piątek, 20 kwietnia 2018

Hunter III Curse Rozdział XXIII Dawca..

Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Chce ci się pić..- zaczął z prośbą.
-Nie..- odmówiłam przerażona.
-Wiesz, że ten kij ma dwa końce- powiedział cicho.
-To tak, jakbyś mówił, że nie możesz bez tego żyć..- zauważyłam wbijając oczy w płytki na podłodze. Byłam niezadowolona z takiego obrotu spraw. Bałam się, że kiedyś zatracę się do tego stopnia, że go zabiję. Zawsze istniało to niebezpieczeństwo. Strach, że przekroczę tę niepisaną granicę...
-Bo nie mogę- potwierdził, bojąc się, jak to odbiorę.- Bez tego jestem niekompletny- położył moją dłoń na swojej piersi, zadrżałam czując lekkie i miarowe bicie jego serca, ale...
Miałam świadomość tego, że nie potrafię oprzeć się mojemu nałogowi. Sam zapach tej krwi potęgował u mnie kolejny atak.
Zachwiałam się... Mimo, że byłam wykończona, a pragnienie krwi rozrywało mnie od środka, nadal wolałam się powstrzymywać.
-Nie boję się...- szepnął kojąco tuląc mnie mocno.
-Ale ja..- szepnęłam ochryple.
Bez słowa ogarnął mnie ramieniem.- Musimy powiedzieć Angello, że Torres nie żyje- przypomniałam sobie nagle.
-Nie martw się pracą, to może poczekać..- powiedział cicho, dając mi całusa.- Moje Kochanie..
Ustąpiłam, pozwalając mu na pierwszy krok.

Oderwałam usta od jego szyi i wbiłam oczy w drzwi.
-Nie zatonęliście sobie w oczach?- Rzucił zza drzwi z ironią Marius.
-Już idziemy- odparłam, asekurowana przez Michaela otworzyłam drzwi łazienki.
-Zapomniałem o klapkach- rzucił z ironią.
-Dzięki- odparłam.
Dziwnie było zobaczyć go żywego po tylu latach. Nadal onieśmielał mnie widok jego przystojnej anielskiej twarzy i umięśnionej, wysportowanej figury.
Poszliśmy za nim do jadalni. Na widok stołu pełnego żarcia opadła mi szczęka.
-Łał...- wymruczał Michael zaskoczony.
-Smacznego- Marius odsunął mi krzesło.
-Dlaczego nie kontaktowałeś się ze mną, skoro żyjesz?- Zapytałam niepewnie.
-Miałem kilka starych spraw do załatwienia- odparł wolno.
-Zbywasz mnie- wiedziałam, że ta rozmowa jest trudna dla nas obojga.
-Nie zbywam. Po prostu...- zastanowił się przez krótką chwilę.- Musiałem przyczaić się na jakiś czas.. Bywałem tu i tam, wiesz; jak jest- skwitował.- Poza tym... Kiedy dowiedziałem się o "tamtej nocy" i o późniejszym rozejmie.. Byłem z tego powodu taki.. Taki...
-Wściekły?- Podsunął Michael.
-Wściekły to mało powiedziane..- Marius obracał w palcach zapalniczkę.- Na kilka miesięcy przestałem się kontrolować. Każdego Rządowego pozbywałem się, jak śmiecia, aż w końcu znalazły mnie te Senackie szmatławce.. Zagrozili, że jeśli się nie uspokoję, rozwalą mi łeb- parsknął ironicznie.- Wywinąłem się i poszedłem spowrotem w tango. Pewnie, jak większość łowczych, szukałem jakichś śladów Linka i tak dowiedziałem się, że Cristopher przeżył.. Zaczęliśmy szukać Linka we dwóch. Rozbijaliśmy się po różnych zabitych dechami dziurach.. Wierz mi, naprawdę nie chcesz wiedzieć; co tam wyprawiałem..- powiedział, jakby się tego wstydził.
-To tamtego dnia stałeś się..- zaczęłam cicho.
-Tak... Właściwie nie wiem, dlaczego nie odrzuciłem krwi.. Nie wiem, z jakiego powodu..- zacisnął zęby z ponurą miną.
Nic się nie zmienił. Nadal w tym rogatym sercu pozostały żal, cierpienie i poczucie winy- ciągle obwiniał się o szerzące się wokół niego okrucieństwo i śmierć. Czuł się bezsilny, że nie potrafił nikogo przed tym  ochronić. W końcu i jego ogarnął syf podziemnego świata łowców.
Odłożyłam widelec i ścisnęłam jego dłoń.
-To nie jest twoja wina; Marius- powiedziałam z naciskiem.
-Właśnie, że jest. Wszystkim wokół mnie.. Wszyscy wokół mnie giną- zaczął przez zaciśnięte zęby- To ciągle wraca, Szafirku.. Stale od początku ten sam koszmar..- mówił z rozpaczą.- Sam już nie wiem, kim naprawdę jestem: człowiekiem, czy zwykłym potworem..
Michael trzasnął pięścią w blat, aż podskoczyłam. Spojrzałam nań z boku, zaskoczona dostrzegłam w jego oczach gniew.
-Ty cholerny kretynie..- zasyczał rozdrażnionym tonem zielonooki okularnik.- Jesteś kretynem do potęgi nieskończonej cierpliwości Anioła.. Wampiry takie, jak Link powinny zdychać, jak szczury.. Pokój między nami to jawna bzdura.
-Może, gdybyśmy przestali walczyć między sobą, to coś by..- nie zdążyłam powstrzymać Michaela, który przywalił blondynowi z pięści.
Wybuchła między nimi bójka. Zaczęli się tarzać po podłodze i okładać, kłócąc się zawzięcie.
Starałam się ich rozdzielić, ale obaj odepchnęli mnie i wrócili do mordobicia.
-Przestańcie! Każdy wasz cios boli też mnie..- opadłam na krzesło ze łzami w oczach.- Przestańcie..
Marius zamarł z ręką uniesioną do następnego ciosu, a Michael oddychając ciężko opuścił gardę. Obaj odeszli od siebie bez słowa.
-Przepraszam, chyba serio pieprzę głupoty- odezwał się Marius niechętnie.
-Ja też przegiąłem- przyznał ciemnowłosy okularnik, ocierając krew z rozciętej...
Nagle poczułam mocny chwyt na ramionach. Zaczęłam się wyrywać, szczerząc wystające kły. Marius podniósł mnie w powietrze.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co jej jest?..- Zapytałem ostro.
-Dostała szału... Nie powinieneś jej karmić tak szybko- odparł wlokąc ją z dala ode mnie.
Zatkało mnie, gapiłem się nań zaskoczony. Na usta cisnęło mi się zaprzeczenie, a serce w mojej piersi tańczyło salsę.
-Nie broń się, i tak znam prawdę- oznajmił z niechęcią, starając się utrzymać Cally. W pewnej chwili wyswobodziła się.
Błyskawicznie przyciągnął ją i ogłuszył; mówiąc:
-Wybacz, Szafirku..- wziął na ręce upadającą dziewczynę i ułożył ją na sofie. Przesunął palcami po Róży na jej szyi, patrząc na nią smutno. Wstał i poszedł po transfuzyjną.

Krążyłem po salonie, rozmyślając. Byłem na siebie zły, bałem się o nią i cholernie się martwiłem.
Zastanawiałem się, ile tam głodowała; jak bardzo przez nich cierpiała...

Niech cię tylko dorwę, Zetsubō... Na własnej skórze poznasz znaczenie swojego imienia..

Patrzyłem na moją śpiącą piękność, głaszcząc ją po włosach. Z jej ust wyrwał się okropny krzyk bólu.. Marius znalazł się w salonie. Torebki z krwią wyleciały mu z rąk i pacnęły o podłogę, a on natychmiast zmaterializował się tuż przy niej. Trzęsła się, wrzeszcząc.
-Odsuń się..- nakazał przytrzymując ją, uniósł lekko jej powiekę i spojrzał uważnie.- W dolnej szafie są pasy, podaj mi je- zaordynował.
-Po co ci pasy??!!- Zapytałem ostro.
-Nie zadawaj bezsensownych pytań, tylko mi pomóż!- Odparł wystraszony nie na żarty, przytrzymując rzucającą się na sofie Callisto.
Szybko wyciągnąłem z szafki karton z jakimś napisem i przyniosłem go. Marius wyciągnął zza materaca karabińczyki.
-Zwiąż nogi w kostkach i nad kolanami- powiedział rzucając mi węższe pasy, sam zamontował dwa na rękach w wysokości ramion i nieco niżej łokci. Nadgarstki przywiązał do ud. Szybko założył jej na szyję kołnierz ortopedyczny i ułożył dziewczynę na płasko.
-Po co to robisz? Czemu?- Ządałem jakiegoś sensownego wyjaśnienia.
Marius grzebiąc w szafkach odparł:
-To drugi stopień szału. Nie sądziłem, że ją do tego doprowadzili..
-Oni jej to zrobili?!- Byłem rozwścieczony na maksa tą informacją.
-Długo głodowała i to są tego skutki- odpowiedział szukając czegoś. Chyba to znalazł, bo wrócił ku nam.
-T-To i-igła??- Zacząłem sparaliżowany strachem.
Wziął delikatnie jej dłoń i wkłuł się w żyłę. Zabezpieczył ją jakimś plastrem i podłączając rurkę sięgnął po opakowanie z krwią.
Zacisnął zęby i zaczął głębiej oddychać, starając się uspokoić drżenie... Z trudem podłączył krew, przymykając oczy. Na jego twarzy widać było grymas bólu.
-Co...
-Zaraz mi przejdzie..- syknął przez zęby, gdy otworzył oczy pojawił się w nich szkarłatny błysk. Porzucona poduszka wybuchła rozrzucając pierze na pół salonu.- Dziwne, jak te szumowiny trzymają taką samokontrolę...- mruknął do swoich myśli.
-Co masz na myśli?- Zdziwiłem się.
Patrzył na mnie przez pewien czas w zastanowieniu.
-Mam zbyt dużo Mocy, jak na przemienionego wampira. Czasem tego nie powstrzymuję i przedmioty.. Wybuchają albo fruwają w powietrzu .- wyjaśnił.- Pewnie brzmi to niegroźnie, ale...- nagle zwrócił się w stronę korytarza nasłuchując czegoś, bezszelestnie skierował się w tamtą stronę.
Instynktownie wysunąłem z rękawa rękojeść miecza, wyczekując najgorszego...

Usłyszałem głośny trzask i koci syk.
-Maze!- Jęknął z pretensją Marius.- Ty, durny sierściu..
Odpowiedziało mu przeciągłe miau. Schowałem miecz.- W takiej chwili żreć ci się zachciało.. Kici, kici- burknął wracając.
Nagle usłyszałem huk.
-O, zabłądziliśmy?- Spytał z przekąsem. Chyba jednak znalazł się tu ktoś nieproszony.
-Ty...!- Odwarknęła nieznajoma.
Usłyszałem odgłosy walki.
-Nie złość się, kotku- rzucił uwodzicielsko, by jeszcze bardziej ją wkurzyć.
-Draniu..!- Chyba naprawdę się wkurzyła, bo Marius zaczął robić uniki. Jego przeciwniczka wpadła do salonu, atakując. Wtedy zauważyła mnie. Chwila jej nieuwagi wystarczyła, by Marius wytrącił broń z jej ręki.
-Anne! Co tu robisz?- Zapytałem zaskoczony.
-Trzymasz z Nimi?- Odcięła się wrogo.
-Wa..de..ra- szepnęła z trudem Callisto, poruszyła się w więzach.
Czarnooki pojawił się tuż przy niej.
-Szafirku.. Jak się czujesz?- Zapytał.
-Ja.. To okropnie... BOLI!- Oczy błysnęły czerwienią, znów zaczęła się trząść.
-Callisto.. Kochanie Moje...- Zacząłem troskliwie.- Zrób coś! Ona cierpi!
Czarnooki blondyn powoli podniósł głowę.
-Chcesz wybierać między nią, a dzieckiem?- Zapytał poważnie, patrząc mi w oczy. Odwróciłem wzrok, wbijając go w panele.
Marius zmienił pusty worek na pełny. Anne patrzyła na to podejrzliwie.
-Muszę pomyśleć...- Marius zaczął głęboko oddychać. Kot otarł mu się o kostki, gdy blondyn podszedł do okna.
-Co się stanie, jeśli nic nie wymyślisz..?- Zapytałem szybko, żeby nie stracić odwagi.
-Będziesz szykował ich pogrzeb- oznajmił ponuro.
Pociemniało mi w oczach. Ktoś mnie podtrzymał. Uniosłem opadające powieki i zobaczyłem twarz Anne.
-Nie musiałeś tego mówić- naskoczyła na blondyna.
-Lepiej, żeby znał najgorszą prawdę, niż podłe, lukrowane kłamstwo- odparował ostro czarnooki, sięgając po ciemną książkę. Wyciągnął z kieszeni spodni paczkę czerwonych Malboro i wsunąwszy jednego w usta przypalił płomieniem zapalniczki. Zaciągnął się dymem i zaczął wertować tom.
Nazajutrz...
Sobotni poranek, szesnastego dnia maja, powitał mnie w fotelu. Anne obserwowała nieufnie Mariusa, który zajmował się Callisto i jednocześnie, czytał stronę czarnego tomu.
-To może się udać..- powiedział zamyślony, nadal śledząc wzrokiem tekst w książce.- Z całym szacunkiem, panie autorze, ale chyba zwyczajnie cię pojebało- stwierdził powoli, z lekką ironią. Podłączył kolejną torebkę z krwią i znów wrócił do lektury.
-Co może się udać?- Zapytałem z wahaniem.
Marius podskoczył. Powoli na mnie spojrzał. Chyba zastanawiał się, czy powinien mi powiedzieć.
-Istnieje sposób, by wyciągnąć ją z tego stanu- odezwał się bardzo ostrożnie, jakby stąpał po cieniutkiej warstwie lodu.
-Jaki?- Obudziłem się już zupełnie i patrzyłem nań wyczekująco.
-To niebezpieczne...- Zaczął ostrzegawczo.
-Zrobię wszystko, żeby jej pomóc, mów- przerwałem mu poważnie.
Długi czas patrzył na mnie w milczeniu.
-Naprawdę jesteś tego pewien?- Zapytał, żeby się upewnić.
-Jestem pewien, gadaj wreszcie- zniecierpliwiłem się.
Jasnowłosy westchnął ciężko.
-Jesteś albo w niej zakochany, albo niespełna rozumu- stwierdził z namysłem, po czym zaczął opisywać to, co znalazł w literaturze.

Podparłem głowę na ręku i spojrzałem w okno.
-Ile mamy czasu?- Zapytałem cicho.
-Niewiele, ale porządnie się nad tym zastanów- odparł.- Kawa?- Rzucił idąc do kuchni
-Chętnie, dzięki- pogrążyłem się w rozmyślaniach, gdy coś puszystego wylądowało mi na kolanach. Tuż przed oczami zamerdał mi ogon, którego właściciel miałknął.
Był to sierściuch, rasowy. Maine coon. Tłusty, kot pół-długowłosy, średniej wielkości, o normalnym, kocim pysku z dużymi zielonożółtymi ślepiami, o rudym umaszczeniu. Z dziwaczną grzywą wokół głowy, czy czymś w ten deseń. Na mój gust wyglądał mniej więcej, jak dziwne skrzyżowanie dachowca z szopem.
-Maze, chodź żreć; obiboku- na stuk michy zwierzę zerwało się i w mig znalazło się przy właścicielu.- Tylko żresz, nic więcej...- mruknął tonem narzekania blondyn. W tej samej chwili wbił zaskoczony wzrok w wylot korytarza, wrogo odsłaniając wydłużone kły.
-Miło, że przyprowadziłeś ze sobą obiad; Claude..- odezwał się schrypły głos.
-Powinienem dawno cię zlikwidować; Klaus. Upadły i Czysty od zawsze cuchną Niewinną Krwią- zasyczał przez zęby.
-Chyba podzielisz się z bratem, co?- Spytał swobodnie tamten.
-Nie nazwałbym cię nawet "znajomym"; bo to wstyd; Klaus- skwitował pogardliwie Marius.
-Powiedział ten, który nie może tknąć herbowej broni- nieznajomy był uderzająco podobny do Mariusa, jakby był jego bliźniakiem.
-To mój starszy brat-zdrajca- wyjaśnił Marius, jakby czytając mi w myślach.- Jakie to uczucie patrzeć, jak Klasztorni mordują naszych rodziców i braci...? Jak w ogóle śmiałeś podnieść rękę na naszego ojca, ty przeklęty zdrajco?- Warknął z nienawiścią i pogardą. Widok medalionu z rodzinnym herbem zwisającego z szyi Klausa musiał jeszcze bardziej go rozwścieczyć, bo bez wahania wyciągnął rękę w stronę rodowego klejnotu. Klaus odtrącił jego dłoń. Wywiązała się walka. Marius odskoczył robiąc unik i pchnął Klausa w ścianę.
***
Klaus przegrywał starcie, a gdy wylądował na podłodze Marius zaczął go kopać. Z wyraźną przyjemnością pastwił się nad Klausem. Okładał go mocno.
-Ty nędzna szumowino...- warknął nienawistnie, nie przestając tłuc leżącego.- Ty podły, zdradziecki wraku.. Przeciwnik pociągnął go na glebę i kontynuowali bójkę. Marius ściągnął z parapetu kamienną doniczkę i roztrzaskał ją na łbie brata. Klaus warknął coś i odrzucił go kopniakiem.
Wyszarpnąłem miecz.
-Tak ci się spieszy na Tamten Świat?- Zakpił Klaus uśmiechając się zimno.
-Z drogi, on jest mój- Marius podniósł się chwiejnie. Zagarnął mnie za siebie.
Obaj patrzyli sobie w oczy.
-Czekałem na to przez lata, Klaus- oznajmił Marius.
-Tęskniłeś za starszym braciszkiem; Claude?- Zakpił tamten.
-Zamilcz. Nie waż się nazywać moim bratem; podły zdrajco- ręka z pierścieniem wystrzeliła do przodu i zacisnęła się na gardle Klausa.

Palce zaciskały się jak kleszcze. Anne zbladła i wywróciła białkami. Straciła przytomność.
Marius bez najmniejszego wahania przebił drugą dłonią pierś Klausa. Puścił sypiące się w proch truchło i runął na panele.
-Marius... Co z tobą?- Zapytałem klękając przy nim. Był bardziej blady, spod półprzymkniętych powiek wyzierały pełne głodu czarne tęczówki.
Sięgnąłem po miecz i podwinąwszy rękaw bluzy, chciałem oprzeć rękę na ostrzu.
-Nie.- Marius chwycił mocno mój nadgarstek i odsunął go od klingi.
-Jesteś głodny- odparłem ostro.  
-Nigdy nie tknę ludzkiej krwii- odwarknął z uporem, odpychając mnie mocno.
Wstałem ukrywając broń w pochwie pod rękawem i poszedłem w stronę ciemnych drzwi.

Chłodnia.
Zdjąłem z półki kilka torebek z krwią.
Polubiłem tego zadufanego w sobie kretyna i, choć był wampirem nie chciałem, żeby przeze mnie zginął.
Zamknąłem drzwi i rozrywając zabezpieczenie pierwszego opakowania podszedłem do półprzytomnego Mariusa. Przytrzymując go przytknąłem wylot torebki do jego ust i ostrożnie przechyliłem. Zaczął kaszleć, ale przełknął.
-Pij, kretynie...- warknąłem usiłując doprowadzić go do normalnego stanu.
Ostatnia torebka wyszła, chciałem iść po więcej. Blondyn powstrzymał mnie, chwytając za koszulkę.
-Wystarczy...- Powiedział słabym głosem. Jego czarne tęczówki wbiły się w moje.
-Ale...
Maze ułożył się na jego nogach, z miałknięciem, wlepiając ślepia w swego towarzysza.
-Muszę tylko odpocząć...- przerwał mi cicho, zapatrzył się na korytarz, jakby widział tam coś interesującego.
Claude Marius Wolf, herbu Wadera, ex-łowca. 
Zobaczyłem biegające bachory. Trzynastoletni Klaus odwrócił się z mieczem w ręku i sparował cios broni, młodszego o dwa lata, Syriusza. Ojciec siedzący przy stole wynurzył surową twarz zza gazety. Matka, szykując śniadanie tylko ciężko westchnęła.
-Do stołu, diabelskie pomioty- burknął surowo.- Miecze do mnie, natychmiast.
-Dzień dobry; ojcze, matko- rzuciłem wraz z moim trzecim bratem; Stefanem.
-Dzień dobry, wyspaliście się?- Zapytał troskliwie nas obejmując.
-Tak, ojcze..- potwierdziliśmy szybko.
Klaus z szacunkiem podał broń ojcu i moje starsze rodzeństwo usiadło do stołu.
-Pomóc w czymś, Matko?- Zacząłem z dziecięcą energią.
-Nie, skarbie. Siadaj szybciutko- rzuciła głaszcząc mnie pieszczotliwie.
Matka stawiając herbatę zajęła swoje miejsce.
-Gdzie Giorgio?- Zdziwiła się.
-Pewnie znów gdzieś łazi, Przybłęda- odezwał się Klaus z niechęcią; ojciec zgromił go wściekłym spojrzeniem.
-Przeproś- rozkazał ojciec ostro.
-Nie trzeba- powiedział cicho Venture, wchodząc do kuchni. Skłonił głowę witając się z Claude'em Victorem i ujmując dłoń mojej matki ucałował ją lekko. Klaus patrzył nań spode łba, z wyraźną wrogością.
Gdybym wtedy wiedział, że kocham mordercę własnej rodziny.. Gdybym mógł w porę ich ostrzec.. Ocalić..
***
-Marius.. Marius- mgliste wspomnienie prysło, jak bańka mydlana.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nic mi nie jest- odparł cicho.
-On naprawdę był twoim...- zacząłem.
-Najstarszym bratem, taa- odparł cicho.- Bez mrugnięcia okiem wydał własną rodzinę Rządowym. Podpisał na nas wyrok śmierci... Co za ironia losu: nienawidzący wampirów człowiek; zaprzedał się właśnie krwiopijcom- roześmiał się bez cienia wesołości.
-Słyszałem, że to wampir was sprzedał- zauważyłem ostrożnie.
-Bzdura. Venture z nimi walczył, chronił mnie.. To Klaus urządził to całe piekło, które przeszedłem... Zabił własnego brata. Taka jest prawda...- powiedział z goryczą.
-Cally mówiła, że nigdy nie chciałeś do tego wracać- zauważyłem.
-Chciałem zapomnieć- przytaknął.- Tamtego dnia, gdy ocaliłem Callisto i stałem się tym czymś... Był tam jeden z zabójców ojca, chciałem go zabić.. Jakoś zagłuszyć to wszystko...- Pokręcił głową z niedowierzaniem.
Obaj zwróciliśmy wzrok na śpiącą niespokojnie Callisto.
-Musisz naprawdę bardzo ją kochać- odezwał się nagle.
-Mogę o coś zapytać?- Zacząłem. Skinął.- Pocałowałeś ją kiedyś?
Spojrzał na mnie z boku zaskoczony. Długo milczał, z trudem powstrzymując się od śmiechu. Nie wytrzymał i wyparował takim rechotem, że aż kot zwiał pod stół.
-Co w tym śmiesznego?- Burknąłem.
-Całusy w policzek się liczą?- Spytał unosząc brew, widząc moją minę spoważniał.- Jeśli o to chodzi, nigdy się nie całowaliśmy. I nigdy nie będziemy- stwierdził spokojnie.- Zresztą to ty jesteś jej facetem. Ona cię kocha i jeśli ją skrzywdzisz, znajdę cię i zabiję- powiedział tonem przysięgi.
-Nigdy bym jej nie skrzywdził, Marius- odparłem cicho patrząc na moją Gwiazdeczkę.

Trzy dni później, dziewiętnasty maj, po zajęciach.
Wszedłem do domu Mariusa i opadła mi szczęka. Wszystko spowijała czerń, obawiałem się najgorszego.
-Nie jestem w nastroju, Callisto Anabelle- odparł niecierpliwie blondyn.
-Powinieneś mu powiedzieć prawdę..- odparła z naciskiem.
Przystanąłem za drzwiami i zerknąłem przez szparę.
Callisto z karmazynowymi od mojej krwii oczami patrzyła na blondyna spacerując w tę i spowrotem w zielonej ciążowej sukience. Na nadgarstku nosiła pompę, która pompowała krew z worka do jej żył.
-To nikomu nie pomoże. Próbowałaś i co z tego wyszło? Nic- odparł ostro.
-Ciebie na pewno posłucha. Jesteś facetem- czułem, że zaczyna brakować jej argumentów.
-Mylisz się. On jest zdolny zrobić wszystko, żeby postawić cię do pionu i moje słowa tego nie zmienią- odparł chcąc wsunąć w usta papierosa. Odebrała mu go szybkim ruchem i westchnęła poirytowana.- Uprzedzałem go, że to niebezpieczne, zna konsekwencje- zabrał jej szluga i wsunąwszy w usta zapalił powoli. 
-To może go nawet zabić. Jeśli mój następny atak będzie silniejszy, to jego serce...- urwała wbijając wzrok w panele.
-To nic nie zmieni; Szafirku. Nie obchodzi go jego własne bezpieczeństwo..
-Jest takim samym szaleńcem, jak ty!- Wyrzuciła mu rozdrażniona.
-Pozwól mi skończyć, Kruk- zastopował ją łagodnie.- Kiedy powiedziałem mu o konsekwencjach, odparł: "Ja się tu nie liczę. Jeśli tylko w ten sposób mogę... Nie, ochronię ją w każdy możliwy sposób. Jeśli jej życie.. Jej bezpieczeństwo zależy ode mnie, czy mojej krwii to nie..."
-To nie boję się niczego. Nawet śmierci- dokończyłem wchodząc do środka.
Szklanka soku wypadła z dłoni Callisto roztrzaskując się z hukiem. Dziewczyna cofnęła się od niego o pół kroku i zwróciła wzrok na mnie. Jej oczy odzyskały turkusową barwę i wypełniły się łzami.
-To nieprawda.. Powiedz, że to nieprawda..- zaczęła błagalnym szeptem.
-Skłamałbym mówiąc to- odpowiedziałem ze śmiertelną powagą.
-Nie... Boże, nie...- Szept zmienił się w płaczliwy jęk. Po jej pięknej twarzy spływały łzy, a ja poczułem w sercu ukłucie żalu. Nie chciałem, żeby przez mnie płakała. Nigdy już nie chciałem widzieć na jej obliczu żadnych łez. Żadnego smutku, ani strachu.
Chciałem ją przeprosić, cofnąć te słowa; ale nie mogłem. W końcu robiłem to z miłości do niej.
-Świetnie. Cudownie. Trzymaj jeszcze jego stronę; Marius! I wiesz, co?? Obaj jesteście siebie warci.
-Nie wyżywaj się na nim. To była moja decyzja i nikt do niczego mnie nie zmuszał- wziąłem Waderę w obronę, w końcu nie był niczego winien.
Callisto minęła mnie i wyszła trzaskając mocno drzwiami.
Marius stał oparty o ścianę tuż obok okna z oczami utkwionymi w stojącym na komodzie posążku misternie wykonanej ze srebrnego kruszcu wilczycy. Jego wyraz twarzy pełen był krzywdy i rozpaczy.
Panowała między nami cisza.
-Nie powinienem..- zacząłem ponuro.
-Powinieneś- odparł dziwnie spokojnie.
-Nie. Wyładowała się na tobie, choć nic nie zrobiłeś- powiedziałem cicho.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Zatrzasnęłam drzwi sypialni Mariusa i padłam na łóżko. Wzięłam leżącą na materacu jego bluzę i przycisnęłam ją do piersi. Choć od środka rozsadzała mnie ogromna wściekłość, nie potrafiłam sobie wybaczyć, że potraktowałam go tak niesprawiedliwie...
Byłam wściekła na nich obu- nie wiedziałam, na którego bardziej. Sama nie miałam pojęcia, jak nazwać własne uczucia. Zastanawiałam się, co jest ze mną nie w porządku.. Dlaczego jestem taka..
Zimna.
Podła.
Samolubna.
Okrutna...
Czemu ranię osobę, którą spotkało tak wiele okropieństw...
Z jakiego powodu jestem taka uparta...
Dlaczego życie jest tak cholernie trudne?!
Przecież kocham ich obu... Marius jest moim najlepszym przyjacielem, a Michael tym jednym jedynym...
Wciągnęłam zapach bluzy. Nie pachniała, jak dawniej.

Przeszła wonią wampira, od której aż mnie mdliło. To tak strasznie bolało...

On był już kimś innym- nie chodzi o to, że stał się wampirem.. Był inną osobą- zupełnie takim samym «człowiekiem»; jak jego ojciec. Surowym wobec siebie, samokrytycznym i przesiąkniętym nienawiścią wobec pijaw. Od kiedy go znam, nie pamiętam, żebym widziała go uśmiechniętego.

-Od tamtej masakry zapomniałem, co to śmiać się szczęśliwie...- usłyszałam jego głos z przeszłości.
W żaden sposób nie wspominał tego, co przeżył. Powiedział na ten temat tylko jedno słowo. Piekło. Nie dodał nic więcej i nie chciał o tym rozmawiać. Uciekał od tego rozdziału.
Ułożyłam się na wznak i gapiłam się w sufit, starając się uspokoić. Nie potrafiłam czasem zrozumieć Michaela. Tak bardzo się poświęcał. Dla mnie. Dla tego potwora, którym jestem. Nie zasługiwałam na to, co dla mnie robił.
Poczułam serię mocnych uderzeń w moim brzuchu.
-Nawet ty jesteś po ich stronie..?- Szepnęłam z wyrzutem.
Poczułam kolejne ciosy w brzuchu. Mój kręgosłup wygiął się w łuk, a ciało zaczęło płonąć bólem..
-Callisto...- Michael szybko odstawił tacę i dobiegł do mnie.- Co się dzieje, Moje Kochanie? Co ci jest..?- Zaczął pytać.
Zacisnęłam mocno dłoń na jego. Patrząc nań z bólem próbowałam powiedzieć, żeby...
Fala bólu w moim brzuchu, przypominała rozwścieczonego King Konga, nabierałam głośno powietrza, starając się nie pokazywać, że bardzo mnie boli. Czułam jakbym miała być zaraz rozerwana na pół..
-Pójdę po Mariusa..- powiedział spanikowany.
***
-Co jej jest?- Zapytał nagląco Michael.
Marius nagle cofnął dłonie od mojego brzucha, zerwałam się i podkuliłam nogi, z sykiem zaciskając zęby.
-To tylko skurcze... Zbliża się rozwiązanie..- powiedział spokojnie.
-Kiedy?- Zapytał z naciskiem Michael.
-W najbliższych dniach, nie jestem w stanie dokładnie  ustalić terminu.
-Miała się urodzić dopiero w czerwcu... Jest za wcześnie...- Michael totalnie tracił głowę.- To za wcześnie..- powiedział z dziwnym spokojem patrząc na mnie nieobecnym wzrokiem.
-Nie odpływaj!- Czarnooki potrząsnął nim mocno, ale zielonooki odtrącił jego ręce, nadal patrząc na mnie.- Obudź się, człowieku- uderzył go w twarz.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz