sobota, 7 kwietnia 2018

Hunter III Curse Rozdział XXII: Demoniczne lisy

Wampiry wymieniły spojrzenia.
-Ślady wyglądają na zwierzę- oznajmiła Livia.
-Likantrop?- Zapytał Morgenstern.
-Za małe szczęki, jak na wilka- odezwał się Féu wolno.
Zapadło milczenie, w którym każdy zastanawiał się, co mogło zagryźć wampira.
-W gabinecie Marszałka znaleźliśmy również nagranie- wampir w szarym ubraniu pogrzebał coś przy stojącej nieopodal wieży stereo, a po chwili salę wypełnił głos przetworzony za pomocą syntezatora mowy.
-Zastanawiam się, z którymi z was będzie lepsza zabawa- rzucił głos chichocząc upiornie.- Zegar tyka, a ja nadal nie dostałem "Księżycowej". Spójrzcie przez okno- dodał tajemniczo i nagranie się urwało.
Wszyscy spojrzeliśmy w okna, a kobieta w mgnieniu oka znalazła się tuż przy szybie. Zza warg błysnęły kły, a z jej ust wydobył się warkot, lecz nadal wbijała wzrok w przestrzeń za oknem, gdzie stały dziewczęta z miasta. Wszystkie miały oczy w kolorze fuksji z czarnymi, kocimi źrenicami, większość z nich posiadała zadrapania, rany i sińce, oraz była bardzo skąpo ubrana.
Zaczęły coś śpiewać piskliwymi dziecięcymi głosami, usłyszałam z ich ust kilka przekleństw i obelg.
Jedna z nich- Meredith Bell- oparła ręce na szybie i patrząc na nas wesoło wystawiła rozcięty język i zamachała nim, jak wąż.
Oczy wampirzycy błysnęły szkarłatem, szyby pokryły się pajęczyną rys i po chwili wszystkie okna poszły w proch.
Jedna z dziewczyn sięgnęła dłonią z nożem do swojej twarzy i zrobiła coś przerażającego. Bez grymasu bólu zaczęła rozcinać kąciki ust. Angello zerwał się z miejsca blady jak trup, zresztą wszyscy obserwowaliśmy to z rosnącym przerażeniem.
Nagle zwróciły wzrok gdzieś w górę, skąd nadleciała płonąca szmaragdem karteczka.
-Zetsubō ga ochiteiru, ochiteiru ochiteiru.. Zetsubō ga shinu, mou daisuki onii-san- zanuciła monotonnie dziewczyna, która wylądowała tuż przed rozbitym oknem, gdzie stała Livia.
Dziewczyna-potwór, która oberwała kartką zasyczała wrogo, bezskutecznie probując odkleić papierek ze swojego czoła, gdy niemal w tym samym momencie zaczęła płakać. Reszta cofała się od nieznajomej i w panice rzuciła się do ucieczki.
-Co to ma być, do jasnej cholery??- Zapytał wstrząśnięty przewodniczący Stowarzyszenia, gapiąc się na poranioną ośmiolatkę, którą nieznajoma złapała w locie.
-Niech pan wezwie karetkę- odpowiedziała nagląco, a tajemnicza karteczka rozsypała się, jakby spłonęła w niewidzialnym ogniu.
Lucas zadzwonił po pogotowie...
***
Dziewczyna weszła do środka.
-Opuść broń, Angello-sama- rzuciła cicho.
-Nie wiemy kim jesteś- odpowiedziała nieufnie Wayland.
-Tylko ja mogę wam teraz pomóc- zaczęła niespokojnie dziewczyna.- Te dziewczyny są opętane przez...- urwała niepewna, czy powinna mówić dalej.
-Zaraz... To ona była w gabinecie Marszałka!- Odezwał się oskarżycielsko wampir w szarych ciuchach wbijając w nią wzrok.- To ona Go zabiła!- Warknął ruszając krok do przodu; lecz Stary Diabeł wyciągnął rękę zatrzymując go.
-Nie wygląda mi na zwierzę, które zagryzło Thunder'a- oznajmił chłodno.- Kim jesteś?- zwrócił się do dziewczyny w prostym czarnym kimonie.
-Nazywam się Yuri Hanayakana, jestem kapłanką ze świątyni Fushimi Inari, niedaleko Kioto. Przyjechałam tu z pewną misją- wytłumaczyła pokrótce.
-Jesteś łowcą?- Zapytał Angello.
-Niezupełnie- odpowiedziała Yuri.- Mam tylko zapieczętować ich spowrotem.
-Ich, czyli kogo?- Zapytał Féu z naciskiem.
-Kitsune.
Wszyscy zaczęli rozmawiać.
-Chyba gdzieś już słyszałam to dziwne słowo...- zaczęłam zamyślona. Zdziwiona nagłą ciszą rozejrzałam się po twarzach reszty zgromadzonych.
-Kitsune?- Podchwyciła Livia po chwili.- Ty mówisz o dzikich lisach.?
-O czym; przepraszam?- Zdziwił się Angello, a reszta spoglądała po sobie z zaskoczeniem.

-Czyli te kitsune to demony słabsze od krwiopijców?- Wywnioskował z nutą pytania Lucas.
-Tak, ale...- zaczęła Azjatka.
-Więc gdzie podziały się pijawy?- Przerwał Angello ostrożnie.
-Jak już mówiłam One wymyślają różne zmyślne pułapki. Zanim wampir się domyśli, jest już w potrzasku.
Moja poprzedniczka, która miała ich zapieczętować również zniknęła bez wieści. Potrafią też opętać osobę przy pomocy słabszych demonów: te dziewczyny są tego doskonałym przykładem. Obierają na cel miasta takie, jak to, a ich; pozornie niewinne; gierki są makabryczne- ciągnęła Hanayakana.
-Jak możemy wykurzyć ich z miasta?- Zapytał milczący dotąd Tanner.
|•••|
Narada trwała do rana, gdy w kieszeni Angello zadzwonił telefon. Mężczyzna odebrał.
-Coś się stało, Płomień?- Słysząc odpowiedź zerwał się na równe nogi.- Jak to zniknęła??- Zapytał ostro.- To niemożliwe, że nikt jej nie widział... Cholera...- zdenerwowany rozmówca mu przerwał- Rozumiem, daję wam wolną rękę.. W porządku, na razie.
-Was ist los?- Zapytał Morgenstern z niepokojem.
-Callisto zaginęła...- odparł grobowo.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
 Dziewiętnasty kwietnia.
Czuję zimno.. Jest ciemno.. Wokół siebie słyszę słabe jęki i zawodzenia, a mój łowczy instynkt zaczyna mnie paraliżować.
Bardzo powoli otwieram oczy, a mój wzrok pada na kraty. Więzień z naprzeciwległej celi wlepia we mnie zółto-zielone skośne oczy.
Gdzie jestem..? Nie mam zielonego pojęcia, jak wmanewrowałam się w ten syf. Z trudem podnoszę się i opieram ramieniem o ścianę.
-Dlaczego nic nie pamiętam..?- Szepnęłam cicho, starając się zignorować wlepiającego we mnie gały dziwnego chłopaczka, który nagle się odezwał.
-Nie znam twojego języka..- odpowiedziałam oszołomiona.
-Ty być wampir?- Zapytał łamanym francuskim.- Znać francuski?- Dodał niepewnie.
-Jestem zarówno wampirem, jak i łowcą, dla ścisłości- poprawiłam wolno.- Gdzie my jesteśmy..?
-Więzienie kitsune..
-Musimy stąd uciec- przerwałam mu szybko, ale on pokręcił głową zrezygnowany.
Sięgnęłam dłonią do krat, lecz nim zdążyłam dotknąć prętów wystrzeliły z nich ostre kolce, raniąc mnie w palec.
-Nie uciekać.. Zły pomysł- powiedział przerażony.
-Musimy stąd uciekać- upierałam się.
-Stąd nie da się uciec; Raven, herbu Kruk- odezwał się słaby szept z celi po mojej prawej. Spojrzałam w tamtym kierunku i opadła mi szczęka.
-Torres, wampir Rządu. Co ty tu robisz?- Zapytałam ostro.
-To samo, co ty... Ta cała reklama to bujda na resorach- kopnął mocno w kraty.- Teraz wszyscy tu zginiemy.
Prawda uderzyła we mnie z siłą rozpędzonego TIR-a.
-Więc to jest "Seventh Angel"; a raczej to, co się za tym kryje- powiedziałam z namysłem. Zgięłam się wpół pod wpływem serii mocnych kopniaków w moim brzuchu.
-Nie mogę się poddać.. Nie mogę!- Nagle wpadłam w panikę.
-Więc te pogłoski to prawda..? Jesteś...- Zaczął.
-Tak, jestem w ciąży..- Odpowiedziałam wbijając oczy w rozbitą i okropnie brudną podłogę.
Zrozumiałam, że sytuacja, w jakiej wszyscy jesteśmy jest wyjątkowo beznadziejna. Poza tym powiedziałam Michaelowi tyle okropnych słów, których teraz zaczynałam żałować... Tak bardzo chciałabym je teraz cofnąć. Przytulić go i przeprosić. Powiedzieć mu to, czego dotąd nie miałam odwagi...
-Nie mogę się poddać- powiedziałam szeptem.
Rzeczywiście nie mogłam- nie dla swojej pieprzonej dumy, tylko dla tej małej osóbki pod moim cichym już sercem. Słyszałam i czułam tylko jej serce, którego odgłos był dla mnie najpiękniejszą muzyką.
|•••|
Dwunasty maja...
Leżę w bezruchu. Jestem strasznie głodna. Potrafię myśleć tylko o Michaelu.
Ostatni batonik zjadłam wczoraj, a ten dziwaczny Azjata nawet oddał mi swoje jedzenie, za co byłam mu bardzo wdzięczna.
Jednak coraz bardziej zaczynałam potrzebować krwii...
Oszczędzaj siły, jeśli chcesz wyciągnąć stąd siebie i dziecko- pouczył mnie Torres. Dawniej od razu wbiłabym mu broń w serce, ale teraz wiele się zmieniło. Jechaliśmy na tym samym wózku, a on na pewno był tu już jakiś czas i coś niecoś wiedział o tym przeklętym miejscu.
Podczas dni spędzonych tutaj myślałam tylko o Nim. Było mi strasznie smutno i ciężko. Ciągle odtwarzałam wspomnienia, w których był, barwę jego głosu, zapach, ciepło- czasem nawet wydawało mi się, jakbym czuła jego ramiona.
Szczerze mówiąc tylko to utrzymywało mnie przy zdrowych zmysłach. Większość wampirów już dawno popadła w rozpacz i zwyczajnie się poddała.
Często rozmawiałam z tym chłopaczkiem "z naprzeciwka". Przyznał się, że też jest kitsune; ale z tych dobrych lisich duchów. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach i zauważyłam, że coraz lepiej mówi po francusku- tylko w tym języku mogliśmy jakoś porozmawiać, bo istniała bariera językowa- ani ja nie znałam japońskiego, ani on angielskiego.
Ów kitsune przedstawił się, jako Hideyoshi i pomagał mi, jak tylko mógł.
Powiedziałam mu nawet o tym, że chciałabym być zwykłym człowiekiem. Był teraz- w pewnym sensie- moim jedynym wsparciem. Czułam jakąś nić porozumienia między nami.
Nagle, kładąc wymownym gestem palec na ustach, cofnął się w głębszy mrok. Usłyszałam z góry kroki. Wszyscy wbili przerażone spojrzenia w schody, na których ukazała się niska dziesięciolatka o fioletowych oczach i długich czarno- rudych włosach.
-Plugawe stado wampirzego bydła i kitsune uragirimono.- Sarknęła z pogardą po swojemu. Idąc korytarzem pomiędzy celami przesuwała kijem po kratach, żeby jeszcze bardziej nas dobić.
-To ty jesteś zdrajcą!- Nie potrafiłam znieść, że nikt jej się nie stawia. Wszyscy patrzyli na mnie, jakby prosząc; żebym zamilkła, bo źle się to dla mnie skończy, ale dalej ciskałam w nią obelgami.
Wsunęła kij między kraty mojej celi i podniosła nim moją twarz.
-Nie wiesz, z kim zadzierasz, brudny wampirze- oznajmiła lodowato, a jej tęczówki przybrały ten demoniczny wygląd.- Lepiej nie pyskuj, bo znów nie dostaniesz żreć- pojawiła się tuż przede mną i zamachnęła się kijem. Chwyciłam za jego koniec i rzuciłam nią w ścianę celi. Biorąc kij oburącz kopnęłam ją w żebra i przyciskając knebel do jej gardła oparłam ją o ścianę. Starała się podciąć mi nogi, zablokowałam atak, a z jej ust wydobył się pisk bólu.
-To ty nie zadzieraj ze mną, bachorze- odwarknęłam, łapiąc ją za gardło przydusiłam i zaczęłam okładać tym kneblem.
W tym momencie niespodziewanie przybrała lisią postać i próbowała drapać. W akcie desperacji przywaliłam jej łbem o ścianę.
-Wiesz, co?- Szepnęłam jej do ucha z zimnym uśmieszkiem.- Może odetnę ci jeszcze jeden ogon?- Zapytałam lekkim tonem.
-Nie masz czym tego zrobić, kitanai kyūketsuki- odparowała telepatycznie, pewna siebie.
-Tak sądzisz?- Zapytałam drwiąco wyciągając zza bluzy nożyce do mięsa. Rozwarłam je i przysunęłam w stronę jednego z jej ogonów. Lisica zaczęła warczeć i popiskiwać, próbując się wyrwać. Wszyscy więźniowie gapili się na mnie na równi ze zdumieniem i podziwem.
Podniosłam ją za futro na kłębie i przesunęłam inaczej nożyce. Zaczęła wierzgać próbując się wyrwać.
-A może poderżnę ci gardło, żeby było zabawniej?- Spytałam swobodnie, przyciskając ostrze nożyc do jej tętnicy. Przydepnęłam jej ogon- ten prawdziwy- do podłoża i podniosłam ją trochę wyżej, z pyska wydobył się pisk bólu.
-Nie możesz mnie zabić. Jesteśmy nieśmiertelni!- Odparła śmiejąc się złośliwie.
Złapałam nożyce normalnie i otoczyłam nimi mglisty ogon.
-To co się stanie, jeśli go utnę?- Zapytałam zaciekawiona.
-Onee-san!- Zetsubō pojawił się na horyzoncie.- Puść ją, ty...
-Stul pysk, lisi śmieciu- prychnęłam z pogardą. Trzasnęłam jeszcze raz jej łbem o ścianę. Zetsubō warknął coś po swojemu wściekły i zrobił krok do przodu, lecz musiał się cofnąć. Powstrzymywała go bariera jego siostrzyczki.
-Otwórz celę, albo pożegnasz się z kolejnym ogonem- zagroziłam.
-Skąd o tym wiesz?!- Warknęła piskliwie.
Zamknęłam z trzaskiem nożyce tuż za jej ogonem. Pisnęła przerażona, a jej demoniczy brat warknął coś z groźbą. Niby przypadkiem drasnęłam jej prawdziwy ogon.
-Sore wa itai!- Warknęła ze łzami w oczach.
-O, przepraszam. Chciałam mocniej- zachichotałam niewinnie.- Otwórz celę, bo odetnę ci nawet tę rudą kitę.
-Nie wybaczę ci tego...! Zabiję cię!- Warczał rozwścieczony Zetsubō.
-Też jestem nieśmiertelna, niestety- rzuciłam patrząc mu prosto w oczy.- Otwieraj..
Przed oczami mignęła mi puszysta kita, która po chwili owinęła się wokół mojego gardła. Zaczęłam się z nią szamotać...
Potem ciemność..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Dwudziesty maja.
Nie mogę znaleźć Callisto..
Pokłóciliśmy się.
Zniknęła.
Przytulam jej sweterek i nie potrafię przestać się winić za to, ile złych rzeczy nagadałem jej w złości.
-Chodź coś zjeść- powiedziała cicho Caroline.
-Nie jestem głodny- odparłem obojętnie ściskając w palcach jej sweterek.- Chcę być sam..
Caro wyszła zamykając drzwi. Przepełniało mnie uczucie bezgranicznej pustki- bez Niej byłem tak strasznie samotny i to cholernie bolało.
Znów wtuliłem twarz w ciuch, próbując się uspokoić, ale nie umiałem- podświadomość łowcy podpowiadała, że Callisto jest w jakimś niebezpieczeństwie.
Byłem na siebie wściekły i ciągle zadawałem sobie pytanie: dlaczego jej nie zatrzymałem(?)
Nie potrafiłem opanować strachu i niepokoju.. Wiele razy bezskutecznie usiłowałem się do niej dodzwonić.
Musiałem jej jeszcze raz poszukać.
***
-Señor Tyler?- Zwrócił się do mnie nauczyciel.
-Może pan powtórzyć pytanie?- Zapytałem rozkojarzony.
-Co się z panem dzieje? Od kilku dni wygląda pan na przybitego- zauważył wychowawca klasy, pan Dicarlo.
-To nic takiego- nie miałem ochoty nikomu się zwierzać.
Jedyne na co miałem chęć, to zakopać się w łóżku przytulając się do jej ubrania i w ogóle się stamtąd nie ruszać.
-Przecież widać, że jesteś przygnębiony- zauważył mężczyzna przyglądając mi się z troską. Reszta grupy patrzyła na mnie tak samo.
-Wszystko gra, naprawdę- skłamałem uśmiechając się sztucznie. Dostrzegłem zmartwione spojrzenie Glorii, ale udawałem, że mnie to nie obchodzi.

-Niech to szlag...- wymruczałem zły idąc na kolejną lekcję.
Wpadłem na kogoś. Pomoce naukowe wypadły mi z rąk i wylądowały na podłodze, a ja z przeprosinami na ustach, przyklęknąłem, by zebrać rzeczy.
-Nie.. To ja przepraszam, zagapiłam się i...- urwała nagle, wpatrując się we mnie, jak w obrazek. Poczułem jej palce na swoim ramieniu. Chwilę potem odsunęła rękę i unikając mojego wzroku pomogła mi zebrać rzeczy, dostrzegłem lekki rumieniec pokrywający jej policzki.
-Dzięki- rzuciłem. Mijając ją, poszedłem swoją drogą poprawiając książki w rękach. Chwilę jeszcze czułem na sobie jej zaciekawiony wzrok.

Zetknąłem się z nią kilka godzin później, podczas przerwy, przy automacie z napojami. Stała w tłumie roześmianych koleżanek pogrążona w rozmowie, gdy w pewnej chwili zauważyła mnie.
Zacisnąłem dłoń na puszce z napojem energetycznym, gdy przed oczami stanęło mi to wspomnienie, gdy Callisto skonfiskowała mi czteropak. Znieruchomiałem na dłuższą chwilę, a puszka wysunęła mi się z palców.
Dziewczyna podbiegła i złapała szybko napój.
-To chyba twoje- wtedy zrobiła się czerwona jak burak.
-Dzięki- odparłem nie patrząc na nią. Odebrałem przedmiot.
-Wszystko gra?- Zapytała cicho, przypatrując mi się.
-Nic mi nie jest. Czemu wszyscy mnie o to pytają?- Wybuchnąłem zły.
-Przepraszam, po prostu widać, że coś cię martwi i..- pokręciła głową i odwróciła się chcąc odejść.
-Nie, to ja przepraszam- odparłem opierając się ciężko o ścianę. Upiłem łyk energetyka i usiadłem na ławce.
-Może mogłabym ci jakoś pomóc?- Zapytała po krótkim milczeniu.
Spojrzałem na nią trochę niechętnie, chociaż czułem, że muszę się komuś wygadać, bo inaczej wybuchnę.
Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni zdjęcie.
-Moja narzeczona.. Zaginęła...- odezwałem się ponuro.- Martwię się o nią, bo.. Ona jest w... w ciąży i..
Wzięła fotografię i patrzyła na nią długą chwilę z namysłem.
-To na szyi... Tatuaż?- Zapytała wolno.
Kiwnąłem głową twierdząco.
-Kiedy zniknęła?- Spytała cicho.
-Przedwczoraj wieczorem..
Brunetka zamyśliła się na kilka minut.
-Ma kilka cech szczególnych- powiedziała w końcu.
-To znaczy?- Zdziwiłem się.
-Niespotykany kolor oczu. Jest piękna i nosi tatuaż, którego jeszcze nigdy nie widziałam- oznajmiła z namysłem.- Jeśli chcesz, popytam znajomych; może ktoś ją widział..- rzuciła oddając mi zdjęcie.
-Tak sądzisz..? Yyy no.. Będę wdzięczny- poprawiłem się szybko.
-Może nie powinnam, ale powiem wprost: taka dziewczyna, jak ona na bank przykuwa wzrok- odparła wbijając wzrok w płytki.
-Przykuwa wzrok- powtórzyłem szeptem, jak echo.
-Mam nadzieję, że twoja narzeczona się znajdzie- powiedziała, obejmując mnie przyjacielsko i.. Pocałowała mnie w policzek.- Nie martw się.. Będzie dobrze- mrugnęła do mnie odchodząc.
-Dzięki..- podniosłem głowę i w ostatnim momencie rzuciłem za nią.- Nie powiedziałaś, jak masz na imię..
-Diana, a ty?- odparła, odwracając się przez ramię.
-Michael- odparłem.
Szedłem na pozostałe zajęcia trochę podniesiony na duchu, ale nadal nie przestawałem myśleć o Callisto.
Włoski..
Siedziałem w ławce z głową podpartą na ręku i patrzyłem przez okno. Padał lekki deszcz. Oberwałem papierkiem i ocknąłem się z zamyślenia, podnosząc liścik. Rozwinąłem go pod ławką.
"Idziemy po szkole na strzelnicę. Przyłączysz się?"
Szybko naskrobałem odpowiedź: "Taa, muszę to wszystko odreagować" i odrzuciłem kulkę w stronę Vegi. Odczytał i podniósł kciuk w górę z przyjaznym uśmiechem. 
Nauczycielka widocznie nic nie zauważyła, bo nadal spokojnie prowadziła lekcję.

Wychowanie fizyczne, ostatnia lekcja szkolnego dnia nie napawała mnie optymizmem. Byłem zmęczony, ale nadzieja, że Callisto się znajdzie dodawała mi sił i odpędzała choć na chwilę smutek i tęsknotę.
Graliśmy w nożną, a że nie chciało mi się biegać, zaoferowałem; że stanę na bramce. Tiberius rzucił mi rękawice. Założyłem je szybko.

Hiszpanie są strasznie zawzięci, jeśli chodzi o piłkę nożną. Preferują przemyślaną, choć szybką i ostrą grę.
Odbiłem piłkę, broniąc. Przejął ją Vega i natychmiast podał do Daména, który kiwając przeciwnika, przekazał piłkę Tiberiusowi, który niemal natychmiast oddał do Vegi. Miguel podał do tyłu, do Martina del Toro, który rozejrzał się szybko i widząc atakującego, podał do wolnego z naszej drużyny. Ten przyjął i strzelił celnie.
***
Po szkole. Cała trójka była w dobrych humorach.
-Nie łam się, Gringo: wszystko będzie dobrze- Damén objął mnie ramieniem i poczochrał.
-Zjazd, świrze- odepchnąłem go lekko.- Staram się w to wierzyć- dodałem niepewnie.
-I tak trzymaj; chłopie- powiedział z otuchą Vega.
-Wszystko się ułoży, tylko bez załamki- Tiberius szturchnął mnie.- Twoja piękność na pewno nie poddaje się tak łatwo.
-Po prostu cholernie za nią tęsknię..- westchnąłem ciężko.
-Znam ten ból- odezwał się Vega- czasem mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę, ale uświadamiam sobie; jak by mi mojej brakowało.
-Nie mówiłeś, że masz dziewczynę- zauważyłem.
-Żonę, od pół roku- poprawił ze śmiechem, obracając na serdecznym palcu prawej dłoni obrączkę.
-Przecież... no...- zatkało mnie.
-Jestem od was trzy lata starszy, poza tym rok wcześniej poszedłem do szkoły- wyjaśnił.
-I rok kiblowałeś- rzucił złośliwie Damén.
-Przyganiał kocioł garnkowi- odciął się ironicznie Miguel Vega.
Stanęliśmy przed niezbyt zachęcająco wyglądającymi drzwiami, które Miguel pchnął lekko. Ustąpiły z delikatnym skrzypnięciem i zeszliśmy po schodach do środka.
-Siemka- facet drgnął słysząc głos i odwrócił się.
Znałem go. Organizował skoki na wampirze konwoje.
-Gdzie byłeś? Moja córka jest wkurzona i zamierza urwać ci łeb- rzucił na powitanie stary Carlos.
-Jestem pewien, że to mi nie grozi- zanim zdążyliśmy go ostrzec; uchylił się przed nadlatującą puszką i spojrzał na brunetkę.
-Miłe powitanie, skarbeńku- rzucił z lekkim uśmieszkiem.
-Powinnam urwać ci łeb i rzucić psu na pożarcie- odwarknęła ostro.- Od trzech dni nie było cię w domu. Lepiej nie mów, że nie miałeś czasu, łaskawie, do mnie zadzwonić.
-Jest jeden maleńki problem: my nie mamy psa- stwierdził Vega starając się zachować powagę.
-Nie pyskuj...- zasyczała przez zęby.
-Po ślubie wszystkie zamieniają się w wiedźmy- rzucił do mnie z ironią.
-Przynajmniej żyjesz, jak w bajce- znów czymś w niego rzuciła.
-Diabeł, nie kobieta.. Wszystkie wasze dziewczyny takie są?- mruknąłem do Tiberiusa.
-Carmen, w porównaniu z innymi naszymi, jest jeszcze niewinnym aniołkiem- odmruknął i pochwycił magazynek, którym dziewczyna w niego rzuciła
-Mogłam się spodziewać, że sprowadzasz mi męża na złą drogę, bracie. Powinnam ci dokopać- spiorunowała go wzrokiem.
-To twoja siostra?- Zdumiałem się.
-Bliźniaczka- przytaknął przewracając oczami.
Carmen odłożyła kolejny magazynek i podchodząc przytuliła się do Miguela.
-Po prostu się o ciebie martwię- powiedziała cicho.
-Wiem- objął ją czule i pocałował we włosy.
W tym momencie z tylnego pomieszczenia wybiegł czterolatek. Potruchtał do Miguela, wołając radośnie "tata".
-Chodź no tu, skarbuś- rzucił chłopak przytulając synka, który spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Zawstydzony szepnął coś cichutko do Miguela.
-To mój kolega, skarbie- rzucił pieszczotliwie do dziecka.
-Jest trochę inny- zauważył chłopiec przyglądając mi się z ukosa.
-Jestem obcokrajowcem; mały- przyklęknąłem przy dziecku.
-I tak dobrze zna pan hiszpański?- Zdziwił się chłopiec podchodząc do mnie.
-Przepraszam, jest ciekawski- odezwał się Vega.
-Raczej spostrzegawczy, a to dobra cecha- odparłem mrugając porozumiewawczo.- Hiszpański to mój ulubiony przedmiot w szkole- wyjaśniłem dziecku.- To, co? Idziemy postrzelać?- Rzuciłem do jego ojca.
-A lekko- rzucił wesoło Vega.

-Strzelnica, jak się patrzy- gwizdnąłem z podziwem.
W tym momencie uchyliłem się przed sztyletem, który obracając się w powietrzu wbił się we framugę drzwi.
-W swoich nie wal!- Prychnął Tiberius.
-Nie wiedziałem, że ktoś idzie- odparł z wyrzutem młodszy od nas nastolatek. Wyciągnął broń z framugi, idąc do kanciapy. Zamknął drzwi.
-Rodzeństwo- sapnął Tiberius z ciężkim westchnieniem.
Bez słowa wepchnąłem magazynek w pistolet i przeciągnąwszy zamek zacząłem strzelać.
Wtedy obraz przed moimi oczami nagle się zmienił. Zobaczyłem ten pomarańczowy dom na slumsach, a po chwili ciemną, brudną celę i Callisto. Głodną, brudną i osłabioną. Powoli uniosła powieki.
-Zabierzcie mnie stąd..- szepnęła żałośnie samymi wargami.
Nagle obraz zaczął śnieżyć, jak zepsuty telewizor i zobaczyłem co innego.
Chłopca o skośnych żółto-zielonych oczach stojącego w ciemności.
-Nana tenshi... Onegai.. Karisuto-sama..- powiedział błagalnie.
-Nic nie rozumiem..- zacząłem oszołomiony. Miałem wrażenie, że nieznajomy chce mi powiedzieć coś ogromnie ważnego.
-Kitsune... Kitsune- powtórzył szeptem- Anata no kodomo..- Nagle zmienił się w śnieżnobiałego lisa z dwoma ogonami. Chyba chciał, żebym szedł za nim.

Biegłem za lisem aż dotarłem do ciemnych, zimnych cel. Po dłuższej chwili moje oczy przyzwyczaiły się do mroku. Chłopiec-lis przystanął przed kratami w połowie korytarza.
Dopadłem do nich i zacisnąłem mocno dłonie na prętach.
Callisto!
Była w opłakanym stanie. Drżała, mamrocząc coś niezrozumiale.
-Moje Kochanie...- wyszeptałem przerażony.

-Obudź się... Wstawaj, chłopie- usłyszałem jakby z oddali zdenerwowany głos Daména.

Otworzyłem oczy i podniosłem się gwałtownie. Zakręciło mi się w głowie, a Vega złapał mnie szybko i ułożył na podłodze.
-Nie wstawaj przez chwilę- pouczył mnie.
Milczałem. Świat zawirował mi przed oczami. W środku wszystko mi się trzęsło- serce chciało wyskoczyć z piersi, a oddech przyspieszył...
-Nic mi nie jest..- powiedziałem wstając szybko, zachwiałem się, a Tiberius podtrzymał mnie w pionie i siłą usadził na jakimś krześle. Sięgnąłem do kieszeni po telefon i wybrałem numer Tori.
-Co jest grane, Michael?- Rzuciła rzeczowo.
-Chyba wiem, gdzie jest Cally- odparłem.
-Nawijaj- odpowiedziała machinalnie.
Opowiedziałem jej całą historię. Słuchała w tle stukając w klawiaturę komputera.
-Nana tenshi, to po naszemu Seventh Angel- chwila ciszy w słuchawce.- Ten brudas Krzyżanowski.. On musi coś o tym wiedzieć..- Zasyczała wściekle.
-Gdzie ty w ogóle jesteś?- Zapytałem wolno.
-To długa i pogmatwana historia- zbyła mnie.- Jeśli u nas jest jedna z tych Bram, to u ciebie też może coś takiego istnieje..- zauważyła.
-Sprawdzę to, cześć.
-Też się rozejrzę, nara- koniec rozmowy. -No, to sobie zagramy; dranie- mruknąłem do swoich myśli.
-Mogę się dowiedzieć, co jest grane?- Zapytał ostrożnie Tiberius.
-Dużo by opowiadać, cześć- rzuciłem biegnąc do wyjścia.
***
Chodziłem po mieście, nie do końca wiedząc, czego szukać.
W myślach odtwarzałem notatki, które robiliśmy razem z Cally przy śledztwie na temat "Syndromu Anioła".
-Dziwny dom, z którego już nikt nie wychodzi- mruknąłem w zastanowieniu.
-Znam coś takiego- odezwał się w tłumie ludzi głos za mną, a ja odwróciłem się zdziwiony, że osoba słyszała mnie w takim gwarze.
Otaksowałem ją spojrzeniem. Była kobietą koło dwudziestu pięciu lat, długowłosą blondynką z dość zwariowaną fryzurą, ubraną na czarno, choć trochę w dziwacznym stylu- coś jakby skrzyżowanie cosplayu z... niewiadomo czym. Na jej szyi wisior z rzucającym się w oczy krzyżem a na środkowym palcu pierścionek z kwadratowym ciemnobłękitnym kamieniem. Wyrazisty, ciemny makijaż, oraz buty na platformie. Wyglądała, jak niezbyt udana kopia gitarzystki Suriel's Grave.
-Naprawdę?- Udałem zaciekawienie.
-Mhm- potwierdziła wolno, gdy przysiedliśmy na jakiejś ławce.- To kilka ulic dalej, była tam kiedyś fabryka Seata..
Zaraz... Idąc do szkoły przechodzę koło..(?)
-Bingo!- Rzuciłem w olśnieniu.- Mam was..- wstałem z ławki i w biegu uśmiechnąłem się do zaskoczonej dziewczyny.

Tori Miles, Królowa Ogólniaka.
-Królestwo za kawę- rzucił z rozmarzeniem Lucas, ziewając.
-Właśnie w tym was przewyższamy, nie potrzebujemy snu- Zakpił związany Rafael.
Mocny cios powalił go na betonową podłogę.
-Mówiłeś coś, brudasie?- Spytał wysoki z ironią.
-Mówiłem, że jesteście śmieciami, Worku Krwi- rzucił z kaszlącym śmiechem chłopak o dwukolorowych oczach.
-Zmień płytę. Przynudzasz- rzuciłam niosąc filiżankę kawy i cukierniczkę.
-Wampiry.. Obrzydliwe, cuchnące krwią zwierzęta- skomentował z odrazą Angello.
-Masz?- Spytał wymownie Lucas.
-Pewnie, że mam- Przewodniczący Stowarzyszenia rzucił w jego stronę nieprzejrzysty pojemnik wielkości kieszonkowej książki. Rafael odsłonił kły i warcząc, próbował rozerwać więzy.
Lucas wyciągnął z pudełeczka strzykawkę z czymś zielonym i z mściwym uśmieszkiem przesunął ją tuż przed oczami Rafaela.
-To nie musi się tak skończyć, brudasku- rzucił Lucas udając smutek.- Zacznij śpiewać, a nic ci nie zrobię.
Więzień spojrzał nań z odrazą, sycząc:
-Pierdol się.
-Twoje fantazje erotyczne niespecjalnie mnie  interesują.. Dziękuję, Tori- zwrócił się do mnie swoim chłodnym głosem. Posłodził kawę i upił łyk.- Czemu zawsze ja odwalam czarną robotę..(?)- westchnął ciężko.
-Może dlatego, że masz błyskotliwy umysł- stwierdził Angello z trudem powstrzymując się od śmiechu.
-Dzięki za delikatną definicję mojego psychopatyzmu- zakpił w odpowiedzi Lucas.
-Ja tego nie powiedziałem...- rzucił Angello
-Ale pomyślałeś- odbił piłeczkę wysoki.
-No, dobra: masz mnie- przyznał niebieskooki.

Przesłuchania ciąg dalszy. Rafael nadal pyskuje i odmawia odpowiedzi.
-Nie pozostawiasz mi wyboru, brudasku- westchnął Lucas pijąc lemoniadę z puszki, zręcznie podrzucał i łapał strzykawkę. 

Powoli podniósł się z krzesła i zdjął z igły osłonkę. W mgnieniu oka przycisnął Rafaela do ściany i podał mu środek.
-Mam sporo wolnego czasu, a ty i tak wyśpiewasz, co wiesz- zauważył wysoki spokojnie.
-Nic ci nie powiem..- odparł ledwie słyszalnie Rafael wbijając wzrok w podłogę.
-Mogę cię do tego zmusić; nie zależy mi; ile to potrwa- odparł Lucas ze wzruszeniem ramion. Upił kolejny łyk z puszki i przymknął na chwilę oczy.- Brudne, cuchnące krwią bestie- mruknął do siebie z nienawiścią i odrazą, a jego oczy błysnęły jakimś uczuciem, którego nie potrafiłam jeszcze odszyfrować.
Rafael zwisł w łańcuchach. Wzrok miał utkwiony w podłodze i dziwnie się trząsł.
***
Trzeci dzień przesłuchania, piętnasty maj...
Uprzedziłam Vincenta, że będę w domu trochę później niż zwykle, żeby się o mnie nie martwił. Opowiedziałam o zniknięciu Cally, a on obiecał, że rozejrzy się po mieście.
Lucas siedział przed Domem Klanu i pijąc lemoniadę z puszki patrzył w dal. Myślami był jakby gdzieś daleko stąd.
-Przeklęte Bestie- mruknął nadal pogrążony w myślach. Oparty o ścianę przymknął na chwilę oczy, a jego oszpecona twarz przybrała zamyślony wyraz.
-O czym myślisz, Lucas?- Spytał tuż obok Morgenstern.
-Zastanawiam się, czy ten brudas nie chce, czy nie może gadać- zauważył wysoki szarooki.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zdziwił się Celownik, patrząc nań z boku.
Lucas spojrzał w jedyne oko Morgensterna zastanawiając się przez chwilę.
Ku nim podbiegł wampir. Zamienili po cichu kilka słów i ruszyli w stronę podziemnych cel.

Rafael wisząc w więzach rozglądał się po pomieszczeniu szeroko otwartymi oczami. Wyglądał, jakby nie wiedział, gdzie jest i, co się dzieje.
-Co jest grane? Czemu jestem skuty..?- Zaczął się szarpać w łańcuchach.- Puśćcie mnie!
Lucas powstrzymał jednego z wampirów.
-Wezwij swoją Panią- rzucił krótko.
-Rozkuj mnie natychmiast, ty łowczy psie!- Rozkazał wściekle więzień.
-Pamiętasz coś z wczoraj?- Przerwał mu Lucas spokojnie.
Wyraz twarzy Krzyżanowskiego złagodniał, gdy ten pogrążył się w myślach.
-Nie wiem nawet, jaki mamy dzień..- zauważył z porażką kręcąc głową odmownie.
-Dwudziesty kwiecień- rzucił krótko Lucas.
Rafael wbił w łowcę zdumione spojrzenie.
-Niemożliwe...- szepnął.- Dopiero co był październik.. Ja.. Nic nie pamiętam...- powiedział oszołomiony.
-Jakieś kłopoty?- W drzwiach stanęła Livia.
-Nic nie pamiętam... Nie pamiętam..- Powtarzał Rafael oszołomiony.
-Półroczna przerwa w życiorysie? Nie wierzę- zauważyła.
-Przysięgam... Mówię prawdę..- szepnął. Nagle jego oczy błysnęły czerwonym płomieniem, a chłopak wybuchnął śmiechem.
-Gra nabiera tempa- powiedział nieswoim głosem.
Trzask. Z dłoni wampirzycy wysypały się okruchy szklanki. Jej oczy zapłonęły szkarłatem, a z ciała Rafaela trysnęła krew.
-Opanuj się, pani klanu Vain- odezwał się sprzed stolika Angello.- Być może on też jest przez nich opętany- zauważył z zastanowieniem.
-Na jakiej podstawie tak twierdzisz, Cherub?- Zapytała chłodno.
-W moim języku przeklina nawet lepiej, niż ja sama- odezwała się siedząca obok Angello Japonka.- Jak sądzę nigdy nie miał styczności z tym dialektem- zasugerowała.
-Z pochodzenia jest Polakiem, więc raczej wątpię- oznajmiła kobieta
Yuri poprawiła kimono wstając. Podeszła do Rafaela i spojrzała mu głęboko w oczy.
-Anata no namae- zwróciła się do więźnia.
Z ust Rafaela wydobył się przerażający chichot i gadzi syk.
-Omae wo korosu- rzucił chichocząc wesoło.
Yuri patrzyła nań obojętnie; a my z rosnącym niepokojem obserwowaliśmy wydarzenia. Odwróciła się, jakby chciała odejść, a sekundę później wyprowadziła cios. To coś o postaci Rafaela zasyczało wściekle i zaczęło kląć i grozić. Azjatka przesunęła tuż przed jego oczami trzymaną w palcach prostokątną karteczkę z jakimiś krzaczkami. Demon umilkł i wbijał świecące fuksją ślepia w skrawek papieru.
-Densetsu no kitsune- szepnął wystraszony.
-Anata no namae- rzuciła wyczekująco.
-Itami desu...
Dziewczyna w kimonie wzięła ze stołu dziwaczne oklejone karteczkami pudełko, mamrocząc coś po swojemu.
-Właź do pudła- nakazała spokojnie, a nam poopadały szczęki.
-A jak nie?- Zaczął.
Twarz Yuri wydłużyła się w lisi pysk, wyrosły jej lisie uszy, a spod kimona błysnęło dziewięć ogonów- zawarczała ruchem pyska wskazując pudło, a jej ślepia zaiskrzyły jasnym różem. Przybrała postać pół człowieka- pół lisa.
Obłoczek popielatego dymu uniósł się nad Rafaelem i pod naporem groźnego wzroku lisicy wskoczył do pudła.
-Nie powiedziałaś, że jesteś jedną z nich- warknęła Livia odsuwając się przezornie.
Dziewczyna przybrała normalną formę i zamykając karton odparła:
-Kapłanki Fushimi Inari to w większości lisice, myślałam; że o tym wiecie- zauważyła ostrożnie.
-Teraz już tak- rzuciła z ironią wampirzyca.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów..
Wczesny wieczór spędziłem przy laptopie, szukając informacji o Seventh Angel i naszym obecnym problemie zwanym lisimi duchami.
Przydatne fakty notowałem sobie na bieżąco.
Jedyne, czego mogłem być pewien to to, że Callisto jest gdzieś uwięziona i muszę ją stamtąd wyciągnąć. Za wszelką cenę. Byłem również ciekaw, kim jest ten dzieciak z mojej wizji i, czy na pewno mogę mu ufać.
Kliknąłem w kolejny link, a ekran laptopa spowiła czerń.
-Nie rób mi tego.. Nie teraz..- jęknąłem myśląc, że sprzęt znów zaczyna szwankować. Podparłem głowę na ręku.- No, nie wierzę...- westchnąłem z niemałą irytacją, grzebiąc w ustawieniach wyświetlacza.

Wykorzystałem chyba milion kombinacji i już chciałem się poddać, gdy moja ręka drgnęła przesuwając pasek kontrastu o zaledwie jeden procent. Ukazała się czarna witryna z karmazynowym napisem w tym dziwacznym alfabecie, którego używała Yuri. Przepuściłem stronę przez tłumacza, bo skoro ktoś zadał sobie tyle trudu, by ukryć jej treść; to pewnie zawiera ona coś ważnego.
***
-To nie jest śmieszne, Google- mruknąłem, gdy na wyświetlaczu ukazało mi się jakieś forum dla wampirów. Jednak temat wątku okazał się interesujący, a głosił: "Śmiejący się strach". Pogrążyłem się w lekturze.

Użytkownicy grupy dyskusyjnej opisywali swoje doświadczenia związane z kitsune, ale i stworzeniami zwanymi akuma. Z tego, co udało mi się zrozumieć te ostatnie w jakiś sposób podlegają kitsune i...
Czytając dalej upiłem łyk Fanty i prawie bym się udławił- opisem tego czegoś były nasze rybo-ślimaki!
-Cholera..- zakląłem pokasłując.
Ktoś poklepał mnie mocno po plecach.
-Dzięki..- wysapałem.
-Wiedziałam, że nie odrabiasz lekcji- zauważyła Caroline.
-Skąd ty tutaj?- Zdziwiony odwróciłem się do niej na biurowym krześle.
-Przerzucili nas spowrotem- odparła wolno.- Pijawy świrują tu na maksa.- A ty? Znalazłeś coś?
-Na razie nic szczególnego, ale przeglądam ciekawe forum dla pijawek- odparłem.
-Co w tym interesującego?- Spytała bez entuzjazmu.
-Jeszcze do tego nie doszedłem, ale na pewno coś znajdę- odparłem.- A wy?
Natrafiliście na coś?- Spytałem.
-W opuszczonej fabryce Seata wampir, którego ścigaliśmy zniknął bez śladu i to na naszych oczach- przyznała na pół ze wstydem i zaskoczeniem.
-Kolejne dziwne zniknięcie wampira- mruknąłem z zastanowieniem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Słysząc przy drzwiach jakieś zamieszanie wszyscy podnieśliśmy głowy. Wampir oberwał. Jakoś zdołał wyrwać się strażnikom, a ci ruszyli za nim. Nagle widząc mnie znieruchomiał. Dopadł do dzielących nas krat i zacisnął na nich ręce.
Te platynowoblond włosy i czarne, jak węgiel oczy, oraz niezmiennie blada twarz pozbawiona szczęśliwego uśmiechu.
-Ca..llisto Ana..belle- i ten głos, którego miałam już nigdy nie usłyszeć.
Z trudem podniosłam się i podeszłam do krat. Nasze dłonie splotły się w mocnym uścisku.
-Marius... Ty żyjesz... Żyjesz..- szepnęłam w głębokim zdumieniu.
-Szafirku... Ciebie też TO spotkało...- poczułam na jednym z jego palców pulsujący Mocą pierścień. Lazuryt.
Kraty nagle odjechały na bok przechodząc przez nasze nadgarstki, jak przez próżnię.
Wyciągnął mnie z celi i zatonęłam w jego ramionach.
-Stara miłość, jakie to cudowne uczucie, prawda?- Zapytał Zetsubō śmiejąc się paskudnie.
-Czego chcesz?- Zapytałam nieufnie.
-Och, Skarbie. Nie psuj takiej pięknej chwili- zachichotał złośliwie.
-Nie nazwałbym jej "piękną"- odezwał się cicho Marius.
-Przecież jesteś tu ze swoją Ukochaną, czego chcieć więcej...?- Zetsubō wyraźnie coś kombinował..
-Ona jest "własnością" kogoś innego- odpowiedział spokojnie Marius.
-Przecież mieliście być parą- zaczął zaskoczony chłopiec.
-Skąd o tym wiesz?- Warknęłam ostro, a palce Mariusa przylgnęły do moich ust nakazując mi ciszę.
-To prawda. Byliśmy sobie Przyrzeczeni, ale to było dawno temu.. Mimo to nie  potrafię kochać jej inaczej, niż jak młodszą siostrę...- skończył spokojnie Marius.
Zetsubō nie spuszczając błyszczących fuksją kocich ślepi z Mariusa cofnął się o pół kroku.
-Ty... Nie żartuj sobie- zaczął z niedowierzaniem kitsune, przybierając postać pół chłopca- pół lisa.- To.. To bzdura!- Wybuchnął nagle drwiącym śmiechem, nadal wierząc; że czarnooki blefuje.
-To rzeczywistość- oznajmił spokojnie Wadera.- Callisto zawsze była dla mnie nikim innym; jak osobą, którą traktowałem; jak siostrę- Oznajmił przyciskając mnie do swojej piersi. Obejmował mnie zupełnie, jak dawno temu- mocno i jednocześnie tak, jakby mówił: jestem twoją siłą, przy mnie nikt nie zrobi ci krzywdy.
Przylgnęłam do niego. Sama przez te lata nie do końca wiedziałam, kim dla mnie był; ani kim mógłby być i co wobec niego czułam. Nasze wcześniejsze relacje były niejasne- ja nazywałam go narwanym idiotą; a on mnie po prostu Szafirkiem; potrafił mnie doprowadzić do szewskiej pasji jednym słowem; czy drobnym komentarzem, a gdy go za to opieprzyłam zwyczajnie przepraszał. Potrafiliśmy kłócić się z powodu błachostek, rywalizować ze sobą, godzić się walcząc ramię w ramię; rozmawiać o głupotach. Byliśmy różnymi ludźmi, ale był z nas naprawdę zgrany łowczy team.
Kurushimi wyszła zza pleców brata chichocząc.
-Uso!. Nie istnieje między obcymi sobie ludźmi braterska miłość- oznajmiła patrząc mu w oczy. 
Marius przytulił mnie jeszcze mocniej. Przy nim ból nasilającego się pragnienia stawał się bardziej znośny, ale...

Ten zapach..

Kitsune zaatakowały. Marius odskakiwał robiąc uniki. Kopniakiem odrzucił Zetsubō. Spomiędzy krat celi obok mojej wystrzeliła ręka zaciskając się na gardle Kurushimi.
-Zabiję cię...- powiedział ochrypłym głosem Torres. Długi paznokieć oparł się na szyi demonicznej dziewczynki. Pojawiła się plamka krwi.
Marius zwrócił głowę w kierunku głosu.
-Czego stoisz, durniu?!- Warknął Czystokrwisty w stronę oniemiałego z zaskoczenia Mariusa.- Zabieraj ją i w nogi! Uciekajcie stąd!
Marius bez słowa pociągnął mnie za sobą. Odwróciłam się przez ramię. Z krat wystrzeliły ostre szpile rozrywając Torres'a na strzępy.

Zaparłam się nogami, Marius  obrócił się na pięcie i wziąwszy mnie na ręce biegł dalej.
-Musimy tam wrócić- powiedziałam z naciskiem.
-Nie ma mowy- odparł tonem nie znoszącym sprzeciwu.
-Marius, muszę go ocalić! Zrozum mnie!- Zaprotestowałam.
-To ty zrozum! W tym stanie jesteś tylko ciężarem! Nie będę mógł cię ochronić!- Odparł niecierpliwie, a ja zamknęłam oczy z trudem powstrzymując łzy. Jednak obiecałam sobie, że wrócę po Hideyoshi'ego.
-Nie będę mógł cię ochronić, Callisto- powtórzył cicho, biegnąc.
***
Skręcił i zobaczyłam lśniące czystością, bogato urządzone pokoje po obu stronach korytarza. Po chwili obraz zmienił się na ponurą i  opuszczoną halę produkcyjną.
Wyważył butem drzwi i wpadliśmy na kogoś. Marius ślizgnął i w mgnieniu oka pochwycił mnie niemal tuż nad ziemią.
Chłopak wstając, podniósł okulary i założył je na nos. Widząc mnie w innych objęciach nie do końca wiedział, jak na to zareagować.
-Moje Kochanie...- poczułam dotyk jego palców i ciepło.
Jego słodka woń obudziła we mnie żądną krwii bestię. Zaczęłam wyrywać się Mariusowi. Ogarnął mnie ramionami, unieruchamiając.
-Nie zbliżaj się..- powiedział cicho.
-Kim jesteś?- Zapytał zielonooki ostro.
Marius siłą odwrócił mnie do siebie i przycisnął mocno do swojej piersi.
-N-Nie...- Opanowałam się i zaczęłam stawiać opór.
-Zrób to- przerwał ostro, nie pozwalając mi się wyrwać.
-Przestań jej rozkazywać!- Warknął wściekły Michael, chcąc podejść.
-Powiedziałem, żebyś się nie zbliżał. Ona potrzebuje krwii, inaczej..- gdy straciłam siły, ukląkł ze mną na asfalcie.- Callisto... Szafirku..- przytrzymał moją twarz i spojrzał mi w oczy.
Bolało.. Czułam kłujący chłód i ciemniało mi przed oczami. Byłam taka ciężka..
Słaba.
Gardło okropnie paliło, a ciało płonęło z pragnienia. Kły wibrowały ogromnym bólem, z ust wyrwał mi się wrzask.
-Szafirku... Proszę..- Szepnął ten drogi mi głos. Jego dotyk zadawał mi niewyobrażalne cierpienie, a zapach potęgował te męczarnie.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nie chcę...- wyjęczała błagalnie.- Nie chcę cię znów.. stracić...- Jej słowa bardzo mnie zabolały.
Kim on dla niej jest?- Zadawałem sobie to pytanie, próbując stłumić ból.
-Puść.. Puść mnie, Wadera!- Zawyła z bólu.
-Nie, póki się nie napijesz- oznajmił cicho i spokojnie.
Zamarła na dłuższą chwilę. Bardzo powoli podniosła głowę i spojrzała w jego czarne oczy. Odbijająca się w nich twarz Callisto wyrażała uczucie nierozerwalnej więzi; jakby on był dla niej kimś więcej; niż ja..
-Szafirku, pomyśl o nich- powiedział wampir cicho.- Troszcz się o swoje dziecko.. O niego- starał się ją przekonać.- Szafirku, chcę ci pomóc.. Pozwól mi na to i weź..- Czarnooki blondyn przytulał lecącą mu przez ręce Callisto, która oddychała ciężko; próbując się uspokoić.
-Nie chcę, żebyś znów cierpiał..- szepnęła słabo.
-To nic, Szafirku- zapewnił ją kojąco.- Jeśli tylko tyle mogę zrobić, żeby odwdzięczyć ci się za to wszystko..- urwał nagle, przymykając na chwilę oczy.- Chcę tylko twojego dobra; Callisto Anabelle Raven!.- chwycił dziewczynę za ramiona i potrząsnął nią ze złością.
-To chore... Mam krzywdzić, kogoś, kogo kocham- widziałem, jak cierpi- bo to dla „mojego dobra”? To po prostu chore... Chore; Marius...- szepnęła z trudem.
-Poświęcenie dla kogoś nie jest chore; Szafirku- odparł cierpliwie.- Ty też zrobiłabyś to dla niego- dostrzegłem, że ruchem głowy wskazał mnie, lecz nadal wbijałem wzrok w asfaltową nawierzchnię. Gapiłem się w nią uparcie, choć miałem ochotę dopaść do tego kolesia i pociąć go w idealnie równą kostkę.
-Szafirku- powiedział pieszczotliwie, głaszcząc jej włosy.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Czułam bicie serca Małej. Słabnące uderzenia w moim ciele sprawiały, że grunt uciekał mi spod nóg. Wiedziałam, że jeśli ją stracę załamię się. Zwariuję. Bałam się, że jeśli stracę ją; stracę również Michaela.
Poczułam usta Mariusa na policzku. Przylgnęły do niego, delikatnie, jak skrzydła motyla.
-Nie walcz ze sobą.. Potrzebujesz krwii, Szafirku- szepnął uspokajająco.
Moje kły delikatnie przebiły jego arterię. Zaczęłam pić..

Smak jego krwi był oszałamiający. Po tylu dniach głodu rozgrzewał moje ciało, jak gorąca herbata zimą. Krew Mariusa była słodka, jak nektar i dawała mi więcej siły.

Poza tym serce Małej zaczęło się stabilizować.
Po kilku minutach przestałam pić. Moje szkarłatne tęczówki odbijały się w jego czarnych, gdy patrzyliśmy na siebie.
Wtedy uświadomiłam sobie, że nie powinno go tutaj być..
On przecież nie żyje..
-Nie żyje..- Szepnęłam słabo, chwytając mocno jego dłoń z lazurytową biżuterią.
-Jestem taki sam, jak oni; Szafirku- Marius wbił oczy w ziemię.- Jestem jednym z tych brudnych krwiopijców- powiedział dobitnie, puszczając mnie. Wstał i odwrócił się, chcąc odejść, ale wyciągnęłam rękę, zamknęłam jego nadgarstek w dłoni i podniosłam głowę.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nie zostawiaj mnie znowu..- szepnęła z przywiązaniem.
Podniósł ją na nogi.
-Dopiero, gdy zniknę będziesz szczęśliwa- odparł cicho.
Strzeliła mu mocnego liścia.
-Wiesz, że nie będę!- Wykrzyczała mu w twarz, rozdrażniona zaczęła go okładać pięściami w bezsilnej złości.- Powiedz mi prawdę! Kim dla ciebie byłam? Kim teraz jestem?
Młody mężczyzna patrzył na nią, cierpliwie znosząc jej ciosy. W jego pełne mroku tęczówki zakradło się coś na wzór uśmiechu.
-To, co im powiedziałem było prawdą. Kochałem, kocham i będę cię kochać tylko jako siostrę- powiedział cicho Marius znów całując delikatnie jej policzek. Wziął ją na ręce.
Jego stwierdzenie otrzeźwiło mnie, odganiając ból i niepewność.
|•••|
Mieszkał niedaleko. Sam w dużej posiadłości. Powiódł mnie do salonu, i poszedł w stronę sofy, gdzie ułożył śpiącą Callisto.
-Pewnie jesteś wściekły- odezwał się, gdy rozglądałem się po pomieszczeniu.
-Naprawdę traktujesz ją tylko jak siostrę?- Zapytałem przyglądając mu się uważnie.
-Nie pytasz, kim jestem?- Odparł pytaniem.
-Chyba wystarczy mi wiedzieć, że jesteś wampirem- zauważyłem.
-Chyba źle sformułowałem pytanie- stwierdził z ironią. Otworzył przyległe drzwi, a po chwili wrócił z kilkoma torebkami krwi.
-Ona.. Jest do ciebie przywiązana..- powiedziałem niepewnie, zawieszając wzrok na starej tarczy z Wilczycą w herbie.
-To było dawno temu- odpowiedział spokojnie Marius.- Byliśmy... Cristopher chciał, żebyśmy byli małżeństwem..- pokręcił głową z niedowierzaniem; jakby uważał to za totalną głupotę. Rozerwał zębami zabezpieczenie opakowania i upił trochę transfuzyjnej, patrząc w okno.- Może to prawda; że jesteśmy gorszymi mordercami, niż Oni..- westchnął ciężko.
-Bredzisz bez sensu- zauważyłem powoli.
-Kiedyś było inaczej, Płomień. Byłem łowcą..- Marius wzruszył ramionami.- Moją rodzinę wymordowali Rządowi na spółkę z Klasztornymi, tych którzy mieli mniej szczęścia; czyli przeżyli, wywieźli do swojego miasta. Byłem wśród tych osób- Jego oczy błysnęły czerwienią z szafki z hukiem spadł jakiś wazon.- Przy życiu trzymała mnie tylko jedna myśl. Zabić jak najwięcej wampirów, zemścić się- czarne oczy były zimne i puste.- Żyłem tak, póki na świat nie przyszła Callisto... Jej ojciec, według tradycji, przyrzekł mi ją za żonę- Marius buchnął śmiechem.- Stare rodziny praktykowały ten głupi zwyczaj.
-A kochałeś kiedyś Callisto w ten sposób?- Zapytałem z wahaniem.
Blondyn powoli odwrócił twarz od okna i spojrzał mi prosto w oczy.
-Nigdy nie czułem do niej więcej, niż braterskiej troski. Zawsze była, jak moja młodsza siostra.. Zawsze chciałem mieć siostrę...- westchnął z rozmarzeniem.
-To czemu nie odmówiłeś jej ojcu?- Zacząłem zdziwiony.
-Nie wypadało, bo to tak, jakbym go obraził- wzruszył ramionami.- Na szczęście sprawa sama się rozwiązała- dokończył pierwszą torebkę i bez wahania otwarł drugą.
Zapanowało między nami milczenie, a ja zastanawiałem się, co takiego kiedyś ich łączyło i, czy mogę mu wierzyć na słowo.

Callisto przekręciła się na bok i odetchnęła słabo. Zerwałem się z półsnu na równe nogi. Zaszumiało mi w głowie, a przed oczami zatańczyły czarne plamki.
-Wszystko z tobą w porządku?- Zapytał tuż obok Marius.
-Zaraz mi przejdzie- zbyłem mrugając szybko.
Marius zwrócił wzrok w kierunku Callisto. Podszedł do niej i przysunął dłoń do jej policzka.
-Zdaje się, że kryzys opanowany- stwierdził odsuwając rękę, okrył ją kocem.
Callisto mamrotała coś przez sen niezrozumiale. Nagle zerwała się z kanapy z szeroko otwartymi oczami, przeklinając:
-Załatwię cię, ty mały, zajebany kitsune..- przytrzymała się oparcia mebla i rozejrzała się. Najpierw spojrzała na niego, potem na mnie... I zakryła usta w przerażonym geście.
-Callisto..- oparłem jej dłonie na ramionach.
Zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć. Odsunąłem się zaskoczony jej zachowaniem.
-Wynoście się! Zostaw mnie w spokoju; dziwko!- Spojrzałem pytająco na Mariusa, a on na mnie- chyba obaj byliśmy zdumieni zaistniałą sytuacją.
-Zostaw mnie... Nie podchodź..- przestraszona zawinęła się w koc.
-Callisto.. Moje Kochanie, co ci jest..?- Zacząłem zmartwiony.
-Nie dam ci się nabrać; Kurushimi... Nie dam się nabrać..- powtórzyła nieufnie.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz