-Cristian zostawił dwa listy: do niego i Nominacyjny- oznajmił zaciągając się dymem.- Sekretarz Związku przypuszcza, że oba mogą być powiązane.
-To mi się chyba śni...- zaczął oszołomiony Jack gapiąc się po nas z niepokojem.
-Uszczypnij się, to zobaczysz- rzuciła z ironią Callisto.
-Sezon na wywracanie ludziom życia uważam za otwarty- westchnąłem ciężko.
-Wszystko jest możliwe- mruknął Jack dziwnie spokojnie. Nabrał powietrza i wypuścił je ze świstem, żeby się uspokoić.- Większej masakry, niż już mam, chyba nie będzie..- jak zawsze, starał się myśleć pozytywnie.
***
-Czyli chcecie, żebym pojechał z ludźmi, których nie znam i to niewiadomo gdzie i nie wiedząc po ki czort- zauważył Jack niepewnie.
-Nie mamy wyjścia, szczerze mówiąc- potwierdził Angello spokojnie.
Dźwięk przychodzącego SMS-a, sprawił; że podskoczyłem.
Od: ciocia M.
Spakowałam wszystko. Spotkamy się w Związku. Nie martw się, Lily będzie bezpieczna.
Odpisałem jej krótko:
Uważaj na siebie i zaopiekuj się Lily.
-W porządku. Skoro to takie ważne, pojadę z wami- oznajmił po długim namyśle Jack.
-Nie łam się, dasz radę; brachu- zdzieliłem go mocno w plecy.
|•••|
Podróż mijała nam w milczeniu. Jack patrzył przez szybę samochodu na przemykający krajobraz. Angello obserwował chłopaka we wstecznym lusterku.
Objąłem mocniej śpiącą Callisto, przytulając ją do piersi i pocałowałem ją czule. Przez te dni nawet nie wiedziałem, jak bardzo mi jej brak. Tak cholernie za nią tęskniłem.
-Dokąd właściwie jedziemy?- Jack niepewnie przerwał ciszę.
-Do kwatery głównej Związku Stowarzyszenia Łowców w Londynie- odparł spokojnie Angello.
-To żart, prawda? Pan sobie ze mnie jaja robi- zaczął zaskoczony Jack.
-Możesz tak sądzić; masz do tego całkowite prawo- zauważył przewodniczący z powagą- ale zapewniam cię; że chciałbym sobie żartować.
-Rozumiem, przepraszam- odparł cicho Jack, nie odwracając wzroku od widoków za szybą.
Następnego dnia, Kwatera główna Związku Stowarzyszenia Łowców. Londyn.
Wokół ogromnego białego budynku na planie litery U zgromadzeni łowcy rozmawiali w różnych językach, gęsto wplatając w zdania zgrabne przekleństwa.
-Wszyscy gadają- zauważyła Callisto rozglądajądając się uważnie po tłumie kierującym się do podwójnych drzwi nad którymi widniał łuk z literami ułożonymi w słowa: Jedność, Prawda, Tajemnica.
Jack właśnie zjadał wzrokiem posągi przedstawiające trzech Aniołów, z których rozpoznałem tylko zakapturzoną postać Suriela. Weszliśmy do środka, a Angello powiódł nas lekko zakręcającymi w prawo, marmurowymi stopniami w górę.
-Na pewno, wszystko z tobą w porządku?- Zwrócił się do Jack'a.
-Sam nie wiem- westchnął ciężko blondyn.
Dotarliśmy do drzwi na końcu korytarza. Angello spokojnie zapukał.
-Burdel otwarty- rzucił ironicznie Deere. Angello pchnął drzwi.
-Chwała Aniołowi- rzucił na wstępie.
-A Jego dzieciom oręż. Długo ci to nie zajęło- stwierdził przyjacielsko.
-Okoliczności sprzyjały. Jak sytuacja na szachownicy?- Spytał krótko, gdy usiedliśmy.
-Senat nie zamierza się wycofać. Ten Stary Diabeł twierdzi, że chcą wojny. Padają oskarżenia, że Thunder'a załatwił ktoś z naszych..
-Jeśli to ktoś z naszych, to ja jestem księdzem- zakpił Angello.
-Do tego żonatym i dzieciatym- wpadł mu w słowo Deere i zarechotali zgodnie.- To jest ten chłopak?- Spytał przyglądając się Jack'owi.
-Tak, to on.
Deere przesunął ku blondynowi białą kopertę, na której pochyłą kaligrafią napisano: Jack'owi L. Donnovan'owi: do rąk własnych.
-Macie całkowitą pewność, że chodzi o mnie?- Zapytał z wahaniem blondyn.
-Jesteś synem Carly Donnovan, urodzonym- tu, patrząc w dokumenty, podał jego datę urodzenia.
-Zgadza się, skąd o tym wiecie?- Zapytał zaskoczony Jack.
-Cristian założył ci akta w Stowarzyszeniu. Leżały w sejfie.
Jack wziął list i ostrożnie otworzył kopertę, z której na blat biurka wypadł srebrny sygnet z emblematem kielicha z krzyżem. Blondyn zaczął czytać list.
***
-Ten facet chyba całkiem zwariował- zauważył odkładając kartkę.
-Legat tłumaczy List Nominacyjny. Kiedy tylko skończy odbędzie się Konklawe- oznajmił po chwili Deere.
-Jaki to ma związek ze mną?- Zapytał Jack powoli.
-Jest dziewięćdziesiąt procent prawdopodobieństwa, że- spojrzał pytająco na Angello, który skinął głową- że Nominacja dotyczy ciebie.
-I twierdzi pan, że człowiek; który całe życie miał mnie zwyczajnie w dupie, zrobiłby coś tak mega idiotycznego wyznaczając kogoś, kto nie dość, że kompletnie nie wie; o co chodzi; to- na domiar złego- na niczym się nie zna? Niech pan sobie nie żartuje.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Blondyn wyglądał na zupełnie skołowanego całą tą sytuacją i tajemnicami, które poznał; a z którymi nie wiedział, co zrobić. Starał się być spokojny, ale trzęsące się lekko dłonie zdradzały jego zdenerwowanie.
-Chciałbym żartować, ale znałem twojego ojca.
-Nie był moim ojcem, tylko zwykłym palantem- odparł beznamiętnie Jack z oczami utkwionymi w blat biurka.
Deere westchnął ciężko.
-To prawda, Cristian często bywał palantem; ale jedno wiem na pewno. Chciał, żebyś miał zwyczajne dzieciństwo i bezpieczeństwo- powiedział z naciskiem. Nagle spojrzał na drzwi.- Co tam, Tyrone?- Zapytał wyczekująco.
-Dokument przetłumaczony, możemy zaczynać Konklawe- oznajmił młodszy brat Angello.
-Kogo Cristian wyznaczył?- Deere wpatrywał się w Tyrone'a, jak sroka w gnat.
-Swojego syna. Tak, jak przypuszczaliśmy- oznajmił krótko.
-Kurwa mać...- wymamrotał stłumionym ze zdenerwowania, przerażenia i niepewności szeptem blondyn.
-Cristian na pewno dobrze to przemyślał?- Zapytał ostrożnie starszy z braci rodu Cheruba.
-Na pewno wiedział, co robi. Wiesz, że ten dokument jest niepodważalny- zauważył Tyrone spokojnie.
-Nie mogę odmówić nawet, gdybym chciał; prawda?- Zapytał drżącym z nerwów tonem Jack.
Mężczyźni wymienili zaniepokojone spojrzenia.
-To jedyny dokument, od którego nie można się odwołać- odparł zgodnie z prawdą Tyrone Angello.
Jack milczał wpatrzony w poszarpane tenisówki w kolorze kawy z mlekiem i długo rozmyślał.
-Jak wy sobie to wyobrażacie? Beznadziejny szczeniak, bez najmniejszej wiedzy i doświadczenia mający kierować ogromnym Stowarzyszeniem Łowców Wampirów? Nie uważacie, że to nie ma najmniejszego sensu?- Zapytał przyglądając się uważnie trzem mężczyznom, dzięki którym jego dotychczas spokojne życie w przeciągu zaledwie trzech godzin tak strasznie się skomplikowało.
-Przeciwnie- zaprzeczył ku zaskoczeniu chłopaka James Deere.- Wszystkiego można się nauczyć, trzeba mieć tylko odpowiednie nastawienie- wzruszył ramionami.
-Nastawienie. Ta, jasne- mruknął ponuro Jack.- Czuję się, jakbym był w Czarnej Dupie, po prostu. Nic nie wiem, niczego nie ogarniam i...
-Ty się zwyczajnie boisz- zauważyłam.
-A niby, jak mam się nie bać? Mam podskakiwać i wrzeszczeć z radości, że zostałem wkopany w coś, co nie wiem; czy potrafię ogarnąć??- Zapytał wściekły, a Michael Angello, nie potrafiąc się powstrzymać, zaczął się cicho śmiać i rzucił coś szeptem do Deere'a.
-Co w tym takiego śmiesznego?- Zapytał z lekkim rozdrażnieniem blondyn.
-To się nazywa nastawienie, Jeleń- przepchnął przyjaźnie Deere'a.- "Jestem biedną samotną ofiarą, którą ktoś władował w niezły bajzel" Aniele ty to widzisz i nie grzmisz- westchnął z ironią.- Dorosły, mądry i pewny siebie chłopak; a zachowuje się, jakby chciał wiać, bo mu się podeszwy jarają.
-Jakoś nikomu do głowy nie przyszło, że może chciałbym to sobie przemyśleć. Za to wszyscy stawiają mnie przed faktem dokonanym. Klamka zapadła. Wyrok podpisany, dziękuję bardzo- stwierdził z sarkazmem.
-Zatem, jedyne co możemy zrobić, to odroczyć Konklawe na jutro- stwierdził Deere.
-Czas ogarnąć ten syf- zgodził się Tyrone Angello, wychodząc.
-My też się zwijamy, chyba, że jest jeszcze jakaś sprawa- oznajmiłam.
-Narazie nic więcej nie mamy, poza tym, co już poszło, Kruk- odparł Deere.
-No, to na razie- rzuciliśmy wychodząc.
×××
Blondyn szedł obok Michaela ze wzrokiem utkwionym w podłodze. Milczał.
-Nie pękaj, brachu. Świat się jeszcze nie wali- starał się pocieszyć kumpla.
-Komu się nie wali, temu się nie wali- zauważył ponuro Jack.
-Głowa do góry; Jack. Jesteśmy z tobą.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Miałeś rację, mówiąc, że może mnie to przerosnąć- zauważył cicho.- Teraz dopiero mnie to przerasta... Co za palant. Palant do sześcianu, ja pierdolę- zaklął, gdy nagle utkwił wzrok w drzwi jednej z sypialń budynku, z której właśnie wychodziła kuzynka Callisto, Clarissa Raven.
-Te, co jest?- Zero reakcji. Pomachałem mu dłonią przed oczami.- Tu ziemia. Ziemia do Jack'a Donnovana- rzuciłem zaskoczony.
-Łoo, bracie... Takiej PETARDY to jeszcze w życiu nie widziałem!- Wyszeptał ze wzrokiem utkwionym w plecy długowłosej szatynki.
-Typowy facet. Tylko się za laskami oglądać, nic więcej- rzuciła odrobinę złośliwie Callisto.
-Czy piękno zawsze idzie w parze z wredotą?- Spytał uprzejmie.
-Wcale nie jestem wredna.. Liluś..- Callisto w podskokach znalazła się tuż przy ciotce.
Wzięła dziecko na ręce i wycałowała z miłością.
-Sorry, przejechałem się po twojej..- zauważył.
-Nawet jej nie drasnąłeś- odparłem klepiąc go po ramieniu.
-Na serio myślisz, że się do tego nadaję?- Zapytał niepewnie.
-Wszystko zależy od tego, co ty o tym myślisz. Początki zawsze są masakrą, ale wiedz jedno; wierzę w ciebie brachu..- rzuciłem, by dodać mu otuchy.
Pożegnaliśmy się, a Jack zaszył się w pokoju obok.
Nazajutrz, rano.
-Wiesz, co? Zamknij twarz, bo następną rzeczą jaka z niej wyleci będą twoje zęby; ciulu- prychnął Jack.
-Jakiś ty wyszczekany, golden retrieverze- stwierdził drwiący głos Weissa.
Zwlokłem się z łóżka i wylazłem z pokoju zaspany.
-Zamknij mordę, Weiss- rzuciłem znudzonym tonem ziewając.
-Bo, co? No, co mi takiego zrobisz, Płomień?- Zakpił chudy ciemnowłosy.
-Nie mam chęci się z tobą użerać. Zawrzyj łaskawie ten małpi pysk, dziecko śpi- odwarknąłem.
-Spierdalaj i się nie wtrącaj, bo twój półwampirzy bachor mało mnie obchodzi.
Doszedłem do niego i wyprowadziłem zamach pięścią. Dostał strzała.
-Uważaj, co kłapiesz tą mordą, ty mały, skurwiały śmieciu- podniosłem go za szmaty i trzasnąłem nim o ścianę.- Lepiej to odszczekaj, Blaszaku!.
-Chciałbyś- odwarknął próbując mi oddać. Odbiłem jego rękę i znowu dostał w pysk. Wyrwał się i pchnął mnie w tył, startując do mnie z pięścią.
-Uważaj, bo trafisz- zakpiłem robiąc unik wepchnąłem go w otwierające się drzwi, zza których pięść ozdobiona sygnetem z herbem rodu Podkowa przywaliła Weissowi w nos.
-Pomóc ci w ustawieniu tego jebanego szczawia?- Spytał z łobuzerskim uśmiechem.
-Jeśli masz chęć- odparłem przewracając oczami.
-Pierwszą wizytę w Związku trzeba uczcić. Władia wyłaź; mamy kandydata do Niagary- rzucił waląc z buta w drzwi pokoju.
-Wchodzę w to!- Rzucił chłopak wychodząc, gwizdał coś ruskiego.- O, przymusowy ochotnik. Mała podskakująca Blachara, Weiss- zwinął czternastolatka.
-Te, co to jest Niagara?- Zapytał zaciekawiony Jack.
-Chodź to zobaczysz- zachęciłem.
W klopie chłopaki zaciągnęli Weiss'a do jednej z kabin i wsadzili mu głowę do klopa.
-Chrzest bojowy, ciulu- rzucił z uciechą Horse spuszczając wodę w klozecie.
-Tylko spróbuj nakablować, a zrobimy to ponownie, mały śmieciu- dodał Vładimir.
-Niezła balanga- skomentował Jack przyglądając się procederowi.
-Dobra, starczy Podkowa- rzucił Romanow.- Idziemy na śniadanie.
-Ale wyyypas- wydyszał z podziwem Jack rozglądając się po ogromnej jadalni.
-Full wypas- potwierdził Horse, siadając przy najbliższym stole.
-Smacznego, końskie łby- rzucił z humorem Porter.
-I vice versa, kołku- zarechotał w odpowiedzi Horse, nakładając sobie górę jedzenia, na której widok Jack'owi opadła kopara.
-Nie mów, że on TO wtryni- zaczął szeptem.
-To. I dokładkę. I jeszcze deserem popchnie- uświadomił go Romanow z ironią.
Callisto pojawiła się na horyzoncie ubrana w obcisłe jeansowe szorty i koszulkę z napisem: królowe rodzą się w lutym. Włosy miała związane w kucyk a na szyi wisiał toporny, srebrny krzyż rodu Holy. Wyglądała tak nieziemsko sexy...!
-Cześć brygada. Pyszczulku- dostałem całusa- i smacznego.
Jedząc gadaliśmy, ale zauważyłem, że Jack niezbyt się odzywał.
-Co jest, brachu?- Rzuciłem szturchając go.
-Chyba do was nie pasuję- zauważył niepewnie.
-Co ty pieprzysz?- Zdziwił się Jacob, pochłaniając kolejnego kotleta.- Przecież jesteś spoko.
-Znamy się dopiero od pięciu minut, więc, co możesz o mnie wiedzieć?- Zapytał zaskoczony Jack.
-Jesteś opanowanym hetero, lubisz kolor brązowy, masz wręcz, zajebisty kolczyk i chyba zestrzeliła cię jedna z naszych extra lasek..
-Która?- Zapytała tuż za nami zaintrygowana Clarissa, a Jack zrobił się czerwony, jak burak i bez słowa wrócił do jedzenia.
-Cześć Długi Jęzor- rzucił Jacob przymilnie.
-Siema, Wasza Kretyńska Mość- odcięła się z przesadnym ukłonem szatynka, siadając przy stole, podobnie, jak Jacob nałożyła sobie ogrom jedzenia.- Smacznego- rzuciła jedząc, a ja zauważyłem, że Jack obserwuje ją ukradkiem.
Nagle podskoczył, gdy w jego kieszeni zadzwonił telefon.
-Witaj masakro- mruknął spoglądając na pokryty pajęczynką pęknięć wyświetlacz Nokii.
Wyszedł z jadalni, odbierając telefon.
-Cześć, Cin. Zaraz, przestań wrzeszczeć..- zaczął zaniepokojony wychodząc na korytarz, lecz nagle stanął jak wryty w progu.- Uspokój się i powiedz kto jest u nas w domu.- Zamarł w bezruchu.- Słuchaj uważnie, co teraz powiem; Cin- wziął głębszy wdech żeby się uspokoić.- W moim pokoju na trzecim regale od okna leżą klucze i dokumenty od motoru. Pamiętasz, jak uczyłem cię jeździć? Dobrze, nie płacz- pocieszył ją.- Znalazłaś? Świetnie.- Przez jego twarz przemknął uśmiech.- Lewą nogą sprzęgło, a prawą przesuń dźwignię biegu, przekręcając manetkę.. Tak, to to, co kręci się na kierownicy. Ruszyłaś? Wrzuć dwójkę. Nie bój się, uczyłem cię jak się tym jeździ i całkiem nieźle ci to szło- pocieszył dziewczynę.- Dobra. Teraz słuchaj: jedź do Luke'a. Tak, do Luke'a dobrze słyszysz.
-Co się dzieje?- Zapytałem za nim.
-Zadzwoń gdy dojedziesz, zastanowię się, co dalej. Weź się w garść, Cin- odparł kończąc rozmowę.
-Wampiry, które podobno nie istnieją, wjechały mi na chatę- odparł.- Cin się na nich natknęła.
-Coś tu nie gra- powiedziała podejrzliwie Callisto, która znalazła się tuż obok nas.
-Wszystko nie gra, kurwa- zaklął z irytacją.- Cin mówiła, że ją doganiają..!
-Ochłoń, człowieku..- odparła Callisto, rozglądając się. Łowcy wybiegali z jadalni, a w oczy kłuło migające na błękitno światło kinkietów.
-Co to ma być?- Zdumiał się Jack, rozglądając się po sali, gdzie zostały tylko dzieciaki.
-Błękitny alert: pijawy zaatakowały ludzi- odparła Callisto.
Wtedy zobaczyliśmy, że ktoś przedziera się przez tłum.
Deere rozmawiał z Angello kierując się biegiem do wyjścia.
-Grupa "B" ze mną!- usłyszeliśmy głos Mistrza.
-Wołają nas, zostań tu...- Rzuciłem chcąc biec. Złapał mnie za ramię.
-Co z Cindy?- Zaczął.
-Będzie bezpieczna- odparłem ruszając do zbrojowni.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Kim jest Cindy?- Zapytałam.
-Naszą wspólną kumpelą i dziewczyną Jack'a. Chociaż ich związek jest mega skomplikowany- odparłem biorąc sobie drugi miecz i kilka sztyletów.
-Spóźniacie się, Tylerowie- zauważył jednooki.
-Ale jesteśmy; Mistrzu- odparłam krótko.
***
W centrum miasta, potrącani przez uciekających ludzi, wpadliśmy w sam środek bitwy.
-Callisto z prawej!- Rzucił zielonooki, kopniakiem odrzucając od siebie wampira, drugiego rozciął na pół i odwracając się położył następne dwie wampirzyce.
-Za tobą!- Odparłam waląc rękojeścią stoczonego wampira.
Bitwa trwała w najlepsze. Nawet policjanci zwiewali w popłochu. Wydostałam się ze środka walki i dostrzegłam jednego z mundurowych, strzelającego do wampira poziomu C.
-Daj spokój.. Zabić mnie? Tym?- W mgnieniu oka złapał funkcjonariusza za gardło. Przycisnął go do słupa i chciał się dobrać do faceta.
W drodze do nich położyłam kilka pijawek.
-Siema i cię nie ma- prychnęłam przebijając poziom C klingą. Odwrócił się puszczając policjanta, a ja dostając mocnego kopa przefroterowałam chodnik.
-Demoniczna Kruk- Zasyczał wrogo próbując mnie dopaść. Po serii uników, przeskoczyłam przeciwnika i pchnęłam go w słup, na który wpadł rozwalając sobie pysk.
-Widzę, że znasz Legendę Podziemia- zakpiłam wstając z chodnika, a policjant gapił się na trzymane przeze mnie ostrza.
Wampir zaatakował. Sparowałam cios Krwawego Oręża i przywaliłam mu pięścią, jednocześnie odsyłając kopniakiem atakujący mnie z lewej wrak.
Miecze znów się zwarły. Odepchnięta oparłam się na słupie i zdążyłam uciec, nim dosięgła mnie wampirza broń. Wyszarpnął ją szybko i znów ruszył na mnie z impetem.
-Postaraj się bardziej; Rządowy Brudasie- odbiłam cios i odcięłam kolczaste pędy splatające broń z dłonią właściciela. Miecz furknął w powietrzu, a ja wbiłam oba swoje w przeciwnika rozcinając go na pół.
-Hasta la vista, bejbe. Schyliłam się widząc coś interesującego w ciuchach, z których wysypywał się piasek, a atakujący mnie wampir wpadł pod przejeżdżający motor...
Siedząca na nim dziewczyna z krzykiem przerażenia wzbiła się w powietrze i pofrunęła w górę wprost w ręce..
Wysokiego czarnowłosego mężczyzny, który mocnym kopniakiem zdzielił wampira w pysk.
W ostatniej sekundzie przeskoczyłam jadący na boku po chodniku jednoślad i robiąc salto wylądowałam na innym wampirze przebijając mu serce.
-Za Anioła!- Zarechotał Porter, odbezpieczając jakiś jajowaty przedmiot, który posłał w wampira, rzucając z przekorą:
-Łap!
Pijawa zaczęła zwiewać, ale inny z tych kretynów złapał.
-Padnij!- Rzucił alarmująco Morgenstern, a wszyscy, jak na komendę rozpłaszczyli się na ziemi. Wybuch wstrząsnął nami, a powietrze stało się szare od rozwiewających się wampirzych prochów.
-Jazzy, skąd to wytrzasnąłeś?- Zawołał z irytacją Dorian Falcon.
-Leżało tu porzucone, to se wziąłem- Porter wzruszył ramionami stojąc na nogach.
-Ja pierdolę, jesteś kompletnie popierdolony..- Wydyszał Michael dźwigając się na nogi.
-Nie zaprzeczycie, że to załatwiło sprawę- zauważył z ironią, rzucając sztyletem w uciekającego niedobitka. Broń przeleciała przez pijawę i została przechwycona przez czarnowłosego.
-To chyba twoje- rzucił przechodząc obok Portera, podał mu broń.
Odstawił dziewczynę i podniósł motor.
-Nie jest tak źle. Do wyklepania- ocenił, stawiając go na nóżce.
-Michael!- Dziewczyna wpadła w ramiona mojego męża niemal zwalając go z nóg.
-Już dobrze, Cin- odparł obejmując ją przyjacielsko.
-Wszystko gra; Michael?- Zapytałam. Widząc krew odsunęłam się.
Ten zapach... Gardło zaczęło okropnie palić.
-To nic...- odparł. Widząc mój stan otworzył usta, by coś powiedzieć.
-Nie- ucięłam szybko. Wyciągając opatrunek i kawałek bandaża szybko zajęłam się zranieniem. Dziewczyna odsunęła się, przyglądając mi się dziwnie uważnie.
-Na pewno..?- Zaczął z troską.
-Na pewno- powtórzyłam z naciskiem. Złapał mnie zanim upadłam.
-Potrzebujesz jej- szepnął prosząco, biorąc mnie na ręce.
×××
Budynek Związku, kwadrans później.
-Piętnastu lekko rannych, ośmiu oberwało porządnie.
-Są trupy w szeregach?- Zapytał Deere.
-Nie ma, wiceprzewodniczący- oznajmiła niższa od niego kobieta.
-Dziękuję, a to kto; u...?- Zdumiał się.
-W skrócie? Dziewczyna która potrąciła wampira, a jego chyba nie muszę ci przedstawiać- zauważyła.
-Jack!- Cin wpadła z impetem na blondyna.- Tak się bałam...- wymamrotała przytulając się mocno.
-Chcę wiedzieć, co się stało u mnie w domu- powiedział odsuwając ją lekko.
Wybuchnęła szlochem.
-Nie rycz, tylko mów!- Jack potrząsnął nią mocno.
-Twoi rodzice...- zaczęła dławiąc się łzami.
Jack odsunął się gwałtownie i opadł na ławkę ukrywając twarz w dłoniach.
***
Blondyn bardzo powoli podniósł głowę i spojrzał na czarnowłosego.
-Luke... Wiesz, czego oni mogli chcieć ode mnie?- Zapytał rzeczowo.
-Cindy powiedziała mi, że cię szukali. Tylko tyle wiem- oznajmił czarnowłosy Luke.
-Jak byli ubrani?- Zapytałam wtrącając się w rozmowę.
-Na czarno. Mieli takie dziwne broszki...- zaczęła płaczliwie Cindy.
-Takie?- Zapytałam wyciągając z kieszeni przypinki z dwoma znakami. Pokazałam jej je.
-To były... Te- wskazała tą z literami za którymi krył się wzór kielicha.
-Klasztor Rady- zauważył Michael.
-Kto?- Zdumiała się.
-Oni nadal działają?- Zdziwił się Luke.
-Ty o nich wiesz?- Zapytałam.
-Jestem emerytowanym nauczycielem łowców- odparł spokojnie.
Wszedł Mistrz i stanął, jak wryty gapiąc się na czarnowłosego.
-A ty skąd żeś się urwał, Castor?- Zapytał zaskoczony.
-Chwała Aniołowi, Eyepatch- rzucił czarnowłosy.
-Mistrzu, wy się znacie?
-A Jego dzieciom oręż, Castor- odwzajemnił powitanie Mistrz.- Tak, Młoda; znamy się: Castor był moim uczniem- uśmiechnął się do czarnowłosego rzucając w niego mieczem.
-Chcesz się zmierzyć; Mistrzu?- Zapytał z szacunkiem czarnowłosy chwytając półtorak.
-A nawet jeśli?- Spytał wyzywająco jednooki.
-Dla mnie bomba- stwierdził Luke Castor uprzejmie. Zdążył sparować cios szpady Morgensterna i zrobić unik przed następnym. Jack i Cindy obserwowali to z niepokojem.
-Pax?- Spytał lekko Mistrz. Jego szpada opierała się na tętnicy czarnowłosego.
-Parabellum, Jutrzenka- zarechotał mężczyzna znikając nam z oczu. Rozbujał się na ozdobnym żyrandolu i wylądował w pustej przestrzeni między stołami.
-Kusisz..- Mistrz zniknął.
-Wystawiasz sekundanta, czy się poddajesz?- Zapytał z przekorą czarnowłosy.
-Callisto Anabelle?- Rzucił lekko Mistrz.
-Z przyjemnością; Mistrzu- rzuciłam wesoło. Łapiąc szpadę zakręciłam młynka.- Poddaj się, póki możesz. Jestem Burkiem.
-Zaszczekaj, zanim wrócę*- zarechotał atakując.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Hau, hau!- Zakpiła odbijając cios półtoraka. Broń zazgrzytała sypiąc iskry. Callisto dostała kopa i odlatując wylądowała pewnie na nogach.
-No, dawaj; Kotku- rzuciła; jak zawsze; pewna siebie.
Natarł na nią z impetem, odruchowo wyszarpnąłem zza rękawa bluzy broń i, odpychając Cally, skrzyżowałem z nim.
-Gdzie z łapami do mojej kobiety?- Zasyczałem.
-A ty to niby kto?- Spytał z drwiną.
-Łowca herbu Płomień- odparłem dumnie sparowując atak.
-Ha. Synalek Armanda, jak mniemam- rzucił atakując.
-Spoko, że znasz jednego z Diabłów Stowarzyszenia. Miło mi, Diablątko jestem- zarechotałem krzyżując z nim miecz. Jack chciał zareagować, ale Cally mu nie pozwoliła.
†††
Pojedynek trwał, a ja- szczerze mówiąc- nie chciałem przegrać. Choć byłem już zmęczony, uparcie odbijałem i atakowałem przeciwnika.
Wtedy stało się coś, czego chyba nikt nie mógł przewidzieć...
Jack wyrwał Morgensternowi drugą szpadę i odbijając się od stołu wykonał salto. Lądując z prawej od nas wcisnął klingę między nasze miecze i jednym, płynnym ruchem ręki odepchnął nas od siebie.
-Pojedynek przerwany przez Fraternité- oznajmił od progu łowca Rodu Cheruba; Michael Angello.
-Że co?- Zdziwiłem się, nadal stojąc z bronią w gotowości.
-Fraternité: przerwanie pojedynku przez przyjaciela obu stron- oznajmiła Callisto cicho.- Występuje w bardzo rzadkich przypadkach, gdy łowca nie chce wybierać między przyjaciółmi, lub uzna pojedynek za bezsensowny.
Jack opuścił szpadę, którą odgradzał mnie od Castora.
-Że niby, kurwa, was?- Zdumiał się.
-Kapusta i kwas.- Rzucił z ironią Mistrz.- Przerwałeś pojedynek. Jaki jest powód?
Jack gapił się nań zdumiony.
-P-Powód?- Wyjąkał. Po chwili wziął się w garść.- Po prostu.. Obaj to nieobliczalni debile- powiedział obrażony podrzucając szpadę, która zawisła na żyrandolu.
-Libra- oznajmił Angello patrząc na kołyszący się żyrandol.
Jack uniósł brwi nic nie rozumiejąc.
-Waga- wyjaśnił Castor.- Wtrącający się w walkę uznaje, że obaj walczący mają trochę racji.
-To przypadek, że ten głupi kawałek blachy zawisł na lampie- bronił się Jack.
-W naszej społeczności nic nie dzieje się przez przypadek- Deere spojrzał na kołyszący się żyrandol.- Libra.- nagle żyrandol się zatrzymał.- Signo victoriam Tenebris. Pojedynek przerwany przez Braterstwo. Wydano znak do Konklawe- rzucił do Angello, który dmuchnął w złoty gwizdek.
WTF?? Miny Jack'a i Cindy wyrażały mega zaskoczenie.
-Hasło!- Rzucił Morgenstern.
-Jedność. Prawda. Tajemnica! Chwała Aniołowi!- Odparł chór głosów, zajmując miejsca.
-Otwieram Konklawe- oznajmił spokojnie Deere- Przewodniczący rejonów powstań. Do meldunku- Rzucił krótko.
Szły odpowiedzi poszczególnych kwater głównych.
-Michael Angello, herbu Cherub; Kwatera Główna miasta Fallen- rzucił spokojnie nasz przewodniczący.
-Viceprzewodniczący. Do meldunku.
Dotarło do Cally.
-Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk; Kwatera Główna miasta Fallen- powiedziała z opanowaniem.- Signo victoriam Tenebris. Chwała Aniołow
i.
*gra słów: Bumerang zawsze wraca do właściciela, jest to także dziewiąty stopień szkolenia łowców
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz