wtorek, 9 lipca 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

-Max??-Rzuciłem głośno z niepokojem.
-W porządku!- Wydyszał. Słowom zawtórowała seria mocnych kopniaków.
-Nic mi nie możesz zrobić- nieznanemu mi głosowi towarzyszył huk rozpadającego się regału.
Przeskoczyłem dziewczynę i nim zdążyła się odwrócić wbiłem jej miecz w plecy. Z truchła buchnął niebieski ogień, a ścierwo obróciło się w popiół.
Wszedłem do pokoju, z którego dobiegały odgłosy.
Wampir i Max stali mierząc się wzrokiem. Przystojny, czerwonooki uśmiechał się dziwnie. Max był podrapany,  miał podbite oko, a z rozciętej wargi płynęła strużka krwii.
-Czym ty jesteś?- Zapytał z obrzydzeniem malachitowooki, nie spuszczając oczu z przeciwnika. Dostrzegłem, że regał za nim był w drzazgach.
-Biedne Dzieci Anioła- rzekł tamten z udawanym smutkiem- wszyscy zginiecie. Zmieciemy was z powierzchni ziemi; Pogromcy- powiedział pewnym siebie i jakby groźnym tonem. Wtedy spojrzał wprost na mnie, a jego wargi wygiął mściwy uśmiech. Załopotał peleryną; a po chwili z domu czmychnął czarny pies.
-Co to, kurwa, miało być??- Wypalił w głębokim zdumieniu Forest.
-Sam chciałbym wiedzieć- westchnąłem.

Południe. Kwatera Główna Związku Stowarzyszenia Łowców, Londyn.
-Pieprzony deszcz...
-A co ja mam powiedzieć? Zresztą w cholerę z deszczem! Mamy ważniejsze sprawy- odparłem zsiadając z motoru.
Pobiegliśmy na schody, uciekając przed ulewą.
-Przewodniczący- Deere ucichł, widząc, że coś nie gra.
-Gdzie pan Morgenstern?
-U siebie- odpowiedział mój zastępca, zaskoczony.
-Poproś go na słówko; jeśli ma wolną chwilę- owinąłem broń przemoczoną koszulą.
-Załatwione- rzucił Deere odchodząc.
-On chyba naprawdę mnie nie trawi- zagadnął Max, gdy szliśmy do gabinetu.
-James? Jest ostrożny, ale to spoko facet- odgarnąłem mokre włosy z czoła.
-Wyglądasz, jakbyś dostał z armatki wodnej- przyglądał mi się uważnie.
-Chcesz wiedzieć, skąd wiedziałem- nasze oczy nagle się zetknęły.
-No, trochę mnie to ciekawi- przyznał.
-Gdybym ci powiedział, chyba byś nie uwierzył- stwierdziłem powoli.
-Z góry zakładasz, że ci nie uwierzę? Po tylu nienormalnych rzeczach, których byłem świadkiem?- Zapytał patrząc na mnie z niedowierzaniem.
-Nie o to chodzi.. To po prostu pogmatwane..
-Co niby jest "pogmatwane"? To, że mi nie ufasz; czy to, że uratowałeś mi dupę? A może jedno i drugie?- Wkurzył się.
-Wziąłeś oba wisiorki, które miałeś w tej książeczce, nie?- Zapytałem zamyślony.
-Właściwie, co ma piernik do wiatraka?- Złość na twarzy Forest'a ustąpiła miejsca zaskoczeniu.
-Po prostu odpowiedz- wzruszyłem ramionami.
-Pewnie, że wziąłem oba. Nawet nie wyciągałem ich z tej cholernej książki- obruszył się.
Pchnąłem drzwi sypialni, mówiąc:
-Coś ci pokażę- podszedłem do parapetu.
Leżał tam pleciony, srebrno-złoty wisiorek z ciernistą Księżycową Różą.
Forest przez kilka minut poruszał ustami, jak ryba wyłowiona z wody.
-Skąd on się tutaj wziął..??- Zaczął bezgranicznie zdumiony.
-To Piechur. Zawsze wraca do osoby, którą sobie upatrzy; że tak powiem- odezwał się od progu Mistrz.- Wzywałeś mnie, Przewodniczący.
-Ta, chciałem spytać o kilka rzeczy- Przeszliśmy do gabinetu.

-Zatem: o co chodzi?- Zapytał Mistrz spokojnie.
Zastanowiłem się przez moment, po czym zacząłem opowiadać wszystko od początku.
-No i... Ten wisiorek zaczął świecić, jak porąbany.. Zresztą mnie też, w pewnym sensie, odbiło; bo bez namysłu pojechałem do jego domu- ruchem głowy wskazałem Max'a- ale to jeszcze nic. Dopiero na miejscu zaczęła się niezła jazda.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zaciekawił się łowca rodu Jutrzenka.
-W skrócie: nie wiedział, że mieszkam w "nawiedzonym domu" i widział ducha. Poza tym miałem wampiry na karku, a poza tym... Istnieje coś takiego, jak wampiro-pies?
-Wampiro-pies? Do czego właściwie zmierzasz; Forest?- Zdziwił się jednooki.
-Może lepiej trzymajmy się faktów- zasugerowałem i dopowiedziałem resztę tej zwariowanej historii.

Hans Tyler Morgenstern, herbu Jutrzenka rozsiadł się wygodniej w fotelu i zamyślił się na jakiś czas.
-To się zdarza. Wampir o wiele większej mocy, niż inni, często przybiera postać zwierzęcia- oznajmił tonem nauczyciela- ale jedyni, którzy mają jej na tyle, by to zrobić na xawołanie to Czystokrwiści, z linii Starszych. Nawet Arystokraci tego nie potrafią.
-Czyli Senat ma kolejnego Starszego. To kolejna komplikacja- wywnioskowałem.
-Komplikacja, albo i nie- usłyszałem usypiający głos.
-Dzień dobry, Féu, mamy coś ciekawego?- Wskazałem mu miejsce.
-Dzień dobry. Tower chce dopaść was obu, Przewodniczący- siadając spojrzał na mnie, a potem na Forest'a.
-W sumie, my ją też; więc nie wiadomo, kto kogo goni- zauważył Max.
-Nie byłbym taki pewien, na twoim miejscu- zastopował go Féu.
-Co masz na myśli?- Zapytał z naciskiem Morgenstern.
-Są dwie możliwości: albo w Zrzeszeniu jest Kret; albo Senat ma Pogromcę, który był na ostatniej Radzie. Chyba wiesz, czym są Senackie przesłuchania; Jutrzenka- zauważył Wampir niechętnie.
-Nazywaj rzeczy po imieniu: zamiast przesłuchania, użyj bestialskie tortury, mające na celu wydobycie przydatnych informacji- odparował jednooki nieco poirytowany.
-Jak wolisz- Starszy wzruszył ramionami z obojętną miną.
Ktoś zapukał i wszedł do środka. Kyle Stevens.
-Co tam?- Rzuciłem w jego stronę.
-Przepraszam, że podsłuchiwałem waszą rozmowę, ale nie mam wpływu na wilczy słuch; cześć i dzień dobry- odparł na wstępie.- Jak wyglądał ten krwiopijca?
Forest ze wszystkimi szczegółami opisał owego wampira, a Kyle zbladł; jak trup i zachwiał się, jak gdyby zrobiło mu się słabo. Oparł się ciężko o ścianę, przykładając dłoń do opatrunku.
-Ten sukinsyn..- Zasyczał z głęboką nienawiścią.- To on wybił większość Wilków w Pretorii, a mnie ranił srebrem..- Jęknął z bólu, z trudem utrzymując się na nogach.
-Masz tę broń? Może na jej podstawie dowiemy się, kim jest ten wampir- Stwierdził Féu.
-Zatrzymałem ją sobie- Podpalany rzucił przedmiot w stronę Féu.
Wampir zręcznie pochwycił sztylet i spojrzał uważnie na ostrze. Twarz napięła -się, a przez jego oczy przemknął szkarłatny płomień. Wymruczał kilka słów w nieznanym mi języku, trzymając broń płasko na dłoni.
Ta wykonała obrót i unosząc się w powietrze wystrzeliła wprost we mnie. W ułamku sekundy zrobiłem unik; a ostrze wbiło się w ramę okna, kołysząc się złowrogo.
-Wybacz, Przewodniczący- rzucił przepraszająco Féu, skłaniając głowę.- Myślałem, że "Kompas" coś da.
-Kompas?
-U nas nazywa się to "rytuałem tropiącym"- wyjaśnił Mistrz.
-Jakoś sobie nie przypominam, żeby broń po użyciu rytuału próbowała mnie zabić- stwierdziłem wolno.
-Krwawy Oręż rządzi się swoimi prawami. Z reguły jest przywiązany do konkretnego wampira- odezwał się Féu.
-To czemu...?- Zacząłem oburzony.
-Jako Starszy mogę używać zaklęć na każdej podpisanej broni, ponieważ ten rodzaj oręża przechodzi również przez moje ręce i tylko męska część Starszyzny ją kuje. Pamiętam każdy miecz, czy sztylet; który w ciągu wieków stworzyłem- oznajmił spokojnie.- Jednak przy tym egzemplarzu na pewno ktoś majstrował- Wyciągając broń z okiennicy zaczął rozbierać ją na części.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz