Z faktów historycznych oraz większości rodowych kronik wynika, iż bicie dzwonów było najczęściej zwiastunem zbliżającego się niebezpieczeństwa lub wojny.
Poniżej prezentujemy przykłady przesądów, które przetrwały do czasów współczesnych:
*Rada zakończona pierwszym dzwonem obwieszczającym północ, będzie ostatnim zgromadzeniem przed wojną z wampirami*
*Obecność Pogromcy w pobliżu bijących nocą kościelnych dzwonów przynosi owemu szczęście*
*Mawiają, że całująca się przy dzwonnicy para, będzie szczęśliwym małżeństwem*
W tym momencie oparłem głowę na ramionach i przez kilka chwil uśmiechałem się do siebie, jak idiota.
-D. zrób coś z nim, znowu kima przy biurku- rzucił zmartwiony (?) Forest.
Podniosłem głowę, gdy obajOz Daménem zajrzeli.
-Wcale nie śpię, Forest- odpowiedziałem lekko urażony.
-Miałeś mi mówić po imieniu- burknął Max niezadowolony.
-Ty też mówisz mi po nazwisku- odszczeknąłem się zamykając tom.
-Serio? Jesteś, jak wrzód na dupie; skoro tak się o wszystko czepiasz- zaczął że złością.
-Nawzajem- odprychnąłem, po czym obaj wypaliliśmy rechotem.
Damén z niedowierzaniem pokręcił głową i gdzieś wsiąkł. Kwadrans później wrócił z dwiema filiżankami herbaty i ciastkami.
Upiłem łyczek panującej zielonej herbaty i odetchnąłem z ulgą.
-Wreszcie relaks...
Następnego dnia.
-Słońce... Wypierdalaj..- jęknąłem w półśnie zakrywając twarz poduszką.
-Śniadanie, śpiochu- rzuciła z wesołym śmiechem Clarissa.
Poderwałem się całkiem rozbudzony i z hukiem wylądowałem na podłodze.
-Która godzina..?
-Dziewiąta rano- odparła ziewając.
Przetarłem twarz i podniosłem się z łóżka. Wciągnąłem na siebie koszulkę z podniszczonym logiem Pepsi.
-Wiesz, co?- Zaciekawiła się.
-No?
-Masz ładniejszy tyłeczek, niż Michael- zauważyła z namysłem.
Właśnie zakładałem krótkie jeansy. Zachwiało mną i zaliczyłem glebę z nogami zaplątanymi w nogawkach.
-Dziękuję, twój komplement mnie POWALIŁ- skomentowałem wesoło.
Piwnooka uśmiechnęła się szeroko. Dobrze, że ma równie specyficzne poczucie humoru.
Wciągnąłem się wreszcie w te bojówki i zacząłem zakładać buty.
-A to co takiego?- Zdziwiona wskazała na parapet, gdzie coś pulsowało złotym blaskiem.
Wówczas poczułem nagły niepokój, będący jak cios z pięści prosto w twarz, a przed oczami stanął mi widok malachitowego odcienia zieleni.
Ręce, jakby bez udziału woli, namierzyły kluczyki do motoru i krótki miecz w czarnej pochwie.
Nie odpowiadając na pytania Clari wybiłem się z podłogi i wyskoczyłem przez to okno.
Wylądowałem gładko na lekko ugiętych nogach i wsuwając broń w rękaw cieńkiej koszuli dobiegłem do motocykla. Wskakując nań, wsunąłem kluczyk i przekręcając zapłon kopnąłem w pedał. Uruchomiłem silnik i wrzucając bieg przekręciłem manetkę gazu.
Zamierzałem do domu sierżanta.
|•••|
Pędziłem krajówką słysząc tylko szum wiatru w uszach i czując- mimo upalnej pory- lodowaty chłód; a w głowie tliła się jedna kłująca myśl: obym zdążył na czas...
W -j dziwny i niewyjaśniony sposób czułem; że Max'owi grozi jakieś niebezpieczeństwo.
Parterówka z białej cegły z ciemnobrązowym, spadzistym dachem zbliżała się. Zwolniwszy, skręciłem ostro i ślizgiem wjechałem w bramę domostwa, zabijając chmurę kurzu.
Większość przechodzących chodnikiem mojego rodzinnego miasta znajomych moich rodziców gapiła się na mnie i komentowała zajście, ale nie przejąłem się tym, gasząc silnik.
Skradając się doszedłem do tylnego wejścia od strony podwórka i dyskretnie zaglądałem do każdego okna po kolei.
Minąłem tak trzy pokoje. Jedna z osób w czwartym odwróciła się w stronę szyby. Szybko cofnąłem się i przylgnąłem spowrotem do muru. Zdążyłem dostrzec trzy białe mundury Senatu i kogoś w czerni, a zza uchylonego okna usłyszałem rozmowę.
-Pani Katherine jest wściekła, że jej zwialiście, wiesz..?- Spytał dziewczęcy głos.
-A wiesz, że mało mnie to obchodzi?- Zapytał z drwiącym uśmieszkiem Forest, starając się wyplątać ze sznurów, którymi był przywiązany do krzesła.
Cios. Forest wraz z krzesłem zrobił szybki unik.
-Nawet trafić nie potrafisz, Brudasie- zakpił Max grzebiąc pod krzesłem, jakby czegoś szukał.
Ruszyłem w stronę wejścia i pchnąłem niedomknięte drzwi. Musiały mieć dobrze nasmarowane zawiasy, bo nie wydały z siebie żadnego dźwięku.
Na palcach, starając się robić jak najmniej hałasu przeszedłem korytarzem.
-Chyba mamy gościa- stwierdził głos Senackiego wampia, a po chwili usłyszałem kroki.
Przyczajony za dużą szafą nasłuchiwałem. Forest parsknął śmiechem.
-Wszyscy w okolicy wiedzą, że mieszkam w Nawiedzonym domu- rzucił swobodnie.
Oczywiście, że nie raz słyszałem; jak ludzie w miasteczku gadali niestworzone historie, jakoby tu straszyło, lecz nigdy nie dawałem temu wiary. Aż do tej chwili; gdy tuż obok siebie usłyszałem starszą panią.
-Co tu robisz, młodzieńcze w bieli?- Zwróciła się do krwiopijcy, który szybko wydobył broń z dziwną miną.
Z włosami zjeżonymi na łbie wlepiałem wzrok w mglistą postać babci; która zmierzyła pijawę wyjątkowo nieprzychylnym spojrzeniem jasnych tęczówek.
-T-tu na -naprawdę jest Duch!- Powiedział do swoich.
-I to niejeden!- Zarechotał Forest.
-Każ mu stulić ryj- Warknął dziewczęcy głos i rozbrzmiały kolejne kroki.- Co ty chrzanisz, Kla...?- Zaczęła z wyraźną irytacją, gdy nagle stanęła jak wryta.
Spojrzałem na widmo starszej pani, które mrugnęło do mnie szelmowsko.
Z pokoju rozległ się huk. Oboje zaalarmowani odwrócili się, aby tam wrócić.. Moje palce... Namierzyły sztylet i w mgnieniu oka posłały go w plecy wampira. Dziewczyna widząc upadającego towarzyszą odwróciła się spowrotem ku mnie.
-Kielich- zasyczała wrogo wyjmując broń.
-Złaź mi z drogi- oznajmiłem wyrzucając zza rękawa pochwę z mieczem.
Jej pełne usta rozjaśniłrodrapieżny uśmiech.
-Pani bardzo się ucieszy, gdy cię Jej dostarczę- zza warg błysnęły kły.
-Sam bym się ucieszył, gdybym w tym układzie mógł ją sprzątnąć. Jak śmiecia- odciąłem się pogardliwie.
-Jak śmiesz nazywać tak Panią Katherine ty...!!- Ruszyła na mnie z wściekłością i..
Właśnie o to mi chodziło.
Zamierzałem udowodnić swoje założenie, że wściekły wampir to martwy wampir...
Z łatwością odbiłem serię jej ataków i przechodząc do ofensywy zdzieliłem ją rękojeścią w twarz.
W tym momencie- zupełnie przypadkowo- nadepnąłem na deskę, której przeciwległy krawędź wzbiła się w powietrze i uderzyła przeciwniczkę w nadgarstkek dłoni trzymającej broń.
Kolce pędów przykuwających oręż wbiły się głębiej w jej rękę, a z ust wampirzycy wyrwał się pisk bólu.
-Nie baw się z tym śmiertelnikiem, Jane!- Zasyczał ktoś z drugiego pokoju.
-A teraz kurtyna w górę, co nie?- Spytał dziwnie zaciekawiony Forest.
Odbijając kolejne ataki usłyszałem z pokoju jazgotliwe szurnięcie krzesła i najmilszą muzykę dla moich uszu, czyli trzask pięści zderzającej się z czyjąś mordą
***
-D. zrób coś z nim, znowu kima przy biurku- rzucił zmartwiony (?) Forest.
Podniosłem głowę, gdy obajOz Daménem zajrzeli.
-Wcale nie śpię, Forest- odpowiedziałem lekko urażony.
-Miałeś mi mówić po imieniu- burknął Max niezadowolony.
-Ty też mówisz mi po nazwisku- odszczeknąłem się zamykając tom.
-Serio? Jesteś, jak wrzód na dupie; skoro tak się o wszystko czepiasz- zaczął że złością.
-Nawzajem- odprychnąłem, po czym obaj wypaliliśmy rechotem.
Damén z niedowierzaniem pokręcił głową i gdzieś wsiąkł. Kwadrans później wrócił z dwiema filiżankami herbaty i ciastkami.
Upiłem łyczek panującej zielonej herbaty i odetchnąłem z ulgą.
-Wreszcie relaks...
Następnego dnia.
-Słońce... Wypierdalaj..- jęknąłem w półśnie zakrywając twarz poduszką.
-Śniadanie, śpiochu- rzuciła z wesołym śmiechem Clarissa.
Poderwałem się całkiem rozbudzony i z hukiem wylądowałem na podłodze.
-Która godzina..?
-Dziewiąta rano- odparła ziewając.
Przetarłem twarz i podniosłem się z łóżka. Wciągnąłem na siebie koszulkę z podniszczonym logiem Pepsi.
-Wiesz, co?- Zaciekawiła się.
-No?
-Masz ładniejszy tyłeczek, niż Michael- zauważyła z namysłem.
Właśnie zakładałem krótkie jeansy. Zachwiało mną i zaliczyłem glebę z nogami zaplątanymi w nogawkach.
-Dziękuję, twój komplement mnie POWALIŁ- skomentowałem wesoło.
Piwnooka uśmiechnęła się szeroko. Dobrze, że ma równie specyficzne poczucie humoru.
Wciągnąłem się wreszcie w te bojówki i zacząłem zakładać buty.
-A to co takiego?- Zdziwiona wskazała na parapet, gdzie coś pulsowało złotym blaskiem.
Wówczas poczułem nagły niepokój, będący jak cios z pięści prosto w twarz, a przed oczami stanął mi widok malachitowego odcienia zieleni.
Ręce, jakby bez udziału woli, namierzyły kluczyki do motoru i krótki miecz w czarnej pochwie.
Nie odpowiadając na pytania Clari wybiłem się z podłogi i wyskoczyłem przez to okno.
Wylądowałem gładko na lekko ugiętych nogach i wsuwając broń w rękaw cieńkiej koszuli dobiegłem do motocykla. Wskakując nań, wsunąłem kluczyk i przekręcając zapłon kopnąłem w pedał. Uruchomiłem silnik i wrzucając bieg przekręciłem manetkę gazu.
Zamierzałem do domu sierżanta.
|•••|
Pędziłem krajówką słysząc tylko szum wiatru w uszach i czując- mimo upalnej pory- lodowaty chłód; a w głowie tliła się jedna kłująca myśl: obym zdążył na czas...
W -j dziwny i niewyjaśniony sposób czułem; że Max'owi grozi jakieś niebezpieczeństwo.
Parterówka z białej cegły z ciemnobrązowym, spadzistym dachem zbliżała się. Zwolniwszy, skręciłem ostro i ślizgiem wjechałem w bramę domostwa, zabijając chmurę kurzu.
Większość przechodzących chodnikiem mojego rodzinnego miasta znajomych moich rodziców gapiła się na mnie i komentowała zajście, ale nie przejąłem się tym, gasząc silnik.
Skradając się doszedłem do tylnego wejścia od strony podwórka i dyskretnie zaglądałem do każdego okna po kolei.
Minąłem tak trzy pokoje. Jedna z osób w czwartym odwróciła się w stronę szyby. Szybko cofnąłem się i przylgnąłem spowrotem do muru. Zdążyłem dostrzec trzy białe mundury Senatu i kogoś w czerni, a zza uchylonego okna usłyszałem rozmowę.
-Pani Katherine jest wściekła, że jej zwialiście, wiesz..?- Spytał dziewczęcy głos.
-A wiesz, że mało mnie to obchodzi?- Zapytał z drwiącym uśmieszkiem Forest, starając się wyplątać ze sznurów, którymi był przywiązany do krzesła.
Cios. Forest wraz z krzesłem zrobił szybki unik.
-Nawet trafić nie potrafisz, Brudasie- zakpił Max grzebiąc pod krzesłem, jakby czegoś szukał.
Ruszyłem w stronę wejścia i pchnąłem niedomknięte drzwi. Musiały mieć dobrze nasmarowane zawiasy, bo nie wydały z siebie żadnego dźwięku.
Na palcach, starając się robić jak najmniej hałasu przeszedłem korytarzem.
-Chyba mamy gościa- stwierdził głos Senackiego wampia, a po chwili usłyszałem kroki.
Przyczajony za dużą szafą nasłuchiwałem. Forest parsknął śmiechem.
-Wszyscy w okolicy wiedzą, że mieszkam w Nawiedzonym domu- rzucił swobodnie.
Oczywiście, że nie raz słyszałem; jak ludzie w miasteczku gadali niestworzone historie, jakoby tu straszyło, lecz nigdy nie dawałem temu wiary. Aż do tej chwili; gdy tuż obok siebie usłyszałem starszą panią.
-Co tu robisz, młodzieńcze w bieli?- Zwróciła się do krwiopijcy, który szybko wydobył broń z dziwną miną.
Z włosami zjeżonymi na łbie wlepiałem wzrok w mglistą postać babci; która zmierzyła pijawę wyjątkowo nieprzychylnym spojrzeniem jasnych tęczówek.
-T-tu na -naprawdę jest Duch!- Powiedział do swoich.
-I to niejeden!- Zarechotał Forest.
-Każ mu stulić ryj- Warknął dziewczęcy głos i rozbrzmiały kolejne kroki.- Co ty chrzanisz, Kla...?- Zaczęła z wyraźną irytacją, gdy nagle stanęła jak wryta.
Spojrzałem na widmo starszej pani, które mrugnęło do mnie szelmowsko.
Z pokoju rozległ się huk. Oboje zaalarmowani odwrócili się, aby tam wrócić.. Moje palce... Namierzyły sztylet i w mgnieniu oka posłały go w plecy wampira. Dziewczyna widząc upadającego towarzyszą odwróciła się spowrotem ku mnie.
-Kielich- zasyczała wrogo wyjmując broń.
-Złaź mi z drogi- oznajmiłem wyrzucając zza rękawa pochwę z mieczem.
Jej pełne usta rozjaśniłrodrapieżny uśmiech.
-Pani bardzo się ucieszy, gdy cię Jej dostarczę- zza warg błysnęły kły.
-Sam bym się ucieszył, gdybym w tym układzie mógł ją sprzątnąć. Jak śmiecia- odciąłem się pogardliwie.
-Jak śmiesz nazywać tak Panią Katherine ty...!!- Ruszyła na mnie z wściekłością i..
Właśnie o to mi chodziło.
Zamierzałem udowodnić swoje założenie, że wściekły wampir to martwy wampir...
Z łatwością odbiłem serię jej ataków i przechodząc do ofensywy zdzieliłem ją rękojeścią w twarz.
W tym momencie- zupełnie przypadkowo- nadepnąłem na deskę, której przeciwległy krawędź wzbiła się w powietrze i uderzyła przeciwniczkę w nadgarstkek dłoni trzymającej broń.
Kolce pędów przykuwających oręż wbiły się głębiej w jej rękę, a z ust wampirzycy wyrwał się pisk bólu.
-Nie baw się z tym śmiertelnikiem, Jane!- Zasyczał ktoś z drugiego pokoju.
-A teraz kurtyna w górę, co nie?- Spytał dziwnie zaciekawiony Forest.
Odbijając kolejne ataki usłyszałem z pokoju jazgotliwe szurnięcie krzesła i najmilszą muzykę dla moich uszu, czyli trzask pięści zderzającej się z czyjąś mordą
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz