piątek, 15 czerwca 2018

Hunter III Curse Rozdział XXVIII Na głeboką wodę.

-A Jego dzieciom oręż!- Odpowiedziały głosy.

-Niech nas Anioł ciągle chroni, 
kiedy dobywamy broni. Dba o wszystkie Łowców Rody 
i pilnuje wszelkiej zgody. 
Daje Łowcom wszelkie siły, 
by po dziś dzień Mu służyły- wyrecytował Deere.
-Amen- odpowiedzieli zgromadzeni, stojąc.
-Siadajcie. Sekretarz odczyta teraz List Nominacyjny, pozostawiony przez poprzedniego przewodniczącego Związku Stowarzyszenia Łowców- oznajmił Deere.
Wstała kobieta i zakładając okulary zaczęła czytać:
-„Ja, niżej podpisany, obecny Przewodniczący Związku Stowarzyszenia Łowców; Cristian Rafael Salvator, piszący się herbem Kielicha oświadczam zapieczętowanym dokumentem, iż:
Primo: jestem świadom odpowiedzialności, która na mnie spoczywa, gdy piszę ten list.
Secundo: dokument jest niepodważalny tylko wtedy, gdy posiada trzy pieczęcie: Papieską, Moją i Zrzeszenia. Jeśli złamano wszystkie- list jest ważny, przez co nikt nie może negować jego autentyczności.
Tercjo: Dlatego na Tron Anioła wyznaczam: Jack'a L. Donnovan'a, którego- proszę- wspierajcie i, któremu zaufajcie, bo wierzę, że nie popełni błędów; które sam popełniłem.
W imię Anioła; nie poddawajcie się nikomu i niczemu. Mimo wszystko, w walce: wszyscy jesteśmy Braćmi!
Chwała Aniołowi.
Jedność. Prawda. Tajemnica.
Signo victoriam Tenebris.
Podpisano:
Cristian Rafael Salvator, herbu Kielich.”- odczytała Sekretarz Zrzeszenia.
Zapadła długa cisza, po której rozległy się szepty w wielu językach. Jack siedział cicho. Długo rozmyślał, lecz w końcu wstał.
-Szczerze mówiąc: jestem zwykłym licealistą. Jak dotąd uważałem wampiry i wielkie wilki za bajki, ale to się zmieniło. Zmieniło się dokładnie trzy dni temu, gdy moje życie wywróciło się jak bęben pralki w trakcie wirowania- rozległy się chichoty.- Wiem, może wam się to wydać zabawne, ale.. Jestem osobą, która nie wie zupełnie nic. Nie znam waszych tradycji, zwyczajów.. Niczego i... Szczerze powiedziawszy: boję się, jak jasna cholera; czy ogarnę ogrom pracy; który wkładacie w to, by chronić ludzi, przed tym... Tym czymś, czym są wampiry- zauważył cicho.- Dziękuję, to wszystko, co chciałem powiedzieć- zakończył siadając.
Łowcy zaczęli klaskać i wyć z podziwu.
-Przejdźmy zatem do spraw ogólnych Zrzeszenia- oznajmił Deere.
***
-Czyli mówi pan, że mamy tu niezły burdel- zauważył Jack z zastanowieniem.
-James- odparł Deere krótko.
-Co?- Spytał Jack unosząc głowę znad stosu papierów.
-Tu wszyscy mówimy sobie po imieniu- wyjaśnił Deere spokojnie.
-Jack.. Chyba będę się musiał się sporo nauczyć- stwierdził.
-Nie przejmuj się. Nie jesteś w tym wszystkim sam- pocieszył Deere.
-Dzięki- odparł Jack z ciężkim westchnieniem.
Otworzyły się drzwi sali. Do środka wkroczyła trójka wampirów.
-Granatowi przyleźli- mruknął.- Jaki jest powód tego wątpliwego zaszczytu, Pani Klanu Vain?- Zapytał ostrożnie.
Kobieta odrzuciła powoli kaptur granatowego stroju.
-Spokojnie, Pogromco Rodu Jelenia- odparła Livia Vinci z opanowaniem.- Przyszłam was ostrzec: Senat porozumiał się z Rządami.
-To wróży kłopoty- zauważył z namysłem Tyrone Angello.
-Gorzej. Nie chciałabym być złym prorokiem; ale jest bardzo prawdopodobne, że będzie wojna.
-Dlaczego nas ostrzegasz? Jaki masz w tym interes?- Zapytał nieufnie Deere.
-Żadnego, po prostu jestem przeciwna decyzjom Senatu. Najpierw układają się z wami i szczekają o pokoju i współpracy; a teraz szykują się do wojny? Co, jak co, ale ja nie chcę w tym uczestniczyć- odparła obojętnie.
-Cuchnie mi to na kilometr jakimś syfem- zauważył Jack ostrożnie.
-Odszczekaj to, łowcze szczenię- zasyczał jeden z ochroniarzy Vain.
Trzask. Dłoń ozdobiona lazurytem zderzyła się z jego twarzą.
-Zamilcz- warknęła lodowato, nie zaszczycając go spojrzeniem.- Jean również zagłosował przeciwko. Co więcej: nazwał pół Senatu podłymi gnidami i powiedział, że każdego, kto wkroczy do Fallen z zamiarem robienia rozróby, zabije- oznajmiła.- Dodał też, że jeśli będzie trzeba postawi cały Klan na nogi. Zresztą, kilka potężniejszych klanów ostatnio krzywo patrzy na poczynania Senatu. To kopia dokumentów z wczorajszego posiedzenia- pstryknęła palcami, a do środka wszedł wampir z kilkoma grubymi tekami akt, które po chwili położył na stole.
***
-Jack.. Jack, słuchasz mnie w ogóle?- Zapytała Cindy.
-Przepraszam- odpowiedział cicho.
-Coś cię martwi- powiedziała z troską.- W ogóle od dwóch dni nic do ciebie nie dociera.. Jakbyś był na mnie zły za tamto- zauważyła przyglądając mu się.
-Nie jestem- odparł Jack zamyślonym tonem, pijąc oranżadę z puszki.
-Więc co się z tobą dzieje? Nawet nie od...
-Oni nie żyją, prawda?- Przerwał jej cicho.
Cindy zatrzymała się raptownie w progu pokoju. Przestąpiła z nogi na nogę, nie wiedząc, czy powinna mu powiedzieć.
-Cindy, powiedz mi; co się stało w moim domu- odezwał się cicho, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie.
-Na pewno nie chcesz z nim pogadać?- Zapytałam Michaela.
-Już dosyć wywróciłem mu życie do góry nogami- zauważył zielonooki.
-Jesteś smutny- zauważyłam biorąc go za rękę.
Zielone oczy spojrzały na mnie delikatnie.
-Po prostu martwię się o Jack'a- odezwał się po chwili cicho.- Wszystko zleciało na niego, jak lawina- przytulił małą i pocałował ją lekko.
-W porządku, nie płacz- Jack objął dziewczynę.
-Ale... Ja tak po prostu.. uciekłam. Jestem beznadziejna- powiedziała przybita.
-Wcale nie- zaprzeczył przytulając ją.- Też pewnie uciekałbym z płaczem, jak małe dziecko.
-Ty uciekał? Jakoś sobie tego nie wyobrażam- zauważyła poważnie.- Jesteś odważny i w ogóle..
-Odważny? Daj spokój- westchnął ciężko.- Mój ojciec, którego nawet nie znałem, wyznaczył mnie na przewodniczącego super mega tajnego Stowarzyszenia Łowców Wampirów- wybuchnął ze złością.- A ja jestem w tym wszystkim kompletnie zielony. Castor też nawet nie wspomniał, że był łowcą, a co więcej ich nauczycielem.
-Nie możesz odmówić; skoro sobie z tym nie radzisz?- Zapytała cicho.
-Nie mogę. Ten cały List Nominacyjny to jedyny dokument, od którego nie można się odwołać- odparł Jack, leżąc na łóżku wpatrywał się w sufit.- Nie wiem, czy sobie poradzę z tym wszystkim i... Najgorsze będzie to całe Zaprzysiężenie i będę musiał się wszystkiego nauczyć, pogodzić szkołę z innymi obowiązkami...
-Chyba za bardzo się martwisz, Jack- powiedziała pocieszająco.- Jesteś ogarnięty, więc na pewno dasz radę.
-To poważna sprawa, a nie jakaś impreza nad rzeką, Cin- odparł.
-Wiem, widziałam te.. Te potworne wampiry- Cindy wbiła wzrok w swoje sandałki.- Zresztą będę starała się ci pomagać, jak mogę...
-Dzięki, Cin...- westchnął, spoglądając na zegarek.- Trzeba ruszyć cztery litery- rzucił wstając.
***
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Na podwórzu za budynkiem Stowarzyszenia mistrz obchodził Jack'a do okoła.
-Stoisz zbyt sztywno, Przewodniczący- pouczył ciepło.- Trochę wyżej miecz- poruszył lekko nadgarstkiem chłopaka.- Bardzo dobrze- rzucił podrzucając szpadę, pochwycił ją wprawnie.- Zaatakuj, gdy będziesz gotów- oznajmił spokojnie.
Cindy siedziała obok Cally na niskim murku i obserwowała szkolenie.
-Naprawdę to najlepszy z waszych nauczycieli?- Spytała z ciekawością patrząc na Morgensterna.
-Najlepsi łowcy wychodzą spod jego ręki- odparła Callisto, uśmiechając się do wspomnień.
-Uważasz się za najlepszą?- Spytała Cin przyglądając się Cally.
Czarnowłosa spojrzała uważnie na dziewczynę.
-Nie, są lepsi ode mnie- odparła z ironią, wzruszając ramionami.- Od szóstego roku życia uczyłam się obchodzić z bronią.
-To nie jest taka zwykła broń, nie?- Zapytała patrząc na pojedynek.
-Nie do końca- Callisto pochwyciła frunącą szpadę tuż przed Cindy.- To, tak zwana, poświęcona stal. Specjalny stop stworzony do zabijania pijawek, którym nie można zranić zwykłego człowieka- wyjaśniła, odrzucając broń do Mistrza.
-Każdą bronią można zranić człowieka- zauważyła oszołomiona Cindy.
-Tą nie- oznajmiła Callisto spokojnie.- Daj rękę, pokażę ci.
Cindy z niedowierzaniem wystawiła przedramię, a Callisto oparła sztylet na skórze dziewczyny, próbując ją rozciąć.
-Ten nóż jest chyba tępy- zdumiała się brunetka.- Kurcze, łaskocze...- Cally puściła rękojeść sztyletu, który zawisł w powietrzu tuż nad dłonią Cindy, która zamrugała z przejęcia.- Niemożliwe...
-Nawet cię nie drasnął. To patrz teraz- Czarnowłosa wzięła sztylet w palce i pewnym ruchem dłoni posłała go w stojącą kilka kroków od nas tarczę. Ostrze wbiło się w cel kołysząc się lekko.
-Nieprawdopodobne- wyszeptała Cindy gapiąc się na tarczę.- Naprawdę myślałam, że to jakiś wkręt..
-Nikt cię nie wkręcał. Też na początku w to nie wierzyłem- zauważyłem powoli.
-Młody- rzucił Mistrz kiwając dłonią.
-Wreszcie coś się dzieje- rzuciła z uciechą Callisto, gdy wstałem, biorąc swój miecz.
-Daj głos- uśmiechnąłem się dając żonie całusa.
-Hau, hau; otwieraj piwo- odparła chichocząc.
-Brzdęk i poszło- rzuciłem idąc w stronę Mistrza.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Czemu twierdzisz, że wreszcie coś się dzieje?- Brunetka śledziła wzrokiem idącego Michaela.
-Sama zobaczysz- odparłam tajemniczo.
-Ha, czuję paloną gumę- zarechotał tuż za nami Horse, patrząc na Michaela.
-Cicho, bo się zaczyna- prychnął Vładimir.
-Co się za...?- Cindy rozejrzała się dookoła i przybrała zaskoczony wyraz twarzy. Młodzi łowcy ze wszystkich kwater pojawili się zupełnie nagle. Słychać było ciche rozmowy.
Michael skinął głową na salut bronią. Jednooki zaatakował, a Michael w sekundzie wyciągnął swój miecz i broń obu zwarła się ze szczękiem.
-Jak on...??- Cindy próbowała pojąć, jak to się stało, że zielona pochwa leżała na ziemi, a Michael walczył odbijając ciosy i atakując.
W pobliżu usłyszeliśmy rozmowę starszych łowców.
-Szkoła Rodu Kruka nadal przeważa- rzucił stary Kostenlos.
-O, żesz ty w mordę kopany!- Wydyszał z podziwem ojciec Władii, Aleksiej Romanow, gdy Michael przemknął tuż obok nas i wskakując na murek wybił się. Robiąc w powietrzu salto odbił szpadę Mistrza i znów unikał ciosów.
-To żadna z naszych technik- dodał zaskoczony Tyrone Angello, a wszyscy wydali z siebie zdumione jęki, gdy Michael odbił serię ataków i podrzucając miecz przerzucił go do lewej dłoni. Blokując szpadę Mistrza, rzucił:
-Pax?- Zapytał wesoło.
-Parabellum- Morgenstern odbił miecz, a Michael cofnął się lekko i podrzucił butem drugi miecz, łapiąc go w prawą rękę.
-To tak się bawimy, synu herbu Płomień?- Spytał Mistrz pieszczotliwie, ruszając do ataku, a Jack i Cindy oniemieli na widok wrzeszczących, gwiżdżących i dopingujących Michaela młodych łowców.
Zielonooki oparł się o słup i odbił szpadę, po czym znalazł się z jego drugiej strony.
-Ha!- Rzucił z tryumfem Mistrz, wykonując kolejny agresywny atak.
Michael zniknął przeciwnikowi z oczu.
-Tu jestem; Mistrzu- rzucił wesoło do zdziwionego jednookiego, wisząc kawałej dalej do góry nogami na równoważni.
-A niech go Anioł w dupę kopnie!- Wyszeptał Deere, gdy zielonooki wskoczył na belkę w górze.
Wszyscy pobiegli tam, by obserwować dalszy pojedynek.
-Patrzcie, co on robi- wydyszał Romanow uważnie patrząc na poczynania Michaela. Zielonooki odskoczył i wylądował niemal na krańcu belki.
Zapadła cisza, w której chyba wszyscy zastanawiali się, jaki będzie następny krok Michaela.
-Pax?- Zapytał Mistrz.
-Parabellum; Mistrzu- odparł wyzywająco Michael.
-Ten chłopak to szaleniec!- Wyrwało się z ust łowcy herbu Jelenia.
Morgenstern zaatakował z impetem. Michael odbił się od belki i z gracją wytrącił przeciwnikowi szpadę, po czym wylądował za mistrzem, który butem podbił upadającą broń i pochwycił ją pewnym ruchem.
Wszyscy jęknęli ze zdumienia, a Cindy i Jack gapili się z otwartymi ustami na zielonookiego, który znów skrzyżował swoje miecze i odbił, żeby zaraz zaatakować z prawej. Mistrz zablokował.
-Pax?- Zapytali równocześnie, mając skrzyżowaną broń.
I obaj jednogłośnie:
-Parabellum- szczęknęły klingi i Michael znów musiał się bronić przed atakami.
-Nikt jeszcze nie wytrzymał starcia z Jutrzenką tak długo- zauważył Michael Angello tonem znawcy, śledząc potyczkę.
-Ten chłopak jest naprawdę niesamowity- przytaknął Deere.- Który ma stopień? Czwarty? Piąty?
-Jest dopiero Kapslem- odparł starszy z braci Rodu Cheruba.
-Nie pierdol!!- Odparował zaskoczony Deere.
-Serio, powaga- odparł z opanowaniem Angello, a Deere'owi opadła szczęka i spojrzał na rozmówcę powątpiewająco.
-Robisz mnie w wała, Cherub- zauważył podejrzliwie.
-Zapytaj go, jak mi nie wierzysz- Angello uśmiechnął się wyzywająco.- Na Świętego Anioła...!- Wyjęczał zdumiony, widząc, jak okularnik składa oba miecze w jedną dłoń, a w palce drugiej chwyta szpadę i opiera klingę o lewe ramię zaskoczonego Mistrza.
-Jakim cudem??- Zawtórowała mu grupka znanych mi z widzenia Mistrzów: nauczycieli naszego zawodu. Ja sama miałam problem pojąć, jak Michael pokonał Mistrza najwyższego stażem w całym Stowarzyszeniu.
-To jest, kurwa, niemożliwe!- Wydyszała Sekretarz Związku.- Gadaj prawdę, który ten chłopak ma stopień szkolenia- nakazała z naciskiem.
-Drugi- odparł tuż za nią Morgenstern spokojnie.
Kobieta odwróciła się i odsunęła się o krok, poruszając ustami, jak ryba wyciągnięta z wody; nie wiedząc, czy to żart, czy jej się to śni. Jak wszyscy nie mogła uwierzyć, że jej idol Hans Tyler Morgenstern, herbu Jutrzenka przegrał taki pojedynek ze zwykłym Kapslem.
-Młody- rzucił pieszczotliwie Mistrz, a Michael natychmiast dołączył doń. Na dłoniach podał jednookiemu szpadę, po czym schował swój miecz w pochwę.
-To.. To...- tylko tyle potrafiła z siebie wykrztusić kobieta.
-Jest nadzwyczaj zdolny, prawda?- Spytał wesoło Morgenstern, kładąc dłoń na ramieniu zasapanego Michaela.
-Brak mi słów.. Przecież on pokonał w pojedynku najwyższego stażem nauczyciela Zawodu- powiedział oszołomiony Deere.
-Och, nie róbcie ze mnie takiej legendy- powiedział Morgenstern z wesołym śmiechem.- Jak każdy mam mocne i słabe strony. Jestem tylko człowiekiem- dorzucił lekko.
-Nie mogę w to uwierzyć.. To mi się po prostu śni- zaczął Deere.- Au! Zabieraj łapska, Cherub!- Prychnął krzywiąc się, gdy Michael Angello go uszczypnął.
-Co oni wszyscy tak szeptają?- Zdziwiła się Cindy, rozglądając się wokół.
-Wyszłam za mąż za Samego Diabła- wyszeptałam oszołomiona.
-Niby czemu?- Zapytali gapiąc się na mnie zaskoczeni.
-Michael pokonał najwyższego stażem nauczyciela Zawodu, który wyszkolił jedną trzecią obecnych tu Łowców...- wyjaśnił stojący tuż za nami Porter.
-Rozwalił wszystkim system- Zawtórowała szeptem moja kuzynka, Caroline.
-Rozwalił to mało powiedziane, Raven...- Nawet Vładimir był pełen podziwu.
Dwa dni później.
-Diabeł idzie!- Zarechotali chłopcy.
-Zjazd, mordy!- Odparował wesoło zielonooki, biorąc sobie drożdżówkę.
-Znów nie jesz- zauważyłam z troską.
-Nie jestem zbytnio głodny- odparł bawiąc się z Lily.
-Tyler, ogarnij się- prychnęłam z irytacją.- Ostatnio stale twierdzisz, że nie jesteś głodny.
-Bo nie jestem- wzruszył ramionami, gdy odlepiłam od niego naszą córeczkę.- Co poradzę, że raz żrę, jak odkurzacz, a raz nie jestem głodny; Moje Kochanie- westchnął ciężko. Kiedy chciał mnie pocałować, na znak manifestu odwróciłam głowę w drugą stronę.
-Callisto Anabelle.. Mój ty cudny Turkusiku- wymruczał i łapiąc mnie za lewą dłoń obrócił ku sobie i pocałował mocno.
-Wcisnęła cię pod buta; skurczysynu- zarechotał Horse wesoło.
-Wcale nie wcisnęłam Michaela pod kapeć; Podkowa- rzuciłam w niego bananem, który złapał lekkim ruchem.
-Ta dziecinka jest naprawdę mega słodziutka- Cindy patrzyła na małą w moich ramionach.
-Maa.. Ba ba... Bach!- Zapiszczała Lily patrząc na Jack'a.
-Co, wujek ci się spodobał?- Jack miał minę, jakbym zdzieliła go patelnią.
-Sam teraz nie wiem, do kogo jesteś bardziej podobna, skarbie- rzucił, gdy dałam mu małą.- Do mamy, czy do taty.. Hmm. Jesteś ładna, jak.. Jak nie wiem co- rzucił do małej dając jej wyczarowanego niewiadomo skąd kwiatka, lecz nagle zamarł w bezruchu gdy Lily położyła paluszki na jego twarzy.- Pewnie, Aniołku- wyrwał mu się z ust zdumiony szept, a mała wyciągnęła łapki do brunetki.
-Ja się nie znam na dzieciach- zaczęła dziewczyna obronnym tonem.
-No weź tego słodkiego Okruszka- zaśmiał się wesoło Jack.
-Ale ja naprawdę... No, Jack.. Ty pusta pało..- prychnęła złośliwie, gdy podał jej malutką.
-Jest podobna do tatusia, ale po Callisto też coś ma- zauważyła brunetka trzymając delikatnie rączkę Lily.
-Co takiego ma po Nisko latającej Kruk?- Rzucił Horse, tym razem łapiąc grejfruta o włos przed swoją twarzą.
-Co ma po Kruku... Niech pomyślę..- Zastanowiła się Cindy. Po chwili popatrzyła na mnie.- Ma.. Ten sam nos i usta.. Oczka też będzie miała ładne, ale zielone. Po tacie- zauważyła.- Te paluszki też są po mamie.
-Czemu tak sądzisz?- Zdziwiłam się.
-Bo czepiają się każdej ciekawej rzeczy, zupełnie jak ty- odparła uszczypliwie, ale zaraz uśmiechnęła się szczerze.
-Jesteś gorsza, niż Michael- stwierdziłam szturchając ją lekko.
-Dzięki za uznanie mojego całokształtu- rzuciła ze śmiechem, a Vładimir zakrztusił się mocną kawą. Jacob poklepał go mocno po plecach.
-Spasi Hospody, ostatnio wszyscy chcą mnie zabić- wymruczał z ironią.
-Kto by chciał sobie rączki brudzić, Władia?- Zarechotał Jacob szturchając go przyjaźnie.
Przy końcu naszego stołu rozległo się długie beknięcie.
-Ktoś przebija?- Rzucił wesoło Lucas Lockwood.
-Zaraz pójdzie coś mocnego- zauważyła Caro.
Jak powiedziała, tak się stało. Viceprzewodniczący moskiewskiej kwatery głównej walnął beka przypominającego ryczącą ropuchę.
-Nu szto? Kotoryj idu?- Rzucił po swojemu, gdy rozległy się oklaski.
-Co wy myślicie, że baba nie płooooooootrafi?- Zapytała z wiadomym dźwiękiem przewodnicząca KGS w Paryżu, nazwiskiem Light.- Kto tańczy ze mną?- Rzuciła wśród rechotów i gwizdów podziwu.
-Mnie nie dorównasz; Światło! Rzucił z innego stołu Angello.
-No.. Jak Cherub zaraz zapierdoli..- w tym momencie z ust Michaela Angello wyszedł meeega bek.- Bronicie tytułu, łajzy?- Spytał wesoło, a Porter ze śmiechu prawie wjechał pod stół.
Pierwszy stół, sam środek.
-To patrz teraz; Cherub- zarechotała niska szczupła kobieta. Chamski dźwięk był mega mocny.
-Co to za konkurs?- Zdziwił się Jack.
-Kto beknie najlepiej, wygrywa dwa litry najlepszego samogonu z piwnicy rodu Romanow- odparł Horse.
-Kto teraz?- Zapytała z szerokim uśmiechem.
Wtedy Michael zupełnie niezamierzenie zapodał swój popis umiejętności.
-Trzeba się raz na miesiąc zdrowo odchamić... Następny, proszę- zauważył; spoglądając na opadnięte kopary Cindy i Jack'a.
-Raven?- Rzucił ktoś z łowców.
-Oddaję pałeczkę; Deere- rzucił Jonathan Raven.
-Ja odpadam- dodał ktoś inny.
-Wy cieniaaaaasy- Nick-Rozpuszczalnik beknął z grubej rury.- No, dawać cieńkie kołki!. Zarechotał.
-Za Aniołaaaaaaaaaaaa- ciotka Michaela naprawdę dała czadu.- Jak zawsze muszę ratować wam tyłki, brygada- rzuciła.
Wtedy przerwało jej bardzo potężne beknięcie, a wszyscy spojrzeli zdumieni na maleństwo na rękach Callisto.
-Pfffrrry ba ba buuuuch!- Zapiszczała Lily radośnie a wszyscy wybuchnęli rechotem i rozległy się gromkie brawa.
-Ale haroszo paszła... Krasnaja dziewoszka- rzucił Viceprzewodniczący moskiewskiej kwatery z podziwem.
-Spasiba- odparłam uprzejmie.
-Tylerowie wygrali.
***
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Ci ludzie są odrobinę walnięci- zauważyła Cindy.
-Dzięki- rzucił z ironią Jack.
-Za co?- Zdziwiła się lekko.
-Za nazwanie mnie walniętym. Schlebiasz mi- odparł, a Cally nie mogła powstrzymać się od rechotu z miny Cin. Nagle jednak uśmiech zastygł na jej ustach, a czarnowłosa rozejrzała się uważnie.
-Trzech na trzeciej, Michael- rzuciła przystając. Zakrakała przeraźliwie, a jeden z wampirów warknął wrogo.
-Demoniczna Kruk- rzucił do jednego ze swoich.
-Wyjdziecie sami, czy czekacie na komitet powitalny?- Zapytała Callisto, pokazując mi jeden z naszych znaków: dłoń przecięła powietrze i zwinęła się w V.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz