-Drugi raz nie odrąbiesz mi skrzydeł- oznajmił zimno.
Blondyn o jasnoszarych oczach uśmiechnął się promiennie.
-Tobie nie, ale jemu... Wykonać- rzucił do swoich.
Jego wierne anioły podniosły broń... Ostatkiem sił rzuciłam się osłaniając sobą te lśniące cudowną bielą, pierzaste skrzydła i raniona ostrzami, objęłam ramionami jego szyję.
Jam jest ten, który będzie Jej strzegł.
Do Jej ostatniego tchnienia i ostatecznego stuku serca.
Do dnia Jej Sądu.
A moje imię: Castiel.
Ona...
Cierpi..
Bo zdecydowała się postawić na szali wszystko, żeby ochronić...
Mnie. Anioła, który był już na skraju upadku. Który powinien upaść, bo od dawna kochał swą Podopieczną. Który czuł zazdrość.
Magnus walczył z Mika'elem. Cerber warczał i z boku atakował Archanioła, Cole i Razjel usiłowali wszystko ogarnąć, a Lucyfer...
Lucyfer stał, jakby z boku i przyglądał się, jak anioły Chóru Potęg pod bezpośrednim zwierzchnictwem Mika'ela miotają się w niepewności, nie wiedząc; co czynić.
Wtedy usłyszałem ten pełen bólu szept:
-Zawsze wiedziałam, że byłeś obok... Jakbyś był takim starszym kumplem.. Prowadziłeś mnie..- Z jej ust wyrwał się okropny wrzask udręki.- I zaprowadziłeś do kogoś... Kogo bardzo kocham- poczułem zazdrość i ukłucie ogromnego żalu.- Dziękuję...- zrozumiałem, że mówiąc to ostatkiem sił mdlała.
W sekundzie wyrwałem się i ślizgnąłem pod Judith.
Runęła na mnie ciężka, bezwładna i taka...
Niewinna.
Prowokująca...
Wtedy zrozumiałem, co miał na myśli ten cholerny Demon...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz