Tori siedziała na krześle ze związanymi z tyłu oparcia rękoma. Cristopher grzebał przy jakichś lekach.
-Wiedziałem, że twój mąż będzie za mną łazić- zauważył.- Powinienem rozwalić mu łeb; ale nie zabijamy ludzi- odstawił buteleczkę i ze strzykawką w ręku niebezpiecznie zbliżał się do zakneblowanej Tori.
-Chcę wiedzieć tylko jedną, drobną rzecz... A mianowicie: gdzie on jest?- Pokazał jej chyba jakieś zdjęcie, zdejmując jej szmatę z ust.
-Nikogo takiego nie znam- warknęła ostro.
-Naprawdę nie ma sensu kłamać, Tori- odparł wesoło.- Nie chcę tego użyć, wierz mi.
-Przestań się z nią bawić Cristopher- nakazał męski głos.- Nie mamy na to czasu.
-Tak, Mistrzu- rzucił machinalnie chłopak.- Powiedz, gdzie jest, a nic ci nie zrobię- zwrócił się znów do Tori.
-Naprawdę nie mam pojęcia!
Usłyszałam dźwięk odbezpieczanego pistoletu i ciche niemal bezszelestne kroki.
Przeładowałam swoją broń i wchodząc pewnym ruchem wymierzyłam w Cristophera.
-Rzuć to!- Rozkazałam ostro.
-A jeśli nie?- Zakpił blondyn.
-On zginie- usłyszałam zza mężczyzny głos Vincenta.
-Blood Cross, specjalny model antywampirzej broni- zauważył blondyn kątem oka spoglądając na lufę.
-Rzuć to, powiedziałam- rozkazałam zimno.
-Rób, co mówi, Cristopher- odezwał się mężczyzna.
-Tylko bez żadnych numerów- ostrzegł z groźbą Vincent.
Dostrzegłam delikatny ruch palców nieznajomego składających się w V, który znaczył: „wykończ ją"
W ułamku sekundy uchyliłam się przed poświęconą stalą i odbiłam następny cios. Znikając mu z oczu pokazałam Vincentowi jeden z naszych znaków, złożyłam obie ręce w X.
Odbiłam następny atak i przeskakując przeciwnika założyłam mu chwyt na gardle. Tymczasem Rodriguez przywalił facetowi w głowę kolbą broni, ogłuszając go.
-Wiedziałam, żeby ci nie ufać...
W kuchni rozległ się charakterystyczny dźwięk wskakującej oknem osoby.
-Ave, ekipa- Miecio ze swoim kumplem weszli prowadząc półprzytomnego Setha.
Miecio pokazał towarzyszowi jakiś znak i podszedł ku nam.
Wziął zamach i walnął Cristophera z pięści tak, że blondyn wylądował na podłodze. Zdążyłam odskoczyć na bezpieczną odległość, a Miecio obłożył leżącego kilkoma kopniakami.
-Pamiętasz mnie, szmato?- Spytał lodowato.
-Znasz go?- Zdziwił się Vincent, a ja miałam oczy wielkie, jak talerze ze zdumienia.
-Kto by nie znał tej szmaty?.- Miecio znów kopnął Cristophera, tym razem w brzuch.- Lipiec, osiem lat temu, Riverdale. Spłonął dom należący do sławnego rodu Kosa. Podpalacz był najstarszym z synów.
-Ten ród już nie istnieje. Mówią, że wszyscy z rodziny tam spłonęli- zauważył Vincent.
-Nie wszyscy. To jeden z nich- ruchem głowy wskazał Cristophera. Uwolnił Tori i przywiązał chłopaka do krzesła.
-Skąd niby możesz to wiedzieć?- Zapytałam z wahaniem.
Miecio uśmiechnął się blado.
-Wie, bo jesteśmy braćmi- przyznał obojętnie blondyn.
-Stul pysk, szmato!- Warknął pogardliwie Miecio.
-A ten? Wiesz kto to?- Spytał Vincent wiążąc bruneta.
-Nie znam- odparł wolno Miecio. Powoli podniósł strzykawkę i nim się obejrzeliśmy blondyn znów dostał z pięści.
-Hej!- Zastopowałam go szybko.- Hola, hola! Ochłoń, człowieku!- Odciągnęłam go od chłopaka.- Vincent, twój ojciec wraca do domu?- Spytałam.
-Wyjechał na tydzień do Hiszpanii, w interesach.
-A...
-Matka i babcia pojechały do cioci Silvii. Jakieś rodzinne perypetie, nie wiadomo, jak długo tam zabawią- skwitowała Tori, ze złością rozrywając knebel, który miała w ustach.
Dwa dni później, piwnica domu Vincenta..
-Kim ty jesteś, żeby mnie tu trzymać, podły wampirze??!- Warknął wściekle blondyn.
-Mam do ciebie sporo pytań, więc lepiej zacznij śpiewać, ptaszku- rzuciłam. Siedząc na metalowej szafce z narzędziami, podrzucałam strzykawkę z... Niewiadomo czym.
-Ach, słodkie Riverdale.. Też mieszkałam w tej ponurej dziurze.. Chyba coś nas łączy, hm?- Zakpiłam przyglądając się medykamentowi w strzykawce.
-Kim, kurwa, jesteś?- Warknął.
Cios.
-Szczekaj ciszej, psie- syknęłam z groźbą.
-Raven; pora karmienia- rzucił Vincent rzucając mi butelkę z krwią, z zapasu, który wziął podczas wczorajszej wizyty w Stowarzyszeniu.
-Dzięki. A ty, ptaszku, podaj mi swoje prawdziwe nazwisko..- zwróciłam się do przesłuchiwanego.
-Krzysztof Kolumb, kurwa twoja mać- odparował złośliwie.
-Ciekawe, co to takiego..?- Zastanowiłam się na głos.- Dragi?- Zauważyłam, że stara się zachować stoicki spokój.
-Nic mi nie zrobisz..
-Nie bądź taki pewny, ptaszku- zakpiłam.- Odpoczniemy, może zajmę się tym facetem- rzuciłam idąc do drzwi.
-Tylko spróbuj go tknąć, pijawo, a cię rozszarpię..!- Warknął z gniewem w oczach.
-Pijawa? Chyba już gdzieś to słyszałam- rzuciłam ironicznie, podchodząc do związanego, pochyliłam się pociągając nosem.- Cuchniesz werbeną, jak każdy z nas. Ciao- rzuciłam znikając na schodach.
-Lepiej, żebyś zaczął śpiewać, dobrze ci radzę- dodał Vincent, po czym ruszył za mną.
***
-Nic wam nie powiem, bando dzieciaków- rzucił obojętnie mężczyzna.
-Jeśli uczysz zawodu, znajdę twoje akta i już mi się nie przydasz- wzruszyłam ramionami.
-Jakiego zawodu?- Zapytał niewinnie.
-Nie rżnij głupa, to nic nie da- powiedziałam beznamiętnie.- On nazwał cię Mistrzem, poza tym widziałam, że pokazałeś mu jeden ze znaków.
Napotkałam milczenie.
-Niewerbalnie kazałeś mu mnie "wykończyć"- ciągnęłam obojętnie.
-Nie rozmawiam z wampirami- stwierdził krótko.
-Jeju. Słuchasz Beyoncé: wszystko jest okej; jesteś wampirem i wszystkim zwyczajnie odpierdala- żachnęłam się.
-Nie zadaję się z Rządowym ścierwem- oznajmił spokojnie patrząc mi prosto w oczy.
-Dla twojej informacji: nie należę ani do Rządu, ani do Senatu; foczko- rzuciłam ziewając.
-Jakie te pijawki kłamliwe. Chyba przez to nawet w piekle was nie chcą- skomentował z sarkazmem.
-Nazwisko- zażądałam.
-Hans Tyler Morgenstern, herbu Jutrzenka..
-Tak się bawimy, hm?- Rzuciłam drwiąco.- Łżesz. Nazwisko- powtórzyłam chłodno.
Cisza.
-Dobra. Czas zrobić grilla. Vincent, dawaj zapalniczkę. Wracamy do ptaszka- pochwyciłam przedmiot.- Smażone podeszwy raz!- Zarechotałam idąc w stronę piwnicy.
-To twoja ostatnia szansa. Jeśli nie powiesz, kim jesteś, zacznę go torturować.
-Nie jesteś do tego zdolna, a ja i tak będę milczał- powiedział z trudem panując nad drżeniem głosu.
-Z informacji, które mam wynika, że jesteś łowcą dziewiątego stopnia, co oznacza, że możesz również uczyć zawodu. Dzięki, Miecio- odebrałam od niego notes z notatkami.- Z tego co widzę nie jesteś żonaty. Nauczyciele zwykle są singlami.
-Jestem wdowcem- skłamał bez mrugnięcia.
-Kolejne kłamstwo. Nie widzę śladu po obrączce. Większość wdowców nosi też ślubną obrączkę na drugiej dłoni.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się Seth.
-„Trupek” jest wdowcem i nadal nosi obrączkę- rzuciłam spokojnie.
Wchodząc przewróciłam przywiązanego do krzesła chłopaka i zdjęłam mu buty.
-Zobacz co mam, ptaszku- odpaliłam benzynową zapalniczkę.- Nazwisko.
-Nic ci nie powiem, pijawo- zasyczał. Podsunęłam płomień bliżej. Zacisnął zęby sycząc.
-Nazwisko- powtórzyłam, podsuwając płomień.
-Pierdol się, suko.!
-Och, naprawdę? Suko?- Spytałam złośliwie.
Kroki po schodach. Z wnęki wynurzyła się Tori.
-Cally- skinęła na mnie ręką. Kiedy podeszłam szepnęła:
-Ten środek. Poszperałam w sieci i znalazłam, co to takiego.
-Mianowicie?- Spytałam zaintrygowana.
-Nazywają to serum prawdy- oznajmiła.
-Przecież to mit. Coś takiego nie istnieje- stwierdziłam wolno, dostrzegając, że Cristopher zbladł jak ściana.
-Co szkodzi wypróbować?- Zapytała wzruszając ramionami.
-A jeśli wykorkuje?- Zapytałam wolno.
-Wrzucimy go do rzeki, zakopiemy... Coś się wykombinuje; Raven- stwierdziła obojętnie.
-Jesteś bardziej jebnięta, niż ja- rzuciłam z uznaniem.- Hitler kaput i jazda za Anioła..- rzuciłam z ironią, szybkim ruchem dłoni gasząc zapalniczkę.
-Nawet tego nie próbuj!- Warknął więzień próbując ukryć strach.
-Cicho, ptaszyno- powiedziałam łagodnie, butem podnosząc krzesło do pionu.- Pani domu powinna doglądać gości- zasugerowałam, podając Tori dawkę "leku".- Pan domu chyba pomoże, hm?- Rzuciłam wesoło w stronę śniadego dryblasa.
-Czemu nie..?- Vincent podszedł.- Dawaj, Kotku.
-Pan domu?- Chłopakowi coś się nie zgadzało.
-Misiaku, ty mój- rzuciła z uczuciem Tori dając Vincentowi całusa.
-Dosyć tych czułości, robota czeka- rzuciłam ze śmiechem.
|×××|
Dwie godziny po opisanych wydarzeniach.
-Mamy problem, Raven. Facet zwiał- odezwał się Seth.
-Jakim cudem on się wywinął z moich węzłów..?- Mruknęłam z zastanowieniem.- A huj z nim. I tak wróci.
-Jesteś tego pewna??-Wybuchnął wściekły kompan Miecia przykładając do bani chusteczkę z lodem.
-Owszem. Mistrz nigdy nie zostawia swojego ucznia, Trevor- odparłam opróżniając butelkę.- Nie z tym, co mamy.
-A co my właściwie takiego mamy, hę?- Zdziwił się.
-Coś, co na czarnym rynku jest warte kupę siana. Udoskonalone serum prawdy- wzruszyłam ramionami.
-PIERDOLISZ!!- Wyparowali wszyscy trzej w osłupieniu.
-Znamy już ich nazwiska, cel i zleceniodawców. Wyśpiewał wszystko od A do Z.
-Więc teoretycznie moglibyśmy się go pozbyć- zauważył Seth.
-Teoretycznie możemy go stąd wyeksmitować, ale facet pomyśli, że chłopak jest tu. Rozwali pół chaty, żeby go znaleźć. Grzecznie zwrócimy ”cenny przedmiot”.
Miecio wbił we mnie nieco zaniepokojony wzrok.
-Jak bardzo go uszkodziłaś, Kruk?- Zapytał ostrożnie.
-Nie bardzo. Poparzona stopa, limo pod okiem i złamany nos. Nic wielkiego- przyznałam z ironią.
-Czyli słabo go urządziłaś- rzucił Seth.
Tori trzymała malca na rękach i zabawiała go.
-Będę musiała napisać kolejny raport dla Angello- padłam na kanapę i przymknęłam na chwilę oczy.
Noc, dom rodziny Rodriguez.
-Starych nie ma: chata wolna- zanucił Miecio z ironią.
-Kota nie ma: myszy harcują. Jak tam hawir?- Rzucił Seth do walkie-talkie.
Trzaski.
-Na razie czysto. Zobaczymy co będzie dalej- odparł Miecio.
-Aha. Cel w zasięgu. Kieruje się drugą bramą w stronę tylnego wejścia.
-Przyjąłem- odparł Seth.- Co robimy; Raven?- Zapytał.
-Przynęta. Syriusz; jesteś?- Zza przeszklonych drzwi salonu, pomachał nam wampir.
Pokazałam mu kierunek i zniknął.
-W co ty w ogóle grasz, Callisto?- Zapytał ostrożnie Trevor.
-Vincent, zwijamy chłopaka- rzuciłam z ironią.
-Spoko- odparł Rodriguez.
-Syriusz, twoja kwestia- mruknęłam wiedząc, że wampir usłyszy.
-Do wozu, jedziemy na wycieczkę- rzucił Seth wpychając Cristophera do auta. Obaj wpakowali się po obu jego stronach. Ja i Vincent zajęliśmy miejsca z przodu.
***
Półtorej godziny później, Nawiedzona Farma.
Tuż przede mną z drzewa do góry nogami zwisł Syriusz.
-Wszystko idzie zgodnie z planem. Złapał haczyk- rzucił z ironią.
-Jest sam?- Spytałam.
-Taa, kilometr stąd. Bibi go obserwuje.
-Cudownie. Zaczynamy balangę- zarechotałam.
***
-Świetnie rozegrane, Raven; herbu Kruk- odezwał się głos z ciemności.
-Pogadamy sobie, Valentine'ie Shield. Wiedziałam, że skądś cię znam.
-Przyszedłem tylko po chłopaka, więc nie będę z tobą dyskutować, wampirze poziomu D- odparł obojętnie.
-Stowarzyszenie wysłało za tobą list gończy. Mogę szepnąć to i owo przewodniczącemu- odpowiedziałam lekko.
-Jeśli cię załatwię, nie piśniesz ani słówka- oznajmił opierając dłoń na kaburze z bronią.
-Nawet tego nie próbuj, bo go sprzątnę- oznajmił Syriusz trzymający blondyna.
-Coś za coś; Shield- powiedziałam przeciągając się lekko.- Wiesz, że on to zrobi, jeśli mnie postrzelisz.
Dłoń łowcy zwisła luźno przy boku.
-Co chcesz wiedzieć?- Zapytał krótko.
-Krążą plotki, że rozmawiałeś z Przewodniczącym Związku, na dwa dni przed jego śmiercią- zauważyłam.
-Nawet, jeśli; to co?- Zapytał przyglądając mi się bardzo uważnie.- Podejrzewasz mnie?
-Chcę tylko wiedzieć, czego dotyczyła wasza rozmowa- zauważyłam wolno.
-Moja rozmowa z Cristianem.. Jednym słowem: w Związku jest kret, którego miałem namierzyć- wzruszył ramionami.
-Wiesz coś o numerze 2369?- Co mi szkodziło zapytać.
-Skąd o tym wiesz?- Zapytał dziwnie ostro.
-Dał kartkę z tymi cyframi swojej matce, zanim zginął- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-To szyfr do sejfu w gabinecie Przewodnczącego Związku.
-Nie wspominał, co tam takiego ukrył?- Wypytywałam.
-Cristian? On nie ufał nikomu. Nawet swoim podwładnym- odparł Shield wzruszając ramionami.- Jeleń powie ci to samo, jeśli go zapytasz.
-Czemu spotkał się z tobą? Z poszukiwanym „przestępcą”?- Zdziwiłam się.
-Spotkaliśmy się przypadkiem, akurat sprzątnąłem kilka poziomów D w okolicy Gracetown- stwierdził spokojnie.- Zdziwiło mnie, że nic nie zrobił; skoro wysłano za mną aż list gończy. Po prostu zaczął ze mną gadać, powiedział o krecie i to wszystko.
-Jak myślisz, co może być w sejfie?- Zapytałam wolno.
-Żebyś mnie zabiła, nie mam pojęcia. Nie puścił pary- wzruszył ramionami.
-Mogę ci wierzyć?- Niezbyt mu ufałam.
-Rób, co chcesz. Co bym miał z tego, że Stowarzyszenie Łowców trafiłby szlag?- Zapytał retorycznie.- Senat próbuje nas ustawiać, a ja, jako łowca miałbym im to jeszcze ułatwiać?
-Poszukiwany łowca, dla ścisłości- poprawiłam.
-Wszystko jedno. Cristian na pewno nie zostawiłby po sobie burdelu. Kto wie, co może być w tym sejfie.
-Syriusz, oddaj mu dzieciaka. Niech idą swoją drogą- rzuciłam niechętnie.
-Mam nadzieję, że się już nie spotkamy. Chwała Aniołowi.
-A Jego dzieciom oręż, też mam taką nadzieję- odparłam krótko.
Kwatera główna Stowarzyszenia, pierwsza trzydzieści w nocy.
Kończyłam kolejny raport dla Angello. Spodziewałam się, że przewodniczący niedługo zwoła Radę.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Tu Cally, zostaw wiadomość. Oddzwonię- rozłączyłem się i rzuciłem telefon na szafkę nocną.
Tęskniłem za nią. Bałem się, że jednak coś jej się stało.
-Michael.!- Usłyszałem z dołu wołanie ciotki.
-Co jest? Koniec świata, hę?- Jęknąłem wyczołgując się z pościeli. Na bosaka poczłapałem na dół, zakładając okulary.
Ze schodów dostrzegłem mundur i podskoczyłem, jakby ktoś ukłuł mnie w siedzenie.
-Czego chce ode mnie psiarnia?- Mruknąłem schodząc na dół.
-Dzień dobry, o co chodzi?- rzuciłem nieco zaspany.
-Pan Michael James Tyler?- Rzucił mundurowy.
-Taa.
-Sierżant Ash, komenda miejska w Fallen. Prowadzimy sprawę zaginięcia Diany Gold.
Moja szczęka chyba dotknęła podłogi. Opadając na najbliższe krzesło wydusiłem:
-Diana zniknęła?
-Kiedy rozmawiał pan z zaginioną ostatni raz?- Zapytał Ash.
-Na zakończeniu roku szkolnego, jakoś pod koniec czerwca- odparłem zamyślony.
-A jakieś miejsca, w których często bywa?- Zapytał.
Ciocia postawiła przede mną kubek kawy. Upiłem łyk.
-Nie wiem. Spytajcie jej kolegów z zespołu.
-Niestety nic nie wiedzą- przerwał mi Ash.
Zamyśliłem się pijąc kawę.
-Dziwne, Diana zawsze mówiła chłopakom dokąd idzie- zauważyłem wolno.- Może poszła do Domu Strachu?
-Przeszukaliśmy tę ruderę. Nikogo nie było.- oznajmił Church, partner Ash'a.
-Hmmm. Diana lubi opuszczone miejsca. Wie pan, ona jest trochę eee... Sam nie wiem, jak to ująć..
-Dziwna?- Zasugerował.
-Nie bardzo. To zupełnie normalna osoba, tylko trochę bardziej zamyślona i zarobiona. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz... Moment- wydusiłem w olśnieniu.- Wspominała wtedy coś o jakimś słynnym moście.. Tylko, jak to się zwało...(?)
-„Most Zakochanych”?- Zdziwił się Ash.
-Chyba tak. W pobliżu jest plaża- z każdą chwilą odnajdywałem w głowie coraz więcej informacji.- Twierdziła, że musi się zastanowić nad kilkoma rzeczami, czy coś w tym stylu.
-Nie zauważył pan, żeby zaginiona zachowywała się jakoś niecodziennie?
-Nie sądzę..
Dzwonek. Ciotka poszła otworzyć. Z przedpokoju rzuciła:
-Michael, paczka i list do ciebie.
-Przepraszam- rzuciłem idąc do drzwi.
Paczka była wielkości pudełka do butów, owinięta w szary papier i obwiązana plecionym sznurkiem, za który była wetknięta koperta.
Odczytałem nadawcę.
-No i gitara- rzuciłem zastanawiając się jednocześnie, o co tu chodzi. Uratował mnie płacz małej. Wbiegłem na piętro. Zostawiłem przesyłkę w pokoju, w szufladzie zamykanej na klucz i ruszyłem do pokoiku Lily.
-Cio? Obudził się mój skarbuś?- Szepnąłem pieszczotliwie do córki.- Głodna i zła, hm?- rzuciłem dając małej buziaka. Zszedłem z dzieckiem na dół, by przygotować mleko. Potrząsnąłem grzechotką, żeby rozweselić dziewczynkę.
-Łup, łup. Baaach! Samolocik, hm?- Rzuciłem do córki, wprawiając w zaskoczenie policjantów.- Cii, zaraz będzie żarło..- Zdążyłem złapać zabawkę, zanim Church dostał w głowę.
-Myślałem, że to pańska żona zajmuje się dzieckiem- zauważył Ash.
-Czyżby ojciec nie mógł zajmować się własną córką?- Zapytałem urażony.
-Tego nie powiedziałem- odparł przepraszająco.- Gdyby coś pan sobie przypomniał, to kontakt do mnie- rzucił podając mi kartkę z numerem telefonu.- Do widzenia- rzucili obaj, a ciotka odprowadziła ich do drzwi.
-Jezu... Co się tu odwala, to nie do opisania- westchnąłem ciężko.
Na spacerze Lily całkiem się rozweseliła. Patrzyła z zaciekawieniem na bawiące się starsze dzieci.
Jakiś chłopiec przemknął obok nas, lecz nagle zahamował i wrzucił wsteczny. Nawet nie wiedziałem, że można jechać tyłem na rolkach.
-Dzień doberek- przywitał się, padając na ławkę.
-Bry- odparłem lekko.
Chłopiec zapatrzył się w dal na park, sięgając do leżącego przy siedzisku plecaka, skąd wyciągnął puszkę coli i otworzył ją z psyknięciem.
-Pan na wakacjach?- Spytał zaciekawiony dzieciak. Trochę dziwnie się poczułem słysząc "pan". Jakoś tak... Staro.
-Można to tak nazwać- przyznałem uprzejmie.
-Śliczna dziewczynka- zagadnął po dłuższej chwili.
Mała popatrzyła nań.
-Łaaaa..- ziewnęła słodko i rozejrzała się wokół trochę sennym wzrokiem.
-Co, skarbuś?- Rzuciłem do córki lekko.
-Ba ba ba baaach. Pfff!- Rzuciła rozbawiona nadal wlepiając oczka w dzieciaka.
-Pewnie, że jesteś słodka, malutka i śliczna- rzucił do niej chłopiec.
Lily zaczęła klaskać i chichotać po swojemu, a dzieciak na rolkach był nią po prostu zaczarowany.
-Bądź zdrowa, ślicznotko. Do widzenia, panu- rzucił odpychając się z miejsca, zarzucił plecak na ramię.
-Cześć, mały- odparłem, a Lily okręciła się i trzymając się boku wózka patrzyła, jak chłopiec odjeżdża. Zaczęła klaskać, gdy z gracją odbił się od deptaku, przeskoczył niski murek i jadąc tyłem do kierunku, w którym zmierzał, pomachał do nas jeszcze raz.
-Co, księżniczko?- Rzuciłem pieszczotliwie.
-Ptaa- rzuciła z uciechą pokazując na pobliski staw.
-Ładne łabędzie, co?- szepnąłem.
Wpatrywała się w płynące po tafli wody białe, pierzaste i dziobate stworzenia z rozchyloną buzią. Ptak schował się pod wodą i wypłynął kawałek dalej.
-Chodź przejdziemy się jeszcze trochę- rzuciłem pchając wózek po deptaku.
Ciotka przysłała SmS-a, żebym wpadł po zakupy do spożywczaka.
-Jezu... Co za litania...- mruknąłem.- Robić milion rzeczy naraz. Lily, zostaw to. To niedobre- rzuciłem zabierając dziecku obierak do ziemniaków.- Chryste Panie.
-Ale się z ciebie zrzęda zrobiła, Czterooki- rzucił za mną znajomy głos.
-Kogo moje oczy widzą?- Zapytałem z przyjacielską uszczypliwością. Pochwyciłem batonik, którym we mnie rzucił.
-Opowiadaj, co u ciebie. Wieki cię nie widziałem- zarechotał dając mi szturchańca.
-Człowieku... Jestem żonaty i dzieciaty... Poza tym: ogólnie wszystko u mnie okej, a ty, jak się miewasz?
-Mogło być gorzej, ale nie narzekam. Wolny strzelec, jak na razie; bo znowu mam „separację” z Cindy- wzruszył ramionami ponuro.
-Który to już raz; siódmy?- Spytałem z troską.
-A, bo ona sama nie wie, co chce..- żachnął się.- Staram się, skaczę w koło niej, jak jakiś golden retriever, a i tak wychodzi do dupy. Może to ja jestem do bani?- Westchnął ciężko.
-Wcale nie jesteś. Po prostu może powinniście od siebie odpocząć..- zasugerowałem.
-Łatwo ci mówić- skomentował ponuro.- Cindy ostatnio ma dziwne humory. Wścieka się zupełnie bez powodu, a jak się nie wścieka to płacze.. Wolę nie pytać, bo znowu oberwę z czegoś ciężkiego.
-Może jest w ciąży? Moja Cally też tak miała, kiedy mała była w drodze- uczucie tęsknoty zakłuło mnie w sercu. Wziąłem kolejny artykuł z listy.
-Może. Przez ostatnie trzy dni ciągle na mnie warczy. Wredna zmora- prychnął.
-Kogo nazywasz Zmorą?- Zapytał za nami głos Cindy.
-No, fajnie. Jestem już martwy...- jęknął spanikowany.
-Cześć, Cindy. Ładnie wyglądasz- rzuciłem przymilnie w stronę brunetki w kwiecistej sukience.
-Dzięki, widziałam się już w lustrze- odpowiedziała z sarkazmem.- A ty od kiedy latasz z wózkiem?- Zdziwiła się.
-Niedługo. Mała niedawno dołączyła do nas- odparłem.
-Podobna do ciebie- zajrzała do wózka.- Jakie słodziutkie maleństwo. Jak laleczka- rozmarzyła się.
-Buubaa pffrrypypy!- Zapiszczała Lily.
-Buba?- Zdziwiła się przyglądając się małej.
-Tak reaguje na nowe twarze. Nie, skarbek?
Ten słodziutki, jeszcze bezzębny uśmiech był dla mnie całym światem. Zauważyłem też, że Cindy stara się ignorować Jack'a.
-Może powinniście ze sobą pogadać?- Zasugerowałem bardzo ostrożnie.
-Rozmawiać z tym dupkiem? Daj se siana- prychnęła poirytowana.
-Powiedziała ta, która rzuciła we mnie ostatnio patelnią- burknął.
-To może wy się w ogóle rozstańcie. Będzięcie mieli święty spokój- westchnąłem ciężko biorąc kilka konserw.
Jack'owi z zaskoczenia aż szczęka opadła.
-Wiesz, co? Myślałam, że przynajmniej ty to zrozumiesz- zauważyła ze złością Cindy.
-Przepraszam, ale nie. Nie łapię tego, że oboje zachowujecie się, jakbyście nie wyszli jeszcze z piaskownicy. Sorry, ale tak to dla mnie wygląda, Cin- odparłem spokojnie.
-A ty i ta twoja to może chodzące ideały, co?- Prychnęła wściekła, jak osa.
-Obudź się, dziewczyno. Ideały nie istnieją- odparłem z naciskiem.
-Odpuść. Michael ma rację- odezwał się cicho Jack.- Może i to najlepsze wyjście.
-Najlepsze wyjście, czyli co? Rzucenie mnie?- Pod wzburzeniem starała się ukryć, że jest jej cholernie smutno.
-Zaraz tam rzucenie- żachnął się chłopak, biorąc kilka batoników i jakiś sok.- Może powinniśmy po prostu odpocząć kilka dni od siebie. Przemyśleć pare spraw.
-Cudownie. Znalazł się kolejny chodzący ideał. Super- prychnęła jadowicie, odchodząc bez pożegnania.
-Przepraszam za nią. Wiesz, że z trudem znosi krytykę- odezwał się po chwili.
-To ja przepraszam. Wpieprzam się w nieswoje sprawy- odparłem ponuro.
-Najlepszy kumpel zawsze walnie prawdę z mostu; więc nie masz za co- odpowiedział spokojnie.- Właściwie chciałem zaprosić cię na jakieś piwo, ale widzę; że twoja maluda się niecierpliwi.
-I tak będę wieczorem na mieście; może się zgadamy?- Spytałem.- Och, Liluś; zostaw wreszcie ten obierak- zabrałem dziecku sprzęt kuchenny i odłożyłem na miejsce.
-Spoko, o której ci pasuje?
-Ósma może być?
-Gra gitara- rzucił z aprobatą.
Przed sklepem pożegnaliśmy się i ruszyłem do domu.
***
Wszedłem do środka, rzucając od progu:
-Ciociu, zakupy.
Odpowiedziała mi cisza, co nie tylko mnie zaskoczyło, ale też zaniepokoiło.
-Ciociu??- Zapytałem drżącym z nerwów głosem.
W salonie ekran telewizora ukazywał kolejną ulubioną operę mydlaną ciotki.
Wszedłem ostrożnie z małą na rękach i podszedłem w stronę kanapy. Z tłukącym się w piersi sercem zajrzałem przez oparcie mebla.
Mary Ann Jackson spała, jak zabita. Odetchnąłem z ulgą.
-Mogliby ją łatwo okraść, albo zabić i nawet nie kapnęłaby się, że jest martwa- mruknąłem do siebie, zdejmując małej kurteczkę.
Poszedłem z małą do kuchni, by ją nakarmić. Potem zamierzałem się wziąć za obiad.
Mała półleżała w wózku i obserwowała z zaciekawieniem, jak krzątam się po kuchni, przygotowując obiad. Pociągnęła noskiem patrząc w stronę patelni.
-O, kurwa... Zaczyna mi się mięso jarać- zakląłem zdejmując patelnię z ognia.- Uff, po strachu.. Luzik..
Byłem też ciekawy, czemu Lily tak się uparła na ten obierak do ziemniaków. Usłyszałem ciche kroki z salonu.
-Michael. Ty gotujesz?- Zdumiała się ciotka Mary.
-Nie chciałem cię budzić, więc zacząłem.
-Przecież bym to wszystko zrobiła- odparła z lekką pretensją.
-Och, ciociu... Przecież mogę od czasu do czasu sam coś upichcić- rzuciłem ze śmiechem.
-Zostałam bezrobotną, starą i niepotrzebną kwoką domową- ech, to jej zrzędzenie: chyba mam to po niej.
-Nie przesadzaj, ciociu. Przynajmniej mogłaś sobie trochę odpocząć- odparłem ciepło.- Poza tym nie jestem już dzieckiem..
-Wiem, wiem. Mój chrześniak jest dorosłym facetem. Tak, tak- odparła z małą ironią.
Przerwałem mieszanie w garnku i zwróciłem się do niej, pytając:
-O co ci chodzi, ciociu?
-O nic. Po prostu trochę przypominasz mi Armanda- wzruszyła ramionami, popijając ziołową herbatę.
-Ostatnio wszyscy mi to mówią. Naprawdę jestem aż tak podobny do ojca?- Zdziwiłem się.
-Bardzo...
-Bach.. Łaaaaaa..- Lily ziewnęła przeciągle.
-Oczka ci się kleją, co?- Spytałem biorąc małą na ręce.- Chodź do taty. Idziemy do wyrka..- rzuciłem wsuwając jej smoczek w buzię.- Co jest?
Ciotka Mary miała łzy w oczach.
-Jest taka podobna do ciebie..- powiedziała cicho, ocierając łzy wzruszenia.
-A do kogo miałaby być? To w końcu moja piękność- odparłem z dumą.
Wszedłem na górę do pokoiku, a mała zaczęła pokazywać coś rączką.
-Co, skarbuś?- Spytałem.
-Przynęta. Syriusz; jesteś?- Zza przeszklonych drzwi salonu, pomachał nam wampir.
Pokazałam mu kierunek i zniknął.
-W co ty w ogóle grasz, Callisto?- Zapytał ostrożnie Trevor.
-Vincent, zwijamy chłopaka- rzuciłam z ironią.
-Spoko- odparł Rodriguez.
-Syriusz, twoja kwestia- mruknęłam wiedząc, że wampir usłyszy.
-Do wozu, jedziemy na wycieczkę- rzucił Seth wpychając Cristophera do auta. Obaj wpakowali się po obu jego stronach. Ja i Vincent zajęliśmy miejsca z przodu.
***
Półtorej godziny później, Nawiedzona Farma.
Tuż przede mną z drzewa do góry nogami zwisł Syriusz.
-Wszystko idzie zgodnie z planem. Złapał haczyk- rzucił z ironią.
-Jest sam?- Spytałam.
-Taa, kilometr stąd. Bibi go obserwuje.
-Cudownie. Zaczynamy balangę- zarechotałam.
***
-Świetnie rozegrane, Raven; herbu Kruk- odezwał się głos z ciemności.
-Pogadamy sobie, Valentine'ie Shield. Wiedziałam, że skądś cię znam.
-Przyszedłem tylko po chłopaka, więc nie będę z tobą dyskutować, wampirze poziomu D- odparł obojętnie.
-Stowarzyszenie wysłało za tobą list gończy. Mogę szepnąć to i owo przewodniczącemu- odpowiedziałam lekko.
-Jeśli cię załatwię, nie piśniesz ani słówka- oznajmił opierając dłoń na kaburze z bronią.
-Nawet tego nie próbuj, bo go sprzątnę- oznajmił Syriusz trzymający blondyna.
-Coś za coś; Shield- powiedziałam przeciągając się lekko.- Wiesz, że on to zrobi, jeśli mnie postrzelisz.
Dłoń łowcy zwisła luźno przy boku.
-Co chcesz wiedzieć?- Zapytał krótko.
-Krążą plotki, że rozmawiałeś z Przewodniczącym Związku, na dwa dni przed jego śmiercią- zauważyłam.
-Nawet, jeśli; to co?- Zapytał przyglądając mi się bardzo uważnie.- Podejrzewasz mnie?
-Chcę tylko wiedzieć, czego dotyczyła wasza rozmowa- zauważyłam wolno.
-Moja rozmowa z Cristianem.. Jednym słowem: w Związku jest kret, którego miałem namierzyć- wzruszył ramionami.
-Wiesz coś o numerze 2369?- Co mi szkodziło zapytać.
-Skąd o tym wiesz?- Zapytał dziwnie ostro.
-Dał kartkę z tymi cyframi swojej matce, zanim zginął- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-To szyfr do sejfu w gabinecie Przewodnczącego Związku.
-Nie wspominał, co tam takiego ukrył?- Wypytywałam.
-Cristian? On nie ufał nikomu. Nawet swoim podwładnym- odparł Shield wzruszając ramionami.- Jeleń powie ci to samo, jeśli go zapytasz.
-Czemu spotkał się z tobą? Z poszukiwanym „przestępcą”?- Zdziwiłam się.
-Spotkaliśmy się przypadkiem, akurat sprzątnąłem kilka poziomów D w okolicy Gracetown- stwierdził spokojnie.- Zdziwiło mnie, że nic nie zrobił; skoro wysłano za mną aż list gończy. Po prostu zaczął ze mną gadać, powiedział o krecie i to wszystko.
-Jak myślisz, co może być w sejfie?- Zapytałam wolno.
-Żebyś mnie zabiła, nie mam pojęcia. Nie puścił pary- wzruszył ramionami.
-Mogę ci wierzyć?- Niezbyt mu ufałam.
-Rób, co chcesz. Co bym miał z tego, że Stowarzyszenie Łowców trafiłby szlag?- Zapytał retorycznie.- Senat próbuje nas ustawiać, a ja, jako łowca miałbym im to jeszcze ułatwiać?
-Poszukiwany łowca, dla ścisłości- poprawiłam.
-Wszystko jedno. Cristian na pewno nie zostawiłby po sobie burdelu. Kto wie, co może być w tym sejfie.
-Syriusz, oddaj mu dzieciaka. Niech idą swoją drogą- rzuciłam niechętnie.
-Mam nadzieję, że się już nie spotkamy. Chwała Aniołowi.
-A Jego dzieciom oręż, też mam taką nadzieję- odparłam krótko.
Kwatera główna Stowarzyszenia, pierwsza trzydzieści w nocy.
Kończyłam kolejny raport dla Angello. Spodziewałam się, że przewodniczący niedługo zwoła Radę.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Tu Cally, zostaw wiadomość. Oddzwonię- rozłączyłem się i rzuciłem telefon na szafkę nocną.
Tęskniłem za nią. Bałem się, że jednak coś jej się stało.
-Michael.!- Usłyszałem z dołu wołanie ciotki.
-Co jest? Koniec świata, hę?- Jęknąłem wyczołgując się z pościeli. Na bosaka poczłapałem na dół, zakładając okulary.
Ze schodów dostrzegłem mundur i podskoczyłem, jakby ktoś ukłuł mnie w siedzenie.
-Czego chce ode mnie psiarnia?- Mruknąłem schodząc na dół.
-Dzień dobry, o co chodzi?- rzuciłem nieco zaspany.
-Pan Michael James Tyler?- Rzucił mundurowy.
-Taa.
-Sierżant Ash, komenda miejska w Fallen. Prowadzimy sprawę zaginięcia Diany Gold.
Moja szczęka chyba dotknęła podłogi. Opadając na najbliższe krzesło wydusiłem:
-Diana zniknęła?
-Kiedy rozmawiał pan z zaginioną ostatni raz?- Zapytał Ash.
-Na zakończeniu roku szkolnego, jakoś pod koniec czerwca- odparłem zamyślony.
-A jakieś miejsca, w których często bywa?- Zapytał.
Ciocia postawiła przede mną kubek kawy. Upiłem łyk.
-Nie wiem. Spytajcie jej kolegów z zespołu.
-Niestety nic nie wiedzą- przerwał mi Ash.
Zamyśliłem się pijąc kawę.
-Dziwne, Diana zawsze mówiła chłopakom dokąd idzie- zauważyłem wolno.- Może poszła do Domu Strachu?
-Przeszukaliśmy tę ruderę. Nikogo nie było.- oznajmił Church, partner Ash'a.
-Hmmm. Diana lubi opuszczone miejsca. Wie pan, ona jest trochę eee... Sam nie wiem, jak to ująć..
-Dziwna?- Zasugerował.
-Nie bardzo. To zupełnie normalna osoba, tylko trochę bardziej zamyślona i zarobiona. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz... Moment- wydusiłem w olśnieniu.- Wspominała wtedy coś o jakimś słynnym moście.. Tylko, jak to się zwało...(?)
-„Most Zakochanych”?- Zdziwił się Ash.
-Chyba tak. W pobliżu jest plaża- z każdą chwilą odnajdywałem w głowie coraz więcej informacji.- Twierdziła, że musi się zastanowić nad kilkoma rzeczami, czy coś w tym stylu.
-Nie zauważył pan, żeby zaginiona zachowywała się jakoś niecodziennie?
-Nie sądzę..
Dzwonek. Ciotka poszła otworzyć. Z przedpokoju rzuciła:
-Michael, paczka i list do ciebie.
-Przepraszam- rzuciłem idąc do drzwi.
Paczka była wielkości pudełka do butów, owinięta w szary papier i obwiązana plecionym sznurkiem, za który była wetknięta koperta.
Odczytałem nadawcę.
-No i gitara- rzuciłem zastanawiając się jednocześnie, o co tu chodzi. Uratował mnie płacz małej. Wbiegłem na piętro. Zostawiłem przesyłkę w pokoju, w szufladzie zamykanej na klucz i ruszyłem do pokoiku Lily.
-Cio? Obudził się mój skarbuś?- Szepnąłem pieszczotliwie do córki.- Głodna i zła, hm?- rzuciłem dając małej buziaka. Zszedłem z dzieckiem na dół, by przygotować mleko. Potrząsnąłem grzechotką, żeby rozweselić dziewczynkę.
-Łup, łup. Baaach! Samolocik, hm?- Rzuciłem do córki, wprawiając w zaskoczenie policjantów.- Cii, zaraz będzie żarło..- Zdążyłem złapać zabawkę, zanim Church dostał w głowę.
-Myślałem, że to pańska żona zajmuje się dzieckiem- zauważył Ash.
-Czyżby ojciec nie mógł zajmować się własną córką?- Zapytałem urażony.
-Tego nie powiedziałem- odparł przepraszająco.- Gdyby coś pan sobie przypomniał, to kontakt do mnie- rzucił podając mi kartkę z numerem telefonu.- Do widzenia- rzucili obaj, a ciotka odprowadziła ich do drzwi.
-Jezu... Co się tu odwala, to nie do opisania- westchnąłem ciężko.
Na spacerze Lily całkiem się rozweseliła. Patrzyła z zaciekawieniem na bawiące się starsze dzieci.
Jakiś chłopiec przemknął obok nas, lecz nagle zahamował i wrzucił wsteczny. Nawet nie wiedziałem, że można jechać tyłem na rolkach.
-Dzień doberek- przywitał się, padając na ławkę.
-Bry- odparłem lekko.
Chłopiec zapatrzył się w dal na park, sięgając do leżącego przy siedzisku plecaka, skąd wyciągnął puszkę coli i otworzył ją z psyknięciem.
-Pan na wakacjach?- Spytał zaciekawiony dzieciak. Trochę dziwnie się poczułem słysząc "pan". Jakoś tak... Staro.
-Można to tak nazwać- przyznałem uprzejmie.
-Śliczna dziewczynka- zagadnął po dłuższej chwili.
Mała popatrzyła nań.
-Łaaaa..- ziewnęła słodko i rozejrzała się wokół trochę sennym wzrokiem.
-Co, skarbuś?- Rzuciłem do córki lekko.
-Ba ba ba baaach. Pfff!- Rzuciła rozbawiona nadal wlepiając oczka w dzieciaka.
-Pewnie, że jesteś słodka, malutka i śliczna- rzucił do niej chłopiec.
Lily zaczęła klaskać i chichotać po swojemu, a dzieciak na rolkach był nią po prostu zaczarowany.
-Bądź zdrowa, ślicznotko. Do widzenia, panu- rzucił odpychając się z miejsca, zarzucił plecak na ramię.
-Cześć, mały- odparłem, a Lily okręciła się i trzymając się boku wózka patrzyła, jak chłopiec odjeżdża. Zaczęła klaskać, gdy z gracją odbił się od deptaku, przeskoczył niski murek i jadąc tyłem do kierunku, w którym zmierzał, pomachał do nas jeszcze raz.
-Co, księżniczko?- Rzuciłem pieszczotliwie.
-Ptaa- rzuciła z uciechą pokazując na pobliski staw.
-Ładne łabędzie, co?- szepnąłem.
Wpatrywała się w płynące po tafli wody białe, pierzaste i dziobate stworzenia z rozchyloną buzią. Ptak schował się pod wodą i wypłynął kawałek dalej.
-Chodź przejdziemy się jeszcze trochę- rzuciłem pchając wózek po deptaku.
Ciotka przysłała SmS-a, żebym wpadł po zakupy do spożywczaka.
-Jezu... Co za litania...- mruknąłem.- Robić milion rzeczy naraz. Lily, zostaw to. To niedobre- rzuciłem zabierając dziecku obierak do ziemniaków.- Chryste Panie.
-Ale się z ciebie zrzęda zrobiła, Czterooki- rzucił za mną znajomy głos.
-Kogo moje oczy widzą?- Zapytałem z przyjacielską uszczypliwością. Pochwyciłem batonik, którym we mnie rzucił.
-Opowiadaj, co u ciebie. Wieki cię nie widziałem- zarechotał dając mi szturchańca.
-Człowieku... Jestem żonaty i dzieciaty... Poza tym: ogólnie wszystko u mnie okej, a ty, jak się miewasz?
-Mogło być gorzej, ale nie narzekam. Wolny strzelec, jak na razie; bo znowu mam „separację” z Cindy- wzruszył ramionami ponuro.
-Który to już raz; siódmy?- Spytałem z troską.
-A, bo ona sama nie wie, co chce..- żachnął się.- Staram się, skaczę w koło niej, jak jakiś golden retriever, a i tak wychodzi do dupy. Może to ja jestem do bani?- Westchnął ciężko.
-Wcale nie jesteś. Po prostu może powinniście od siebie odpocząć..- zasugerowałem.
-Łatwo ci mówić- skomentował ponuro.- Cindy ostatnio ma dziwne humory. Wścieka się zupełnie bez powodu, a jak się nie wścieka to płacze.. Wolę nie pytać, bo znowu oberwę z czegoś ciężkiego.
-Może jest w ciąży? Moja Cally też tak miała, kiedy mała była w drodze- uczucie tęsknoty zakłuło mnie w sercu. Wziąłem kolejny artykuł z listy.
-Może. Przez ostatnie trzy dni ciągle na mnie warczy. Wredna zmora- prychnął.
-Kogo nazywasz Zmorą?- Zapytał za nami głos Cindy.
-No, fajnie. Jestem już martwy...- jęknął spanikowany.
-Cześć, Cindy. Ładnie wyglądasz- rzuciłem przymilnie w stronę brunetki w kwiecistej sukience.
-Dzięki, widziałam się już w lustrze- odpowiedziała z sarkazmem.- A ty od kiedy latasz z wózkiem?- Zdziwiła się.
-Niedługo. Mała niedawno dołączyła do nas- odparłem.
-Podobna do ciebie- zajrzała do wózka.- Jakie słodziutkie maleństwo. Jak laleczka- rozmarzyła się.
-Buubaa pffrrypypy!- Zapiszczała Lily.
-Buba?- Zdziwiła się przyglądając się małej.
-Tak reaguje na nowe twarze. Nie, skarbek?
Ten słodziutki, jeszcze bezzębny uśmiech był dla mnie całym światem. Zauważyłem też, że Cindy stara się ignorować Jack'a.
-Może powinniście ze sobą pogadać?- Zasugerowałem bardzo ostrożnie.
-Rozmawiać z tym dupkiem? Daj se siana- prychnęła poirytowana.
-Powiedziała ta, która rzuciła we mnie ostatnio patelnią- burknął.
-To może wy się w ogóle rozstańcie. Będzięcie mieli święty spokój- westchnąłem ciężko biorąc kilka konserw.
Jack'owi z zaskoczenia aż szczęka opadła.
-Wiesz, co? Myślałam, że przynajmniej ty to zrozumiesz- zauważyła ze złością Cindy.
-Przepraszam, ale nie. Nie łapię tego, że oboje zachowujecie się, jakbyście nie wyszli jeszcze z piaskownicy. Sorry, ale tak to dla mnie wygląda, Cin- odparłem spokojnie.
-A ty i ta twoja to może chodzące ideały, co?- Prychnęła wściekła, jak osa.
-Obudź się, dziewczyno. Ideały nie istnieją- odparłem z naciskiem.
-Odpuść. Michael ma rację- odezwał się cicho Jack.- Może i to najlepsze wyjście.
-Najlepsze wyjście, czyli co? Rzucenie mnie?- Pod wzburzeniem starała się ukryć, że jest jej cholernie smutno.
-Zaraz tam rzucenie- żachnął się chłopak, biorąc kilka batoników i jakiś sok.- Może powinniśmy po prostu odpocząć kilka dni od siebie. Przemyśleć pare spraw.
-Cudownie. Znalazł się kolejny chodzący ideał. Super- prychnęła jadowicie, odchodząc bez pożegnania.
-Przepraszam za nią. Wiesz, że z trudem znosi krytykę- odezwał się po chwili.
-To ja przepraszam. Wpieprzam się w nieswoje sprawy- odparłem ponuro.
-Najlepszy kumpel zawsze walnie prawdę z mostu; więc nie masz za co- odpowiedział spokojnie.- Właściwie chciałem zaprosić cię na jakieś piwo, ale widzę; że twoja maluda się niecierpliwi.
-I tak będę wieczorem na mieście; może się zgadamy?- Spytałem.- Och, Liluś; zostaw wreszcie ten obierak- zabrałem dziecku sprzęt kuchenny i odłożyłem na miejsce.
-Spoko, o której ci pasuje?
-Ósma może być?
-Gra gitara- rzucił z aprobatą.
Przed sklepem pożegnaliśmy się i ruszyłem do domu.
***
Wszedłem do środka, rzucając od progu:
-Ciociu, zakupy.
Odpowiedziała mi cisza, co nie tylko mnie zaskoczyło, ale też zaniepokoiło.
-Ciociu??- Zapytałem drżącym z nerwów głosem.
W salonie ekran telewizora ukazywał kolejną ulubioną operę mydlaną ciotki.
Wszedłem ostrożnie z małą na rękach i podszedłem w stronę kanapy. Z tłukącym się w piersi sercem zajrzałem przez oparcie mebla.
Mary Ann Jackson spała, jak zabita. Odetchnąłem z ulgą.
-Mogliby ją łatwo okraść, albo zabić i nawet nie kapnęłaby się, że jest martwa- mruknąłem do siebie, zdejmując małej kurteczkę.
Poszedłem z małą do kuchni, by ją nakarmić. Potem zamierzałem się wziąć za obiad.
Mała półleżała w wózku i obserwowała z zaciekawieniem, jak krzątam się po kuchni, przygotowując obiad. Pociągnęła noskiem patrząc w stronę patelni.
-O, kurwa... Zaczyna mi się mięso jarać- zakląłem zdejmując patelnię z ognia.- Uff, po strachu.. Luzik..
Byłem też ciekawy, czemu Lily tak się uparła na ten obierak do ziemniaków. Usłyszałem ciche kroki z salonu.
-Michael. Ty gotujesz?- Zdumiała się ciotka Mary.
-Nie chciałem cię budzić, więc zacząłem.
-Przecież bym to wszystko zrobiła- odparła z lekką pretensją.
-Och, ciociu... Przecież mogę od czasu do czasu sam coś upichcić- rzuciłem ze śmiechem.
-Zostałam bezrobotną, starą i niepotrzebną kwoką domową- ech, to jej zrzędzenie: chyba mam to po niej.
-Nie przesadzaj, ciociu. Przynajmniej mogłaś sobie trochę odpocząć- odparłem ciepło.- Poza tym nie jestem już dzieckiem..
-Wiem, wiem. Mój chrześniak jest dorosłym facetem. Tak, tak- odparła z małą ironią.
Przerwałem mieszanie w garnku i zwróciłem się do niej, pytając:
-O co ci chodzi, ciociu?
-O nic. Po prostu trochę przypominasz mi Armanda- wzruszyła ramionami, popijając ziołową herbatę.
-Ostatnio wszyscy mi to mówią. Naprawdę jestem aż tak podobny do ojca?- Zdziwiłem się.
-Bardzo...
-Bach.. Łaaaaaa..- Lily ziewnęła przeciągle.
-Oczka ci się kleją, co?- Spytałem biorąc małą na ręce.- Chodź do taty. Idziemy do wyrka..- rzuciłem wsuwając jej smoczek w buzię.- Co jest?
Ciotka Mary miała łzy w oczach.
-Jest taka podobna do ciebie..- powiedziała cicho, ocierając łzy wzruszenia.
-A do kogo miałaby być? To w końcu moja piękność- odparłem z dumą.
Wszedłem na górę do pokoiku, a mała zaczęła pokazywać coś rączką.
-Co, skarbuś?- Spytałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz