czwartek, 14 czerwca 2018

Hunter III Curse XXVII Konklawe

Położyła paluszki na mojej twarzy i pokazała mi obrazek- książeczkę.
-Którą baję chcesz?- Ułożyłem ją i przykryłem kocykiem. Objęła kolorowego pluszowego misia.

W połowie bajki przysnęła wtulona w zabawkę.
-Śpij słodko, skarbuś- szepnąłem dając jej całusa w czoło.

-Obiad gotowy- rzuciłem z kuchni, odcedzając ziemniaki.
-Gotujący facet.. Co to się na tym świecie porobiło- wymruczała ciotka nakrywając do stołu.
-Znowu marudzisz, ciociu- rzuciłem ze śmiechem.
-Wcale nie- odparła.
-Spoko. Czasem nawet lubię to twoje zrzędzenie- rzuciłem siadając przy stole.- Smacznego.
-Tobie też- odpowiedziała nieco urażona.
|•••|
-Siema- rzuciliśmy witając się splotem dłoni.
Przed barem stała grupka chłopaków.
-Cholerny Jace i jego sekta- burknął Jack patrząc nieprzychylnie na idącą ku nam zgraję.
-Kogo ja widzę? Pinglarz i jego golden retriever- rzucił złośliwie Jace zachodząc mi przejście.
-Zejdź mi z drogi- odparłem obojętnie próbując go obejść, ale, gdy zszedłem na bok zrobił to samo.
-Mógłbyś być trochę milszy dla znajomego- zauważył z groźbą.
-Nie trzymam z takimi, jak ty. Z drogi- odparłem patrząc mu prosto w oczy.
-Co chcesz przez to powiedzieć, Pinglarzu?- Zapytał chwytając mnie za poły bluzy.
-To, żebyś nie robił zadymy i zlazł mi z drogi, Jace. Serio: nie mam chęci się z tobą użerać- odbiłem jego ręce i odepchnąłem go lekko.
-Ktoś tu za bardzo zadziera nosa- warknął.
-Zjeżdżaj gonić własny ogon, Psie- odburknąłem idąc w stronę baru.
-Michael uwa...!- Zaczął ostrzegawczo Jack.
Uchyliłem się przed pięścią i zablokowałem kolejny atak.
-Odpuść, bo i tak nie wygrasz- odparłem niechętnie.
-To ty się doigrałeś- odwarknął atakując.
Jack obserwował z niepokojem coraz mocniejszą bójkę między nami. Odskoczyłem i chwytając jego rękę obróciłem się i odepchnąłem Jace'a.
-Nie mam ochoty brudzić sobie rąk; idziemy- rzuciłem do Jack'a.
-Jeszcze z tobą nie skończyłem, Tyler- Jace złapał mnie za ramię i odwrócił ku sobie. Odruchowo wyprowadziłem zamach i mu przywaliłem. Zaczęła się rozróba. Cała jego banda rzuciła się na mnie.
-Ech.. Gdybyś tu była, Cally- rzuciłem tęsknie do swych myśli.
-Zasłaniasz się swoją dziunią?- Zakpił Jace, gdy zablokowałem atak.
-Skąd, po prostu, gdyby cię spotkała sama dałaby ci porządnie po tym głupim ryju- odparłem, częstując butem jednego z jego kumpli.- Od dawna marzyłem, żeby ci porządnie wjebać- drugi z jego kumpli dostał z łokcia w twarz, trzeciego użyłem jako tarczy przed Jace'em.
-Co tu jest grane?- Prychnął przechodzący chodnikiem facet. Ruszył w naszą stronę i rozdzielił mnie i Jace'a. Na lewym przedramieniu zauważyłem tatuaż.
-Pretoria powinna pilnować swoich szczeniaków- stwierdziłem niechętnie, ruchem głowy wskazując Jace'a.
-Zrzeszony powinien trzymać się z dala od terenów watahy.
-Przypominam, że to wy zerwaliście nasz rozejm- odparłem.- Poza tym nie jestem tu „służbowo”; więc ucisz swoje psiaczki- odparłem mijając faceta.
-Lepiej uważaj na słowa, skoro nie jesteś u siebie- zasugerował lodowato.
-Wsadź sobie pod ogon te dobre rady- odparłem odwracając się przez ramię. Jack pokazał coś za mną ze zszokowanym wyrazem twarzy. Odskoczyłem wyciągając zza rękawa miecz. Jack stał z opadniętą szczęką.
-Lepiej tego nie próbuj- ostrzegłem wpatrując się w wielkiego wilka.
Odsunął się i wskazał reszcie łbem jakiś kierunek. Kiedy już sobie poszli wsunąłem miecz w pochwę pod rękawem.
-Co to... Co to miało, kurwa, być??- Wyjąkał zdumiony Jack.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc wszedłem do baru wzruszając ramionami.
-Co podać?- Rzuciła barmanka.
-A, co pani poleca?- Spytałem uprzejmie.
-Karuzela, Sen Anioła.. Ostatnio popularny jest też Gwóźdź do Trumny- zaczęła wyliczać.
-Gwóźdź do Trumny brzmi ciekawie. Dwa razy poproszę- rzuciłem ze śmiechem.

Jack w milczeniu obracał na kontuarze szklaneczkę z brązowym drinkiem i rozmyślał.
-To nie były zwidy, nie?- Zapytał w końcu cicho.
Upiłem łyk i skrzywiłem się lekko. Mocny, jak cholera.
-Nie, to nie zwidy- odparłem niechętnie.
-Wiedziałem, że coś jest z nimi nie tak. No, kurwa, wiedziałem- powiedział dobitnie.- Co to właściwie miało być..?- Prychnął pijąc drinka.
-Nie sądzę, żebyś w to uwierzył- zauważyłem z przekąsem.
-Wierzę w to, co widziałem- odparł z naciskiem. Rozejrzał się i przyciszył głos- wszystko przełknę, ale wielki wilk?? Czułem, że sekta Jace'a to jakieś świry..
Ech, żebyś ty wiedział choć połowę tego co ja...- pomyślałem z ironią.
-Wydaje mi się, że wiesz o tym dużo więcej. Nie byłeś tym wszystkim w ogóle zaskoczony i...- mówił dalej, obracając szklaneczkę.
-Widziałem już tyle nienormalnych rzeczy, że się przyzwyczaiłem- westchnąłem wzruszając ramionami.
-Właściwie, o co chodziło temu facetowi?- Spytał.
-Widziałeś ten tatuaż na jego ręce?- Odparłem pytaniem.
-No... Fajny, ale co z tego?- Zdziwił się.
-Trzymaj się od nich z daleka, mówię ci..- ostrzegłem go.
-Kim oni tak właściwie są? Zauważyłem, że nie darzycie się jakąś specjalną sympatią- stwierdził wolno, przyglądając mi się.
-Nie powinienem ci tego mówić, ale.. Ten facet jest z pewnej organizacji zrzeszającej takich, jak Jace. Nazywają się Lupus Carceris, albo potocznie: Pretorianie. Jeszcze raz to samo- zwróciłem się do zaciekawionej naszą rozmową barmanki, wypiłem duszkiem większe pół drinka.
-Zaraz koleś padnie trupem- usłyszałem szept z najbliższego stolika.
-Nie gadajmy o tym, w końcu są lepsze tematy. Dawno się nie widzieliśmy, więc..
-Zmieniłeś się, Michael- zauważył powoli.
-Czemu? Jestem tym samym "czterookim"; co kiedyś- rzuciłem ze śmiechem, przewracając oczami.
-Kiedyś nie widywałem cię z mieczem. Nawet nie plątałeś się w żadne bójki i w ogóle...- odezwał się po długiej chwili.
-Od dwóch lat uczę się szermierki i jakoś mi zostało to chodzenie wszędzie z mieczem. Co do bójki, to Jace zaczął- wzruszyłem ramionami i upiłem łyk drinka.
-Wydaje mi się, że mówisz mi tylko to, co powinienem wiedzieć. Nie wpakowałeś się przypadkiem w jakiś bajzel?- Zapytał z troską.
-Gdzie tam- zaprzeczyłem poważnie.- Wiedziałbyś, gdyby tak było. Cin nadal jest na mnie wściekła?- Zapytałem mimochodem.
-Zmieniasz temat- powiedział świdrując mnie wzrokiem.
-Nie zmieniam. Po prostu nie jestem pewien, czy uwierzysz w te wszystkie pokręcone rzeczy.
-Czemu miałbym nie uwierzyć najlepszemu kumplowi?- Zapytał zaskoczony.
Zamilkłem i przez jakiś czas mieszałem słomką napój.
-To mogłoby cię przerosnąć- przyznałem w końcu.
-Co ty chrzanisz, człowieku?- Wybuchnął bezgranicznie zdumiony, a kilkanaście osób spojrzało na nas z zaciekawieniem.
-Za dużo tu ludzi, chodźmy się przejść- zauważyłem kątem oka krzywe spojrzenie jednego z okolicznych wampirów. Dopiliśmy drinki i ruszyliśmy do wyjścia.
***
Wskoczyłem na rampę w skateparku i położyłem się wygodnie patrząc w granatowe niebo.
-Coś mi się zdaje, że władowałeś się w coś po uszy i nie chcesz powiedzieć, o co chodzi- zauważył cicho.
-W nic się nie władowałem. Serio- zapewniłem patrząc mu w oczy.
Z drzewa kilka metrów od nas zeskoczył Jacob Horse.
-A ty tu skąd, złamasie?- Rzuciłem pieszczotliwie, rzucając w niego kamykiem.
-Przywiało diabła do starego wiadra; Płomień- rzucił łapiąc pocisk.
Oczy Jack'a skakały po nas ze zdziwieniem.
-Od Angello- rzucił podając mi szarą kopertę.
-Dzięki, co u Cally?- Zapytałem wolno.
-Tak z grubsza? Spokojnie, narzekająco i ogólnie zawalona robotą. Pretoria..- spojrzał na Jack'a ostrożnie.
-Już wie. Przypadkiem- odparłem.
-No, więc... Pretoria robi zamieszanie, w Związku burdel na kółkach.. A! I podobno ta cała Seiren zniknęła..
-Psy były i wypytywały mnie o nią..- odparłem.
-A fakt. Chodzicie do jednej klasy- przypomniał sobie.- Ogólnie syf i malariaaaa- stłumił ziewnięcie.- Jak chcesz odpocząć, to zawsze się coś zwali.. Nic, zawijam dupsko, bo Jazzy mi je skopie. Jest ostatnio w paskudnym nastroju wściekłego jamnika.
-Słyszałem- odparł tuż za nim Jasper.- Cześć- zdzielił Jacoba po głowie.- To za jamnika, kociambrze- rzucił złośliwie.
-Dla ciebie: "panie Kociambrze"- odciął się Horse.
-Dobrze, Sierściuchu- zarechotał Porter.- Zwijamy manele. Nara- Rzucili odchodząc.
-Cześć..- westchnąłem ciężko, wsuwając kopertę w wewnętrzną kieszeń bluzy.
-Możesz mi wyjaśnić, o co tu biega?- Zapytał ostrożnie, jakby sam do końca nie wiedział, czy jednak chce wiedzieć coś wiecej, niż już wie.
Leżąc na rampie gapiłem się w niebo przez moment.
-Obiecaj mi, że nie odlecisz- powiedziałem cicho.
-Słowo największego przystojniaka w Liceum Thomasa Jeffersona- odparł próbując stłumić śmiech.
-To naprawdę poważna sprawa- obruszyłem się.
-Okej, spokojnie. Nie odlecę- Jack spoważniał.
Trzask. Na rampę wskoczył...
-O matko... Jeszcze ciebie tu brakowało, Mikaelis..- jęknąłem.
-Też miło mi cię widzieć- jego wyraz twarzy wyraźnie przeczył jego słowom.
-Jak ty to robisz, że zawsze zjawiasz się nie w porę?- Zapytałem złośliwie.
-Lepiej to ty mi powiedz, czemu masz taki długi jęzor- zauważył z ironią.
-A pierdolnął cię ktoś kiedyś w ten czarnooki łeb?- Zapytałem niechętnie.
Lucian otworzył usta, by się odszczeknąć, ale naszą rozmowę przerwał rechot i szum jadącego z rampy Jack'a.
-Powinniście być mega kumplami- zarechotał uderzając otwartą dłonią w beton.- Jak w mordę strzelił...
-Nie mów, że zadajesz się z wariatami- rzucił półgłosem Lucian.
-On wcale nie jest wariatem- odburknąłem z ironią.- O co ci w sumie lata?
-Powinien złożyć Pakt Milczenia, jeśli chcesz mu powiedzieć- zauważył z niechęcią.
-Widział likantropa, to ci nie wystarczy?
-Że co; na Nieskończoną Cierpliwość Anioła??- Wyparował zaskoczony czarnooki.- Chyba cię totalnie pogrzało!.
-Spytaj o to tego likantropa, bo to jego; jak mówisz: totalnie pogrzało- odparłem obojętnie.
-Zaraz... Spotkał likantropa i przeżył?- Zdziwił się Mikaelis.
-Taa. Pretorianina, któremu nie pasowało, że jego młodszy psi kolega, zaczął ze mną bójkę- odparłem niechętnie.
-Pretorianin? Szukał guza? Dziwne- stwierdził wolno Mikaelis odpalając wyciągniętego z kieszeni szluga.
-Co, mafia pali drewnem?- Zakpiłem.
-Ktoś zwinął mi moją srebrną zapalniczkę- Lucian wzruszył ramionami. Nagle wystawił dłoń w stronę lecącej w jego stronę butelki i pochwyciwszy ją lekkim, płynnym ruchem posłał szkło tam skąd przyszło.
-Patrzcie chłopaki! Panieneczka Tyler ma bodyguarda!- Zarechotał Jace.
-Tylko nie ten idiota.. Nie znowu...- jęknąłem z irytacją.
-Księżniczko na ziarnku grochu, może zaszczycisz nas swoją obecnością?- Rzucił drwiąco Kyle Stevens.
-Inaczej to my się pofatygujemy!- Dorzucił Tim Potter kpiąco.
-A chodźcie! Znowu spuszczę wam niezły wjeb; ciule!- Usłyszałem swój własny głos, choć nie otwarłem ust.
Mikaelis trzymał w drugiej dłoni przenośny dyktafon.
-Zabiję cię; Mikaelis.. Wylądujesz w piachu, obiecuję ci to- warknąłem z groźbą.
-Do usług- odparł wesoło Mikaelis, zaciągając się dymem, wyłączył dyktafon i wsunął go do kieszeni.- Może spróbujecie z kimś równym sobie, ratlerki!- Rzucił w przestrzeń.
-Najpierw skończę z jednym, potem zatańczę z tobą!- Odparł Jace.
-Tylko nie pomyl kroków, kochanie!- odparł zarówno  uwodzicielsko, jak i prześmiewczo czarnooki, a Jack dostał nagłego napadu rechotu.
-Pożałujesz tego, ty...- warknął wściekły Jace.
-Zobaczymy, czy warto ostrzyć pazurki, kochanie!- odciął się Mikaelis, zeskakując na ziemię. Jace wyszedł z cienia.- Fuj! Zdecydowanie nie jesteś w moim typie- rzucił czarnooki krzywiąc się. Podrzucał i łapał stary, czarny klucz.- No? Który był taki odważny?- rzucił tonem miłej pogawędki, w którym ledwie słyszalna była groźba.
-Dobra. Skoro tak się prosisz, pierwszy dostaniesz łomot;  schweine!
-Teraz to już zasłużyłeś na lanie- Mikaelis zaciągnął się dymem i ruszył w stronę, z której dochodziły głosy nastolatków. Jakby na odgłos jego kroków chmura zasłoniła księżyc i pogrążyła wszystko w ciemności. Mrok dziwnie zgęstniał i stał się jakiś taki.. Nieprzyjemny.
-Co jest grane?- Zapytał Jack z niepokojem.
-Cokolwiek Jace szczeknął, tak oberwie, że nie będzie mógł szczekać przez miesiąc- zauważyłem wolno.
Tylko raz widziałem w towarzystwie Mikaelisa tak nieprzeniknioną ciemność. Było to wtedy, kiedy odeszła Doll- dziewczyna z ich dawnej "ekipy".
-Chcesz zatańczyć to zatańczymy; du verfluchte hunde- oznajmił lodowato Mikaelis, a ja usłyszałem stuk podkutych butów. Był miarowy i dziwnie znajomy, jakbym go znał. Taki... Żołnierski krok. Przed oczami od razu stanął mi Bastién, mój kuzyn; który był żołnierzem zawodowym.
Usłyszałem tylko wymianę ciosów. Bójka była chyba najkrótsza w historii, bo nie twała dłużej niż pięć, może dziesięć minut.
-Psinka rezygnuje?- Spytał lekko głos Mikaelisa.
Chmura przemknęła powoli, a naszym oczom ukazał się ten widok.
Jace oddychał ciężko zakrwawiony i posiniaczony, jego szczęka w zastraszającym tempie puchła. W ogóle chłopak ledwie trzymał się na nogach.
-Jace odpuść..- zaczął Dan York, lecz tamten nie posłuchał kompana i odepchnął go na bok.
-Uparci ludzie- westchnął Lucian z ironią, posłał atakującego na ziemię i obłożył kilkoma mocnymi kopniakami.- Odpuszczasz, burku?- Zakpił, a atakujący go niespodziewanie Kyle dostał kantem dłoni i padł nieruchomo na trawę. Tim przyklęknął przy nim.
-Coś ty mu, kurwa, zrobił?!- Zapytał ostro, nieźle wystraszony.
-Eins, zwei, drei- Lucian pstryknął palcami tuż przed twarzą wystraszonego chłopaka, a Kyle nagle odzyskał zdolność poruszania się i w panice rzucił się do ucieczki.
-Zapłacisz za to..- odgrażał się Jace, chcąc wyrwać się któremuś z odciągających go chłopaków.
-Chłopaki, widzieliście coś?- Rzucił w naszą stronę czarnooki.
-Nie, a ty; Jack?- odparłem niewinnie, spoglądając na przyjaciela.
-Jakby meteor spadł to może bym coś zauważył, a tu było trochę ciemno- zauważył uśmiechając się, jak aniołeczek.
-Jeszcze cię urządzę.. Urządzę cię, zobaczysz- odgrażał się przez ramię prowadzony siłą przez uciekających chłopaków Jace.
-Mikaelis, coś ty mu zrobił?- Zapytałem oszołomiony.
-Zapoznałem go tylko z moją pięścią- czarnooki wzruszył ramionami z ironią.
***
Mikaelis ostrzegł Jack'a o Pakcie Milczenia.
-Chcę po prostu zrozumieć, co tu jest do cholery grane- odparł cicho.- W ogóle ten wielgachny pies wyglądał... Brrry!- Otrząsnął się, jakby zobaczył potwora.
-Po pierwsze: to nie był pies tylko wilk. Nazwij niekontrolującego się likantropa psem, a może cię rozszarpać. Paskudna rzecz..- Lucian patrzył w dal zamyślony.
-Nie chcę być wredny, ale banda Jace'a zachowuje się, jak nieznośne psiska- zauważył.
-Oni to jeszcze pikuś- stwierdził z rozmarzeniem Mikaelis.
-Tak myślisz? Są meeega upierdliwi. Jak wrzód na dupie.
-Bu!- Rzucił tuż za nim miękki kobiecy głos.
-Żesz ty, kurwa mać!- Zaklął wystraszony odskakując, jak oparzony. Zdążyłem wyciągnąć rękę i wciągnąć go zanim zleciał z rampy.
-Niezłe wejście, Jane- rzuciłem.
-Mało zawału nie dostałem- powiedział z wyrzutem Jack.

-Czyli mówisz, że oni istnieją?- Zapytał zaciekawiony.- Wow... Zajebiście..
-Szczerze mówiąc: nie bardzo- odparłem otwierając szarą kopertę.
Zdjęcie i dane poszukiwanego wampira.
-Zaraz.. Stary Krzy... Kurwa jego mać- splunąłem nie mogąc wymówić obcojęzycznego nazwiska- coś odwalił?.
-Jest kontrkandydatem do wyborów na Przewodniczącego Związku- odparł Mikaelis.
-No, chyba cię pogrzało, Mikaelis- wyparowałem zdumiony.- Chwila.. Chcą wykorzystać, że ktoś pozbył się Salvator'a..
-Ty mówisz o Cristianie Salvator?- Zapytał nagle Jack.
-Taa, czemu pytasz?- Zdziwiłem się.
Jack długi czas milczał.
-Wyciągnąłem od matki prawdę kilka dni temu...- powiedział cicho.- Ten facet był... Ten palant był moim ojcem- przyznał z naciskiem.
-Szlag..- Mikaelis spadł z rampy i zachwiał się lądując na nogach.
Czy Anioły mogą kląć?- Przemknęło mi w tej samej chwili przez myśl.
-Jak to? Przecież twój ojciec..- zacząłem.
-Poprawka: przybrany ojciec. Mój prawdziwy był PALANTEM- oznajmił niechętnie.
Przez grzeczność, nie zaprzeczę- pomyślałem, ale nie miałem odwagi powiedzieć tego na głos.
Nagły dźwięk mojej Motoroli wyrwał mnie z odrętwienia.
-Co jest grane?- Zdumiałem się widząc na horyzoncie srebrną Hondę, telefon umilkł jak ucięty nożem. Kierowca wykonał gwałtowny skręt, a wóz obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.
-Coś naprawdę się stało...- zjechałem z rampy, gdy z wozu wyskoczyła Callisto.
-Michael- przytuliła mnie mocno.
-Moje Kochanie. Co się wydarzyło? Opowiadaj z detalami- szepnąłem tuląc ją.
Zanim Callisto zdążyła odpowiedzieć, Angello wysiadł z wozu.
-Zamieszanie; Płomień. Zbieramy wszystkich Zrzeszonych. Związek zarządził Konklawe.
-A co z tym numerem od Salvator'a?- Zdziwiłem się.
-Z tym jest problem- zauważył Angello.- Deere znalazł dwa listy w sejfie Związku, do którego mieliśmy szyfr, czyli numer od Salvator'a. Poszukujemy niejakiego Jack'a L. Donnovan'a.
-Że, kurwa, co?- Zdumiał się stojący tuż obok mnie wspomniany.- Niby z jakiego powodu mnie szukacie? Co jest do...?
-Zluzuj; Jack- uspokoiłem chłopaka.- O co dokładnie chodzi, Angello?- Zapytałem rzeczowo.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz