niedziela, 23 września 2018

Hunter III Curse Rozdział XXXII: Kurtyna w górę, czyli teatrzyk Raven.

Niedbałym ruchem wyrzuciła pierścionek i wsunęła na palec wyciągnięty z kieszonki stroju sygnet z wyciosanym w ciemnobłękitnym kamieniu uchwyconym w locie krukiem z kluczem w szponach.
-Jako wysoko postawiona szlachcianka musisz wiedzieć, co się dzieje w Stowarzyszeniu- zauważyła, gdy Callisto chciała uklęknąć(!), Sekretarz położyła jej dłoń na ramię.
-Jesteś Arystokratką, Pani- zauważyła zdezorientowana turkusowooka.
-Szlachta nie klęczy- stwierdziła spokojnie złotowłosa piękność.
-Innym Czystokrwistym może się to nie spodobać, Pani- zasugerowała usłużnie dziewczyna.
-Mało mnie to obchodzi- oznajmiła jej rozmówczyni obojętnie.- Chcę informacji.
Callisto zaczęła mówić i...
Wygadała dokładnie to samo, co kazałem szczekać temu przygłupiemu krwiopijcy.
Jednak była jeszcze jakaś nadzieja...
-Ty także ocalałaś z Kryształowej Nocy- Czystokrwista nadal była nieufna.
-Ja już pomściłam rodzinę- odpowiedziała uprzejmie Callisto.- Ktokolwiek zabił Linka, wyręczył mnie w tym- dodała ze wzruszeniem ramion.
-To prawda.. Sama nie mogłabyś nawet kiwnąć palcem w tym kierunku- Sekretarz roześmiała się wesoło.- Byłaś jego własnością.
-Byłam głupia, że tak długo walczyłam z nieuniknionym- odparła zamyślona Callisto.
-Nie zaprzeczę, kochaniutka- Sekretarz objęła ją jak najlepszą przyjaciółkę i szepnęła coś do niej.
-Nie sądzę, Pani..- odszepnęła ostrożnie turkusowooka.
W drzwiach stanęła czarnowłosa o czekoladowych oczach.
-Wzywają cię na Radę, Pani- oznajmiła cicho. Wtedy dostrzegła Callisto, a jej oczy zmrużyły się, jakby zastanawiała się, co Callisto tu robi.
-Callisto A-Anabelle- zaczęła zaskoczona.
-Cóż za miłe spotkanie; Grace- zauważyła Raven zupełnie niezmieszana.
-Przypilnujesz, żeby nie plątał się tu nikt, prócz mnie- zwróciła się do niej Sekretarz.
-Jak sobie życzysz; Pani- przez moment zdawało mi się, że w oczach Callisto błysnął tryumf.
-Ciekawa jestem, co ty, u diabła, knujesz, siostrzyczko- zasyczała czekoladowooka dziewczyna, ta Grace.
-Po prostu trzymam stronę silniejszego, zdradziecka przybłędo. W ramach zemsty też mogłabym cię zabić za tamtą noc; Grace- zauważyła Callisto patrząc jej w oczy.- Po znajomości, jako że byłyśmy siostrami, mogłabyś zginąć szybko- dorzuciła jadowicie.
-Ty pieprzona wywłoko!- Warknęła Grace drżąc z wściekłości, rzuciła się na Callisto.
-Nie zapominaj się, Grace. Jesteś dla nich nawet gorszym ścierwem, niż ja- Callisto wykręciła jej rękę w tył i mocno przycisnęła niższą do muru.
-Jeszcze nie wiedzą, prawda?- Zapytała mściwie Raven.- Mogę im powiedzieć, że żłopałaś krew Linka, a wtedy...- obróciła ją ku sobie i patrząc pogardliwie w oczy siostry wymownym gestem przejechała dłonią po gardle.
-Nie byłabyś do tego zdolna- zaczęła niepewnie Grace.
-Chcesz się przekonać?- Syknęła zimno Callisto.
-Zdążyłaś już znienawidzić samą siebie?- Zapytała nagle, jakby z innej beczki, Grace.
Czarnowłosa Raven, puściła dziewczynę i opierając się o ścianę, zjechała po niej, wybuchając śmiechem.
-Czy znienawidziłam..?- Znów zaczęła dusić się ze śmiechu.- To tak, jakbyś pytała, czy ziemia krąży wokół słońca- zauważyła nagle krzywiąc się z bólu.
-Co? Nie napijesz się?- Zarechotała Grace mściwie.
-Nie jestem tak obrzydliwa, jak ty- odcięła się Cally.- Czasem mi was żal- zauważyła patrząc na sponiewieranego wampira, który cierpiał męczarnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Mimo, że przebywałam w celi niecały kwadrans mnie również zaczął nęcić zapach krwi Jack'a.
Na razie z powodzeniem opierałam się pokusie...
Jack L. Donnovan, łowca herbu Kielich.
Usłyszałem trzask i pisk bólu.
-Zgłupiałaś już do cna; żałosna śmiertelniczko??- Warknęła ostro złotowłosa Sekretarz. Carmen... Wreszcie przypomniałem sobie jej imię.- Zejdź mi natychmiast z oczu, latawico! Precz, ty...- Za wypchniętą z celi Grace poleciało jeszcze kilka obelg.- Za jakie grzechy muszę tolerować tę ludzką zarazę?- Jęknęła z irytacją Czystokrwista. Szybkim ruchem podniosła turkusowooką za ubranie i obejrzała uważnie jej twarz.
-Bardzo dobrze się trzymasz, jak na wygłodniałą- zauważyła z namysłem. Wydłużonymi kłamti rozcięła sobie nadgarstek i skierowała ranną rękę w stronę Callisto.
-Napij się; kochaniutka- to brzmiało bardziej, jak rozkaz; aniżeli propozycja.
Callisto pobladła jak kreda i obejmując się ramionami, z jękiem osunęła się na kolana.
-Biedactwo- rzuciła z udawanym współczuciem Arystokratka, a głodne, czarne tęczówki Raven wbiły się pożądliwie w
strużkę krwi płynącej z nadgarstka złotowłosej, lecz dziewczyna; mimo bólu, zawahała się.
Nagle pochwyciła szybko rozorany nadgarstek i bez słowa upiła odrobinę.
Zmusiłem się, by na to patrzeć. Chciałem zrozumieć...
Oczy zapłonęły czerwienią, a Callisto podniosła się na nogi. Oddychając spazmatycznie zachwiała się niebezpiecznie i zacisnęła palce na jakimś stole, chroniąc się przed kolejnym upadkiem.
-Moja ładniutka Callisto Raven- rzuciła z uciechą Czystokrwista.- Wiedziałam, że nawet ty nie jesteś w stanie oprzeć się Najczystszej Krwi- zachichotała lekko, jakby wygrała coś super.- Cieszysz się, że słyszysz głos Swojej Pani?- Zapytała pieszczotliwie.
Dłoń z rodzinnym klejnotem zsunęła się ze stołu, a dziewczyna znów wylądowała na podłodze. Cała się trzęsła, a z jej ust wydobył się...
Pogardliwy śmiech.
Callisto śmiała się, jakby coś ją opętało. Nie mogła przestać rżeć, jak gdyby dostała jakiegoś wariackiego amoku.

-Do niczego nie możesz mnie zmusić, bo nie masz nade mną żadnej Władzy- oznajmiła stłumionym głosem, z trudem wstrzymując się od śmiechu.
-Szach mat, Carmen Rosier- rzucił z przekorą męski głos.
Tuż za nią stał wysoki młody mężczyzna o platynowoblond włosach i bezdennych czarnych, jak noc oczach. Nim zdążyła mu umknąć założył jej chwyt na gardło.- Klucze- zażądał wyciągając wolną dłoń.
-Hahahaha.. Buhahahaha.. Załatwiłam cię!- Zarżała tryumfalnie Callisto.
-Szafirku... Spoważniej wreszcie- zniecierpliwił się nieznajomy.
-Puszczaj, łowcza Hołoto!- Warknęła Carmen próbując się wyrwać.
-Mam cię spalić żywcem; wyrwać ci serce, czy zwyczajnie spopielić?- Zaczął wyliczać mściwie. Rzucił klucze do Callisto, a ta rozkuła mnie i rzuciła klucze skutemu wampirowi.
-Jeśli naprawdę zamierzasz trzymać się od wszystkiego z dala daruję ci życie- oznajmiła niechętnie.- Spadamy. Dzięki, Wadera- rzuciła przyjaźnie.
-Trzymaj się, Szafirku- skinął głową.
-Strzałeczka, blond świrze- zarechotała odchodząc.- Idziemy, ścierwo Kielicha- syknęła ciągnąc mnie brutalnie.
Tym razem miałem kompletny crash systemu. Zupełnie nie miałem pojęcia, co jest prawdą, a co kłamstwem. Postanowiłem się tego dowiedzieć...
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Szliśmy po schodach w górę, gdy dostrzegłam Tower.
-Tsssk!- Syknęłam przez zęby.
-Na co czekasz, ludzka padlino? Wyprowadź tego śmiecia.
-Pieprzona Tower- syknął Jack rozzłoszczony.
Zarzuciłam kaptur peleryny i wyszłam prowadząc Jack'a.
-Gdzie Sekretarz?- Zapytała ostrożnie.
-Zajmuje się tym drugim zdrajcą, Pani- odparłam przymilnie, choć na jej widok aż mdliło mnie z obrzydzenia. Jakby na potwierdzenie moich słów z dołu rozległ się wrzask bólu.
-Cała Carmen- rzuciła z satysfakcją, jakby krzyki torturowanych były dla niej najmilszą muzyką.- Zaraz... Kogo ona dręczy?- Zapytała nagle zaskoczona.
-Ten, czy inny wampir... Co za różnica, Pani?- Zapytałam obojętnie.
-Z drogi!- Warknęła zbiegając schodami.
-Pryskamy!!.- Syknęłam. Kaptur zsunął mi się z głowy.
-Nie tak szybko; Raven; herbu Kruk- oznajmił głos ze schodów.
Jack L. Donnovan, łowca herbu Kielich.
Na białych schodach stał pan tego całego chlewu, który przywitał mnie niezwykle bolesnym ciosem w nos.
-Caius Woroszyłow, ostatni z tych śmieci starego Rządu Corvina- rzuciła z wymuszoną uprzejmością.- Pozbierałeś już prochy swego brata?- Spytała z sarkazmem.
-Brać ich!- Wydał chłodny rozkaz.
Klasztorni ruszyli do ataku.
-Stać, psy!- Odwróciła się zaskoczona, słysząc usypiający ton głosu.
W drzwiach frontowych stali mężczyzna, z pochodzenia chyba Francuz i uzbrojona kobieta cudownej wręcz urody. Klasztorni zaczęli się cofać, a po chwili wszyscy zamarli w równym służalczym ukłonie.
-Chyba mówiłem wyraźnie, Woroszyłow- zauważył przybysz rozglądając się po wygłodniałych pijawach obojętnie. Jego towarzyszka  zadzwoniła delikatnie maleńkim dzwoneczkiem, który trzymała w palcach.
Wkroczyło dwudziestu wampirów w szarych uniformach.
Woroszyłow wybuchnął drwiącym śmiechem.
-Tylko tylu zostało z twojej słynnej Gwardii; Féu?- Zapytał z kpiną.
-Reszta otacza gmach- Féu uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały zimne jak lód.
-Nic mi nie zrobisz- odparł Woroszyłow z wyzywającym uśmieszkiem.
-Doprawdy, Ścierwo poziomu B?- Zapytał z niemałym zaciekawieniem Wampir z tym samym uśmieszkiem przyklejonym do wąskich warg.
Woroszyłow aż się trząsł z wściekłości. W ułamku sekundy wyrwał jednemu z Klasztornych broń i uderzył na Féu.
Towarzyszka Wampira zablokowała atak i wykonując pełen wdzięku piruet odepchnęła przeciwnika kopniakiem.
-Chowasz się za kobiecymi plecami, cóż za hańba- rzucił Woroszyłow prowokującym tonem.
-Hańba to ty masz na drugie- odciął się z pogardliwym uśmieszkiem Féu.- Antoinetté, miecz- rzekł, a kobieta rzuciła mu broń.- No, chodź; psie- syknął przez zęby, wpatrzony w Woroszyłowa.
Tamten zaatakował. Z zawrotną prędkością zaczęli wymieniać cięcia. Callisto z wyraźną ciekawością obserwowała pojedynek.
Zachwiało mną mocno- nawet nie patrząc w moją stronę wyciągnęła rękę i podtrzymała mnie w pionie.
-Pasjonujący pojedynek- z góry rozległy się brawa.
Zwróciłem wzrok w tamtym kierunku.
Na balustradzie piętra w wyluzowanej pozie siedziała czarnowłosa dziewczynka.
Mogła mieć nie więcej, niż jakieś czternaście- piętnaście lat.
Féu odrzucając kopniakiem Caiusa cisnął bronią w dziewczynkę.
-Wiedziałam, że to zrobisz; braciszku- zachichotała wesoło, łapiąc miecz.
Féu nie zaszczycając Caiusa spojrzeniem przyjebał mu z pięści w twarz.
-Tak myślałem, że cię tu spotkam; Marié- odbił kolejny atak i zdzielił tamtego łokciem w żebra, lecz ani na moment nie spuścił z niej oczu.
-To ze mną walczysz, nie z nią!- Warknął Woroszyłow.
-Stul pysk, psie- odparł znudzonym tonem Féu.  Pochwycił rękę przeciwnika i przywalił nim w najbliższy posąg, a zrobił to tak, jakby zabijał zwyczajną muchę. Woroszyłow wylądował nieprzytomny (a może i martwy) na glebie, tymczasem nastolatka sfrunęła z balustrady i zgrabnie, jak baletnica znalazła się na podłodze.
Sprawnym rzutem zwróciła miecz właścicielce. Antoinetté wsunęła go w pochwę, kłaniając się usłużnie dzieciakowi, który ruszył w naszą stronę.
-Słynna Diablica Zrzeszenia, Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk- zauważyła przyglądając się dziewczynie.
Callisto zrzuciła z siebie rządowy łach.
-Trzymaj się z dala ode mnie, cuchnąca krwią bestio!.- Odwarknęła wrogo.
-A ty, kim niby jesteś?- Zapytała tamta dziwacznie zaciekawiona.
-Uważaj, bo pogryzę- zasyczała zimno Cally nie spuszczając wzroku z Marié.
-Czysty James Corvinus- wyciągnęła dłoń w stronę twarzy Callisto.
Przy jej gardle natychmiast pojawił się sztych szpady.
-Poprosiłam o coś- warknęła groźnie turkusowooka.
-Nie możesz mnie tym zabić; skarbie- powiedziała Marié z diabelskim uśmieszkiem odsuwając ostrze od swej szyi, zacięła się.
-Chcesz troszkę?- Spytała niewinnie, wyciągając ranną dłoń w jej stronę.
-Zabieraj tę łapę, albo ci ją odrąbię, Czystokrwista Suko!- Warknęła przez zaciśnięte zęby Callisto. Nagle się zamachnęła. Wampirzyca odskoczyła, odsłaniając kły; a Féu wybuchnął wesołym śmiechem, jakby coś go rozbawiło.
-Jak śmiesz?!- Zasyczała tamta wściekle stojąc kilka metrów od nas.
Od cel wypadła zaaferowana Tower. Widząc Callisto przystanęła raptownie.
-Skoro pijawki załatwiają swoje sprawy, to my się grzecznie stąd ulotnimy- zauważyła czarnowłosa lekko, gdy pojawiliśmy się tuż przy otwartym oknie.- Narazicho, Rządowe śmiecie- oplotła mnie ramionami i swobodnie bujnęła się w tył.
Pofrunęliśmy w dół.
-Wiesz, co...?- Zapytałem słabym głosem, chwiejąc się na nogach.- Niech cię diabli. Przez ciebie myślałem; że na serio wyląduję w Parku Sztywnych- prychnąłem oddychając z ulgą.
-Myślałeś, że naprawdę zamierzam służyć tym zwierzętom?- Zapytała kpiąco.
-Przez chwilę trząsłem galotami- przyznałem szczerze, gdy podjechał pod nas jakiś grat.
Karawan pogrzebowy!
-Undertaker!- Callisto podskoczyła, jak oparzona.
-Pakujcie się, szybko- rzucił chłopak, otwierając drzwi wozu.
-Co ty tu robisz, Sebastian?- Zdziwiła się.
-Na pewno w to nie uwierzysz- odparł ruszając z piskiem opon.- A temu co? Miał bliskie spotkanie czwartego stopnia z pędzącym pociągiem towarowym?- Zdziwił się blondyn z nieco dłuższymi włosami.
-To trochę bardziej skomplikowane. Nawijaj, co jest grane.
Undertaker spojrzał na nią z boku, z namysłem.
-Miałem dzisiaj trzy pogrzeby- powiedział powoli.
-A co ja mam wspólnego z pogrzebami, przepraszam bardzo?- Zniecierpliwiła się.
-Otóż to, że moi trzej goście to dziewczynki, do tego trojaczki- zauważył. Kierując jedną ręką, drugą grzebał w telefonie.
-No i?- Nadal nie czaiła o co mu biega.
-To, że ktoś zrobił im to- podał jej Nokię.
Zajrzałem jej przez ramię i zobaczyłem zdjęcie, na którym widniały trzy ciemnookie dziewczynki. Pierwsza przebita kołkiem leżała na trawie, druga prawie spalona stała na pozostałościach stosu, przykuta policyjnymi kajdankami do ogrodzenia parku z kołkiem w ramieniu, a ostatnia...
Zwłoki ostatniej pływały w pobliskim stawie były totalnie zmasakrowane. Podobnie, jak poprzednie miała w zaciśniętych palcach kołek.
-Podziemie coś wie?- Spytała powoli.
-Rodriguez twierdził, że nie. Za mało śladów, ale przyznał, że Rząd może być w to zamieszany.
-Ciekawa sprawa- zauważyła z namysłem.- Pamiętasz ich nazwisko?
Undertaker skręcił w leśną drogę, mówiąc:
-Były córkami, herbu Grot.
-Arrow porzucił Zawód- zauważyła zamyślona.
-Dokąd jedziemy?- Zapytałem, czując jakbym zaraz miał odpłynąć.
-Do mojego domu, Jack- odparła.- Jack.! Nie odpływaj. Rozmawiaj ze mną.!- Potrząsnęła mną.

Dwadzieścia minut później, letnia rezydencja Rodu Kruka.
-Lucian! O, Wszyscy Święci...- Zaczęła, a z jej ust wypłynął zlepek przekleństw. Zapłonęło światło, a ja odwróciłem wzrok, od rażącej poświaty i zasłoniłem oczy dłonią.
-Gdzie on znowu polazł?- Jęknęła czarnowłosa i zaczęła mówić jakąś rymowankę, czy coś takiego.
-Moja Pani, na wezwanie. Czego pragniesz: niech się stanie- usłyszałem męski głos o pięknej barwie.
-Kim jesteś?- Callisto odsunęła się od progu salonu, jakby nie wierzyła własnym oczom.
Osłaniając oczy przed rażącym światłem wyszeptałem w głębokim zdumieniu:
-Wykorkowałem u jestem w Niebie...
-Przeciwnie, jeszcze żyjesz-
Przede mną stał olśniewająco przystojny, barczysty brunet. Anioł w fioletowej szacie że sterczącymi z ramion olbrzymimi, kłującmi bielą skrzydłmi. Z lawendowymi oczami i fioletową księgą w długich, smukłych palcach.
-Gdzie jest Lucian?- Zapytała ostro.
-Odzywaj się do mnie grzeczniej, Diabelski Pomiocie- ostrzegł chłodno.
Niemal w tej samej chwili w progu salonu stanął równie przystojny czarnooki o falowanych kruczych włosach.
-Panienko..- rzucił z lekkim ukłonem.
-Lucian, apteczka- i sama ruszyła na korytarz.
***


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz