Musiałem się zalać. Wzory na ciele znowu niemiłosiernie paliły, a ja miałem już tego serdecznie dosyć.
Siadając przy barze zamówiłem mocny trunek i obróciwszy się na barowym stołku obserwowałem, jak inni klienci grają w bilarda dla marnych kilku dyszek.
Okłamałem Castiela, bo w rzeczywistości czułem do Judith coś.
Coś czego sam nie pojmowałem.
Upiłem łyk ze szklaneczki. Trunek zapiekł w gardle, a w oczach pociemniało mi przez chwilę- ból narastał, a czarne smugi na rękach, torsie szyi i plecach przypominały stado pełzających ognistych węży, zadających niesamowity ból. Znosiłem to już od wieków- dzień w dzień- ale kara Ojca była bardzo dotkliwą torturą.
Upiłem kolejny łyk i skrzywiłem się mocno.
Ciągle wracając myślami do Judith.
Prowokującej mnie samym swoim istnieniem.
Ciągle usiłowałem pojąć czym jest, że sam jej widok, już od tego pierwszego dnia szkoły sprawił, że coś zatrzymało mnie w miejscu i zacząłem się wreszcie zastanawiać, czy życie Demona ma jakikolwiek sens.
Czy tym czymś były te oczy w kolorze łupiny laskowego orzecha i niewinnym nieco rozmarzonym wyrazie? A może oczarował mnie jej talent rysowniczy?
-Chyba, że rzuciła na mnie jakiś diabelski urok- mruknąłem w zastanowieniu i przechylając whisky do ust westchnąłem ciężko. Zaśmiałem się cicho do swoich myśli, uznając poprzednią myśl za kompletnie niedorzeczną, bo jak taka krucha, delikatna i niewinna osóbka mogłaby mieć coś wspólnego ze złymi mocami.?
-To samo- rzuciłem odwracając się w stronę barmana o przemiłej ksywce Kosa, który wyglądał jakby ktoś pociął mu twarz tarczą szlifierki kątowej z powodu tylu zmarszczek które zachodziły niemal jedna na drugą. Polał kolejnego, pytając z ironią:
-Nie wydaje ci się, że za dużo chlejesz, Ping-pong?- Spytał unosząc lekko brew.
W tym barze każdy stały bywalec miał określony przydomek. Uparli się na "Ping-ponga"; bo prawie ścinało mnie z nóg. Przy każdej nadarzającej się okazji piłem niemal do upadłego i wychodziłem z baru odbijając się jak piłeczka.
-Piję, bo trza korzystać z młodości--skłamałem wyluzowanym tonem podnosząc szklankę do ust.- Aha, jedna sprawa: przekimam u ciebie na tyłach, a gdyby Cole mnie szukał, powiedz, że baluje gdzie indziej- rzuciłem ciszej.
-Załatwione- odparł wiedząc, że zarobi kilka tych "zielonych papierków".
Dla mnie, jako demona, to co ludzie określali mianem pieniędzy było nic nie znaczącymi, bezwartościowymi kawałkami makulatury. W większości piłem, jadłem różne ludzkie żarcie i grałem w pokera. Dzięki mojemu kurewskiemu szczęściu bycia przeklętym oszustem, zamiast pozbywać się forsy, wygrywałem jej więcej. Starałem się być też bardzo ostrożny, bo już kilka razy miałem przez to kłopoty.
Nagle gwar rozmów i głośna muzyka ucichły jak ucięte nożem.
-Który z was to ten słynny karciarz Ping-pong?- Zapytał czyjś głos.
Rzuciłem barmanowi wymowne spojrzenie.
-Dzisiaj nie licz na partyjkę. Nie przychodzi w poniedziałki-oznajmił Kosa obojętnie.
-A ten dzieciak, który nawet nie odwróci tyłka w naszą stronę to kto?- Zapytał tamten.
Udając, że nie słyszałem piłem dalej swoje whisky. Nachalny hazardzista podszedł i usiłował złapać mnie za ramię, ale jeden z facetów brutalnie odtrącił rękę gościa.
Kątem oka dostrzegłem, że przybysz podnosi pięść do ciosu.
-Tknij go palcem, a sam połamię ci łapy- powiedziałem z groźbą nadal się nie odwracając.
-Ty? Możesz mi jedynie naskoczyć, gówniarzu- odparł kpiąco ów nieznajomy.
-Kosa, szykuj talię. Skoro chce, żebym go oskubał, to z miłą chęcią go oskubię. Jak chłopaki skończą rozgrywkę, jeszcze raz to samo- rzuciłem pewnym siebie tonem dopijając drugą szklaneczkę. Kosa polewając sięgnął pod bar i wyjął kartonik z kartami do pokera.
-Sekundujesz, czy jesteś początkującym oszustem?- Zapytał nieznajomy. Zdziwił się, gdy wokół nas rozbrzmiały złośliwe śmiechy.
Z alkoholem w palcach odwróciłem się na stołku w jego kierunku. Wszyscy zamilkli, a ja patrząc mu w oczy odparłem:
-To ja jestem Ping-pong- oznajmiłem spokojnie, pijąc bursztynowy płyn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz