- Zapytała cichutko.
-Jeszcze nie wiemy..- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, zapinając jej buciki.
Szczerze mówiąc nie chciałem, żeby Lily w przyszłości została łowcą. Nie miałaby zwykłego dzieciństwa, bo od najmłodszych lat musiałaby uczyć się władania bronią i dużo trenować.
-Nie powinienem zbyt dużo o tym myśleć..- mruknąłem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Na zebraniu Rady trwały ożywione dyskusje, lecz sama nie miałam ochoty zbytnio się odzywać. Rozmyślałam, jak złożyć tę układankę. Brakowało tu kilku elementów- zwłaszcza najważniejszego: kto był zamieszany w zabójstwo Salvator'a i gdzie ta osoba się znajduje...
-Głowa Rodu Kruka dziwnie dziś milczy- zauważył Grey przyglądając mi się.
-Układanka jest niekompletna. Poza tym nie chcę nic mówić bez namysłu- zauważyłam wolno.- Wiemy jedno: Salvator zginął bo wiedział, albo widział za dużo. Dodatkowo musimy znaleźć sprawcę przed policją, co również nie będzie proste. W skrócie jesteśmy trzymani w szachu. To tyle, co chciałam powiedzieć, dziękuję- zakończyłam.
Czy jednak Cristopher ma z tym coś wspólnego...?
Miałam podstawy by go podejrzewać. Większość zdjęć które posiadał w pamięci aparatu przedstawiała nie tylko mnie, ale i osoby ściśle związane ze Stowarzyszeniem.
-Kim on, u diabła, jest...?- Mruknęłam w zastanowieniu, podpierając głowę na ręku.
Tuż po zebraniu. Nie miałam ochoty siedzieć w tych pustych czterech ścianach i rozmyślać. Potrzebowałam się przejść.
Wsunęłam słuchawki w uszy i wrzuciłam jakiś wolniejszy kawałek z playlisty.
Idąc chodnikiem, pogryzałam pianki zastanawiając się, jak rozwiązać tę zagadkę.
-Gdyby ten świstek do czegoś prowadził..- mruknęłam pogrążona w myślach, wchodząc na jezdnię, z zamiarem pójścia na drinka.
-Uważaj!- Padł okrzyk. Chwilę potem ktoś zmiótł mnie z nóg i oboje poturlaliśmy się na drugą stronę. Samochód trąbiąc wściekle odjechał.
-Mało brakowało...- skwitował chłopak, podnosząc się, otrzepał koszulkę.
-Dzięki- zignorowałam wyciągniętą dłoń i wstałam wolno.
-Radzisz sobie sama, jak widzę- stwierdził Cristopher nieco złośliwie.
-Staram się nie wciągać w mój bajzel osób trzecich- odparłam wzruszając ramionami.
Nagle ten dziwny dźwięk dzwonków...
Rozejrzałam się wokół niespokojnie.
Zupełnie odruchowo odepchnęłam Cristophera i odbiłam cios wampira.
-Miłe powitanie, Raven; herbu Kruk- rzucił znajomy głos.
-Chyba wiesz, kto ustala tu zasady; Syriusz- odparłam nie bez uśmiechu.
Syriusz Jade. Wampir poziomu B. Nomad. Niezwiązany z Rządem Wampirów.
Syriusz był wysokim na metr osiemdziesiąt czarnowłosym o ciemnoczerwonych oczach, ukrytych za stylowymi przeciwsłonecznymi okularami. Na przystojnej, pociągłej i niezwykle bladej twarzy z wąskim nosem i ustami błąkał się lekki uśmieszek. Posiadał dłonie o długich palcach, z wypielęgnowanymi paznokciami. Na lewej dłoni połyskiwała lazurytowa obrączka. Nosił tylko i wyłącznie drogie, dopasowane i czarne ubrania w stylu motocyklowym.
-Gdzie zostawiłeś swoją Bibi?- Spytałam z ironią.
-Bibi, skarbie?- Rzucił w przestrzeń.
Z knajpy tuż obok wybiegł jakiś facet, a tuż za nim wyleciała butelka pełna wina.
-To na wieczór?- Spytał Syriusz łapiąc pocisk. Obejrzał etykietę.- Darmowy Don Perignon?- Zdziwił się.
-Ohydne worki krwii- burknęła po francusku równie piękna, długowłosa blondynka o ciemnoszarych oczach. Wzrok Cristophera sunął za nią, a usta chłopaka były rozchylone z podziwu.
-Witaj, skarbie- rzuciła wieszając się na szyi Syriusza.- Kruk, jak miło.
-Mnie też w odwrotną stronę, Frei; nie ukrywajmy tego- zażartowałam, a czterej faceci tuż za Syriuszem buchnęli nieposkromionym rechotem.
-Słyszeliśmy kilka plotek- zauważył niski, muskularny i krótko obcięty blondyn, z tatuażem-wężem owiniętym wokół ramienia.
-Cuchnie zmokłym psem- skomentowała Bibi.
-Zależy, co słyszeliście- stwierdziłam.
-W skrócie?- Spytał leniwie Syriusz.- Salvator to trup. Thunder to trup, a Senat miesza się w nieswoje rzeczy: to tak z grubsza. Jeszcze do tego ta żmija, herbu Krzyż planuje coś ugrać na trupach.. Żałosne zagranie- skomentował niechętnie.
Cristopher, jakby sobie o czymś przypomniał ruszył z miejsca.
-Znasz go?- Syriusz ruchem głowy wskazał idącego chłopaka.
-Tylko z widzenia. Pląta mi się ostatnio pod nogami- stwierdziłam nieufnie.
-Właściwie, jaką masz do nas sprawę?- Spytał Syriusz.
-Współpracować z nimi? Chyba cię porąbało- zauważył oburzony.
-Też nie jestem jakoś przekonany. Cześć Callisto- rzucił Damon, przeskakując płot.
Skinęłam głową na powitanie, zwracając się do Syriusza:
-Musicie się jakoś dogadać- zza mnie dobył się wrogi warkot.
-Spokojnie, Shawn- rzucił krótko Damon.- Dla mnie to nie ma różnicy- dodał obojętnie.
-Mnie też wszystko jedno- Syriusz wzruszył ramionami.- Spłacam tylko dług.
-Czyli się dogadacie?- Spytałam z nadzieją.
-To już zależy od nich- ruchem głowy wskazał wilka z odsłoniętymi zębiskami.
***
Siedliśmy w knajpce i nad drinkami wprowadzaliśmy gromadę pijawek we wszelkie szczegóły.
-Kitsune...? Trudny przeciwnik- stwierdziła Bibi z namysłem, pociągnęła drinka przez słomkę, wyginając wargi w uśmiech wpatrzona w stolik naprzeciw naszego.
-Każdego da się pokonać- skwitował Alec, siedzący tuż obok Syriusza, krótkowłosy, błękitnooki blondyn.- Trzeba tylko starać się myśleć, jak oni.
-Taa, łatwiej powiedzieć; o wiele trudniej zrobić; Alec- rzuciłam z zastanowieniem.
Do knajpki weszła grupka nastolatków poubierana w koszulki z wielkim pomarańczowym napisem Tygrysy i tygrysim łbem w koronie, rozmawiając cicho między sobą.
-Czyżby znowu coś się stało?- Mruknął zaniepokojony Shawn.
-Co chcesz powiedzieć przez 'znowu'?- Zaczęła ostrożnie Bibi.
-Tygrysy Królowej Victorii zawsze mają coś nowego- odparłam, machając Vincentowi.- Przepraszam na chwilę..- rzuciłam wstając.
-Coś nowego?- Spytał.
-Robi się nieciekawie- odparłam wolno.- A wy czemu latacie w tygryskach?
-Hooch'owi odbiło i wpisał nas na zawody za miesiąc- odpowiedział niechętnie.- Poza tym nie podoba mi się ten koleś, którego obserwuje Seth.
To mogło oznaczać jedno.
Hetman na właściwym polu, Tori..
-Poza tym jest jeszcze ktoś inny- zauważył podejrzliwie.
-Czyli?
-Miecio twierdzi, że ten facet poluje na kitsune. Znalazł kilka żelaznych pocisków w dzielnicy slumsów. Widział jak Zetsubō dostał kilka kulek od tego faceta.
-Będzie dziś w okolicy?- Zaciekawiłam się.
Dzwoneczek obwieścił otwierające się drzwi. Stał w nich Miecio.
-O wilku mowa- stwierdziliśmy równocześnie.
-Siema- rzucił witając się z nami.
-Czyli mówisz, że ten facet poluje na kitsune.
-Czy tylko na kitsune, nie wiem- odparł wolno.- Planujemy z Trevorem przetrząsnąć mu chatę; może czegoś więcej się dowiemy.
-To legalne?- Zapytałam zaniepokojona.
-Nie, ale jakie ekscytujące- odparł wesoło Miecio.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
-To szaleństwo- uciął Vincent.- Co, jak cię nakryje?- Zapytał rozsądnie.
-Jeszcze mało o mnie wiesz, Vincent. Wszyscy tu obecni zaryjecie szczękami w podłogę, zobaczycie- zarechotał i wypił kolejny kieliszek czystej.- To narazicho, muszę się przygotować- rzucił machając nam na pożegnanie.
-Co on, kurwa, kombinuje?- Zdumiał się Syriusz.
-Jak żyje nie zaryłam jadaczką o asfalt i na pewno jeszcze długo nie zaryję- stwierdziła Bibi z przekąsem.
-Musi mieć jakiś mega plan, nie ma innej opcji- zauważyli Vincent i Damon.
***
Późne popołudnie..
Szu! Szu! Dwóch chłopaków równocześnie przebiegło tuż obok mnie, wzbijając chmurę kurzu. Chwilę potem z rozpędu przesadzili płot.
Dostrzegłam jednego z nich. Chwycił się wmurowanej w ścianę domu rurki i rozbujawszy się zahaczył stopą o jakieś żelastwo w górze. Minutę potem rozkładane metalowe schody pożarowe przechwycił Miecio.
-Na pewno nie ma Go na hawirze?- Spytał rzeczowo.
-Seth widział go ze swoim "obiektem badań". Ciekawe, skąd się znają- rzucił przyciszonym głosem chłopak.
-To mi się cholernie nie podoba- Miecio wparował na schody.- Ty podpytaj sąsiasów, ja wjadę mu na chatę. Widzimy się za równy kwadrans, ave- Miecio chwycił się framugi i wskoczył przez otwarte okno do mieszkania.
-Powodzenia, czubku- rzucił z troską tamten.
Wróć. Moment.
Cristopher zna tego faceta??!!
Dźwięk mojego Samsunga wyrywa mnie z szoku. Wyciągam telefon.
-Co tam, Miles?- Rzuciłam.
-U mnie, za dziesięć minut- Tori nigdy nie mówiła w ten sposób.
-Co jest grane?- Miałam przeczucie, że coś jest nie w porządku.
-Chodzi o Cristophera. Po prostu przyjdź, to nie rozmowa na telefon- oznajmiła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz