Blondyn uśmiechał się z kpiną.
-Gdzie twoje skrzydła, Archaniele Chóru Potęg?- Zadrwiłem z bronią we gotowości.
-Razjel, pozbądź się dziewczyny- nakazał.
W tym momencie Cerber ruszył na Razjel, a ja wskazałem ostrzem na Mika'ela.
Cole cofnął się o kolejny krok...
-Cerber, zostaw- odezwał się cichy głos.
Na jego dźwięk odwróciłem się i wbiłem oczy w idącą ku nam postać przystojnego mężczyzny o dłuższych, kasztanowych włosach i błękitnych jak lodowe dropsy oczach.
Trzygłowa bestia cofnęła się i pochyliła kufy na znak posłuszeństwa. Wyszedł z nich cichy pomruk.
-Magnus, kim on jest?- Zapytała schrypłym od krzyku głosem Judith.
-Nasz najstarszy braciszek raczył się zjawić- zauważyłem z sarkazmem.- Witaj, Lucyferze.
-Ledwo wyszedłeś na spacer, a już pakujesz się w bagno. Stary, dobry Nixon- zauważył uszczypliwie Lucy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz