środa, 17 kwietnia 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

-Nie mi nie jest- odparł beznamiętnie.
-Przykro mi, że straciłeś córkę, Forest.
-Córkę. Żonę. Matkę. Takie jest życie, Donovann- sierżant był ubrany na czarno.
-Jesteś na mnie wściekły- zauważyłem.
-Nie jestem- odpowiedział zrezygnowany.- Po prostu zastanawiam się nad odejściem z psiarni.
-Ty? Miałbyś odejść? Po co?- Zdziwiony uniosłem brew.
Forest zmierzył mnie długim spojrzeniem.
-Jeśli istnieje taka możliwość, chcę zostać łowcą, Przewodniczący- oznajmił spokojnie.
Usiadłem gwałtownie na łóżku i tłumiąc jęk wydyszałem:
-Chyba żartujesz...- powiedziałem głośno zszokowany.
W sekundę pojawiły się dwie młode pielęgniarki.
-Nie może się pan denerwować- blondynka zmierzyła krytycznym wzrokiem Max'a, który patrząc mi prosto w oczy rzucił:
-Mówię zupełnie poważnie, Donovann- odezwał się z determinacją.
-Jesteś pewien, że dasz radę przejść nasze szkolenie?
-Jack!- W tym momencie Clari wpadła do sali i rzuciła mi się na szyję.
-Cześć, skarbie- objąłem ją i dałem jej całusa.
-Skoro już sprzątnąłem kilku z nich, dam radę- oznajmił krótko, po czym pożegnał się i wyszedł.
-Jak się czujesz?- Zapytała z troską piwnooka.
-Dobrze. Jestem tylko trochę oszołomiony, pewnie przez leki- koszula od piżamy lekko się rozchyliła.
-Naprawdę Świętego Anioła- szepnęła gapiąc się na opatrunek..
-Nic takiego- rzuciłem lekceważąco.
-Jesteś wariatem, Jack- westchnęła cicho opierając mi głowę na ramieniu. Objąłem ją delikatnie.
-Chyba za to mnie kochasz, hm?- Zamruczałem jej do ucha.
-Czubek!.- Szturchnęła mnie w ramię.
-Miło mi: Donovann jestem- zarechotałem wesoło.
-Czego chciał od ciebie ten Psiarski?- Zapytała podejrzliwie.
-Chce dołączyć do Zrzeszenia.

Tydzień później, kwatera główna Związku.
-Jak pierdolę...- wymamrotałem ziewając, okręciłem się na biuurowym krześle.
Na blacie masywnego, ciemnego biurka leżał ostatni stos papierów. Wziąłem pierwszy spięty plik kartek i zagłębiłem się w lekturze.
-Paniczu..- podniosłem głowę i zupełnie odruchowo uśmiechnąłem się do Daména, który postawił przede mną filiżankę kawy i talerzyk ciastek.
-Zapytaj swego Anioła- usłyszałem ten delikatny głos.
-Wszystko w porządku, Jack-?- Zapytał Damén przyglądając mi się.
-Czym walczył mój ojciec?- Oderwałem się od dokumentów i popatrzyłem nań obracając w palcach ciastko.
-Miał kilka rodzajów broni, ale najczęściej używał laurysa. Dlaczego o to pytasz?- Zdziwił się.
-Przypadkiem poznałem jego prawowitą właścicielkę- nie miałem powodu, by mówić prawdę; ale byłem wobec niego szczery.
-Poznałeś Ją- Zdumiał się łapiąc w locie cukierniczkę.
-Mam na imię..- zacząłem zniecierpliwiony.
-Nie wypowiadaj imienia Anioła Śmierci, jeśli ci życie miłe- syknął zły.
No, to już po ptakach, Damén- pomyślałem z ironią.
-Powiedziała, że jeszcze nie mój czas, cokolwiek to znaczy- wzruszyłem ramionami.- Poza tym, skąd mój ojciec miał tę broń?
-Podobno był to zakład. Panicz Cristian lubił się zakładać- z jego twarzy nkc nie dało się wyczytać, ale w jakiś sposób wiedziałem, że nie mówi mi całej prawdy.
Dalsze moje rozmyślania przerwał pukanie, więc rzuciłem krótkie zaproszenie.
Do gabinetu wszedł Deere w towarzystwie sierżanta.
-Nie odpuszczasz, co?- Rzuciłem w Forest'a wafelkiem.
-Już ci mówiłem, że chcę ją dorwać- odpowiedział, a nasz wzrok się zetknął. Obaj mieliśmy ten stalowy wyraz oczu, jakbyśmy nadal byli na bitewnym haju.
-Będziemy się ścigać?- Zapytałem z ironicznym śmiechem.
-Jestem starszy, więc przegrasz z moim doświadczeniem- odciął się malachitowooki Forest, a Damén i Deere spoglądali po sobie z zaskoczeniem.
Bursztynowooki przesunął ku mnie po blacie tekę. Powoli zacząłem czytać łowcze akta Forest'a.
-Cudnie. Kolejny wariat w tym naszym cyrku- mruknąłem do siebie, podpisując zgodę na dołączenie do Zrzeszenia. Jako mistrza przydzielono mu Morgensterna.
***
-Możemy pogadać?- Deere wsunął się do gabinetu.
-Spoko- odłożyłem telefon i spojrzałem nań.- O co chodzi?
-Raczej o kogo, ten facet mi się nie podoba- stwierdził podejrzliwie.
-Bo to Psiarski.? Sorry: ex Psiarski- poprawiłem się szybko, świdrując zastępcę wzrokiem.
-Poznałeś prostu mu nie ufam.. Zaraz. On jest psem??
-Był psem. Rzucił tę robotę.
-Jesteś coś jeszcze, co mnie w nim zastanawia- odezwał się po długiej ciszy James.
-Co takiego?- Zapytałem ostrożnie.
-Nie wiem, skąd to ma- położył na biurku małą książeczkę. Zza jej kart wychodziły dwa identyczne wisiorki z jakimś znakiem.
-Co to jest?- Zapytałem próbując nie pokazać po sobie fascynacji.
-To Stary rytuał łowczy- nie wiem, skąd tuż za Jamesem pojawił się mistrz.- Nazywa się go"Braterskim" lub "Najwyższym".
-Naprawdę czym to dokładnie polega?- Zapytał zbity z tropu James.
-Związuje dwóch łowczych partnerów, którzy stają się jednym. Jeśli jeden zginie, drugi to wyczuje. Związani są silniejsi, niż pojedynczy łowca.
-Niby dlaczego?- Tym razem mój ton naprawdę wyrażał zaciekawienie.
Mistrz oparł się o ścianę i krzyżując ręce na piersi zmierzył nas wzrokiem.
-Ponieważ para związana rytuałem czerpie siły do walki od siebie nawzajem- oznajmił.
-Nigdy o tym nie słyszałem- powiedział Deere.
-Bo zaprzestano tych praktyk w XIII-stym wieku- wyjaśnił Morgenstern.
-Tylko skąd on to ma, skoro..
-Znałeś Grace Janett Sobiesky, herbu Janina?- Spytałem mimochodem.
-Była poprzedniczką twojego ojca- odpowiedział zdziwiony.
-I matką tego psiarskiego- wtrąciłem cicho.
-To wyjaśnia, dlaczego mógł dotknąć naszej broni- wywnioskował Jeleń w zamyśleniu.
-Mhm.. Facet zagadka- zauważył Mistrz.- Czas potrenować, przewodniczący- rzucił uśmiechając się kątem ust.
-Taa. Komu w drogę, temu trampki- odparłem wstając.

-Czujesz się na siłach?- Spytał jednooki, gdy wziąłem w ręce długie sztylety.
-Muszę się nauczyć filetować pijawy- odparłem nieco urażonym tonem, a Mistrz zachichotał i podnosząc szpadę zaczął mnie atakować.
Odbiłem pierwszy cios, a pojedynek stał się bardziej zaciekły. Broniłem się niekiedy robiąc uniki; a gdy w połowie potyczki przestałem sobie radzić, ktoś nam przerwał.
Mignęła mi ciemnooka postać w czerni, uzbrojona w dwa miecze. Oko mistrza błysnęło, kiedy ich miecze się zwarły. Gdy pojąłem, kto mnie osłonił opadła mi szczęka.
Max Forest odbił cięcie i zaatakował spychając Mistrza.
-Świetna garda- pochwalił jednooki.
-Dzięki- odpowiedział Max odbijając kolejny niespodziewany (dla mnie) cios.
-Mhm? Nie udało mi się?- Morgenstern uskoczył przed nożycami z mieczy.
-Nie wiele osób potrafi mnie rozkojarzyć- odparł Forest.
-Jesteś podobny do Rodu- tym razem mistrz zdekoncentrował faceta i rozbrajając go jednym ruchem, oparł szpadę na lewym ramieniu Max'a.- Pax?
-Pax- ustąpił Forest, a ja nadal stałem z opadniętą szczęką; nie wiedząc, co jest grane. Wodziłem po nich oczami, licząc na jakieś wytłumaczenie. Wreszcie zniecierpliwiony wybuchnąłem:
-O co tu, u cholery, chodzi??
Obaj spojrzeli na mnie.
-Co cię tak dziwi?- Zapytał mistrz. Zarejestrowałem, że z jakiegoś powodu jest lekko rozbawiony.
-Nic z tego nie łapię; Forest. Najpierw próbowałeś wpakować mnie do poprawczaka, a teraz mnie chronisz??
Wtedy zamknąłem jadaczkę zaskoczony.
Czasami kompletnie nie potrafię cię rozgryźć, człowieku- usłyszałem swoje własne słowa.
-Rany...- w nagłym olśnieniu przyłożyłem dłoń do czoła.
Ten bitewny haj wcale nie był przypadkowy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz